PRZYGNĘBIENIE

   Lato ma to do siebie, że obdarowuje ludzi nie tylko słońcem ale i wysokimi temperaturami. Niektórzy z nas, jak np. ja, którzy zmuszeni są mieszkać w centrum, owe ciepło muszą tolerować nie tylko w dzień, ale również w nocy. Efekt tzw. oddawania ciepła przez mury, doskwiera szczególnie w przypadku ścian południowych, nagrzanych ponoć najbardziej. Uwierzcie mi na słowo, że sen w pomieszczeniu gdzie jest ok. 25°C przy otwartym oknie nie jest niczym przyjemnym. Dlatego dzień taki jak ten, gdy orzeźwiające krople deszczu spadają na bruk uliczny, zasługuje na wzmiankę. Oprócz oczyszczania powietrza z pyłków i ulic     z brudów oczyszczają w jakiś sposób również ciało. Bardzo fajnie jest przysiąść sobie na balkonie czy       w oknie i nabrać tego - bądź co bądź rzadko spotykanego w mieście - świeżego powietrza. Efekt jest podwójny, gdy poziom decybeli odpowiednio spadnie, a to przed 24:00 zdarza się nieczęsto! Ta cisza wywołuje jakieś takie negatywne emocje, przede wszystkim przyciąga złe myśli i wspomnienia. Efekt zupełnie inny niż kiedykolwiek, ale tak to już chyba jest, gdy widzi się oświetloną latarniami ulicę, po której nie jeżdżą samochody ani tramwaje, nie pojawiają się ludzie, a spod ziemi wydobywają się głosy pracującej piekarni (mam ten komfort, że nad taką właśnie mieszkam)

Tekst ogólnie jest troszkę nostalgiczny. Porusza sprawy, które wspominam raczej ze smutkiem i bynajmniej nie mam teraz na myśli spraw uczuciowych - nie, nie, nie tym razem. Kilka dni temu wraz z grupą Action Magowców wędrowałem po ulicach Wrocławia, miasta czwartego pod względem liczby mieszkańców w polskiej hierarchii. Jeżeli moja opinia jest komuś potrzebna to powiem, że Stary Rynek jest faktycznie bardzo ładny, reszta już takiego wrażenia na mnie nie zrobiła. Ale ja przecież nie o tym.. Podczas tych wędrówek jak żywo przed oczami stawał mi widok obrazków telewizyjnych sprzed ośmiu lat, kiedy to Polskę nawiedziła powódź. Wszyscy wiemy, że jednym z najbardziej poszkodowanych miast był wtedy właśnie Wrocław - ludzie, samochody brodzące w wodzie, niezliczone worki z piaskiem. Nie jestem nawet pewien, czy przechodziłem rejonami, które woda "dotknęła", ale niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że widziałem tę okolicę z telewizyjnego kadru. Szczególne obawy mam w przypadku ul. Piłsudskiego (jakiś Wrocławianin może mi odpisać w mailu czy mam rację). Pierwsza reakcja, która pojawiła się w momencie przypominania wydarzeń z 1997 roku to wielki żal, że takie coś nastąpiło. W gruncie rzeczy nie umiem nawet sprecyzować o jaki typ żalu mi chodzi, ale faktem jest, że smutek się pojawił. Czy Wrocław te wydarzenia pamięta? Myślę, że pozostały one w głowach wielu mieszkańców, ale nic więcej - życie toczy się dalej, i bardzo dobrze.. Swoją drogą taka mała ciekawostka. W Poznaniu jest pomnik Nepomucena, który ma chronić miasto przed powodziami. I o dziwo patron swą rolę spełnia, bo od ok. trzech wieków "wielka woda" stolicy Wielkopolski nie zaskoczyła, i miejmy nadzieję, że nie zaskoczy.. Miałem 11 lat, gdy powódź nawiedziła południową i południowo-zachodnią Polskę. Byłem akurat z rodzicami na wakacjach nad morzem, i doskonale pamiętam koncerty charytatywne, których celem było zbieranie darów i pieniędzy dla powodzian. Niejakim hymnem tamtych wydarzeń była piosenka zespołu Hey - "Moja i Twoja nadzieja". Chyba już na zawsze ten utwór będzie mi się kojarzył z wydarzeniami lipca 1997 roku..

Większość zna z pewnością utwór The Rolling Stones - "Paint in black". Coverów tego kawałka było z pewnością wiele, jednak mi utkwił w pamięci ten stworzony przez Grabaża (Pidżama/Strachy na Lachy). Fragment brzmiał: "Widzę czarno-czarne chmury kłębią sie na czarnym niebie, bardzo czarny wrzesień, wrzesień 2001". Bynajmniej nie chcę teraz wałkować tematu World Trade Center, bo o tym wystarczająco dużo było już napisane, a odgrzewane kotlety nie są smaczne.. Czarny był wrzesień, był też marzec, a w tym roku czernią był powleczony miesiąc lipiec. Kolejny zamach terrorystyczny, kolejni zabici, kolejna zbrodnia, która została potępiona. Wypadałoby się zapytać cóż z tego, skoro nic się nie zmienia? Zdaję sobie sprawę, że to nie pstryknięcie paluszkiem i o - koniec problemu. Jednak coraz częściej się zastanawiam, czy ta chora sytuacja kiedykolwiek się skończy? Pojęcie złożone, i oczywiście cholernie trudne, bo jak sobie w tej sprawie poradzić - nie wie nikt! Odpuścić nie można, przycisnąć też nie. Inna mentalność i odmienność kulturowa to przeszkoda, którą w tym wypadku pokonać jest bardzo ciężko. Bo nie wierzę w to, że terroryści samobójcy czynią to wszystko z myślą, że zabiją tak naprawdę niewinnych ludzi (zresztą nikt w to nie wierzy). Każdy, kto myśli inaczej, jest wrogiem - tak było za Hitlera i Stalina, tak jest i teraz z tą subtelną różnicą, że kilkadziesiąt lat temu problem polegał na kulcie jednostki, a tutaj na kulcie całej religii. I temat, który z powyższym łączy się jak najbardziej - zagrożenie w Polsce. Teoretycznie rzecz biorąc jest i to duże. Nasze wojska w Iraku są  obecne, chociaż w liczbie coraz mniejszej. Jednak gdyby spojrzeć na problematykę trzeźwo, to chyba prawdopodobieństwo jest znikome, a powód jest oczywisty. Czym bardziej coś "pachnie" zachodem tym jest głośniejsze, a kto by na zachodzie przejmował się jakimś tam atakiem w Polsce? To tak jak my przejmujemy się wydarzeniami na wyspach Azji Południowej, wpuszczamy jednym uchem, a wypuszczamy drugim. Mówiąc wprost jesteśmy za mało medialni - i Bogu dzięki, niech już tak zostanie... 

Trzeci temat, który zrodził się w mojej głowie podczas tego dumania jest może trochę bardziej osobisty, ale to w sumie zależy od Was. Każdy może przypiąć go do siebie samego, jeśli tylko taka sytuacja miała miejsce w jego życiu. Mam na myśli śmierć bliskiej osoby, śmierć w jakiś sposób oczekiwaną, nie taką niespodziewaną. Jak inaczej można inaczej nazwać zejście z tego świata człowieka, który żył ponad 84 lat. Długo myślałem o opisaniu tego co mnie spotkało - bo w sumie było to w swej nostalgii niejako "fantastyczne". Mam na myśli śmierć babci, która przeżyła z całą pewnością wiele ciężkich chwil m.in przesiedlenie podczas II Wojny Światowej. Wiecie co w tym wszystkim jest takiego najwspanialszego? M.in to, że urodziła się i umarła w tym samym domu, a w dodatku tym samym pokoju! Odbieram to jakoś bardzo dosłownie bo w dzisiejszych czasach naprawdę rzadko zdarzają się takie sytuacje. Zatrzymałem się na dłużej przy witrynie, za którą poustawiane są jej zdjęcia - co czułem? Chyba taką pustkę, i żal do siebie, że człowiek czasami zdecydowanie za szybko zapomina.. Choć pamiętam, że samą śmierć przeżyłem bardzo - a było to niedawno, dzień po sylwestrze. Straszne to uczucie gdy widzisz bliską Ci osobę, która leży na łóżku, ale jest zimna i już więcej nie powie ani słowa, gdy widzisz jak dwaj faceci ładują te ciało w czarny plastikowy worek i odjeżdżają - a w mieszkaniu pozostaje jedynie zapach gromnicy.. 

Nie jest łatwo mówić, pisać o sytuacjach dla człowieka przykrych, ale przecież pojawiają się w życiu momenty, gdy warto o nich wspomnieć. Z pewnością nie jest wtedy lekko, ale nutka nostalgii i zadumy choć na chwilę, przyda się każdemu.. 

 

Publo
publo17@o2.pl
19/20 lipiec 2005

P.S  Słuchałem.. Całej dyskografii Pidżamy..