:: JOGURT PITNY DANONE TRUSKAWKOWO-BANANOWY
Jaki dziś dzień mamy? Bożesz ty mój (ale z ciebie ch... ups, sory - nie ma to jak kompromiatacja na samym początku), to się lipiec kończy. O nie, nie zdążyłam się jeszcze pouczyć na egzamin gimnazjalisty! Okej, to taki żarcik niewinny. Miałam wkuć podręcznik do historii, ale zapomniałam. Nie mam na nic czasu. Odkąd pamiętam, zawsze w wakacje zdarzały mi się dni, gdy bez celu leżałam na kanapie i szlag mnie normalnie trafiał, że nic do roboty nie mam. Taka bolesna nuda. A w tym roku? Jeszcze mi się nie nadarzyła okazja na nicnierobienie. To okropne. Zbyt aktywnie spędzam wolny czas. To mnie przeraża. Żeby się tak raz obudzić z błogim uśmiechem na twarzy: nie mam co robić. Ale nie! Dziś rano niezwykle się zdenerwowałam. Zapomniałam wszystkie fakty ze swojego życia, medytowałam przez godzinę walcząc z grawitacją i piaskowym dziadkiem, po czym stoczyłam się z zakurzonych, pełnych psiej sierści i owadzich odwłoków schodów. Cel był jednoznaczny. Dochodziła dziesiąta. Czas coś zjeść. Byłam pewna, że w mieszkaniu zastanę tylko światło słoneczne wbijające się nachalnie przez okno. Oprócz śpiącego potwora, którego zamierzałam wyrzucić do jakiegoś kolegi, nie spodziewałam się napotkać żywej duszy. To idę. Krok po kroczku. Zero upadków, mimo przeszkód. Stosy butów, opakowań, reklamówek, genetycznie zmutowanych grzybów w słoikach. Zawsze mam wrażenie, że w końcu mi się noga podwinie i nadzieję twarz na kant komody. Za każdym razem widzę to oczyma wyobraźni. A jednak, nic takiego się nie wydarzyło. Czas na napięcie. Dotykam klamki. Uchylam drzwi. Zaglądam do przedpokoju. Cholera, słyszę włączony telewizor! Czyżby bracik się zbudził? Zapuszczam żurawia do salonu. Coo? Grrr, arrrgh, wraauu. Osoba, którą zastałam wyciągniętą beztrosko na kanapie zepsuła mi humor na cały dzień. Jak mogła mi to zrobić? Jak rodzona matka mogła zrobić sobie urlop? Powoli wpadałam w wisielczy nastrój. Właściwie to nawet nie wiem, o co mi chodziło. Nawet mi mleka nie ugotowała na trujące musli! Toż to szczyt chamstwa. Miałam tego dosyć. Wzięłam jogurt i wróciłam do mojej samotni. Miałam cichą nadzieję, że rodzicielka zajmie się czymś sensownym, na przykład posprząta, bo straszny w domu burdel. Niestety, wiedziałam, że zadba i o mnie, niechybnie każe wykonać najczarniejszą robotę. Nie myliłam się. Po godzinie udawania, że mnie nie ma, usłyszałam ten opętańczy wrzask z dna oceanu wzywający mnie na posterunek. Teraz mogłabym wymienić listę prac domowych, którymi mnie obarczono, ale nie będę zamulać. Takie to nudne. Nawet chłodnik zrobiłam. Wersja autorska, na przekór przepisom i dobrym obyczajom. Liche ukojenie toto przyniosło. W każdym razie współczynnik nastroju powoli acz nieustannie spadał. I ten cholerny diamencik nad głową... Koło osiemnastej stwierdziłam, że rzucam to wszystko w cholerę i idę spać. A gówno. Świadomość kurczowo trzymała się poręczy. Wkurzało mnie to. Zresztą, zarzućmy moje rozterki i rozedrganie emocjonalne. Czemuż, ach czemuż nie wspomniałam nic słowem o Danone, pitnym jogurcie? Bo nie. Czas przyjdzie i na to. Jogurcik ów spożyłam na kolację, a do niej w tym opowiadaniu daleko. Muszę wyszczególnić pewne fakty, aby moi fani byli na bieżąco. Nie, proszę, tylko nie młotkiem! Młotkiem mnie nie bić! Na czym żem skończyła? Tak, dochodził czas dobranocki i znów słyszę głos wyjca. Byłam już na dobrej drodze, by wpaść w objęcia snu, ale ni ma tak dobrze. Normalnie czekała mnie zatrważająca eskapada do sąsiedniej wiochy. A po co? To się wiąże z narzekaniem na początku tekstu, czyli z tym, że nie mam czasu się nudzić. Racja, przeginam pałę, czas zamilknąć. Mam dziwne wrażenie, że za bardzo skupiam uwagę na sobie, a nie na recenzowanym produkcie. No i dobrze. Świat nie kręci się wokół mnie, lecz moja uwaga owszem. Tu wypadałoby wysnuć jakieś wnioski z gawędy. Głównie chodzi mi o to, że po powrocie ze zwiadu byłam głodna. Co prawda dziesięć kilometrów przez las to nie jest oszałamiająca odległość, ale postanowiłam wyzwolić agresję. Taki mnie szlag trafił, że musiałam wyżyć się za kierownicą. Nikt nie zginął. Gdyż nikt się specjalnie pod koła nie napatoczył. Wszyscy grzecznie wpadali do rowu, żeby mi miejsca ustąpić. To bardzo miłe. [Mreheh, demon wojny z iskrzącymi złowrogo czerwienią oczami pędzący na swym ognistym rydwanie zemsty przez ciemny las... ciekawy obrazek, aczkolwiek nie chciałbym znaleźć się wtedy na Twojej drodze. :) - PP] W każdym razie, wpadłam do chałupy i niczym zwierzę dopadłam jakieś coś, które to zajeżdżało tuńczykiem, było lepkie od lukru i w ogóle fe. Trza to było czymś zapić. Toteż znalazłam w lodówce jogurcik Danone otwarty bodajże w zeszłym tygodniu. Zostało trochę na dnie. Czym prędzej wlałam zgniłą resztkę do gardzieli. I chciałam więcej. Zrobiło mi się przykro. Nie ma już jogurtu. Wspomnienia po pysznym Danonie czas zacząć.

No wreszcie! Przestała pier...niczyć. Nie ma się z czego cieszyć, gdyż i tak nie wybieram się wcześnie spać. Jutro co prawda wypadałoby wstać przed ósmą, lecz myślę, że trzy godziny snu mi wystarczą. Mam wrażenie, że w mojej pamięci powstały luki. Coś jest nie tak. Załóżmy, że do drugiej skończę tę reckę. To może ja zacznę coś na temat pisać. Opakowanie warto omówić. Wiem, że jedna fotka załatwiłaby sprawę, ale wolę się rozkoszować literkami, które to radośnie wyskakują na ekranie. Niestety, mam zamiar szczegółowo przytoczyć każdy gówniany piksel ilustracji na wieczku. To popatrzmy. Całe opakowanie jest utrzymane w kolorystyce od granatu do błękitu. A więc. Generalnie. Bynajmniej. Aczkolwiek. U góry biały napis "-JOGURT-". Następnie nowe logo Danona. Takie sobie. Co złego było w starym? Pod spodem energiczne literki "Pitny" z czerwoną lamówką, błękitnymi bokami i ciemnoniebieskim cieniem. Lekko z lewej mamy białą pigułę z ludkiem, który ma huragan w bębnie, co oznacza tyle, co "AbsorBio". Jakieś bakteryjki przyjazne? Na dnie leży se cieniowana pomarańczowo-żółta szarfa z tekstem następującym: "truskawkowo-bananowy". Całość pięknie przyozdabia wzburzone mleko i w/w owoce weń baraszkujące. Takie to słodkie. To jest, kurna, wieczko idealne. Dla idealnego klienta. Z idealnym uśmiechem w idealnej reklamie wyświetlanej w idealnym telewizorze stojącym na idealnym stoliku w idealnym domu wybudowanym w idealnym mieście w idealnym kraju. Rozumiecie, o co mi chodzi? Czuję się jak beznadziejna bezmózga konsumentka. To produkt dla mnie! "Kup mnie!/ Kupię cię!/ To dobrze./ Ja też się cieszę". Popatrzmy na plastikowy kubeczek o pojemności 330 g. Zaczniemy od kodu kreskowego i pojedziemy w prawo. Pod wagą netto mamy maluśki znaczek "Z polskiego mleka". To pozytywne. Jakieś literki nieistotne, normy, licencje, ulotki agencji towarzyskich. Potem na tle obrazka z wieczka, tylko utrzymanym w nieco jaśniejszych kolorach, znowu te same bzdury typu nazwa, ilość zębów, numer konta. Następnie czeka nas jakiś tekścik moralizatorski: "Jogurt DANONE gwarantuje odpowiednią jakość kultur bakterii, które pomagają utrzymać równowagę w układzie pokarmowym, przyczyniając się do lepszego wykorzystania składników odżywczych. Dzięki temu Twój organizm jest lepiej odżywiany. To wszystko znajdziesz w jogurcie DANONE z unikatowym połączeniem kultur bakterii zwanym ABSORBIO. Jogurt Pitny to wyjątkowo lekki i orzeźwiający jogurt o wyśmienitym smaku oraz gładkiej konsystencji, który idealnie gasi pragnienie i zaspokaja apetyt". Ale sranie w banię. Kto to pisał? No niby ja, ale wpierw ktoś to wymyślił. Z tym to już nie mam nic wspólnego. Przejdźmy dalej. Ten sam obrazek. A na koniec standardowo, coś, czego nie sposób pominąć, czyli (tadam) skład! Super. Jogurt truskawkowo-bananowy do picia (zawiera Lactobacillus acidophilus (pitno-bakcylo kwasofil?)): mleko pasteryzowane (już wiem, co to, ale ekstra), woda, cukier, wsad owocowy (pięknie to nazwali) czyli truskawki (1,4%) i banany (0,35%), aromaty, koncentrat aronii. Plus niezwykłe AbsorBio. Pod spodem mamy jeszcze garść informacji ciekawych inaczej, czyli tabelkowe bzdety, notabene bez tabelki: 100 g/78 kcal. Na koniec adres producenta, malutkie logo Danona z gębą skierowaną ku gwieździe oraz numer telefonu zaufania dla osieroconych truskawek z jogobelli. I to by było na tyle, ale został ostatni szczegół, czyli żółta szarfa u szczytu kubeczka z czerwonym tekstem: "dobra cena 1,99 zł".

I tu do owej ceny płynnie przeskakujemy, ostatecznie to jogurt pitny, nie? Czy dwa złote to dużo jak na jedną trzecią litra pysznego jogurtu? Tak, mam wrażenie, że Danone to zagraniczny koncern, ale zwisa mi to. Nic na to nie poradzę. Więc o to chodzi, że... Że co? Że za drogo trochę. Złoty pięćdziesiąt to by było okej. Ostatecznie 330 g to nie jest oszałamiająca ilość. Być może wolałabym sobie kupić kefir za 1,20 zł o pojemności 400 ml z OSM Myszków (Tfu, tfu! Nienawidzę tego prowincjonalnego zadupia!). Tak czy siak, jestem pewna, że na rynku jest pitnych jogurtów pod dostatkiem i pewnie są tańsze. A smak ten sam. Skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać? I świnia Dosia zeżarła Biedronkę.

Jak już wyżej wspomniałam, smak jest, kurczę, dobry. Pyszny był ten jogurcik, mimo iż stał otwarty przez, ja wiem? Dni kilka. To może wrażenia smakowe mi się nieco wypaczyły. Alem do zgnilizny przyzwyczajona. Trochę za mało wsadu owocowego. Ten fakt niemalże mnie zasmuca. Co ja mam gryźć? Te ekstra kawałki owoców z jogobelli by się przydały. A tak lipa. Lecz intensywny naturalnie sztuczny smak jest całkiem okej. I mimo trzykrotnego wymycia kubeczka czuć wcale przyjemny aromat. Kojarzy mi się z poziomkami... Ja to już nie wiem, jakich chemikaliów tam dodali. Reasumując: smaczne coś w ładnej powłoce za wygórowaną cenę. Czy, cytując mYooda, za jakość się płaci? Niekoniecznie. Ja wolę dostawać za darmo.

To może skończę już smęcić. Czuję jak te bakterie absorbują negatywną energię z otoczenia i wykręcają mi flaki pełne gliny i wsadu truskawkowego. Dziwne, przypomniało mi się, jak dzisiaj siekałam pomidory. To nie ma nic do rzeczy. Idę lepić golemy.

SMAK:
63/70
nic nie jest idealne
ILE KOSZTUJE?:
1,99 zł
CENA:
07/20
OCENA KOŃCOWA:
78%
przeciętniak
OPAKOWANIE:
08/10
sztuczne życie z reklamy

PS. Tak się zastanawiam i wciąż nie mogę wpaść na to, jak można napisać recenzję na 1 kb???
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.