|
Ach, jakże ja uwielbiam rok szkolny! :P Oczywiście pod względem natłoku zajęć - mam mało wolnego czasu i zatem mogę pisać recenzje częściej. Jakby to inaczej powiedzieć... urlop (wakacje) się skończył, trzeba wracać do pracy!
Dawno dawno temu, w zamierzchłych latach 30. XX wieku, na pewnej farmie zaginęły dwie małe dziewczynki. Ojciec razem z synem i połową miasteczka (na oko) ruszył na ich poszukiwanie. Swoje córki odnalazł w towarzystwie czarnoskórego Johna Coffey. Były martwe. John za tę zbrodnię został skazany na karę śmierci na krześle elektrycznym. Właśnie w Zielonej Mili.
Zielona Mila to, oprócz tytułu filmu, również nazwa ostatniej drogi skazańców, wzięta od zielonego linoleum. W chwili, gdy Coffey przybywa do bloku, obserwujemy więzienną furgonetkę. Widać, że jest przeciążona. I w tym momencie można pomyśleć, że Coffey nie jest sam. Ale! Gdy wysiada, auto momentalnie wraca do normalnego stanu. Coffey to olbrzym - ze świecą szukać drugiego takiego chłopa. Robi to na nas niesamowite wrażenie, podobnie jak na twarzach strażników. A przy tym Coffey jest łagodny jak baranek, no i boi się ciemności. Zaiste, mogę pokusić się o stwierdzenie, że to Michael Duncan gra najlepiej z całego filmu. Taki bojący się olbrzym z czymś (z Mocą?). Ale reszta obsady wcale nie gra gorzej. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że "Zielona Mila" to jedyny film, w którym nie mogę się przyczepić do gry aktorskiej, naprawdę. No, może mysz aka Pan Jingles był trochę mało przekonujący (widział ktoś kiedyś taką mysz? No?) [dla tych co nie wiedzą o co chodzi, dopowiem, że owa mysz jest całkiem rozumna. Przypomina myszkę cyrkową, albo dobrze wyszkolonego psa - Dishman].
Nie jestem znawcą Stephena Kinga (raptem przeczytałem dwa pierwsze tomy "Mrocznej Wieży" i czekam aż dostarczą kolejny), zatem nie mogę stwierdzić, czy film jest zgodny z literackim oryginałem. Ale ważne, że po skończonej projekcji człowiek nie czuje się jakby zmarnował te godziny w jakiś idiotyczny sposób, tylko jakby korzystał z inteligentej, przyjemnej rozrywki (mam potwierdzenie - po emisji filmu w TV pytałem się kilku znajomych, jakie mają zdanie o filmie. Było nadzwyczaj pozytywne.). Jednak "Zielona Mila" to nie idealny film. Ma jedną wadę, która wygląda intrygująco.
Chodzi mi o efekty specjalne, a dokładniej to o jeden efekt który się pojawiał kilka razy. Mianowicie kiedy Coffey pomagał danym osobom, to potem wydalał(?) z siebie te choroby. I właśnie ten wygląd tego czegoś doprowadzał mnie do bezsensownych rozmyślań: "co to jest? Komary? Muchy? Kłaczki kurzu?" A tak patrząc z drugiej strony to nieźle było to zrealizowane. Nasilenie się energii, wyraz skupienia na twarzy Coffeya (i wyraz zdziwienia połączony z lekkim niepokojem na twarzy "pacjenta") aż tu nagle puf! i choroby nie ma. BTW: te rozjaśnianie żarówek w więzieniu przypomniało mi inny film. Chodzi o "Potwory i S-ka", jak Buu płakała (albo się bardzo śmiała) - wzrost energii i szlag trafił żarówki.
Podsumowując, Frank Darabont stworzył prawie idealne dzieło. Niektórzy mogą ze mną nie zgodzić, ale dla mnie "Zielona Mila" jest filmem, który zawsze miło wspominam i z przyjemnością oglądam, nieważne który raz. Niewiele jest filmów, do których wracamy z takim samym uczuciem, jakbyśmy oglądali go po raz pierwszy.
»Ocena:
9+/10
»Autor:
|
tytuł oryginalny:
The Green Mile
|
|
reżyseria:
Frank Darabont |
|
produkcja:
USA |
|
gatunek:
Dramat |
|
premiera:
24.03.2000 |
|
obsada:
Tom Hanks, Michael Clarke Duncan, James Cromwell, David Morse, Michael Jeter, Graham Greene, Doug Hutchison, Sam Rockwell, Barry Pepper, Jeffrey DeMunn, Mack Miles, Harry Dean Stanton, Patricia Clarkson |
|