Cieniste cyprysy
czyli wojna o przydrożne drzewa

Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość Reklamacji nie uwzględniamy

Lubię polemiki. Niestety, z jakichś powodów nikt ostatnio polemizować ze mną nie chce, a co gorsza coraz rzadziej trafiają się frajerzy, którzy napisaliby coś na tyle głupiego, żeby dało się do tego zrobić konkretną polemikę bez ich wiedzy i zgody. Stąd w poszukiwaniu godnego przeciwnika musiałem sięgnąć do inszych czasopism i znalazłem go w osobie Ludwika Stommy, znanego felietonisty "Polityki".

Wspomniany pan ma to do siebie, że pod połową jego twórczości we wspomnianym tygodniku podpisuję się obiema rękami, zaś druga połowa sprawia, iż wnętrzności się we mnie gotują. Aktualnie przeważa niestety (?) ta druga połowa, a wśród niej prym wiedzie iście bałwański (używając języka samego Stommy) tekst pod tytułem "Drzewobójcy", w którym autor roztkliwia się nad losem przydrożnych drzew rodem z Pomorza, które "barbarzyńscy" urzędnicy postanowili (sprawa była poniekąd dość głośna swego czasu) w swym barbarzyństwie zlikwidować. A przecież drzewa od wieków stanowiły natchnienie poetów:

"O polskich drzewach pisał Adam Mickiewicz w >>Panu Tadeuszu<< (...) Drzewa wzdłuż dróg sadzili już Rzymianie. Czymże byłaby via Appia bez cienistych cyprysów po brzegach (...) Hans Kreuger w >>Listach z Rosji<<; pisze o 'rozpaczy dróg bez pociechy drzew', Van der Velde czuje się wyobcowany i zgorzkniały, wędrując po angielskich, grodzonych obcymi mu żywopłotami, ścieżkach [a kto mu kazał tam leźć? - dop. PG]"

Na początek chciałbym zauważyć, że droga służy do tego, coby po niej jeździć. Wie o tym każde dziecko, lecz u niektórych jak widać nie sprawdza się przysłowie o nasiąkającej skorupce.Tak, proszę państwa - właśnie po to, by było po czym jeździć, buduje się u nas drogi i planuje autostrady. W tymże samym celu maluje się na drogach różne śmieszne wzorki i szlaczki, stawia przy nich odblaskowe słupki i drogowskazy, buduje barierki, przepuszcza pługi śnieżne, gdy zima jak co roku zaskoczy drogowców oraz łata dziury, gdy z powodu nagłego wzrostu populacji tych ostatnich nie da się już dłużej jeździć.

Tak, powiadam, drogi są do jeżdżenia. Z pewnością dałoby się znaleźć jeszcze kilka innych zastosowań, aczkolwiek jeżdżenie jest tym głównym i podstawowym, to nie ulega wątpliwości. Drogi mogą równie dobrze służyć jako tory wyścigowe dla niewyżytych młodzieńców, jako wcale wygodne posłania dla zapalonych kinomanów (którym akurat film się urwał) bądź też jako miejsce pracy dla takich pań, jak to one się nazywają... Aha, kur-
tyzany. No. Niemniej jednak wszystkie te pomniejsze funkcje dróg muszą się podporządkować tej głównej, czyli jeżdżeniu. Dlatego też przy drogach nie montuje się trybun dla amatorów wyścigów, łóżek dla nietrzeźwych kinomanów ani też polowych burdeli dla tirówek.

Z dokładnie takiego samego powodu nie powinno się przy drogach instalować drzew. Nikt zresztą przy zdrowych zmysłach nie próbuje tego czynić; sęk w tym, że drzewa już tam są, że rosną tam sobie dłużej, niż te drogi mają asfaltową nawierzchnię. Nie wnikajmy, jak do tego doszło, że wybudowano drogi akurat tam, gdzie wcześniej przy jakieś polnej dróżce stały drzewa. W każdym razie mamy drogi i mamy drzewa przy nich.

W tej sytuacji mamy dwa wyjścia: zrobić coś lub nie robić nic. Pierwsza możliwość oznacza albo pozbycie się drzew, albo przeniesienie dróg w inne miejsce i chyba nie muszę dopowiadać, która z tych możliwości jest bardziej realna. Pan Stomma natomiast opowiada się za nierobieniem niczego w tej sprawie, albowiem jego zdaniem ładne widoczki (czyli niby te drzewa przy drogach) ważniejsze są, niż życie jakichś tam anonimowych obywateli:

"Drzewa nie stoją przy drogach po to, żeby na nich wypróbowywać wydolność zderzaków. Jeżeli ktoś pakuje się na drzewo, to albo z winy własnej (alkohol, nadmierna prędkość), albo z powodu niepozwalającej opanować pojazdu nawierzchni."

Racja - można by pomyśleć - szkoda równać z ziemią hektary lasów tylko po to, żeby ocalić marne żywota paru gówniarzom, co traktują swe pojazdy jako przedłużenia penisów, tudzież równie marne żywota zbojów, którzy prowadzą owe pojazdy po pijanemu. Prawda? Oczywiście prawda. Ale oprócz gówniarzy i alkoholików, nagłe zjechanie z jezdni może się zdarzyć dosłownie każdemu. Przyczyny? Nagłe zasłabnięcie chociażby, niezauważona dziura na drodze, awaria układu kierowniczego, zwierzę, które niespodziewanie wybiegło na drogę... Wymieniać można w nieskończość. W takiej sytuacji, gdy jedziemy wśród szczerego pola, samochód prędzej czy później normalnie zatrzymuje się. Gdy przy drodze rosną drzewa (nawet cieniste cyprysy po brzegach via Appii), kończy się na zgrzycie miażdżonej blachy, kałużach krwi, wyciu karetek i dzwonach kościelnych. Rozpaczy najbliższych, których życie zostaje na zawsze złamane. Ale co to obchodzi uznanego felietonistę szanowanego tygodnika, który drogi używa zapewne tylko wtedy, gdy akurat wybiera się na wakacje do Rzymu i ma ochotę napatrzeć się na cieniste cyprysy.

Dam sobie uciąć cokolwiek, że panu Stommie nie zdarzyło się nigdy, jak mnie, stracić kogoś w wypadku z tak idiotycznego powodu, jak jedno pieprzone przydrożne drzewo. Podejrzewam, że gdyby przydarzyło się to panu Stommie (czego oczywiście mu nie życzę), to niewielkie znaczenie miałoby dla niego to, czy osoba ta jechała z nadmierną prędkością (a nawet po alkoholu), o stanie nawierzchni nie wspominając. Podejrzewam również, że przeszłaby mu również ochota na kontemplowanie opiewanych przez Mickiewicza uroków polskich drzew.

Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl

PS. Początkowo miałem zamiar wysłać tę polemikę prosto do redakcji "Polityki", ale po chwili zastanowienia stwierdziłem, że nie będę moją twórczością wspierał jakichś tam podrzędnych brukowców. Dlatego poszła do Action Maga ;-).

15.08.2005


Odwiedź moją stronkę o programowaniu - http://www.darkcult.republika.pl/