|
| Recenzje |
|
|
Dziwne. W wakacje, mimo tego, że mam mnóstwo wolnego czasu, to jakoś nie mogę się skupić... recenzje zawsze wygodniej pisze mi się w czasie roku szkolnego, albo na początku wakacji... to chyba przez presję wywieraną przez rodziców ("wyłącz ten komputer"), ale co mi tam. Trza pisać, nie marudzić. Oto "Coś".
Rok 1982, Ankarktyda. Do odciętej od świata stacji badawczej przybiega pies, ścigany przez Norwegów w helikopterze, próbujących go zamordować (jak to brzmi...). W skutek nieumiejętnego posługiwania się bronią Norwegowie giną (przynajmniej ja to tak odebrałem), a pies dostaje się pod opiekę polarników. Wkrótce coś zaczyna się dziać...
Tytułowe Coś to przybysz z innej planety, którego naturalnego wyglądu nie uświadczymy. Ów wirus (chyba), pragnący stać się imitacją doskonałą, zaraża kolejnych członków załogi - od zwierząt, po ludzi. Czyli, mówiąc po prostu, nikomu ani niczemu nie ufaj. I tak się zachowywała załoga; z początku jeszcze sobie ufali, ale z każdą sekundą było coraz gorzej. "Coś" się rozprzestrzeniało... Naprawdę, spodobało mi się, jak aktorzy patrzyli na siebie wilkiem, jak dochodziło między nimi do sprzeczek, jak podejrzewali, że może on jest zarażony...
może ten... albo ja...
Samo zarażenie z początku jest nie do wykrycia, ale gdy się ujawnia to hoho! Nigdy nie widziałem takiego czegoś - przykład psa - piszczy, piszczy, coś go rozrywa od środka i rośnie taka kupa mięśni z mackami, porywająca resztę zwierząt i zmykająca na sufit w akompaniamencie pisków. Teraz strona techniczna - "Coś" nie jest tworzone komputerowo. Jest tak plastyczne, w pewnym sensie naturalne, że porównanie może budzić tylko Alien z pierwszej części "Obcego" (tam też był normalnie zrobiony, tzn. normalny "żywy" model, a nie generowany komputerowo lub przebrany koleś jak Godzilla). I to nie razi w oczy; wręcz przeciwnie. Sprawia, że film oglądamy z jeszcze większą przyjemnością, czekając tylko, aż "Coś" się ujawni.
Wrażenia dotyczące gry aktorskiej odniosłem bardzo pozytywne. W tym filmie za nic nie mogłem dociec, kto jest zarażony, a kto nie, dopóki się nie ujawnił. Zatem aktorzy grali bardzo przekonywująco, z każdą chwilą ufali sobie coraz mniej, snuli domysły, jak się uratować, jak rozpoznać zarażonego... i na dokładkę twórcy filmu dali nam na zakończeniu furtkę, gdzie możemy tylko się domyślać, czy wśród ocalonych nie ma "Czegoś"... w końcu każdy z aktorów był choć przez chwilę sam...
Film jest horrorem bardzo dobrej klasy; mimo tego, że są wizualnie lepsze filmy, "Coś" ma to coś :P, dzięki czemu patrzymy z niepokojem na ekran. Podobnie jak w
"Jeźdźcu bez głowy" w tym filmie jest gęsty klimat, który niemal sączy się z ekranu. I nieważne, że podczas oglądania nie bałem się zbytnio, to jednak doznałem szoku. "Coś" powoduje opad szczeny i tyle.
»Ocena:
8+/10
»Autor:
|
tytuł oryginalny:
The Thing
|
|
reżyseria:
John Carpenter |
|
produkcja:
USA |
|
gatunek:
Horror/S-F |
|
premiera:
25.06.1982 |
|
obsada:
Kurt Russell, Wilford Brimley, T.K. Carter, David Clennon, Keith David, Richard A. Dysart, Charles Hallahan, Peter Maloney, Richard Masur, Donald Moffat, Joel Polis, Thomas G. Waites |
|
|