|
Facet to konstrukcja prosta jak budowa mózgu pani Renaty B [Się przyczepiłeś do tej miłej, starszej pani, chamie jeden! - Iron Cookie]. Bo, oprócz standardowego przesiadywania przed telewizorem z browarem w ręce i głośnego dopingowania naszych reprezentacyjnych kolegów ganiających za skórzaną gałą oraz cotygodniowej popijawy u kumpla, facet, prawdziwy facet, kocha szybkie wózki, piękne kobiety i ekstremalne przeżycia, tak, by adrenalina wylewała się uszami. Nawet z pozoru głupia pogoń (no i teraz w Szczecinie mam przesrane [a tak w ogóle to dwa lata temu w Polsce było zarejestrowanych 65 różnych Pogoni :D - dop. Scooter Fox]) za łaciatą oraz sesyjka przy wciągającej gierce owego hormonu jest nam w stanie dostarczyć całkiem sporo. Pomijam tu oczywiście różnorakich odmieńców ubierających się w kreszowy dresik z dwoma, trzema, a nawet czterema (!) paskami (większa ilość pasków ponoć oznacza większy iloraz inteligencji. W przypadku 4 paseczków IQ 4 jak mniemam, hue hue), i długowłosych pajaców noszących czarne wdzianka z glanami na nogach i naszywkami na plecakach typu Kurt Cobain, Nirvana, Iron Maiden, którzy w biegu przypominają worek kartofli[Masz coś de metali? :> Przypominam, ja jestem redaktorem - Ty współpracownikiem. :D - Iron Cookie]. Do tego zestawu patałachów dorzucić można Rysia z Klanu (Grażynko, znów mi kupa nieświadomie w majty wleciała) i kobietki (och, gdzie mój lakier do paznokci). Te młodsze, jak powszechnie wiadomo, wolą bawić się plastikową Barbie i Kenem bez siusiaka, miast oddawać się rozkosznej rozgrywce przy telewizorze. Z kolei starsze upodobały sobie śmiganie po domu z odkurzaczem w ręce, bądź zabawę w zmywanie naczyń na czas. Zanim w moją stronę polecą garnki z porcelanki powiem, że dziewczęta z natury są spokojniejsze i, jak twierdzą mądre głowy, szybciej dojrzewają fizycznie (to dobrze, hue hue) oraz psychicznie (źle :)), także nie w głowach im figlarne psikusy.
Mnie natomiast marzy się beztroskie skakanie, wjechanie komuś w tyłek, rozpryskująca się na wszystkie strony mokra ciecz ( trudno, żeby ciecz była sucha)... Jeżeli w tym momencie wydaje się tobie, że jestem jakimś obleśnym niemieckim fetyszystą, tudzież śmierdzącym dewiantem, spójrz na nagłówek. Co widzisz? "Wave Race - Blue Storm". Brawo, a z czym kojarzy ci się ten tytuł? Z sequelem Wave Racera 64, gry znanej z Nintendo 64, traktującej o wyścigach na skuterach wodnych. Wyżej wymienionych atrakcji gierka dostarcza na każdym kroku, co zapewne uraduje łamaczy analogowych sticków, a zasmuci fanów "przystojnych", rudych, kudłatych mężczyzn, występujących w ostatnim filmowym hicie "Lubieżne czerwone łby".
Nintendo, jak to ma w zwyczaju, lubi powielać sprawdzone pomysły. Tak było chociażby w przypadku Super Mario Kart na SNES-a, który doczekał się wersji na N64 (MK64) oraz GCN (MK:DD!!). Jasne więc było, że z launchem nowego sytemu do grania (w tym przypadku "Gejpudła") doczekamy się zapewne gry sygnowanej logo Nintendo, która ukazała się na ich poprzedniej konsoli. No i masz babo placek, Wielkie N wydało kontynuację Wave Racera. Rewolucji na miarę silikonowego zaworka raczej radzę się nie spodziewać, niemniej dobrej rozrywki i zrywającej skarpetki z nóg zabawy i owszem. Jak poprzednio fabuła zaskakuje. Nie, nie przyjdzie nam ratować Ziemian przed wielką ciągnikową euforią ciągnącą za sobą wielkie łany rzeżuchy czy też zasiedleniem Marsa przy pomocy milutkich wieprzy, które miałyby pozbawić zapasów żywnościowych Marsjan, wyżerając im trufle spod ziemi.
Nie, bo to "gupie" i prostackie, wymyślone przez pięciolatka dla sześciolatków. Miast tych popłuczyn wcielisz się w skórę facia o wyraźnym deficycie szarych komórek lub babki z nadwyżką genów odpowiadających za kolor włosów typu blond i zdobędziesz wyśnione mistrzostwo, na skuterze rzecz jasna. Jednym słowem: Fajnie. Naturalnie by zająć pierwsze miejsce w rozgrywkach i zdobyć uznanie oraz szacunek na wiosce należy wpierw odwiedzić Championship, który stanowi tu główny tryb, wybrać jednego półgłówka bądź laseczkę i wygrać te parszywe mistrzostwa. Jeżeli nie miałeś styczności z poprzednią wersją tej gierki, niezwłocznie udaj się do trybu Tutorial, gdzie zaznajomisz się ze sterowaniem oraz poznasz tajniki czesania trików. Opcji Time Attack także nie zaszkodzi obadać, bo dobra znajomość toru ze wszystkimi skrótami to na wyższych poziomach trudności podstawa. Tyle, jeśli chodzi o krótkie wprowadzenie i nowinki, a właściwie nowinkę (wcześniej nie było tutoriala) w menu, resztę trybów można sumiennie puścić w sraczu. Bo cóż takiego mamy? Nudnawy Free Roam (frywolna jazda samemu po "mapie") lub bezdennie głupkowaty Stunt Mode, w którym radość z czesania trików jest taka sama jak mój entuzjazm podczas obierania ziemniaków. I to już konie... Ops, posiadacze 2, 3 bądź 4 padów mogą zapuścić sobie multiplaya na split screenie, a jak wiadomo lepiej gra się w kupie (hmm?), bo i można kogoś padem po plecach zdzielić, pokazać kto tu jest mastah kila, zamiast samemu wyżywać się na konsoli, kiedy komputerowy przeciwnik łoi nam tyłek dziesiąty raz z rzędu. W stosunku do poprzedniej części gry grono zawodników rozrosło nam się dwukrotnie. Pięciu chłopa do wyboru wespół z trzema laseczkami będzie umilało nam czas. Ludzie dodatkowo zrzucili kaski, a co niektórzy przyodziali nieco bardziej swobodne łachy. Wybór odpowiedniego człeka zależy ogólnie od własnych upodobań. Ja tam wolę kobietki, ale są i tacy, co i dobrze zbudowanym macho nie pogardzą (zwierząt niestety brak - u zoofilów minus zapewne przeogromny). Mamy więc grubego jak ponton po nadmuchaniu świniopasa Marinera, który charakteryzuje się beznadziejnym przyspieszeniem oraz zwrotnością, jednak "grubek" nadrabia to najlepszym top speedem oraz wytrzymałością. Młoda dziewoja, Akari Hayami, posiada zaś (właściwie jej maszyna) genialną przyśpiechę oraz zwrotność; wytrzymałość i maksymalna prędkość to jednak słabe jej punkty. Wymienione cechy to naturalnie nie wszystko. Jest tego znacznie więcej. Dzięki temu łatwiej wybrać zawodnika według własnych preferencji. Wspomniana dziewczyna idealnie nadaje się dla osób początkujących, a Mariner wyłącznie dla wymiataczy. Są i postacie mające bardziej zrównoważone atrybuty, także każdy znajdzie coś dla siebie. Gdy po raz pierwszy wylądowałem w wodzie, naszła mnie chwila refleksji. Mianowicie, że hasło podpasek Always "zawsze czysto, zawsze sucho, zawsze pewnie" nie ma tu racji bytu. Bo na pewno nie jest tu czysto (czort wie, co tam w wodzie pływa, a nuż w pobliżu jest gdzieś rura odpływowa ze ściekami), pewnie, a tym bardziej sucho. Wydawać by się mogło, że skutery, które osiągają nieco ponad 100km/h, mogą wprawić w stan euforii jedynie mojego dziadka. Na całe szczęście giera jest bardzo dynamiczna, a akcje typu "slalom między falochronami", czy "wybicie się z rampy w powietrze, by następnie wbić się z impetem pod wodę przepływając tym samym pod drewnianą kładką" są cholernie rajcowne.
|
Na gameplay wpływa również sama konstrukcja map, które obfitują w różnorakie atrakcje. Co prawda są one zaskryptowane, ale dość mocno podnoszą poziom adrenaliny. Dochodzi do tego też bezpośrednia rywalizacja z innymi zawodnikami oraz "walka" z bojami. Te z kolei należy, wzorem z poprzedniej części, omijać, co zmusza do niezłego kombinowania.
Przepuszczenie 5 równoznaczne jest z dyskwalifikacją, choć przepuszczać na wyższych poziomach trudnościach należy, i to jak najbardziej. Przeciwnicy są diablo upierdliwi i nie stronią od bliskich kontaktów trzeciego stopnia. Sytuacje, kiedy jakiś bonzo wjechał mi w tyłek bądź zepchnął mnie na mieliznę, zdarzają się nader często. Absolutnym debilizmem jest jak dla mnie brak restartu pojazdu. Gdy wpi3rdolisz się na mieliznę/statek/rampę, trzeba się zdrowo napocić żeby wrócić do wody, co oznacza zazwyczaj stratę kilku sekund. Na niższych poziomach trudności da się to jeszcze przełknąć. Exihibtion, Normal, Hard - przeszedłem je na 1 miejscu zbytnio się nie wysilając, ale Extreme spędza mi sen z powiek. Jest on chyba najbardziej wymagającym poziomem na wschód od Misisipi. Fakt, Extreme do czegoś zobowiązuje, wszak nie został wymyślony ot tak, dla jajec, bo to w końcu nie Wielkanoc, ale damn it, tego gówna nie da się przejść, a jedynym warunkiem odkrycia wszystkich plansz jest właśnie zaliczenie gierki na 100%. Mimo mych usilnych starań, przepoconych pach i śmierdzących skarpetek nie udało mi się odblokować ostatniego levelu. Wybaczcie. Próbowałem chyba z 50 razy, ale najwidoczniej starość daje mi się we znaki. Pewnikiem niedługo będę oglądał Złotopolskich i popuszczał w gacie na widok Familiady (dżizas, to będzie mój koniec). Do tego gra ma dziwaczny system punktacji. Podczas pierwszego wyścigu, aby uczestniczyć w następnym, trza zdobyć min. 3 pkt., czyli uzyskać 6 miejsce. Następnie ogólnie wymagane jest 10pkt, dalej 20pkt, itd. Nieważne, że np. w klasyfikacji ogólnej zajmujesz 2 miejsce z 24pkt, ponieważ wymagane jest 30pkt. Koniec, kropka, nie ma gadania. Teraz zdajecie sobie sprawę, jak jest ciężko. Jeżeli myślisz sobie, że jesteś "osiedlowy miszczu" i na Hard odstawiłeś konkurencję daleko w tyle, znając dokładnie tor, to na Extreme dasz sobie radę. Nic z tego, bo na Extreme układ toru zmienia się diametralnie. Boje znajdują się kosmicznie blisko siebie, a plansze upstrzone są upierdliwymi przeszkodami. Ileż to ja zębów zjadłem na Aspen Lake, tego to nawet ja nie wiem. Co chwila wprasowywałem się w wyrastające z wody głazy, wystające kołki, ale mój upór został wynagrodzony, bo po wielu próbach udało mi się zająć 1. miejsce. Reguły rzecz jasna nie ma, bo co z tego, że byłem pierwszy, skoro w następnym wyścigu odpadłem. Nie wystarczy znać na pamięć układ toru. Trzeba mieć kupę szczęścia i odpalać, kiedy tylko można, opcję Turbo. Owe turbo dopalasz za każde prawidłowe ominięcie boi (i vice-versa) lub po odpaleniu jakiegoś triku. O trikach na skuterze radzę zapomnieć, bo do ich wykonania trzeba iście małpiej zręczności. Dopałka ma naturalnie swoje wady, właściwie to jedną: większa prędkość = większe prawdopodobieństwo zaliczenia "czołówki". Co do samych torów, część z nich to zmodyfikowane wersje z N64. Pojawiło się też kilka nowych, pokroju La Razza Canal (taka Wenecja, ciasno z mnóstwem ostrych nawrotów) czy Artctica Bay gdzie śmigamy w towarzystwie pingwinów oraz orek. Łącznie jest ich siedem, czyli całkiem przyzwoicie. Słówko należy się też grafice. Pamiętacie zapewne, ile wrzawy narobiła poprzedniczka. Genialna woda powaliła niejednego pececiarza na łopatki. Teraz zaś grafa ani mnie nie grzeje, ani nie ziębi. Standard po prostu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że woda w Super Słonecznym Marianie wygląda lepiej, niż w niektórych występujących tu miejscówkach. Nie znaczy to wcale, że gra to jakieś odrażające paskudztwo. Co prawda podczas krótkiej pokazówki toru wydawało mi się, że ktoś mi figla zrobił i zapodał tytuł z pierwszego PSX-a (matowe tekstury, otoczenie zdające się być zbudowane z kartonowych pudełek), lecz po kilku minutach szarpania stwierdzam: jest nieźle, miejscami całkiem dobrze. Fachowo wygląda przezroczysta woda w Southern Islad, 2-3 metrowe fale także robią wrażenie. Na uwagę zasługują warunki atmosferyczne (stąd podtytuł "Blue Storm"). Mówię wam, że gdy na ekranie TV rozszalał się sztorm, pędząc na złamanie karku w strugach deszczu, przy rozbryzgujących się kroplach na kineskopie, odruchowo chciałem zamontować na moim Philipsie wycieraczkę z samochodu. Jest po prostu genialnie, a tak sugestywnego sztormu dawno nie widziałem. Jak widać, cała para ponownie poszła na wygenerowanie wody, reszta natomiast przedstawia się znośnie. Dźwięki są średnie, a muzyka przypomina mi dokonania kumpla w Magix Music Maker (słabiutko). Fachowcy wyłapią pewnie też to, że gra nie obsługuje opcji 60 Hz. Ciekawostką dropsa wydaje się także mapa toru na HUDzie. Podobnie jest z komisją gier i zakładów Lotto podczas każdego losowania. Po co jest? Tego nikt nie wie. Gierka jak widać średnia, niemniej za równowartość paczki fajek i 3 browców można już ją nabyć. Jest nieźle, i jeżeli szukasz za niewielkie pieniądze miłej odskoczni od RE4 i MP, to możesz śmiało kupować. Rzekłem.
[UPDATE 14.09.2005: Udało się, udało! Po wielu nieudanych próbach w końcu przeszedłem to poryte Extreme! Yeah, i zająłem nawet 2. miejsce w ogólnej klasyfikacji. Możecie zwracać się do mnie teraz per Mistrzu, hue hue]
Farmaras (ten od Smerfów) john_farmer@op.pl
Plusy:
+ dynamika
+ warunki atmosferyczne
+ niezła woda
Minusy:
- 50 Hz
- muza
- potrafi wkur@#$
- mój kuzyn twierdzi, że Peja rządzi światem
Ocena: Grafika:6 Dźwięk:6 Miód:7 Ogółem: -7
Producent: Nintendo
Rok produkcji: 2002
Platforma: GameCube
Gatunek: wyścigowa
Język: angielski
Ilość płytek: 1 miniDVD
Memorka: 12 bloków
Cena: śmieszna
|
|
|
oprawa AV
zabawa w survival
Snejk, Snejk, Snejk!!!
wszystko, prócz...
|
kamery!
|
Producent: Konami
Rok produkcji: 2004
Platforma: PS 2
Gatunek: skradanka
Język: angielski
Ilość płytek: 1 DVD
|
|