Recenzje

 

Znowu musical. I znowu bardzo udany fabularnie. Na szczęście. Nie ma bowiem (złota myśl;)) nic gorszego nad film muzyczny, w którym zatroszczono się wyłącznie o stronę czysto muzyczną. O! :)
W tym wypadku do czynienia mamy jednak z filmem tak wciągającym (magnetyczny to chyba lepsze określenie), że momentami zapominamy w ogóle, że to musical. A to wszystko przez ten dekadencki klimat.

 

Berlin, lata trzydzieste ubiegłego wieku. Czas i miejsce wyjątkowo niebezpieczne, ale też i wyjątkowo pociągające. W klubach triumfy święci jazz, ale niekwestionowanym ośrodkiem życia towarzyskiego są kabarety. Z tym, że bardziej takie w stylu, powiedzmy, Moulin Rouge, niż Marcina Ależ-Jestem-Zabawny Dańca. I w takim właśnie miejscu poznajemy pierwszą z naszych bohaterek - utalentowaną amerykańską dziewczynę z ambicjami (kariera w Hollywood), o wdzięcznym imieniu Holly. Na razie wiemy o niej tylko tyle, że pomieszkuje w podrzędnym pensjonacie i słabo mówi po niemiecku. Dlatego ucieszy ją bardzo fakt, że do pokoju naprzeciw wprowadza się Anglik - wreszcie można pokonwersować konkretnie w ojczystym języku. Obydwoje dobrze się dogadują, wiele od siebie nawzajem uczą, zaprzyjaźniają, a wreszcie zostają parą. On (Brian) jest nawet w stanie znieść jej kabaretowe flirtowanie z widzami, sytuacja staje się jednak napięta, gdy do gry wkracza Ten Trzeci. Ma wszystko to, czego Brianowi brakuje: pieniądze, posiadłości, samochody i arystokratycznych przodków. Jest też zapewne w stanie umożliwić Holly aktorską karierę, co, nie ukrywajmy, jest bardzo kuszącą perspektywą. Twierdzi on co prawda, że pozostaje li tylko serdecznym przyjacielem obydwojga, ale jak się okaże, sieć zależności pomiędzy tą trójką jest bardziej skomplikowana.

No, z treści to by było dość, scenariusz obfituje jeszcze co prawda w liczne rozstrzygające wydarzenia, ale przecież streszczać całości nie będę. Skupmy się więc raczej na formie. A podkreślić należy:
a) Przede wszystkim - klimat. Znakomicie oddano ducha tamtych czasów, tak fascynujących i przerażających zarazem. Bo z jednej strony wspomniana dekadencja i all that jazz, a z drugiej, jak się widzi blond chłopaczka ze swastyką na czapce, intonującego patriotyczną pieśń i wtórujący mu po chwili tłum, to dreszcz człowieka przechodzi lekki.
b) muzyka - przyjemne dla ucha partie wokalne i jazzujące tło to duuży plus dla filmu.
c) płynność, z jaką reżyser przechodzi od rozmowy w knajpie do następującego po niej, efektownego scenicznego występu. Myślę, że umożliwiła to sama koncepcja umieszczenia akcji w miejscu takim jak kabaret. Po prostu wygląda to wszystko bardzo naturalnie.

Aha, krytycy zwrócili też uwagę na pewien szczególny aspekt: chodziło mianowicie o beztroskę bohaterów w przeddzień katastrofy (w domyśle: wojny), na zasadzie "korzystajmy z życia, póki się tylko da". Czyżby przesłanie? W musicalu?!

 

»Ocena: -

 

»Autor: Panna Nikt