|
» Sen gwarantowany?
Różnie bywa z ekranizacjami prozy Kinga. Jedne
na długo pozostają w pamięci, natomiast inne wzbudzają silną
falę negatywnych odczuć. "Łowca snów" jest doskonałym przykładem
na to, że każdy krytyk, czy recenzent jest inny. Jedni mają
wysokie wymagania, natomiast innych zadowoli odziany na
galowo kicz. O najnowszym filmie Kasdana opinie krążyły
najróżniejsze. Sprawiły one, że po dwóch latach przypomniałem
sobie, iż taki film w ogóle istnieje, bowiem niedawno miałem
okazję z nim obcować. Zaznaczę, że jakoś długo czekałem na to,
aby zdecydować się na te dwie godziny...
Akcja filmu toczy się w stanie Maine, w którym
urodził się Stephen King. W pierwszych minutach mamy okazję ku temu, aby
poznać czterech bohaterów, którzy będą nam towarzyszyć podczas
całego seansu. Będą nimi Jonesy, Henry, Pete i Beaver. Znają się
oni od młodzieńczych lat. Pewnego zimowego dnia wspólnie
spotykają się w znajdującej się, w lesie drewnianej chatce.
Tu też wspominają swoje dziecięce lata, oraz Dudditsa,
upośledzonego chłopca, któremu wiele lat temu pomogli uniknąć
wielu przykrości. Wtedy to obdarzyli go przyjaźnią, a on
odwdzięczył się im obdarowując ich wieloma niecodziennymi
zdolnościami, o których dotąd mogli jedynie śnić. Nauczył ich sztuki telepatii, czytania w myślach
oraz odnajdywania drogi. To też sprawiło, że znacznie wyróżniali
się spośród tłumów ludzi. Wspomniane wcześniej spotkanie w
leśnej chatce przerywał jednak pewien nieproszony gość, który
zgubił się w lesie...
Zaznaczę, że historia, którą opowiada nam film
jest stosunkowo dziwna i niecodzienna. Wszakże takie są też w
większości twory Kinga. Mamy oto elementy wręcz śmieszne, które sprawiają, że film
oglądamy z lekkim zażenowaniem oraz te nieco filozoficzne,
sprawiające, że będziemy szukać w obrazie Kasdana czegoś
głębszego. Czy znajdziemy? Z pewnością tak, ale ciekawe
wątki pozostały niestety w cieniu tych niezbyt pociągających.
Zapada w pamięć z pewnością nietypowa postać Dudditsa, którą
będziemy poznawać etapami. To ona sprawia, że wspomniany obraz
ma w sobie coś głębszego.
Wspomnę w tym momencie o aktorstwie. Na początku seansu,
kiedy to na ekranie migały nazwiska aktorów szczególnie rzuciło
mi się w oczy jedno z nich - Morgan Freeman. Aktor to z całą pewnością nieprzeciętny. Wiele razy pozytywnie
zaskakiwał oraz dowodził swojej wartości. Jak wypadł w "Łowcy
snów"? Ano wręcz bardzo przeciętnie. Momentami może sprawiać
wrażenie nieco zagubionego. Dziwi mnie to, że opinie po
premierze tego filmu zbierał naprawdę różne. Jedni dziennikarze
czarnoskórego aktora wychwalali pod niebiosa, inni zaś nie
pozostawiali na nim suchej nitki. Cóż ja raczej przynależę do
tej drugiej grupy. Kolejnym aktorem, nad którym przez chwile się
skupię jest Damian Lewis grający Jonesya. Widz obserwuje to, jak stara się
on być na wskroś zły i robi wszystko, aby nie
patrzyło mu zbyt dobrze z oczu. Niestety wychodzi mu to nieco
żałośnie, powiedziałbym mało przekonująco, sztucznie. O niebo
lepiej, niż dwaj wspominani panowie radzi sobie Jason Lee
wcielający się w postać Beavera. Ogólnie jednak aktorstwo nie
na wysokim poziomie, lecz typowo średnim,
pozostawiającym nieco do życzenia.
Element nazywany aktorstwem jest ważny, niemniej
nawet w najlepszym wydaniu nie uratuje tonącego okrętu, którym
jest recenzowany przeze mnie film.
 |
Ogólnie rzecz biorąc omawiana produkcja nie
wnosi zupełnie niczego nowego do gatunku, który reprezentuje.
Miejscami wręcz trąci schematem, wtórnością. Wystarczającym
dowodem na to jest fakt, że obcy są przedstawieni tak, jak w
tysiącach innych filmów, czyli strasznie szablonowo. Inaczej
wyglądają po przeistoczeniu w "ślimaka", ale w tym
momencie swym specyficznym "urokiem osobistym"
przywołują nieco towarzyszące nam od lat wspomnienia z "Obcego".
Jeśli chodzi o nastrój to sprawa prezentuje się w stylu pół na
pół. Na początku jeszcze da się wyczuć szczyptę dobrego klimatu,
niemniej jednak z czasem, o czym sami z pewnością się
przekonacie zupełnie on zanika. To też sprawia, że film dzieli
się na dwie części. Jedna z nich jest dobra, druga zaś
tragiczna. Zdawać by się mogło, że tytuł w tym przypadku okazuje
się nie być ani trochę chybiony. Tak, film wzmaga momentami
znudzenie i senność.
Tak więc zwróciłem uwagę na słabe strony owej
ekranizacji. Wszak jest ich sporo, ale często nawet najgorszy
film ma jakąś zaletę. Coś jest w jego wykonaniu, zasługującego
nawet na najmniejszą aprobatę. W "Łowcy snów" kilka elementów
również jest na przyzwoitym poziomie. Wspomnę chociażby o
efektach specjalnych. W sumie doba współczesnego kina jest dobą
efekciarstwa i wybuchowych fajerwerków, niemniej jednak nadal
oglądając jakikolwiek film, a szczególnie science fiction zwraca
się uwagę na FX. Ze zdjęciami i muzyką również nie jest źle.
Ścieżka dźwiękowa Jamesa Newtona Howarda raczej nie zapada na
długo w pamięć, niemniej jednak nieco umila nam seans.
Podsumowując mamy raczej do czynienia z filmem
średnim. Mimo, iż nie miałem kontaktu z książką, znając nieco
Kinga wierzę, że literacki pierwowzór dawał znacznie większe
możliwości. Tak, czy owak wszyscy wiedzą, jak to bywa z tymi
ekranizacjami. Kilka aspektów kładzie na łopatki film, który z
początku nie zapowiadał się najgorzej. Tak więc obraz Kasdana
nie należy do grona tych, które polecam. Myślę, że wielu czytelników ma
bardziej wyrafinowane gusta, dlatego też w moim odczuciu film
nie jest pozycją obowiązkową. Jeśli macie go w swojej kolekcji,
a dotychczas nie oglądaliście to radzę położyć na półce
podpisanej "Może kiedyś zobaczę". Na koniec jeszcze mała
ciekawostka: Stephen King sprzedał prawa do ekranizacji swojej
książki za symbolicznego dolara.
»Ocena:
5-/10
»Autor:
|