| :: ZOTT BERLISO RYŻ NA MLEKU | |||||||
|
Łe, ale się beznadziejnie czuję. Nie wiem specjalnie, czemu. No cóż na to poradzić? Zacznijmy od tego, że wiele rzeczy mnie wkur... wkurza. Na przykład dzisiaj: normalnie w kiblu pająk był (fak, w zawodach na najszybsze zniechęcenie do lektury potencjalnego czytelnika zdobędę pierwsze miejsce...). Tak, to interesujące. Lecz nie był on zwykłym przedstawicielem pajęczaków, słabowitym chucherkiem, tylko świńskim owłosionym czarnym kątnikiem. Oby zdechł! Sama bym go zabiła, niestety, źle wycelowałam rolką papieru toaletowego i uciekł. Potwór wkręcił się w boazerię nad klopem. Niech to szlag, nie lubię przyczajonych bestii. Tak mnie to irytuje. W tym momencie. Jednak jest coś o wiele gorszego. Tak, pewnie w Waszym czasie, drodzy czytelnicy, już dawno temu zaczęła się szkoła. Pewnie już jestem martwa. Pewnie już gryzę ziemię na przeklętym cmentarzu w sąsiedniej wiosce, a znajoma dupodajka skacze po moim grobie. Tak, piękny deszczowy i pochmurny lipiec za oknem, a mnie już takie straszne wizje nawiedzają. Trudno. Na początku roku szkolnego zawsze przeżywam ciężką depresję i nawiedzają mnie myśli samo- lub postronno-bójcze. Okej, ale mam wakacje. Tyle pięknych chwil przede mną. Tjaa, też mi radość. Właściwe to nawet jutro czekają mnie, kurna, wakacyjne przygody. W mordę. I to jest chyba powód dramatycznego spadku mojego humoru. Już mnie boli, jak se o tym pomyślę. A najgorsza ta ranna pobudka. Dziś czułam się paskudnie zwlekając się z wyra po dziesiątej. Mała sesja podziwiania własnej facjaty w lustrze, odbicie mnie natchnęło. Tak, to pozytywne. Uch, jaka ja jestem mądra. Dobra tam, czytelnicy się gubią, mogłabym coś z sensem pisać, nie? Na czym ja to...? Ach, pobudka jutrzejsza... No tak. Jakiś kurier, kij mu w oko, ma przywieść jakąś, kij jej w tekturę, paczkę. To okropne. I niestety muszę stać na czatach, by radośnie powitać owego kuriera, dać dwadzieścia złotych, odebrać przemocą pakunek i kopnąć w dupę. Tajemniczy przedmiot, ekskluziv prosto z sekretnej fabryki na Białorusi, będzie mi niezwykle potrzebny, jeśli chcę się nauczyć programować dekod...Tfu! Tam nic nie pisze, zapomnijcie o tym. Tjaa, proceder zaiste niecny, ale jak się nie nauczę, to mi dawać jeść przestaną. Masz ci los. Parszywy iście. Ale to tylko niewielka część tortur, które serwuje nam kapryśne życie. No wiecie, taki wakacyny łikend z rodzinką... To dopiero jazda. Miłe spędzanie czasu w towarzystwie doborowym wręcz. Tak, z tego miejsca pozdrawiam: mamę, tatę i brata (mam nadzieję, że jesteście dobrze ubezpieczeni, bo liczę na wysoką rentę) oraz ich niesamowitych znajomych, państwa Iks i ich uroczego synka. To będzie zaiste wielka tragedyja. Sześcioro rannych, jedna osoba z ciężkimi obrażeniami natury psychicznej... Mam nadzieję, że właściwe osoby zapomną o tym, że słabuję na umyśle i nie zabiorą mi pieniędzy, które mi się należą! Potraktuję ich jak Sprite traktuje pragnienie. Dobra, marzenia marzeniami, ale żyje się dalej. A czas leci... Jutro nie wstanę, kurier sobie pójdzie, a ja dostanę po mordzie za niedopilnowanie obowiązków. Jakie to smutne. Cholerny ryż Berliso. Stoi na biurku, co mnie denerwuje. Jak diabli. Zaraz zacznie gnić. Nie lubię go. Po co go zjadłam? A bo ja wiem? Pocieszyć się chciałam. Wczoraj jak robiłam tiramisu, to pocieszyłam się łykiem rumu, ale wcale nie było fajnie. Mordę mi przekręciło i tyle. Lecz rum był niezbędny do wypieku. Nawet go miałam opisać, ale mi się nie chce. To było głupie ciasto z Delecty. Jedno z tych, do których dolewasz mleko, dorzucasz jajka, siakieś gówno, denaturat i muchomory. Taka tam podróba kopca kreta. Wiecie co? Robienie takich ciast jest jak granie z kodami. Satysfakcja z tego znikoma. Tak uważam. Narobiłam już w życiu sporo kretów i wariacji na temat, niestety kilka gier z kodami też przeszłam. I jedno, i drugie jest zatem głupie. Rodzina się cieszy, ale ja średnio. To banda wygłodniałych hien. Osobiście zjadłam tylko jeden kawałek mego głupiego wypieku. Ohyda. Niech się inni trują. Mogłabym upiec choć raz normalne ciasto. Do każdego ciasta niestety potrzeba solucji ("... a teraz łączysz glebogryzarkę z turbosprężarką, wrzucasz pieniążka i wyjmujesz gadającą małpę, którą później wręczasz oficerowi policji i pytasz się, jaki to ma związek z glonami rosnącymi w przejściu podziemnym na plaży..."). To okropne. Skończyłam ostatnio na ryżu. Skądżesz ja go, do k***y* nędzy, wytrzasłam? Ano stało całe pudło na klatce schodowej, to żem wzięła. Ale jeszcze wcześniej udałam się z ukochanymi i bardzo drogimi memu sercu z kamienia rodzicielami, do sklepu zwanego "makro cash and carry". To zabawne patrzeć jak mamusia coś ukradkiem wrzuca do wózka, a tatuś, również w pełnej konspiracji, odkłada owo coś z powrotem na półkę. Wróćmy myślami do makro. Głupie miejsce. Od dawien dawna jedyny właściwy wybór to zgrzewka zottów staciatella, lecz akurat tajemnym zbiegiem okoliczności zottów zabrakło. Łe, do kitu. Lecz tym razem to ja miałam władzę i w ramach zadośćuczynienia wybrałam ryż z piekła rodem. Smakowo dość ubogi: dostępna tylko wanilia i czekolada. Dopuśćmy mój dangerous mind do głosu. Niech se coś szkrobnie o opakowaniu. Tak zamulam, że szkoda gadać. Chociaż przyznaję szczerze, że ja osobiście dobrze się bawię. No, może z boku to nie wyglądam na zbyt uradowaną. Siedzi takie dziecko garbate przed kompem i z wyrazem wielkiego bólu na twarzy dość niedelikatnie obchodzi się z klawiaturą, waląc weń pięściami obiema. Głośna świnia jest (znaczy klawiatura), i dopóki nie wyniosłam się na moje zatęchłe poddasze, to mnie moi kochani, bardzo przecież drodzy memu sercu z kamienia rodziciele wyzywali od najgorszych. "Co tak stukasz i stukasz? Pisz se w zeszycie!" Tjaa, sami se piszcie. Zobaczymy, co powiecie, kiedy już będziecie stali na tym krześle z pętlą na szyi**. Hehe, żarty na bok, zwłaszcza te mało zabawne. Tak sobie rzucam przysłowiowym "sraniem w banię"***, biedni czytelnicy się nudzą. Popatrzmy se lub, że tak powiem, tfu, "luknijmy" na to niezwykłe opakowanie. To, co się w nim wyróżnia na pierwszy rzut oka to wystająca zeń łyżka. Łyżeczka znaczy się. Taka tam posrebrzana inkrustowana diamentami i rubinami z napisem Geralt Steel... Zaraz, Gerard, Gerlat, Gerlach... Tak, to chyba to. Ale walić narzędzie zbrodni. Zajmijmy się ofiarą. Plastikowy kubeczek z granatowym wieczkiem. Wielki napis białą czcionką obwieszcza nam straszną prawdę "Berliso" (małym druczkiem "ryż na mleku"). Wyżej mamy czerwoną pigułę z napisem "Zott". Niżej zaś piguła żółta spogląda z tekstem następującym: "Teraz z dodatkiem śmietany". A to ci dopiero! Ja nie mogę. Dużą część wieka zajmuje srebrna łycha podobna do mojej, pełna towaru (ryż, pier... era techno, znaczy śmietana, sztuczna czekolada, sztuczne dwie kostki czekolady). Ostatnie literki, które przytoczę, są barwy łajna ("czekolada"). Tak, zaiste, owszem. Kubek jest piękny. Ale chyba nieco brzydszy od opakowanka po bakomie zbożowej o smaku malinowym (które służy mi za pojemnik na wodę, gdy przypanikem (przypadkiem?), raz na siedem lat, mam chętkę coś akwarelką na papier przerzucić). Zacznijmy od kodu kreskowego i jedźmy w lewo. Nuda. Dobrze, że d**a [Tym razem to nie ja. :) - PP] nie była gorąca (tak, tak, to się nazywa zaniżanie poziomu i rżnięcie głupa. Sory za te wybryki). Nie zawiera konserwantów. O, tyle dobrze. O, tera będzie fajny tekst: "Deser mleczny z ryżem i wsadem czekoladowym (15%)". Aż piętnaście procent wsadu... Ciekawe. 175 g. To samo co na wieku. Dalej w lewo. Skład nasz ukochany. Witaj! Mleko, ryż, śmietana, cukier, wsad (pozycja obowiązkowa) czekoladowy, skrobia modyfikowana, jaja w proszku, zagęstnki: mączka (kostna? W Morrowindzie było takie cuś, jeśli mnie pamięć nie myli. Ech, fajna giera to była) chleba świętojańskiego, karagen, sól. Wartość odżywcza takiego łajna to 135 kcal na 100 g, mało to to nie jest. Jeśli mnie pamięć nie myli siedząc przez godzinę możemy spalić zatrważającą liczbę 14 kcal. Ale jazda. Musiałabym sprawdzić w mądrej ulotce makdonalda. Gdzie ten kał produkują? Na Chłodniczej w Opolu. Tak mi się przypomniało. Koniec pociskania bzdur, czas przejść do ceny. Mam dziwne wrażenie, że jakiś bies cieni dmucha mi w stopę zimnym powietrzem... O co chodzi? Mogłabym sprawdzić schylając się pod biurko, ale nie chce mi się. Cenę możemy odnaleźć na fakturce z makrosza. 14.71 zł za 12 opakowań. Teraz mogłabym najspokojniej w świecie napisać: nie chce mi się liczyć, niech zrobi to ktoś inny! I wkurzyć tym samym pewne osoby będące wyżej w lodówkowej hierarchii ode mnie. Ale jako wzór do naśladowania i przodowniczka pracy zrobię to sama. Dzięki cudownemu kalkulatorowi wiem, że jedno opakowanie mulastego ryżu kosztuje dokładnie 1,2258(3) zł. W przybliżeniu zaokrąglając w górę zapłacimy se 1,23 zł. Dużo? A bo ja wiem? Zakład, że w takim Oszołomie wyszłoby drożej. Czy opłaca się inwestować taką kapuchę w zbędne kalorie? Nie! Albowiem smak jest ohydny... Tak rzekł prorok Izajasz na górze... Na kupie gówna sięgajacej niebios. W sumie ryż to mi średnio podchodził, przynajmniej w wykonaniu babki (kurna, znów się jej czepiam, ale ona fatalnie gotuje) był rozlazły i rozgotowany. Co innego ryż basmanti królewski by Kresto z Tadż Mahalem na okładce. Ten był pyszny! Albo ryż dziki, który to tylko raz miałam jeść okazję, polecam. A Berliso? Napompowany powietrzem (lub słońcami pracowników, jeśli by stosować określenia sąsiada Beherita, vide tekst o szmacie w LC 15), zalany flegmą, mączką kostną Dagoth-Ura, pod spodem czeka nas rozwolniona kupa bez smaku i zapachu, o konsystencji śliny. Tak to z grubsza wygląda. Już nic więcej nie wycisnę z móżdżku, czas kończyć. Głupkowaty głos z Kalendarza XP Freeware beknął "minęła pierwsza" już jakiś czas temu. To zostało mi już tylko sześć i pół godziny leżenia w wyrku. Jakiś mądry cytat Lao Cy się przewija, ponadto mamy imieniny Bonawetury i Egona, oraz innych gości o normalnych imionach. Okej, Bonawetura i Egon to także normalne imiona. Żeby nie było, że jestem nietolerancyjną dyskryminantką... Nie chce mi się spać. Przeraża mnie przyszłość. A jak jeszcze nie znajdę różowej piłeczki dla psa to mnie tatuś poszczuje kratką od grilla... Cholerny świat.
Fauske
[fauske@interia.pl]
PS. Dziękuję mojemu lustrzanemu odbiciu i zatęchłemu azylum, w którym przyszło mi mieszkać (co sobie niezwykle wręcz cenię i zapewne gdyby nie to cudowne, pełne robactwa i dymu miejsce, większość tekstów do Lodówy nigdy by nie powstała). Amen(t). __________ * Nie ma to jak (auto)cenzura prewencyjna, jak se sama k***ę wytnę, to się lepiej poczuję. ** "Kick the chair / the system will fail". *** jeśli chodzi o nieskrępowaną brednię, to tylko "Co mi to kładziesz na tomik?!" Przepraszam, ale pokusa żeby to zacytować jest zbyt silna. Szkoda, że poza vipami nikogo to nie śmieszy... | |||||||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | |||||||