Recenzje

 

Już dawno żaden film mnie tak nie przygnębił. Choć właściwie obraz Sydneya Pollacka nie należy do najbardziej depresjogennych w historii. I na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic (lub prawie nic), co mogłoby wywołać przygnębienie. Już raczej wstrząs i uczucie lekkiego szoku.

Fabuła, stworzona na podstawie powieści Horacego McCoya, jest mocno niekonwencjonalna. Oto Stany Zjednoczone w latach 30. dwudziestego wieku, w czasach tzw. Wielkiego Kryzysu - zarówno w gospodarce, jak i społeczeństwie. Bieda, bezrobocie 
i stagnacja - coś jak u nas. ;) Za to pomysłowi dorobkiewicze tryskają wręcz energią 
i zapałem. I realizują coraz to oryginalniejsze projekty, mające zapewnić rozrywkę masom, podtrzymać na duchu zgnębionych Amerykanów, a przy okazji przynieść pokaźny dochód. Na przykład maraton tańca: nieważne, jak kto tańczy, ważne, jak długo utrzyma się na parkiecie. Nieprzerwanie, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Oczywiście jest i nagroda - zwycięska para otrzymuje pokaźną jak na tamte czasy kwotę 1500 dolarów. Chętnych nie brakuje. Zarówno do uczestniczenia, jak i do oglądania tego reality show z wysokości trybun. A gotówka, nie muszę chyba dodawać, płynie strumieniami.

Do rywalizacji zgłaszają się ludzie bardzo różni: desperaci, ryzykanci, idealiści, amatorzy rozgłosu i poszukiwacze sławy. Tacy są właśnie nasi bohaterowie. Reżyser skupia się bowiem na trzech parach. Pierwsza to młode małżeństwo oczekujące dziecka i zwyczajnie potrzebujące środków na jego utrzymanie, druga - zarozumiała nieco aktoreczka z partnerem, czyhający na hollywoodzkich producentów, którzy dostrzegliby talent naszej wschodzącej gwiazdy, natomiast trzecia, trochę przypadkowa, to zwykli młodzi ludzie, którzy nie za bardzo wiedzą, czego chcą. No i tańczą. Z początku, jak się można domyślić, sporo w nich entuzjazmu, który jednak z każdą przetańczoną godziną coraz bardziej słabnie i, co zrozumiałe, przeradza się w zniechęcenie i zmęczenie. A kiedy tych godzin robi się blisko tysiąc, jest już naprawdę nieprzyjemnie.

Dzięki niezwykłej sile oddziaływania filmu na nasze emocje, czujemy się w trakcie seansu jak zatrzaśnięci w pułapkę (bo tym chyba jest dla bohaterów niezbyt duże pomieszczenie. w którym zmuszeni są spędzać kolejne dni w ciągłym ruchu). Myślę, że ten oryginalny efekt bierze się z faktu, że reżyser wykorzystał taniec, dotąd symbol wolności i swobody ruchu, aby ukazać narastające cierpienia ducha i ciała. ten oczywisty kontrast powoduje, że z czasem zaczynamy podzielać zmęczenie uczestników maratonu.

Oczywiście całość można odczytywać jako alegorię, powiedzmy, wojny w Wietnamie (jak zawyrokowali krytycy) czy też proroczą niemal zapowiedź tego, co całkiem nam współczesne, czyli programów spod znaku Wielkiego Brata. Ale z równym powodzeniem możemy dzieło Pollacka potraktować zupełnie dosłownie i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ja wybrałam to drugie. Długo można by pisać o walorach technicznych filmu, znakomitych rolach Jane Fondy czy Giga Younga lub też świetnych zdjęciach w bladej kolorystyce kadrów. Nie można za to nie wspomnieć o szokującym i okrutnym trochę finale, który ma decydujący wpływ na pesymistyczny wydźwięk obrazu. Tak więc, mimo całej wielkości, kultowości i niezaprzeczalnej wybitności filmu Sydneya Pollacka, ostrzegam: po jego obejrzeniu będziesz, Czytelniku, chodził przybity przez resztę dnia. Sam zdecyduj, czy warto.

 

»Ocena: -

 

»Autor: Panna Nikt