|
Olga Tokarczuk - Gra na wielu
Bębenkach
Panna nikt
Zawsze lubiłam opowiadania. Nie tylko te actionmagowe.
Krótkie historie, pochłaniane zachłannie w kilkanaście minut, mają w sobie jakiś
nieuchwytny urok i niezwykły klimat, coś, co sprawia, że często mając przed sobą
książkę z opowiadaniami, doznajemy podobnego uczucia, jak na widok stołu pełnego
doskonałych potraw. A każda inna od poprzedniej.
To „coś” maja w sobie niewątpliwie historie pisane przez
Olgę Tokarczuk, autorkę przemieszczającą się między klimatami kolejnych
opowieści z perfekcyjną swobodą
i lekkością.
Tak jest i w tym przypadku. Zachęcająca zielona okładka, a już po chwili chłód
flandryjskiego pałacyku, gdzie uczestniczymy w spotkaniu najznakomitszych
pisarzy kryminałów. Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po serii tajemniczych
morderstw, a już wita nas deszczowa Szkocja, okazała posiadłość powściągliwej
starszej damy. Bibeloty na pianinie, jakby przyrośnięte do czarnej
lakierowanej powierzchni instrumentu. Obrazy na ścianach tak zadomowione, że
prawie się ich nie zauważało. Dywan perfekcyjnie stopiony z drewnianą podłogą,
sprowadzony do czystej esencji miękkości pod stopami. I zagubiona wśród tego
wszystkiego Polka. Pisarka. A już po chwili nowy Robinson – wojenny rozbitek,
zagubiony gdzieś na morskim szlaku pomiędzy Grecją a Palestyną. Totalna
alienacja. Czas bardziej odległy. „Roten 1675”. To w Niemczech. Zamożny i
ekscentryczny szlachcic, jako aktorów używając okolicznych chłopów, inscenizuje
zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców. Widzowie – lokalna arystokracja –
zaniemówią z zachwytu. Przerwa na zaparzenie herbaty. Zaznaczam zieloną tasiemką
przytwierdzoną do obwoluty miejsce, gdzie zmuszona byłam przerwać. Swoją droga,
bardzo użyteczny wynalazek. Ale już jesteśmy z powrotem, z zielonym kubkiem w
dłoni. Tym razem Polska. Studenckie strajki i fascynujący wariat zwany Che
Guevarą. Albo uznany profesor psychologii z Londynu, zagubiony i bezradny w
socjalistycznej rzeczywistości Warszawy. Skąd, do cholery, te czołgi na ulicach
?! I jeszcze kilkoro niezwykłych bohaterów. Czasem zadowolonych z życia, jak ta
utalentowana śpiewaczka, ale częściej przygnębiająco samotnych: niespełniona
tancerka, która zaszyła się na odludziu, nastolatka przemierzająca wraz z matką
rodzinną wioskę w poszukiwaniu ojca własnego dziecka, para staruszków, którzy,
choć od tylu lat żyją razem (a może właśnie dlatego?), z trudem znoszą swoją
obecność. A na koniec – opowiadanie tytułowe, z jego niezwykłymi bębnowymi
koncertami w podwórzu kamienicy – synonimem wolności.
|
|
|
|
| Gra na wielu
Bębenkach |
|
| Literatura
piękna |
|
| brak |
|
|

|
|
|
Dużo tego, ale na tym właśnie polega cała przyjemność: dziesiątki miejsc i
bohaterów w jedno popołudnie. Nie od razu pamięta się wszystkich, ale przecież i
tak będzie się do nich wracać. Wystarczy kilka minut wolnego czasu. To kolejna
zaleta kilkunastostronicowych opowieści. Bo czasem trudno się zmobilizować, by
sięgnąć ponownie po przeczytaną już kiedyś powieść, mając jako alternatywę tyle
nowych i wciąż nieznanych. Po opowiadanie można sięgnąć zawsze.
Nie wiem, czy trudniej w opowiadaniu zawrzeć to wszystko, co z równym
powodzeniem dałoby się rozpisać na kilkaset stron powieści. Nie odważę się też
stwierdzić, że zapisanie owych kilkuset stron w sposób mądry i interesujący
wymaga większej wyobraźni i umiejętności. Wiem za to, że książki takie jak
„Gra…” mogą być czymś w rodzaju przerywników pomiędzy lekturą kolejnych tomów
Terry’ego Pratchetta czy Dana Browna. Warto zacząć właśnie od Olgi Tokarczuk.
|
|