|
Stephen King - Bastion
Michał Chmielewski
Pisanie książki to kawał intelektualnej roboty.
Trzeba włożyć w to dużo chęci, posypać kilkoma świetnymi pomysłami i upiec z
tego wszystkiego w głowie ogólny zarys książki, która będzie miała za zadanie
przykuć na amen potencjalnego czytelnika.
Wykazując się teraz zerowym potencjałem oryginalności stwierdzam, iż Stephen
King jest w tym rzemiośle dobry. Potrafi na dziesięciu kartkach napisać nowelkę,
która po ostatniej kropce pozostawi ślad wstrząsu i zdumienia w umyśle tego, kto
ją przeczyta (przykład - "Bunt Kaina"). Na kilku kartkach... A jak będzie ich
grubo ponad tysiąc?
"Bastion" w wersji bez skrótów kupiłem za ciężko zarobione pięć dych i uważam to
za jeden z najlepszych wydatków w moim życiu od czasu kupna maszynki do golenia.
Pierwsza wersja tej książki została z lekka zredukowana o parę nieistotnych -
zdaniem skretyniałych wydawców - rozdziałów. Nie wiem, jak się ona prezentowała,
gdyż najnormalniej w świecie nie przeczytałem jej. Wiem natomiast, że wydana w
całości stała się tym, o czym polski uczeń może marzyć w charakterze lektury
szkolnej.
Rzecz się dzieje w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to na wolność wydostał się
wirus, który z całą pewnością nie powinien był tego robić. Skutkiem tego prawie
cała populacja w kilka tygodni zostaje, pieszczotliwie mówiąc, skreślona z listy
żywych istot planety Ziemia. Akcję śledzimy z perspektywy kilku zwykłych
Amerykańcach - głuchoniemego Nicka Androsa, Meksańczyka Stu Redmana, rockowca
Larryego Underwooda, ciężarną Frannie Goldshmith, zawistnego i syprytnego
Harolda Laudera oraz kilku innych. Mamy przyjemność śledzić ich poczynania w
świecie, którego mam nadzieję nigdy osobiście nie poznać - wyczyszczonym przez
wirus, nazwany Katpitan Trips.
Pozostali przy życiu dzielą się na dwie części - kierowanych przez pośredniczkę
samego Boga, i tych, których prowadzić będzie Randall Flagg - ktoś pokroju
Diabła Wcielonego.
Dalej wiadomo - ludzkość, raczej to, co z niej zostało, czeka sprawdzian wiary,
miłości, poświęcenia, solidarności i paru innych równie cnotliwych wartości.
Pisanie o Stephenie Kingu jest nader wtórne, gdyż ciągle, przynajmniej na łamach
AMK, pisze się o nim tylko w pozytywnych barwach. Pod tym względem nie będę
outsiderem, ponieważ King jest rzeczywiście diablo dobrym pisarzem. Potrafi
opisać wiadro wody w takim stylu, że czytanie tego spowoduje szybsze bicie serca
i wypali parę wypieków na facjacie. Rzeczą oczywistą jest, że nikt nie jest
idealny, toteż tutaj nie będę temu przeczył. Powieści spod klawiatury Kinga są
dobre i już tylko lepsze. Nie ma złych powieści. Dobre i lepsze, owszem.
A "Bastion" należałoby postawić tuż obok sagi Mrocznej Wieży, bo jest napisana w
styli mistrzowskim, nie pozostawiającym sobie wiele do życzenia i wciągającym
jak nos podczas kataru. Sam początek, pierwsze kilka stron jest wartych wiele
więcej, niż cały "Pan Tadeusz" (piszę to z czystym sumieniem), a cała reszta
zdmucha większość polskich lektur naraz jednym machnięciem okładki. "Bastion"
jest dziełem, wielkim - bo ponad tysiącstronicowym - majstersztykiem
nieograniczonej wyobraźni, doskonałej wyprowadzonej akcji, świetnie budowanych
wątków i soczyście przedstawionych scen apokaliptycznych. Wyliczanie jest dość
denne, gdyż mógłbym to robić przez jeszcze kilka linijek.
Autor przyzwyczaił swoich czytelników do postaci, z którym utożsamienie się
wydaje się naturalną czynnością przy czytaniu. To jest jedna z jego mocnych
stron - przedstawienie postaci w taki sposób, że w razie jej śmierci czuje się
przygnębienie i złość na autora, że tak potoczył akcję. W "Bastionie" takie
postacie pojawiają się jak truskawki na zmutowanej plantacji. I żeby bardzo nie
niszczyć przyjemności czytania powiem tylko, iż równie często giną.
|
|
|
|
| Bastion |
|
| Horror/science-fiction |
|
| |
|
|

|
|
|
Minusy? Są, jak wszędzie. Jednakże względem pozytywów jest ich zbyt mało, by
w ogóle brać je pod uwagę. Podczas brnięcia przez tego tysiącznego kartkowego
kolosa, którym spokojnie mógłbym wbić gwoździa w dębowe drzewo, nie natknąłem
się na żaden minus wart jakiejkolwiek wzmianki. Może poza "nocnymi pomocnikami"
(z braku lepszego określenia), z którymi śniący bohaterowie niekiedy rozmawiali
spokojnie i otrzymywali od nich dokładne wskazówki, co i jak dalej robić. Trochę
infantylne posunięcie, ale zapewniam, że nie wpływa to negatywnie na akcję.
Plusami natomiast mógłbym zbombardować całą skrzynkę BlackDoga i Dusqmada, co
podkopałoby możliwości pojawienia się tej recenzji w ich magazynie. Pozytywem
jest cała książka. Przebieg akcji, rozpoczęcie, zakończenie, punk kulminacyjny,
bardzo oczywisty i genialny sposób opisania rozprzestrzeniania się wirusa-grypy.
Będzie tego więcej - jakieś 1336 stron.
O ile pamiętam, w mojej niedługiej karierze recenzenta wystawiłem jedną dychę.
Niniejszym więc mam już pretekst do zmienienia tego faktu. Daję "Bastionowi"
dziesięć możliwych punktów do zdobycia. I robię to ze względu na autora, który
swoimi powieściami w dużym ukształtował mój światopogląd i ogólny styl bycia.
Nie. Postawiłbym dychę, gdyby napisał go leworęki szympans z porażeniem mózgowym
trzeciego stopnia.
Bo, wierzcie mi, jest tego wart.
511969234
www.sianow.kw.pl
|
|