Co jest "dobre", a co "złe"? Trudno Ci odpowiedzieć? Jakim człowiekiem jesteś, "dobrym" czy "złym"? Czyżby to było jeszcze trudniejsze pytanie? Codziennie słyszysz o walce "dobra" ze "złem". Dobra jest Ameryka, muzoli trzeba wyrżnąć, spalić, otruć albo przynajmniej wypędzić. Dobrzy są katolicy, świadkowie jehowy będą smażyć się w piekle i diabeł będzie ich kuł widłami w niewierne dupy. Dobra jest Polska, dla polaków oczywiście, bo to żydomasoneria rządzi światem, a asfalt niech wraca skąd przyszedł. Czasami zło zwycięża i reporter łamiącym się głosem podaje liczbę ofiar kolejnego zamachu. Ale zamachowcy to przecież dobrzy ludzie, no bo islam to dobra i jedynie słuszna religia. Chrześcijaństwo zresztą też. No bo to Jezus był dobry, Jahwe jest nieskończenie miłosierny, ale zły Piłat był głupim tchórzem, nierozumiejącym świętej nauki. A tamten zły kapłan donosił na papieża. Jak on mógł? Na naszego, polaka, najlepszego i lepszego niż wszyscy przed nim i po nim. Ile jeszcze przykładów mam mnożyć? To nie jest przejaw cynizmu. Zastanów się. Po której stronie się opowiesz? A może po prostu wyłączysz telewizor i pójdziesz na piwo?
Nie bez powodu pojęcia "dobra" i "zła" zostały wymieszane w powyższym akapicie. Relatywizm? Jak najbardziej. Do czego zmierzam? Teza: Pojęcia "dobra" i "zła" są niedefniowalne. Wszystko jest względne. Absolutnie. Najlepiej obrazują to paradoksy moralne. W imię religii, ideologii, patriotyzmu i szeroko pojętego szacunku każde pokolenie, Ty, ja, jesteśmy bombardowani rzekomymi wzorcami i oklepanymi autorytetami. Dlaczego? To bardzo proste. Można na nas zarobić, posłużyć się nami, spełnić swoje zachcianki. Czy to nie Stalin miał być (był?) autorytetem dla pokolenia naszych dziadków czy rodziców? Czyż nie był on dobry? Czy to nie Hitler był wręcz czczony za swoje przekonania i idee odrodzenia Niemiec? Czyż nie były on dobre? Czy święta inkwizycja nie działała w imię jedynie słusznej i szlachetnej sprawy? Jakże mogła być zła? Czasy się zmieniały, teraz jesteśmy w stanie spojrzeć na te wydarzenia obiektywnie. Coś tu się jednak nie zgadza. Dlaczego dzisiaj te postaci i instytucje określa się mianem haniebnych dla narodu/religii, kiedy były w swoich czasach niedoścignionym ideałem? Jak były w stanie urosnąć w siłę i pozyskać zwolenników? Przecież w tamtych czasach też żyli ludzie inteligentni, którzy potępiali ich działania. Drogi czytelniku, wszystkie idee się sprzedaje. One chcą być sprzedane. Jak zresztą wszystko inne. Najchętniej kupowana jest idea "buntu" przeciwko czemukolwiek, lub najlepiej wszystkiemu. Jak na lep ciągną ku takim "sprzedawcom" młodzi ludzie, niedoświadczeni, za mało odważni, lub po prostu za głupi żeby mieć swoje zdanie. Kupujący to bezmyślna masa. Paradoks polega na tym, że towar nie do końca jest sprzedawany, lecz raczej obiecywany, pod warunkiem oczywiście, że kupujący wywiąże się danego mu zadania. Jak przekonać potencjalnego klienta do tej niekorzystnej transakcji, w dodatku bez gwarancji spełnienia obietnicy? To właśnie umiejętna żonglerka "dobrem" i "złem", którą praktykują "wodzowie" umożliwia pozyskanie konsumentów i spełnienie swojego popędu do władzy. Misternie układają wzorce "dobra" i "zła", głosząc rychłą nagrodę za bycie dobrym i karę za bycie złym, bezwzględnie potępiając każdego, kto tych wzorców nie uznaje. Mistyfikacja jest jak najbardziej powszechna - cel uświęca środki. To właśnie mównice i ambony są ośrodkami hipokryzji i obłudy, a ten, który używa tych pojęć jak najczęściej, by soczyście skrytykować "konkurencję", sam jest największym hipokrytą. "Czyń dobro (rób co mówię), a spotka Cię nagroda (niebo, sprawiedliwe państwo, przychylność Kogośtam). Wystrzegaj się jednak zła, bo kara będzie surowa (ogień piekielny, Służba Bezpieczeństwa, inwazja kosmitów)". Z czasem, kiedy taki wódz jest dostatecznie silny, konsekwentnie zwalcza "wrogi aparat" przekonując tym samym "owieczki", że rzeczywiście ma rację i należy go słuchać. To właśnie konkurencja na tym rynku ideologii powoduje sięganie po coraz bardziej drastyczne środki aby zachować miejsce przy korycie (np. terroryzm). A kim stają się owieczki? Wrogo nastawionym tłumem bezmyślnych ortodoksów, którzy w swoim stadzie nie boją się niczego, a w pojedynkę są żałosnymi idiotami. Pamiętaj, że są ludzie, którzy muszą podążać za stadem, bo inaczej nic nie osiągną, nie będą cenieni przez nikogo. Stado daje schronienie, indywidualnej odpowiedzialnośći można uniknąć. Wtedy rodzi się prawdziwe zło.
Jak więc mam odróżnić dobro od zła? Gdybym mógł udzielić jednoznacznej odpowiedzi, czym bym się różnił od "wodzów"? Idealne zło to utopia, dobro też. Tylko konsekwentna analiza Twoich własnych poczynań może odpowiedzieć na pytanie, czy coś jest dobre, czy złe, albo czy takie się okaże. To Ty decydujesz, nie ksiądz/rabin/pastor/nauczyciel. On nie jest Tobą. Jesteś wolny, posiadasz zdolność logicznego myślenia i wyobraźnię - jesteś w stanie przewidywać. Jeżeli jesteś również dojrzały, wykorzystaj to i ustal własne zasady i kodeks moralny. Możesz zgadzać się z czyimiś przekonaniami, możesz go naśladować w całości lub częściowo, możesz szukać inspiracji gdziekolwiek, lecz zachowaj indywidualność i sceptycyzm. Bycie owieczką w stadzie bywa wygodne (często jednak jest cierpieniem), ale jest ucieczką od odpowiedzialności, ponieważ "wódz" zapewnia przynajmniej częściowy protektorat. Ale jeszcze raz powtórzę: odpowiedzialność i dojrzałość. Tylko wtedy możesz stanąć ponad bezmyślnym tłumem. Oczywiście szacunek dla innych i poszanowanie ich wolności na pewno Ci się opłaci. Nie podążaj ślepo, ale też ślepo się nie buntuj.
Kogo klientem zostaniesz? Jaką ideologię kupisz? Jaką sprzedasz?
Ps. W trzecim akapicie nie przedstawiam złotego środka, lecz jedynie punkt widzenia, który uważam za najbardziej odpowiedni i skuteczny w moralnych potyczkach. Jest to część filozofii Fryderyka Nietzsche'go (oczywiście z ogromnymi uchybieniami). Podobny pogląd reprezentują sataniści (ci prawdziwi). Satanistą nie jestem, ale lepiej przyznać się do satanizmu w przesiąkniętym stereotypami tłumie ortodoksyjnych katolików niż nazwać się katolikiem-hedonistą (kolejny przykład - obłuda aż kwitnie).