Grudzień 2005      


|:  RECENZJA  :|

Olga Tokarczuk  - Gra na wielu Bębenkach
Panna nikt

Zawsze lubiłam opowiadania. Nie tylko te actionmagowe. Krótkie historie, pochłaniane zachłannie w kilkanaście minut, mają w sobie jakiś nieuchwytny urok i niezwykły klimat, coś, co sprawia, że często mając przed sobą książkę z opowiadaniami, doznajemy podobnego uczucia, jak na widok stołu pełnego doskonałych potraw. A każda inna od poprzedniej.

To „coś” maja w sobie niewątpliwie historie pisane przez Olgę Tokarczuk, autorkę przemieszczającą się między klimatami kolejnych opowieści z perfekcyjną swobodą
i lekkością.
Tak jest i w tym przypadku. Zachęcająca zielona okładka, a już po chwili chłód flandryjskiego pałacyku, gdzie uczestniczymy w spotkaniu najznakomitszych pisarzy kryminałów. Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po serii tajemniczych morderstw, a już wita nas deszczowa Szkocja, okazała posiadłość powściągliwej starszej damy. Bibeloty na pianinie, jakby przyrośnięte do czarnej lakierowanej powierzchni instrumentu. Obrazy na ścianach tak zadomowione, że prawie się ich nie zauważało. Dywan perfekcyjnie stopiony z drewnianą podłogą, sprowadzony do czystej esencji miękkości pod stopami. I zagubiona wśród tego wszystkiego Polka. Pisarka. A już po chwili nowy Robinson – wojenny rozbitek, zagubiony gdzieś na morskim szlaku pomiędzy Grecją a Palestyną. Totalna alienacja. Czas bardziej odległy. „Roten 1675”. To w Niemczech. Zamożny i ekscentryczny szlachcic, jako aktorów używając okolicznych chłopów, inscenizuje zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców. Widzowie – lokalna arystokracja – zaniemówią z zachwytu. Przerwa na zaparzenie herbaty. Zaznaczam zieloną tasiemką przytwierdzoną do obwoluty miejsce, gdzie zmuszona byłam przerwać. Swoją droga, bardzo użyteczny wynalazek. Ale już jesteśmy z powrotem, z zielonym kubkiem w dłoni. Tym razem Polska. Studenckie strajki i fascynujący wariat zwany Che Guevarą. Albo uznany profesor psychologii z Londynu, zagubiony i bezradny w socjalistycznej rzeczywistości Warszawy. Skąd, do cholery, te czołgi na ulicach ?! I jeszcze kilkoro niezwykłych bohaterów. Czasem zadowolonych z życia, jak ta utalentowana śpiewaczka, ale częściej przygnębiająco samotnych: niespełniona tancerka, która zaszyła się na odludziu, nastolatka przemierzająca wraz z matką rodzinną wioskę w poszukiwaniu ojca własnego dziecka, para staruszków, którzy, choć od tylu lat żyją razem (a może właśnie dlatego?), z trudem znoszą swoją obecność. A na koniec – opowiadanie tytułowe, z jego niezwykłymi bębnowymi koncertami w podwórzu kamienicy – synonimem wolności.

  Gra na wielu Bębenkach
  Literatura piękna
  brak

 

 

Dużo tego, ale na tym właśnie polega cała przyjemność: dziesiątki miejsc i bohaterów w jedno popołudnie. Nie od razu pamięta się wszystkich, ale przecież i tak będzie się do nich wracać. Wystarczy kilka minut wolnego czasu. To kolejna zaleta kilkunastostronicowych opowieści. Bo czasem trudno się zmobilizować, by sięgnąć ponownie po przeczytaną już kiedyś powieść, mając jako alternatywę tyle nowych i wciąż nieznanych. Po opowiadanie można sięgnąć zawsze.

Nie wiem, czy trudniej w opowiadaniu zawrzeć to wszystko, co z równym powodzeniem dałoby się rozpisać na kilkaset stron powieści. Nie odważę się też stwierdzić, że zapisanie owych kilkuset stron w sposób mądry i interesujący wymaga większej wyobraźni i umiejętności. Wiem za to, że książki takie jak „Gra…” mogą być czymś w rodzaju przerywników pomiędzy lekturą kolejnych tomów Terry’ego Pratchetta czy Dana Browna. Warto zacząć właśnie od Olgi Tokarczuk.

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!