UROK MOKRYCH WAKACJI
Kiedy to piszę mijają dwa tygodnie, od kiedy ostatni raz byłem nad morzem (a zważywszy na moje położenie geograficzne, mam do niego dziesięć kilosów, więc dostanie się tam rowerem nie jest trudne). Powodem tak rażącej absencji jest pogoda, którą o kant tyłka można potłuc. Wakacje mijają, półmetek minięty, a ja siedzę przed komputerem i opisuję urok mokrych wakacji.
Od prawie dwóch tygodni nie było u mnie dnia bez kropelki deszczu. Dzięki temu zmuszony jestem siedzieć coraz częściej w domu, stukając w klawiaturę, słuchając tego, co tylko ja u siebie w domu nazywam muzyką, lub czytaniem kolejnych perypetii kapitana Vimesa i jego wesołej gromadki. A tak, gdyby słoneczko dominowało na niebie, siedziałbym przed rozciągającym się na setki kilometrów morzem, grzał włochate głazy na rozgrzanym piasku i wpatrywał się na turystów płci żeńskiej, które uznały za stosowne zaprezentować swoje okrągłości. Chciałbym...
Wakacje charakteryzują się niemałą ilością wolnego czasu do zagospodarowania. Niekiedy jest to dobrze, niekiedy źle. Aktualnie u mnie przeważa to drugie. Do pracy (jakiejkolwiek... poza prostytucją) nie pójdę, bo sezon truskawkowy dobiegł końca już dawno, na budowie u mojego wujka mnie nie potrzebują, a do lokalnej gazety pisać nie pójdę - nie będę marnował swojego cudnie wyszlifowanego talentu za marne 1300 złotych.
Zastanowię się więc, jak mógłbym spędzać takie właśnie dni. Pisanie - robię to od kilku dni niemal systematycznie, dwa teksty dziennie. Czytanie - lekturę o wampirach z Jerusalem skończyłem wczoraj (i uznałem ją za najlepszą z najgorszych powieści Kinga), pratchettowskie Jingo gorliwie czeka na mnie na półce, która robi za domowę biblioteczkę, a czwarty odcinek o Mrocznej Wieży również czeka... tyle że na półce w EMPIKu (niedługo pozbieram do końca te cztery dychy! Swoją drogą - niektórzy stosują to stwierdzenie jako ograne usprawiedliwienie, ale prawdą jest, że w
Polsce czytelnictwo jest zajęciem cholernie drogim!). Komputer nie udźwignie nowszej strzelaniny od Half Lajfa, a i tę gierkę unosi z bólem w procesorze, więc pograć sobie nie pogram. Chyba że w szachy. Jeżeli się nauczę. Jazda na rowerze... aha, no tak, deszczyk przecież uderza w moje okno. A przecież jest telewizja, o jak dobrze. Włączam telewizor i czekam z utęsknieniem na jakiś przyzwoity program/film. Po dwudziestu czterech sekundach klikam OFF na pilocie, a zmusiła mnie do tego reklama "dzień dobry, czy zechciałaby pani przetestować nowy Wanisz? Poleję pani bluzkę jodyną...". Wybaczcie, ale na to nie mogę zareagować inaczej - Kurwa mać! Co za debil, nie, Ćwierćdebil wpuścił do kurestwo do programu?!? Pewnie ten, który kumpluje się z tym oszołomem, który tę reklamę wyreżyserował. To może radyja posłuchać? Po półgodzinnym słuchaniu radia bZdET stwierdzam, że przyjęli oni taktykę puszczania trzech utworów wkoło, i to są same największe przeboje tego lata. Antyradia sobie nie posłucham, bo nie pozwala na to moje położenie, a BIS dobry rock i metal puszcza prawie zawsze tylko po północy. Zostałem więc sam, opuszczony w czterech ścianach swojego pokoju. Aha, no tak, nie sam, bo z żółwikiem stepowym, którego postanowiłem nazwać ZIOM. Tak po prostu. Zastanawiałem się nad Wawrzyńcem, ale ostatecznie wybrałem ZIOMA.
I to są wakacje. Tak to się nazywa? Wakacje... "I Jezus zapłakał" .
Michał
Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.sianow.kw.pl
511969234