Grudzień 2005      


|:  RECENZJA  :|

Stephen King - Bastion
Michał Chmielewski

Pisanie książki to kawał intelektualnej roboty. Trzeba włożyć w to dużo chęci, posypać kilkoma świetnymi pomysłami i upiec z tego wszystkiego w głowie ogólny zarys książki, która będzie miała za zadanie przykuć na amen potencjalnego czytelnika.
Wykazując się teraz zerowym potencjałem oryginalności stwierdzam, iż Stephen King jest w tym rzemiośle dobry. Potrafi na dziesięciu kartkach napisać nowelkę, która po ostatniej kropce pozostawi ślad wstrząsu i zdumienia w umyśle tego, kto ją przeczyta (przykład - "Bunt Kaina"). Na kilku kartkach... A jak będzie ich grubo ponad tysiąc?

"Bastion" w wersji bez skrótów kupiłem za ciężko zarobione pięć dych i uważam to za jeden z najlepszych wydatków w moim życiu od czasu kupna maszynki do golenia. Pierwsza wersja tej książki została z lekka zredukowana o parę nieistotnych - zdaniem skretyniałych wydawców - rozdziałów. Nie wiem, jak się ona prezentowała, gdyż najnormalniej w świecie nie przeczytałem jej. Wiem natomiast, że wydana w całości stała się tym, o czym polski uczeń może marzyć w charakterze lektury szkolnej.

Rzecz się dzieje w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to na wolność wydostał się wirus, który z całą pewnością nie powinien był tego robić. Skutkiem tego prawie cała populacja w kilka tygodni zostaje, pieszczotliwie mówiąc, skreślona z listy żywych istot planety Ziemia. Akcję śledzimy z perspektywy kilku zwykłych Amerykańcach - głuchoniemego Nicka Androsa, Meksańczyka Stu Redmana, rockowca Larryego Underwooda, ciężarną Frannie Goldshmith, zawistnego i syprytnego Harolda Laudera oraz kilku innych. Mamy przyjemność śledzić ich poczynania w świecie, którego mam nadzieję nigdy osobiście nie poznać - wyczyszczonym przez wirus, nazwany Katpitan Trips.
Pozostali przy życiu dzielą się na dwie części - kierowanych przez pośredniczkę samego Boga, i tych, których prowadzić będzie Randall Flagg - ktoś pokroju Diabła Wcielonego.
Dalej wiadomo - ludzkość, raczej to, co z niej zostało, czeka sprawdzian wiary, miłości, poświęcenia, solidarności i paru innych równie cnotliwych wartości.

Pisanie o Stephenie Kingu jest nader wtórne, gdyż ciągle, przynajmniej na łamach AMK, pisze się o nim tylko w pozytywnych barwach. Pod tym względem nie będę outsiderem, ponieważ King jest rzeczywiście diablo dobrym pisarzem. Potrafi opisać wiadro wody w takim stylu, że czytanie tego spowoduje szybsze bicie serca i wypali parę wypieków na facjacie. Rzeczą oczywistą jest, że nikt nie jest idealny, toteż tutaj nie będę temu przeczył. Powieści spod klawiatury Kinga są dobre i już tylko lepsze. Nie ma złych powieści. Dobre i lepsze, owszem.
A "Bastion" należałoby postawić tuż obok sagi Mrocznej Wieży, bo jest napisana w styli mistrzowskim, nie pozostawiającym sobie wiele do życzenia i wciągającym jak nos podczas kataru. Sam początek, pierwsze kilka stron jest wartych wiele więcej, niż cały "Pan Tadeusz" (piszę to z czystym sumieniem), a cała reszta zdmucha większość polskich lektur naraz jednym machnięciem okładki. "Bastion" jest dziełem, wielkim - bo ponad tysiącstronicowym - majstersztykiem nieograniczonej wyobraźni, doskonałej wyprowadzonej akcji, świetnie budowanych wątków i soczyście przedstawionych scen apokaliptycznych. Wyliczanie jest dość denne, gdyż mógłbym to robić przez jeszcze kilka linijek.
Autor przyzwyczaił swoich czytelników do postaci, z którym utożsamienie się wydaje się naturalną czynnością przy czytaniu. To jest jedna z jego mocnych stron - przedstawienie postaci w taki sposób, że w razie jej śmierci czuje się przygnębienie i złość na autora, że tak potoczył akcję. W "Bastionie" takie postacie pojawiają się jak truskawki na zmutowanej plantacji. I żeby bardzo nie niszczyć przyjemności czytania powiem tylko, iż równie często giną.

  Bastion
  Horror/science-fiction
 

 

 

Minusy? Są, jak wszędzie. Jednakże względem pozytywów jest ich zbyt mało, by w ogóle brać je pod uwagę. Podczas brnięcia przez tego tysiącznego kartkowego kolosa, którym spokojnie mógłbym wbić gwoździa w dębowe drzewo, nie natknąłem się na żaden minus wart jakiejkolwiek wzmianki. Może poza "nocnymi pomocnikami" (z braku lepszego określenia), z którymi śniący bohaterowie niekiedy rozmawiali spokojnie i otrzymywali od nich dokładne wskazówki, co i jak dalej robić. Trochę infantylne posunięcie, ale zapewniam, że nie wpływa to negatywnie na akcję.
Plusami natomiast mógłbym zbombardować całą skrzynkę BlackDoga i Dusqmada, co podkopałoby możliwości pojawienia się tej recenzji w ich magazynie. Pozytywem jest cała książka. Przebieg akcji, rozpoczęcie, zakończenie, punk kulminacyjny, bardzo oczywisty i genialny sposób opisania rozprzestrzeniania się wirusa-grypy. Będzie tego więcej - jakieś 1336 stron.

O ile pamiętam, w mojej niedługiej karierze recenzenta wystawiłem jedną dychę. Niniejszym więc mam już pretekst do zmienienia tego faktu. Daję "Bastionowi" dziesięć możliwych punktów do zdobycia. I robię to ze względu na autora, który swoimi powieściami w dużym ukształtował mój światopogląd i ogólny styl bycia. Nie. Postawiłbym dychę, gdyby napisał go leworęki szympans z porażeniem mózgowym trzeciego stopnia.
Bo, wierzcie mi, jest tego wart.

511969234
www.sianow.kw.pl

 

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!