a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y

A little tAste of hypocRisy


Kobiety mają subtelny instynkt - chcą być
zawsze ostatnią miłością mężczyzny. Oscar Wilde.


.

Alkohol rozszerzył moje tętnice do granic możliwości. Nogi stają się zbyt miękkie, aby dłużej sprzeciwiać się nieubłaganej, apodyktycznej grawitacji. Moja percepcja uwolniona przez etylowy katalizator poddaje się niczym nieskrępowanemu wirowaniu. Przemierzam kosmos, którym jestem ja sam. Upadam na ciepły piasek plaży, bo dłuższe przebywanie w tak nienaturalnej dla fauny, wymuszonej przez ewolucję pozycji stojącej okazuje się być niemożliwe. Zapominam o ostatnich ogniwach łańcucha DNA. Wyłączam je. Cały pulsuję. Rozgwieżdżone niebo zatraca się w orgiastycznym tańcu Dionizosa. Lecz cała ta euforia, ten pieprzony, wytworzony chemicznie substytut szczęścia okazuje się być tylko blichtrem przesłaniającym mój ból. Słyszalne odgłosy trwającej w plażowym domku imprezy powoli ustąpiły miejsca retrospekcji serwowanej mi przez resztki mojej świadomości. W mej głowie grają klimatyczne smyczki z pierwszej części Max Payne'a. Dlaczego właśnie ten, zasłyszany dawno temu utwór wybrała moja głowa jako akompaniament tej chwili? Retrospekcja miała nadejść. Niczym Max Payne stałem teraz na dachu wieżowca korporacji Aesir by już za chwilę wszystko sobie przypomnieć, by zatracić się w chronologii, wreszcie by wykonać po raz kolejny, do znudzenia powtarzany, rachunek sumienia. Jakże pięknie grają te smyczki! Cofam się do początków mojej traumy. Do momentu, gdy planowaliśmy wyjazd do Kołobrzegu. Zanim zacznę własny proces (w którym już wydałem wyrok), zadaję sobie pytanie: Dlaczego?



    Czwartego sierpnia zapadła ta decyzja. Ja, Łukasz i Marek - było nas trzech. Taka to biografia, zero ściemy. Znaliśmy się od dawna, razem walczyliśmy o osobowość na tym osiedlu, wśród szarawych bloków i pstrokatych wieżowców. Razem pracowaliśmy cały czerwiec i lipiec, razem walczyliśmy o raka tej planety - o mamonę, po to tylko by teraz część tych zdobytych we krwi i pocie pieniędzy wydać na wakacyjny wyjazd nad morze. 'Pojedziemy do Kołobrzegu, moja ciotka ma tam chatę, tylko że teraz ona jest za granicą, więc możemy pić, kląć, dupczyć i robić bamboochę!' - Marek oczywiście przesadzał, ale gołym okiem widać było jak się cieszył na ten wyjazd. A ja zadaję sobie w głowie pytanie: Dlaczego musiałem urodzić się empatą, mesmerem, psionikiem, wreszcie sidhitą? Dlaczego umiem czytać w głowach innych jak w książkach? Ten dar stał się moim przekleństwem, bo czasami widzę za dużo. Zawsze najbardziej fascynowali i zarazem intrygowali mnie ludzie, których głów nie potrafiłem otworzyć. Znasz takich ludzi. Zaskakują Cię codziennie, potrafią skłonić Cię samą swoją obecnością do tej drażniącej, napiętej uwagi. Obserwujesz ich i starasz się rozgryźć. Lecz gdy już wydaje Ci się, że ich znasz, oni robią coś spontanicznego, coś co wywraca Twój światopogląd, co zmusza Cię do jeszcze uważniejszej, jeszcze bardziej napiętej sensualnej uwagi. Cóż, Marek nie był jedną z takich osób.

   Już zanim powiedział to zdanie, wiedziałem w jakim tonie będzie jego wypowiedź. Marek - zdolny, ba! genialny student matematyki lubi mieć wszystko przedstawione w sztywnych ramach liczb i układów odniesień. Jest jak człowiek autystyczny - kosztem olbrzymiej pamięci matematycznej jego dowcipy, ta żałosna próba kontaktu z innymi ludźmi, były (choć nie pozbawione uroku) wymuszone. W jego podekscytowaniu było coś wiecej niż tylko, tak naturalna dla każdego człowieka, radość z wyjazdu. Od połowy lipca miał dosyć pracy. Wszyscy wysiadaliśmy, ale on znosił to najgorzej. Jego dłonie nie przyzwyczajone do pracy, były po dwóch miesiącach niemiłosiernie pocięte i popękane. Teraz Marek chciał, pragnął, łaknął bezczynności. Czuł się jak polski naród pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy okazało się, że wyrabianie 120% normy nie daje nic poza rosnącym u rąk kilofem. Żal mi go było. Był Hamletem wśród Fortynbrasów. Perfekcjonista, ale marzyciel. Serdeczny, lecz nieumiejący tego wyrazić. Tęskny za uczuciem, lecz zdominowany przez empiryzm. Mający idee, lecz wierzący tylko w liczby.

   Marek pracował tylko dla pieniędzy. Sporządzał wykresy swoich, a nawet naszych zarobków, choć nikt go o to nie prosił. Dokładnie przeliczał przepracowane godziny i stawki. Czuł się odłączony od macierzystego statku matematycznej precyzji i będąc banitą w chaosie realnego świata starał się wszystko zmierzyć i porównać po to tylko, żeby odzyskać łączność ze statkiem-matką. Jestem pewien, że po obejrzeniu filmu 'Pi - 3.14' podzieliłby los Maxa Cohena, który zatracił swe jestestwo w poszukiwaniu sensu w liczbie pi. W przeddzień wyjazdu, Marek przeliczył szczegółowo kilometry trasy, którą mieliśmy pokonać i zaplanował nawet checkpointy. Wiedział o której godzinie będziemy na miejscu. Zachowywał się jak dzieciak rozwiązujący zadanie: 'Pociąg A wyrusza z pedkością X do miasta B'. Ale nie zrozum mnie źle, ja bardzo go lubiłem. Nie byłem jednym z pasożytów, które przychodziły w czasie roku szkolnego po rozwiąznia zadań z matematyki. Ja go rozumiałem, zawsze byłem świadom tego, co chce właśnie powiedzieć. Mój dar stanowił pomost między nami. Wielokrotnie widziałem ulgę w jego oczach, gdy domyślałem się raz za razem tego, co chciał mi akurat powiedzieć. Byłem studnią, kloaką w którą wylewał pokłady swojej osobowości. Zżyłem się z tym chłopakiem wpatrującym się we fraktale po prostu.

   Mój drugi towarzysz wyprawy w Kołobrzegu - Łukasz był zupełnie innym człowiekiem. Założę się, że jakiś znany amerykański psycholog zaszufladkowałby go do grupy ludzi określanych mianem: 'easy-going'. Był tak otwartym, naturalnym, dowcipnym człowiekiem, jakiego chyba nigdy już w życiu nie spotkam. Przebywanie w jego towarzystwie groziło spazmami śmiechu. I nie był przy tym głupim wesołkiem. Śmiał się z innymi, a nie z innych. Jego kosmopolityczny, tolerancyjny styl bycia musiał być wrodzony. Bo życie miał ciężkie. Jakby mu ktoś w dowód nasrał. Matka samotnie go wychowywała. Co najbardziej mnie w nim uderzyło, to jego nieugaszona energia. Energia kwazaru, a nie supernowej. Niby robił tylko to, co do niego należało, ale zawsze wkładał w to całego siebie. Czego by się nie dotknął, było to zrobione bardzo dobrze. Nie udałoby Ci się z nim pokłócić. I to nie dlatego, że był konformistą, nie - miał swoje poglądy, bronił ich. Lecz robił to w taki sposób, że ani nie ustępował, ani się nie narzucał. Takich ludzi będzie mi najbardziej żal, gdy zgasną. Dla takich ludzi warto żyć zgodnie z zasadami wiary. Bo on na pewno będzie w Niebie. A ja chcę tam być razem z nim. Jeśli my wszyscy jesteśmy odbiciami Absolutu, to Łukasz był nim w znacznie większym stopniu niż ktokolwiek inny. Nie był sztuczny, nie był plastykowy. Nie było w nim jadu. Co więcej, miał moc jego nautralizowania. Potrafił pomóc wszystko strawić, wszystko przełknąć, wszystko obrócić w żart. Nacinał wrzody innych ludzi, rozdapywał ich rany i leczył je. W rozmowie z nim odczuwałeś rezonans jego słów w sobie.

    Nazajutrz, wczesnym rankiem, gdy całe miasto pogrążone było w abulicznej zależności snu, wyruszyliśmy. Czekała nas długa podróż wysłużonym Poldkiem. Na miejsce dotarliśmy pod wieczór. Rozłożyliśmy cały stuff w pokojach. Gdy wziąłem prysznic, zaproponowałem chopakom żebyśmy przeszli się po plaży. Lecz ani Marek, ani nawet Łukasz nie mieli na to ochoty. Marek chciał przeliczyć nasze fundusze i zrobić grafik sprzątania, zaś Łukasz chciał się po prostu przespać - to on kierował Poldkiem na ostanim odcinku trasy tego naszego road tripu. Było jasne, że wakacyjna utopia, ta zatopiona jeszcze Atlantyda rozrywki zostanie cudownie wyłoniona dopiero jutro rano. Poszedłem więc sam. I byłem sam. Wieczór był dość chłodny, więc ludzi na plaży nie było. Swoją drogą - jak pięknie tu było latem! Domek dwieście metrów od plaży. Dla turysty, wakacyjnego żeglarza życia to istny raj, lecz dla owej ciotki (właścicielki) sezon był zapewne koszmarem. Bo całe morze, tak kojące w czasie pozostałych pór roku, latem było zapewne skutecznie, frekwentywnie zagłuszane przez tłumy plażowiczów. Lecz dziś było pięknie. I choć było chłodno to Matka Natura, ta rodzicielka Gaja uraczyła mnie widokiem zachodu słońca. Ani żywej duszy. Ja i ginące słońce. Jakbym był świadkiem końca armageddonu - jakbym był ostatnim z ludzi, potępionym i mającym zakaz wejścia do Nieba. Te kilka sekund jest ostatnią chwilą wolności nim znajdę się w piekle. Zaparło mi dech w piersiach, a wolne rodniki rozsadzały moje płuca. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest, że myśleć o Bogu łatwiej nam w grupie, będąc poddanym obrzędowej hermetyzacji? Jakże ciężko jest obserwować taki widok samemu. Trwoga łapie mnie za serce. To jest piękne. W tym jest Bóg. Czuję to.

   Lecz to przeżycie okazało się być efemeryczne. Tak jakby Bóg mówił: 'Popatrz tam!'. Bo oto w oddali zauważam sylwetkę siedzącego na wydmie człowieka. Intruza - osobę, która zakłóciła moją mantrę, moje wyciszenie. Zbliżam się. Intruz nie może mnie dostrzec, bo jest do mnie zwrócony plecami. Siedzi. Wciąż się zbliżam i nagle zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę to ja jestem tutaj intruzem, bo widzę siedzącą dziewczynę w długich, blond włosach opadających na ramiona. Moja żarłoczna jak chupacabra percepcja dostrzega, że dziewczyna ta trzyma w prawej dłoni list. Moja poraniona Freudem głowa podpowiada mi możliwe scenariusze. Jestem dwa kroki za nią, ale ona nadal mnie nie dostrzega. Nawet nie czuje ciężaru mojego spojrzenia na swoich plecach. W końcu się odezwałem: 'Kiedy wraca?'. Albo mój głos był zbyt donośny w tym rozrzedzonym powietrzu, albo samo ujawnienie mojej obecności tak na nią podziałało, bo aż podskoczyła. Spojrzała na mnie swymi nieobecnymi, ale uwierz mi, zjawiskowo pięknymi, błękitnymi oczyma. Dostrzegam, że jej włosy są białe. Dosłownie. Jak u anioła, cherubina, albo albinosa. Czuję krew napływającą do mózgu. Czuję reakcję łańcuchową uruchomioną przez hormony. Jej nieświadomie wprawdzie, ale wystrzelone w moim kierunku feromony już nękały moją przysadkę. Zakochałem się w niej już w tym momencie. Cała była dla mnie piękna. Mentalnie i fizycznie. Ideowo i etycznie. A przecież tylko na mnie spojrzała! Jak straszna jest siła miłości! Bezwiednie powtórzyłem pytanie: 'Kiedy wraca?'. Powiedziała: 'Kto wraca?'. Wydawało mi się, że to nie ja mówię: 'Jest dwudziesta. Mamy... góra dziesięć stopni Celsjusza. Ty siedzisz tutaj sama, w krótkim rękawku, z listem w ręku, oglądając zachód słońca. Więc pytam: Kiedy wraca?'. Zaskoczyłem ją. Bo przeczytałem w niej od razu cały rozdział. Odpowiedziała: 'Widzę, że z Tobą nie można być nieszczerym. Usiądź'. Usiadłem. Zdjąłem kurtkę wykonaną z polaru i ofiarowałem jej. Wydawała się dużo wyższa niż początkowo sądziłem. I opowiedziała mi swoją historię. Że ma na imię Anna. Ma dwadzieścia lat, w tym roku zaczyna studia - na pierwszym roku socjologii. List jest od jej chłopaka, z którym rozstała się prawie rok temu - pod koniec wakacji. Musiał wyjechać do pracy do Kanady. Miał wrócić, lecz napisał, że w Toronto poznał kogoś i prawdopodobnie zostanie tam na stałe.

   Ania chyba naprawdę potrzebowała się wygadać, bo swój monolog zakończyła słowami: 'A ja go kochałam, wiesz!'. Rozmawialiśmy bardzo długo. Do północy. Przenieśliśmy się na werandę jej domu (rodzice byli na wczasach w Turcji). Mieszkała o kilka kroków od nas. Obiecaliśmy sobie kolejne spotkania. I faktycznie - całe następne dwa tygodnie spędziliśmy razem. Podczas gdy chłopaki piły na umór i trzeźwiały w morskim, rozrzedzonym powietrzu, ja spędzałem czas z Anią. Wiem, że mieli o to do mnie trochę pretensji, ale w głębi duszy rozumieli mnie. Na własnej skórze odczułem wtedy kapryśność czasu. Bo gdy spędzasz go z kimś kogo ubóstwiasz, skubaniec pędzi jak oszalały. Czego myśmy nie robili przez te dwa tygodnie! Pływaliśmy, taplaliśmy się w wodzie, urządzaliśmy zawody w staniu na jednej nodze, uczyliśmy się na pamięć cennika lodów Algidy, sprawdzaliśmy kto lepiej podpala bąki, podrzucaliśmy sobie miłosne anonimy z powycinanymi z gazet literkami... Raz weszliśmy razem do windy - ja udawałem przed innymi pasażerami, że jestem klaustrofobiczną ofiarą losu przełamującą (w ramach psychoterapii) lęk przed podróżowaniem windą, zaś Ania wcieliła się w rolę pomagającej pacjentowi pani psycholog. Albo jak pięknie było wtedy, gdy poszliśmy na spotkanie matrymonialne z cyklu '30 sekund rozmowy z każdym' - udawaliśmy, że się nie znamy a gdy wreszcie spotkaliśmy się przy stoliku, zaczęliśmy się ostentacyjnie całować i zataczając się we własnych objęciach (przy okazji wywracając kilka stolików) wyszliśmy z sali, krzycząc: 'Ludzie! To naprawdę działa!'. Była moją drugą połówką. Uzupełnialiśmy się. Spojrzeniem mówiliśmy sobie więcej niż słowami. A rozmawialiśmy zawsze przynajmniej do północy.

    Zakochałem się w niej i nie miałem jej nigdy dość. A chciałem mieć ją na zawsze - ta pieprzona zaborczość, nieodłączny towarzysz miłości... Lecz ona wciąż powtarzała: 'Gdybyś nie był NIM, na pewno pokochałabym cię i bylibyśmy razem. Ale ja kocham jego. Czy to moja wina?' Oczywiście mówiła o swoim byłym chłopaku, który przebywał w Kanadzie. Wiedziała, że związał się z kimś innym, ale wciąż miała nadzieję. Każdy neuron mojego mózgu, każda synapsa mego pajęczego, empatycznego zmysłu wykrzykiwała te słowa! Ale nie chciałem jej naciskać. Zbyt ją kochałem. Nie miałem serca psuć tego, co posiadaliśmy, tego czym cieszyliśmy się codzień. Lecz dwa tygodnie szybko minęły. Myślałem, jak rozwiązać ten węzeł gordyjski. Ostatniego ranka nie byliśmy razem - ona też chciała pomyśleć o tym wszystkim. Mieliśmy spotkać się dopiero na wieczornej imprezie, którą rozkręcał Łukasz w naszym domku. Czas mijał, a ja byłem coraz bardziej gotowy na wyznanie prawdy. Przed najcięższą spowiedzią tak się nie czułem...



   Przyszła. Olśniewająco piękna. W bikini z przewiązaną chustą na biodrach i różową beretką na głowie. Chwilę milczeliśmy. Tańczyliśmy razem. Potem wyrwaliśmy się na spacer po plaży. Zaczęliśmy wspominać te dwa tygodnie, aby na neutralnym gruncie przygotować sobie pole do ostatecznych, mentalnych, uczuciowych rozstrzygnięć. Coś we mnie pękło. Złapałem ją za ramiona i spojrzałem pytająco. Wyznałem wszystko. Że jest mi najbliższą osobą, że chcę być z nią na zawsze, że kocham jej oczy i dołki w policzkach. Czekałem. Ania uśmiechnęła się i przełamała. Powiedziała, że też chce być ze mną i była szczera. Wiem to na pewno - nastawiłem wszystkie sensory na wychodzący z jej ust strumień słów o ciepłym zabarwieniu. Łzy szczęścia popłynęły z jej oczu. Zrzuciła brzemię poprzedniej miłości - teraz kochała mnie. Pocałowała mnie i tak trwaliśmy. Tańczyliśmy słysząc bardziej morze niż muzykę z domku. Byliśmy szczęśliwi.

   Lecz nagle coś zmienio się w morfologii Anii. Zwolniła uścisk, stanęła jak wryta. Patrzę na nią, a ona jest już świadoma, że wiem. Jednak jest na tyle uczciwa, że czeka na moje przyzwolenie. Pozwalam jej skinieniem. Natychmiast, jak wypuszczona na wolność gazela, podbiegła do swojego chłopaka, który stał kilka kroków za moimi plecami. Słyszałem jak mówił, że zrozumiał swój błąd, że tylko ją kocha, że chce być już tylko z nią. Kątem oka ujrzałem ją szczęśliwą. Odwróciłem się i w jakimś totalnym amoku wróciłem do domku. Muzyka dudni, ale ja jestem wobec niej obojętny. Potrącają mnie rozbawieni ludzie, wylewają na mnie piwo z kubków. Ja idę z obojętnym wyrazem twarzy i w tym iściu się zatracam. Łukasz mnie dostrzegł, ale w sekundę pojął, że teraz chcę być sam. Biorę dwie butelki wódki. Wychodzę przez kuchnię na zewnątrz i idę przed siebie. Piję z gwinta. Jakimś cudem znajduję się znów na plaży, lecz nikogo już tu nie ma. Nie ma jej. Ich. Alkohol rozszerza moje tętnice do granic możliwości. Nogi stają się zbyt miękkie, aby dłużej sprzeciwiać się nieubłaganej, apodyktycznej grawitacji. Upadam na ciepły piasek plaży. Grają smyczki.

   I zadaję sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego nie mogę być szczęśliwy? Czy tylko dlatego, że reakcja chemiczna w mózgu Ani zaszła najpierw wobec tamtego faceta? Czy te kilka cząsteczek, te pieprzone kilka atomów ma zabrać mi szczęście? Czy miłość to tylko chemia? 'Gdybyś tylko był nim' - te słowa uderzają we mnie jak kula wystrzelona z bliska w twarz. Nie napiszę do niej - nie, to zakłóciłoby jej szczęście, nie zrobię jej tego (ja nigdy nie podałem jej swojego adresu). Niech będzie szczęśliwa u jego boku. Tego chciała, tego pragnęła, tego łaknęła. Tylko dlaczego moja żarłoczna percepcja kazała mi zauważyć tą białowłosą istotkę na plaży? Dlaczego pozwoliłeś przerwać moją mantrę, Boże? Dlaczego pozwoliłeś mi ją poznać? Czy Ania ma być tylko układem odniesienia dla innej dziewczyny, którą mam dopiero poznać? Czy może zawsze mam być nieszczęśliwy? Stłamszę tą pieprzoną percepcję, zaleję ją alkoholem. Dziś jest czas na smutek. A może to moja wina? Na wszelki wypadek odtworzę wszystko jeszcze raz, zaczynając od początku wykonam po raz kolejny, do znudzenia powtarzany, rachunek sumienia. Cofnę się do genezy mojej traumy. Do momentu, gdy planowaliśmy wyjazd do Kołobrzegu. Zanim zacznę własny proces (w którym już wydałem wyrok), zadaję sobie pytanie: Dlaczego?

Niech twórczość Chestera i reszty posłuży za outro - Linkin Park 'With You':



The sound of your voice
Painted on my memories
Even if you're not with me
I'm with you

Even though you're close to me
You're still so distant
And I can't bring you back

No matter how far we've come
I can't wait to see tomorrow
...With you...



aNomaLy

   PS. Co to jest miłość? To spacer podczas bardzo drobniutkiego deszczu. Człowiek idzie, idzie i dopiero po pewnym czasie orientuje się, że przemókł do głębi serca.


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y