| :: PAMIĘTNIK OBŻARTUCHA, CZĘŚĆ 2 <PRZYGODA W SZPITALU> | ||
|
Ludi obudził się w szpitalu, dopiero dwa dni po owych niefortunnych wydarzeniach (patrz cz.1). Obudził się i jak przystało na niego poczuł okropny głód. Czuł się tak słabo, że nie był w stanie ruszyć nawet jednym swoim grubym paluchem, a co dopiero całą ręką. Przed oczyma latały mu mroczki, a w głowie miał totalną pustkę. Zaawansowane niedożywienie doprowadziło do chwilowego zaniku pamięci. Ludi zaczął skupiać resztkę energii na próbie przypomnienia sobie co doprowadziło go do takiego stanu. W tym momencie nie był w stanie przewidzieć, że to co teraz robi jest poważnym błędem i może zaowocować tak nadzwyczajnymi wydarzeniami jakie miały się za chwilę wydarzyć. Pocąc się niewspółmiernie do osiąganych efektów, Ludi wysilał swoje szare komórki (a nie miał ich zbyt wiele). Nagle olśniło go i przez głowę przeleciały wszystkie niefortunne wydarzenia sprzed dwóch dni. Dostarczyło mu to nagle tak dużą dawkę energii, że podskoczył na łóżku jak porażony prądem. Zrzucił z półki aparaturę monitorującą jego funkcje życiowe. Odłączył przy tym od siebie wszystkie kabelki. Urządzenia zaczęły piszczeć jak porąbane. Ludi spadając na podłogę zahaczył o stojak na kroplówkę i zdarł sobie z głowy opatrunek. W tej chwili do sali wparowała pielęgniarka wyposażona w lewarek i dwóch lekarzy do pomocy. Lekarze zaalarmowani piskiem aparatury od razu rzucili się do reanimowania Ludwika przy pomocy młotka gumowego, który to jest standardowym wyposażeniem oddziału dla otyłych. Nagle Ludi zaczął się krztusić i dławić. Dopiero te oznaki uświadomiły lekarzom, że chłopak jednak żyje. Szybko pozbierali się z podłogi, przetransportowali go na łóżko (przy pomocy lewarka), podłączyli aparaturę, nową kroplówkę i opatrzyli ponownie głowę pacjenta. Gdy tylko pracownicy szpitala opuścili salę, Ludi odkręcił "delikatnie" zaworek w celu dostarcznia sobie większej ilości ożywczego płynu. Mimo to czuł jakby nie jadł od tygodnia. I w tym momencie wpadł na szatański pomysł. Postanowił zapisać go w swoim notesiku. Niestety ta cenna dla niego rzecz nie znajdowała się w najbliższym otoczeniu. Wymyślony plan miał zamiar wykonać w nocy. Liczył przy tym, że będzie miał na niego siły dzięki kolacji, która to przysługiwała mu jako przytomnemu pacjentowi. Aby nie zapomnieć wymyślonej intrygi powtarzał ją do samej kolacji, która to zgodnie z planem została dostarczona do jego pokoju o godzinie w pół do ósmej wieczorem. Nie była ona posiłkiem gwarantującym mu ilość energii wystarczającą do wykonania planu. Ludi był jednak zdesperowany. Mimo 3 kromek z sałatą, posmarowanych cienką warstwą margaryny i niewielkiej ilości surówki z utartej marchewki, postanowił opuścić pokój i niepostrzeżenie dostać się do kuchni szpitalnej, gdzie miał nadzieję znaleźć duże ilości czegoś do jedzenia. "Delikatnie" zwlókł się z łóżka. Delikatnie oznaczało u niego tak, żeby nie przelecieć przez podłogę i nie wpaść do pomieszczenia pod nim. Dopełzł do drzwi. W tym momencie już miał dość, ale stwierdził, że się nie podda i będzie walczył o jedzenie. Złapał za klamkę, a ta urwała się z hukiem pociągając za sobą resztę drzwi. Ludi otrzepał się z drzazg, wyjrzał na korytarz i już wiedział, w którym iść kierunku. Potrafił wyczuć jedzenie z odległości kilometra, a w skrajnych i awaryjnych przypadkach (jak ten), nawet z dwóch! Zaczął biec, stawiając ciężkie kroki, wzdłuż korytarza. Po drodze przewracał wszystkie półki i inne przedmioty stojące pod korytarzową ścianą. Po chwili biegł już pchnąc przed sobą, swoim ogromnym brzuchem, trzy szafki, okno (które wyrwał z zawiasów), dwa obrazy i oszołomioną pielęgniarkę przywaloną łóżkiem na kółkach. Próbowała wszczynać alarm, ale łóżko, tudzież inne badziewie popychane przez Ludwiczka, skutecznie jej to uniemożliwiało. Na skrzyżowaniu z drugim korytarzem Ludi skręcił w prawo i chcąc skrócić sobie dystans, przetrącił ścianę narożną, która zwaliła się na pacjenta leżącego w pobliżu. Tymczasem (borem, lasem) zmasakrowana pielęgniarka, wygrzebała się ze sterty rupieci i pobiegła po pomoc. Ludi biegł. Czuł, że już pada z nóg, ale biegł... biegł... biegł... i padł... Nagle oprzytomniał. Koło niego nie było jeszcze nikogo, ale w szpitalu rozlegał się donośny dźwięk alarmu. Ludi wstał i trochę już mniejszym tempem zaczął podążać w kierunku kuchennych zapachów. Z tyłu słychać było zbliżające się głosy. Nagle podobne głosy pojawiły się z przodu. Ludi zmuszony był skręcić. Niestety nie było gdzie. Biegł więc z całych sił przed siebie. Biegł z zamkniętymi oczyma, wyobrażając sobie schaboszczaka z kapustą i zasmażką. To dodawało mu sił. Z naprzeciwka nadbiegali lekarze i stratowana przez chłopca pielęgniarka, wykrzykując: -To on!!! To on!!!. W tym momencie lekarze zauważyli, że Ludi pędzi w ich kierunku z pełną prędkością, ma zamknięte oczy i przede wszystkim nie ma zamiaru się zatrzymać. Z tą nieciekawą wizją, zahamowali i zaczęli energicznie zawracać. Niestety korytarz ten nie należał do szerokich i wszyscy zaczęli się zderzać. Kontakt z Ludwikiem był już nieunikniony. Chłopak wpadł na nich niczym kula w kręgle i staranował bez najmniejszych problemów. STRIKE! Rzekłby ktoś. Wszyscy lekarze-kręgle strąceni. Trzech spośród nich odrzuciło do tyłu i padli na podłogę (tudzież na ryj), pielęgniarka nadziała się na lampę i tam zawisła, przedostatni lekarz wyleciał przez okno i gruchnął swoim szanownym ciałem i kitlem o stojącą dwie kondygnacje niżej karetkę. Ostatni biedaczek efektownym lobem przefrunął nad Ludim i rozbił się o grupę pościgową składającą się z trzech lekarzy, portiera i dwóch ochroniarzy. Wszyscy padli na ziemię. Towarzyszyło przy tym nieciekawe chrupnięcie wskazujące na wystąpienie złamania u jednego z tych ludzi. Cała siódemka leżała tak nieruchomo, postękując tylko od czasu do czasu. W korytarzu leżeli jeszcze trzej lekarze. Oni jakoś wspólnymi siłami pozbierali się do kupy i jęcząc poczłapali po pomoc. Ludi w tym czasie dalej szarżował, taranując wszystko co stanęło mu na drodze. Zaczął się zbliżać do metalowych drzwi, zza których wydobywały się obiadowe zapachy. Chłopak efektownie powalił drzwi i wparował do kuchni robiąc niesamowity hałas przy przewracaniu wszystkich stojaków ze sztućcami, talerzami i garnkami. Następnie stratował kucharzy, którzy od razu padli na ziemię i nie dawali oznaków chęci podniesienia się zeń. Wreszcie dotarł do ogromnego kotła z zupą, smażących się kotletów oraz wielkiej michy sałatki. Co z tego, że powbijały się w niego noże i widelce, był zaplątany w półki, które stratował i miał podartą koszulę. Najważniejsze było to, że miał przed sobą jedzenie. Dużo jedzenia. Zaczął wszystko naraz pałaszować wydając przy tym nieprzyzwoite odgłosy. Gdy już zjadł większość tego co było do zjedzenia, syty i szczęśliwy wyszedł powoli z kuchni. Szedł sobie spacerkiem w kierunku swojego pokoju mijając przy tym efekty swojej szarży. Szedł sobie jak gdyby nigdy nic. Dotarł do zakrętu, na którym to staranował ścianę. Skręcił i co tam zobaczył? Naprzeciwko niego, w pewnej odległości, stała grupka obandażowanych i poturbowanych, dyszących zemstą ludzi. Pielęgniarka, portier, dwóch ochroniarzy i siedmiu lekarzy z ognikami w oczach patrzyło na Ludiego. Widok ten wybił Ludwiczka z dobrego nastroju i zmusił do natychmiastowego odwrotu. Chłopak zerwał się jak dźgnięty kopią. Popędził znów w kierunku kuchni. Za nim ruszyli lekarze i reszta pościgu. Przed kuchnią Ludi skręcił w prawo. Parę metrów za zakrętem była winda. Postanowił się do niej schować. Otworzył szybko drzwi i wszedł do środka. Nagle poczuł szarpnięcie i winda zaczęła przeraźliwie szybko przemieszczać się w kierunku parteru. Wtem z łomotem winda stanęła w miejscu, a Ludi wyleciał wyrywając drzwi do sali na parterze. Z oddali biegła już minimum dwudziestoosobowa grupa mająca na celu złapanie go. Totalnie wypompowany chłopak nie podjął już ucieczki. Tych kilkadziesiąt sekund wykorzystał na zapamiętanie paru rzeczy. Po pierwsze, żeby za to co zrobił palnął się trzy razy w łeb, a po drugie, żeby już nigdy do egzekwowania palnięć nie używał ostrych narzędzi. Zdążył powtórzyć to sobie jeszcz dwa razy zanim dopadli go lekarze, tudzież ochroniarze i pielęgniarki. Ludi obudził się godzinę później w swoim łóżku, na drugim piętrze. Od tego czasu do jego pokoju dostarczane były pięć razy większe racje żywnościowe, co dla niego nie było i tak ilością zadowalającą, ale wystarczało, aby odciągnąć go od podobnie desperackich planów. Z opuszczenia szpitala przez niego cieszył się nie tylko on sam ale także cały personel... Koniec części drugiej. TO BE CONTINUED... lord Pentagramus
[fiksumdyrdum@interia.pl]
| ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||