| :: DŻEM ŚNIADANIA ŚWIATA | |||||||
|
Gdy piszę te słowa, me usta wykrzywia parszywy uśmieszek, co jest bezpośrednio spowodowane przez niemiłą wizję spędzenia dzisiejszej nocy w bliskim towarzystwie podręcznika od chemii. Już teraz przypuszczam, iż... Nie! Ja jestem pewna, że zabawa będzie przednia! Ta perspektywa przyprawia mnie o dreszcze... Nim jednak nastaną te miłe chwile obcowania z nauką w najczystszej postaci, pozwolę sobie zaprezentować drobny produkt spożywczy, zwany dżemem łowiczowskim. Taka firma. Tak czy owak muszę się naprawdę śpieszyć, by nie spóźnić się na ostatni pociąg do mądrości wiekuistej. Ach, jak tak można pisać pod presją? Mam pewną hipotezę na ten temat, ale pozwólcie, iż zachowam ją dla siebie, a w zamian zacytuję obiecującego rolnika, pana Jędrka, który to rzekł: "Trzeba sobie radzić" zawiązując kalosze dżdżownicą. Czyżby mój wywód brzmiał nieco chaotycznie? Być może, tak jak chaotyczne są wnętrzności dżemiku... Najpierw zastanówmy się nad samym słowem "dżem", które ja zawsze wymawiałam jako d-ż-e-m, będąc święcie przekonana, co do swoich racji. To taka drobna alergia na wszelakie "dżewa" i "czustki". Dżem dżemał pod dżewem czekając na czy czustki... Dobra, nawijałabym w ten sposób w nieskończoność, ale to się staje powoli nudne jak sztuczne flaki z oliwą z drugiego tłoczenia, nawet mój zwykle płytki żart zaczął sobie kopać własny grób wielopoziomowy, żeby być jeszcze płycej... Albo zobaczyć, co się tam w piekle wyprawia. Zresztą, co mnie to... Ten dżem, co se go omawiam dzisiaj, to normalnie egzotyka czysta. Pierwszy raz ujrzałam go w reklamie zamieszczonej pod przepisami w jakiejś gazetce... I mnie te egzotyczne smaki wielce zaintrygowały. Do tego stopnia, że będąc w jakimkolwiek sklepie, szukałam właśnie tego dżemu... Znaczy, może akurat nie tej kombinacji smakowej, ale dobre i to... Przynajmniej taki wybrała rodzicielka, mająca władzę i dostęp do jakiegoś tajemniczego sklepu, którego położenia zdradzić nie chciała. Lecz ja, dzięki mym nadnaturalnym umiejętnościom czytania i pisania, po gruntownym przestudiowaniu rachunku, odkryłam, że miejscem wymiany pieniężno-towarowej był sklep w tajemniczym miasteczku Koziegłowy, biorącym swą szatańską nazwę od masowej produkcji czarnych kozłów używanych do niecnych celów przez zatwardziałych wyznawców Bafometa... Znaczy głowy za to nie dam (koziej), ale w takiej sześćsetletniej mieścinie muszą się chować po piwnicach wynaturzeni nekromanci przeprowadzający satanistyczne rytuały w wolnych chwilach. A może się mylę? Jeśli tak, to sory dla koziegłowian, że im opinię zepsułam. To może ja przytoczę cenę niezwykłego dżemu, która, nie wiedzieć czemu, jest wysoka jak sto pięćdziesiąt i ma kretyński pomarańczowy kolor (zauważcie, że mówię o cenie, a nie o cenówce... choć ta też wali po oczach). Tak czy siak szklany słój z owocową papką zakupimy za trzy złote i siedemdziesiąt groszy, co woła o pomstę do nieba wręcz. To sprawka tych chamskich cumulusów i prądów atmosferycznych nadciągających znad wschodniej części Europy! Fak! To mi nie w smak! Zemsta zabawek czy jak? Są przypadki, że osoby chore nerwowo lub mające jakieś zaburzenia psychiczne opanowuje nieskrępowana wesołość. A czasem to po prostu jakiś zmutowany guz uciskający mózg nie tam gdzie trzeba. Faktem jest, iż ja, jako osoba z wirem klątw (zesłanych przez niecnych czarnoksiężników) nad swoją głową (bynajmniej nie kozią) oraz widmem 296 dni pozostałych do końca roku szkolnego, również czuję coś na kształt śmiechu przez łzy (ta wredna książka od chemii wciąż się na mnie gapi...). Wykorzystując tą ulotną chwilę pragnę napisać słów kilka w paragrafie normalnie traktującym o cenie, ale, że jako o tej już było, popiszę se o smaku. O nim nie wspomniałam dotychczas ani słowa. Same słowa na etykiecie wydały mi się podejrzane... "Banan i Mandaryna"? Szit, co to ma być? Ale wzrok płata figle, więc po ponowieniu próby połączenia literek w spójną całość, przekonałam się, że to jednak chodzi o mandarynkę. Ufff... Kamień z serca! Jednakowoż, jest to dość oryginalne połączenie. Ostatecznie o to chodziło niezwykle popularnej dżemowej firmie Łowicz, gdy wpuszczała swój produkt do klatki pełnej konsumentów. I ja tam byłam! Miodu ani wina co prawda nie piłam, ale trochę dżemiku udało mi się ucapić. Taka żółto-jasno-pomarańczowo-beżowa glutoplazma z bananowym drewnem i cytrusową mandaryną... Dziwne toto, ale zjeść się da, całkiem miłe urozmaicenie od dżemu malinowego, który to jest mym smakiem ulubionym. Wniosek, który można wysnuć z powyższych rozważań, jest następujący - Śniadania Świata to gratka dla ciekawskich, cierpiących na monotonię i zbyt dużą ilość gotówki w pończosze czy też portmonetce. Ale jest smaczne i ładne! Właśnie, oto akapit przedostatni, który przez chwilę zabrzmiał tak, jak bym se zapomniała o powłoce zewnętrznej napisać. A gdzieżby tam! Ja pamiętam o takich rzeczach, to moja praca jest, nie? A w dzisiejszych czasach o robotę trudno. Tak też nie przedłużając (chemia! wybaczcie, że tak nachalnie narzekam, ostatecznie wszyscy cierpimy dzięki szkole, toteż odosobniona w katordze nie jestem) postaram się krótko omówić opakowanie. W przypadku dżemu jest to zazwyczaj szklany słoik, a Łowicz się w tej kwestii nie wyłamuje. Ma klimatyczną granatową zakrętkę z pozłacaną różą wiatrów stylizowaną na element renesansowej sztuki kartograficznej. W środku owej róży mamy owalne ciemnozielone logo Łowicza z dwoma listkami i trzema wisienkami. Po bokach zakrętki przewija się napis "Śniadania Świata". To samo pisze na okrągłej nalepce frontowej, składającej się z granatowego pierścienia i sugestywnego widoczku wewnątrz. Palmy, Sahara, soczyste mandarynki i świeży banan (pamiętam jak raz wypiłam pół kartonu mocno przeterminowanego [ale pewnie mniej niż ta biała czekolada, co wcześniej była brązowa] soku bananowego... to było dopiero dogłębne przeżycie... sensacyjne wręcz... muszla klozetowa ostatnią brzytwą ratunku dla zdesperowanego rzygacza... smacznego). Poniżej błyszczącej, słodkiej i estetycznej nalepy mamy dyskretne literki głoszące "dżem niskosłodzony". Z tyłu, na przezroczystej folijce mamy krótką notę historyczno-geograficzną, mianowicie: "Północna Afryka. Kraina pustyń, złotego piasku, ale również setek oaz dających nadzieję wędrowcom oraz życie słonecznym gajom (lub promiennym gejom, jak kto woli...), w których dojrzewają najlepsze banany i mandarynki." Niezły tekst, można się zasugerować i przypadkowo odpłynąć we wzburzone morze wyobraźni. A chemia idzie się w tym momencie je... Heh, sobie idzie. Miało być krótko i jest, lecz to jeszcze nie koniec. Ja składu nie odpuszczę, nie ma głupich. Mandarynki, banany, cukier, substancje zagęszczające - pektyna i guma guar, regulator kwasowości - kwas cytrynowy. Sporządzono z 35 g owoców na 100 g produktu. Cały słoiczek ma pojemność 220 g, przez co jest smukły i dobrze leży w łapsku, nie to co te pękate powidła śliwkowe... Jaka jest wartość odżywcza tego produktu? Na 100 g, oczywista: wart. ener. 631 kJ / 151 kcal; białko 0,4 g; tłuszcz całkowity 0,1 g; węglowodany przyswajalne 37 g. Łączna zawartość cukru w stu gramach - 38 +/- 3 g. Błeee... Ale świństwo. Kolejny produkt, który po licznych pieśniach pochwalnych muszę zrzucić z marmurowej kolumny i okrzyknąć cholernym zdrajcą. Co oni w tych sklepach nic zdrowego nie sprzedają? Tylko takie jakieś cukry głupie? Orzeczenie komisji: śmieciowe żarcie. No przecież! Inna sprawa, że w mej mrocznej i zadymionej kuchni przyuważyłam kolejny dżemik z serii "śniadania świata", tym razem o smaku kiwi i limonki (krwi i limfy?) Fajnie wygląda... Zielony w czarne kropki. To pewnie przecier z surowych biedronek. Tak czy siak, fajnie się pisało, ale lajf's brutal i czas kończyć, gdyż... A zresztą, sami wiecie...
Fauske
[fauske@interia.pl]
| |||||||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | |||||||