Komediodramat telewizyjny

 

Usiadł wygodnie w fotelu. Wiercił się starając tak umieścić swoje cztery litery aby zapewnić sobie wygodę na dłuższy czas. W końcu założył nogę na nogę. Podłubał palcem w nosie. „Pach” – stojący na szafeczce obiekt ubrany w czarną okleinę odezwał się. Po tym dźwięku, bez wątpienia ułatwiającym lokalizacje w ciemnym pokoju, szara przed chwilą szklana tafla rozbłysnęła kolorami. Gdy obraz latał jeszcze „pięterkami”, odbiornik zawył po cichu zasysając pokojową rzeczywistość, wraz z fotelem na którym siedział. Stopą, specjalnie wytresowaną do uruchamiania telewizora z podłogi, przesunął pilot na bok, tuż obok puszki po piwie. Trzeba przyznać, że ta umiejętność znacznie ułatwiała mu życie. Bijąca z ekranu światłość falami zalewała widza, tworząc na ściennej tapecie cień jakby masywnego golema.

Zaśmiał się.

-         Babciu, aaale power!

Przysłaniając oczy spojrzał za starszą kobietą przez otwarte kuchennych drzwi. Niewzruszona siedziała pod ścianą na rozchwianym taborecie w swym mało gustownym fartuchu. Nad jej głową wisiał zegar z kukułką (na emeryturze niestety... znaczy: nie babcia, kukułka... znaczy babcia też... A zresztą...). W kuchni nie paliła się żadna żarówka. Jedynie dioda podświetlała tarczę masywnego, zawsze grającego radia. Zaskakujące jak sumiennie przy prawieniu kazań w audycji Oj!ca Rydzyka starsi ludzie poświęcają się czuwaniu nad młodzieżą. Radio i także zegar ze strajkującą kukułką z pewnością były zdania jakoby za komuny było lepiej.

Spojrzał jeszcze na wskazówki wspomnianego zegara, wysilając wzrok w nikły świetle, stwierdził że nadeszła „porada dla dorosłych”.

 

Ściany, zazwyczaj szare i smutne, pokryły się żywą fasadą kolorów. Telewizor bombardował otępiałego widza światłem i barwą . Katował jego uszy dźwiękiem. Karmił... dźgał jego oczy narzucanym władczo obrazem...

 

Po niebie leniwie snuły się obłoki jakby niewzruszone widokiem. Kokos, palma, banany, woda zabarwiła się już krwią żołnierzy. Każda kolejna karmazynowa fala porywała świeże trupy, by pochować je w morskiej otchłani. Za ojczyznę, za honor...!? Przez plażę parli na przód straceńcy. Karabiny i działka wroga umieszczone za betonową osłoną na wzgórzu, szyły mieszając krew z błotem, z piasku usypując nagrobki. Bezlitośnie, na siłę karmieni ołowiem i rozrywającym ciało prochem, padali w konwulsjach pokotem.

Stał chwilę patrząc bezradnie. Eksplozja odrzuciła go jak znudzone dziecko odrzuca zabawkę, zdarła twarz, rozdrapała oczy. Wstał, by poszukać... Widziałeś może moją rękę?

Widz siedzi spięty w fotelu, wstrząsany dreszczem. To nie senator-terminator, to dzieje się naprawdę! W wojnie nie ma słabszych i gorszych, są tylko ci co mają głupie szczęście. Nie ma nieśmiertelnych bohaterów, są tylko zimne trajektorie lotu. Babcia szlocha, zbyt dużo wspomnień... zbyt realny obraz...

Tylko dziesięć minut...

Czołgając się pod ołowianym niebem rozdarł mundur na drucie kolczastym. Srać na mundur! Przesuwał się naprzód po ciałach kolegów i bezimiennej wilgotnej od posoki masie. Odwracał oczy od ich twarzy, zamykał uszy gdy ich usta błagały o sen.

Po zakrapianej lepką krwią plaży przechadzał się mityczny Charon. Wdeptywał bezceremonialnie martwych gołą stopą – zbyt durzą trupów, zbyt dużo roboty... Napierał z boską siłą miażdżąc i wznosząc deszcz trzewi, wymiocin, fekaliów i brudnego przerażenia. Pod jego stopami kładli się następni, upatrując w powstałej wyrwie szansę na przeżycie.

Dotarł wreszcie tam gdzie pozostali. Wszyscy kryli się za niewielkim nasypem. Czekali na swoją kolej. Podniósł się na łokciach ośmielony tym, że pokonał w całości kilkanaście metrów. Przypadkowa kula z brzdękiem naznaczyła jego hełm.

-         Farciarz – skomentował jeden z kolegów.

Zapomniawszy na moment o panującym piekle, o tym że przed chwilą palec śmierci naznaczył jego czoło, zdjął z głowy osłonę. Zachwiał się i spojrzał tempo. Nim zdoła zmierzyć palcem zagłębienie, kolejna zbłąkana kula spenetrowała jego mózg. Śmierć nigdy nie odpuszcza...

Coś pękło... Rozlała się filmowa rzeczywistość...

-         Zostaw go, już po nim! – krzyknął dowódca. – Nie marnuj morfiny!

-         Oto moment wyboru – lekarz próbował przekrzyczeć gwizd pędzących pocisków – na taki ból może pomóc tylko silny lek! Dam mu ibuprom!

-         Nie, daj mu etopiryne! Goździkowa mówiła...

-         Przed użyciem zapoznaj się z ulotką bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą! – wtrącił dowódca.

Do zmarłego doczołgał się facet w garniturze.

-         A co z plamą krwi na jego ubraniu?

-         Z którego jesteś? – spytał dowódca.

-         Szeregowy Zygmunt H z drugiego pułku praczek. Na taką plamę pomoże tylko nowy ariel z granulkami nitrogliceryny i odchodów traszki.

-         Eee, bez namaczania nie da rady! – stwierdził lekarz umazany krwią zmarłego.

-         Zonk! Przyjacielu, ten proszek poradzi sobie z tą plamą bez namaczania, już w 30 stopniach! Zróbmy test...!

 

W pobliżu, miedzy ciałami zmarłych przepychał się mozolnie metalowy wózek z zakupami. Pchająca go kobieta w towarzystwie radośnie podskakujących dzieci podeszła do regału.

-         Och! Jak tanio! – podnieciła się.

-         Och! Ach! – zawtórowały wesoło dzieci.

-         Patrzcie dzieci, jakie ładne badziewie dołączono do opakowania! – matka wzięła z regału zakropione krwią opakowanie i podeszła do wózka stając obcasem na dłoni konającego.

-         Och! Ach! Możemy mamo, możemy!

-         Pewnie, bo w biedonce mamy najtaniej!

I znikli gdzieś pomiędzy regałami, nucąc wspólnie piosenkę o zaskakująco niskich cenach, wyjątkowych ofertach i życiowej szansie na udane zakupy.

 

-         Panie dowódco, wróg przedostał się przez linię obrony!

Dowódca wytarł zmęczoną twarz dłońmi i spojrzał na żołnierza.

-         W którym sektorze?

-         Z prasą i papierosami – odparł zziajany goniec.

-         Uda się jeszcze wzmocnić?

-         Możliwe.

-         Gdzie są chłopcy z trzeciego i czwartego?

-         Bronią działu z alkoholem niedaleko na zachód stąd.

-         Leć po nich, nie zbierają dupy!

-         Nie ma sensu.

-         Dlaczego?

-         Kasjerka nie wypuści ich z kolejki dopóki nie zapłacą.

-         Jasna cholera! Chodźmy tam!

-         Nie tędy – goniec szarpną za rękaw dowódcę – chodźmy przez dział spożywczy, widziałam tam w promocyjnej cenie kefir i śmietankę do kawy...

 

Wszystko po to, byś kupił... Abyś poczuł się lepszy za sprawą nowo nabytej komórki. Abyś żarł chipsy i popił „kwasem” w ślicznej butelce, na której etykiecie możesz znaleźć wypisaną małym druczkiem przyczynę twojej przyszłej śmierci. Abyś podniecił się roznegliżowaną modelką i patrzył do końca. Abyś nabawiła się kompleksów: Też chcę taka być! Abyś zląkł się wizji przyszłego rozrostu prostaty. Abyś nigdy nie wyjrzał za okno. Abyś umarł z niczym...

Abyś zabłądził między regałami supermarketu.

 

Nie wytrzymał dużej... Zapomniał o filmie i o jego przesłaniu. Zasypany gradem lecących z ekranu promocji, wizerunków syntetycznych twarzy i uniesień, osuną z fotela. Przybity boleśnie do podłogi ciężarem szamponów, podpasek, farb do włosów, jogurtów, powoli tracił oddech. Karmiony fałszem, serialem, który zastępował mu życie, wił się w agonii. Zaraz wyzionie ducha...

- Wybacz im, bo nie wiedzą co czynią.

I skonał.

 

A babcia, spytacie?... Zasnęła znudzona.

 

 

 

Rat

neon_rat@o2.pl