W GÓRĘ SERCA
Bez zbędnego wstępu, bo i po co. Trzy proste, prawdziwe historie, które mogły zdarzyć się każdemu. A zdarzyły się akurat mnie.
Wściekła pięść
Chodzenie po kolędzie. Jedna z najpiękniejszych tradycji chrześcijańskich (dla głęboko wierzących) lub żyła złota (dla ministrantów). Iluż to moich służących do mszy kolegów mordowało się przez cały rok tylko po to, by w styczniu zbierać profity. I to jak o nie walczą! Rośnie nam pokolenie zręcznych windykatorów. Mój sąsiad wyjechał kiedyś w styczniu. Pięć dni z rzędu ministranci chcieli mu zapowiedzieć przybycie księdza, stosując mało wyszukane ciosy kickbokserskie na drzwi, byle by tylko ktoś je otworzył. Szczęśliwie drzwi pancerne oparły się niszczącym rękom Kościoła. U mnie zaś ksiądz anonsowany na 18 nie pojawił się. Po 23, kiedy już wszyscy spali rozległ się dzwonek do drzwi. Myślałem, że zadzwonią raz i zrozumieją, że o tej porze nikogo się nie spodziewaliśmy. Niestety, w przeciwieństwie do sąsiada nie mam w domu drzwi z blachy, więc po paru uderzeniach trzeba było prosić kolędników do środka. Bez słów wyjaśnień pomodlili, pokropili, zainkasowali, wyszli, pod moim blokiem ksiądz wyjął komórę, wezwał taksówkę, w którą wsiedli i rozjechali się do domów. To byli ostatni kolędnicy w moim domu. Od tamtego czasu już nikt nie napełnia naprędce mojego mieszkanka Łaską Boża, w zamian za środki na powrót do domu. Bo choć błogosławieństwo Stwórcy jest warte każdych pieniędzy, to ja drzwiowym karatekom, pospiesznie wymachującym kropidłem, podziękuję.
Boski samochód
Zgodnie z rozkładem zajęć obozu, w którym miałem przyjemność uczestniczyć, zwiedziliśmy szczeciński kościół. Wychodząc przy drzwiach zobaczyliśmy żebrzącą kobietę. Żebractwa nie popieram, ale muszę przyznać, że to, co zobaczyłem było poruszające. Mianowicie ta kobieta nie miała ręki oraz większości… twarzy. Nie wiem, co jej się stało, ale widok był naprawdę przerażający. Dookoła mnie rozległo się parę „Jezusów” i „Bogów” wydawanych przez osoby o słabszych nerwach. Ani jeden ani drugi się nie interweniowali. Wjechał za to samochód. Czarna Toyota z rybką na tylnej szybie, wspaniałe auto, z gatunku tych, co za miesiąc będą mieć półtora miesiąca. Wysiada ksiądz, sługa boży, ten, co grzechy odpuszcza, zapewne z miejscowej parafii. Z błyskiem w oku rzuca się w kierunku żebrzącej, przepraszam za wyrażenie, opierdala ją mało parlamentarnymi słowami (w miarę delikatne z nich to dziwka) i każe się stąd wynosić. Rzucamy z kolegą pod adresem jego świątobliwości parę uwag, ale on, byt duchowo wyższy, ignoruje nas, zbywając słowami, że to nie mamy nic do gadania. Wsiadł z powrotem do samochodu i podjechał brakujące pięć metrów pod dom parafialny. Może jechał przygotować kazanie, w którym wspomni, że trzeba wspomóc tym, którzy pomocy potrzebują? Zanim bak ich samochodu zrobi się pusty.
Dzień dobry, inkwizycja
Nadchodzi w życiu człowieka czas, kiedy musi się umocnić w wierze, kiedy ktoś musi utwierdzić go w przekonaniu, że droga, którą podąża jest słuszna. Ma w tym pomóc bierzmowanie. Aby właściwie je przyjąć trzeba się należycie przygotować. Moja zakonnica- katechetka miała własną wizję jak nas do przyjęcia sakramentu przysposobić. Po pierwsze: nauki- cały rok, co tydzień o 19 we wtorek, czy deszcz, czy słota, masz być w kościele i amen. Nie przyjdziesz- musisz mieć usprawiedliwienie. Spowiedź raz w miesiącu- niezbędna, na dowód, że byłeś musisz mieć podpis księdza z datą i obrazek od niego otrzymany. Obecność na mszy świętej obowiązkowa. O 11 koniecznie, bo wtedy siostra- katechetka stoi z wielkim kajetem u jedynej otwartej bramy i mówi do wchodzącego- szkoła, klasa, nazwisko. Za pierwszym razem zdębiałem, otworzyła kajet, tam lista nazwisk z mojej klasy, postawiała przy mnie krzyżyk i zaczęła pytać następnych. Stała tak przez cały rok więc szło się przyzwyczaić, a na katechezie rozliczała z nieobecności. A na koniec wielki test ze znajomości Pisma Świętego. Łatwiejsze miałem w szkole średniej, gdy owo dzieło przerabiałem na polskim. Plus był taki, że tamtego testu nie można było nie zdać. Ostatecznie, bez przerwy grożąc, że połowy do bierzmowania nie dopuści, dopuściła wszystkich. Chociaż po jej zabiegach mało komu na tym zależało, a poszli żeby im przy ślubie potem problemów nie robiono. Co nie zmienia faktu, że takich osób jak ona można się bać. „Bój się Boga”. Że o inkwizycji nie wspomnę.
Przydałoby się jakieś podsumowanie, ale co w nim można napisać. Ta bardziej "kościelna" część czytelników powie, że sie czepiam i że wybrałem akurat najgorsze kościelne epizody mojego życia, a dla tych, co się do Kościoła zniechęcili to będą kolejne dowody na potwierdzenie ich teorii o tym, że to co robią księża, siostry i ministranci jest chore.
Jasne, wiara to nie tylko kościół i duchowni, to indywidualna sprawa każdego. Ale to nie jest tekst o wierze, to tekst o tych, co na tą wiarę patrzą w niewłaściwy sposób. Wiem, są też na świecie dobrzy księża, bogobojni, uczynni i bezinteresowni, pomagający potrzebującym. Ale ja (choć były czasy, że byłem stałym bywalcem kościoła) jeszcze nie miałem z takimi przyjemności.