a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N

W.K.U. ŚwiRa


Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu. Kazimierz Przerwa-Tetmajer.


____________
_(__________.\
_(/\/\/\/\_..|/
._|__~__~_/_.\

_.|__O__<_\__/
_.\___/\____|
.._
\______.__)
___\_..__/_./
____\_____/_
__
/_________\
_/__/.___._\_.\

Czas i miejsce akcji: 20 luty, Anno Domini 2004; Wojskowa Komenda Uzupełnień. Świat przedstawiony: trauma związana z przyjęciem, w zwarte indoktrynalnym imadłem, szeregi Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Godzina 9.32 am czasu miejscowego. Dźwięk alarmu rozlegającego się z komórki, upersonifikowanymi rękoma podnosi moje opuchnięte powieki. Czuję się jak Giordano Bruno, który właśnie płonie na stosie. Mam 38.5°C. Podostre przeziębienie, wywołane mrozami stulecia, nadal wygrywało ze strzegącą mojego zdrowia drużyną Actimela - prywatną, karną kompanią nikomu nie potrzebnych komórek przekształconych wbrew swej woli w przeciwciała. Nie pomogły tabletki, smarowania, zastrzyki, inhalatory, wziewniki, elektrowstrząsy, czopki, lewatywy - nie pomogła nawet naelektryzowania cudownymi rękami woda! - nadal jestem chory, nadal nie-do-życia, nadal azdrowy, ale zamiast leżeć w łóżku. muszę jechać na komisję wojskową. Tej daty, podobnie jak dnia urodzenia, nie wybierasz samemu. Jest nadana niejako z góry, zawsze poniewczasie, zawsze chybiona. Patrzę na stan baterii w moim telefonie - ty jesteś na 'szkraju wyczerpania'! Trudno - pewnie i tak na nic byś się dziś nie przydał, mój ty kieszonkowy, mobilny, trójzakresowy substytucie kontaktu ze światem. Z niemałym trudem odrzuciłem pokusę stania się wojskowym renegatem, wiecznie uciekającym przed żandarmerią, mieszkającym w lesie i żywiącym się jagodami i szarańczą. Trzeba było jechać, nygga. Life is a bitch and you know it. BTW: Żołnierz nie choruje, żołnierz sprawdza stan techniczny izolatki.


    Nie miałem apetytu. Zmusiłem się do zjedzenia tosta z roztopionym serem i jajecznicy, której wygląd był najtrafniejszą apoteozą stanu mego mózgu, poddawanego frekwentywnej, temperaturowej anomalii serwowanej mu przez moją rozgrzaną do czerwoności czaszkę. Neuronowe białko powoli się ścinało, a ja miałem mało czasu. Wziąłem szybki prysznic, podczas którego tak niemiłosiernie szczękałem zębami, że obudziłem wszystkich chyba mieszkańców w promieniu trzech przecznic. Ubrałem się, rzuciłem kilka słów rodzinie, ofiarowałem jej ten emocjonalny fast food, na który było mnie stać w mojej chorobie i ruszyłem do miejsca wzorowanego na średniowiecznej sali tortur - na przystanek autobusowy. Po trzykrotnym podchodzeniu do lądowania, autobus marki 'Ikarus' wtoczył się na popękaną, brukową powierzchnię przystanku. Pomimo tak późnej dla 'lannych malków' pory, żółty substytut Boeinga pękał w szwach. Dobrze, że białko mojego błędnika nie zdołało się jeszcze całkowicie ściąć - nadal byłem w stanie utrzymać równowagę w tak nieludzkim, twisterowym, niewłaściwym ułożeniu ciała, które spokojnie mogło pretendować do tytułu tajnej, wymyślnej pozycji kamasutry, zapisanej na nigdy nie opublikowanej sutrze. Dwadzieścia minut jazdy podniosło ciepłotę mego ciała do 39°C. Szyby wokół mnie parowały i płakały skraplając wzór, który wielu partyjnym fanatykom i ekstremistom przypominałby facjatę samego Lenina. Za radiator służyła mi metalowa rurka, która normalnie znajdowała zastosowanie w powstrzymywaniu prawa powszechnej bezwładności - służyła ludziom do trzymania się w czasie jazdy.


    Wysiadam. Pomimo ubrania 'na cebulę' odczuwam dokuczliwy, drażniący sensorycznie chłód. Mam jeszcze około 500 metrów do przejścia, aby znaleźć się przed tym - nieszczęśliwym dla symulantów - budynkiem WKU. Niby niedaleko. Jednak stan chorobowy, w którym się znajdowałem, pozwala mi na porównanie mego marszu do trzytygodniowego, syberyjskiego szturmu Armii Czerwonej, która w głuszy tajgi odbywała tajne próby nuklearne. Idę, przedzieram się wręcz, przez zaspy źle odśnieżonych za sprawą służb drogowych połaci gruntu. Ale gdzież ten gmach decydujący o być albo nie być w armii? To? To ma być ta monstrualna, piramidalna twierdza sprawiedliwości? Wchodzę. Trochę tu jak u Kafki. Z zewnątrz karłowate, w środku jednak bardziej przestronne wnętrze. Wkrótce jednak zrozumiałem, że znaczna część tego architektonicznego mirażu, czy też kwasi-cudu zużyto na ogromne korytarze. Bo sala dla młodych mężczyzn oczekujących na gruntowną kontrolę wszystkich otworów ciała i na głęboką, freudowską psychoanalizę, była bardzo mała. Być może to liczba stłoczonych wewnątrz sali osób, tak niekorzystnie wpływała na ogólny imydż pomieszczenia? Być może to ten czternastocalowy telewizor - substytut rozrywki - tak potęgował wrażenie minimalizmu? Ja, z moimi dwustutrzema centymetrami wzrostu czułem się jak pieprzony Guliwer w krainie Liliputów. Olbrzymia część oczekujących poborowych sprawiała wrażenie lekko znudzonej, aczkolwiek w przypływie frustracji gotowej do natychmiastowego buntu, wręcz do marszu na Bagdad, społeczności.


    Wpisałem się na listę i czekam. Usiadłem w korytarzu, bo byłem pozbawiony agorafobii, w przeciwieństwie do tłumu ludzi wewnątrz sali. Zapadłem w dziwny, abuliczny, chorobliwy pół-sen na jawie. Trzy godziny jałowego jak świeży opatrunek oczekiwania na cud wywołania mego nazwiska, działały jak wolno rozpuszczające się w krwiobiegu dioksyny. Czekałem na Cherubina, albo Serafina odzianego w białe szaty, który weźmie mnie na sąd ostateczny - na tą rutynową, analną, godzącą w poczucie ludzkiej godności kontrolę stanu mego ciała, a zwłaszcza zwieracza. Dosyć. Musiałem walczyć. Odczułem głód (apetyt wracał!) i postanowiłem kupić coś do jedzenia. To była rozpaczliwa próba - zgodnie z prawami Murphy'ego, gdy nie będzie mnie w budynku, powinienem zostać wywołany. Chcąc więc przyśpieszyć dogłębny ogląd mego jestestwa, ruszyłem do sklepu spożywczego znajdującego się naprzeciwko budynku WKU. Za te 3.50 kupiłem nie tylko trzy pączki z kremem. Kupiłem także egzaltację, spazm, ejakulację absurdu. Bo oto, gdy tylko (uzbrojony w trzy pobłogosławione kremem pączki) na powrót zjawiłem się w miejscu selekcji, usłyszałem od znajomego z widzenia ziomka: 'Chodź z nami. Ciebie też wywołali!' Roger that. Mym oczom ukazuje się wojskowa komisja, która jako żywo przypominała osławioną w bojach, sejmową komisję śledczą. Lekarz, Major, Drugi Lekarz, Pielęgniarka. Vis a vis nas, tzn. czterech młodych, nie zbrukanych jeszcze takimi kontrolami mężczyzn. Round one. Fight!


    Do naszej dyspozycji oddano jedno krzesło, które miało pomieścić zimowe, odkładane w cebulkę odzienie czterech osób. Rozebrani, ze stopami na zimnej posadzce stoimy przed szacowną komisją. Cztery osoby w batkach. My czterej pancerni. My, czterej jeźdzcy apokalipsy czekający na sąd na światem. Zaczęto łamać pieczęcie i oto pierwsze 'Biada!' nastało. Wszystko odbywać się miało zgodnie ze schematem: 'Za parawan. Zdjąć slipki. Pochylić się. Tyłem do mnie. Rozchylić pośladki. Dziękuję. Pali pan? Narkotyzuje się? Dobrze, następny'. I rzeczywiście, tak to wyglądało. Byłem ostatni w kolejce. Przede mną, za parawanem mój znajomy z osiedla nygguś właśnie rozchylał pośladki. Przy pytaniu 'Czy pan pali?', ze wciąż rozchylonymi półdupkami odpowiada: 'A co? Sadzę widać?'. Pielęgniarka złapała w locie pąsowego rumieńca, tak jak Jerzy Dudek złapał piłkę Szewczenki. Major chichotał jak w dzień piątych urodzin, gdy otrzymał w prezencie upragniony domek dla lalek. Drugi Lekarz mało nie zadławił się popijaną z lekką nutką dekadencji, kawą. I tylko Lekarz Prowadzący nie był rozbawiony: 'Taki pan zabawny, tak?'. Było jasne, że chłopaczyna z mojego osiedla właśnie utracił możliwość zdobycia innej kategorii niż 'A'. Next. Moja kolej. Rozchylam co trzeba, jestem różowiutki jak bobasek, bo wciąż mam tą cholerną gorączkę. Enaf. Pora na ważenie i mierzenie. Znów jako ostatni staję na wadze. Wyciągana miara wzrostu okazuje się dla Guliwera za krótka. Pąsowa pielęgniarka, która dokonywała tej czynności zwraca się do Drugiego Lekarza: 'Panie Doktorze, temu panu NIE UMIEM ZMIERZYĆ. Drugi Lekarz spojrzał na mnie, ale nie prosto w oczy - raczej o tułów niżej - i gdy wreszcie zrozumiał właściwy sens pytania, odparł: 'To niech pan sam poda, ile ma wzrostu'. Gee - Drugi Lekarz zachowywał przytomność umysłu, najwyraźniej dzięki regularnemu ładowaniu szarych komórek biopaliwem czarnej, bogato pachnącej, aromatycznej kawy.


   Koniec analnych kontroli na dzisiaj. Ubierajcie się. Łatwo powiedzieć! Trzeba jeszcze odszukać wśród tych wszystkich tekstylnych ofiar (złożonych na krzesełkowym ołtarzu) swoje własne ubrania. Wkrótce, potykając się o czyjś gorset i dwa staniki zdołałem się ubrać. Czekać. Znów czekać. Przede mną głęboka, psychoanalityczna, freudowska rozmowa - najpierw z sekretarką, a potem z samą eminencją - panem 'kup mi lalkę' Majorem. Wchodzę. Sekretarka urzędniczym, oschłym głosem mówi: 'Proszę siadać'. Padają pytania: 'Ma pan zęby? Znaczy no, czy uzębienie pan posiada? Kompletne. Plomby znaczy się. Czy pan. Ma. Tatuaże? Wie pan. Takie smoki, kościotrupy. Ma. Pan. Tatuaże? W dziwnych miejscach?' Jej słowotok mnie przeraził. Powiedziałem, że z zębami oki. Nie jestem też Davidem Beckhamem, więc nie mam ornamentu na napletku. 'Czy się pan narkotyzuje? W sensie do żyły? Wie pan. Morfina. Do. Żył. Tętnica. Strzykawka?'. Pytanie o dragi padło dziś po raz drugi - widać armia RP prowadziła (poza rekrutacją) kampanię na rzecz zaprzestania stosowania środków odurzających, tudzież usiłowała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i odkryć (na zlecenie DEA) kanał przerzutowy marihuany, frekwentywnie transportowanej przez szczelne w zapewnieniach władz granice RP. 'Nie. Nie biorę. Zatem proszę przejść do tamtego pokoju. Tam. Pokój? Iść.' Oto Major. Najpewniej był zesłanym na przymusową banicję wojskowym, który wiedział za dużo. Być może zdegradowano go za niezdrowy, dziewczęcy sposób traktowania szeregowych. A może dlatego, że w armijnych kręgach był - mówiąc pejoratywnie i trochę kazuistycznie - ciotą? Rzucony z elit prosto na resztki z wojskowych jelit. Jego przeorana, pachnąca lawendą twarz zadała mi najgłębsze w moim życiu, dotykające mistyki pytania: 'Nazwisko? Ma pan jakieś pytania? Nie? Dziękuję.' I tyle. That's all folks. Obrzędowa rytualność tej chwili ustąpiła miejsca zmęczeniu. Powodzenia panie Majorze, awansu życzę.


    Pozostało już tylko oczekiwanie na decyzję komisji. To miał być wyrok jak u Kafki, bo nie mogłeś go ani opóźnić, ani przyspieszyć, ani w jakikolwiek sposób na niego wpłynąć. Czekam. Przede mną kategorię wojskową (wszędzie ta pieprzona potrzeba szufladkowania ludzi) przyznano dwóm chłopakom. Pierwszy z nich, właściciel dwudziestostopniowej skoliozy - pach! stempel, pach! stempel - otrzymuje kategorię 'A' (sic!). W wojsku mamy wygodne prycze, więc kręgosłup nie będzie bolał. Drugi chłopak, niosiący na swych barkach krzyż choroby serca, przedłużający swoje życie za pomocą betablokerów - pach! stempel, pach! stempel - również otrzymuje kategorię 'A' (zaburzenia nie upośledzają sprawności ustroju). Spox - w wojsku dostaniesz nawet tabletki. 'We want YOU!' - plakat propagandowy armii amerykańskiej chyba aż nadto podziałał na wyobraźnię doktorków, albo kawa skończyła się zbyt wcześnie. Widać kategorię 'E' (ewentualnie jako pocisk) dostać można było jedynie wtedy, jeśli przy twoim urodzeniu lekarze zastanawiali się, w którym miejscu przeciąć (bo nie wiedzieli gdzie się kończy pępowina, a gdzie zaczynasz ty). Enaf. Na szczęście istnieją jeszcze odwołania. Życzę wam powodzenia, panowie. Dude, serio, nie załamuj się - przecież cię nie wezmą na poligon z chorym sercem (?).


    Teraz ja! Teraz ja! - o dziwo - otrzymuję kategorię 'A'. Na szczęście nadal trwa moja edukacyjna ścieżka wybrańca - the path of Neo - i dostaję odroczenie. Planowane studia wyższe przyjemnie działają na moją podrażnioną przeziębieniem morfologię. Na rychłe wstąpienie do armii w moim przypadku raczej się nie zanosi. Uff. Mission accomplished. Jestem skrajnie wyczerpany. W jakimś pół-śnie, w jakimś totalnym tripie wracam do domu i daję wszystkim znać o wyroku, swoim fast foodowym, sausage'owym: 'Dostałem A'. Padam jak długi na łóżko. Gdy się obudzę, to świat będzie piękniejszy. Bo narazie będąc w malignie, wydaje mi się, że leżę nie w swoim looszku, lecz na wojskowej pryczy. Koszmarom mówimy partyjne, proletariackie: NIE!

aNomaLy

   BONUS - MEGA PS: Na koniec dość przydługi, ale całkiem sympatyczny kawał o WKU: Do lasu przyszły wezwania na WKU. Dostali je Misiek, Wiewiór i Zajączek. Pierwszy termin miał Zając. Naradza się z resztą: 'Panowie, ja nie chcę iść do woja! Pomóżcie, no!' Wiewiór wymyślił: 'Dobra, obetniemy Ci uszy, to cię nie wezmą.' Na to Zajączek: 'Ale panowie, jak to - obciąć moje długie, fajne uszy?!'. W końcu jednak dał się przekonać i obcięli mu te uszy. Na drugi dzień Zając poszedł na WKU i nie wzięli go.

   Drugi miał iść Wiewiór: 'Obetniemy Ci kitę, to cię nie wezmą!'. On na to: 'Panowie - moją fajną, rudą kitę?!'. W końcu obcięli kitę i Wiewióra też nie wzięli do woja.

   Trzeci szedł Misio: 'Wiesz co, musimy Ci obciąć jaja, bo ty i uszy masz małe i ogon mały'. A on: 'Ale panowie?! JAJA mi chcecie obciąć?'. W końcu jednak zgodził się i obcięli. Następnego dnia Wiewiór i Zajączek przechadzają się po lesie, patrzą - a tu Misiek się powiesił na drzewie! Wiewiór mówi: 'Niemożliwe! Wzięli go z obciętymi jajami?' Zajączek podniósł papiery z WKU, patrzy i mówi: 'Ty, coś dziwnego - NIE wzięli go!' Patrzy niżej i widzi: 'Przyczyna: płaskostopie'.


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N