W mej głowie zawrzało. Poczułem potrzebę zwiększonej, drażniącej sensualnie uwagi. Nastawiłem się na obiór międzygalaktycznego przekazu. I gdy tylko dotarł on do moich synaps, został z bólem przetworzony. Czuję się nim mentalnie zgwałcony. Chcę tą białą, dziewiczą kartkę poranić mymi przemyśleniami. Przemyśleniami na temat ludzi - tych skazanych na cielesną banicję duchowych istot. Chcę dziś napisać o władzy. Bo w głębiach bezbrzeżnego oceanu naszej ludzkiej twórczości pełno jest zatok miłosnych - tych atoli uniesień powstałych za sprawą literackich twórców - wyłonionych wskutek fal tsunami przemierzających neurony ich mózgów i antycząsteczki ektoplastycznych obłoków ich dusz. Dziś nie będzie o miłości. Ani o przyjaźni. Ani o miłosierdziu, pokorze, chciwości, wojnie. Nie. Dziś biorę chrzest w Jordanie uczuć związanych z władzą. Bo 'kiedy ciało słabnie, silniej czuje się duszę'. Pomóż mi zrozumieć - bo ja najpierw czuję, a dopiero potem rozumiem... Potrzebuję Ciebie jako katalizatora. Muszę się wygadać po prostu...
Nie doceniałem roli posiadania władzy, bagatelizowałem ten stan. Lecz jakże straszne mogą być konsekwencje wpadnięcia w nałóg tej czysto socjologicznej zależności - zarażenia się tym nieuleczalnym wirusem rozkładu pokory... Na imię miał Konrad. Był kierownikiem supermarketu, w którym pracowałem. Gdy tylko moi współtowarzysze z którymi wspólnie 'wyrabiałem normę' pierwszy raz go zobaczyli, zareagowali jednoznacznie: 'Nadgorliwy kutasina'. I fucktycznie - na pierwszy rzut oka jego kompleks władzy wydawał się być pasożytem nie do usunięcia. Gould władzy siedział w nim jak w Jaffie. Spotkałeś na pewno ten typ człowieka - zna tylko jedną właściwą drogę rozwiązywania problemów - własną drogę. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłbyś po wygraniu dwudziestu milionów w dużym lotku byłoby wykrzyczenie mu prosto w twarz: 'Teraz to mi to lotto'. Tak na nas działał! Był łyżką dzięgciu, wrzodem na tyłku. Lecz ja dostrzegłem jeszcze nikłą szansę na kompletne wyleczenie... Mój empatyczny zmysł nie mógł się mylić! Konrad był około trzydziestoletnim, niskim rudzielcem. Miał jakiś taki rozbiegany wyraz oczu i nerwową morfologię. Pracą jaką dziś mi zlecił było porządkowanie magazynu. Czyli najbrudniejsza, najcięższa fizycznie praca... Ale nie to mnie uderzyło, nie to zmieszało mnie z mentalnym błotem. Najbardziej poraniły mnie odłamki sposobu, w jaki zadał mi tę pracę. Podszedł i powiedział do mnie: 'Ty! OBSERWOWAŁEM Cię... PAN pójdzie za mną.' Zaprowadził mnie do magazynu i wylał przede mną całą ropę apodyktycznego wrzodu - tej parszywej narośli na jego osobowości. To właśnie wtedy postanowiłem go uleczyć - przekręcić jego światopogląd, przeprowadzić transfuzję świeżej, pozbawionej wirusa krwi.
Pracę wykonałem perfekcyjnie. Sporo najeździłem się wózkiem do palet, sporo nadźwigałem, jeszcze więcej nasprzątałem. Zajęło mi to cały dzień, całe osiem godzin. Ale wiedziałem, że póki co, jedynym sposobem dojścia, jedynym antywirusem na bakcyla władzy może być kwasi-szacunek zdobyty pracą. Muszę ze swej mordęgi, ze swego potu i krwi zbudować konia trojańskiego zdolnego dotrzeć do jego wnętrza. W końcu przyszedł. Widziałem ten szczególny wyraz twarzy, który porównałbym tylko do miny dzieciaka rozpakowywującego swój gwiazdkowy prezent. Przełamałem jego opór - tą kreskę malowaną białą kredą na synaptycznym betonie. Przeszedłem do ofensywy: 'Słuchaj, Kondrad - wiem, że też już kończysz - może wyskoczylibyśmy na piwo? Chciałem iść z którymś z chłopaków, ale jakoś wszyscy byli dzisiaj zajęci. Aż się sam zdziwiłem, że nikt nie ma ochoty na browara!'. Początkowy zachwyt, czy też kwasi-szacunek ustąpił miejsca badawczemu spojrzeniu: 'Chciałbyś iść ze mną na piwo?' Spokojnie kontynuowałem: 'Jeśli akurat nie masz nic innego do roboty, to czemu nie? Ja i tak pójdę, ale samemu to tak jakoś głupio... Wiesz o czym mówię?' 'Tak, wiem...' - powiedział to nieco przyciszonym głosem. Wyszliśmy. Do 'naszego' pubu było całkiem niedaleko.
Obawiałem się trochę, że mogą tam być chłopaki (kłamałem mówiąc Konradowi, że pytałem ich o wyjście - niby który z nich by się nie zgodził? I had a dream ;)) Gdy weszliśmy rozejrzałem się i na szczęście nie było tam nikogo poza dwiema nastkami siedzącymi w loży... Konrad wydawał się być zmieszany. Tak pewny siebie na gruncie zawodowym, w życiu prywatnym był raczej życiowym niedorajdą. To akurat przeczytałem w nim od razu. Usiedliśmy. Konrad rwanym głosem powiedział: 'To ja, jako kierownik kupię dla nas piwa...' Było z nim źle. Odparłem tonem mamy uspokajającej dziecko: 'Bracie, tu już nie ma kierownika! Ja Cię zaprosiłem i ja stawiam! Usiądź, posłuchaj muzyki, zajmij się chillingiem. Zaraz wracam'. Taak. Najpierw uświadomić mu, że poza pracą istnieje jeszcze inny świat, gdzie zależność władzy nie występuje. Podszedłem do baru. Żeby jeszcze bardziej skrępować Konrada, drę się przez cały pub: 'CHCESZ WARKĘ, HAINEKENA, CZY LECHA?!!' Na początku machnął tylko ręką żeby mnie uciszyć, bo dwie nastki przerwały rozmowę (tzw. giggle'owanie) i spoglądały to na mnie, to na Konrada. A ja się nadal drę: 'JAKIE?!' On odparł: 'Warkę'. I choć powiedział to cicho, to usłyszałem tę odpowiedź. Ale żeby infantylności stała się zadość, jeszcze raz się wydarłem... Kątem oka patrzę na Konrada. Opadł na siedzisko. Jego rudawe włosy nieco oklapły, a na czole wystąpił pot. Przejdźmy do fazy drugiej - uświadomię mu, że wszyscy jesteśmy równi. On, ja i każdy pracownik supermarketu. Wróciłem do stolika i zaczęliśmy rozmowę. Tylko zacząć neutralnie... Zacząć neutralnie...
I rzeczywiście - początek rozmowy był wzajemną wymianą nikomu niepotrzebnych spotrzeżeń na temat miejsca naszej pracy. Konrad zaczął już nawet zapisywać na serwetce, co trzeba jeszcze zamówić. Musiałem interweniować: 'Słuchaj, słyszałem że skończyłeś studia? Widzisz - ja właśnie od września idę na pierwszy rok edukacji techniczno-informatycznej.' Odłożył długopis. Jął opowiadać mi o studiach. Z początku tendencyjnie, będąc nadal uwięzionym w ramach konwenansów. Lecz potem zapytałem go, czy było ciężko finansowo. Rozluźnił się, opowiadał mi jak pomogli mu rodzice, jak łapał się dodatkowych fuch w czasie wakacji. Zaznaczyłem: 'Wiesz - Marek, no wiesz ten nasz ochroniarz też wysyła prawie połowę wypłaty córce, która też jest na studiach. Samo stypendium nie wystarcza...' Starałem się powiedzieć ciepłe słowo o każdym z pracowników, żeby zdał sobie sprawę, że to także ludzie tacy jak on, a nie darmozjady chcące uchylać się od pracy... Potem zapytałem go o zainteresowania. Powiedział, że ma kolekcję filmów DVD - wtedy poradziłem mu, żeby pogadał z Andrzejem - naszym magazynierem - jak na ironię miał równie dużą (nawet większą) kolekcję filmów. Powoli indoktrynowałem Konrada. Przekonał się, że całą złość, cały swój jad niepotrzebnie wylewał na Bogu ducha winnych ludzi. Oczywiście nikt nie powiedział tego wprost, ale tak prowadziłem dialog, aby sam do takich wniosków doszedł. Rozmowa trwała już dwadzieścia minut. Musiałem przejść do fazy trzeciej (uwolnienie Konrada od nici chorobliwego do mnie przywiązania). Dopiłem resztki piwa, szybko się pożegnałem mówiąc zwyczajnie: 'O rany, już dziesiąta - muszę lecieć. Cześć!' I wyszedłem.
Później dowiedziałem się od barmana (to też ciekawa postać - może kiedyś o niej napiszę), że Konrad spędził w pubie jeszcze dwie godziny. Następnego dnia wróciliśmy do pracy. I wiesz co? - udało mi się. Konrad był inny, życzliwszy. Zamiast mówić: 'Rusz się, skąd mam potrącić tą przerwę - z Twojej wypłaty?' zwracał się do wszystkich mniej więcej w ten sposób: 'Już to zrobiłeś? Świetnie! Teraz sprawdź, czy przywieźli już te palety - tu masz numery - jeśli ty się tym nie zajmiesz, to chyba nikt tego porządnie nie zrobi'. I mówił tak do wszystkich, nie tylko do mnie. Zdobywał szacunek używając szacunku. Taki powinien być zwierzchnik. Zamiast narzekania - konstruktywna krytyka. Każdy CHCIAŁ, żeby praca była zrobiona dobrze, nie było olewania... A jakże piękny, wręcz mistyczny był obraz bezgranicznego zdumienia wszystkich moich współtowarzyszy pracy! W szatni, pod koniec dnia wywiązała się rozmowa na temat Konrada. Zaczął Adam: 'Widziałeś kierownika? Coś chyba było z nim dzisiaj nie tak, bo wreszcie przestał być bydlakiem...' Andrzej dodał: 'Nawet filmy ode mnie chciał pożyczyć i nie powiem! On sam ma parę, których nigdy nie udało mi się zdobyć... Stary! - on ma wszystkie części Ojca Chrzestnego!'. Na to Jarek: 'Ty! A może on sobie jakąś szparkę znalazł, że tak złagodniał?!' Szybko skwitował to Tomek: 'No co ty?! Słyszałem, że Twoja matka dała mu kosza...'. Taak. Chłopaki, jak to chłopaki. Tym zajmę się później. Lecz dziś lżej mi na sercu, bo oto udało mi się uleczyć z przeklętych spazmów poczucia wyższości i władzy, z tej ejakulacji parszywego nasienia pogardy, jedno z przebywających na przymusowej banicji dusz, istnienie...
aNomaLy
PS. Spróbuj... uczynić gest, nim uwierzysz, że... nie warto robić nic. Katarzyna Nosowska.
PS2. WŁADZA - socjologiczny stosunek społeczny między dwiema jednostkami, między jednostką a grupą lub między dwiema grupami, polegający na tym, że jedna ze stron może w sposób trwały i uprawniony zmuszać stronę drugą do określonego postępowania i posiada środki zapewniające jej kontrolę tego postępowania.