Recenzje

 

Coś czego nie rozumiemy, co wzbudza w nas ciekawość, wzbudza w nas lęk, ale i chęć poznania dlaczego jest tak a nie inaczej. Ten film jest potwierdzeniem tej tezy. Jeżeli otaczają nas ludzie, którzy są podobni do nas, umieją czytać, pisać, boją się napadów, stronią od przemocy i ciemnych interesów, to logiczne jest, że ciekawi nas ktoś zupełnie odmienny, a takim kimś jest właśnie Danny, główny bohater filmu.

Danny bowiem jest człowiekiem, którego można porównać do psa. Ma swojego pana, jest wykorzystywany do walk, nie ma swojego zdania, oraz jest bardzo dobrze wyszkolony. Jego wadą, z której jednak cieszy się jego "właściciel", jest brak jakiegokolwiek własnego pomyślunku, czy inteligencji. Jeżeli Bart rozkaże mu zabić danego człowieka, to wystarczy, że zdejmie Danny'emu obrożę, a ten bez namysłu wykona zadanie.

Swoją drogą przedstawiona w filmie sytuacja nie jest znowu taka nierealna. Znane są bowiem przypadki w których dzieci wychowywane są przez psy, a to dlatego, że np. straciły rodziców, a pochodziły z domu nędzarzy. Przejmują one wszystkie zachowania jakie panują w stadach zdziczałych psów, jeżeli wśród nich przebywają. Dziwne jest jednak to, że Danny z psami się nie wychowywał, a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. W sumie to i nawet nie wyje, ani nie drapie się nogami po brzuchu, ale odpowiada dokładnie psiemu odpowiednikowi amstafa wystawionego do boju.

I tu chociaż widać, że ktoś się wczuwa w rolę :)

Jak każda historia również i "Człowiek pies" ma swój zwrot. Na skutek dziwnego zbiegu okoliczności Danny poznaje niewidomego człowieka, który trudni się nastrajaniem fortepianów. O dziwo ta pół bestia ma słabość do dźwięków, które wydobywają się z tego "magicznego" urządzenia. Ma to naturalnie swoje podstawy, ale ich zdradzać nie będę. To u owego człowieka o imieniu Sam, Danny zaznaje ciepła domowego ogniska. Jest traktowany jak człowiek, nikt nie zadaje mu trudnych pytań i nie wymaga niczego specjalnego. W tym momencie pojawia się pewien zgrzyt. Sam, który na dodatek jest niewidomy i ma na utrzymaniu córkę, przyjmuje ot tak pod swój dach zupełnie obcego mu mężczyznę, który raczej przypomina dzikusa, a nie cywilizowanego mężczyznę. Skąd takie zaufanie, skąd ten brak dociekliwości?

Pozostawmy to jednak i zajmijmy się sprawą aktorstwa. W "Człowieku psie" mamy do czynienia z dwoma gwiazdami. Pierwszą jest Morgan Freeman, a drugą Bob Hoskins i zdecydowanie lepiej wywiązuje się z niej ten drugi. Freeman naturalnie przykuwa naszą uwagę, ale tylko dlatego, że jego twarz jest rozpoznawalna. Nie zapominajmy, że grał niewidomego, a to w sumie nie jest znowu takie proste zadanie. Tymczasem miałem wrażenie, że filmowy Sam raz widzi, a raz tylko udaje, że jest niewidomym. Wszytko to dlatego, że przez cały czas w każdym ujęciu nosi ciemne okulary. Osobę niewidomą pozna każdy po utkwionym w jednym miejscu, nieobecnym wzroku. Tutaj tego nie ma i osobiście uważam za totalną kompromitację takie pójście na łatwiznę. Dodatkowo Freeman jakoś specjalnie nie tchnął w swoją postać magicznego ducha, który sprawia, że dana rola zapada w pamięci przynajmniej na długie miesiące.

Bob Hoskins wypada lepiej. Być może dlatego, że i jego postać jest bardziej wyrazista i zdecydowana. Człowiek, który zbiera długi, reguluje płatności i do tego celu potrzebuje poważnego argumentu siłowego, którym akurat jest Danny. Jego mała, krępa postura sprawia, że siłą rzeczy jest nieco komiczny, bo próbuje udawać groźnego typka. Hoskins wywiązuje się z pracy poprawnie, ale bez żadnych fajerwerków. Tak jakby przyjmował średni poziom aktorstwa od Freemana.

Jednak głównym bohaterem jest Danny, czyli Jet Li. Człowiek pochodzący z Azji, z tragiczną przeszłością, ale i katastrofalną sytuacją w chwili obecnej. Zachowuje się tak jakby ktoś wyprał mu mózg. Reaguje na znaki, symbole, ale nie koniecznie na polecenia. Nie współpracuje, nie jest zdolny do samodzielnego myślenia. Bart bowiem aby uruchomić Danny'ego do walki zdejmuje mu obrożę, wtedy chłopak rzuca się do bitki. W jednej ze scen Bart został zaatakowany i nie zdążył zdjąć obroży. Efekt? Danny stał jak wmurowany gdy jego pan dostawał ostre lanie. Jet Li wywiązał się dobrze, przekonał mnie do swojej roli. Jestem skłonny uwierzyć, że tak właśnie wygląda człowiek, któremu zrobiono straszną krzywdę i niemal wyczyszczono mózg.

Ciemne okulary nie czynią z pana niewidomego, panie Freeman

Kolejnym aspektem w filmie jest jego formuła. Zaczyna się od bójki i to w efektownym, wschodnim stylu. Muszę stwierdzić, że wszystkie sceny bijatyk zrobiły na mnie dobre wrażenie, bo wreszcie Danny jest postacią w której widać gniew, złość i nienawiść. Większość wcześniejszych aktorów spinała się w sobie i krzywiła twarz, albo walczyła z błogim spokojem wiedząc, że i tak są lepsi od swoich przeciwników, więc po co mają się denerwować? Danny jest jak spuszczony ze smyczy pies, gryzie kogo tylko może, w jego mimice twarzy, ale i wszystkich ruchach widać zaciekłość i swoistą zajadłość i to mi się podoba.

Niestety reszta jest sztamponowa, przewidywalna i mało ciekawa. Dzikus i brutal jakim jest Danny cywilizuje się, gdy Sam stwarza mu do tego warunki, nie obchodzi się też bez powrotu do korzeni, oraz ostatecznego starcia. Film albo dla ludzi, którzy lubią popatrzeć się na "bitki", albo dla fanów aktorów w nim występujących. Reszta spokojnie może o filmie zapomnieć.

 

»Ocena: 5+/10

 

»Autor: Dishman