spis treści | poprzednia strona | następna strona
28 Więzień Układu, #4

Część druga – Druga strona lustra


Między stacją a Ziemią


Wbrew obawom obudził się żywy, choć nieco zmięty. Zbroja nie pozwoliła mu dobrze odpocząć, lecz czuł się lepiej, niemal dobrze. Już go nie mdliło. Poruszył się. Ciało wciąż przeszywały igły bólu, lecz były to małe, cieniutkie, niemal nieodczuwalne igiełki, a nie szerokie, tępe noże, jakie rozdzierały go wczoraj.
Od rana nikt się do niego nie odzywał. Nawet Nowy nie był zbyt rozmowny. Kanał grupy milczał, wszyscy pisali tylko do siebie, dużo i często. Postanowił tego nie przerywać. Rozważał wydanie Rejkertowi rozkazu by znalazł sposób na podglądanie ich rozmów, lecz nie wiedział na ile Rejkert pozostał mu wierny. Bał się jak zareagowałaby grupa, gdyby się o tym dowiedziała. Sytuacja była zbyt delikatna na takie niepotrzebne ryzyko.
Jeszcze wczoraj większość chłopców była za nim. Dziś, czując jego słabość, stanęli po stronie Żimmiego. Żimmy też się zmienił. Arto nie próbował się do niego odzywać. Milczenie mówiło za nich obu. Będą walczyć – nie dziś, nie jutro, lecz będą. Arto obiecał sobie że tym razem zajmie się nim na dobre, by coś takiego już się nie powtórzyło. Niech tylko sprawy się uspokoją, niech tylko odzyskam siły... Zapamiętał sobie by zapytać się matki Iwena jak długo musi na siebie uważać, i by zrobić to tak by nie pomyślała że chce się wdać w kolejną bójkę. Jeśli nauczy się postępować z nią ostrożnie, Rous może zostać jego prywatnym Charonem. Z jej pomocą wytrzymają tu obaj.
Już na drugiej lekcji Dert poinformował go że siatka mrówek znacznie się zmniejszyła. Wielu młodszaków posikało się na wieść o tym co zaszło wczoraj. Zdecydował przypomnieć im dlaczego mają go słuchać. To co zostało wciąż było skuteczne, lecz potrzebował rezerwy, na wypadek kłopotów. Najbardziej niepokoiła go reakcja Anhela. Policja nie pojawiła się w szkole, więc wiedział że Arto przeżył. Dzisiaj może się na nich zaczaić poza szkołą. Od dzisiaj będą wychodzić przez wentylację.
Tego rozjaśnienia Arto odbył przez szkolną sieć bardzo wiele rozmów z dawnymi znajomymi. A to miał być dopiero początek.

* * * * *

Wilan nawet nie zdążył się przebrać do pracy gdy pojawił się Buris. Nie to żeby się zdziwił. Nie to żeby oczekiwał iż przez całą noc nie wymyśli nowego planu na zdobycie reaktora. Najbardziej zaniepokoiło go jego dziwne podniecenie. Szczęśliwie Buris jedynie znacząco kiwnął głową. Dla świętego spokoju Wilan, już z kombinezonem na grzbiecie, udał się do ich „złodziejskiej skrytki”, jak w myśli nazwał pomieszczenie które nie tak dawno starannie przygotowywali do podróży. Buris już tam czekał. Pływał niecierpliwie w powietrzu, od ściany do ściany. Wilan z zadowoleniem stwierdził że projekcje maskujące wciąż działają jak należy.
- O co chodzi, Buris? – spytał, wpływając do środka – Nie poddajesz się łatwo, tak?
Buris podpłynął do niego. Wilan złapał go za rękę i przyciągnął. Złapali się za klamry i zawiśli naprzeciwko siebie.
- Zastanawiałem się nad tym co mówiłeś o reaktorze – przyznał Buris.
- Na przestrzeń, chyba nie próbowałeś go zdobyć na własną rękę?
- Hej! Nic bez uzgadniania z tobą – Buris uspokajająco wyciągnął dłoń – Próbowałem tylko sprawdzić, tak na oko, teoretycznie, czy to jest możliwe. A potem liczyłem. Policzyłem zużycie energii, moc emitera, wydajność reaktora, wszystko. Policzyłem każdy wat energii. Miałeś rację. Nie zdołamy wyciągnąć drugiego reaktora z magazynu. A bez niego nie zdołamy uciec.
Jeśli miałem rację, to dlaczego rozpiera cię energia, pomyślał Wilan. Ale Buris nie będzie tego trzymał w nieskończoność. Powie jak dojdzie do odpowiedniego momentu, choć dramat to raczej nie będzie. Nie z moim udziałem. Najwyżej farsa.
- Nie to żebym był zaskoczony – powiedział tonem z rodzaju „a nie mówiłem?”.
- Wiesz jak to jest. Póki sam się nie przekonasz... – Buris odruchowo rozłożył ręce, odpływając kawałek w bok. Jednak nie puścił klamry, więc jego ruch wydał się Wilanowi podobny raczej do kroku w jakimś dziwacznym, kosmicznym tańcu. To ostatnio modne, przypomniał sobie, taniec w nieważkości.
- Myślisz że pierwszy raz o tym pomyślałem? – spytał – Że całą ucieczkę planuję na bieżąco? Że nie zdaję sobie sprawy...
- Dobra, przepraszam. Nie powinienem wątpić. Ale...
- Nie ufasz mi, tak? Jeśli mam być szczery, to ja wciąż nie ufam tobie. To naturalne. Lecz cię nie oszukuję – już nie, dodał w myśli.
- Po prostu sprawdzałem, dobra? Człowiek potrzebuje czasem dowodu, by uwierzyć.
Chwilę milczeli.
- Jak rozumiem, nie zrezygnujesz? – spytał w końcu Wilan.
- Nie ma mowy! Pamiętaj, nawet jeśli nie uda się ten numer, będziemy mieć następne do wykonania, może lepsze. We dwójkę możemy zrobić to w czym dotąd zawodziłeś.
Na razie powinniśmy czekać, pomyślał. Rozebrać wszystko, powynosić, zamaskować, ukryć. Zatrzeć ślady. Może coś się wydarzy, może zdołamy zdobyć reaktor tuż przed odczepieniem statku. Instalacja potrwa moment, testy trochę dłużej, lecz... O wiele bezpieczniej będzie czekać na nową, prawdziwą okazję. Chyba że już coś wymyśliłeś...
- Powiedziałeś, nawet jeśli się nie uda – przypomniał – Masz jakąś okazję na oku? Wyduś to z siebie! 
- Właśnie, okazja – Buris pokiwał palcem – Będąc przy okazji w temacie zaufania... Może nie będziemy musieli czekać. Może sami stworzymy okazję... – Buris uniósł oczy w górę – Lecz znając ciebie, pewnie ci się nie spodoba.
- Chcesz zdobyć reaktor od kolonistów? – znając Burisa, taka myśl sama przyszła mu do głowy, choć w jego głowie zaczęło kiełkować inne, bardzo paskudne podejrzenie.
- Ależ skąd! Jest jeszcze ktoś kto mógłby być zainteresowany udzieleniem nam tej drobnej pomocy. Podziemie.
Tego obawiał się najbardziej. Buris chciał szukać pomocy u największych przestępców w Układzie, choć nikt normalny nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Normalny, czyli ktoś, kto ma pracę i rodzinę. Zwłaszcza rodzinę. Pod tym względem Podziemie przypominało astronautów. Owszem, Wilan był zdesperowany, lecz nie aż tak by wylądować w kopalni za podejrzenie o współpracę, razem z żoną, pozwalając tym samym Opiekunce zabrać ich syna.
Rząd zaprzeczał, lecz było powszechnie wiadomym że Podziemie miało rozbudowaną sieć przekazywania towarów miedzy Układem a koloniami. Może, gdyby zaczął się z nimi zadawać... Nie. Równie dobrze mógłby spróbować zostać Protektorem. Podziemie nie przyjmowało potencjalnych uciekinierów, jedynie przyszłych żołnierzy. Nie potraktowałoby łagodnie nikogo kto próbowałby ich przechytrzyć, lub wykorzystać do własnych celów. To oni wykorzystywali innych, a nie na odwrót.
Pomysł Burisa był zdumiewający w swojej bezczelności. Więcej, jeśli to Podziemie stało za tym co się działo w stoczni, okazałby się bardziej bezczelny niż próba wejścia spacerkiem do śluzy gwiazdolotu. Jeśli chciał tak ryzykować... Cóż, jego wolna wola. Oby beze mnie.
- Podziemie? Myślisz że są w stanie zdobyć reaktor? Że zdołamy się choćby do nich zbliżyć? Rząd cały czas próbuje z nimi walczyć – próbuje to bardzo dobre słowo, uznał – i nie daje sobie rady! Nie potrafi ich wyśledzić, mimo że ma lepsze możliwości niż my.
- Rząd nie ma głowy wolnej od chęci zniszczenia oporu – zauważył Buris – To wystarczy dla neuroskanerów, nie sądzisz? Podziemie ma trochę rządowych zabawek na swoim małym korytarzyku.
Buris miał sporo racji. Tego, co się miało w głowie, nie dawało się podrobić. Agent doskonały musiałby nie wiedzieć że jest agentem, lecz ta sztuczka była tak stara jak Zjednoczony Rząd.
- Zbyt niebezpieczne. Nie jesteśmy jednymi z nich, nigdy nie byliśmy. Nawet gdyby się udało... Nawet wtedy mogą nas potem szantażować. Mogą nas wydać jeśli to będzie dla nich opłacalne, mogą zmusić do pozostania tutaj, gdzie bylibyśmy bardziej użyteczni. Mam dostęp do magazynów stoczni, do wielu rzeczy o które nikt nie zapyta, a im się bardzo przydadzą.
- Właśnie... – przytaknął Buris – Mamy towar na wymianę. Ty go masz.
- Za reaktor? Co miałbym im za to dać? Gotowy statek? Zresztą, nigdy nie miałem z nimi żadnych kontaktów.
- Ale wiem kto miał – uśmiechnął się Buris – I sam mogę je mieć. Ty też...
Wilanowi przeszły ciarki po plecach. Czy ta rozmowa aby nie idzie za daleko? Dlaczego coraz mniej było w niej „jeśli”, a coraz więcej „jak” i „kiedy”?
- Nie chcę tego wiedzieć – przerwał natychmiast, na wypadek zeskanowania – Nawet jeśli... potrzebny nam konkretny model reaktora, współpracujący z tym na statku. Musi się dać z nim zsynchronizować, pracować z tą samą częstotliwością zapłonu i pulsacji cewek.
Reaktorów było wiele, tak samo jak statków, kosmolotów, czy czego tam jeszcze. Musieli zdobyć mały reaktor pomocniczy, a nie okrętowy, od wielkich pancerników czy lotniskowców. I nie miniaturowy, jak wersja dla kosmolotów.
- Zresztą, o czym my tu gadamy? – dodał nim Buris zdążył coś odpowiedzieć – Każdy reaktor jest ściśle kontrolowany przez rząd. Ma numer, serię, no i pilnują każdego jak oka w głowie. Buris, reaktory to sposób na kontrolę rozmiarów kolonii, dlatego urzędnicy tak się trzęsą nad każdą sztuką.
Wyjaśnił mu co dowiedział się od Lerszena. Gdy skończył, Buris milczał długą chwilę.
- Dobra. Więc już wiem skąd te problemy – stwierdził wreszcie ¬– Co nie zmienia tego że zawsze widzisz wszystko w ciemnych barwach. Spróbuję, mimo wszystko. Ty grzebałeś w tym pokoiku pięć miesięcy – energicznie machnął ręką dookoła – Czas się zrewanżować.
- A komory?
- Zobaczymy. Podziemie handluje z kolonistami. Może coś załatwi.
- Za bardzo im ufasz. To cię może zgubić.
- To tak samo jak z zaufaniem do Rządu. Jest mocno ograniczone i głównie na pokaz. Oni też o tym wiedzą. Póki mogą zarobić na interesie, póty będą pomagać.
Wilan z rezygnacją pokręcił głową.
- Nie zapominaj – ostrzegł – To nie jest grupa charytatywna. Gdyby mieli reaktory, robiliby o wiele lepsze bomby. Pamiętasz Argo? Kiedy to było, dziesięć, piętnaście lat temu?
- Pamiętam – Buris lekceważąco machnął ręką – Ale tamto to był kosmolot dla elit, luksusowy liniowiec. Kursował między Ziemią a Marsem, a może Wenus. Nie pamiętam.
Jakby były jeszcze inne trasy, po których kursowałyby liniowce... Bogacze nie zwykli wybierać się na wycieczki na kopalnie księżyców Saturna, czy do gazowych gigantów.
- Jest bardzo prawdopodobne że Podziemiowiec, którego znasz, jest tym samym który podłożył nam bombę. Nie przyzna się, oczywiście, lecz to pokazuje na ile cenią ludzkie życie. To niebezpieczni fanatycy! Porywają statki, wysadzają kopalnie, fabryki...
- I może dlatego... – zaczął Buris.
- Buris – Wilan zamknął oczy, aby się uspokoić. Do niego nic nie docierało – Pojedynczy człowiek niewiele dla nich znaczy. Chcą wolności dla wszystkich, albo dla nikogo. O nas mogą pomyśleć jak o tchórzach, szczurach które chcą uciec, zamiast przyłączyć się do nich i walczyć o wolność dla wszystkich Układowców, czy Wewnętrzniaków. Nie sądzę by wiedzieli co to znaczy rodzina czy troska o innych. Nie sądzę by mieli rodziny. Nie mogę się doczekać rozjaśnienia gdy wreszcie wybiją ich do nogi. Od razu zrobiłoby się tu spokojniej.
Buris ciężko sapnął. Wilan wrzucił go w podły nastrój, lecz nie winił się za to ostrzeżenie.
- Kocia twarz, aleś mnie pocieszył – mruknął – Zważywszy że to nasza jedyna szansa by w ciągu miesiąca zdobyć brakujące podzespoły...
- To ostatnia z ostatnich szans, jeśli chodzi o mnie. Nie mówię nie – zaznaczył – Mówię tylko byś był ostrożny. Ekstremalnie ostrożny.
- Chyba znasz mnie już na tyle by wiedzieć że zawsze jestem ostrożny.
Biorąc pod uwagę to spotkanie, Wilan pozwolił sobie zwątpić.

* * * * *

Już z samego rana Iwen odkrył jak wielkie zmiany zaszły w grupie od wczoraj. Zaczęło się od głupich, niewybrednych dowcipów na jego temat, krążących na głównym kanale. Na przerwach większość chłopców zaczęła schodzić mu z drogi, a na lekcjach Uber, jego jajcogłowy, zaczął popełniać błędy. Nie minęło wiele czasu nim nauczyciel zaczął się go czepiać. Nic dziwnego – był jedynym który sprawiał im dziś kłopoty.
Znów musiał zacząć uważać na lekcjach, choć może to było dobre, gdyż dzięki temu zapomniał o kanale ogólnym. Złośliwości trafiały prosto w jego czułe miejsca, z precyzją godną międzyplanetarnego miotacza masy. Cały dzień trzymali się tego tematu, z uporem automatu poszukiwawczego, a on z całych sił starał się nie okazywać jak bardzo go tym ranią. Przypomniał sobie dlaczego unikał dzieci w nowych szkołach, z jakiego powodu budował wokół siebie tarczę, dlaczego nauczył się walczyć i zaczął je bić. Nie pozwalał by uderzyły go pierwsze. Nie mogąc sprostać jego pięściom, atakowały słowami, lecz bił je dotąd aż się zamknęły. Teraz wszystko powróciło, a on był bezsilny. Było tylko kwestią czasu kiedy przejdą od słów do czynów.
„Kostucha się zbliża”, szeptali gdy się zbliżał. „Odsuń się, bo będziesz trupem”. Nawet Orfius i Kerell, nawet dla nich był chodzącą katastrofą. Sprowadzał nieszczęście, jak Kosiarz. Dostał nowe przezwisko, lecz niczego nie chciał tak bardzo by znów być Nowym. Nawet dawne złośliwe uwagi Żimmiego nie wydawały się już tak dokuczliwe. Teraz, gdy znowu był nikim, zrozumiał że nic nie nadrobi pięciu lat wspólnego życia w szkole, choć po tym co zobaczył na jednej z przerw pomyślał że nawet te pięć lat mogłoby niczego nie zmienić. Żimmy uderzył kilka razy Orfiusa, naprawdę mocno, za to że Orfius wolał siedzieć z boku, bojąc się zdecydować czy poprzeć kapitana czy drugiego zastępcę. Żimmy nie rozumiał że najsłabsi wojownicy po prostu się bali, wszystkiego i wszystkich, teraz nawet swoich towarzyszy. Nie rozumieli co się dzieje, wiedzieli tylko że to wszystko przez Nowego.
Czasem, gdy nikt nie widział, zaczynał płakać. Wolałby ich pięści od złośliwości, wolałby nawet Anhela. Za tym wszystkim stał Żimmy. Wciąż obawiał się Arto, więc wyżywał się na nim a on udawał że nic się nie dzieje. Bał się że gdy Arto się dowie, rzuci się na Żimmiego, choć jeszcze nie wyzdrowiał.

Byli w pobliżu gdy kilku wojowników Smoka pobiło jakiegoś młodszaka. Gdyby Arto nie ruszył gwałtownie do przodu, nawet nie wiedziałby że coś się dzieje. Młodszak zalewał się krwią, a oni wciąż go trzymali. Nikogo dotąd nie skatowali tak dokładnie. Wojownikom puszczały nerwy, musieli się na kimś wyżyć. To rozprzestrzeniało się jak zaraza, a Iwen był jej centrum.
- Co robicie, wściekłe szczury? – Arto siłą oderwał dwóch i rzucił do tyłu.
- Podatek! – odpowiedział jeden hardo – Stawiał się, to dostał.
Iwen nie mógł uwierzyć by trojak próbował się stawiać piątakowi. Po jego oczach widział jak bardzo był przerażony. Młodszak nie rozumiał co się stało.
- Dostałeś co chciałeś? – gniewnie spytał Arto – Więc puśćcie go by zebrał nowy, zamiast lizać się po kątach!
- Robimy co chcemy! – rzucił któryś z odrzuconych w tył – Jesteś za miękki by nam rozkazywać! Lepiej pilnuj swojej Kostuchy, jeśli tak bardzo...
To był pierwszy raz gdy Iwen widział by Arto uderzył swojego. Kapitan zgiął rękę w łokciu i uderzył, nie odwracając się do tyłu. Trafił wojownika prosto w mostek. Chłopiec nawet nie jęknął; przewrócił się i upadł na wznak, próbując złapać oddech. Arto tylko spojrzał do tyłu, z doskonale obojętnym wyrazem twarzy. Cofnął stopę i opuścił ją z całej siły na krocze leżącego wojownika. Kolejnego złapał za rękę, tuż nad łokciem, wbijając kciuk prosto w zewnętrzne zagłębienie łokcia. Wojownik nie zdołał zareagować, jego ciało szarpnęło się niczym porażone czystą energią. Iwena przeszły ciarki. Jego kapitan potrafił, gdy zechciał, być równie okrutny jak Anhelo. Zadawał ból z taką samą łatwością i wiedział jak zrobić by nawet oni to poczuli. Pierwszy i jedyny raz ujrzał łzy w oczach prawdziwego wojownika. Ofiara nawet nie jęknęła, nie poruszyła się, lecz widział że cierpi. Arto dobrą chwilę trzymał palec wbity w nerw chłopca, nim puścił, zesztywniałego. Wojownik odskoczył jak oparzony.
- No co? – zaprotestował płaczliwie, lekko się garbiąc – Nawet go nie połamaliśmy!
- Zachowujecie się jak starszaki! Tego was uczyłem? – Arto wskazał na wystraszoną ofiarę. Iwen stał za jego plecami, nie widział wyrazu jego twarzy, lecz głos kapitana kipiał wściekłością – Jak zaczniecie ich tak traktować to wszystkie nasze grupy będą błagać innych by ich przed nami chronili! Możecie się mnie nie słuchać i będziecie za to obrywać, ale nawet Żimmy nie pozwoli byście szkodzili grupie!
- Żimmy powie że Kostucha też nam szkodzi – powiedział ktoś cicho.
- Lepiej jej pilnuj, bo...
Arto spojrzał na tego kto to powiedział. Głos zamilkł.
- Bo co? Chcecie się zachowywać jak inne grupy, tak? Mogę wam pokazać jak rządzi się taką grupą! Myślicie że wtedy będziecie mieć siłę na to? – wskazał na zbitego młodszaka.
Wojownicy odsunęli się od swojej ofiary. Bez słowa podnieśli z podłogi oddychającego ciężko towarzysza i odeszli w milczeniu. Młodszak wykorzystał ścianę jako oparcie, by stanąć prosto. Choć ledwo trzymał się na nogach, uklęknął, starł z podłogi ślady krwi i odszedł, kulejąc i przytykając do nosa kawałek bandaża. Iwen odprowadził go smutnym wzrokiem. To przeze mnie, pomyślał jeszcze raz. Arto potrafił przegonić wojowników, lecz nie był w stanie cofnąć wypowiedzianych słów. Kostucha... Chodząca śmierć. Nie mógł odmówić im racji.
Lecz było w tym zdarzeniu coś dobrego. Arto starał się tłumaczyć swoje zachowanie na język szkoły, lecz Iwen już wiedział że to nie logika kazała mu działać, a uczucia. Zwyciężyły gdy pozwolił się zbić zamiast niego. Od tego czasu jego kapitan zaczął się zmieniać. Przypominał sobie jak to jest być człowiekiem.
- To nic, to co oni mówią – Arto wrócił do Iwena – Zobaczysz, szybko o nich zapomnisz. Coś ci pokażę po lekcjach, ale to tajemnica. Będziemy musieli się spieszyć, by zdążyć na odpowiedni moment. Nie możesz się spóźnić.
- Zdążyć... Gdzie?
- Sam zobaczysz – kapitan tylko uśmiechnął się zagadkowo.

Tajemnica... Mogło chodzić tylko o jedno. Miał nadzieję że kiedyś dowie się gdzie znikał Arto, lecz nie przypuszczał że stanie się to tak szybko i nieoczekiwanie. Arto wiedział jak odciągnąć jego uwagę od nieprzyjemnych rzeczy. Iwen tak się tym przejął że przez wszystkie lekcje nie myślał o niczym innym. Przestał zwracać uwagę na wciąż gęstniejącą atmosferę, która niczym wielka chmura rzucała cień na całą grupę. Nie śledził ukradkowych spojrzeń, jakimi obdarzali się wojownicy, na podpatrywanie, prywatne rozmowy, na milczenie i na złośliwości. Grupa już go nie obchodziła, tak jak on nie obchodził grupy. Cokolwiek się działo, nie miał na to wpływu. Miał go tylko Arto, ale on wolał robić co innego. Teraz zrozumiał przyczynę.

* * *

Arto poprowadził go do jednego z szybów wentylacyjnych. Tam podał mu opaskę z taśmą, zakończoną parą klamer.
- Nałóż. Pamiętaj, stawiaj stopy tam gdzie ja – poradził – Chwytaj się dokładnie tego co ja.
- Dlaczego?
- Zobaczysz – Arto się uśmiechnął – Tylko mnie nie rozczaruj.
Opaska okazała się lampą, taką samą jaką technicy czasem nakładali na czoło. Usztywniony krążek, cienki niczym papier, łączył się z wąską przepaską. Zapalał się automatycznie gdy robiło się ciemno. Iwen nawet nie spytał skąd to ma, ani dlaczego sam nie nałożył podobnej. Przyłożył opaskę do czoła i zaciągnął klamry. Arto bez słowa poprawił jej ułożenie, po czym skoczył, chwytając się krawędzi szybu.

Iwen nigdy nie był w głównym szybie wentylacyjnego. Nie podejrzewał że może być tak szeroki. Z początku się bał. Słyszał odległe, lecz głośne dźwięki pracującej turbiny, czuł silny pęd powietrza, a co gorsza, Arto ruszył prosto w stronę źródła hałasu. Jednak pewność ruchów jego przewodnika i łatwość z jaką odnajdywał właściwe uchwyty, nawet gdy snop światła padał w inną stronę, przekonały go że wie co robi.
Zamiast poddawać się lękom skupił uwagę na ruchach Arto; czego i jak się chwytał, gdzie i jak stawiał stopy. Szło mu wolniej, lecz Arto zawsze czekał. Tylko raz złapał Iwena za rękę, gdy jego dłoń ześlizgnęła się z uchwytu i zaczął tracić równowagę. Nie powiedział nic, jedynie kiwnął ostrzegawczo głową w stronę bliskiego już, wielkiego wentylatora. Przeraził się gdy Arto podprowadził go niemal do samego wirnika. Gdyby nie trzymali się za ręce, Iwen wpadłby niechybnie między łopatki. Arto kopniakiem otworzył właz i wsunął się w jego otwór. Iwen spróbował go naśladować, lecz nie potrafił tak uderzyć nogą by klapa dała mu czas na prześlizgnięcie się na dół. Arto uwiesił się na jej klamrze, ułatwiając zejście po drabince.
Arto zeskoczył na podłogę i zaczął działać. W jego ręce pojawiło się dziwne narzędzie. Obserwując jego szybkie, precyzyjne ruchy, Iwen pojął że jego towarzysz nie potrzebował światła. Znał to miejsce; wzrok nie był mu potrzebny, tylko odciągałby uwagę od słuchu.
Popatrzył na trzy duże garby. Może nie znał się na stacji, ale przewody plazmy poznał od razu. Były takie same jak te które ciągnęły się pionowo w każdym wielkim wieżowcu, zaczynając się w piwnicach, gdzie znajdowały się bloki zasilające i kończąc na dachu, gdzie wyrzucały do atmosfery przefiltrowane powietrze. Od kiedy życie niemal znikło z powierzchni Ziemi, jedynie reaktory pozwalały oddychać na jej powierzchni.
- Kanały plazmy? – spytał – To niebezpieczne...
Arto oparł się lewym bokiem o jeden z garbów i poklepał go dłonią, chichocząc. Iwen nigdy nie widział go tak rozbawionego. On naprawdę się zmienia, pomyślał. 
- Myślisz że uratowałem cię po to by zabić? – spytał z rozbawieniem – Zobaczysz, Nowy. Tam gdzie idziemy nie dostaniemy się w inny sposób. Tam, gdzie idziemy, nie mamy prawa przebywać – dodał tajemniczo.
Iwen poczuł dreszczyk strachu, ale i podniecenia. Arto nazwał go Nowym, ale tylko dla żartu. Tutaj był nowy. Odpowiedział niepewnym uśmiechem.
- Ale... kanałem?
- Zaufaj mi. Wiem co robię. To na wypadek gdybyś tego nie zauważył.
Iwen zawstydził się. Wiedział czym grozi wejście do kanału i nie był przekonany czy powinni to robić. Pewność Arto troszeczkę mu się udzieliła, dodając odwagi – lecz tylko troszeczkę. Zawrócić czy zaufać? Mimo wątpliwości zdecydował się na to drugie.
Arto zręcznie przeczołgał się nad pierwszym garbem, położył się w poprzek środkowego i zaczął coś majstrować przy ostatnim. Iwen położył się obok niego, obserwując jak przytyka trzonek do powierzchni garbu. Fragment pokrywy pozwolił się oderwać, odsłaniając ciemny otwór. Spojrzał w głąb. Srebrzysta, gładka powierzchnia wydała mu się śliska. Arto klęknął nad otworem.
- Gdy będziemy w środku – powiedział – obejmij mnie za nogi i trzymaj się mocno. Nie rób nic innego – pochylił się, jakby chciał wejść, lecz odwrócił się ponownie do Iwena, przypominając sobie o czymś – Nie próbuj się obracać. To bardzo ważne. Rozluźnij się i pozwól mi zrobić resztę.
Przytaknął w milczeniu, potem ruszył za nim. Gdy Arto zasunął otwór i zaczął wodzić urządzeniem dookoła płyty, uświadomił sobie że tutaj nie ma góry, ani dołu. Gdy Arto ustawił się wzdłuż tunelu i wysunął stopy w jego stronę, Iwen zrozumiał że chce go ciągnąć i że jedynym sposobem na utrzymanie orientacji jest zachowanie stałej płaszczyzny. Przysunął się do niego, tak delikatnie jak gdyby otaczały go pajęczyny, których nie chciał zerwać. Objął jego łydki i kurczowo przycisnął do piersi, bojąc się by ruchy nie przeniosły się na ciało Arto. Nie uspokajało go nawet to że jego kapitan oparł mocno dłonie o ścianki kanału. Był tak spięty że nie zauważył gdy ruszyli.

Wyszli z kanału i wciąż byli cali. Iwen wyszedł na kolejny główny szyb, potem znów musieli się czołgać. Tym razem Arto kazał mu wyłączyć lampę. Kilka zakrętów dalej Arto zatrzymał się. Drogę zamykała im krata, lecz Arto nie zamierzał jej zdejmować. Wyjrzał przez jej otwory.
- Jesteśmy w samą porę – odsunął się pod ściankę szybu, robiąc mu miejsce – Chodź, popatrz. Tylko nie za blisko.
Podczołgał się na brzuchu, wciskając się między Arto a prawą ścianę. Spojrzał przez kratę. Nie od razu zrozumiał gdzie jest. Wydało mu się to zbyt nierealne, ale tu był. Widział śluzę, tkwiącą po drugiej stronie pomieszczenia, wbitą w ogromny, srebrzysty pierścień dokujący. Resztę przeciwległej ściany stanowiło wielkie, plaszklane okno, za którym była już tylko przestrzeń kosmosu.
- Jesteśmy... w doku?
- Nie w byle jakim. To pasażerski dok gwiazdolotów. Nie widziałeś czegoś takiego, prawda?
- Nie, nigdy – przyznał, pełen podniecenia – Na górę wjechaliśmy widną.
Pamiętał jak opuścił Ziemię i ruszył w górę. Winda pasażerska była dużym, niezbyt wygodnym pomieszczeniem, z krzesłami i wyświetlającym coś projektorem, lecz jego absorbowało mdłe uczucie bardzo szybkiego wznoszenia się. Właściwie, gdyby nie ono, mógłby powiedzieć że nic się nie działo. Nie było żadnego dźwięku, żadnego wstrząsu. Po prostu ruszyli i nagle wszystko stało się wyraźnie cięższe, w tym jego ręce i głowa.
Iwen był przyzwyczajony do podróżowania liniami magnetycznymi, lecz do podróżowania w poziomie, nie w pionie. Żadna z wind w wieżowcach nie poruszała się tak szybko, nawet te łączące piwnice z dachem. Nie był szczególnie szczęśliwy, przez godzinę czując jak jego żołądek i serce walczą, wbrew ciężarowi, o to które pierwsze ma dotrzeć do jego gardła.
Gdyby jego ojciec był tak bogaty jak dziadek od strony matki, mogliby polecieć promem. Zostaliby wtedy wyrzuceni w górę przez miotacz masy, w jednym silnym impulsie energii, tkwiąc bezpiecznie w polu zero-inercji. Niczego by nie poczuł, a po pięciu minutach zostaliby przechwyceni przez mechanizmy dokujące. Weszliby na stację przez podobną śluzę, tylko mniejszą, znajdującą się gdzieś w pobliżu rękawa.
- Popatrz tam – Arto wskazał palcem na coś za szybą – Widzisz to jasne, poruszające się światło?
- Statek?
- Aha.
Spojrzał we wskazane miejsce. Kraty przesłaniały mu widok, lecz gdy przyzwyczaił się by patrzeć poza nie, zobaczył niewielki, poszarpany, świetlisty sierp, rozmiarów może połowy jego paznokcia. Poruszał się z lewej na prawą, coraz wolniej. Otaczała go delikatna, świetlista poświata, tworząca wokół znacznie większy pierścień. Poświata zaczęła wkrótce rzednąć, aż zupełnie znikła, lecz sierp wciąż się zbliżał.
Tak, to był statek. Iwen dostrzegł wyraźny, wielki kontur skały. Już teraz wydała mu się ogromna, a wciąż się zbliżała. Szczegóły jej powierzchni, ostre, wyraźne krawędzie, ślady kraterów i zewnętrznych sensorów wciąż stawały się większe. Mógł je widzieć gdyż, choć dok zalewało przytłumione światło, patrzył z ciemności szybu prosto w mrok kosmosu, a pod takim kątem plaszkło nie tworzyło odblasków.
Iwen rozpoznawał drobniutkie kształty, przypominające kapsuły ratunkowe, lecz wydały mu się zbyt małe, niczym miniaturki. To dlatego, pomyślał, że zbliżający się statek jest naprawdę, ale to naprawdę ogromny i wciąż jest naprawdę, naprawdę daleko. Lewa krawędź skały, ta od strony Słońca, błyszczała niemal oślepiającym blaskiem. Spróbował sobie wyobrazić jak duży jest ten statek, lecz szybko zorientował się że to co widział było ledwie jego częścią. Przyjrzał mu się jeszcze raz, tym razem dokładniej. Tak jak przypuszczał, większa część statku była niewidoczna na tle kosmosu. Mógł ją dostrzec jedynie pośrednio, gdy przesłaniała gwiazdy. Z jednej strony jasny sierp, z drugiej nienaturalnie czarna przestrzeń.
Asteroida wciąż stawała się większa. Zajmowała już połowę okna. Iwen poczuł strach że statek nie zdąży wyhamować. Pamiętał o automatach, precyzyjnie kierujących całym procesem dokowania, lecz wzrok podpowiadał co innego. W każdej z upływających minut Iwen mógłby przysiąc że statek już jest przy stacji, że ledwie kilkanaście metrów dzieli go od szyby, lecz skała wciąż rosła, na jego oczach. Teraz wypełniała prawie całe okno. To przez próżnię, uświadomił sobie. Z braku powietrza wszystko wydaje się być jednakowo odległe, niemal na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcę poznać prawdziwą odległość, muszę się skupić na czymś, czego rozmiary znam. Była jedna taka rzecz – pierścień dokujący statku, taki sam jak ten który znajdował się tutaj, lecz choć przeczesywał wzrokiem całą powierzchnię asteroidy, nie znalazł niczego co by go przypominało. Czy to statek był tak ogromny, czy nie odwrócił się jeszcze na pozycję do dokowania? I jedno i drugie, uznał, dostrzegając wciąż nowe szczegóły powierzchni.
To co początkowo wziął za maleńkie kapsuły okazało się być gigantycznymi, wielosetmetrowej, może nawet kilometrowej długości nadbudówkami towarowymi. Właściwe kapsuły dostrzegł dopiero teraz – małe, niemal mikroskopijne, prostokątne kształty, niczym ziarna piasku przy wieżowcach. Zdały się małe bo wciąż źle oceniał rozmiary statku. Brakowało punktu odniesienia. Zrozumiał dlaczego automaty przejęły od ludzi funkcje dokowania. Żaden, nieważne jak doświadczony człowiek, posługując się jedynie wzrokiem, nie zdołałby prawidłowo ocenić odległości.
Asteroida wciąż rosła. Szczegóły na jej powierzchni stały się tak ogromne iż Iwen ledwie się powstrzymywał by nie rzucić się do ucieczki. W końcu gwiazdolot zaczął się powoli obracać w lewo. Sierp odbitego światła zaczął się cofać, aż znikł zupełnie, pozostawiając upstrzoną światełkami czarną plamę. Minęło kilkanaście sekund nim zrozumiał co się dzieje. Statek ustawiał się do dokowania, jego lewa część weszła w cień rzucany przez kryzę stacji. 
- Na kosmos, ale to wielkie! – szepnął. Daleko na prawo, wśród morza ciemności, dostrzegł maleńki, jasny obiekt. Dok statku wydał mu się niczym główka od szpilki, leżąca na wielkim wzgórzu wśród gór, otoczona jeszcze mniejszymi światełkami – To... to jest ogromne!
- To jeden z pierwszych dużych gwiazdolotów – odparł Arto – Gaspra. Jeden z tych które zbudowano przy użyciu pojedynczej asteroidy, bez przetopienia.
- Przetopienia?
- Niektóre asteroidy nie nadają się do drążenia. Dorośli wystrzeliwują je w stronę Słońca, tak by przeszły blisko jego powierzchni. Potem łapią je z drugiej strony, czekają aż ostygną i zaczynają drążyć. Na powierzchni takich statków nie ma kraterów. Dorośli budują z nich statki średnich rozmiarów, najwyżej kilkanaście kilometrów średnicy. Takich jak ten już się nie robi – wskazał palcem na szybę – To się nie opłaca. Pylasta powierzchnia, niskie proporcje objętości do masy asteroidy i mocy emiterów na jednostkę towarową. Dziś z takiej skały powstałby mniejszy statek, ale wtedy nie potrafiliśmy wykorzystywać ciepła Słońca do przetapiania asteroid.
Skryta w mroku skała wciąż powoli się obracała. Zbliżała się, lecz już znacznie wolniej. 
- Ta Gaspra musi być tak wielka... jak pół stacji!
Arto zaśmiał się.
- Stacja jest o wiele większa. Może przyjąć naraz kilkanaście takich gwiazdolotów, albo pięćdziesiąt mniejszych. Nieumiejętne doczepienie czegoś tak dużego mogłoby wpłynąć na jej pozycję, dlatego dokowanie trwa tak powoli. Dorośli muszą zorientować statek ze stacją i... skompensować jego grawitację z naszym ciążeniem. Wiesz ile towaru przywozi tak duży gwiazdolot? Wyobraź to sobie, Gaspra ma aż osiem emiterów! Tyle mocy potrzebuje by się rozpędzić do podświetlnej, a i tak nie osiąga więcej niż dziewięćdziesiąt C.
Iwen mógł to sobie wyobrazić. Największy okręt o jakim słyszał miał ich sześć, lecz był mniejszy i nie dokował do zwykłych stacji, tylko do tych wojskowych. Nawet Arto mógł zobaczyć takie jedynie na projekcji.
- Znasz się na statkach – zauważył – Wiele ich widziałeś? Widziałeś wcześniej Gasprę?
- Iwen, chyba żartujesz! Widziałem ich mnóstwo, ale żadnego dwa razy. Musiałbym tu siedzieć odkąd nauczyłem się chodzić – zastanowił się chwilę – i byłby to najwyżej taki który by poleciał do Alfy Centaura, choć nie wiem po co. Tam nie ma żadnej kolonii.
- A promy i kosmoloty?
- Te tutaj nie dokują. To dok zewnętrzny, na samej krawędzi stacji, a kosmoloty dokują do tych mniejszych, przy rękawie, gdzie nie ma pancerzy termicznych. Kosmoloty przewożą ludzi, a ci chcą szybko zejść na powierzchnię. Gwiazdoloty są większe, tam by się nie zmieściły. Niektóre mają ponad dwadzieścia kilometrów długości – Arto powiódł palcem za czymś poruszającym się między statkiem a stacją – Widzisz te światełka?
Iwen wytężył wzrok. Znalazł niewielki, poruszający się punkcik, pulsujący jasnym światłem. Zdawało mu się że ciągnie za sobą włókno lekkiej poświaty.
- Co to jest? Holownik?
Arto pokiwał głową.
- Widzisz tę linię za nim? To rampa magnetyczna, taka wielka kratownica, tylko teraz jest daleko i widać tylko jej światła. Gdy statek się zatrzyma, przyczepią ją do śluzy towarowej. Przez jej środek kontenery z ładowni statku polecą do magazynów stacji, albo prosto do rękawa i na Ziemię. Każdy będzie leciał trzysta kilometrów na godzinę, a są ich tysiące! 
- I nigdy żaden się nie gubi?
- Nie może. Kontener jest jakoś spolaryzowany, czy naładowany ładunkiem, nie wiem. W każdym razie to go trzyma wewnątrz rampy, a pole popycha go do przodu, jak windę. Co raz trafi do takiego kanału, może wyjść tylko z drugiej strony.
Iwen powiódł wzrokiem za światełkiem. Zatrzymało się. Czekało.
- To tędy próbował uciec ojciec Wela? – spytał.
- Tak – Arto odpowiedział powoli. Nagle spochmurniał – Tędy się wystrzelił. Nie wiem jak ominął automaty, które jej pilnowały... – na chwilę zamilkł – Ale teraz to niemożliwe. Słyszałem że Kosa zabezpieczyła je dodatkową śluzą.
Iwen nawet nie zapytał skąd o tym wie. Znowu spojrzał na statek. W niektórych miejscach znów otaczała go mgiełka. Silniki korekcyjne, pomyślał, wyrzucają strugi plazmy, ustawiając statek dokładnie na wyznaczonej pozycji. Manewr pozornie wydawał się trudny, lecz dla automatów równie łatwo było lecieć prosto co manewrować w pobliżu krawędzi doku.
Pomyślał o swojej pozycji. Przypomniał sobie gdzie jest góra, a gdzie dół, gdzie jest tu, a gdzie tam, na zewnątrz. Po prawej była Ziemia, po lewej Słońce. Poczuł że traci orientację.
- Jak właściwie cumuje taki statek? – spytał – Czy ustawia się wzdłuż stacji? Bo jeśli tak, to nasza góra jest dla nich bokiem...
- Nie, to nie tak – Arto pokręcił głową – Gdy zrozumiesz jak statek dokuje, zrozumiesz dlaczego ciążenie jest tam skierowane podobnie. Każdy pokład to pierścień otaczający stację. Te na środku są najszersze, następne są coraz węższe. Jesteśmy na zewnętrznym pokładzie. Stoimy stopami w stronę środka stacji, więc dla nas ma on chyba z kilometr wysokości.
- Kilometr? – Iwen się zdziwił. Myślał że poziomy stacji są takie same i mają tylko po kilka metrów wysokości.
- Może więcej. Tu nie ma mieszkań, są tylko fabryki, stocznie i doki. Te pokłady mają tylko połowę szerokości najwęższego zwykłego pokładu. Popatrz.
Arto oparł się na łokciach. Podniósł dłonie do góry i złożył je nierówno, by palce jednej wystawały nad powierzchnię drugiej. Obrócił ręce, pokazując ich spód. Iwen przekrzywił głowę, obserwując go.
- Teraz, wyobraź sobie że to jest stacja – zaczął wyjaśniać – a twoja głowa to Ziemia. Pokłady na brzegu stacji, na jej górnej powierzchni, wystają dalej niż inne, tak jak moje palce. Między ich czubkami, czyli krawędzią stacji a drugą ręką, czyli pierwszym zwykłym pokładem, jest tyle miejsca że zmieści się tu każdy zwykły statek, choć nie tak duży jak Gaspra. Tu się znajdujemy.
- Krawędź stacji – potwierdził Iwen – Jej kryza.
- Właśnie. Patrz dalej.
Rozłączył dłonie. Tę, która udawała zewnętrzną płaszczyznę stacji, pozostawił w tej samej pozycji. Zgiął palce drugiej, prawej dłoni, pozostawiając wyprostowany palec wskazujący.
- Dla nas podłoga jest tam gdzie mam nadgarstek, prawda? Ale na statku to się nie liczy. Więc, jeśli mój palec jest statkiem i jeśli ustawimy je naprzeciwko siebie – przytknął czubek palca do palca drugiej dłoni, ustawiając je w jednej linii – wtedy nasz dół będzie dla nich bokiem, na każdym pokładzie. Patrz teraz.
Przesunął palec, symbolizujący statek, i opuścił go w dół, tworząc z tym drugim literę T.
- Na początku statek musi podejść do stacji od strony jej krawędzi, lecz potem musi wejść między stację a Ziemię. Dopiero tutaj zaczyna się obracać. Stacja i statek to jak dwa wielkie magnesy. Ich pole musi zostać dostosowane. Wtedy statek może zostać przymocowany do stacji, w dwóch miejscach. Jednym jest dok, a drugim rufa. Holownik zaczepia do niej długą i bardzo wytrzymałą linę z włókien, która biegnie od krawędzi kryzy, przez rufę, aż do pierwszego zwykłego pokładu. Wtedy podłącza się rampę magnetyczną.
Wreszcie wszystko zaczęło do siebie pasować. Pozycja statku, Ziemi, stacji, ciążenie które, Iwen teraz to rozumiał, przy wyjściu ze statku było tak samo skierowane jak przy wejściu na stację, tak samo po obu stronach śluz.
Spojrzał na statek. Znalazł wylot silnika. Działał tak samo jak cewka magnetyczna stacji. Dok statku leżał może kilometr poniżej. Obserwując manewry gwiazdolotu Iwen zrozumiał że gdy statek się połączy, ciążenie w pobliżu jego doku rzeczywiście będzie zgodne z kierunkiem ciążenia stacji.
Tylko jedno mu nie pasowało.
- Czekaj. Ciążenie będzie się zgadzać ze stacją tylko dla połowy statku – zauważył – Po drugiej stronie astronauci będą chodzić do góry nogami!
Arto uśmiechnął się szeroko. Przytaknął.
- Nie wszystko co robią dorośli jest doskonałe. Ale z tym też sobie poradzili. Tutaj, na krawędzi stacji, pole ciążenia jest najsłabsze. Zauważyłeś że jesteś lżejszy?
Iwen zastanowił się. Podniósł rękę, sprawdzając ile waży. Nie poczuł różnicy, nie aż tak znaczącej jak dwa tygodnie temu, gdy zdejmował z siebie strój kompensacyjny.
- Trudno powiedzieć – przyznał – Przeszliśmy przez kanał. Tam nie było ciążenia.
- Więc uwierz mi, tu jesteśmy lżejsi. Pole staje się słabsze im bardziej oddalamy się od środka, więc wystarczy by pole wewnątrz statku stało się silniejsze. Dla astronautów na pokładzie wszystko wyda się normalne, najwyżej zrobią się nieco lżejsi lub ciężsi. 
Iwen roześmiał się cicho. Pomysł z zabawą z ciążeniem był naprawdę komiczny. Można było chodzić do góry nogami, nawet o tym nie wiedząc. Ciekawe jak dorośli radzą sobie z większymi statkami. Taki gwiazdolot nie zmieści się cały pod kryzą i musi wystawać. Wtedy wyjście nie znajdzie się tam gdzie góra jest górą, lecz gdzie góra jest dołem. Gdzieś po drodze musi być strefa nieważkości, jak w kanale, pozwalająca się przeorientować.
Spojrzał na asteroidę. Pierścień cumowniczy statku miał już prawie ćwierć średnicy pierścienia stacji. Widział go tylko dzięki wianuszkowi światełek, bo niemal całą resztę ogarniała już ciemność. Ponad światełkami dostrzegł trzy łuki. Gdy wytężył wzrok, zdołał odczytać napis. SCSS Gaspra. Gdy przycumuje, napis znajdzie się naprzeciwko szyby. Obok wyryte były jakieś cyfry i litery. Kod statku?
Nagle zrozumiał. Arto wiedział jaki to statek, wiedział że przyleci właśnie teraz! Znał rozkład ich przylotów i odlotów.
- Wiedziałeś że ten statek tu będzie! – niemal zawołał.
- Chciałem abyś to zobaczył – Arto patrzył na statek z dziwnym wyrazem twarzy, jakby za czymś tęsknił. Mówił ciszej – Następne dokowanie będzie dopiero gdy go przeładują i odczepią. To zwykle trwa kilka dni.
Przerwał na chwilę. Iwen zaczął się zastanawiać co znaczy to jego dziwne zachowanie.
- Iwen, pomyśl gdzie ten statek był. On... pochodzi stąd, jak my. Krążył gdzieś przez miliardy lat, aż ktoś go ściągnął ku Ziemi, przerobił i puścił ku innym gwiazdom. Czyż to nie jest wspaniałe? Taka podróż...
Iwen wreszcie zrozumiał, a przynajmniej wydało mu się że rozumie. Tą cenną rzeczą, której Arto szukał aż tutaj była wolność, ta sama o której jego ojciec tak często rozmawiał z matką. Nasłuchał się o niej chyba wszystkiego co można powiedzieć, lecz nigdy niczego nie rozumiał. Spojrzał na statek. Oto wolność, ten kawał skały, tu i teraz. Swoboda pokonywania nieskończonej przestrzeni, gdzie było miejsce na wszystko. Na ucieczkę przed straszakami. Na nową pracę dla ojca, tam gdzie jego własna wolność pozwoliłaby mu zostać na dłużej.
Nie było chyba w Układzie chłopca, który by o tym nie marzył – by wyruszyć w kosmos i zostać astronautą. Być pilotem, może jakiegoś myśliwca, mknąć przez czarną przestrzeń, z taką prędkością że minąłby Ziemię nim zdołałby się jej dobrze przyjrzeć. Mieszkać na lotniskowcu który przenosiłby go w swoim brzuchu między różnymi gwiazdami, pozwalając by podczas kolejnych inspekcji kosmolotów przelatywał nad coraz to innymi planetami. Lecz oni nie rozumieli niczego, chcieli się tylko dalej bawić.
Iwen poczuł się wyróżniony. Ilu z tych co marzyli o karierze pilota, o prawdziwych bitwach z prawdziwymi obcymi, tłumieniu rebelii czy patrolowaniu transportowców podchodzących do jakiejś kolonii, widziało to co on – gwiazdolot, zdawałoby się ledwie na wyciągnięcie ręki? Uśmiechnął się do siebie. Zapewne bardzo, bardzo niewielu. Być może tylko oni dwaj. To miejsce było czymś szczególnym i Arto chciał się tym z nim podzielić. To była brama na prawdziwy kosmos, choć dla nich, ukrytych w szybie, była ledwie oknem.
Niestety, droga którą znał nie prowadziła przez taką bramę, lecz przez akademię. Iwen wzdrygnął się na samą tę myśl. Dopiero tam, po dwóch, trzech latach szkolenia, dyscypliny i prania mózgu, decydowano kto się do czego najlepiej nadaje. Gdyby miał szczęście, trafiłby do akademii pilotów. Trafiłby tam na pewno gdyby się zgłosił na ochotnika, lecz nawet Anhelo nie mógłby go do tego zmusić. Była jeszcze akademia dla dorosłych, mających dwadzieścia lat, czasem osiemnaście, gdy zgodzili się rodzice, ale o niej nawet nie myślał. Tacy dobrowolni kadeci byli drugiej kategorii. Mniej sprawni. Mniej zdyscyplinowani, tak słyszał. Mniej godni zaufania...
Pierścienie zetknęły się ze sobą. Rozległ się trzask łączących się zaczepów i krótki, cichy syk kontrolerów szczelności. Poczuł lekki wstrząs gdy ogromna masa statku została doczepiona do doku. Nawet amortyzatory inercyjne nie potrafiły całkowicie jej wytłumić.
Obie śluzy się otworzyły i na pokład stacji weszła grupka kolonistów. Rozmawiali ile potrwa przeładunek i co ciekawego można zrobić na stacji, po kilku latach siedzenia na pokładzie. Iwen, zaciekawiony, spróbował się przesunąć nieco do przodu. Arto niemal natychmiast pociągnął go do tyłu.
- Nie wychylaj się! – ostrzegł – Nie podchodź do kraty.
- I tak nas nie zobaczą. Moglibyśmy...
Arto złapał go za lewe ramię i nacisnął mocno kciukiem. Iwen poczuł jak mały obiekt przesunął się w jego mięśniach, gdzieś przy kości. Bardzo nieprzyjemne uczucie, nie tyle przez silny uścisk dłoni Arto, co przez świadomość że w środku ma coś obcego.
Pluskwa.
Spojrzał na Arto.
- Gdy się wychylisz, będą o tobie wiedzieli – usłyszał surowe ostrzeżenie – A gdybyś wychylił się za bardzo...
Arto puścił go i powiódł palcem po podłużnej, słabo widocznej linii, przecinającej cały szyb w poprzek. Dłonią przeciął powietrze. Arto wiedział o zabezpieczeniach znacznie więcej, ale on sam powinien to zauważyć. Był zły na siebie. Zagapił się na statek i zapomniał o ostrożności.
- Nie rozumiem – powiedział, cofając się – Sam powiedziałeś że nie powinno nas tu być. Dlaczego czujniki jeszcze nie zareagowały?
- Bo tu jesteśmy poza ich zasięgiem. Kanały wentylacyjne nie mają czujników. Tylko ważne miejsca są nimi pokryte niczym Księżyc kraterami.
Iwen nigdy dotąd nie zastanawiał się nad pluskwą. Po prostu ją miał. Czasami rodzice wykorzystywali ją by go odszukać gdy się spóźniał, ale nie sądził by służyła do czegoś nadto. Teraz zrozumiał że może służyć innym celom. Może nie na Ziemi, ale tutaj. Ze sposobu w jaki Arto o tym mówił odgadł, że traktuje ją jako osobistego wroga. Wiedział o niej wiele. Tylko po to by oszukiwać dorosłych? Jak bardzo chciał ich oszukać?
Wszystkie jego ostrzegawcze światełka zapaliły się na zielono, pozwalając myślom płynąć dokładnie tam gdzie powinny się znaleźć. Ostatnie elementy układanki o nazwie Arto trafiły na swoje miejsce i zobaczył skrywany obrazek. Dziwne, jak na wojownika, zainteresowanie pewnymi lekcjami. Wiedza o statkach, o ich kursach, rozkładzie dokowania. Znikanie z grupy. Okresy spadku czujności były niczym innym jak przełączeniem uwagi na coś innego. A jego załamanie, akurat wtedy gdy wszystko zdawało się iść tak dobrze, że lepiej nie mogło?
Bez tej wyprawy Iwen nigdy by nie zgadł o co mu chodziło. To Arto pozwolił mu się wszystkiego domyślić. Rozumie więcej niż ja, pomyślał. Ja, tak naprawdę, jestem głupi i nic nie wiem.
Długą chwilę patrzyli na ciemną powierzchnię statku. Światła, rozmieszczone dookoła pierścieni, wydobywały z mroku jej nierówności, oświetlały tablicę z nazwą, teraz wyraźną, wypisaną półmetrowymi, grubymi literami.
- Dlaczego wciąż tu jesteś? – odezwał się wreszcie – Dlaczego nie na jednym z tych statków?
Arto nie zdziwił się jego pytaniem. 
- A jak myślisz? – odpowiedział – Potrafisz odgadnąć także to?
Iwen pomyślał. Zmarszczył brwi. Popatrzył na śluzę, na tkwiącą przed nim zasuwę, na swoje lewe ramię. Arto miał rację. Zadał głupie pytanie.
- To aż takie trudne?
- Gwiaździście. To... to chyba niemożliwe. Ale to nic. Może kiedyś... – lecz powiedział to w taki sposób że nawet Iwen odgadł iż sam w to nie wierzy – Tam, daleko, są tysiące światów. Wszystkie nie mogą być takie jak stacja.
Arto nagle posmutniał. Nie udawał już twardego kapitana, odrzucił maskę, może nie do końca, ale na tyle na ile świadomie mógł to zrobić.
- Naprawdę byś to zrobił? – spytał Iwen – Sam? Bez rodziców?
- To my ich tu trzymamy, Iwen – nagła powaga w jego głosie była zaskakująca – Przez te pluskwy. Gdybym uciekł, byliby mi za to wdzięczni. Uciekliby za mną.
- Ja bym nie mógł – przyznał.
- Ty tego nie zrozumiesz – Arto znowu stał się opanowany – Nie jesteś tu tak długo jak ja.
- Więc mi wytłumacz!
- Nie potrafię. Czasami tak po prostu jest. Gdy chcesz dla kogoś dobrze, musisz go zostawić.
Arto nie chciał więcej o tym mówić. Iwen zamilkł. I tak zrozumiał wszystko. Wszystkie kłótnie rodziców... Zawsze chodziło o to samo, by mieli normalny dom. On też tego chciał, ale ojciec chciał czegoś więcej. Tego co chciał Arto, dla swoich rodziców.
Dziwne są te uczucia, pomyślał. Zmuszają do tylu dziwnych rzeczy. Ja kłamię, a Arto chce zrobić coś co wydaje się dokładnym odwróceniem jego pragnień. Czy, jak się jest dorosłym, wszystko staje się jeszcze gorsze? Pomyślał o ojcu. Na pewno jest gorzej.
Nagle poczuł wstrząs i szarpnięcie. Słabsze niż poprzednie, lecz Iwen się przestraszył. Czy Gaspra źle zadokowała? Gdyby się oderwała, wyrwała śluzę i odpłynęła w przestrzeń...
- To nic wielkiego – leżeli tak blisko siebie że Arto poczuł jak drgnął – Jakiś statek musiał się odczepić od któregoś z doków. Są upakowane dookoła stacji jak słomki w pęczku. Cały czas któryś się odczepia, a inny zaraz zajmuje jego miejsce.
Porównanie rozbawiło Iwena. Obaj leżeli upakowani niczym słomki w pęczku. Wyobraził sobie te wszystkie skalne kawałki, mniejsze i większe, poustawiane na obrzeżu stacji, rufą do Ziemi, jedne przy drugim. Wyobraził sobie jak jeden z nich się odczepia. Odpada w dół, obraca się, a potem zaczyna przyspieszać. Mija krawędź stacji, blask Słońca pada na jego powierzchnię, a on leci dalej, tak daleko że światło Słońca słabnie, za to wzmacnia się inne, od innej gwiazdy. Jak taki gwiazdolot, błyszczący punkcik, znika wśród miliardów innych. Nie potrafił sobie wyobrazić czegoś tak odległego.
Chciałbym się znaleźć na jego pokładzie, przyznał. Ale nie sam. Nie bez rodziców. I nie bez głupiej Ros. Bez nich byłaby to jedynie paskudna, długa, samotna podróż bez celu.
Niemal westchnął. Myślenie o tym zaczęło go boleć. Zrozumiał dlaczego Arto powiedział mu o swoich planach właśnie w ten sposób, przyprowadzając go tutaj. O czymś takim ciężko było mówić. Ciężko i niebezpiecznie. Na stacji posiadanie tajemnic musiało być naturalne.
Przypomniał sobie że powinien coś zrobić. Coś, co zamierzał zrobić już wczoraj, lecz nie było okazji, a on czuł się zbyt winny by to uczynić.
- Dziękuję, za wszystko – powiedział – Naprawdę, jak tylko...
- Drobiazg – uciął Arto – Znam wiele ciekawych miejsc gdzie nie wolno być.
- Nie, nie tylko za to. Za wczoraj i za pierwszą walkę. Nie czekałeś do końca, pomogłeś mi wytrzymać... Jak wczoraj.
Arto kiwnął głową. Iwen nie mógł niczego odczytać z jego twarzy, wiedział tylko że go słyszy, że rozumie i że, na swój sposób, przyjmuje jego podziękowanie.
Przypomniał sobie Anhela i poczuł rozpacz.
- Dlaczego to robią? – spytał, nie starając się jej ukrywać.
- Robią co? – Arto spojrzał na niego.
- Dlaczego nas zaczepiają? Starszaki?
Arto chyba tylko dlatego nie wzruszył ramionami że było na to za ciasno. Dla niego wszystko było tak oczywiste że nawet się nad tym nie zastanawiał.
- Bo im wolno. Jesteśmy słabsi, a oni są silniejsi. Dorośli też tak robią, tylko inaczej, gorzej. Silniejsi mają pracę i impulsy, a impulsy pozwalają przeżyć. Dzięki szkole, gdy dorośniemy, łatwiej będzie nam walczyć. Nikt nie chce źle, choć... Większość myśli, że tak jest źle.
- Ale na Ziemi nigdy tak nie było! – zauważył – Byłem w wielu szkołach i... Było inaczej.
- Może na Ziemi jest łatwiej. Na stacji życie jest gorsze. Iwen, jeśli na Ziemi było lepiej, to dlaczego ją opuściliście?
- Nie wiem – przyznał – Nie na pewno.
Arto wyglądał jakby wiedział.
- Założę się że Urząd Emigracyjny stale do was przychodzi.
- Czasami – przyznał. Arto zaskoczył go tym pytaniem – Czego chcą? Wszyscy się ich boją... 
- To nic takiego. Nachodzą wszystkich, zwłaszcza takich co mieszkają tu krócej niż pół roku. Do nas też czasem przychodzą, choć jesteśmy tu dziesięć lat. Na stacji to normalne – wykrzywił się w ironicznym grymasie – Boją się że ktoś im ucieknie w gwiazdy. 
Więc to nie przez ojca, uznał Iwen. Byli nowi i urząd ich sprawdzał. A może robił to bo Ros ma rację, bo chcą się stąd wynieść i oni to podejrzewają?
- To możliwe?
- Czasami się udaje, ale większość ucieczek to klęska. Wiesz, ja wiem po co dorośli z Ziemi, z dużymi dziećmi, takimi jak ty, przyjeżdżają na stację. Jeśli twoi chcą uciekać... Dla twojego dobra, lepiej żeby nie próbowali. Chyba że mają pewność.
- Też pamiętam Wela – odpowiedział cicho.
Arto skinął w milczeniu głową, jakby swoimi oczami widział coś ponad to co ich otacza, coś dalej. Czy i on został, bo nie miał pewności?
- Nie wiem jak ty, ale ja wolę pomyśleć o czymś przyjemnym – powiedział nagle – Byłeś już na dolnej promenadzie?
Iwen pokręcił głową. Miał tam iść, nim Arto odezwał się do niego po raz pierwszy. Gdy go otoczyli. A potem była bójka, treningi, Anhelo...
- Chciałem – przyznał – Tylko jakoś nie miałem na to czasu.
- Teraz mamy go trochę – Arto spojrzał na zegarek – Kanały niedługo ostygną. Chodź, pokażę ci Ziemię jakiej nie znasz.

* * *

Windy szybkiego ruchu były zawsze zapchane, zwłaszcza o tej porze, lecz gdyby wybrali podróż zwykłymi, powolnymi windami lokalnymi, łączącymi ze sobą tylko kilkanaście sąsiednich pokładów, dotarcie tutaj, ledwie kilkaset poziomów od środka stacji, zajęłoby im godziny – nie licząc czasu potrzebnego na wyjście z jednej windy i odnalezienie kolejnej, prowadzącej niżej. Windy szybkiego ruchu mknęły na trasie od środka stacji aż po jej najdalsze pokłady, zatrzymując się jedynie na co pięćdziesiątym, lub co dwudziestym. Te pokłady były nazywane głównymi i zawierały siedziby najważniejszych przedsiębiorstw. Dzięki temu podróż w głąb stacji zabrała im tylko kilkanaście minut.
Krótki trakt łącznikowy wyprowadził ich na korytarz podrzędny. Idąc nim dotarli na właściwą promenadę – gigantyczny korytarz, szeroki na trzysta metrów i wysoki na ponad pięćdziesiąt. Na stacji były tylko dwa takie korytarze. Cała przeciwległa ściana była zbudowana z plaszkła. Arto poczuł się wyraźnie cięższy – nic dziwnego, skoro znajdowali się o wiele bliżej rdzenia. Poczuł także charakterystyczny zapach. Zapach życia, jak mówiła matka, zapach roślinności. Dla niego ten zapach był wspomnieniem.
Promenada była zupełnie inna od nudnych, wręcz nijakich pokładów stacji. Szerokim pierścieniem opasywała stację w odległości ćwierci promienia od środka dysku. Czterysta lat temu, gdy powstawała stacja, ledwie jedna trzecia promienia dzieliła promenadę od jej krawędzi, lecz już wtedy projekt przewidywał rozbudowę. Kolejne pokłady powstały długo po tym jak pierwsi mieszkańcy wypełnili te już istniejące.
Stacja się zmieniała, lecz funkcja promenady pozostała taka sama. To miejsce nigdy nie spało. Nawet najwygodniejsze sektory mieszkalne były po brzegi ponabijane mieszkaniami, przyklejonymi jedno obok drugiego i jedno nad drugim, poziom za poziomem. Niewiele było tam ozdób. Tu wszystko było inne – kolorowe, często ozdobione niezwykłymi kształtami. Tu zawsze coś się działo, zawsze był ruch, gwar i śmiech. Tutaj łatwo było odpocząć. Centrum rozrywki, mówili jedni, reprezentacja stacji, mówili inni, jej chluba, duma i główny rynek, pełen przeróżnych ośrodków i sklepów dla tych którzy lubili je odwiedzać, zamiast zdalnie zamawiać dostawę do domu. Tu można było kupić wszystko, na sztuki, na skrzynie, na kontenery czy wręcz na ładownię statku. Choć w teorii transakcje można było zawierać przez sieć, w praktyce koloniści nie ufali jej na wytarty identyfikator. Wolni kupcy zamawiali tu swoje towary osobiście, by dowieźć je do gotowych zapłacić im uczciwą cenę kolonii. Handlowano towarem legalnym i nielegalnym, pod okiem niezadowolonej Ziemi, niechętnie obserwującej każdy przerzut towarów nad którym nie była zdolna rozciągnąć swojej kontroli.
Lecz najważniejsze na promenadzie były rośliny. Nie jakieś sztuczne podróbki, żelmaszyny, staroświeckie bioboty czy automatykony, zabawiające ludzi sztuczkami czy zwyczajnie zaczepiające ich, udając coś innego niż w istocie były. W wielu miejscach na stacji próbowano tworzyć wrażenie żywego lasu czy prostego ogrodu, lecz rozpaczliwość takiej powstałej złudy życia była wręcz groteskowa. Tu sprawy miały się odmiennie. Życie kwitło tu z nonszalancką niedbałością, bardziej naturalną niż jakakolwiek próba jego podrobienia.
Było tu mnóstwo żywych, kwitnących roślin, nawet drzew, i wszystkie nie osłonięte szybami. Każdy mógł ich dotknąć. Przez środek promenady ciągnął się pas zieleni, przerywany ścieżkami i szerszymi przejściami, starannie pielęgnowany przez automaty. Niektóre z nich, jak słyszał, były owadami – nie wiedział czy prawdziwymi, czy jedynie udającymi je automantami. Tu, na górze, chyba jedynie muchy, mrówki, pchły i karaluchy były żywymi owadami. Podłogę wokół roślin pokrywała warstwa mająca udawać naturalną ziemię, lecz Arto wiedział że pod spodem korzenie roślin zanurzone są w szczelnych zbiornikach hydroponicznych.

Niektóre korytarze na stacji były regularnie zatłoczone, lecz dopiero tu można było poznać co to znaczy prawdziwy tłum. Wydawało się niemożliwym wyobrażenie sobie tej całej masy ludzi, przebywające jednocześnie na całej długości promenady. Jedni spacerowali wolno w pobliżu drzew, gdzie tłum był najrzadszy, inni szli szybkim krokiem wzdłuż ściany przeciwległej do szyby, gdzie znajdowały się sklepy i centra handlowe. Najspokojniej było pod samą szybą. Tam ludzie zwykle stali, spoglądając przed siebie. A dokładniej, w dół.
Nie pamiętał kiedy był tu po raz ostatni. O wiele łatwiej przypominał sobie niosącego go na plecach ojca, jeszcze przed szkołą, i matkę, przytkniętym do szyby palcem pokazującą mu Ziemię, mówiąc że stamtąd pochodzą. Ojciec jeszcze tak ciężko nie pracował, przychodzili tu razem na zakupy, lub by odpocząć. Wspomnienie radości, spokoju i bezpieczeństwa... Niemal zdziwił się że od tak dawna tu nie był, choć chodził do tylu zakazanych miejsc. Zapomniał o drzewach i prawdziwych roślinach.
Czy promenada nie wyglądała dziś inaczej? Korytarz, choć wciąż olbrzymi, stracił coś ze swojego ogromu, jakby się skurczył. Tak samo drzewa – wciąż wysokie, lecz już nie tak grube. Nie, to nie promenada się zmieniła, lecz on. Już nie myślał jak dwojak, nie zastanawiał się który z przechodniów wygląda na najbardziej zasobnego, takiego co ma w kieszeni jakiś cenny drobiazg. Tych wspomnień się wstydził. Na każdej przerwie trojaki i czworaki pokazywały im ich miejsce w szkole, zaś po lekcjach musieli zarabiać na podatek. Najmłodsi i najsłabsi, byli niemiłosiernie łupieni przez każdego. Szybko zostawali bez gołego impulsu, nie mając kogo łupić. Musieli kraść, lecz nie byli tu jedynymi złodziejami. Część zysków oddawali gangom dorosłych, kontrolujących promenadę. Próby żebrania kończyły się spisaniem, naganą od policji i powrotem do domu. Kradzież, najmniej uczciwe wyjście, była najbezpieczniejszą metodą zadowalania starszaków.
Najbezpieczniej było kraść w grupie, gdy ktoś czuwał nad bezpieczeństwem, pomagał ukryć łup i wyprowadzić policję w korytarz. Jego pierwsze przyjaźnie... Nie musieli się lubić by działać dla wspólnego celu. Pierwszy wpadł na pomysł by założyć zespół do obrony przed dwojakami i trojakami, który ułatwi ich działania na promenadzie. Potrafił myśleć i obserwować, lecz był słaby. Mało brakowało by stał się wyrzutkiem. Z trudem przekonał Alszę, Resketa i Derta do połączenia sił. Nie była to łatwa współpraca. Gdy dochodziło do podziału, silniejsi brali większość łupu, zostawiając im resztki. Dert od początku był silny i zabierał najwięcej. Dopiero z czasem zaczęli sobie ufać i dzielić się sprawiedliwie.
Czaili się przy sklepowych drzwiach, gdzie o zdobycz było najłatwiej. Miejscowi wiedzieli o tej pladze, lecz dla przyjezdnych byli całkowitym zaskoczeniem. Kombinezon kolonisty działał na nich jak magnes, oznajmiał że zbliża się nieświadomy niczego klient. Czasem udawało się okraść jakiegoś miejscowego, lecz to koloniści byli najbardziej nieuważni. Bezwzględni dla dorosłych złodziei, głównych konkurentów młodych uczniów, wobec dzieci byli niezwykle wyrozumiali. Łatwo wybaczali w razie wpadki, lecz mali złodzieje miast wdzięczności nienawidzili ich za nadmierną czujność. Już wtedy wielu zaczynało nienawidzić kolonistów. Nauczony doświadczeniem, Arto wiedział co mówić i jak mówić, a że na stacji niewiele rodzin wiązało koniec z końcem, nawet policja bywała wyrozumiała. Może z wyjątkiem tygodni gdy proceder tak się rozrastał że musiała zrobić z tym porządek. Te okresy były najbardziej ryzykowne – i bolesne.
Nie mieli wyboru, choć nie mogli kraść bez końca. Ten kto się dał spisać więcej niż dwa razy trafiał pod nadzór policji. Ze swoją techniką, perceptorami i pluskwami, dorośli nie dawali im żadnych szans, lecz brak łupów oznaczał kłopoty w szkole.
To była jego ostatnia kradzież. Jemu się udało, Dertowi nie. Dert był już spisywany, on ani razu. Zanim dorośli się zorientowali, szybko przekazali sobie drobiazg, wyciągnięty przez Derta z kieszeni zbyt uważnego kolonisty. Dert uciekł w jedną stronę, Arto w drugą, a że starał się odciągnąć uwagę od Derta, więc poszło mu gorzej.
Ból wspomnień... Dlatego tu nie wracał. Promenada kojarzyła mu się nie tylko z kradzieżami, lecz także z Daelem. Gdy wszedł do jego życia, wszystko się zmieniło. Tak samo było z Nowym, teraz już Iwenem. Ufali sobie przez tyle lat, a on tego zaufania nadużył, dla niego, który był dla nich nikim, Nowym bez imienia. Dla niego przekroczył linię do której grupa bez wahania uznawała jego dowództwo. Mieli wspólne terytorium, na którym działali – dla dobra grupy. On je naruszył. Przyjął zabłąkanego kociaka, za którym przyszedł wielki, dziki kocur i przegonił ich wszystkich.

Stanęli przed szybą. Arto oparł się o nią dłońmi i spojrzał przed siebie. W dole, przed jego oczami, znajdowała się Ziemia – nieruchoma, pełna miliardów ludzi kula zajmowała ledwie część widoku. Sierp mroku nocy, nasuwający się na glob od wschodu, przypomniał mu że jest późne popołudnie. Dael dużo mówił o Ziemi, jaka była dawniej i jaka była wtedy, trzy lata temu. Skąd tyle wiedział, skoro też urodził się na stacji?
Ledwie parę razy był na powierzchni Księżyca, lecz to nie mogło być to samo. Ziemia była większa i było na niej powietrze. Na zewnątrz kompleksu turystycznego zawsze był w skafandrze, a mimo to czuł się dziwnie, stojąc na powierzchni kuli tak ogromnej że wydawała się zupełnie płaska. Na stacji podłoga była lekko zakrzywiona, niewiele, ale odczuwalnie, zwłaszcza na korytarzach prowadzących wzdłuż obwodu. Ziemia niby też była wypukła, ale była zbyt duża i tego się nie widziało. Wizja wyjścia na powierzchnię planety, bez skafandra, była przerażająca, lecz w jakiś sposób pociągała. Był to świat inny od tego który znał. Bardziej naturalny, mówili dorośli, lecz dla niego naturalna była stacja. Tam, na dole, pewnie nawet ludzie byli inni, nie tylko życie. Spojrzał na warstwę chmur, kłębiącą się niemal naprzeciwko niego. Burza nad Afryką. Nie pamiętał czy stacja rzucała cień na Ziemię, czy nie. Pewnie nie. Była ogromna, ale wisiała zbyt wysoko. Wisiała, czy latała? Z jego perspektywy to pierwsze wydawało się właściwsze. 
Jego spojrzenie powędrowało w stronę krawędzi. Zadarł głowę, myśląc o dokach. Nie mógł ich dojrzeć, przesłaniała je wydęta wypukłość pancerza starej części stacji, lecz Gaspra powinna wystawać daleko w dół. Jeśli ją odnajdzie, będzie wiedział gdzie jest stocznia. Przesunął wzrokiem wzdłuż linii wypukłości. Wydało mu się że dostrzega ciemniejszą plamę mroku na tle gwiazd, lecz z takiego kąta nie potrafił określić czy to Gaspra przesłania gwiazdy, czy to tylko plama czarniejszej czerni w morzu upstrzonego światełkami mroku. Spojrzał pod nogi, szukając rękawa, grubej na kilka kilometrów rury łączącej ich z terminalem na powierzchni planety. Światła pozycyjne wokół nasady ułatwiały służbie naziemnej kontrolę położenia stacji. Powędrował wzrokiem wzdłuż kolumny rękawa, lecz szybko stracił z nim kontakt. Jego dolna część była zbyt zakrzywiona przez ruch obrotowy Ziemi by mógł ją dojrzeć.
Znów spojrzał w górę, tym razem trochę w lewo, próbując znaleźć Betę, inną stację, mającą ledwie parę kilometrów średnicy. I tak nic nie zobaczę, przypomniał sobie, Słońce jest za nami, a Beta jest daleko. Nie zobaczę jej świateł, najwyżej rękaw, cienki włos nad chmurami. Mógłby ujrzeć tylko jej spód, przesłaniającą gwiazdy małą, ciemną elipsę. Księżyc był za daleko by mógł ujrzeć Betę na tle jego tarczy. Gdzieś obok powinna być ferma zbiorników, gdzie hodowano żywność; jedna z wielu swobodnie krążących po orbicie, kryjąca w swoim wnętrzu gigantycznych rozmiarów rusztowania z biorozkładalnych polimerów, na których wzrastały tkanki do celów spożywczych, lecz fermy były tak małe że nawet przy korzystnym położeniu Słońca byłyby ledwie gwiazdkami, nie do odróżnienia od pozostałych. To samo z centralą miotaczy masy, wielkim węzłem, przerzucającym ponad tysiąc pocisków na minutę. Magnetyczne rury ciągnęły się od powierzchni Ziemi, przez rękaw aż na orbitę, przesyłając nieprzerwane rzeki kontenerów. Ich potoki płynęły na dół, na Ziemię, podczas gdy równolegle, w innej rurze tego samego rękawa, z dołu wspinały się strumienie kolejnych, kierowanych do ładowni gwiazdolotów lub w przestrzeń, przez miotacze masy, do odległych miejsc przeznaczenia na orbitach innych planet Układu. Samych kontenerów nie byłby w stanie dostrzec, choćby ich strumień przelatywał tuż przed jego nosem. Nie był też w stanie odszukać gigantycznych, skonstruowanych z cienkich jak ręka cewek leja magnetycznego wychwytywacza. Już w chwili startu miotacze precyzyjnie kierowały kontenery w miejsce w którym, w chwili ich przybycia, znajdzie się jeden z takich lejów. W razie ryzyka ominięcia celu przez kontener miotacz automatycznie się blokował. System działał już od wieków. Ostatnia awaria miała miejsce może z osiemdziesiąt lat temu. Kontener minął wtedy stację i spłonął w atmosferze.
Dookoła było pełno technologii. Stacja była tylko węzłem siatki, skrytej kompletnie w czerni przestrzeni. Choć o tym wiedział, niewiele mógł dostrzec. Wśród tej czerni kryła się również akademia, lecz nigdy nie miał dość odwagi by choć raz spojrzeć w jej kierunku.

Iwen stał obok, z rękoma na szybie, wpatrując się w pokrytą szarymi kłębami chmur brunatnobłękitną powierzchnię. Jego fascynacja była szczera, prawdziwie dziecięca. Pierwszy raz widział Ziemię inaczej niż ciągnącą się po horyzont przestrzeń, nie jako coś pod nogami, co miało ograniczoną powierzchnię, lecz jako kulę, zawieszoną w czymś co końca nie miało. Dla Arto Ziemia była po prostu planetą. Dla Iwena była kiedyś domem.
Iwen zmienił się, odkąd tu przybył. Jeszcze kilkanaście rozjaśnień temu śmiał się częściej niż inni, był bardziej naturalny. Teraz stawał się taki jak oni, a przecież każdy z nich był kiedyś właśnie taki – słaby i wrażliwy. Szkoła zmieniała ich bardziej niż myślał. Wiedział jak reszta grupy traktuje Iwena, jak skuteczne są ich docinki, lecz gdyby zareagował, byłoby jeszcze gorzej. Iwen musiał radzić sobie sam.
Nie potrafił tak się kontrolować jak Arto. Próbował, lecz wciąż płakał gdy go bito, śmiał się gdy mu było wesoło... tyle że już nie uciekał, gdy się bał. Stojąc przy szybie, chłonął widok, nie kryjąc swojego zachwytu. Arto tak nie mógł. Gdzie kiedyś żyły emocje, ziała u niego pustka. Jeśli coś się tam pojawiało, traktował to jak kosmicznego śmiecia. Dotąd ściskał i miął na wszystkie strony aż przestało się ruszać, dusiło się i zamierało, przestając go rozpraszać. Odrzucał to od siebie jak coś złego, bo inni myśleli podobnie, lecz z czasem ta kontrola sama przejęła nad nim kontrolę, stając się niezależna od jego woli, automatyczna jak zaciśnięta pięść. Jeszcze tydzień temu taka myśl by go ucieszyła. Teraz...
Póki nie spotkał Iwena, nie wątpił jaki powinien być. Samokontrola wydawała się mu naturalna. Nawet teraz nie wyobrażał sobie by można było pozostać tak swobodnym jak Iwen, łamiąc przy tym kości innych dzieci, tylko po to by jego własne pozostały całe. Iwen nikogo jeszcze nie połamał, a już zaczynał się zmieniać. Zaczynał się kontrolować.
Arto wiedział jaka jest różnica między tym jaki był w rzeczywistości a jakim, według dorosłych, powinien wydawać się być. Iwen wciąż był bardzo blisko tego drugiego. Był normalnym dzieckiem. Nie jestem dzieckiem, pomyślał nagle o sobie, ale nie jestem też dorosłym. Więc kim, lub czym? A jeśli dorośli mają rację i dla własnego dobra powinienem być jak Iwen, a nie...
Mógłby zrobić z niego prawdziwego wojownika. Iwen miał wszystko co było najważniejsze, lecz czy mógł mu to zrobić teraz, gdy zrozumiał tak wiele? Iwen widział w nim siłę, lecz nie znał ceny. Nie wiedział jak to jest, być tak twardym że...
- Wydaje się taka mała – Iwen przerwał jego rozmyślania – Zupełnie inna.
- Trudno uwierzyć że wszyscy z niej pochodzimy, prawda? – odpowiedział. 
Kiedyś wszyscy ludzie byli dla siebie jak rodzina, pomyślał. Wystarczyło tylko odpowiednio daleko cofnąć się w czasie. Kiedyś nie było ani kolonii, ani stacji, ani nawet Wenus czy Marsa. Wszystko tam było martwe. Teraz było odwrotnie.
Iwen spojrzał na niego.
- Pomyślałem dokładnie o tym samym! – stwierdził.
- Każdy o tym myśli, za pierwszym razem.
Chwilę milczeli.
- I tylko ta szyba dzieli nas od próżni... – zauważył Iwen – Zdumiewające...
Arto poczuł ściśnięcie w krtani; po ciele przeszły zimne ciarki. Cofnął się do tyłu, zabierając ręce. Był świadom iż wytrzymałość plaszkła jest ogromna, że takiej szyby nie dało się niczym rozbić, inaczej Centrala już dawno pokryła by ją pancernymi płytami, lecz bał się jej dotykać, tak delikatna mu się wydawała. Połamał w życiu zbyt wiele dzieciaków by wierzyć że coś może być dość wytrzymałe. Kilkanaście merów dalej jakaś para beztrosko opierała się o szybę, pochłonięta namiętnym pocałunkiem, nie zważając gdzie się znajdują. Arto patrzył na nich ze zgrozą. Mimo wszystko cieszył się że potrafi narzucić sobie kontrolę.
- Tęsknisz za Ziemią?
- Nie bardzo – Iwen odpowiedział z ociąganiem – Może trochę, za moimi starymi domami.
Przeprowadzki, pomyślał. Jak to jest, ciągle mieszkać gdzie indziej? To było coś nowego. Prawda, czasami lecieli na wycieczki. Zwykle były to przeloty na jakimś luksusowym kosmolocie. Dwa razy był na Księżycu. Przy niewielkiej grawitacji magnograwiony nie przeszkadzały w poruszaniu się, lecz i tak prawie nie wychodzili z kompleksu. Raz był też w centrum rozrywki na Phobosie, lecz zawsze wiedział że tu wróci.
- Ile właściwie miałeś tych przeprowadzek?
- Bo ja wiem... – Iwen zamyślił się – Pamiętam dziesięć, ale mogło być więcej.
- Przynajmniej zwiedziłeś Ziemię.
- Ziemia jest nudna. Gdzie nie pojedziesz, budynki są te same. Szkoły te same. Najwyżej ludzie wyglądają inaczej, ale zachowują się tak samo. Nie to co koloniści.
Przez chwilę znowu stali w milczeniu. Arto już zaczął się pogrążać w myślach na temat kolonistów i z iloma tak naprawdę rozmawiał, za wyjątkiem tych okazji kiedy tłumaczył dlaczego jego ręka zawędrowała do ich kieszeni, gdy nagle jego instynkt zareagował na coś aż nazbyt znajomego. Tym razem nie był sprawcą, był celem.
Zręczny ruch ręką – i już jego dłoń zaciskała się na sięgającej do jego kieszeni małej rączce. Ruchem ramienia przyciągnął do siebie złapanego chłopca, przycisnął do szyby i schwycił za obie ręce. Maluch, na oko dwojak, spróbował się wyrwać, lecz Arto nie był dorosłym. Znał wszystkie sztuczki. 
- Szkoła, imię i klasa, szczurze! – warknął.
- Całuj mnie w siuśka! – mały złodziej szarpnął się z całej siły, lecz Arto trzymał go mocno.
- Zaraz cię pocałuję! – syknął przez zęby, rozwścieczony jego bezczelnością. Trzymał chłopca mocno za obie ręce. Przycisnął go piersią do szyby, wyciskając powietrze z płuc.
- Trzydziesta ósma, Bolo Kusaski z 2o – wydusił z siebie. Dotychczasowa postawa w stylu „odczep się ode mnie” zaczęła ustępować miejsca prawdziwemu strachowi. Pochodził ze szkoły z drugiego końca stacji, o ile Arto był się w stanie rozeznać.
Iwen uważnie obserwował całe zdarzenie. Powinien być ostrożniejszy. Być może któryś już go okradł. Na próżnię, promenada rzeczywiście się zmieniła. Za jego czasów nikt nie ważył się nawet spojrzeć na kieszenie starszaków.
- Marna ta wasza szkoła – syknął z gniewem – Starszaki nie uczą was szacunku? Kradniesz od swoich i jeszcze próbujesz uciekać!
Mały skulił się, na ile tylko pozwalała mu przestrzeń, jaką mu pozostawił.
- Bardzo przepraszam, ale proszę... – jęknął.
- Żadne ale. Zrobiłeś to specjalnie! Nie jestem głupi. A może sądzisz że jestem, co?
- Nigdy bym tak nie pomyślał! – mały zapewnił energicznie, lecz Arto nie wydało się to szczere – Nie odważyłbym...
Odwracając się niby od niechcenia, Arto szybkim i pewnym ruchem wbił prawy łokieć w brzuch chłopca. Nie uderzył mocno, ledwie tak, by poczuł ból i przestał wreszcie robić z niego durnia. Jednak z zaskoczeniem stwierdził że jego łokieć nie wbija się w małe ciało tak łatwo, jak tego oczekiwał. Popatrzył uważniej na chłopca. Dwojak, a już nosi zbroję. Swoją pierwszą, prymitywnie skleconą, założył dopiero gdy był o rok starszy od niego, na długo po tym jak skończył kraść. Co się dzieje z tą stacją, pomyślał, dlaczego młodszaki zaczynają tak wcześnie? Wychodzić w zbroi na promenadę by czyścić dorosłych? W jego wieku umarłby ze strachu przed wpadką i towarzyszącą jej policyjną rewizją.
Mimo zbroi, uderzenie Arto było wystarczająco silne by malec stracił na chwilę oddech. Arto spojrzał na niego groźnie. Potrafił patrzyć groźnie.
- Wiesz że mogę zająć się tobą na miejscu i nikt tego nie zauważy? To jak będzie?
Młodszak nie odpowiedział. Jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej niż dotąd, choć Arto wydawało się że to niemożliwe. Zupełne przeciwieństwo hardego Karrosa.
- Ciesz się, młody karaluchu, że mam ważniejsze rzeczy do zrobienia niż zajmowanie się czymś tak mizernym jak ty – powiedział uspokajająco, choć inny starszak by się z nim tak nie cackał – Wiesz co jeszcze starszaki robią za karę z takimi jak ty?
Chłopiec ze strachem energicznie pokręcił głową, aż jego gęste, średnio przystrzyżone włosy rozleciały się na boki.
- Co masz przy sobie? – rzucił krótko – Masz swoją kartę, czy ją chowasz po domu?
Puścił ręce małego. Był ciekaw czy spróbuje uciekać. Obiecał sobie że gdy tak zrobi to zajmie się nim na poważnie. Młodszak posłusznie sięgnął do ukrytej pod spodniami kieszeni. Wyciągnął kilka drobiazgów, niepewnie pokazując zdobyte łupy. W sumie niewiele, uznał Arto, a ja niczego nie potrzebuję.
- To wszystko? – energiczne kiwnięcie głową – Na pewno? Chcesz żebym cię sprawdził?
Młodszak wyprostował się i lekko odsunął ramiona od tułowia. Zgadzał się na przeszukanie, więc pewnie nie kłamał. Arto chwilę rozważał czy nie powinien kazać się chłopcu wykupić, choćby dla samej zasady, by się nie rozzuchwalił i dobrze zapamiętał że starszaków się nie okrada. Ostatecznie wziął tylko jego identyfikator. Przestał przyciskać młodszaka do szyby. Był pewien że bez identyfikatora nie spróbuje uciekać. Nawet karaluch wiedział że z jego pomocą łatwo było namierzyć właściciela i spuścić mu należne lanie, choćby mieszkał po drugiej stronie stacji.
Wyjął z kieszeni niewielki czytnik i przesunął nim po identyfikatorze, wprowadzając dane do pamięci. Młodszak obserwował go z uwagą, wciąż przestraszony, lecz spokojniejszy.
- Możesz schować swoje śmiecie – powiedział – Tym razem ci podaruję, ale zapamiętam cię dobrze – pokazał wyświetlacz czytnika, na którym widniało imię i kod identyfikacyjny chłopca – Jeśli kiedykolwiek usłyszę od innych starszaków że próbowałeś ich okraść, wtedy uznam że jesteś tylko nędznym, kłamliwym karaluchem. I znajdę cię.
Położył identyfikator na wyciągniętej dłoni jej właściciela. Ten zamrugał, niepewny co zrobić. Zastanawiał się czy to podstęp, czy naprawdę może sobie iść. Trojaki i czwartaki lubiły się drażnić. Udawały że pozwalają odejść swojej ofierze a potem znowu ją dopadały.
- Znam swoją lekcję – powiedział potulnie maluch, bacznie obserwując wyraz jego twarzy – Przepraszam że się ośmieliłem...
Arto z rezygnacją machnął ręką. Dopiero wtedy dzieciak posłusznie zniknął w tłumie.
Unikał bicia młodszaków, co nie oznaczało że przestał ich uczyć zasad. To był jego obowiązek, jako starszaka. Jak by wyglądała szkoła gdyby od pierwszej klasy młodszaki robiłyby co chciały? Nie robił z tego wymówki by się wyżyć, jak często robił to Żimmy i inni, lecz gdy było trzeba, nikomu nie pobłażał. Jeśli ten maluch coś przeskrobie i dotrze to do uszu Arto, zajmie się nim osobiście, dla jego własnego dobra.
- Chciał cię okraść? – spytał Iwen.
- To normalne – odparł – Znaczy, kradzieże, nie to. Gdy ja byłem mały, młodszaki nie wyciągały rąk do kieszeni starszaków.
Kryzys mógł wyjaśnić bezczelne zachowanie młodszaków, lecz nie tłumaczył dlaczego dwojak nosił zbroję. Obiecał sobie że sprawdzi jak to wygląda w jego szkole.
Iwen zamrugał, zdziwiony.
- Kradzieże są normalne?
- Jak myślisz, skąd na podatek biorą ci najmłodsi?
Iwen nie od razu zrozumiał. Nie myślał w takich kategoriach.
- Ty też...? – spytał po chwili.
- Każdy, Iwen. Każdy. Nawet Anhelo kradł na promenadzie. Wszyscy przez to przechodzą. Nie mamy wyjścia – choć mało kto potem się tego wstydzi, dokończył w myśli. Dzięki Daelowi mógł skończyć wcześniej.
Iwen kiwnął głową. Oparł się plecami o szybę. Arto znowu poczuł ciarki. Odwrócił się, by o tym zapomnieć, uświadamiając sobie że gdy przyciskał do szyby tego malucha, wcale nie myślał o plaszkle i próżni. Odruch był silniejszy od nieuzasadnionych lęków.
Chowając czytnik spojrzał jeszcze raz na wyświetlacz. W szkole Arto był dość znany, zwłaszcza wśród młodszaków. Tam wystarczyłoby samo jego napomnienie. Tu kręciły się dzieciaki z różnych szkół. Jak one, był tu nieznany. Mógł je straszyć jedynie swoim wiekiem, lecz właśnie się przekonał że dziś to nie wystarczało.
Zamyślił się. Był piątakiem, o najwyższym możliwym dla jego wieku statusie. Wczorajsze zdarzenia tego nie zmieniły. Prawo do ich noszenia przysługiwało dopiero szóstakom, lecz był pewien że gdyby już teraz je sobie sprawił, mało kto miałby mu to za złe. Potrafił dołożyć szóstakom. Żimmy teoretycznie mógłby je zacząć nosić, lecz jego stara grupa nauczyła go przede wszystkim jednego ¬– nigdy się nie wychylać. Formalnie nie był szóstoklasistą, więc czekał. Arto nie chciał czekać.
Pierścień był podkreśleniem statusu w szkole, symbolem przekroczenia pewnej granicy wieku i siły, oznaką przynależności do prawdziwych starszaków. Ich posiadacze wzbudzali większy strach i respekt. Arto wiedział jak to wykorzystać. Nie musiałby ich używać, wystarczyłoby je pokazać. Młodszak taki jak Bolo przeraziłby się go dwa razy mocniej. Nawet starszaki zaczęłyby go szanować. Gdyby miał własne pierścienie, nawet Anhelo inaczej by na niego patrzył.
Rozejrzał się, szukając wzrokiem młodszaka. Był ciekaw czy wciąż grasuje w okolicy, czy uciekł prosto do domu. Nie znalazł go. Zamiast tego poczuł instynktowne ostrzeżenie, nagły niepokój że coś jest nie tak. Zwiększył czujność. W porę dostrzegł jakiegoś dorosłego, przez moment patrzącego prosto w jego stronę. Ich spojrzenia nawet nie zdążyły się spotkać; w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem dorosły zręcznie zmienił obiekt obserwacji, udając że tylko przypadkiem zahaczył o niego wzrokiem. Arto zareagował podobnie, choć zdołał go rozpoznać. To był ten sam dorosły który go śledził gdy szedł do stoczni!
Zmroziło go. Wiedział gdzie szedł? Więc dlaczego nic nie zrobił? Odwracając się do szyby spróbował zahaczyć spojrzeniem o miejsce gdzie starł dorosły, lecz już go tam nie było. Zamiast głupio szukać go w tłumie, lub gapić się na miejsce z którego zniknął, Arto po prostu odwrócił się plecami, by nie zdradzić że coś dostrzegł. Tamten wciąż mógł go obserwować.
To nie było przywidzenie. Dorosły gapił się prosto na niego, oczywiście nie bezczelnie, jak pierwszy lepszy policjant, tylko w bardziej wyrafinowany sposób, udając że się rozgląda to tu, to tam. Jest dobry, bardzo dobry, pomyślał, najlepszy ze wszystkich dorosłych jakich spotkałem, ale moje oczy są lepsze.
- Arto... Czy to jest wszystko co wiesz o Ziemi?
- Co, wszystko? – zapytał odruchowo. Iwen nie zauważył że jego towarzysz był zupełnie zdezorientowany. Dawno się tak nie czuł. Skupił się na nim, lecz nie zapomniał o dorosłym.
- Ten widok i projekcje z lekcji... To wszystko co wiesz?
- A co więcej jest do wiedzenia? – wzruszył ramionami – Czytałem co pisałeś na kanale, widziałem kilka projekcji. Nigdy nie byłem na dole. Pewnie nigdy nie będę. To co wiem musi mi wystarczyć.
- Może nie musi...
- Myślisz że możemy tam pojechać? Tak po prostu przejść posterunek i...
- Nie mówię o tym. Ziemia jest tutaj, na stacji! Pokażę ci ją, jak ty pokazałeś mi doki – odwrócił głowę w stronę Arto, wskazując palcem na szybę – To uczciwy interes, prawda?
- Ziemia, na stacji? Bredzisz! Jak...?
Iwen uśmiechnął się z wyższością i kiwnął głową, wskazując coś za jego plecami. Odwrócił się. Za nimi, trochę z boku, był sklep z ubraniami. Obok, trochę na prawo, sala terminali WIR. Przy nim... Zaraz!
- WIR? – spytał, kryjąc zaskoczenie pod lekceważącym tonem głosu – Nie, to niemożliwe.
- Dlaczego nie? Przecież otwarte. Terminali nikt nie pilnuje.
- WIR jest dla dorosłych – odpowiedział, wyjaśniająco – Przynajmniej na stacji.
- Na Ziemi jest dla wszystkich. Parę godzin na tydzień dla każdego, za darmo. Za mało by grać, ale do innych rzeczy...
I tak nigdy nie grałem, pomyślał. Najwyżej w proste gry, przed szkołą, dla dzieci poniżej pięciu lat, wszystkie na domowej konsoli. To nigdy nie były prawdziwe gry.
Salony terminali WIR były najpopularniejszą, choć wcale nie tanią rozrywką. Generowanie sztucznych światów pochłaniało ogromną część mocy obliczeniowej sieci stacji; Przebywanie w nich choćby przez godzinę kosztowało masę impulsów. Trochę go to śmieszyło. Na stacji ludzie płacili by pobawić się w WIR-ze, podczas gdy astronautom płacono ogromne impulsy za siedzenie w nich przez kilka lat.
Wejść do terminalu... Łatwo było powiedzieć, lecz z wykonaniem byłyby problemy. Dokładniej, jakieś dziesięć lat problemów, bo tyle im brakowało do pełnoletności. Iwen był szczęściarzem, tam na dole. Arto nawet nie podejrzewał że istnieją dziecięce terminale, lecz zabawa w WIR-ze wciąż była dlań stratą czasu, jak gry jajcogłowych.
- Automat nie wpuści nas do WIR-u – stwierdził – Czyta z identyfikatora. Po nim pozna że jesteśmy za młodzi. I jest jeszcze pluskwa.
- Pluskwa nie ma tu nic do gadania – zapewnił Iwen – Terminale nie mają własnych czujników a wiek to żaden problem. Gdy uzyskam dostęp do jednego, drugi podłączę zdalnie i zezwolę byś wszedł na mój rachunek. Jeśli raz przekonam komputer że jesteśmy dorośli, to takimi będziemy. Skaner ciała wyciąga nasz wygląd z mózgu, ale go nie analizuje. Nie zauważy że jesteśmy za młodzi, choć w WIR-ze pozostaniemy dziećmi. Wzrost też się nie liczy. Terminale same dopasowują się do kształtu ciała.
- A masz impulsy? – wspomniał mieszkanie Iwena – To bardzo droga zabawa...
- Nie dla mnie. Terminale mają zamki czasowe. Trzymają identyfikator i naliczają twój czas. Wystarczy kawałek przewodu i... niczego nie zauważą, a my pozostaniemy w środku.
- Nie wiedziałem że znasz się na elektronice – przyznał z zaciekawieniem.
- Na komputerach, i tylko trochę. Wszystkie urządzenia mają zasilanie i kontroler sygnału zezwolenia. Mogę sprawić że terminal nas zaakceptuje, nawet nas nie sprawdzając – Iwen machnął ręką – Nawet jak nas przyłapią, to żadne przestępstwo. Nie bałeś się kraść, ale boisz się nielegalnego WIR-owania?
Iwen był pewny siebie. Brał Arto na ambicję, lecz i bez tego kusiło go coraz bardziej. Kto wie czy będzie miał drugą szansę ujrzenia Ziemi z bliska? Sale terminali nie były pilnowane ani przez ludzi, ani przez czujniki. Były w pełni automatyczne. Jak coś się stanie, najwyżej ich spiszą lub zaaresztują, na godzinę czy dwie. I jeszcze ten dorosły... Jak na to zareaguje?
W zamyśleniu położył dłoń na karku. Wiedział że o czymś zapomniał. Terminal łączył się z człowiekiem przez rdzeń przedłużony i niektóre ośrodki w mózgu, a on...
Przesunął dłoń niżej. Poczuł kawałek plastiku. 
- A ten... bioinduktor? – przypomniał sobie.
- Terminal nie pozwala na zagrożenie życia. Jeśli uzna że nie powinieneś wejść w WIR, to wyłączy się i tyle. Tam nawet nie możesz dostać zawału, bo natychmiast cię wyrzuci i jeszcze dostaniesz wstrzyki. Arto, nikt nigdy nie umarł w pełni sprawnym terminalu! Nie przez ostatnie trzysta lat, nawet w kosmosie. Zaufaj mi. Ja wlazłem za tobą do kanału plazmy.
- Więc spróbujmy – zgodził się – Ale jakby co...
- Spokojnie, wtedy ja się będę tłumaczył. Robiłem to nie raz – Iwen wykonał gest w stylu „wszystkim się zajmę, bez żadnych obaw” i uśmiechnął się łobuzersko – Wiesz, nie jestem taki grzeczny na jakiego wyglądam.
Takiego Iwena Arto jeszcze nie znał. Na Ziemi mógł być niezłym rozrabiaką, lecz tutaj najgorszy ziemski rozrabiaka był zwykłym mięczakiem. Jeśli ty jesteś niegrzeczny, pomyślał, to ja i cała szkoła jesteśmy prawdziwymi bestiami.
Już w drodze rozejrzał się ostrożnie na boki, jakby naprawdę wierzył że zdoła odszukać w tłumie znaną sobie postać.

*

Drzwi zamknęły się za nimi równie cicho jak się otworzyły. Sala terminali była pogrążona w półmroku; ostre światła promenady nie pomagałyby ludziom wychodzącym z WIR-u odnaleźć się w rzeczywistości. Byli sami, nie licząc ludzi w terminalach. W sali znajdowało się dwadzieścia takich urządzeń – trzymetrowych, błękitno-metalicznych wrzecion z tępo zaokrąglonymi końcami, sterczących pionowo na podstawach z przedziwnie poskręcanych rur, rządek za rządkiem. Rozchylone klapy większości wrzecion ukazywały puste, wyłożone miękką wyściółką wnętrze; w górnej części znajdowało się coś przypominającego kask. Kilka terminali było zamkniętych. Pod prawą ścianą stał rząd dwudziestu wysokich szafek.
Iwen wybrał parę terminali stojącą najdalej od wejścia i polecił mu wejść do jednego z nich. Arto stanął przed otwartym wrzecionem. By postawić stopę na krawędzi otworu musiał unieść kolano aż pod samą brodę. Spróbował chwycić klamry na wewnętrznych stronach obu klap. Wiedział z projekcji że w ten sposób kosmonauci wchodzili do terminali, tyle że oni byli dorośli. Nie mogąc ich dosięgnąć położył dłonie na dnie komory, wspiął się w górę i ułożył plecami na wyściółce.
- Co mam robić? – spytał.
- Przeczytaj instrukcję i połóż się wygodnie. Zaraz cię podłączę.
Iwen dotknął bocznej części kokonu. Rulon projektora konsoli wysunął się na zewnątrz, rozwinął się i usztywnił, uruchamiając projekcję powitalną Iwen wystukał coś na konsoli. Wrzeciono terminalu poruszyło się lekko, bez wstrząsu, zmieniając położenie.
Rozejrzał się po wnętrzu. Na wewnętrznej stronie klap, na wykładzinie, znalazł powierzchnię pokrytą pismem. Ominął zakaz używania przez dzieci, przeleciał przez resztę, nie znajdując niczego interesującego. Swoją uwagę skupił dopiero na ostatnim akapicie, mówiącym jak należy się zachowywać po zakończeniu sesji. Miał chwilę poleżeć w terminalu, nim powróci orientacja i właściwe czucie ciała.
Kosmonauci tkwili w takich kokonach nawet po kilkanaście lat. Samo przyspieszanie trwało kilka miesięcy. Nie mogli wtedy wychodzić na zewnątrz, a jakoś musieli się odżywiać, o łazience nie wspominając. Nie sądził by Iwen planował siedzieć tu aż tak długo, niemniej zaciekawiło go jak to było możliwe. Spojrzał w górę. Coś co wyglądało jak kask posiadało całą siatkę rur w okolicach twarzy. Więc terminal ich karmił. Gdy przesunął się trochę w górę, znalazł w wyściółce zamknięte wgłębienie. Potem jego wzrok zatrzymał się na przewodzie z pierścieni, ułożonym wzdłuż dolnej części kokonu. Wyglądał jakby potrafił samodzielnie się zginać, zaś końcówka do złudzenia przypominała odbieralnik moczu.
Iwen stanął u stóp Arto. Oparł się piersiami o krawędź kokonu, sięgnął ręką do wnętrza i złapał za przewód.
- Wytrzymasz bez łazienki? – spytał.
- A jak nie? – nie to żeby czuł taką potrzebę, lecz wolał się upewnić.
- Masz trzy wyjścia. Albo pójdziesz tam teraz, albo zlejesz się w spodnie podczas sesji, jak byle pierwszak – Iwen powoli zaczynał wprawiać się w szkolnym slangu – Możesz też podłączyć nieco więcej niż tylko mózg – pomachał końcówką przewodu.
- Chyba nie będziemy tu aż tak długo?
- Nie powinniśmy – Iwen odłożył przewód i wskazał na szafki – Ci którzy chcą tu siedzieć naprawdę długo najpierw rozbierają się do naga, by terminal poznał że ma się nimi opiekować. To nie model międzygwiezdny – poklepał obudowę dłonią – ale swoje potrafi. Możesz w nim leżeć latami, a i tak zachowasz formę, tyle że się zestarzejesz. Terminal pobudza mięśnie by nie osłabły, utrzymuje stałą temperaturę, wchłania wilgoć, oczyszcza skórę płynem... Dzieciom pozwala rosnąć – Iwen pochylił się i zaczął szeptać – Niektóre modele pozwalają dorosłym zachodzić w ciążę, gdy uprawiają ze sobą seks!
- Gadanie!
- Naprawdę! Takie terminale muszą być w jednym pomieszczeniu, ale nie wiem co komu coś takiego.
Obaj wzruszyli ramionami.
- Jak to działa? – spytał Arto – Podobno podłącza się przez skórę, ale nie wchodzi do ciała...
Iwen zamyślił się na chwilę.
- To trochę trudne – zaczął – Wiem tylko tyle co tata mi tłumaczył. Interfejs neuronalny wytwarza słabe impulsy na karku i głowie, które nakładają się na siebie w głębi ciała. 
Arto kiwnął głową. Znał tę technikę. Kiedyś, na promenadzie, gdy jeszcze chodził z rodzicami na spacery, był świadkiem obezwładnienia jakiejś kobiety. Mówiono że była Podziemiowcem. Dookoła był tłum ludzi, cel ledwo było widać, co dopiero mówić o aresztowaniu. Policja próbowała ją dopaść, lecz bezskutecznie. Wtedy wystrzeliły zainstalowane na ścianach ogłuszacze; każdy wysłał pojedynczą wiązkę słabego impulsu elektromagnetycznego. Nie po raz pierwszy widział taką akcję, lecz nigdy wcześniej nie znalazł się na ich drodze. Na chwilę promenada zawirowała, jego ciało przeszył lekki dreszcz – a przeszła przezeń tylko jedna z wiązek. Po dwóch sekundach wszystko wróciło do normy, za wyjątkiem kobiety na której zogniskowano promienie – leżała na podłodze, nieprzytomna.
- Terminal trafia w pojedyncze nerwy – podkreślił Iwen – Pobudza je lub mrozi. Wysyła miliony słabych impulsów, całą ich siatkę, by trafić w jeden wybrany nerw i nigdzie poza tym. Im więcej takich słabych impulsów, tym mniejszy cel możesz wybrać, ale tym trudniej je na nim... zogniskować. Od tego zależy jakość terminala i realizm jaki tworzy. To się nazywa wieloogniskowaniem rozproszonym, czy jakoś tak.
- Ale skąd to wie co chcę zrobić? Działa jak neuroskaner? Czyta moje myśli?
- Terminal to nie skaner mózgu – uspokoił go Iwen – Neuroskaner wykorzystuje cię tak jak komputer swoją pamięć. Sprawdza każdą komórkę, szukając wspomnień. Wywołuje i otwiera je jak pliki, wbrew twojej woli.
Arto zadrżał. Tego zawsze bał się najbardziej – że ktoś może zajrzeć do jego głowy i odkryć że jest dziwakiem, że jest miękki. Byłoby lepiej gdyby taki wynalazek nigdy nie powstał, by ludzie nigdy nie nauczyli się czytać w cudzych głowach.
- Terminal tak nie może?
- Nie może. Czuje tylko gdy chcesz się poruszyć. Widzi impulsy w rdzeniu przedłużonym, jak bioinduktor, i odczytuje je przed wytłumieniem. Potrafi też przeglądać pamięć wzrokową, poznać na co patrzysz i czego nasłuchujesz. Czasem tylko sprawdza w pamięci co spodziewasz się zobaczyć, stąd wie jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani. Sam zobaczysz, terminal dostrzega więcej niż my. Nie poznasz różnicy między rzeczywistością a całą resztą.
Iwen wrócił do konsoli. Coś do niej przykleił, przytknął swoją kartę do czytnika i pomajstrował chwilę nad wyświetlonym obrazem panelu obsługi. Na projekcji pojawił się komunikat o przyjęciu autoryzacji i akceptacji polecenia aktywacji sesji.
Klapy komory zaczęły się zamykać. Arto ułożył się wygodnie na plecach. Cały był spięty i przez to zupełnie sztywny. Czuł jak terminal go obejmuje, jak wyściółka otacza i unieruchamia jego ciało. Górną część karku oraz podstawę czaszki objęła chłodna w dotyku, chropowata powierzchnia, delikatnie otulając jego ciało u nasady czaszki, powyżej bioinduktora. Podobna powierzchnia przywarła do czoła. Czuł jak obie poruszają się i rozrastają, dopasowując do kształtu głowy, jak przenikają między włosami, jak mocno, choć delikatnie dociskają się do skóry. Niemniej, wciąż widział wnętrze kokonu i szczelinę niedomkniętych klap, przez którą sączyło się światło.
W jego umyśle pojawiła się niepewność. Czy terminal mnie zaakceptuje? Przypomniał sobie że najpierw musiał przejść przez kalibrację neuronalną. Terminal musiał zbadać częstotliwość wyładowania neuronów, by gładko wejść w rytm pracy jego mózgu.
Chwilę potem szczelina zaczęła się zwężać. Z cichym szumem na głowę nasunął się kask, szczelnie otaczając jego głowę aż po samą szyję. Przestał cokolwiek widzieć i słyszeć. Poczuł jeszcze jak na twarz nasuwa się jakaś maska, po czym otoczyła go ciemność.
Przez chwilę czuł jedynie strach. W jednej chwili stracił całe czucie ciała, jakby przestało istnieć, pozostawiając tylko nagi mózg. Stał się czystą, wolną myślą. Trochę jak w kanale, przemknęło przez ten samotny mózg, lecz tu uczucie było głębsze, pełniejsze. Wewnątrz kanału słyszał delikatne pulsowanie krwi, jej szum w uszach. Tutaj cisza była absolutna.
Nie potrafił określić jak długo trwał w niebycie. Mogły minąć ledwie sekundy jak i całe minuty. Był tylko strach i myśli, czas zaczął istnieć ponownie dopiero gdy wokół objawiła się jasność, w niczym nie przypominająca widzianej oczami; odczuwał ją całym nieistniejącym ciałem, skórą, nawet uszami. Przypominała to co czuł gdy leżał pobity w łazience, tę przyjemną, fascynującą część. Uwierzył że teraz nic mu nie grozi, zapragnął by trwało to dłużej, lecz jasność nieubłaganie zaczęła się zwężać. Kilka uderzeń serca potem – dopiero teraz zauważył że znów ma serce i ciało – pozostała po nim tylko zwykła jasność wzroku.
Spojrzał na siebie. Przesunął dłońmi wzdłuż ciała. Wyglądało tak samo jak zawsze, czuł je tak jak zawsze, poruszało się jak zawsze i było ubrane dokładnie tak samo jak przed wejściem do terminalu. Nawet niewielkie, brudne plamy, jakie pozostały na koszulce i spodniach po wyjściu z wentylacji, były wciąż na swoim miejscu. Nie było tylko hełmu ani kokonu. Nic nie krępowało jego ruchów. Pojawiło się otoczenie. Przetarł oczy dłonią, usuwając mgiełkę między rzęsami. Unoszący się w powietrzu zapach był podobny do zapachu promenady, lecz choć po części znajomy, był inny, znacznie silniejszy. Przyjemniejszy.
Dookoła rosły drzewa. Tak wysokich nie widział jeszcze nigdy. Zamiast liści miały igły. Rosły jedno przy drugi, nachodząc na siebie koronami, inaczej niż na promenadzie, gdzie dzieliły je całe metry. Niektóre leżały, przewrócone. W takich miejscach pełno było krzewów. Nie stał między drzewami, lecz na skrawku wolnej przestrzeni. Spojrzał pod nogi. Stopy znikły w kobiercu z roślin, nie sięgających mu wyżej niż ponad łydki. Na promenadzie za coś takiego zostałby ukarany. Przypomniał sobie zasłyszane słowa – las, trawa, polana.
Zapomniał o szkole, stacji, o nieznajomym dorosłym. To było nieważne. Trafił do zupełnie innego świata. W porównaniu z tymi drzewami te na promenadzie wydały mu się nienaturalne i dziwaczne. Czy aby na pewno? Patrząc na nie, jak kołysały się lekko od podmuchu powietrza, poczuł że to nie drzewa są tam nienaturalne, lecz sama stacja.
Nie od razu dostrzegł że nie jest już sam. Iwen stanął obok niego, pojawiając się zupełnie znikąd. Przetarł oczy i rozejrzał się dookoła.
- Las – wyjaśnił, wskazując ręką drzewa – Tak Ziemia wyglądała kiedyś, przed lotami w kosmos. Dziś jest tylko kilka takich miejsc.
Arto kiwnął głową. Widział projekcje krajobrazów, mniej lub bardziej udane, nawet takie z kolonii, ale żadna nie była tak realna. Zadarł głowę i spojrzał w jasne, bezchmurne niebo, szukając ścian, sufitu i źródła otaczającego go jasnego światła. Niemal natychmiast poczuł przeszywające, obezwładniające uczucie paraliżującej cały umysł pierwotnej paniki. Gotów paść na podłogę, czy na ziemię, przywrzeć do niej całym ciałem, uczepić się roślin i leżeć. Skulił się i zadrżał, jakby nagle znalazł się w mroźnej próżni. Musiał się zmusić by dalej stać na nogach, zamiast osunąć się na kolana. Był pod gołym niebem, błękitną, obcą i wrogą poświatą, kopułą stworzoną z ulotnego, niewidocznego powietrza, pozbawiony twardej, potężnej osłony, odgraniczającej go bezpiecznie od pustki kosmosu. Świadomość że powietrze nie jest zamknięte w szczelnym pancerzu i lada chwila może ulecieć, umknąć niczym przez uszkodzoną śluzę, była silniejsza od rozumu, podpowiadającego że na planecie takie rzeczy stać się nie mogą, a nawet jeśli, to on jest w sztucznym, nieistniejącym świecie i nic mu nie grozi. To było gorsze niż plaszkło. Tam przynajmniej istniała wyraźna bariera, której mógł dotknąć, martwiąc się że może pęknąć. A tutaj...
Odetchnął głęboko kilka razy. Spomiędzy drzew doszedł go szczebiotliwy odgłos nieznanego automatu. Coś przeleciało z jednego końca polany na drugi. Teraz poznał że to nie automat, lecz jakieś skrzydlate zwierzę. Nieznany kształt usiadł na pobliskiej gałęzi. Rozum wreszcie zwyciężył. Wciąż czując przygniatającą kruchość otaczającego go powietrza, ostrożnie podszedł do drzewa. Tak grubego i potężnego okazu nie widział nigdy dotąd, a tu były ich tysiące. Dotknął chropowatej powierzchni, odkrywając że coś na niej rośnie, podobne trochę do pleśni, lecz nie szare, białe czy mdłozielone, a jasnozielone. Prawdziwy wygląd i zapach życia, zaoferowany przez sztuczny świat.
Ziemia sprzed ludzi, pomyślał. Wszystko zgromadzone na jednej, jedynej planecie. Ale już nie dziś. Rozrzucone na tysiącach planet, drzewa były bezpieczne. Przetrwają, dzięki nam, nawet jeśli zniszczyliśmy je tutaj, gdzie był ich dom. Ziemia może zginąć, ale pozostaną setki innych, na których drzewa będą rosły dalej. Uśmiechnął się. Tak było dobrze, sprawiedliwie. Za sprawą człowieka Ziemia stała się dla nich zbyt ciasna, więc przeniósł je tam gdzie wciąż było dla nich miejsce. I zrobiliśmy to, pomyślał z dumą.
- Jak wygląda Ziemia teraz? – spytał.
- Zaraz ci pokażę – Iwen wciąż stał na polanie – Nie mam dostępu do konsoli sterowania z wnętrza programu, tego nie potrafię obejść. By skoczyć do miasta, muszę wyjść na zewnątrz.
Arto kiwnął głową. Iwen nagle zniknął. Tak po prostu. Stał i już go nie było.
Po minucie pojawił się znowu. Arto patrzył na drzewa, lecz nagle nie były to już drzewa, tylko ogromne, ciemnoszare ściany. Wraz z pojawieniem się Iwena zmieniło się otoczenie. W krótkim błysku szarości otoczyły ich budynki, wielkie niczym stacja. Dokładniej, były tylko trzy budowle, co poznał gdy przyzwyczaił się do nowego otoczenia. Równe, gładkie, niemal pozbawione okien ściany pięły się pionowo w górę. Głęboki półmrok rozświetlały niewielkie, rzadko porozwieszane lampy.
Więc to była ulica, o której mówili rodzice – korytarz który nie miał sufitu. Biegła równolegle do najdłuższej ściany, ciągnącej się gdzieś w nieskończoność, od niej odchodziła druga, wciskając się w szczelinę między dwiema innymi. Wokół walały się stosy śmieci, stare skrzynie i szczątki bliżej nieznanych mu, pokrytych warstwami brudu maszyn. Powietrze było tu zupełnie inne niż przed chwilą, o kwaśnym, duszącym zapachu, Spojrzał w górę. Pomiędzy ścianami, tak wysoko że nie mógł sobie tego wyobrazić, dostrzegł cienkie, szare nitki nieba, poprzecinane licznymi wiaduktami, przęsłami i napowietrznymi korytarzami, łączącymi budynki na wysokości różnych pięter. Poczuł się nieco pewniej. Podświadomość nie protestowała już tak bardzo.
- Nie różni się wiele od stacji – zauważył.
- Na stacji nie ma deszczu – odpowiedział Iwen – Ani wiatru. Chociaż... w mieście krople deszczu i tak wyparowują na długo nim dotrą do ziemi. Poczekaj a zobaczysz!

Przemieszczając się w obrębie tej samej lokalizacji, Iwen mógł sterować wszystkim bez wychodzenia. Ruchem ręki wywołał projekcję panelu obsługi. Chwilę potem skoczyli.
Znaleźli się na dachu budynku, niższym od sąsiednich o kilkaset metrów, na pustym lądowisku dla pojazdów. Kształty odległych ścian innych budynków wydały się Arto dziwnie nieostre. Dopiero po chwili zrozumiał że to przez powietrze. Na stacji nie było tak długich i prostych korytarzy by mógł to dostrzec.
Niemal od razu zachwiał się pod potężnym uderzeniem szumiącego podmuchu. Był dość silny by prawie zwalić go z nóg, choć w pobliżu nie było żadnego wentylatora. Bał się spojrzeć w górę, lecz ciekawość była silniejsza. Odetchnął, widząc nad sobą ciężką, szarawą, wolno przesuwającą się przesłonę. Burza. Szczyty sąsiednich budynków znikały w jej wnętrzu. Chmura kłębiła się nad nimi niczym opary gazu, dodając mu pewności siebie. Choć wydawała się ulotna, przypominała pancerz stacji.
Poczuł uderzające go niewielkie obiekty, spadające gdzieś z góry, trafiające w głowę i nagie ramiona. Woda, poznał. Tysiące kropel, spadających w dół. Nie było rur z których mogła się sączyć, tylko ta chmura. Kontrola pogody mogła taki deszcz włączać i wyłączać, więc było pewne podobieństwo, lecz nie potrafił zrozumieć dlaczego zwykła woda może się zachowywać tak różnie. Potrząsnął głową, by zebrana na włosach woda rozprysła się na boki. Nie rozleciała się tysiącem perełek na wszystkie strony, lecz spadła w dół.
- Woda deszczowa nie zawsze jest tak czysta – zawołał Iwen, przekrzykując wzmagający się wiatr – Podczas burzy nie wolno wychodzić na dach. Jeśli cię nie zwieje, to potem będzie cię wszystko swędzić, ale nam to nie grozi. Nawet jeśli obedrę cię tu ze skóry, wyjdziesz z terminala nietknięty.
Arto uśmiechnął się niepewnie. Spojrzał w górę. Zaczął sobie uświadamiać jak inna może być Ziemia i jak trudno było rodzicom przyzwyczaić się do życia na stacji. Znowu coś dmuchnęło, tym razem dość mocno by padł na dach i zaczął sunąć po mokrej powierzchni. Iwen złapał go za rękę i pomógł wstać.
- Widzisz? To coś jak wentylacja, tylko bez turbin – starał się tłumaczyć – Czasem wiatr jest bardzo silny. Pamiętam jak raz oderwał okno od ściany. Całe okno, wyobrażasz to sobie? To był stary budynek, dorośli nigdy nie mieli czasu go naprawić. Na najwyższych piętrach nie powinno się wychodzić na powietrze ani otwierać okien, bo jest rzadsze i trudniej się oddycha. Można zemdleć.
Zemdleć? Arto nie potrafił sobie wyobrazić jak ludzie mogą oddychać, skoro na zewnątrz budynków nie było wentylacji.
- Ciekawa ta twoja Ziemia, Iwen, ale jakaś dziwna.
- Nie bardziej niż twoja stacja.

*

Z dachu budynku skoczyli na plażę. Ocean zdumiał Arto – ogromna masa wody falowała spokojnie u jego stóp, nawet nie próbując zbić się w gigantyczną kulę. Obmywała go, gdy do niej wszedł i powoli, z bijącym sercem, zanurzył się w niej, po raz pierwszy odkąd się urodził. Na stacji taka ilość wody szybko przylgnęłaby do jego ciała, wystarczyłby moment nieuwagi by się w niej utopił. Tutaj też mógł się utopić – mógłby, gdyby to wszystko było rzeczywiste – ale mógł też bezpiecznie stanąć w wodzie aż po piersi i nie martwić się czy jego nos i usta są właściwie osłonięte. Nie była błękitna, jak na stacji, była mętna, zielonkawo-brunatna, o silnym słonym, gorzkim, palącym usta smaku.
Potem były góry – niczym tysiące asteroid zrzuconych razem w jedno miejsce, pokrytych puszystym, szarawym lodem, nie takim jaki pojawiał się na ściankach oziębionego przez próżnię powietrza, lecz ze śniegu, zamarzniętego deszczu, jak wyjaśnił Iwen. Było tam równie zimno jak w pokoju z którego próżnia na wpół wyssała powietrze.
Góry niezbyt mu się spodobały, lecz pustynię znienawidził. Nic tylko żółty pył, ten piasek, jak nazwał to Iwen, podobny do tego z plaży, tylko suchy i sypki, a nie wilgotny i zlepiający się w grudki. Powietrze było niemal tak gorące jak to które buchnęło mu w twarz gdy po raz pierwszy otworzył kanał plazmy. Lecz najgorsza była przestrzeń, ogromna, bez granic, słońce nad nimi i powietrze, bez żadnej osłony. Czuł się jakby ktoś go skazał na śmierć przez wyrzucenie w kosmos i właśnie czekał na wypchnięcie przez śluzę.
Słońce było wszędzie gdzie panowało rozjaśnienie. Dzień, tak nazywali to rodzice i tak mówił Iwen. Mieli rację, to nie było to samo. Zaciemnienie można było zamienić w rozjaśnienie jednym ruchem ręki, czy komendą głosową. Słońca nie dało się wyłączyć, mógł jedynie kryć się przed jego ostrym światłem. Nie mógł na nie patrzeć, jak to kiedyś robił na górnej promenadzie. Nie było szyby z chroniącą oczy filtrującą powłoką, nie było automatycznego dostosowania przeźroczystości. Na stacji poziom światła regulowały automaty, tu sam musiał się chronić, inaczej ślepł, zaś oczy zaczynały łzawić i piec.
Słońce nie było już tylko jedną z wielu gwiazd. Było największą, lecz gdy spoglądał na nie ze stacji, dookoła zawsze było pełno innych. Tu stawało się jedyną gwiazdą, nie licząc widocznych z dołu, raz to świecących jaśniej od Księżyca, a raz zupełnie skrytych w mrokach spodków stacji kosmicznych. Tu, podczas zaciemnienia, zwanego nocą, nie widział tylu gwiazd co na górze. Gdzie by nie trafili, wszystko skąpane było w jasnej poświacie i rozmyte przez powietrze. Gwiazdy też były inne. Pulsowały. Między nimi widział srebrne, jasne krążki stacji orbitalnych, zawsze w tym samym miejscu, zawsze otoczone mgłą wyrzuconej plazmy. Na Ziemi wszystko było inne.

Im dłużej przebywali w wirświecie, tym częstsze i dłuższe stawały się momenty gdy Arto zapominał o wrogim niebie i nienaturalności tego miejsca. Czasem, na kilkanaście minut, stawał się inny. Obrzucał się z Iwenem kulami z tej dziwnej substancji, ze śniegu, lub, gdy kluczyli między skałami czy drzewami, wyrywał naprzód i odwracał się, radośnie roześmiany, słysząc za sobą gniewne posapywania towarzysza – by w mgnieniu oka zawrócić do niego i pomóc wspiąć się wyżej. Łapał wtedy zdziwione spojrzenie Iwena. Nie znał swojego kapitana od tej strony. Nikt go takiego nie znał, nawet on sam. Wtedy poważniał. Kapitan, jeszcze dziś rano srogo karzący swoich zbuntowanych podwładnych, zatracał się w WIR-ze niczym beztroski dzieciak na placu zabaw. Czy sprawiły to nagłe odwiedziny tylu nowych miejsc, wolne, nieograniczone przestrzenie, czy może dziwne, nienaturalne wręcz poczucie bezpieczeństwa, nie mógłby odpowiedzieć, nie mógłby nawet zrozumieć tej zmiany, nawet gdyby zaczął się nad nią zastanawiać. To musiał być ten wirtualny syndrom, upajający początkujących astronautów, o którym tyle słyszał. Tego rodzaju energii nie czuł w sobie od czasów Daela.

Z czasem, w miarę jak skakali w kolejne miejsca, zaczął odczuwać lekki ból głowy. Jego mózg i oczy nie były przyzwyczajone do tak szybkich zmian otoczenia, takiej ilości nowych obrazów. Zrozumiał że mózg można przeciążyć, jak komputer, lecz jeszcze nie chciał wychodzić. Czym był lekki ból w skroniach, w porównaniu z uderzeniem pięścią?
Zaniepokoił się dopiero gdy Iwen zaczął coraz częściej pocierać swoją głowę. Coś musiało być nie tak. Po raz pierwszy pomyślał że być może nie bez powodu te terminale są tylko dla dorosłych. Nim jednak zdecydował się przerwać skoki, Iwen nagle zniknął. Moment później jego umysł ogarnął blask dziwnego, ciemnego światła, mrocznego niczym sama czerń kosmosu i równie przeszywającego jak ostry blask ziemskiego, pustynnego słońca. Szpilka bólu wdarła się przez oczy, przeniknęła najgłębsze zakamarki mózgu i dotarła do potylicy.
Światło znów stało się jasne. Na powrót leżał w terminalu, zaś nad jego ciałem pochylali się trzej dorośli o surowych twarzach, ubrani w aż nazbyt znajome mundury policjantów.

* * *

Pytanie co takiego zrobili było zbyt głupie by je zadać. Oszołomienie po nagłym wyjściu z WIR-u sprawiło że stał się bezwolny i równie skołowany jak Iwen. Bez słowa pozwolił wyjąć się z kokonu. Idąc w stronę najbliższego komisariatu paniczny strach zaczął podchodzić coraz wyżej do jego gardła. Dławił go, zmuszając do myślenia tylko o jednym – o rewizji. Żadna kara nie mogła się równać tej którą sam sobie wymierzył swoim przerażeniem. Pocieszał się jedynie tym że skoro dwojaki zaczęły paradować w zbroi po promenadzie, policjanci mogą być z tym oswojeni. A to coś na karku... Uwierzą że ma to od prawdziwego lekarza?
Szczęśliwie, obyło się bez przeszukania. Trafili prosto do niewielkiej celi, której ścianą od strony korytarza była podwójna, rozsuwana plaszklana szyba. Po przeciwnej stronie znajdowała się prycza. Policjanci bez słowa odebrali im identyfikatory, łagodnie acz stanowczo wepchnęli ich do środka i zasunęli szyby, pozostawiając samym sobie.
Nigdy nie był w areszcie. Jego znajomość z policją kończyła się na jednokrotnym spisaniu i kilku odprowadzeniach do domu. Spojrzał na zegarek – była pora zaciemnienia. Siedzieli w WIR-ze ponad cztery godziny! Ledwie się powstrzymał by nie uderzyć się w czoło. Rodzice musieli wysłać sygnał lokalizujący. Komputer odkrył gdzie są i automatycznie ostrzegł policję. Nieważne. Oszukiwali, i co z tego? Co jest złego w używaniu terminali? Na Ziemi tego nie zabraniają! Dzięki nim dowiedział się więcej o Ziemi niż mógłby przez wszystkie lekcje w szkole, nawet gdyby na nich uważał. Dorośli też nie grali z nimi uczciwie. Nie będzie się trzymać ich reguł.
Iwen spróbował spojrzeć wzdłuż korytarza. Nagle uderzył głową w szybę i oparł czoło o jej chłodną powierzchnię.
- Niech to śluza! – zaklął lekko – Arto, to przeze mnie! Zapomniałem ustawić limit czasu!
- Sam mówiłeś że to żadne przestępstwo – uspokoił go – Łapali nas na kradzieżach i jakoś to wytrzymaliśmy. Poza mną i Patrzałką byli tu wszyscy, niektórzy po dwa razy, a policja nic im nie zrobiła. Wypuszczą nas jak tylko zjawią się rodzice. Założę się że moi będą pierwsi!
- Chyba moi! – Iwen lekko się uśmiechnął, pokazując zęby. Nie byli takimi grzecznymi dziećmi za jakich ich brali – Nie wiesz jak oni reagują na takie numery. 
Usiedli na pryczy. Arto oparł się o ścianę, podłożył ręce pod głowę i rozmarzył się. Wirtualna bitwa... O ile wszystko stałoby się łatwiejsze! Mogliby tam walczyć, trenować... Symulacja bólu na pewno nie byłaby pełna, ale z walki wychodziliby bez szwanku. Nie musieliby się malować i leczyć zranień, nie potrzebowaliby się włamywać po leki do magazynów... Co tam! Można by zastąpić terminalami całą szkołę! Leżałby w domu, albo w terminalu... lecz wtedy musiałby się uczyć. Wszyscy zostaliby jajcogłowymi. Co by było lepsze? A może dałoby się przesyłać wiedzę prosto do mózgu, jak te obrazy? Jeśli chodziło o maszyny, dorośli nie byli tacy głupi. Mogliby zrobić coś takiego, kiedyś. Po co komu byłaby wtedy szkoła?
Pomyślał nad tym co widział i przeciągnął się z zadowoleniem. Znowu oszukał dorosłych, zobaczył to co chciał. Lecz obiecał sobie że więcej tego nie powtórzą. Muszą bardziej uważać, nie tylko na policję. Przypomniał sobie dorosłego z promenady. Siedzieli tam cztery godziny i nie zareagował. Nie chciał, nie mógł czy zwyczajnie o to nie dbał?

* * * * *

Niemal szturmem Ene wdarła się do aresztu, nie zwracając wiele uwagi na towarzyszącego jej uprzejmego, acz nieustępliwego policjanta. Gdy odebrała wiadomość, z początku była zła na wszystko – na kretyńskie prawa, na męża, za to że ciągle wysiaduje w pracy, na syna, bo cały dzień włóczy się gdzieś po stacji i na siebie, że nie jest w stanie go upilnować, choć cały dzień siedzi w domu. Potem uznała że areszt mu się należy. Niedawny powrót w eskorcie Kosiarzy... Była gotowa uznać że spędzenie tu nocy, czy nawet następnego dnia, nie byłoby surową karą. Na pewno nie wsadzili Arto do celi z prawdziwymi przestępcami. To w końcu tylko areszt. Tylko jak by to na niego wpłynęło? Niech no tylko, na kosmos, nie zacznie się do tego przyzwyczajać! Na koniec po prostu usiadła i zastanowiła się nad wszystkim. Czego mogła oczekiwać, skoro Arto miał ojca ledwie godzinę rano i dwie lub trzy godziny wieczorem? Co by powiedział Wilan, gdyby był w domu?
Teraz doszła do wniosku że nie ma o co się złościć. To tylko oskarżenie o używanie sprzętu wbrew przepisom, oszukanie komputera i nielegalne wejście do sieci. Sama w młodości wymuszała na terminalach dodatkowe godziny, by spędzić z chłopakami chwilę bezpiecznego seksu. Nie raz miała przez to kłopoty z policją. Arto jest dzieckiem, a dzieci same biorą to co uważają że im się należy.
Jeszcze o tym porozmawiamy, obiecała sobie, idąc z policjantem przez korytarz aresztu. Ja, mój mąż i nasz syn. Większość mijanych cel była pusta. Ta, której szukali, nie była daleko.
Widząc ją, Arto poderwał się na równe nogi.
- Wygrałem! – zawołał radośnie, lecz na widok jej srogiej twarzy natychmiast spochmurniał. Ładnie, pomyślała ironicznie. Mój syn nie skończył jedenastu lat, jest w areszcie i już mu się tu podoba. Pięknie, po prostu pięknie. Ten Iwen, rozrabiaka, źle na niego wpływa.
Z drugiej strony... Ene dawno nie widziała go tak uradowanego. Śmiał się, po raz pierwszy od kilku lat i nawet zaczął rozrabiać. Jego samodzielność i nienaturalny spokój zawsze ją trochę niepokoiły. Czy rozwijał się prawidłowo? Skąd miała, na wszystkie gwiazdy, wiedzieć jak stacja wpływa na dzieci? Niby żyło się tu tak samo jak w wieżowcach, ale brakowało tu nieba, prawdziwej otwartej przestrzeni, naturalnego, słonecznego światła... Zaraza, poza promenadami nie było tu nawet okien! Dookoła tylko kosmiczna próżnia i sztuczne ciążenie.
Naukowcy, tak rządowi, jak niezależni, często krytykujący tych pierwszych, w jednym byli zgodni – lata życia w takich warunkach nie wywierały wpływu na rozwój dzieci i zachowanie dorosłych, nie powodowały żadnych mierzalnych zmian psychicznych czy fizjologicznych. Jednak Ene instynktownie wyczuwała że coś tu jest nie tak, choć nigdy nie potrafiła wskazać przyczyny. Dzieci na Ziemi tak się nie zachowywały. Ona tak się nie zachowywała, gdy była w szkole, ani jej koledzy. Władze i lekarze zapewniały że życie na stacji jest całkowicie bezpieczne, lecz to nie zmieniało ilości wypadków, okresowych wybuchów agresji w szkołach czy aktywności Podziemia. Takie zdarzenia tłumaczono poczuciem zagrożenia płynącego z niebezpiecznego i stresującego środowiska, czyli ze stacji. W końcu żyli w maszynie, nawet jeśli była przystosowana dla ludzi. Dzieci miały prawo jakoś to odreagować. Tylko czym różniła się maszyna na orbicie od maszyny ziemskiego wieżowca?
Stanęła przed nimi. Obaj chłopcy stali się śmiertelnie poważni. Podeszli do szyby i oparli o nią dłonie. Na ich spuszczonych, przepraszających twarzach malowało się poczucie winy. 
- Przepraszam – powiedzieli niemal jednocześnie. Rozmawiali przez wbudowany w szybę system przekaźników i membran. Ene założyła ręce. O tak, mieli za co przepraszać. Obaj. Arto stał się trochę zbyt samodzielny. Może nadszedł czas by to zmienić?
Policjant przyłożył rękę do drzwi. Kontrolka na ścianie zaświeciła się, mechanizm odblokował się z cichym szczękiem i płyty rozsunęły się na boki.
- Artoro Waspers – odczytał z jednego z dwóch trzymanych w ręku identyfikatorów – Ty możesz iść. Ty zostajesz – pogroził Iwenowi.
Chłopiec posmutniał. Rous jeszcze nie przyszła. Ene zrobiło się go żal.
- Panie oficerze, jeśli nie ma pan nic przeciwko, zabrałabym ich obu – oświadczyła – Wiem gdzie mieszka Iwen. Nie sądzę by powinien zostawać tu sam.
Policjant spojrzał na chłopców, potem na nią.
- Nie to że nie chcę, ale nie mogę. Nie zależy mi by tu siedział, ale takie są przepisy. Muszę go oddać w ręce rodziców.
- Nawet gdyby miał przez to siedzieć do jutra? – oburzyła się – To w końcu areszt!
Policjant objął palcami brodę i przez chwilę patrzył na chłopców. Wahał się.
- Naprawdę nie mogę – powiedział w końcu. Iwen spuścił głowę.
- Nie martw się, długo tu nie posiedzisz – pocieszył go Arto. Odwrócił głowę do policjanta, spojrzał na matkę – Możemy tu poczekać?
- Chłopcze, to nie hotel, tylko areszt! – policjant kciukiem wskazał na odległe cele – Tym bardziej nie przechowalnia dla dzieci. Nie trzymamy was tu dla przyjemności.
Ene już rozważała czy nie powinna być bardziej stanowcza, gdy problem rozwiązał się sam. Drzwi na końcu korytarza otworzyły się. Rous szybkim, zagniewanym krokiem ruszyła w ich stronę. Skinęła głową w stronę Ene. Ene niemal teatralnym gestem wskazała na dzieci.
- Znów coś ci strzeliło do głowy? – zdenerwowana bardziej niż Ene, Rous stanęła przed swoim synem – Mało ci problemów? Myślałam że wreszcie się uspokoiłeś, a tu to...
- Przepraszam – powtórzył Iwen – Naprawdę.
Policjant odsunął się, pozwalając obu chłopcom wyjść na korytarz.
- Powinny panie bardziej uważać na swoje pociechy – powiedział – Terminale na stacji nie są przystosowane dla dzieci. Natężenie impulsu jest nastawione na dorosłego człowieka, brak im odpowiednich zabezpieczeń i nie generują standardowego sygnału nierzeczywistości.
Arto stanął przed nim. Wbił wzrok w podłogę.
- Przepraszam, panie oficerze – powiedział – Już nie będziemy. Zobaczyłem co chciałem.
- Mam nadzieję – policjant wyglądał na udobruchanego – Zrozum, to nie jest w pełni bezpieczne. Mogłeś przeładować neurony. Bolała cię głowa, co? Zabić to cię nie zabije, ani nie zamieni w inwalidę, na to nie pozwoli żaden terminal, ale regeneracja u lekarza by cię nie ominęła. Bawcie się z dala od nich – dodał, oddając dzieciom identyfikatory.
Tak jakby na stacji dość było miejsc gdzie dzieci mogłyby się bawić, pomyślała Ene.
- Gdzie mam się zgłosić po rzeczy mojego syna? – spytała.
- To ich pierwszy raz, u nas – policjant wzruszył lekko ramionami, spoglądając na Iwena – Nic nie ukradli, żadnych poważnych kłopotów w przeszłości... Nie wyglądają na przestępców... jeszcze... Nie było potrzeby ich przeszukiwać.
Policjant wyjął z kieszeni niewielki przedmiot, którym pokiwał ostrzegawczo w stronę Iwena. Prosty mikroukład zapętlający. Zdumiewające że ta sztuczka wciąż była w użyciu. Ene uśmiechnęła się do swoich wspomnień i młodzieńca, który ją tego kiedyś nauczył.
- To zostanie u nas – oświadczył – Takie rzeczy może udają się na dole, ale dla nas są tak stare jak impulsy, które powinniście zapłacić za używanie terminali, plus kara. Jeśli to się powtórzy, uznamy to za włamanie do systemu. Wtedy będziecie mieć wszystko, włącznie z rewizją. To tyczy się was obu – spojrzał surowo na Arto.
- To moja wina – powiedział Iwen – Nie powinienem, ale... – spojrzał na matkę – Arto nigdy nie widział Ziemi!
Rous sapnęła, przesuwając dłonią po karku. Arto wbił oczy w podłogę, jakby był jedynym winnym. To ten drugi łobuziak, uznała Ene, on się znał na takich rzeczach, a nie mój syn.
- Z dziećmi jest zawsze ten sam problem – powiedziała, kładąc dłoń na głowie Arto – Mali chłopcy są ciekawi wszystkiego, a na stacji jest tak mało nowych rzeczy do oglądania.
- Powinnyśmy kiedyś o tym porozmawiać. Mamy takie same problemy – Rous uśmiechnęła się ze zrozumieniem, podkreślając ostatnie słowo. Arto drgnął – Iwen nigdy nie był spokojnym dzieckiem. Powinnam się domyślić że w nowym miejscu znowu zacznie rozrabiać. Obie powinnyśmy na nich bardziej uważać.
- To naprawdę niepotrzebne! – Arto gwałtownie zaprotestował – To był jeden, jedyny raz! 
Obiecywał tak żarliwie że Ene aż ujęło. Wszystko przez to że chciał zobaczyć jak jest na Ziemi. WIR był jedynym dostępnym sposobem. Wilan wiele opowiadał o kłopotach jakie robiono mu podczas spotkań z szefami fabryk z dołu. Bywał tam krótko i zawsze w skafandrze. Wydalenie wszystkich magnograwionów zabierało kilka miesięcy.
Ruszyli do wyjścia.
- Panie oficerze, dlaczego na stacji nie ma terminali dla dzieci? – zapytała.
- Nie mam pojęcia – policjant rozłożył ręce – Jeśli o mnie chodzi, nie miałbym nic przeciwko żeby moje córki siedziały w WIR-ze, zamiast latać po stacji. Ciarki mnie przechodzą gdy słyszę o tych wszystkich wypadkach. Niestety, komputer jest zbyt obciążony przez te wszystkie perceptory. Wie pani, gdyby nie one, Podziemie zamieniłoby stację w jedno wielkie gruzowisko. Co roku kilka zamachów...
Policjant mówił dalej, lecz Ene przestała słuchać. Wcześniej nie zwróciła uwagi jak niewielki dostęp do rozrywki i zabaw miały starsze dzieci ze stacji.
Nie tak było na Ziemi.

Oficer okazał się wyjątkowo uprzejmy. Odprowadził je do wyjścia i na koniec jeszcze raz surowo pogroził chłopcom. Patrząc na nich Ene pomyślała że to zupełnie niepotrzebne. Nim pożegnała się z Rous, porozmawiały chwilę o kłopotach związanych z życiem na stacji. Rous niepokoiła się nowymi limitami wody i liczyła że Ene coś jej poradzi.
- Nie wiedziałam że na stacji takie rzeczy się zdarzają – przyznała.
- To przez awarie węzłów transportowych – wyjaśniła Ene – Kontenery z lodem lecą do nas miesiąc. W razie awarii, Centrala zaczyna oszczędzać wodę. Możemy tylko czekać.
- Przepraszam za to wszystko. Zawsze staraliśmy się oduczyć Iwena pewnych... zachowań – Rous smutno się uśmiechnęła, spoglądając na chłopców – Zmiana środowiska okazała się silniejsza – rozczochrała włosy syna. Iwen uśmiechnął się – Przyciągają się do siebie. Najpierw nasi mężowie, a teraz oni.
Przez chwilę Ene wydawało się że Arto i Rous bacznie się obserwują, ale uznała że przesadza. Jej syn czasem żywo przejmował się byle drobiazgiem.
Pożegnały się. Ene ruszyła w stronę szybkiej windy. Arto szedł tuż obok.
- Opłaciło się? – spytała – Wycieczka warta była aresztu?
Arto się wzdrygnął. Spojrzał do tyłu, jakby czegoś szukał.
- Tak jakoś wyszło – wbił spojrzenie w podłogę i lekko machnął nogą, kopiąc coś niewidzialnego – Iwen nigdy nie widział Ziemi z góry, a ja z dołu. No i... – złożył ręce za plecami i spojrzał na matkę – Przepraszam. 
Znowu opuścił głowę. Wyglądał tak niewinnie że trudno jej było uwierzyć by był w cokolwiek zamieszany. Nie jego wina że prawo było jakie było.
- Projekcje ci nie wystarczały?
- Projekcje to nie to samo – odpowiedział z przejęciem. Dawno go takim nie widziała – Ja tam naprawdę byłem! Naprawdę patrzyłem w to dziwne niebo... i na las, prawdziwy las! Te drzewa na promenadzie – przez chwilę szukał właściwego słowa – to parodia, tak to się nazywa, prawda? Gdy ktoś coś udaje, lecz mu nie wychodzi.
Arto wydawał się za młody by rozumieć takie rzeczy, lecz miał rację. Dawniej promenada wydawała mu się czymś niemal magicznym. Dziś zobaczył dawną Ziemię i magia prysła.
- Prawda. To jest parodia, lecz to wszystko co nam pozostało. Potrzebujemy jej by pamiętać że nie zawsze były tylko te ściany.
Cóż innego mogła odpowiedzieć, w czasach gdy najlepsze kawałki Ziemi istniały już tylko na starych projekcjach, pokazywanych przybywającym tu kolonistom? Na dowolnej pozaukładowej kolonii można było zobaczyć jej więcej niż na samej Ziemi. Była tylko kolejnym przeludnionym światem. Nawet projekcje wielkich, plastikowych, miejskich bunkrów wyglądały lepiej niż one same. Jeśli coś się mogło zmienić, na pewno nie na lepsze. To było niebo i Ziemia.
Ile otwartej przestrzeni pozostało tam, na dole? Ile pozostało nie zajęte przez miasta i rozległe, automatyczne fabryki? Nie licząc gór i oceanów, byłoby tego może z kilkaset tysięcy kilometrów kwadratowych. Lasy zajmowały dwie trzecie tego obszaru, lecz wszystko było tam chore, a drzewa – rzadkie i cherlawe, niczym dawny wisielec, pozostawiony na widok publiczny jako ostrzeżenie dla pozostałych. Tylko przed czym mają ostrzegać te pożółkłe, przyschnięte liście i półnagie gałęzie? Byłoby lepiej gdyby wycięli wszystko. Byłoby kilka bunkrów więcej i mniej wyrzutów sumienia. Jeśli Ziemia była kiedykolwiek wspaniałym miejscem, to nie przez ostatnie pół tysiąca lat. Może nawet nie od czasu gdy pojawił się człowiek.
- Arto, zastanów się. Myślisz że gdyby na Ziemi było tak dobrze, wyprowadzalibyśmy się na stację? Wirtualne obrazy to jedno, a rzeczywistość... Nie jest tam lepiej niż tutaj.
- Wiem o tym! – Arto oburzył się napomnieniem – Chciałem to tylko zobaczyć. Nie chcę tam mieszkać. Jest tam... inaczej... Ale założę się że w środku te wielkie budynki nie różnią się od stacji. Pewnie nawet są tam nawet takie same drzewa jak u nas. Tu mi się podoba – oświadczył z pewnością w głosie – Wolę kosmos.
Nie odpowiedziała. Arto znowu obejrzał się za siebie. Ene zamyśliła się, starając przypomnieć sobie kiedy ostatni raz byli razem na promenadzie. Od czasu gdy zaczął przebywać z innymi dziećmi widywała go tylko rano i wieczorem, trochę dłużej niż męża.
- Arto, kochanie – przerwała nagłą ciszę – Nie poszedłbyś ze mną jutro na promenadę?
Arto zastanawiał się przez chwilę.
- Nie mam czasu – odpowiedział krótko, choć z wahaniem – Muszę się uczyć.
Zawsze to powtarzał. Miała cichą nadzieję że czasem też się bawią, lecz Arto nigdy nie wracał roześmiany. Nie pamiętała by sama kiedykolwiek poświęcała szkole aż tyle czasu. Wręcz przeciwnie. Jak na dziewczynę była straszliwą rozrabiaką, a wszystko przez rodziców, trzymających ją w domu niczym w starożytnym klasztorze. Arto miał dobre stopnie, rzadko sprawiał kłopoty.... Lecz wciąż był dzieckiem. Potrzebował odpoczynku, powinien się bawić! Gdy skończy szkołę, już nigdy nie będzie miał na to czasu...
Lecz, odkąd pamiętała, nawet zabawy miały swoje granice. Prawo wciąż było prawem.

* * *

Nikt ich nie śledził, nikt nie szedł za nimi, nie obserwował. Tego Arto był pewien, tak samo jak tego że szpieg z promenady nie był ani Protektorem, ani Kosiarzem. Oni mieli perceptory i automaty poszukiwawcze. Mogłyby lecieć kilka metrów obok niego, a on by nic nie zauważył. Tacy jak oni obserwowali ludzi ze swoich kryjówek w Centrali.
W domu wysłuchał długiej rozmowy na temat prawa i odpowiedzialności. Rozumiał ich argumenty, więc przepraszał, tym razem szczerze. Czuł zasłużony wstyd. Mógł przeszkodzić w planach ojca, przez zwykły przypadek, nic o tym nie wiedząc – i być może o to chodziło tamtemu dorosłemu. Kimkolwiek on był, Arto postanowił że odtąd będzie na niego uważał.
Lecz najważniejsze było to że nie był już sam. Miał kogoś u swego boku, kogoś bliższego i bardziej zaufanego niż sam Dael. Przyjaciela. Nieświadomie wszedł na drogę która miała pokazać czy Dael miał rację, czy istnieje prawdziwa przyjaźń w takim miejscu jak szkoła.

Tego zaciemnienia spał spokojnie, po raz pierwszy odkąd trafił do szkoły. Sen, jaki go naszedł, był przyjemny. Nie pamiętał by kiedykolwiek śnił podobnie. Rano sen się rozwiał, znikł jak każde przyjemne marzenie. Arto zdał sobie sprawę że jedynie koszmary są trwałe i być może było to ostatnie spokojne zaciemnienie w jego życiu. Jedne kłopoty się kończyły, inne dopiero zaczynały.


Tajemnice


Wilan nie był pewien po co wciąż przychodził do baru. Towarzyszył zespołowi, rozmawiał, słuchał nowych plotek Rubia, nawet żartował, ale... To wszystko było tylko udawaniem. Czasem myślał że przygotowuje się do tego by za którymś razem wreszcie się upić, lecz to też nie było to.
Obiecał żonie że zacznie wcześniej wracać do domu. Mógł to robić od kilku dni, nawet powinien, zważywszy na Arto, lecz wciąż przesiadywał tutaj. W końcu zrozumiał dlaczego. Choć było to właściwie niemożliwe, liczył w duchu że znów spotka Dawta.
Desperacja? Zapewne. Buris mógł mieć swoje pomysły, lecz według Wilana tylko ten jeden wydawał się naprawdę sensowny. Z jakiegoś powodu ufał temu koloniście i wierzył, że...
A, tam. Bzdura.
Czego się spodziewał? Że Dawt nagle stanie w drzwiach baru i coś zamówi? Minęło parę ładnych dni; jego powrót był tak samo prawdopodobny jak eksplozja głównego reaktora stacji czy uderzenie kontenera. Mimo to czekał. Lecz gdy to się stało, gdy Dawt rzeczywiście pojawił się w drzwiach baru, po prostu w to nie uwierzył.
Wilan siedział dokładnie naprzeciwko wejścia. Dawt nie mógłby go nie zauważyć. Ruszył prosto w jego stronę. Wilan, zamiast ucieszyć się ze spotkania, zaczął być podejrzliwy.
- No proszę! – zawołał ucieszony Dawt – Miałem nadzieję że może akurat...
- Więc jednak? – odparł – Zacumowaliście do tej samej sekcji?
- Skądże znowu! Znowu jestem lądownikiem, w innej sekcji, ale zostawiłem kilka drobiazgów w starym hotelu. To ledwie dwa korytarze stąd. Idąc do kolejki międzysektorowej pomyślałem sobie hej, a co mi szkodzi zajrzeć? I proszę bardzo! – rozłożył ręce – Jednak się widzimy. To jak, mogę się przysiąść?
- Jasne – Wilan wyciągnął rękę w stronę krzesła – Jak tam Ziemia?
Dawt dosiadł się po przeciwnej stronie stolika. Patrząc na niego Wilan uznał że jednak nie spróbuje, że to taka sama ryzykowna głupota jak szukanie pomocy u Podziemia.
- A! Wspaniała! – Dawt uśmiechnął się. Wilan odruchowo pomyślał czy aby agent nie może się tak uśmiechać – Zanieczyszczona, lecz wciąż wspaniała. Przynajmniej z góry – rozparł się na krześle – Wil... szczerze mówiąc, nie lubię długów, nawet tych drobnych. Odlatuję, wracam, a wszyscy dłużnicy już od dawna krążą gdzieś w atmosferze. Liczyłem że, jeśli los zechce, oddam ci torebkę... Chyba że masz jakieś inne ziemskie zwyczaje w rękawie, co?
- Nic z tych rzeczy – jego uśmiech nawet jemu wydał się dziwnie gorzki – Skoro musisz... To ty jesteś nadzianym astronautą.
Dawt zaśmiał się. Wystukał coś na pulpicie. Nie żałował impulsów.
- Więc, co nowego? Wysiadujesz tu w moim zastępstwie? Zmiana warty przy torebce?
Sam nie wiedział co odpowiedzieć. Może rzeczywiście przygotowywał się by zacząć wciskać swoje problemy do torebki, jak stali bywalcy, którzy już dawno stracili nadzieję na poprawę losu? Rozejrzał się, poznając kilka smętnych twarzy, codziennie te same. Twarzy nie zwracających już uwagi na otoczenie.
To go otrzeźwiło. Aż tak źle jeszcze z nim nie było. Jeszcze nie.
- Dawt, przyjrzałeś się Układowi – powiedział, gdy automat przyniósł zamówienie – Może nawet widziałeś wiadomości. Co o tym myślisz, jako kolonista?
- Co myślę? – Dawt skrzywił się – A co tu jest do myślenia? Rząd nie lubi nas, my nie lubimy Rządu. Nic dziwnego. To wszystko, cała jego władza, powoli dobiega końca.
Tak nagłe i szczere stwierdzenie zdumiało Wilana. Prowokacja? A nawet jeśli, to co z tego? Każdemu wolno krytykować.
- Kończy się? – stwierdził – Po ilości budowanych okrętów powiedziałbym co innego.
- A, kolejny dowód! To właśnie dlatego – Dawt pochylił się. Dźgnął stół wskazującym palcem, jakby chciał go weń wbić – Utrzymanie tego draństwa wysysa z kolonii wszystkie siły. Jedna czwarta całej produkcji, nawet tu, idzie właśnie na Flotę. Potem my musimy to wszystko utrzymywać, u siebie.
- Nie będzie tak wiecznie. Kiedyś Flota zacznie redukować liczbę okrętów...
- Kiedy? – Dawt założył ręce i jeszcze bardziej wyciągnął się na krześle – Na razie wciąż się powiększa, a my mamy tego dość. To żadna kosmiczna tajemnica, nawet ty o tym wiesz. Oni nie ustąpią, my nie ustąpimy, więc... Mówię ci, to się musi zawalić. Już się zaczyna. Nie runie szybko. Na pewno nie za naszego... no, przynajmniej nie za twojego życia, czy twoich dzieci, ale kiedyś się skończy. Gdy ludzie mają dość, nie pomogą nawet okręty. 
Ja mam dość, uznał Wilan. Inni mają dość, a końca jakoś nie widać.
- Co zwykli ludzie mogą zrobić przeciwko okrętom?
- Co mogą? Pytasz, co mogą? – Dawt szczerze się zdziwił – Nie słyszałeś o Absolomie?
- Mówi się o tym od lat – powiedział niechętnie – Zamieszki, bunt, blokady, nic nowego. Mówią że to wojna religijna. W czym ta rebelia miałaby coś zmienić?
- Rebelia? Wojna religijna?
Dawt uniósł się ze swojego miejsca. Ze złością klepnął otwartą dłonią o stół, skupiając na sobie uwagę wszystkich ludzi w barze. Ich spojrzenia nieco go uspokoiły.
- Nie wiem jakie bzdury opowiadają w wiadomościach, Wil ale... – usiadł i przyciszył głos – Słuchaj... Od ponad dziesięciu lat Absolom jest niepodległą kolonią i Ziemia tę niepodległość uznała, oficjalnie i formalnie, na każdy możliwy sposób.
Równie dobrze Dawt mógłby powiedzieć że Słońce właśnie zgasło. Niepodległa kolonia? Z początku mu nie wierzył, lecz Dawt mówił poważnie. Wilan mógł to sprawdzić. Obiecał sobie że jak tylko wróci do domu, przeszuka dane sieci na temat Absolomu. Miał znajomych wśród kolonistów. Tam nikt nie kontrolował informacji, bez ziemskiej technologii było to niemożliwe. Musi tylko zaplanować sesję łączności...
- Rząd może mówić że negocjacje trwają, ale jeśli chodzi o niepodległość, to jest to zwykłe kłamstwo. To początek końca Rządu i Floty. Wasza ochrona stacji zawsze się wścieka gdy o tym mówimy, ale nic nie może zrobić, ani nam, ani wam. Póki tu nie trafiłem nie rozumiałem dlaczego wy sami o tym nie mówicie, ale widząc jak tu żyjecie... – machnął ręką – Mimo to, nie mogą nikogo zamknąć za mówienie prawdy. Nawet tutaj.
- Mogą utrudnić życie. Czepiają się o byle co, piętrzą kłopoty...
- Mogą. Ja przeżyję. Odlecę – popatrzył czujnie na Wilana – Ty zostajesz. Będziesz tu, przed tą fasadą wolności i demokracji, a gdy zaczniesz o tym rozmawiać, przekonasz się jaka ona jest naprawdę. Zastanów się czy tego chcesz.
Wilan chwilę milczał. Czy chciał? Czy mógł tego chcieć, dla żony i syna?
- I tak po prostu... Niepodległa? – wydusił – Co na to Flota?
- Flota? A co może zrobić? Absolom na swoją własną flotę. Dwa pancerniki, lotniskowiec i dwa krążowniki. W pełni uzbrojone, wyposażone i całkiem nowoczesne.
Słońce właśnie zgasło, a do doku podstawiono statek i ogłoszono że każdy kto chce może na niego wejść i odlecieć. Kilku ludzi odwróciło się, przysłuchując się ich rozmowie. Wilan podejrzliwie rozejrzał się dookoła. Zbyt wiele ciekawych uszu skierowało na nich swoją uwagę, lecz Dawt zdawał się tym nie przejmować. Niemniej, zauważył jego niepokój. 
- Przecież Drugie Prawo Kolonialne... – zaprotestował, ściszając głos – Każdy statek zdolny podróżować między planetami musi być zarejestrowany... no i... posiadanie, budowanie i montowanie broni pokładowej na jakichkolwiek statkach nie podlegających bezpośrednio Flocie... jest nielegalne!
- Przede wszystkim, sama definicja broni jest bardzo... płynna – Dawt z pewnym rozbawieniem, dumą, a może nawet zadowoleniem, rozparł się na oparciu krzesła – To zauważyli już starożytni. Emiter każdej skały to nic innego jak potężny laser. Czy z tego powodu Flota ma je zarekwirować? Wieki temu przestała być konsorcjum handlowo-transportowym. Gdy już posiądziesz broń i pokażesz że nie zawahasz się jej użyć... Wtedy ta broń pozwala ci bronić prawa do jej posiadania. Jeśli Flota nie chce wojny, będzie negocjować. A wojny nie chce, bo za dużo by ją kosztowała. Ostatnio zbytnio się rozproszyła, właśnie przez zdarzenia na Absolomie.
Teraz Dawt mówił tak cicho że nikt nie był w stanie nic usłyszeć. Jeden po drugim, siedzący w barze ludzie odwracali się od nich, zawiedzeni. Wilan bał się kłopotów, lecz pomyślał o Lerszenie. Nie bał się mówić o wielu rzeczach, równie niewygodnych jak Dawt, lecz nikt nie reagował. Muru tajemnic nie stworzyły wyłącznie ręce agentów, lecz także uszy i usta zwykłych ludzi.
- Dobra, powiedz mi więcej – powiedział cicho – Skąd, na wszystkie gwiazdy, Absolom ma okręty? Sam ich nie zbudował. Kolonie nie posiadają tak dużych stoczni ani odpowiednich technologii. I dlaczego Flota nie zebrała swoich sił i nie odbiła tych okrętów? To muszą być jej własne, prawda?
- Oczywiście że to ich. Dlaczego nie atakują? Tego nie wiem. Może się boją, a może nie chcą, ale coś im chodzi po głowie, tego jestem tak pewien jak tego że tu siedzę. Nie, to zły przykład... Tak czy inaczej, Absolom wstrząsnął całą Flotą. Wiesz jak wcześniej działała?
- Okręty latały od gwiazdy do gwiazdy, w niewielkich grupach, rzekomo patrolując Peryferia – Wilan wiedział tyle co każdy i jak każdy sam w to nie wierzył.
- Latały grupami by tłumić okazjonalne rebelie. Ludzie wyrzucali urzędników, rozganiali garnizon i cieszyli się chwilową wolnością. Przed Absolomem Flota udawała że oczekują wroga z kosmosu, lecz teraz udawanie się skończyło. Absolom pokazał że brak jej okrętów! Flota już nie trzyma ich w grupach operacyjnych, lecz rozprasza po całym kosmosie. Trzyma co najmniej po jednym okręcie w każdym systemie z dużą kolonią. Numer z Absolomem drugi raz nie przejdzie, lecz znajdziemy inny sposób, na pewno. Już teraz okręty nie są w stanie upilnować wszystkich kolonii, a wciąż zakładane są nowe.
- Po co? Wystarczy by Rząd tego zabronił...
- To nie takie proste. U was to niemal kontrola urodzeń. Dobra, zaraz powiesz że nikt was nie kastruje, ale spróbuj mieć więcej dzieci niż dwójka. Myślisz że to u nas przejdzie? – Dawt zacisnął pięść – Napięcie między nami a Układem jest tak ogromne że wystarczy iskra... taka iskra, jaka zapaliła się na Absolomie. Wasz Rząd stara się jak może by nasze wielkie miasta nie stały się zbyt wielkie. Prawa kolonialne to nie tylko zakazy i nakazy. To także obowiązki, które wasz Rząd musi wypełniać, dla własnego dobra. Jednym z nich jest utrzymanie znośnego poziomu życia. Zadowolony człowiek jest mniej skory do buntu. O, daleko nam do waszych luksusów, lecz większe miasta to większe zapotrzebowanie, choćby na energię, na reaktory, na technologie którymi Układ niechętnie się dzieli. To oznacza zezwolenie na budowę własnego przemysłu. Dlatego przez ostatnie dwa wieki Rząd wolał nas zmuszać do zakładania kolonii. Szczerze mówiąc, miał nas w garści. My mu mówiliśmy że chcemy nowych reaktorów, a on podstawiał nam pod dok kolejną skałę kolonizacyjną, licząc że nim kolonia się rozwinie, w jej kierunku będzie już leciał nowy okręt. Mieliśmy wybór. Albo gnieść się w coraz bardziej zatłoczonych miastach, albo wynieść się na bezludną planetę.
Wilan zrozumiał, być może więcej niż Dawt chciał powiedzieć. Kilkadziesiąt lat temu ten system się załamał. Okręty nie powstawały tak szybko jak nowe kolonie. Flota pośpiesznie próbowała dogonić zapotrzebowanie, lecz jeśli słowa Dawta były prawdą, wyłom już powstał.
- Jak Flota straciła te okręty?
Dawt z zakłopotaniem podrapał się w głowę.
- To długa historia. Zaczęło się to sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat temu... nie wiem na pewno, przez przeloty tracę rachubę czasu. Absolom to stara, duża kolonia, ważny węzeł transportowy, ośrodek wolnego handlu, nie jakaś tam osada na Peryferiach czy na Zewnętrzu, lecz w samym Wewnętrzu. Od początku istniała tam specyficzna mieszanka religii. Przemiany często zaczynają się w takich warunkach. Każda kolonia jest unikalna, zwłaszcza te stare, powstałe gdy kultura w Układzie nie była tak... jednolita. To prawda że używacie już tylko jednego języka?
- W znacznej większości, tak – potwierdził. Był tak powszechny że nawet nie miał nazwy. Mówiono na niego po prostu – język. Nieliczni wciąż używali języków przodków, ale jedynie we własnym gronie, jakby ich znajomość była tajemnicą, wstydliwą sekretną mową.
- U nas to niemożliwe. Całe kolonie mają własną mowę, co dopiero kulturę! U was wszystko jest tak jednolite... Nie dziwne że wasz Rząd nie rozumie problemów stwarzanych przez różnorodność. Nie mieści się im w głowie że każda kolonia może reagować zupełnie inaczej na to samo zdarzenie. Gdy więc po raz kolejny zaostrzono przepisy kolonialne, koloniści na Absolomie ogłosili że nowe prawo nie zgadza się z ich religijną doktryną osobistej wolności. Miejscowy garnizon próbował zareagować, lecz nie był dość liczny. W tamtych czasach garnizony składały się w większej części z samych kolonistów, więc gdy doszło do starcia, ta część przeszła na stronę rebeliantów. Resztki wiernego Flocie garnizonu z trudem utrzymywały się w budynkach lokalnego rządu, podczas gdy całą kolonie ogarnął szał. 
- Więc jak zwykle, wysłano tam okręty – stwierdził Wilan.
- Tym razem w tajemnicy. Absolom nie był jedyną kolonią ogarniętą przez zamieszki. Tak działo się zawsze gdy wprowadzano nowe Prawa Kolonialne. Flota liczyła się z użyciem siły, lecz nie miała dość okrętów by zapanować nad chaosem. Tu, u was, też nie było spokojnie. Mówiono że szykuje się kolejna fala emigracji. Wasz rząd od zawsze robił wszystko by to się nigdy nie powtórzyło.
W historii ludzkości Układ dwukrotnie został wyludniony przez uciekinierów. Ceną za krótkowzroczne i źle zaplanowane oparcie gospodarki na automatyzacji były rzesze biedoty. Nie mając perspektyw, ludzie uciekali z Układu, pogrążając go w gospodarczym i ekonomicznym chaosie. Rynki zbytu legły w gruzach; ekonomia, oparta na lokalnej konsumpcji, straciła rację bytu. Dziś mechanizmem napędowym mogło stać się przeludnienie. Rząd panicznie się bał że ogromna masa bezrobotnych ruszy ku gwiazdom, lecz ostatnich zdarzeń, o których wspomniał Dawt, Wilan nie wiązałby wyłącznie z domniemaną falą emigracji.
To wtedy lokalne, chaotycznie działające niezależne grupy przestępców i rebeliantów połączyły się w Podziemie – organizację obejmującą cały Układ. Seria doskonale zorganizowanych zamachów wstrząsnęła całym Układem, nie tylko Rządem i policją, lecz wszystkimi żyjącymi w nim ludźmi. Mówiono nawet że Podziemie połączyło się z kolonialnym ruchem na rzecz Wolnego Kosmosu, wspólnie planując rewolucję na skalę całego dominium. Cóż, jeśli taki był ich plan, to ponieśli klęskę.
- Rząd podjął ryzyko, wiedząc że nie starczy mu sił?
- Podjął je, bo zaplanował to inaczej. Zamierzał zastraszyć wszystkich kolonistów jednym, potężnym uderzeniem. Absolom był wyjątkowo niespokojny. Ziemia uznała iż duża, brutalnie spacyfikowana kolonia zniechęci inne do stawiania oporu. Udała że ustępuje. Złagodzono nowe prawa, lecz jeszcze w tym samym roku okręty Floty zaczęły się przemieszczać. Miały to być manewry na szeroką skalę, lecz za bardzo przypominały te sprzed Dekady Strachu.
Dekada Strachu... Do tego czasu wierzono że Flota wciąż jest tym, czym miała być – prawdziwą Flotą Obronną, odpowiedzią na zagrożenie z zewnątrz. Jej pierwsi dowódcy wierzyli w jej zbawienną rolę, lecz mijały dziesięciolecia a po żywych Obcych nie było nawet śladu. Lata przed Dekadą Flota wysłała swoje okręty ku potencjalnym ośrodkom buntu. Gdy dotarły do celu, Ziemia ogłosiła pierwsze Prawo Kolonialne. Wtedy po raz pierwszy użyto Floty przeciwko kolonistom. Wojsko spacyfikowało kolonie, siłą wprowadzając nowy porządek, lecz nie było w stanie stłumić wciąż odradzających się powstań. W końcu zawarto kompromis. Pozostawiono koloniom daleko idącą autonomię, lecz uzależniono je od Ziemi. Tego dziesięciolecia, nazwanego Dekadą Strachu, koloniści wygrali wprawdzie walkę o wolność, lecz przegrali wojnę o niepodległość.
- Planowali nową Dekadę Strachu?
- Tak to wyglądało. Gdy okręty zawisły nad wyznaczonymi im koloniami, Ziemia cofnęła ustępstwa. Wasz rząd nigdy nie rozumiał co to takiego jest, ta religia, jaką ma siłę działania na ludzi. Myśleli że zdoła nad tym zapanować, jak nad wszystkim innym. Bardzo się pomylili. Nowe zamieszki były jeszcze potężniejsze. Najgorzej było na Absolomie. Tam ludzie wpadli w religijny fanatyzm. Tłum błyskawicznie rozprawił się ze wszystkim co istniało na powierzchni wszystkich planet tamtejszego układu i co miało wspólnego z Flotą czy Ziemią. Nowo powołany rząd Absolomu zakwestionował wszystkie Prawa i odrzucił zwierzchnictwo Ziemi i Floty nad całym systemem. Rząd wysłał ostrzeżenia, lecz nie zamierzał się wycofać. Gdyby to zrobił, inne kolonie zażądałyby tego samego.
- Więc zaatakował.
- Okręty Floty zbombardowały z orbity magazyny głównej kolonii, na której żyło dziewięć dziesiątych populacji całego układu. Zrzuciły na nią całe roje tych swoich maleńkich automatów wojskowych. U was na każdej stacji jest tuzin techników którzy potrafiliby je ogłupić, ale my nie mamy waszych narzędzi. Zniszczyli ośrodki przemysłowe, główną elektrownię i układy wspomagające utrzymanie atmosfery Absolomu, naruszając sztuczny, niestabilny ekosystem planety. Na takiej Wenus czy Marsie klimat regulujecie przez kontrolę czap biegunowych. My nie mamy takiej technologii, nie na taką skalę. Majstrowanie przy topieniu czy chłodzeniu czap wymaga ogromnych ilości energii, której wciąż nam brakuje. Musimy polegać na naturalnych systemach, a te łatwo zakłócić. Ludziom zostało tyle tlenu, ile go było w atmosferze... Jednak koloniści byli gotowi. Lata wcześniej obserwatoria namierzyły zbliżające się okręty, zwąchały co się dzieje i zaapelowały o pomoc do wszystkich skał w zasięgu. Koloniści spodziewali się blokady, nie ataku. Dziesięć lat embarga wystarczyłoby by zredukować technologię kolonii do wczesnej epoki żelaza.
Wilan kiwnął głową, przytakując w milczeniu. Wystarczyłoby zniszczyć destylarki i wstrzymać transport lodu wewnątrz układu. Po dziesięciu latach spalania brudnej wody reaktory nadawałyby się jedynie na szmelc. Pierwiastki cięższe od węgla łatwo osiadały na ściankach, powoli doprowadzając do spalenia wnętrza komory. Zaś bez energii...
- Absolom był dużym węzłem handlowym – ciągnął Dawt – Prowadzono tam intensywne prace górnicze, więc i skał było całe mnóstwo. Ruszyły wszystkie, każda skała której kapitan uznał że miał szansę dotrzeć do celu przed zbliżającymi się okrętami. Zebrały się wokół jednej z planet zewnętrznych, czekając na rozwój wypadków. I wtedy rozpoczęło się bombardowanie.
Dawt wreszcie sięgnął po swój worek. Pociągnął pierwszego, dużego łyka przez słomkę.
Wilan mógł sobie łatwo wyobrazić co się wtedy stało. Nawet podczas Dekady Strachu nikt nikogo nie bombardował. To był pierwszy konflikt na taką skalę, od kilku ładnych wieków.
- Reszta poszła szybko. Wiadomość poszła w kosmos. Ludzie na wszystkich koloniach dyszeli wściekłością. Skały przesunęły się w pobliże bombardowanej kolonii. Okręty Floty oznajmiły że przebywanie w strefie otwartego konfliktu i udzielanie pomocy buntownikom oznacza zdradę. Kolonia zaapelowała o pomoc. Kapitanowie zadeklarowali przejście pod władzę kolonii i gotowość do obrony jej niepodległości. Poprosili o rozkazy. Absolom zezwolił na podjęcie wszelkich działań jakie uznają za stosowne. Dowódca eskadry okrętów rozkazał by się poddali i nie stawiali oporu żołnierzom wysłanym by je przejąć. Skały odmówiły. Wszystko działo się na otwartym kanale, każde słowo szło w przestrzeń.
Wtedy doszło do bitwy. Uzbrojone okręty przeciwko cywilnym gwiazdolotom. Pierwsza kosmiczna bitwa w dziejach ludzkości, pierwsza wymiana ognia między statkami. Wilan znał ją ze szkolnych lekcji historii, lecz żaden nauczyciel niczego nie wyjaśniał, nie mówił jak to się skończyło. Coś powiedzieć należało, bo takiej rzeczy nie dałoby się ukryć, ale nie wspominano o przyczynach starcia, ani tego z czym dokładnie miałaby się ścierać Flota, skoro tylko ona posiadała uzbrojone okręty. Nikt nigdy nie mówił nic o stratach...
Dla dziecka wynik był oczywisty. Zabawne – im więcej wciskali wiedzy w młodą głowę, tym bardziej, gdy dorosła, ta sama wiedza budziła w niej obrzydzenie. Wystarczy tylko uczyć o czymś w szkole, uczyć długo i uparcie, by dorośli z dumą obnosili się z ignorancją w danej dziedzinie i bez wahania zmieniali temat rozmowy schodzącej na obrzydliwe rejony wiedzy. Teraz zrozumiał te niedomówienia. Nie, nie ukrywano prawdy. Gdy coś ukrywano, ludzi przyciągała sama tajemnica. Po prostu o tym nie mówiono, nie potwierdzano ani nie zaprzeczano. Nie było tajemnicy, więc sprawa, nawet jeśli jakaś była, umarła śmiercią naturalną. Ludzie wiedzieli że była bitwa, lecz gdy ktoś zaczynał o tym opowiadać, niechętnie machali ręką, mówiąc że już o tym słyszeli. Tyle że nic naprawdę nie słyszeli. Jedynie Podziemie coś kiedyś ogłaszało, lecz kto ich słuchał? Kto ryzykowałby kontakt? Chyba tylko ktoś taki jak Lerszen.
- Rozmawiałem z kilkoma którzy tam byli – po krótkiej przerwie Dawt podjął swoją opowieść – Wiedzieli że robią coś czego nikt dotąd nie próbował. Czuli że to będzie ważne i może wejdą do historii. Gdy odebrali wezwanie, rzucali wszystko, byle zdążyć na czas. Brali do ładowni co się dało i, na kosmos, Absolom dzięki temu przetrwał. Zebrało ich się tam... coś koło pięćdziesięciu skał, przeciwko pięciu w pełni uzbrojonym okrętom. Z początku chcieli tylko zablokować im drogę, odciągnąć od kolonii, ale Absolom kazał czekać na ruch Floty. To było mądre. Dzięki temu, jak kosmos szeroki, przetoczyła się fala protestów przeciwko barbarzyństwu Floty.
Przerwał by pociągnąć kolejny łyk.
- Gdy spadły bomby, skały podeszły do planety. Absolom to typowa kolonia. Jedno wielkie miasto, reszta planety to puszcza. Okręty wisiały nad kolonią, więc schronili się za planetą. Dowództwo na okrętach głowiło się co tamci zamierzają zrobić, czy i czym będą atakować, czy tylko zrzucą zapasy. Wysłali swoich pilotów, tych maniaków, posłusznych ponad granice rozsądku, by ich przechwycili. Kapitanowie to przewidzieli. Już wcześniej sczepili skały w gwiazdę za pomocą lin cumowniczych, wystawiając na zewnątrz emitery.
- Gwiaździście trudny manewr – stwierdził Wilan. 
- Na pewno nie było łatwo – zgodził się Dawt – ale... udało się. Co który myśliwiec próbował się zbliżyć, obracali gwiazdę i wysyłali ostrzegawczy impuls. Po mojemu powinni ich porozwalać, jeden po drugim, lecz oni tylko ich przeganiali, jakby wiedzieli że potem je przejmą. Emiter ma większą moc i spójność wiązki niż jakakolwiek broń pokładowa, więc myśliwce nic im nie mogły zrobić, okrążały ich tylko z daleka. Wysyłanie rakiet było bez sensu, więc dowództwo postanowiło ruszyć okręty i zaatakować ich, czymkolwiek, choćby własnymi emiterami. Spotkali się nad planetą. Skały złamały swoją formację, odwróciły się rufą do przodu i zaszarżowały. Mieli przewagę ognia, w dodatku wychodzili szybko zza krzywizny planety. Gdy przelecieli przez pozycje Floty, okręty milczały. Nie zostały zniszczone, lecz ich kadłuby przypominały filtr.
Wilan słuchał z przejęciem, niczym dziecko. To było coś niewiarygodnego, o czym ludzie w Układzie bali się myśleć. A jednak się stało, a jednak...
- Stąd się wzięły okręty na Absolomie...
- Ano stąd. Nie były w stanie odlecieć, ani podtrzymać życia załogi, lecz większość najważniejszych systemów ocalała. Koloniści zmusili je do kapitulacji i w kilka lat jakoś je połatali. Załoga nie wysadziła ich chyba tylko dlatego że Flota wpadła w popłoch. Pozwoliła na ewakuację, lecz taki błąd popełnia się tylko raz. Absolom z pomocą dowiezionego złomu i części reaktorów okrętowych szybko stanął na nogi. Mają je tam teraz, pięć sprawnych, uzbrojonych okrętów wojennych, wszystko w rękach kolonistów! – Dawt się rozmarzył – Aż chciałbym wejść na jeden taki... lecz Ziemia zbyt chętnie podsyła tam swoich sabotażystów. Koloniści nauczyli się jak być ostrożnym.
Nic dziwnego że przemilczano całą sprawę. Coś takiego... to tłumaczyło wzmożoną aktywność Podziemia. Działali, bo poczuli nadzieję. 
- Pięć okrętów to może dość by się bronić – zauważył – lecz nie dość by wygrać wojnę.
- Ale na początek, na początek to aż nadto! Na pewno się przydadzą. Może już teraz leci tam kolejna flotylla? Nie jestem na bieżąco.
- Ty? Macie na statku transmiter...
- Nie, nie rozumiesz. Transmiter nie działa w podświetlnej. Traci spójność z wiązką tachionów. Nadawać i odbierać możemy tylko poniżej dziesięciu procent C. Podczas lotu jesteśmy wyrwani z rzeczywistości. Dopiero teraz sprawdzamy co się dzieje.
- I?
- Wszędzie chaos, bałagan taki sam od lat, ale kupił nam czas na umocnienie pozycji. Stara doktryna Floty Obronnej, jeszcze z czasów gdy była niepodległa i zarabiała na siebie konwojowaniem transportów, opierała się na grupach operacyjnych, działających w wyznaczonej im przestrzeni. To spadek po okresie gdy wierzono w wojnę z Obcymi. Liczono że w razie kontaktu i walki kilka okrętów zdoła uciec z ostrzeżeniem. Nad Absolomem Flota straciła całą grupę. Musiała działać szybko, nim cały rewir stanie w ogniu rebelii. Liczebność grupy była zbalansowana z liczebnością i rozmiarami pilnowanych kolonii. Niełatwo wysupłać Flocie okręty bez osłabiania innych rewirów, jeszcze trudniej sprowadzić je do celu. Teraz Flota jest w trakcie wprowadzania doktryny ściśle okupacyjnej. Wojskowe umysły zmieniają sposób myślenia dopiero gdy jest to konieczne. Teraz, dla Ziemi, jest to konieczne.
- Inne kolonie nie próbują iść w ślady Absolomu?
- To było ze czterdzieści lat temu! – przypomniał Dawt – Flota zdążyła poustawiać swoje okręty wszędzie tam gdzie coś takiego mogłoby się powtórzyć. Oto jaką flotę obronną sobie wyhodowaliśmy, na własnej piersi, własnymi, kolonialnymi rękoma, przez te czterysta lat! – Dawt znowu się zdenerwował – Ale to nie potrwa wiecznie. Pierwsza dziura już się pojawiła.
Dopiero pierwsza, pomyślał. Potrzeba by było takich ze sto by Rząd zaczął się uginać, lecz jeśli to wszystko była prawda, zmiany już się dokonywały, na jego oczach.
To potrwa, wiedział to. Tkwił w tym po czubki uszu. Flota powstała dzięki takim ludziom jak on. Tak samo koloniści. Opłacali jej utrzymanie ze swoich podatków, wydobywali rzadkie metale potrzebne do ich urządzeń, zasilali te okręty i żywili ich załogi, bo tak im kazali. Wszyscy byli winni, wszyscy musieli to robić. Gdyby odmówili, znaleźliby się inni na ich miejsce. Podziemie próbowało rewolucji – i przegrało.
Wilan rzadko kiedy patrzył na swoją pracę w ten sposób – że ktoś i tak to zrobi – lecz czasem tak o tym myślał. Czy to miało być wytłumaczenie na to że przykłada do tego rękę? Mało przekonujące, uznał, lecz z czegoś musiał utrzymywać rodzinę.
- A negocjacje?
- Trochę się ciągną, prawda? Absolom chce uzyskać gwarancję że Ziemia że nie zareaguje gdy zacznie produkować własne okręty. Ziemia próbuje zyskać na czasie, ale nie może się wykręcać wiecznie. I bez jej zgody koloniści zaczną budować okręty, o ile już tego nie robią.
Kolonialne okręty wojenne? Taki wyścig zbrojeń z góry był skazany na porażkę. Koloniści musieli zdawać sobie z tego sprawę.
- Niby jak chcą to robić, bez dużych stoczni, bez przemysłu...?
- Na tym się nie znam – Dawt wzruszył ramionami – Ja zacząłbym od małych kosmolotów obronnych, by zwolnić te duże z obowiązków utrzymania obrony. Czuję że kiedyś im się przydadzą. Absolom chce czegoś więcej niż tylko uznania niepodległości. Chce by Ziemia ją respektowała.
- Tylko dlatego że zdobyli kilka okrętów? To śmieszne!
- Nie dla nas – Dawt obruszył się – Ale okręty to nie wszystko. One tylko powstrzymują Flotę przed odwetem. Gdy doszło do bitwy, wiele kolonii pogrążyło się w zamieszkach. To bardzo pomogło Absolomowi. Nawet dziś kolonia ma zbyt szerokie poparcie by Ziemia mogła je zlekceważyć. Inne kolonie mogą pozostawać pod rządami Ziemi, lecz wiedzą jak sprawić kłopoty. Żeby stworzyć grupę zdolną pokonać flotę Absolomu, Flota musiałaby pozostawić kilka światów bez opieki. Czym to się skończy, wiadomo – znowu pochylił się w jego stronę i bardziej ściszył głos – Wil, tamto zdarzenie to niemal legenda, symbol walki o niepodległość kolonii! Teraz sprawa może przycichać, bo nic się nie dzieje, lecz nigdy nie wygaśnie. Ucz się z historii, Wil. Ona jest najlepszą nauczycielką.
- Lecz ma najgorszych uczniów – przypomniał – Czy Absolom wspomaga nasze Podziemie? 
- Nic mi o tym nie wiadomo – Dawt z dezaprobatą pokręcił głową – Oficjalnie Absolom wspiera wyłącznie legalne organizacje Wolnego Kosmosu. Metody walki Podziemia... Nie dość że są nieskuteczne, to jeszcze prowokują do odwetu. Rządowa propaganda wiedziałaby jak to wykorzystać. Prawda, Podziemie jest źródłem większości naszej wiedzy o ciemnych sprawkach Rządu, lecz... wcześniej przechodzi przez wielu pośredników. Bezpośrednie kontakty byłoby politycznie kłopotliwe. Absolom potrzebuje spokoju by poukładać sprawy z Ziemią, zanim jakiemuś admirałowi nie strzeli coś do głowy.
Dawt miał rację. Rok bez kilku zamachów w Układzie był rokiem nienaturalnego spokoju. Gdyby któraś kolonia miała z tym coś wspólnego...
- Dobra, Absolom ma powody by rozmawiać z Ziemią, lecz Ziemia...?
- Też ma swoje powody. Na Absolomie znajduje się baza przeładunkowo-remontowa zdolna obsłużyć nawet bardzo duże skały, a takich baz jest bardzo niewiele. W dodatku to duży punkt przeładunkowy na trasie do dziesiątków kolonii na Peryferiach, wraz z rozbudowaną infrastrukturą. Mówiłem, że Absolom był węzłem w sieci transportowej, prawda? – Wilan przytaknął – Ten węzeł jest tak ważny że nawet podczas bombardowania Flota nie ważyła się tknąć palcem czegokolwiek co było z tą bazą związane. Wszystkie stacje orbitalne i doki pozostały nienaruszone. Odbudowa, przeorganizowanie szlaków... To zajęłoby dekady!
Transport między koloniami odbywał się wahadłowo, to wiedział każdy. Największe statki kursowały po stałych trasach, rozwożąc towary w gigantycznej Sztafecie, przypominającej system miotaczy w Układzie. Co by się stało gdyby nagle jeden miotacz znikł z mapy połączeń? Stworzenie obejścia na międzygwiezdnych szlakach poszłoby w dekady, zburzyło rozkład połączeń w całym regionie, stworzyło opóźnienia nie do nadrobienia.
Czy gdyby Absolom nie był taki ważny, Flota działałaby tam inaczej? Wszystko mogłoby się skończyć po staremu – kolejny nic nie znaczący bunt... To, co pomogło kolonistom się obronić było tym, czego chciał Rząd.
- Absolom jest obłożony embargiem – przypomniał informację z wiadomości – Pomińmy kwestię tego jak zdoła je wytrzymać. Jaka kolonia w takich warunkach może działać jako węzeł transportowy?
- Delikatna sytuacja, prawda? Dlatego negocjacje tak się przeciągają. Żadna ze stron nie chce się poddać i każda ma dobre argumenty. W diabła kłopoty z tym wszystkim. Ziemia liczy że wygra ekonomią, lecz marne ma na to szanse.
- Ja to widzę inaczej. Absolom to tylko kolonia, nawet jeśli ma rozbudowany przemysł. Nie zrobi wszystkiego sama, jest zależna od Ziemi. Niech sobie buduje okręty, i tak nie będzie miała skąd wziąć nowych reaktorów. Absolom walczy o pusty przepis!
Rząd mógł robić wiele rzeczy, lecz życie nauczyło Wilana jednego – zwykle nie kłamie, za to często mówi półprawdę lub pozostawia niedomówienia. Niby wychodzi na to samo, lecz istniała pewna subtelna różnica, którą potrafił dostrzec. Na przykład Absolom – jedna wielka półprawda, w dodatku bardzo subiektywna. Kolonia rządziła się sama lecz, czy tego chciała czy nie, wciąż była zależna od Ziemi, jej produkcji i dostaw – dość by dla Rządu pozostać ledwie zbuntowaną kolonią. Pokrętna logika, lecz trudno było odmówić jej spójności.
- Tyle teoria – Dawt uśmiechnął się tajemniczo – Nie byłem na Absolomie od ponad stu lat, wtedy wszystko było tam... normalnie, w nienormalnym znaczeniu tego słowa, lecz z tego co słyszałem, życie w kolonii nie pogorszyło się od tego czasu nawet o grubość włókna.
- Przemytnicy?
- Przemytnicy, niezależni handlarze, czy, jak to nazywamy, międzysystemowe lądowania awaryjne... – Dawt puścił oko do Wilana – To wszystko robi swoje. Pomagamy jak możemy. Absolom, Wil, to dobry przykład że Ziemi coraz więcej przecieka przez palce.
Cóż, reaktory akurat nie przeciekają.
Dawt mówił i zachowywał się jak kolonista z krwi i kości. Wilan długo walczył z myślami, nim uznał że warto spróbować. Był w takim stanie że zrobiło mu się wszystko jedno.
- Słuchaj, Dawt – odezwał się gdy technik zaczął sączyć napój – Mam problem. Nie miałbyś skąd... Może masz na statku zapas...
- Tak? – Dawt spojrzał na niego czujniej. Wilan odwrócił lekko głowę. Nie patrz w prawo, powtarzał sobie, a jednak patrzył. Tego głupiego odruchu nigdy nie zdołał opanować. Marny byłby ze mnie agent, uznał. Nie potrafił zmyślać w żywe oczy.
- Potrzebny mi reaktor – powiedział, siląc się na spokój – model trzydzieści sześć, z serii podstawowej. Komora o rozmiarze pięćdziesięciu. Zapłacę, jeśli trzeba. Nie, to śmieszne – poprawił się, kręcąc głową – masz dość impulsów...
- Nie mów że ty z tych z Podziemia? – szepnął Dawt – Co ty, bombę chcesz składać, czy co?
- Nie! Skądże! Mam stary na wymianę i potrzebuję...
- Pięćdziesiątka? – Dawt w zamyśleniu odsunął się do tyłu – Reaktory podlegają ścisłej kontroli. Każda wymiana...
- Właśnie – powiedział ze szczerą rezygnacją – Wiesz jak to jest.
- A, rozumiem. Problem w pracy, ze sprzętem.
- Jest... był nowy i przepalił się podczas testów – Wilan poczuł że odzyskuje energię – Słuchaj, mógłbyś powiedzieć w dokach... Jeśli macie zapas, powiedziałbyś że wymieniałeś i potrzebujesz nowy bo ten miał wadę techniczną, co?. Zgodziliby się, na pewno.
- Chciałbym ci pomóc, ale nie mogę – Dawt nie wahał się ani chwili – Mamy na pokładzie setki, sto pięćdziesiątki, ale taki mały to pewnie... pewnie do zwiadowców, do sond, albo... Takich miniaturek pełno na Peryferiach, tam większość skał jest mała, ale tu, w Układzie... – pokręcił głową – Nasz transportowiec jest całkiem spory.
Nie musiał mówić więcej. Duży statek to duże reaktory, a im większy reaktor, tym częściej szły impulsy grawitonowe, ściskające plazmę do zapłonu. Częstotliwość pracy nie pasowałaby do już założonych cewek. Zupełnie jakby próbował wepchnąć kciuk w ucho. Wszystko poszłoby w próżnię.
Rozmawiali jeszcze przez godzinę, choć już nie o koloniach. Żegnając się, obaj byli przekonani że więcej się nie spotkają. Razem wyszli na korytarz i rozeszli się, każdy do innej windy. Dla Wilana rozmowa z Dawtem była niczym requiem dla całego przedsięwzięcia.
Wciąż było dość wcześnie. Wciąż mógł zrobić to co zaplanował w dniu gdy zrezygnował z sekretnej pracy nad statkiem.

* * * * *

Arto spodziewał się różnych rzeczy po swoich rodzicach, lecz nie tego że po powrocie do domu zastanie ich w eleganckich ubraniach. I to kiedy – wieczorem! Spojrzał na zegarek, nie wierząc własnym oczom. Ojciec, w domu, o tej godzinie?
- Wychodzicie? – spytał, stając w korytarzu.
Ojciec, z pomocą matki, nakłaniał układ kontroli rozmiaru garnituru do zaakceptowania mniejszej szerokości w pasie. Kiedy ostatni raz go nakładał? Arto nie pamiętał. Dość, by garnitur znowu stał się modny. Układy elektroniki, dopasowujące rozmiar odzieży, pracowały swoim stałym rytmem, próbując przewidzieć jak zmieniała się postura jego właściciela. Niestety, rzeczywistość tylnej części szafy różniła się nieco od tej prawdziwej. Taki drogi krój, a prawie nieużywany... Co za strata impulsów.
- Wychodzimy – przytaknął ojciec – Na cały wieczór. Dasz sobie radę, synku?
- Jasne – uśmiechnął się, obserwując upór z jakim ubranie powracało do starego wzorca – Żaden problem.
- Wszystko masz gotowe – matka ruszyła ojcu na pomoc – Musisz tylko...
- Dam sobie radę, mamo – zapewnił – Bawcie się dobrze.
Skierował się na schody.
- Zaczekaj, młody człowieku – zatrzymał go ojciec – Mam coś dla ciebie. Nie ruszaj się stąd!
Delikatnie wyrwał się matce, wyminął syna i wszedł na górę. Arto poczuł podniecenie. Ojciec zawsze tak do niego mówił, gdy miał dla niego podarek. Wiedział że Arto rzadko interesowały rzeczy które można było kupić. To musiało być coś ze stoczni, ze statku.
Schodząc, ojciec trzymał coś w zaciśniętej dłoni.
- Tym razem to coś specjalnego – powiedział – Lepszego niż moduł cewki.
Podrzucił przedmiot lekko w górę. Arto złapał go w powietrzu. Z niedowierzaniem obejrzał parocentymetrowej wielkości wielościan.
- To... Prawdziwy procesor?
- Część mózgu gwiazdolotu – zapewnił ojciec – Uszkodzony, ale prawdziwy.
To nie było ważne. Gdyby był sprawny, ojciec nie mógłby go wynieść. Prawdziwa część gwiazdolotu, jeden z czterech równoległych procesorów, obliczający kurs, przeliczający pomiary, nadzorujący automaty pokładowe, generujący niezliczone sztuczne światy dla astronautów... Na całej stacji było ich może ze sto; połączone w sieć, tworzyły jej rozproszony mózg. W porównaniu do mikroprocesorów, obecnych w każdym urządzeniu, procesor był niczym gwiazdolot przy kosmolocie.
- Podoba ci się? – spytał ojciec.
- Świetliście! – zawołał, nim zdołał się powstrzymać. Rodzice nie lubili gdy przeklinał – Przepraszam. Bardzo! Dzięki, tato!
Ojciec wrócił do matki, pozwalając by kontynuowała walkę z garniturem. Dzieliła uwagę po równo między strój i spojrzenia posyłane w kierunku obiektu zachwytu Arto. Obojętność, jaką starała się obdarzać tę niewielką, regularną bryłę plastiku, była udawana.
- Nie popełnij jakiegoś głupstwa – powiedziała do ojca, kończąc zapasy z garniturem.
- Mówisz o tym drobiazgu? Kochanie, ten procesor został pozbawiony rdzenia i spisany na dekompozycję. Jest całkowicie bezużyteczny. Inaczej nie pozwoliliby mi go wynieść. Wszystko zgodnie z przepisami. I nie nadużywam swoich uprawnień – dodał po chwili – Śmieci można wynosić.
Mrugnął do syna. Arto uśmiechnął się. Pogładził palcem jedną ze ścianek procesora. Wiedział że każda z nich jest podziurawiona niewyczuwalnymi otworkami, cieńszymi niż średnica kociego włosa. Do każdej z nich mocowano złącze z milionami wypustek cieniutkich włókien optycznych, przesyłających i wyprowadzających dane. Procesor dokonywał wstępnych obliczeń w centrach wyjścia, lecz właściwe obliczenia opierały się o procesy kwantowe, zachodzące w usuniętym rdzeniu. Światło z włókien optycznych było tylko jednym z nośników informacji – tej najważniejszej, odpornej na zakłócenia.
Nie wątpił, ten procesor musiał być choć na chwilę podłączony do systemów statku, nim wykryto w nim usterkę. Może nawet powstała ona w wyniku jakiegoś wypadku, lub przeładowania sieci? Gdyby zepsuł się wcześniej, nie dotarłby do stoczni, wyrzuciliby go magazynierzy. Teraz będzie najważniejszym eksponatem w jego kolekcji części.
Rodzice, mimo kłopotliwego stroju, byli podekscytowani. Ironia losu. W domu wszystko układało się doskonale. Rodzice znów wydawali się szczęśliwi. Rzadko kiedy byli tak blisko siebie – a on, choć chciał, nie mógł się z tego cieszyć. Żaden prezent nie mógł sprawić by zapomniał o tym co miało nadejść, czy o kłopotach w szkole. Może to ich ostatnie wyjście przed ucieczką? Może dlatego ojciec przypomniał sobie że jest ojcem? Poczuł żal, jak gdyby już ich stracił. 
- Coś mi się zdaje że wiem o czym myślisz – do rzeczywistości przywrócił go głos ojca – Spędzamy ze sobą za mało czasu. Wiesz co? Masz rację! Ja i mój ojciec, w twoim wieku...
- W porządku, tato – odparł – Taką masz pracę.
- Pracę! Najgorsze już minęło. Jeszcze kilka tygodni i skończymy. Praca to także urlop, nawet jeśli raz na jakiś czas. Nie zapominaj o tym.
Jeśli do niego dotrwam, pomyślał Arto. Ojciec znów wchodził w okres winy za to że nie postępuje jak prawdziwy rodzic. Pojawiał się niezmiennie pod koniec pracy nad każdym statkiem. Potem gdzieś wyjeżdżali, jak większość ludzi z sektora. Stocznia była tu głównym zakładem pracy, dyktowała rytm wypoczynku. Przerwy w budowie zwalniały z pracy większość inżynierów. Nie byli potrzebni, nie było po co im płacić. Na czas przygotowań sektor opuszczało ćwierć jego mieszkańców. Nadchodził czas urlopów i wakacji.
Przeważnie nie lubił miejsc do których wtedy trafiali. Rodziców zawsze ciągnęło w pobliże powierzchni planet. Magnograwiony zwiększały ich ciężar, urlop był z za krótki by się ich pozbyć, więc siłą rzeczy wybór często padał na Księżyc. Arto nie czuł się dobrze na powierzchni. Nie było aż tak źle jak na Ziemi z WIR-u – zwykle siedzieli w jakimś kompleksie wypoczynkowym, a wychodząc na zewnątrz ubierali się w skafandry turystyczne, dzięki czemu nigdy nie czuł się tak nagi wobec próżni jak na wirtualnej Ziemi. Niedogodności z nawiązką rekompensowało uwolnienie się od szkoły. Raz na jakiś czas rodzice załatwiali mu chwilę spokoju. Opiekunka nie miała tu nic do powiedzenia.
Niemal westchnął gdy uświadomił sobie że będzie to drugi urlop odkąd poszedł do szkoły. Wtedy przerwa była krótka, ledwie kilka rozjaśnień wolnych od pracy. Przygotowania do budowy wykańczanego obecnie gwiazdolotu nie były ani długie, ani skomplikowane – asteroida łatwo i szybko została doczepiona do doku stoczni. Drążono ją gdzie indziej, gwiazdolot był mały, więc i pracy niewiele. Nie było dość czasu by wyjechać, jednak szkołę zamknięto. Źle wspominał ten okres. Odpoczynek od szkoły sam w sobie był dobry, lecz nie wiedział co zrobić z tak nagle otrzymanym wolnym czasem.
Tym razem to było coś więcej. Tym razem uciekali.
- Arto, mam pomysł – ojciec podszedł i położył dłoń na jego barku – Co powiesz na kilka godzin WIR-u? Mogę spróbować coś załatwić.
- Tato, nie trzeba – odpowiedział – To się nie uda. Na stacji nie ma terminali dla dzieci.
- Nie ma? – zaskoczenie ojca było szczere – Na Ziemi jest ich pełno.
- To przez perceptory, kochanie – wyjaśniła matka – Zżerają całą moc obliczeniową sieci.
- Perceptory! – ojciec machnął ręką – Z jakiej okazji dzieci mają cierpieć za garstkę idiotów?
- Zagrożenie jest realne. Pamiętasz co...?
- Sieć można rozbudować. To żadne wytłumaczenie. Nie zarabiam dość by mój syn coś z tego miał? Arto, nie chciałbyś mieć prywatnego terminalu, w domu?
- To kosztuje majątek! – zaprotestował Arto. Nie to żeby o tym nie marzył, ale był realistą. Cena za terminal była niczym w porównaniu do opłat za stały dostęp do mocy obliczeniowej sieci. Bał się też troszkę że zacznie przesiadywać w domu, zamiast zajmować się sprawami grupy. WIR wciągał. Spadliby w hierarchii...
- Nie tak wiele jak myślisz. Są prostsze modele, dla prywatnych osób. Mam uprawniony dostęp do sieci, a jak to będzie mało, zawsze mogę dokupić dodatkowe pasmo.
Naprawdę mógł to zrobić. Arto poczuł strach. Taki prezent oznaczał że ucieczka nastąpi szybciej niż przypuszczał.
- Wspaniale – zauważyła matka – Zamiast z kolegami, zacznie przesiadywać w komputerze.
- Zastanów się nad tym, młody człowieku – ojciec skierował się do drzwi.
Rodzice wyszli. Nie chcę terminalu, pomyślał, chcę was! Ale o wiele bardziej chciał by im się udało. Gdy odlecą, WIR niewiele mu pomoże.

* * * * *

Ene po cichu liczyła że jej mąż spełni swoją obietnicę i wróci wcześniej z pracy, lecz to było coś więcej. Już dawno nie zachowywał się tak tajemniczo. Przygotował wszystko. Pojechali prosto na promenadę, do jednej z najlepszych restauracji na stacji – zarazem jednej z najdroższych. Oaza zbytku i luksusu, zważywszy że wystarczyło wejść do WIR-u, by zaznać tych samych odczuć za o wiele mniejszą cenę. Restauracja była raczej symbolem, podkreśleniem statusu, niż sposobem na randkę czy poszukiwaniem kulinarnych rozkoszy. Wciąż zatrudniano w nich żywą obsługę – miła odmiana od automatów, sprzedających wszystko, od drobiazgów aż po jachty wycieczkowe. Lecz nawet tu dyskretna obsługa elektroniki pozostawała aktywna, choć zręcznie zamaskowana. Poznała to jak tylko przestąpili próg automatycznie otwieranych drzwi. Prowadzący ich kelner podszedł do nich w milczeniu, ukłonił się i bez jednego słowa usłużnie zaprowadził do zarezerwowanego stolika. Bez zdalnego, automatycznego odczytania ich identyfikatorów – oraz stanu konta, Ene była tego pewna – nie mógłby wiedzieć z kim ma do czynienia.
Siadając, rozejrzała się po wnętrzu lokalu. Znów czuła się jak podczas pierwszych lat na stacji. Znała ulubiony styl swojego męża, lecz wystrój odpowiadał temu, w którym to ona czuła się najlepiej. Wyjątkowy klimat uzyskano umiejętne manipulując przestrzenią, w połączeniu z grą świateł w półmroku i dyskretnie, lecz widocznie rozmieszczonymi, miłymi dla oka kryształami, rozpraszającymi lub wzmacniającymi odczucie światła i głębi. Klasyczny styl późnej epoki podboju kosmosu, zrodzony na stacjach zewnętrznych, u schyłku Pierwszej Fali Emigracji, w czasach gdy były one stylem życia, a nie, jak dziś, jedynie rzadko odwiedzanymi muzeami dawnej świetności obecnych węzłów transportowych. Nie umiała powiedzieć czy lubi ten styl za to czym był, czy za to że reprezentował epokę kojarzącą się jej z lepszymi czasami.
Z trzech stron otoczyła ich projekcja, kryjąc przed resztą gości. Technologiczna iluzja wycięła ich z ograniczonej przestrzeni lokalu, przenosząc pod okno jednej ze starożytnych stacji, z widokiem na pokrytą kraterami lodową powierzchnię. Na środku stolika zapłonęło światełko. Końcówka lampy, stylizowanej na prawdziwą świecę – nawet materiał obudowy przypominał w dotyku wosk – zapłonęła niewielką ognistą kulą, pulsującą niczym żywa istota w lekkich, niewyczuwalnych podmuchach dyskretnie rozmieszczonej wentylacji. Znaleźli się w innym miejscu, w innej epoce – choć nie do końca.
Na stacji panowała swoista atmosfera ni to przygnębienia, ni swobody. Każdy kto tu trafił przyznawał że coś wisiało w powietrzu, coś ulotnego, niekoniecznie groźnego, lecz wyczuwalnego. Żyjąc tu przez jedenaście lat, człowiek przestawał zwracać na to „coś” uwagę, lecz atmosfera odcinała na nim swoje niewidzialne piętno. Niektórzy obwiniali o to wszechobecne perceptory i nieustanne zagrożenie ze strony Podziemia, inni – świadomość życia z groźnym sąsiadem – kosmiczną próżnią, oraz podświadomą myślą ile to pocisków dzień w dzień przemyka w ich stronę. Większość winiła sztuczność środowiska, ciążenia, a nawet sztuczne powietrze, wypalane codziennie we wnętrzu reaktora. Co by to nie było, sprawiało że zaskoczenie niespodziankami – a niespodzianka Wilana była niezwykle miła – niełatwo przebijało się do jej świadomości, utrudniając wczucie się w nastrój. Utrudniając, lecz nie umożliwiając, pomyślała, czując jak udziela się jej atmosfera miejsca.
Efekt wzmocniło pojawienie się kelnera z parą staroświeckich list dań i win, w postaci oprawionych w prawdziwą skórę książeczek z programowanego papieru. Nawet nie pamiętała kiedy ostatni raz miała w ręku coś takiego. Pozwoliła Wilanowi zająć się wszystkim.
- Wiem, daję się pochłaniać pracy – powiedział, gdy kelner odszedł – Moja wina. Zaniedbywałem was, ale nigdy nie zapominałem. Zrobię wszystko by choć kilka rzeczy zmieniło się na lepsze.
Uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Wilan nigdy nie czuł się dobrze z koniecznością odłożenia rodziny na drugi plan.
- Od teraz wiele się zmieni – obiecywał – Wkrótce skończymy pracę nad statkiem. Pozostały same formalności, nadzór nad zespołem i takie tam... Zacznę wracać wcześniej. Może szef pozwoli mi na wcześniejszy urlop.
Wyłaził ze skóry by wynagrodzić jej dotychczasową samotność. Czy miał powód? Wiedziała że nie robi tego wszystkiego dla siebie. Kochał ją, na swój męski sposób, zapewniając im byt na poziomie o jakim wielu mogło marzyć, zapominając że odbiera jej tym coś cenniejszego niż impulsy. Nie, zaprzeczyła szybko, nie jestem jak inne kobiety. Nie oczekuję od niego rzeczy których mężczyźni nie potrafią zrozumieć. Już się przyzwyczaiłam. Chwile jak ta, choć tak nieliczne, gdy przypominał sobie o jej potrzebach, potrafiły sprawić że zapominała. Wilan był tylko mężczyzną, niezgrabnym w okazywaniu uczuć.
Wilan czule, delikatnie objął jej dłonie i spojrzał w oczy. Zauważył jej zamyślenie.
- Tam mało czasu wam poświęcam... – powtórzył.
- Taka praca – powtórzyła słowa syna. Oto dlaczego byli razem, dlaczego urodził się Arto. To była miłość, choć na co dzień skryta pod prozaicznymi obowiązkami dnia codziennego i niespełnionymi marzeniami. Zaledwie w tych rzadkich chwilach gdy wszystkie sprawy układały się na dzień, tydzień czy miesiąc, jej męża stać było by znów być takim jak teraz, jak dawniej. Jej radość była podwójna, z trwałości ich wzajemnego uczucia i świadomości iż kłopoty w pracy, jakie by nie były, przeszły do historii. Stabilna wyspa na oceanie życia, choć na kilka dni. Nie tylko dla nich.
- Kiedy ostatni raz byliśmy na Księżycu? – spytała szeptem – Arto był wtedy taki mały. Pamiętasz, ledwo był w stanie iść prosto w swoim skafandrze.
- Był za ciężki jak na jego wiek – przyznał Wilan – nawet jak na Księżyc.
Uśmiechnęli się.
- Wciąż pamiętam przepaść i twój upór – wspomniała. Za to lubiła go najbardziej. Wilan nigdy się nie poddawał.
- Za pierwszym razem zabrakło mi ledwie dłoni do krawędzi – Wilan uniósł dłoń w górę.
- Ale wróciłeś i spróbowałeś jeszcze raz.
- Mówiłem ci że dam radę. Dzięki niech będą nauce za plaszkło i elastal.
Równie cichy i milczący jak zawsze, kelner przyniósł pierwsze zamówienie. Homar, przyrządzony zgodnie z dawną recepturą, bez tych wszystkich nowoczesnych enzymów, był wprost nieprzyzwoicie luksusowy. Ziemskie oceany już wieki temu przestały być zdatne do życia dla istot większych od małego paznokcia. Płytkie wody Wenus, nawet te na biegunach, były zbyt gorące dla homarów, zaś na industrialnym Marsie, od początku przeznaczonym pod rozległe miasta, nigdy nie stworzono dużych zbiorników wodnych. Był pierwszą planetą poddaną terraformingowi; zrzucanie komet dla uzupełnienia ilości wody – dziś normalna procedura przy ożywianiu światów – było zbyt kosztowne dla ówczesnych prymitywnych technologii. Jakże długą drogę musiało przebyć to stworzenie by trafić na ich stół. Z kolonii, krążącej wokół odległej gwiazdy, zakonserwowane, zawędrowało aż na wiszącą nad Ziemią stację. Niemy znak ich czasów.
Wilan sięgnął po butelkę, by nalać do ich kieliszków ostre, wenusjańskie wino. Nie wyszedł z wprawy. Nie wiedziała czego dodawali do tej gęstej cieczy – zgadywała że spora waga kieliszka, jak i samej butelki, ma z tym coś wspólnego – jednak efekt był cudowny – wino zachowywało jakby byli na Ziemi. Z tą różnicą że na Ziemi za tę samą butelkę – na kosmos, prawdziwą plaszklaną butelkę, nie jakiś prostacki, plastikowy worek! – w lokalu o podobnym poziomie obsługi, zapłaciliby ćwierć tej ceny. Takie sztuczki robiono tylko z naprawdę drogimi napojami.
Delikatnie stuknęła palcem w napełniony kieliszek, obserwując kręgi na powierzchni wina. Czas Ziemi, czas młodości... Chwila odpoczynku od kuchni nieważkości, czasem zwanej złośliwie, ze względu na surowość ograniczonych środków i technik, kuchnią marsjańską.
Wilan spojrzał na kieliszek.
- Co tam Księżyc – powiedział nagle – Co powiesz na Wenus? Mogę wziąć dłuższy urlop. Sprawy materiałowe, ustawianie doku, stawianie rusztowania pod płyty kadłubowe... To zajmie miesiąc, może dwa. Rubio mnie zastąpi.
- Wenus? – spytała, na wpół zamyślona.
- Zawsze chciałaś ją odwiedzić. Może teraz...?
- Może teraz... Ale co z wami? Arto słabo znosi planety i duże, otwarte przestrzenie. Nawet na Księżycu nie czuje się najlepiej. Ty nienawidzisz upałów... a w skafandrach nie byłaby to żadna przyjemność. Zanim pozbylibyśmy się obciążenia, musielibyśmy wracać.
- Słyszałem że nad jedną z plaż zbudowali sieć magnetyczną, niwelującą ciężar magnograwionów. Wszystko zrobione jest z cienkich włókien, podwieszonych pod napowietrzną kafejką. To mogło by być interesujące.
- Może...
Wielkie, ciepłe morza biegunowe... Zawsze chciała je zobaczyć. Woda była tam wciąż czysta, można było pływać nie martwiąc się o skórę. Zanurzyć się w wodzie jeszcze raz, jak dawniej poczuć ją wokół siebie, całym ciałem... wszyscy razem, na wenusjańskiej plaży. Westchnęła cicho. Odzyskała męża – na jakiś czas. Nawet najromantyczniejsza kolacja, nawet dziesięć takich kolacji, nie odmieni jej życia. Praca była zbyt potężną konkurentką. Musiała nauczyć się z nią dzielić. Czasem czuła że cokolwiek zrobi, wszystko staje się coraz bardziej żałosne. Dziś, teraz, mogła o tym zapomnieć, choć na chwilę.
- Moglibyśmy zabrać kolegę Arto – powiedziała – Sam nie czułby się tam dobrze, a Norrensonów nie stać na takie luksusy. Myślisz że zgodziliby się dać synowi prawdziwe wakacje? Na pewno się ucieszą że będzie miał okazję...
Urwała, wyczuwając u męża lekkie napięcie.
- Coś się stało? – spytała z wahaniem – Nie chcesz by...?
Wilan potrząsnął głową, jakby wyrzucał z niej myśli. Lub jedną, konkretną myśl.
- Lerszen to dumny człowiek – powiedział dziwnie ostro – Dumny i honorowy, choć ubogi. Nie wiem czy się zgodzi. Różnie może o tym pomyśleć...
- Przekonam go, przez jego żonę. Chłopcy stali się niemal nierozłączni. Dziwię się że Arto nigdy nie przyprowadził Iwena do naszego domu.
- Myślisz że się wstydzi naszej pozycji? – Wilan uniósł brwi – W jego wieku...?
- Nie wiem. Nigdy nie byłeś w ich mieszkaniu. Nie widziałeś jak... Arto nigdy nie miał tak bliskiego przyjaciela. Nie psujmy tego wyjazdem.
- O ile sami tego nie zepsują, w areszcie – zauważył mimochodem.
Ene spojrzała na męża, nie wiedząc czy żartuje czy mówi poważnie. Chciał czy nie, jednak naruszył rodzący się między nimi nastrój.
- Och, daj spokój. To tylko wygłupy. Żaden z nich nie jest przestępcą i nigdy nie będzie. Nasze w tym głowy. Sami nie byliśmy lepsi.
- Byliśmy starsi. Wiedzieliśmy co nam wolno – wzniósł lekko widełki, celując nimi w stół – Zaczyna się od głupstw, a kończy w kopalni. Nieważne. Nie mówmy już o tym – uciszył ją, widząc że otwiera usta – Jeśli Norrensonowie się zgodzą, nie będę się opierał.
Dłuższą chwilę jedli w milczeniu. Ene niemal widziała jak Wilan przeklina się za niepotrzebne uwagi. Popełniał błędy, ale ona także. Zwłaszcza jeden był nieporównanie gorszy od wszystkich innych. To było dawno, tłumaczyła sobie, z samotności. Nie byłam przyzwyczajona, nie rozumiałam wszystkiego. Wilan nigdy jej nie zdradził. Nie miał czasu, to prawda, był wiecznie zapracowany, a gdy wracał do siebie, był taki jak dziś – lecz jej poczucie winy kazało jej wierzyć że nie zrobiłby tego, nawet gdyby miał czas i okazję.
Wilan wyczuł jej emocje, choć ich nie rozumiał.
- Przepraszam – powiedział – Nie powinienem o tym wspominać. Nie teraz.
- Nie, to tylko ja – uśmiechnęła się – To nieważne. To tylko wspomnienia.
Tym razem ich milczenie było pozbawione napięcia czy niezręczności. Nastrój powrócił. Cisza wydawała się jej lepsza od najlepszych słów – do chwili gdy usłyszała cichą, znajomą melodię, dochodzącą z sali tanecznej. Spojrzeli na siebie. Wolne, romantyczne tony przypomniały im ich trzecie spotkanie, gdy Wilan spóźnił się straszliwie. Wychodziła, gdy pojawił się na skrzyżowaniu. Dotąd ją gonił, aż zgodziła się wrócić. Zawsze był uparty.
Uśmiechnęli się do siebie, jak w czasach gdy myśl o przeprowadzce na jakąkolwiek stację wydawała się zbyt fantastyczna. Wstali i przeszli do sali obok.

* * *

Wieczór był długi niczym dzień, przepełniony romantyzmem i miłymi wspomnieniami, lecz jak wszystko, musiał się skończyć. Wilan sam się dziwił jak tyle godzin mogło im minąć w krótkim, zdawałoby się, czasie. Wyszli jako jedni z ostatnich gości, rozbawieni, śmiejąc się jak para nastolatków. Ene znów była szczęśliwa jak dawniej, na Ziemi. Nie sądził że wciąż potrafili tak dobrze się bawić – a może to było wino?
Dawnym zwyczajem prowadził żonę pod rękę, w stronę wind. Oboje milczeli, więc oddał się niespokojnym myślom. Nie martwił się o Arto. Chłopiec wiedział jak sobie poradzić. Było późno, pewnie już dawno był w łóżku, lecz sen miał lekki. O wiele bardziej obawiał się swojej reakcji na propozycję Ene wobec jego kolegi, Iwena. Niemal pozwolił by jego prywatne obawy wpłynęły na ich relację! Jak łatwo by mu przyszło zabronić synowi spotykać się z nim, jak łatwo mu było go w to wciągnąć... Czy jako ojciec powinien go aż tak ograniczać, by chronić? Ale Lerszen może być niebezpieczny, usprawiedliwił się. Nie wiedział już co o tym myśleć.
Arto czasem dziwnie się zachowywał. Miał pragnienia jakich nie spotykał u swoich rówieśników ze szkolnych czasów. Czasem z obawą myślał że są zbyt dojrzałe, a czasem odczuwał satysfakcję iż syn tak szybko wyrósł z dziecięcych głupstw. Jego kolekcja części od gwiazdolotu... Gdy Wilan był w jego wieku, chłopcy marzyli tylko o tym by zostać graczami w rakietopiłkę – sport bardzo ekskluzywny, ze wszech miar wyczynowy, ale i niezwykle popularny. Zawodnicy niezmiennie wzbudzali westchnienia u płci przeciwnej, zaś liga zawodowców przyciągała do projektorów rzesze kibiców – lecz na Ziemi można było o tym jedynie pomarzyć. Przeprowadzając się na stację liczył że znajdzie tu liczne sale treningowe. Wystarczył prosty, niewielki silnik o małej mocy i trochę ekranowanej przestrzeni by godzinami uganiać się za piłką. Lecz na stacji odkrył że mało kto, poza dorosłymi, interesuje się sportem. Jakkolwiek wyglądało to dziwnie, tu wszystkie dzieci, nawet wiele dziewczynek, chciało zostać pilotami.
Może i stacja czyni dzieci silniejszymi, bardziej dorosłymi i odpowiedzialnymi, pomyślał już wtedy, lecz nie zachęca ich do uprawiania sportu. Jakiegokolwiek.
Znajomy głos zwrócił jego uwagę. Na jednej z dalszych ławek, pod drzewami, siedział jakiś mężczyzna. Ubranie miał w nieładzie, zachowywał się bardzo głośno, zwracając uwagę wszystkich przechodniów. Wilan przyjrzał mu się baczniej, ze zdziwieniem odkrywając iż zna tego człowieka.
- Kochanie... czy to nie Hemul? – spytała Ene – Wiesz... to dziwne, ale dawno nie widziałam jego żony.
Wilan ostrożnie wysunął ramię spod jej ramienia.
- Zobaczę o co chodzi – obiecał – Nie czekaj, wrócę sam.
Ene z ociąganiem spełniła jego prośbę. Idąc w stronę windy wciąż oglądała się do tyłu. Wilan ruszył w stronę ławki. Już dawno powinien się zainteresować co się dzieje z Hemulem. Tyle lat pracowali razem. Zbyt łatwo pozwolił sobie zapomnieć.
Kilka metrów od celu silny zapach alkoholu potwierdził jego przypuszczenia. Ubranie Hemula było poplamione; wyglądał jak pijak z ubogiego sektora. Wokół krzątały się roje chwytaczy wody, zbierając kulki cieczy bezwiednie wyciskane przez Hemula z na wpół opróżnionego worka. Gdyby były żywymi istotami, byłyby równie pijane jak sprawca tego bałaganu. Kilka pustych worków leżało porozrzucanych w nieładzie na ławeczce i w jej bliskim sąsiedztwie. Świeżo wyrzucony z baru, to było widać. Na promenadzie był to widok rzadki, lecz nie był niczym niezwykłym.
- Hemul! Hemul! – Wilan pochylił się i potrząsnął go za ramię – Poznajesz mnie?
Hemul odtrącił jego rękę. Uniósł głowę. Próbując utrzymać ją nieruchomo, spojrzał z ukosa na Wilana przez na wpół otwarte powieki.
- A, ty... – zmarszczki na czole wskazywały na intensywne skupienie – W... Wilan! So jest, sze...efie?
- Czas do domu. Dom, rozumiesz?
- Ja nie mam domu! – wybełkotał – Tylko ś...ściany...
- Więc dobrze, idziemy do ścian. Dalej, pomóż mi trochę!
Spróbował poderwać Hemula, lecz ten wysunął się z jego objęć i opadł na ławkę. Bełkotał coś o żonie i dziecku. Jego los nie był do pozazdroszczenia. Jedni w takiej sytuacji topili się w alkoholu – Hemul wkraczał na tę drogę z dobrym skutkiem – inni pogrążali się w wirtualnym świecie, próbując wrócić do przeszłości. Ciężko było powiedzieć który sposób był gorszy. Chyba ten drugi – równie szybko odbierał umysł, co impulsy. Najgorzej było gdy obie rzeczy szły w parze, zwłaszcza z narkotykami. Ciało można było wyleczyć, lecz umysł...
Wilanowi udało się postawić Hemula na nogi, gdy ten nagle zapłonął gniewem.
- A so jaakiego sobiłem? – zaczął się wydzierać – No so sobiłem? Nic! To kieś pot... podorobione shawy! Dlaszego tu estem? Po to natziemio, by to w...szy-tko... ee... szego są ode mnie? Nis więsej... A ona... tesz mi szona! Nie chszała się ze mną pohąszyć, więs usiekła! Chószifa suka...
- Nic nie zrobiłeś. Chodź do domu, poczujesz się lepiej...
- Nie chse... lepiej!
- Pański znajomy? – Wilan odwrócił się. Za nim stała para policjantów. Jeden z nich już coś sprawdzał na podręcznej konsoli. Westchnął. Stacja zawsze wiedziała jak zepsuć mu nastrój, jakby była żywą istotą, karmiącą się ludzkim nieszczęściem, a wszelka radość, choćby najdrobniejsza, przyprawiała ją o torsje.
- Poniekąd – odpowiedział, próbując na powrót usadzić przewracającego się Hemula – Pracowaliśmy razem.
- Panie fadzo... – Hemul uniósł rękę – Jusse idę...
- Niedawno wyrzucony? Rozumiem. Pozwoli pan że się nim zajmiemy...
Wilan już miał im na to pozwolić, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na kiwającym się na boki dawnym współpracowniku.
- Nie. Proszę pozwolić mi się nim zająć. Odprowadzę go – powiedział pod wpływem nagłego impulsu. Czyż Hemul nie miał już dość kłopotów? Miałby zostawić go w rękach policji?
Policjant nie odpowiedział. Spojrzał dziwnie na wyjściowe ubranie Wilana i przeciągnął z niesmakiem wzrokiem po zabrudzonym ubiorze Hemula.
- Mój identyfikator – Wilan sięgnął do kieszeni i podał go oficerowi. Obmacał szybko Hemula, nie znajdując niczego – Hemul zostawił go w domu, ale ja go znam. To Hemul Nejil.
Podał im jego dane i adres. Policjant zdalnie odczytał identyfikator Wilana. Oddał go, pochylił się nad pijanym Hemulem i przytknął jego palec do konsoli.
- Proszę się nim zająć, jak najszybciej – powiedział ten drugi – Ludzie nie przychodzą tu by oglądać takie widoki.
Oczywiście, pomyślał. Od tego mają górne pokłady. Po co robić sobie wstyd przed kolonistami? Szarpnął mocno Hemula w górę, stawiając na nogi. Alkohol wreszcie zrobił swoje; opoj nie stawiał żadnego oporu. Nie było potrzeby prowadzić go do apteki i cucić wstrzykami. Wilan zaprowadził go prosto do windy.

* * *

Z trudem przyłożył rękę Hemula do powierzchni drzwi, lecz te pozostały zamknięte. Prawda, pomyślał, skaner czujnika. Wziął Hemula pod ramię. Wolną dłonią uniósł jego bezwładnie zwisającą głowę, potrząsając lekko.
- Spójrz na czujnik! – powiedział, próbując go ocucić – Otwórz oczy! Dalej, pobudka! Widzisz mnie?
Hemul mruknął coś niewyraźnie i spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem. Wilan obrócił się wraz z nim, wystawiając twarz przed czujnik. Jeszcze raz przyłożył jego rękę do drzwi. Tym razem cicho wsunęły się w ścianę. Wilan wtaszczył gospodarza do środka i posadził na najbliższym fotelu. Hemul padł na niego jak długi.
Uwolniwszy się od ciężaru, rozejrzał się po wnętrzu mieszkania. Hemul mieszkał ledwie jeden poziom wyżej. Wilan był tu najwyżej kilka razy, dawno temu, lecz nawet po tak długim czasie pustka tego miejsca wydała mu się dziwna. Kiedyś to jednopiętrowe mieszkanie było urządzone niewiele gorzej od jego własnego, teraz bardziej przypominało miejsce do którego ktoś się właśnie wprowadza. Sporo rzeczy gdzieś znikło, poznał to po choćby po wgnieceniach na wykładzinie. Brudem zdążyły się zająć automaty, lecz nawet one nie potrafiły poradzić sobie z panującym wszędzie nieładem. Ułożył Hemula na fotelu, z myślą że najprawdopodobniej spędzi na nim całą noc i, być może, sporą część dnia. Uznał że sam też powinien zażyć coś mocniejszego, niekoniecznie w tak dużej dawce, lecz inspekcja lodówki wykazała że Hemul już dawno go ubiegł. Impulsów z pewnością mu nie brakowało; nawet gdyby bardzo się starał, nie przepiłby w tak krótkim czasie wszystkich oszczędności.
Nic tu po mnie, uznał, kierując się do drzwi. Otworzył je, wcisnął blokadę i wyszedł nim się zamknęły. Hemul jest dorosły, sam odpowiada za siebie. Znał go, wiedział że potrzebuje tylko trochę czasu by znów stanąć na nogi. Gorzej że nie bardzo wiedział co wtedy zrobi.

Chwilę potem stanął w progu pobliskiej knajpy. Kiedyś zdarzało mu się ją odwiedzać; dziś... Nawet nie wiedział jak tam trafił, nogi same go tu sprowadziły. Skoro już tu był, postanowił zatrzymać się na jednego.
Wszedł do środka. Jego drogi i szykowny strój wzbudził zrozumiałe w takim miejscu zainteresowanie, któremu towarzyszyło znaczące kiwanie głowami. Spojrzał na siebie. Garnitur zdążył wyprostować materiał, zgięcia i fałdy znikły, lecz z rozsuniętą i rozrzuconą w nieładzie marynarką dalej wyglądał jak typowy, nowobogacki desperat, któremu coś leżało na wątrobie. Zdjął ją i rzucił na najbardziej odległy stolik w najbardziej odległym, ciemnym kącie lokalu. Chwilę później już kurował się niskoprocentowym trunkiem. Nie chciał się upić. Część winy za stan Hemula sama próbowała wepchać się przez słomkę do jego głowy, lecz nie tak zamierzał zamknąć przed nią śluzę. Gdzieś w tle leciała projekcja nocnych wiadomości, lecz Wilan rzadko spoglądał w stronę holograficznego obrazu.
Nigdy tak bardzo nie brakowało mu żywych barmanów, którzy w dawnych czasach obsługiwali takie lokale.
- Kłopoty, proszę pana? – spytał wyobrażony sobie głos w jego głowie.
- Jak widać – powiedział cicho do torebki – Tak naprawdę nie moje. Chyba. Wyholowali znajomego. Człowiek się zmarnował, a ja czuję się odpowiedzialny.
Czy niepotrzebnie? Nawet jeśli tak, teraz nie docierało to do jego umysłu. Był jego przełożonym. Znalazł bombę. Mógł ją schować, rozłożyć po cichu, zmontować z niej reaktor i nic nie mówić. To była komora jakiej potrzebował! Gdyby wtedy wiedział jak trudno jest ją zdobyć... Miałby reaktor, a Hemul pracę... Ale ryzyko, pomyślał, ryzyko...
Gdyby nie ryzyko, już jutro wieczorem zjawiłby się u Hemula w mieszkaniu, próbując dociekać co się stało. Lecz to nie miało się stać. Zaczął się nawet przeklinać w duchu że nie pozwolił policjantom zaopiekować się Hemulem. Był przecież oskarżony, a Wilan miał w pracy dość kłopotów z Lerszenem by pakować się w kolejne. No i miał jeszcze na karku Burisa i jego plany. Wolał – nie, nie wolał, musiał – odczekać w spokoju jakiś czas, nim znów zdecyduje się w coś wplątać. Niestety, ta decyzja, w jego rozumieniu, czyniła go winnym czegoś czego teraz nie potrafił określić.
Jego myśli urwały się nagle. Minęła chwila nim odkrył powód – wzmianka o napadzie w jednym z magazynów. Jego umysł odruchowo zareagował na kluczowe słowa – włamanie, kradzież. Oba swego czasu kojarzyły mu się z Hemulem. Teraz to historia, uznał, próbując wrócić do urwanego wątku, lecz dalsze słowa wręcz przynitowały jego uwagę do projektora.
- ...Główne magazyny zawsze są pod stałym, ścisłym nadzorem – mówił udzielający zdalnego wywiadu przełożony magazynu – Tak jest na całej stacji. Całkowicie wykluczamy udział zwykłych rabusiów. Kradzieży dokonano podstępem, z użyciem zaawansowanych narzędzi, jednak nasi ludzie szybko wykryli braki i są już na tropie włamywaczy. Nie ujdzie im to bezkarnie.
- Zaawansowane narzędzia? – spytała dziennikarka w wirstudiu – Podobno złodzieje skutecznie zneutralizowali wszystkie systemy zabezpieczające. Wiemy już że zginęły głównie materiały specjalistyczne...
- Mogę zapewnić że nie było to nic co mogłoby zagrozić bezpieczeństwu stacji.
- Proszę powiedzieć naszym widzom czy mamy do czynienia z kolejnym atakiem Podziemia, po udaremnionym zamachu w stoczni? Oba zdarzenia miały miejsce w tym samym sektorze. Czy może dojść do kolejnych incydentów?
W ich sektorze!
- Nie ma najmniejszych powodów do obaw – niski mężczyzna szybko zaprzeczył, posyłając wymuszony uśmiech – To amatorzy, choć posługują się zaawansowanym sprzętem. Komputer już przetwarza dane dotyczące tego zdarzenia. Nasz Korpus Ochrony jak zawsze szybko dotrze do sprawców i odzyska łup.
Jak zawsze. Czyli znów nikogo nie znajdą.
- Ocenia się że złodzieje wynieśli łącznie kilka kontenerów skrzyń – kontynuowała spikerka – Taka akcja musiała trwać kilka godzin. Jak to możliwe że system nie zareagował?
- Badamy tę sprawę, lecz zapewniam, nic nie wskazuje na istnienie wad zagrażających bezpieczeństwu stacji. Podziemie jest znane z wynajdywania luk w naszych zabezpieczeniach, lecz za każdym razem wykrywamy te luki i zabezpieczamy.
- Każda udana kradzież tych rozmiarów potwierdza że mają one luki?
- Każda taka kradzież pozwala nam udoskonalić system. Zapewniam panią, oraz mieszkańców stacji, że jutro będzie on jeszcze doskonalszy niż obecnie.
Prezenterka zmieniła temat. Wilan przestał zwracać na nią uwagę. Czy obie rzeczy miały ze sobą coś wspólnego? Kradzież takich rozmiarów wydawała się nie mieć sensu. Całe kontenery towaru... Jak oni zdołają to ukryć, jak zdołają wynieść ze stacji?
Zamarł, nie mogąc uwierzyć w to co przyszło mu do głowy. A jednak to rozwiązanie wydawało się najlogiczniejsze. Złapał marynarkę, zarzucił ją na ramię. Pośpiesznym krokiem wyszedł z knajpy, pozostawiając na stole ledwie napoczęty worek.

* * *

Szybko wrócił do domu, lecz nawet tam nie zaznał spokoju. Przebrał się do snu, lecz zamiast się położyć, zaczął chodzić z jednego końca sypialni w drugi.
Jak to wyniosą ze stacji? A jak on chciał się z niej wydostać? Statek i te przeróbki! Stąd ekrany, napęd, dodatkowa przestrzeń... Wszystko zaplanowane w szczegółach! Wzmocniona powłoka nie tylko ograniczała moc pola rdzenia w statku – była ekranem dla wiązki skanującej! Ktoś postanowił ekranować cały statek! Prosty sposób na ukrycie kontrabandy – lecz taka akcja wymagała pomocy kogoś z wewnątrz, ze stoczni! Któregoś z inżynierów...
Był na tropie prawdziwych przemytników. Zacisnął pięści. Oto co było grane. Nie chodziło o to by zabezpieczyć zawartość przed działaniem kosmosu, jak pierwotnie sądził, lecz by ukryć ją przed wykryciem przez skanery. Mógł jedynie spróbować znaleźć tego, kto za tym stał, choćby po to by pogratulować mu zwycięstwa, tuż przed tym jak upodobni jego twarz do powierzchni asteroidy. Każdy kto miał dostęp do projektu wykonawczego, będącego w trakcie realizacji – a mógł to być już wyłącznie ktoś ze stoczni, gdyż wraz ze skierowaniem projektu do realizacji dostęp do niego tracili wszyscy projektanci – mógł z łatwością wykryć jego próbę zdobycia reaktora, domyślić się jego zamiarów – i uniemożliwić je.
- To nie twoja wina – powiedziała Ene – Pracowaliście razem, to wszystko. Sam odpowiada za swoje życie.
Wilan zatrzymał się i odwrócił. Zupełnie o niej zapomniał – i to po tym, jak spędzili ze sobą cały wieczór! Na szczęście żona uznała że jego zdenerwowanie, podobnie jak aromat alkoholu, jaki roztaczała jego marynarka, zostało spowodowane przez Hemula.
- To nie to – odpowiedział. Chciał dodać coś jeszcze, lecz tylko machnął ręką – Muszę chwilę pomyśleć.
- Byle nie długo – przypomniała łagodnie – Dopiero co ułożyło ci się w pracy. Nie psuj tego. Nie zacznij się spóźniać.
Praca... Wilan położył się do łóżka, lecz nie przestał myśleć. Wiedział że nie zaśnie łatwo. Sięgnął po tabletki. Czekając aż zaczną działać, układał w głowie znane fakty.
Zlecenia modyfikacji i zablokowania zdobycia reaktora mógł dokonać którykolwiek z jego inżynierów – wraz ze sporą liczbą ludzi nadzorujących pracę stoczni, jak Hesin i jego przełożeni. I to wszystko bez wprowadzania sygnatury, bez pozostawiania jakichkolwiek śladów! Ślad mógł pozostać jedynie w przypadku próby pobrania reaktora – lecz ten nie był potrzebny do przemytu. Nie znajdzie niczego, choćby stanął na rzęsach.
Ładunek miał dotrzeć do celu, lecz zamiary Wilana mogły w tym przeszkodzić. Ktokolwiek nad tym czuwał, delikatnie dał mu do zrozumienia że to nie jego miejsce. Kto mu pomagał? Hemul? Prawda, został zwolniony, lecz do tego czasu mógł zrobić swoje. Czy to stąd wzięły się te tajemnicze oskarżenia? Miał dostęp, miał możliwości, a jako magazynier mógł pomóc w przerzucie. Wadą tego planu było jego zbyt wczesne wyrzucenie z pracy, lecz może był ktoś jeszcze, kto miał kontynuować zamiary – i być może dlatego Kosa niczego nie wyjawiła. Być może szukała jego pomocnika... Jeśli tak, nawet gdyby Hemul był winny, kradzieże nie ustaną. A co z Lerszenem? Czy dlatego tak chętnie wykonał modyfikację programu komputera, nie zadając ani jednego pytania, bo było mu to tak samo na rękę jak jemu? I tak musiał dostosować oprogramowanie do swoich celów, więc czemu nie zrobić tego z polecenia szefa? Musiał być dobry, uznał, skoro, pomimo obserwacji, był w stanie robić takie rzeczy i uniknąć wpadki. W razie czego, to Wilan miałby kłopoty...
Ktokolwiek to był, wiedział jak usunąć Wilana z gry. Pomyślał o Rikadzie, reaktorze, komorach i o tym jak mało czasu mu pozostało. Przegrał pojedynek. Nie wierzył by dał jeszcze radę – chyba że odkryje kto za tym wszystkim stoi i zdoła ubić z nim targu. A jeśli się nie zgodzi... Buris podsunął mu świetną myśl. On wiedział jak nakłonić Wilana do współpracy. Teraz Wilan wiedział dość by zrobić to samo z przeciwnikiem.

* * *

Od samego rana uważnie obserwował Lerszena. Ile by nad tym nie myślał, elektronik pozostawał najbardziej prawdopodobnym kandydatem. Nawet jeśli się myli... Lerszen był odizolowany od zespołu. Nikomu nie powie że ich nadzorca ugania się za gwiezdnym pyłem, kręcąc się niczym pies za własnym ogonem. Wściekłość, niepohamowany gniew i wola zemsty kazały mu działać natychmiast. Po raz pierwszy pomyślał że bomba, której tak wszyscy się obawiali, nie miała wybuchnąć, lecz odwrócić czyjąś uwagę. Musiał sprawdzić czy to co uważał za oczywiste wciąż jest oczywiste.
Nie zwlekając, złapał Burisa i zabrał go ze sobą, oficjalnie pod pozorem inspekcji kadłuba, prywatnie – by się upewnić że nikt postronny nie wykrył jego przeróbek, a naprawdę – by wypytać go o każdy szczegół który mógł zauważyć. Buris często kręcił się po korytarzach, sprawdzając strukturę ich powierzchni. Mógł widzieć jak ktoś coś modyfikował.
Odkrywał jedną nielegalną modyfikację za drugą. Było ich tak wiele iż sam nie mógł się nadziwić że niczego nie spostrzegł. Usprawiedliwiała go jedynie nieznajomość większości podzespołów – znał się ledwie na tym co należało do jego specjalizacji, plus drobiazgi których nauczył się podczas przerabiania kadłuba dla swoich potrzeb. Wykryte przeróbki w niczym nie przypominały jego własnych. Przemytnikom nie zależało na żywych ludziach lecz na towarze, na ukryciu go przed wścibską wiązką skanera stacji. Wiedząc czego szuka, porównując rzeczywisty stan pomieszczeń i podzespołów z dokumentami budowy, Wilan nie miał wielkich trudności z odnalezieniem, jak wierzył, sporej części tych przeróbek. Przez cały czas dyskretnie obserwował reakcję Burisa. Czy wiedział że elementy, którym poświęcał najwięcej uwagi, nie były dziełem jego szefa? Czyje przeróbki zwróciły jego uwagę, w konsekwencji zdradzając Burisowi jego plan?
Buris cały czas zachowywał się zwyczajnie, na ile pozwalała na to sytuacja. Całe dnie bez powodzenia usilnie namawiał Wilana do zrobienia czegokolwiek dla planu. Nic dziwnego że tak nagłe zainteresowanie wzbudziło w nim nieufność. Na twarzy widział wypisane wątpliwości – czy szefowi przeszło, czy coś wymyślił, czy postanowił wszystko usunąć? Wilan sam nie wiedział czy mu przeszło. Poszukiwania potwierdziły jego obawy – statek był przygotowany do przemytu. Odkrycia spisywał w swojej prywatnej konsoli. Nie wiedział co z tym zrobi, niemniej ta wiedza mogła okazać się cenną bronią w dalszej walce. Jeśli przeciwnik wiedział o jego planie, dlaczego nie usunął jego przeróbek? A może nie wiedział?
Gdy skończył, zwolnił Burisa i rozważył całą sprawę od początku, na chłodno. Potem przemyślał wszystko jeszcze raz. Niewiele to zmieniło. Wiedział już dlaczego, lecz ze wszystkim innym tkwił w tym samym miejscu co kilka dni wcześniej. By to zmienić, w tajemnicy przed Burisem ustawił kilkanaście prostych czujników obserwacyjnych. Nie liczył na wiele. Jeśli Lerszen był w to wmieszany, nie da się podejść tak łatwo.

*

Parę godzin później Wilan został sam na sam z Lerszenem. Pod pozorem testów, włączył aparaturę emitującą silny impuls elektromagnetyczny. Upewnił się że automaty zostały czasowo zneutralizowane i podszedł do pracującego Lerszena.
Elektronik był tak zajęty robotą że nie zauważył spojrzeń swojego przełożonego. Wilan odchrząknął.
- Nie czujesz że coś się dzieje? – spytał ostrożnie.
- Coś się dzieje? – Lerszen ani na moment nie przerwał swojej pracy.
- Ktoś z nas nie jest tym za kogo uchodzi. Ktoś tu oszukuje, gra w bardzo niebezpieczną grę... i to coś więcej niż automaty.
Lerszen odłożył narzędzia, odwrócił się i rozejrzał. Na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Wilan z zakłopotaniem podrapał się w kark.
- Pamiętasz naszą rozmowę? Nie wiesz komu zależało bym... nie wykonał próby z reaktorem? – spytał, kładąc nacisk na słowo „próba”.
- Próby? – Lerszen stał się czujny – Nie rozumiem...
- Myślę że rozumiesz. Statek... – zawiesił znacząco głos, wskazując na ściany pomieszczenia.
Lerszen westchnął. Chciał coś powiedzieć, lecz się zawahał. Wilan cierpliwie czekał.
- Słuchaj... Wiem co mówicie między sobą, ale wiele rzeczy nie wygląda na to czym naprawdę są. Ostrożność nauczyła mnie jednego. Nie pchaj się, dopóki cię nie zaproszą. Jeśli myślisz że coś się dzieje obserwuj to, lecz nie rób nic, dla własnego bezpieczeństwa. Działaj dopiero gdy będziesz pewny że wiesz co robisz.
Ton głosu Lerszena odebrał Wilanowi ochotę na dalsze pytania. Wiedział co chciał wiedzieć – to nie Lerszen. Coś planował, był tego pewien, lecz nie miało to nic wspólnego ani ze statkiem ani z przemytem. Wyłączył maszynę. Opuszczając pomieszczenie czuł się jakby wciąż czegoś nie rozumiał – lub coś mu umykało, coś co niemal miał w dłoni, lecz gdy ją rozwierał by na to spojrzeć ulatniało się niczym garść powietrza w próżni.
Coś podpowiadało mu że nie patrzy tam gdzie powinien. Obawy o syna mogły nie być tak nieuzasadnione jak próbował sobie wmówić. Jednak nie potrafił się zmusić by wtrącić się do jego życia. To takie dorosłe, przenosić swoje problemy na innych. Do czasu gdy to się zmieni obiecał sobie nie zmieniać niczego, u nikogo.
Skręcił na główny korytarz, wpadając wprost na rozdrażnionego Burisa.
- Rozmowa, już – szepnął stanowczo.
Niemal zagonił Wilana do najbliższego ekranowanego pomieszczenia. Zamknął właz, oparł się plecami i uczepił rękoma, blokując swoim ciałem.
- Dobra, o co chodzi? – zaczął, nie dając Wilanowi dojść do głosu – Po co się do niego odzywałeś? I o czym...
- Śledzisz mnie? – zripostował.
- A powinienem? Mów o co chodzi! Coś ze statkiem?
Więc powiedział. W miarę jak mówił, Buris zaczął wolno pływać po pomieszczeniu. Lekko pochylony, z lewą ręką ułożoną w poprzek torsu, prawym łokciem opartym na lewej dłoni, prawą obejmując brodę w okolicy ust, wyglądał jak starożytny posąg zadumy.
- Teraz rozumiesz? – spytał, kończąc – Szukałem przeróbek, ale nie swoich! 
- Wiedziałem! – zawołał Buris – Znów coś kombinujesz! To mi się podoba! Ale to nie może być Lerszen. Nie wygląda na przemytnika. Mam go stale na oku. 
Jak i reszta zespołu, pomyślał Wilan. Jak ja. Czy w takich warunkach mógłby dokonać tych wszystkich rzeczy? Czy miał odpowiednią wiedzę i motywy? Lerszen nie opuściłby Ziemi tylko z powodu przemytu. Był zbyt oczywistym kandydatem na aresztowanie, miał rodzinę. Od niego pierwszego zaczęłoby się śledztwo. Szukali niewłaściwego człowieka.
- Od kiedy to ktoś musi wyglądać na przemytnika by nim być?
- Tak tylko powiedziałem. Nie mówiłeś o tym nikomu?
- Zwariowałeś? Komu i po co? Lerszen wyglądał na najbardziej podejrzanego...
- Sam widzisz że to nie on! – słowa Burisa zabrzmiały groźnie – Trzymaj się od niego z daleka! Uprzedzałem cię, jest niebezpieczny.
- Bo lubi mówić?
- Zwraca uwagę. Sam powiedziałeś, to niebezpieczne dla nas i całego planu.
- Planu...? Jakiego planu? Dobra, w tym jednym miałeś rację. Koniec z Lerszenem, ale także koniec z moim planem, z tego samego powodu!
- Poważnie myślisz o przerwaniu robót? Nie wydajemy się przeszkadzać tym... ktokolwiek to jest. Gdy zdobędziemy komory i reaktor, nikt nie zdoła nam przeszkodzić...
- A jeśli ten „ktokolwiek to jest” znów się wtrąci? Ja bym się wtrącił. Buris, jeszcze jedna, jedyna wpadka i wylatuję z roboty! Zrozum, on ma przewagę. Pewnie ma już wszystko gotowe, a nam potrzeba kilku zastrzeżonych podzespołów. Kilka ruchów palcami nad projektorem i ujawni każdą nasza próbę, pozostając anonimowym! To się robi zbyt niebezpieczne. Każdy nasz krok jest krokiem w tył!
- Ale...
- Koniec planu! Jeśli dziś uwierzyłeś że coś się zmieni... Przepraszam, ale wolę się poddać, teraz, niż trafić do więzienia. To nie są zwykłe okoliczności, to nie jest dobry czas na ucieczkę! Nie wtedy gdy tuzin automatów może czyhać na mnie za każdym rogiem statku.
- Ejże! Może udałoby się ich nakłonić do współpracy? Wiesz, oni by nam pomogli, my im...
To nie był zły pomysł, uznał. Lecz co stałoby na przeszkodzie by ich potem wysłać w przestrzeń, zamiast pozwolić odlecieć? Do więzienia by ich nie posłali, za dużo wiedzieli o zamiarach konkurencji, niemniej rezultat mógł się okazać odwrotny od zamierzonego.
- Nie miałbym nic przeciwko, lecz to nie zależy ode mnie. Nawet nie wiem kto to może być.
Buris zastanawiał się chwilę w milczeniu.
- Wiesz... tak sobie myślę... Nie znam się na takich rzeczach, ale to o Hemulu i tej wywózce może mieć sens. Miał możliwości...
- Nie widziałeś co się z nim teraz dzieje – Wilan machnął ręką – Odwiedź go sam, to się przekonasz. Nie był gotowy na wpadkę. Jest ostatnią osobą która mogłaby brać w tym udział.
- A oskarżenia Kosy?
- Oddalone! Nie popuściliby gdyby był naprawdę winny.
- Może zrobił swoje nim Rikad go wyrzucił, dlatego zabrakło im dowodów? Zaraz!
Niech mnie... Może sam Rikad go wyrzucił, by to ukryć?
- On? – twarz Wilana wykrzywił ironiczny uśmieszek – Nie zaryzykowałby stanowiskiem. Zresztą, takie rzeczy mało go obchodzą. Równie dobrze to może być Susumi. Czy jej rodzinie powodzi się tak dobrze tylko dlatego że oboje pracują, ona i jej mąż? A wszystkowiedzący Rubio, jego kompani i tajemnicze kontakty? Tych troje boi się Lerszena bardziej niż ktokolwiek inny, wierzą że samą swoją obecnością sprowadzi kłopoty. Jakieś podobieństwa, do kogoś z tego pokoju?
Celowo wyolbrzymił problem, lecz już gdy kończył mówić, zaczął się zastanawiać czy niechcący nie miał racji. Czy naprawdę nie wiedział kto mógł za tym stać? Każdy w stoczni miał możliwości i motywy, mniej lub bardziej oczywiste. Choćby impulsy.
- Do mnie? – żachnął się Buris – Wiesz, Rubio mówił mi o twojej podejrzliwości, ale aż dotąd mu nie wierzyłem. Do przemytu wystarczy jeden reaktor, ten który już jest w środku. Gdybym to był ja, usiadłbym zadowolony z dobrze wykonanej roboty, zamiast ryzykować kontakty z Podziemiem!
- Sam zacząłeś – zwrócił mu uwagę. Podpłynął do włazu – Jak powiedziałem, rezygnuję z planu, do czasu aż nie znajdę tego kto za tym stoi, lub tobie się powiedzie.
Opuścił pomieszczenie, nie czekając na odpowiedź.

Resztę zmiany spędził na swojej pracy, odganiając każdą myśl o spiskach i konspiracji. Został na dłużej, czekając aż wszyscy inżynierowie opuszczą kadłub. Wtedy wrócił do zastawionych czujników, tylko po to by się przekonać że wszystkie znikły bez śladu. Żaden nie wszczął alarmu, żaden nie przesłał nawet bitu informacji.
Może to był błąd. Zastawiając swoje pułapki oznajmił konkurentowi że wie. Ale może teraz konkurent zechce z nim porozmawiać.

* * * * *

Przez następne trzy rozjaśnienia, zgodnie z obietnicą, Arto regularnie chodził na wizyty do Rous. Pozbył się bioinduktora, obrażenia powoli się goiły, lecz Rous stale ostrzegała że to jeszcze nie koniec.
- Możesz sobie myśleć – przestrzegała – że skoro nie czujesz bólu to wszystko jest w porządku. Ale tak nie jest.
Arto tylko kiwał głową. Wiedział o tym tak samo dobrze jak ona i też nie lubił być bity.
Od czasu ich aresztowania coś się jednak zmieniło – drobiazgi, sprawiające że czuł się inaczej. Dalej była szkoła i dalej musieli tam chodzić, ale poza nią...
Nikt nie był uradowany z tego co zrobili, lecz ich rodzice, może poza jego ojcem, byli zadowoleni z tego że zaczęli trzymać się razem. Nawet siostra Iwena już nie patrzyła na niego tak jak kiedyś. Nie odzywała się do niego, przynajmniej na tyle zrozumiała reguły szkoły, ale mógłby przysiąc że na swój sposób jest mu wdzięczna. Oczywiście, pomyślał gdy ostatni raz spojrzeli na krótko na siebie, prosto w oczy, musiałem aż dać się niemal zabić by ktoś taki jak ona zmienił o mnie zdanie. Ale takie już są dziewczyny. Nic nie rozumieją. Przekonywał je tylko trup, co dziwiło go tym bardziej, bo wciąż żył, a ona już była gotowa mu dziękować.
Grupa przestała ćwiczyć. Jedynie najbliżsi sobie koledzy spotykali się, dwójkami lub trójkami, na prywatnych treningach. Jeźdźcy Smoków coraz bardziej przypominali inne grupy. Słabli, tracili poczucie jedności, stali się rozbici i niezgrani, lecz z zewnątrz niczego nie było widać. Szczęśliwie, po ostatnim zwycięstwie nikt nie próbował ich wyzywać. Wciąż trwały walki o schedę po Dzikim Pazurze, rozjaśnienie w rozjaśnienie liżącym coraz to nowe rany. To dawało mu czas, jakiego potrzebował na przywrócenie porządku. Musiał odzyskać grupę nim inni rozszarpią między sobą resztki spadku po Pilpie i poczują świeżą krew, tym razem smoczą.
Potrzebował chwili spokoju, kilku rozjaśnień bez Anhela, lecz coraz słabiej wierzył iż ten luksus będzie mu dany. Wciąż jakoś udawało im się go unikać, lecz szpiedzy zaczęli go ostrzegać iż starszak traktuje sprawę bardzo poważnie. Plan Arto zdawał się działać, lecz nie liczył by rezultaty pojawiły się od razu. To był wyścig na długi dystans. Nim maszyna ruszy, Anhelo będzie wściekły, a oni – całkowicie bezbronni. Omijali ich wszyscy. Nawet Egino bał się go zaczepić by odebrać podatek.
Czuł że najbliższe rozjaśnienia mogą się okazać decydujące. 

Pierwszy sygnał że coś jest nie tak przyszedł od najmniej oczekiwanej strony. Byli we trójkę – on, Iwen i Dert. Jak inni, przez kilka rozjaśnień po zdarzeniu w łazience drugi zastępca trzymał się od nich z daleka, lecz wkrótce doszedł do siebie i znów zaczął im towarzyszyć. Milczał, lecz sama jego obecność poprawiała Arto samopoczucie. Wierzył że skoro on wrócił, wrócą także inni, to tylko kwestia czasu.
Arto pierwszy spostrzegł Arista. Nowa funkcja całkowicie go odmieniła. Był bardziej pewny siebie, chodził z wysoko uniesioną głową. Arto zszedł mu z drogi i wyminął, lecz Aristo zatrzymał się i zawołał go obraźliwie. W szkolnych obyczajach nie liczyły się układy, przysługi ni znajomości. Tak było od zawsze.
- Ej no, zaczekaj, szczurku! – ostrzegł Aristo – Musimy pogadać.
Odwrócił się, badając nastrój starszaka. Nie był najlepszy. Dert czekał, Iwen chciał podejść, lecz Arto gestem ręki dał mu do zrozumienia by trzymał się z daleka. Aristo pchnął Arto na ścianę i złapał za przód koszulki, trzymając mocno przed sobą. Typowy manewr otwierający przypadkowe, niezaplanowane spotkanie z młodszakiem. Arto poczuł gniew.
- Czego chcesz? – spytał. Aristo nie musiał się tak zachowywać – Jakieś problemy z...
- Czego chcę? Myślisz że nie wiem co wyprawiasz?
Aristo wydawał się jakiś nieswój. Jego rozdrażnienie... Arto nie był w stanie określić skąd się nagle wzięło, lecz nie on był jego powodem. Nie bezpośrednio.
- Nic nie...
Niespodziewanie dla Arto, Aristo uderzył go nasadą dłoni. Plama palącego ciepła rozlała się obok mostka, uniemożliwiając nabranie powietrza do płuc.
- Zadarłeś z Anhelem, młodszaku. Unikasz go. Uciekasz?
Po krótkiej walce z ciałem Arto złapał oddech. Był wściekły i nie zamierzał tego kryć.
- Nie uciekam! – wydyszał. Nie zgrywał silnego, lecz nie wysilał się na uprzejmości – Nie udawaj że nie wiesz co się dzieje! To jest na poważnie, Aristo. Dałem ci przywództwo a...
- Łamiesz zasady, szczurze! Nie pozwolę ci na to! – słysząc to Arto zrozumiał że coś jest nie tak. Nie chodziło o to że nazwał go po imieniu. Nic co powiedział nie miało znaczenia. To musiało się stać. Słowa były ledwie wymówką, i to bardzo, bardzo słabą.
- Anhelo złamał je pierwszy! – odpowiedział, spoglądając mu prosto w oczy. Co go trafiło? Czy jego też...?
Aristo puścił go i wbił kolano w podbrzusze. Arto osunął się na kolana. Mocny kopniak w bok klatki piersiowej pozbawił go tchu. Przewrócił się na podłogę.
- Robię co chcę – usłyszał nad sobą – a tobie nic do tego. Ani Anhelowi. Mam go gdzieś i ciebie mam gdzieś – powtórzył głośniej – Między nami wszystko skończone. Żadnych więcej interesów. Radzę ci zachowywać się tak jak powinieneś, z należnym nam szacunkiem.
Arto nawet nie jęknął. Leżał tak jak upadł, wiedząc że jest za wcześnie by wstać. Iwen próbował wyrwać się trzymającemu go Dertowi. Pokręcił lekko głową. Iwen przestał się szarpać, lecz Dert go nie puścił. Całe szczęście że milczał. Aristo nie traktował tego poważnie, lecz mógłby, gdyby Iwen zareagował. 
- Masz poważne kłopoty, szczurze. Zastanów się dobrze co robisz. Potraktuj to jako ostrzeżenie, dla ciebie i tego twojego karalucha. Następnych nie będzie.
Kopnął Arto w brzuch i spojrzał w bok, na Iwena. Podszedł do niego, powoli. Iwen cały zesztywniał. Dert puścił go i odsunął się krok do tyłu, udając że patrzy w inną stronę. Na niego Aristo nawet nie spojrzał. Uderzył Iwena pięścią, odwrócił się do Arto, spojrzał na niego zimno, po czym odszedł.
Iwen zgiął się wpół. Niemal upadł, lecz Dert w porę go pochwycił.
Arto wstał o własnych siłach. Rozejrzał się. Dość oczu widziało całe zdarzenie, by wieść o nim dotarła do właściwych uszu. Nie wątpił na czyjej głowie się znajdowały.
Nie było źle. Aristo nic im nie zrobił, lecz to nie ciało najdotkliwiej odczuło ciosy. Każdy trafił prosto w jego dumę. Nie był pewien co się właściwie stało, czy Aristo chciał go pobić, czy... ostrzec? Nieważne intencje, pomyślał, łapiąc oddech, dla mnie to było ostrzeżenie, nawet jeśli nie o to ci chodziło. Coś się dzieje, coś niedobrego, i wiem kto za tym stoi.
Nagle, gdy wszystko zdawało się iść tak dobrze, Arto poznał że może przegrać. Wojna z Anhelem wcale się nie kończyła, jak myślał przez ostatnich parę rozjaśnień. Ona się dopiero zaczynała. Anhelo planował kontratak. Być może już go rozpoczął. Widząc pojawiających się wrogów, sam zaczął zdobywać zwolenników.
Jakim kopalniakiem musiał być by uwierzyć że Anhelo się podda! Powinien to przewidzieć! Broniąc Iwena, stracił trzeźwość umysłu. Tu i teraz, w korytarzu, zdecydował że musi to odwrócić. Musi stać się takim jakim był kiedyś, sprawnym, dokładnym, pewnym w działaniu, przewidującym każdy ruch przeciwnika nim ten zdoła o nim pomyśleć.
Dert i Iwen podeszli do niego. Iwen szedł sam, choć wciąż był lekko zgięty wpół.
- Nie rozumiem – powiedział Dert – Myślałem że Aristo...
- Też tak myślałem – przerwał mu. Jego głos znowu brzmiał pewnie, choć jeszcze nie w pełni nad nim panował.
- Więc co się stało?
- A co się mogło stać? – oparł się plecami o ścianę i uśmiechnął gorzko – Anhelo podjął walkę. To wojna, Dert. On się łatwo nie podda.
Od teraz, pomyślał z rezygnacją, będę musiał uważać nie tylko na wrogów, lecz także na sojuszników, by wiedzieć którzy zaczynają się od nas odwracać.
- Ilu takich sojuszników ma Anhelo? – spytał Iwen.
- To nie sojusznik – wyjaśnił, starając się ukryć gorycz – To strach. Aristo nie chciał mnie zbić, chciał pokazać że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
- Rozumiem.
Ilu jeszcze przerazi stawka o jaką walczy? Ilu uzna że oddane dawno temu przysługi nijak się mają do ryzyka? Ilu jeszcze przestraszy się Anhela? Przecież odbierał pierwsze sygnały. Strach Żimmiego i reszty, strach pomagających mu młodszaków. To zaczęło się już wtedy, lecz on nie widział w tym zagrożenia, a jedynie utrudnienie w realizacji swojego planu. Tymczasem rozpad Smoka mógł się okazać czymś więcej, ledwie wstępem do rozpadu czegoś o wiele większego.
Rozpadu jedności szkoły.
Dopiero teraz uświadomił sobie w pełni co rozpoczął. Próbował wszcząć totalną wojnę w całej szkole, wojnę która musiała ją podzielić, stawiając linię między wojownikami jak Anhelo, a całą resztą. Dotąd panował niepisany rozejm. On go naruszył.
Tym razem, jeśli przegra, to nie z własną grupą.

Zaczął działać z większym zdecydowaniem. Baczniej obserwował jak jego siatka reaguje na polecenia. Zauważył że kilku chłopców zaczęło go unikać. Nie odpowiadali na wezwania. Zapamiętał ich. Jeszcze im przypomni dlaczego powinni go słuchać, ile byli mu winni. Gdy cofnie im ochronę ich dawni wrogowie uzyskają szansę na tak długo wyczekiwaną zemstę.
Zdwoił czujność. Polecił wszystkim obserwować, rozpuścił swoje oczy i uszy, czekając na to co zobaczą i usłyszą. Na następnych lekcjach znowu wiele pisał. Znowu do starszaków. Tym razem pisał ostrożniej i tylko do niektórych. Napisał do Zema – i Zem odpowiedział.

* * *

Czujność Arto nie zmniejszała się nawet po opuszczeniu korytarzy szkoły. Wraz z Iwenem zaczął się z niej wymykać po kryjomu, nie tylko z obawy przed Anhelem. Nie wiedział kto już jest po jego stronie, więc, na wszelki wypadek, unikał wszystkich. Za każdym razem gdy wychodzili upewniał się że nikt za nimi nie idzie. Powoli stało się to ich zwyczajem.
Po raz kolejny udali się prosto na jeden z najbardziej zatłoczonych korytarzy w pobliżu szkoły. Dopiero tam się rozdzielili. Obserwował jak Iwen znika w tłumie. Rozejrzał się, szukając kogokolwiek kto mógłby za nim ruszyć – i wtedy go zobaczył.
Ani na promenadzie, ani wcześniej nie miał okazji by dobrze przyjrzeć się nieznajomemu dorosłemu. Teraz mógł to zrobić. Ponownie dostrzegł te oczy i już wiedział że to on.
Tym razem ich spojrzenia się spotkały, na bardzo długą chwilę. Tym razem nie udawał że nic nie widzi. Tym razem ruszył natychmiast w kierunku tajemniczego mężczyzny, dobrze zapamiętując twarz człowieka pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, bardzo czujną, lecz spokojną. Nieznajomy nosił lekki, krótki płaszcz dokera, zapięty na jeden zatrzask, pod klatką piersiową. Nie dbał o to czy jest uzbrojony czy nie. Zamierzał się dowiedzieć o co mu chodzi.
Miał dość tej sytuacji, śledzenia, podchodów. Bezceremonialnie rozpychał się przez tłumek, nie zwracając uwagi na rzucane ostrzeżenia i niewybredne uwagi klnących go na cały wszechświat ludzi. Szybko dotarł do miejsca w którym dorosły stał jeszcze przed chwilą. Oczywiście, jego już tam nie było. Rozejrzał się gorączkowo. Musiał go odnaleźć, nim zdąży uciec. Przeczesał wzrokiem przesuwające się dookoła twarze i sylwetki. Nic. Żadnego nienaturalnego ruchu, żadnej pośpiesznie oddalającej się sylwetki. Ledwie moment zajęło mu zrozumienie że dorosłego nie ma na głównym korytarzu. Był tylko jeden boczny korytarz, dość blisko by zdołał się ukryć nim Arto zauważył jego zniknięcie. Przecisnął się do wylotu i przy akompaniamencie kolejnych klątw i utyskiwań na młodzież popędził w głąb korytarza.
Z początku nie widział nigdzie znajomej sylwetki. Na szczęście pozbawiony wyjść korytarz prowadził prosto przed siebie. Już widział następne skrzyżowanie gdy dostrzegł skręcającą w lewo postać. Popędził ile sił. Wypadł na skrzyżowanie i pognał w lewo. Figurka mignęła przy następnym poprzecznym tunelu. Znowu w lewo. Znowu biegł i znowu skręcił. Tym razem go dopadnie i wydusi o co chodzi. Skupił się na pościgu, nie zastanawiając się jak mały chłopiec mógłby zmusić dorosłego do mówienia. Wierzył że coś wymyśli. Musiał coś wymyślić.
Zatrzymał się w połowie korytarza, całkowicie bezradny. Korytarz wychodził prosto na zatłoczone główne przejście, to samo na którym zaczął swój bieg. Jego tropiciel wiedział że tam się go pozbędzie, więc pozwolił mu by pobiegł za nim, jak pierwszy lepszy kopalniak! Na pewno dobrze się bawił, wyprowadzając pewnego siebie Arto w próżnię.
Ruszył powoli do przodu, krok za krokiem, nie wiedząc czego właściwie oczekuje. Korytarz był bezludny, jego podłoga – usłana rupieciami. Idąc, rozrzucał je na bok kopniakami, jakby były winne temu co się stało. Z jakiegoś powodu automaty nie zdążyły uprzątnąć śmietniska. Jeden z automatów, skierowany tu przez mózg stacji, wychynął na moment z niewielkiego otworu konserwacyjnego, by, wyczuwając człowieka, zgodnie ze swoim autonomicznym programem natychmiast cofnąć się do skrytki. Obok, pod ścianą, stał automatyczny pojemnik na odpady, lecz najwyraźniej nikomu nie chciało się z niego korzystać. Nie dziwne że nikt tu nie zaglądał. Szybki rzut oka dookoła przekonał go że okoliczne perceptory są porozbijane. Na trop wyjaśnienia przyczyny naprowadziły go walające się przy pojemniku plastalowe pręty. Znajdujące się w pobliżu promenady zbiorniki na odpady były popularnym celem dla śmieciarzy – nielicznych biedaków, grabiących śmieci z co cenniejszych przedmiotów, zanim trafią na rojące się od gangów odzyskiwaczy wysypisko. Kolejny problem którego władze usilnie starały się nie dostrzegać, a którego nie można było nie dostrzec gdy mieszkało się na stacji choćby przez tydzień. Śmieciarze rzucali coś w stronę automatu, blokowali prętem uchylającą się klapę i wygrzebywali zawartość na korytarz, licząc że jakiś bogaty kolonista wyrzucił coś na tyle cennego że znalezisko zapewni im dobry posiłek, lub pękaty worek. Porzucone pręty podpowiadały że śmieciarza coś zaskoczyło, skłaniając do rezygnacji z przyszłego łupu.
Arto sklął się ostro za swoją głupotę. Jak mógł na to pozwolić? Dlaczego dał się prowadzić jakiemuś dorosłemu, jak skończony... nawet brakło mu słów by siebie odpowiednio nazwać. On, który zawsze uważał siebie za lepszego, który oszukiwał dorosłych jak chciał, kiedy chciał, ile razy chciał i gdzie chciał, teraz został wykiwany przez jakiegoś głupiego...
Dokera?
Jego wzrok spoczął na kawałku syntetycznego płótna, rzuconego pod ścianę przy jednej ze starych skrzyń, tuż przy pojemniku. Płótno było znajome. Nie leżało jak zgubione przypadkiem i, sądząc sposobie w jakim było noszone, nie mogło zostać zgubione. Podszedł bliżej, wietrząc pułapkę. Rozejrzał się – wciąż nikogo nie było. Perceptory wciąż były martwe. A może... to dlatego...?
Podniósł płótno, nie czekając na powrót śmieciarza. Pod spodem znalazł jedynie stare, plastikowe odpadki. Rozpostarł płaszcz między rękami – był identyczny z tym który nosił dorosły. Dokerzy tu się nie kręcili, nie w roboczych płaszczach, a ten wyglądał na wzięty prosto z magazynu, niemal nie używany, jakby właściciel dopiero znalazł pracę przy śluzie. Oczywiście, układy elektronicznej metki były wyrwane. Tkwiący w rękawie miniprojektor i obsługujący go panel były nienaruszone, lecz zdarto z nich wszelkie ślady prowadzące do kupca, sklepu czy magazynu. Wszystko zostało usunięte lub umiejętnie zatarte.
Po co to wszystko? Po co to kretyńskie bieganie? Dorosły mógł równie dobrze uciec w płaszczu, jak i bez. W tłumie niczego by nie zauważył, zwłaszcza gdyby go z siebie zdjął i założył na rękę. Po co go wyrzucał? By zwrócić jego uwagę?
Przeszukał pozapinane na zatrzaski kieszenie, znajdując jedynie wymiętą, cienką, plastikową kartkę papieru.
„Zaufaj mi, smoczy kapitanie. Wkrótce za wszystko mi podziękujesz.”
To było wszystko.
Czytając to, Arto poczuł spływający po ciele ucisk, wędrujący szybko od gardła aż do brzucha. Krótka treść bez wątpienia była przeznaczona tylko dla niego. Mówiła – wiem o tobie wszystko, lecz nic nie robię. Ty zrób dla mnie to samo, albo... Z trudem przełknął ślinę. Ręka, trzymająca kartkę, nagle zadrżała. Skąd, na próżnię, na wielką przestrzeń, dorosły wiedział że Arto dowodzi Smokiem? Skąd wiedział że w szkole są grupy i kapitanowie? Jak to było możliwe, jak, skąd...? Nikt nie mógł mu o tym powiedzieć, nikt nigdy nie skanował jego mózgu. Jedyny sposób, w jaki dorosły mógł się o tym dowiedzieć, to przez obserwację, bardzo długą i wnikliwą, taką samą jaką on przeprowadzał przed wyprawami do magazynu. Kim był, po co to robił? I za co miałby mu dziękować? Za to że go śledził? Czy miał coś wspólnego z robakami w systemie grupy?
Wiedział jedno – to on był celem, nikt inny. Ta kartka była na to dowodem. Dorosły chciał by go wtedy zauważył, tam, na promenadzie, tak jak teraz chciał by odkrył tę kartkę. Ze złością cisnął płaszcz w stronę pojemnika. Automatyczna klapa z ochotą otworzyła się i zamknęła, pochłaniając rzucony przedmiot.
Jeszcze raz przyjrzał się kartce. Pismo było pewne, litery proste. Ich autor musiał dużo pisać. On tak nie potrafił. Całe życie używał konsoli. Pisak w ręku trzymał jedynie podczas rysowania symbolu Smoka na dłoniach młodszaków.
Pełen gniewu zmazał palcem zawartość kartki, zmiął ją w dłoni i wsunął do kieszeni – lecz nie wykasował jej pamięci. Poczuł wściekłość, na siebie. Został pokonany, i to nie przez jakiegoś starszaka, lecz przez zwykłego dorosłego! Lecz wściekłość minęła gdy palce jego włożonej do kieszeni dłoni przypadkiem dotknęły kulki zmiętej kartki.
Wcale nie takiego zwykłego.
Poczuł nagły dreszcz strachu.
Cokolwiek robił, cokolwiek próbował robić, tamten dorosły go kontrolował. Wiedział o nim aż za wiele. Mógł wiedzieć wszystko. Jaki miał w tym cel? Nie napisał tego bez powodu, nie bez powodu go tu zwabił – był pewien że pozwolił mu się gonić, bo tego chciał, dlatego pozwolił się zobaczyć – i nie bez powodu napisał tę kartkę.
Elementem czego miała być ta kartka? To niewątpliwie kolejny krok. Ku czemu?
Ten dorosły był dobry. Arto już nie wierzył że zdoła przed nim umknąć. Czuł się bezsilny. Nie spodziewał się że go zobaczy, choć jeden raz, dopóki dorosły sam tego nie zechce. Może udało mu się ten jeden raz, na promenadzie, przyłapać go przypadkiem na obserwacji, a może i to nie było przypadkiem? Może chciał by zaczął się rozglądać, by zauważył go dziś, gdy zaczął uciekać, by za nim pobiegł i by znalazł ten płaszcz i kartkę? Może już wtedy zaplanował to w każdym szczególe? Nie zareagował gdy weszli do WIR-u. Dlaczego? By się nie zdradzić? A może chciał by lęki zaczęły wyżerać Arto od środka, aż popełni jakiś błąd?
Zrozumiał że od dawna tkwił w sieci, lecz zauważył ją dopiero gdy zaczęła się zaciskać.

* * * * *

Ene nigdy nie przestała szukać pracy. To co że nie skończyła studiów pedagogicznych – a jedynie po takich kobieta mogła liczyć na jakąkolwiek pracę. To co że, wiedziona jakimiś głupimi pomysłami, zajęła się poważnymi rzeczami, zamiast tym co dawałoby jej w przyszłości choć cień szansy na zatrudnienie. To co że czuła się teraz jak trzecia śluza u reaktora. Nawet gdyby mogła to zmienić, postąpiłaby tak samo.
Poszukiwanie pracy stało się stylem jej życia. Kontakt osobisty był bardziej zobowiązujący niż rozmowa przez projekcję, więc dzień w dzień chodziła wszędzie sama. Kolejna wizyta i kolejna odmowa, lecz nie potrafiła zmusić się do siedzenia w domu i gapienia się cały dzień w ogłupiające wideoprojekcje.
Zmęczona, przysiadła na ławce na promenadzie, żałując że nie posłuchała matki i nie poszła na pedagogikę. Praca na stacji była ciężka i wyczerpująca, nie tylko pod względem fizycznym. Co z tego że miała wykształcenie nie gorsze niż jej mąż. Nie dano jej szansy by dorównać mu umiejętnościami, tylko dlatego że miała dwa identyczne chromosomy! Przez dwa lata znalazła tylko jedną ofertę zatrudnienia, w charakterze tancerki egzotycznej. Zbyt często zastanawiała się czy wciąż jest aktualna i czy dwa lata nie postarzały jej wyglądu.
Czy wierzyła, że coś się zmieni? Czy wierzyła w cokolwiek? Na pewno nie w znaczeniu religijnym. To jej rodzice byli wierzący, nie ona, lecz byli w mniejszości. Ludzie modlili się, a nic się nie zmieniało, więc przestawali. Dawniej bali się chorób, katastrof, niepowodzenia, nie potrafili żyć ze świadomością własnego końca... Dziś kontrolowali otoczenie, wiedzieli tak wiele że przestali się bać, a zaczęli okłamywać. Przełom ostatniego tysiąclecia nazywano różnie. Zwykle erą podboju kosmosu. Czasem także Epoką M – masowej produkcji, edukacji, konsumpcji, kultury, transportu, komunikacji, przestępczości – gdyż wtedy wszystko było masowe. Lecz psycheologowie mówili na nią Epoka Kłamstwa.
Propaganda, okłamywanie ludzi przez rządy, na ogromną skalę. Przekręcanie faktów i ukrywanie tych których nie dało się przekręcić. Powstały teorie spiskowe, naturalny wentyl bezpieczeństwa, gdyż ludzie zaczęli być okłamywani tak często że przestali wierzyć nawet w prawdę. Ludzie kłamali od zawsze, lecz w tamtych czasach skala tych kłamstw przerosła wszystko. Sto lat później uderzyło to w religię. Cóż, bogom też przestano wierzyć. Paradoksalnie, w tej zakłamanej epoce powstało coś co dziś dawało im resztki wolności – Stare Prawa. Gdyby wtedy stały się tym czym miały być – drogowskazem, prawem nad prawami... Lecz epoka zakłamania zamieniła je, jak wszystko inne, w obiekt manipulacji i naginania, w coś co od dawna nieistniejące mocarstwa starały się obejść dla własnych, historycznie śmiesznych korzyści, nie oglądając się na skutki. To wtedy społeczeństwo zaczęło umierać.
Westchnęła. Dodatkowe zajęcia z historii służyły jej dziś tylko do zadręczania samej siebie. Szczęśliwi ci którzy, pomimo wypełniającej Układ po brzegi technologii, urodzili się na jednej z odległych kolonii. Życie było tam znacznie pewniejsze i ciekawsze, cięższe, lecz ciężarem pracy, a nie bezdusznych przepisów. 
Narzekała, zwykle tylko w myśli, lecz nie zapominała że ma ku temu najmniej powodów. Stać ich było na zakupy na promenadzie. Nie musieli ograniczać się do lokalnych sklepów, w których jakość towaru była dopiero na którymś tam miejscu poza ceną. Nie musieli nawet zastanawiać się gdzie znajduje się najbliższa darmowa jadłodajnia, gdzie ludzie cieszyli się dostając cokolwiek, zamiast umierać z głodu pod śmietnikiem, jak jeszcze kilka wieków temu. W ich sekcji mieszkalnej takich miejsc nawet nie było. Dla ludzi z jadłodajni, czyli dla większości społeczeństwa, ich życie byłoby rajem.
Kiedyś protestowała. Była młoda, studiowała i widziała świat w prostszy sposób. Spiskowała, chodziła na pikiety i demonstracje, jak jej przyszły mąż, dumna z tego co robi, mając cichą nadzieję że choć raz rząd każe policji interweniować. Skończyła studia, zmarnowała parę lat na poszukiwaniu pracy, wyszła za mąż i trafiła na stację. Zmieniło się wszystko. Myślała inaczej. Zrozumiała dlaczego policja tak rzadko reagowała. Nie musiała. Nikt ich nie słuchał. Ludzie się przyzwyczajali. Buntowali się za młodu, by potem zobojętnieć, wrosnąć w system, starając się jakoś ułożyć w nim życie. Większości jakoś się to udawało. Pozostali... ci się nie liczyli. Było ich zbyt niewielu, nie znaczyli nic. 

Tam, na dole – jak szybko nauczyła się używać tego zwrotu, jaką wstydliwą wyższość sprawiało jej jego wypowiadanie – żyły miliardy ludzi, urodzonych z dala od szpitali czy ośrodków porodowych, wszczepiających niemowlętom lokalizatory. Bezimienni. Nigdy niczego nie mieli, nie tylko imienia – także życia. Brak lokalizatora skazywał ich na banicję; nie mogli liczyć nawet na tę odrobinę rzucaną przez rząd, w cynicznej łaskawości dla bezrobotnych. Ich życie było najgorszym z możliwych. Dziecko bez lokalizatora posiadało status sieroty. Nikt się go nie pytał czy ma rodziców. Według prawa ich nie miało. Gdy dało się złapać, natychmiast wędrowało do akademii. Prosty człowiek mógł wierzyć iż dzięki tym ludziom, biednym z nieprzemyślanego wyboru ich rodziców, Flota miała ogromne rezerwy kadetów. Wystarczyło dokładnie przeczesać dowolny z milionów wieżowców... Lecz akademie nie były zainteresowane tymi brudnymi, niedożywionymi i niedouczonymi dziećmi. O wiele bardziej interesowały je zdrowe, dobrze wychowane i wyuczone w szkołach, do których bezimienni nie mieli prawa wstępu. Szkołą rządził system dla którego nie istniały, zaś kto nie istniał jako dziecko, nie mógł zaistnieć jako dorosły. Tylko niektórzy bezimienni potrafili choćby czytać, o obsłudze prostego terminala czy komputera nie wspominając.
Pewnie dlatego Rząd udawał że nie widzi tego niewielkiego problemu, który po części sam się załatwiał. Bezimienni nikomu nie przeszkadzali, najwyżej czasem próbowali kraść i bywali polem działania dla Podziemia. Ich usunięcie byłoby proste, lecz nieopłacalne. Co zrobić z wyłapanymi ludźmi? Rząd nie miał prawa ich wybić, tych co nie kradną nie mógł skazać na kopalnię, więc nie robił nic. Nie musiał. Bezimienni pozwalali by ich dzieci otrzymały lokalizator. Wiedzieli jakie jest życie poza systemem, bez imienia, bez tożsamości, nie chcieli by ich własne dzieci tak skończyły, a Rząd to akceptował. Pozwalał by ich dzieci mogły wrócić.
Ene nie wątpiła że taka szlachetność ma swój cel. Nie rozumiała tylko jednego – jak w imię chęci posiadania kolejnych dzieci pozbawiać je przyszłości? Taki egoizm i brak odpowiedzialności był dla niej przerażający. Nieważne jak bardzo chciałaby mieć kolejne, tak daleko by się nie posunęła. A jednak, niektórzy to robili.
Oficjalnie, ponad połowa ludzi w Układzie była bezrobotna i żyła tylko dzięki zapomogom, oferowanym przez Rząd w zamian za zgodę na objęcie ich programem bezdzietności lub jedynactwa. Naukowcy twierdzili że jest to konieczne, gdyż w czasach rywalizacji Ziemi i Marsa planowanie genotypów potomstwa naruszyło równowagę populacji, a dziś polityka rządu próbuje naprawić niefrasobliwość przodków, lecz to była ledwie kolejna część gry. Czując impulsy ci biedni ludzie łamali to prawo, a rząd tylko na to czekał. Pozwalał rodzicom parę lat cieszyć się świadomością że im się udało, by potem zabrać dziecko do akademii, zasłaniając się złamaniem umowy z Rządem. Urzędnicy mogli mówić co chcą, każdy wiedział że zapomoga to nic innego jak opłata za dziecko, choć uiszczana z góry. Ogłupiano rodziców impulsami i uderzano gdy już nie mieli prawa się wycofać. Gdy raz podpisali cyrograf, nie było odwrotu.
Lecz, czy mimo tego wszystkiego, było tu naprawdę tak źle? Ludzie zawsze patrzyli na tych którzy mieli więcej i sami chcieli więcej. Panowała bieda, lecz rzadko kto głodował. Kiedyś człowiek był zdany na siebie, dziś mógł liczyć na pomoc rządu, jaką by nie była...
Często żałowała że nie może się zagubić w pracy, jak Wilan. Zmęczenie bywało zbawienne. Nie pozwalało myśleć, chroniło przed dostrzeganiem masy innych problemów... Jak ciężko jej było znosić samotność rozjaśnienia. Pragnęła męża, nie tylko jego impulsy. 

Obok niej usiadł młody człowiek, około czterdziestki. Spojrzała na niego, zastanawiając się dlaczego siadł akurat tu, skoro kilka metrów dalej była zupełnie pusta ławka. Był to ten rodzaj mężczyzny którego zapamiętuje się już po pierwszym spotkaniu. Czymś się wyróżniał spośród innych ludzi na stacji. Czym – tego nie wiedziała, lecz jej kobieca intuicja podpowiadała że takie różnice po prostu w nim są. Nie był oszałamiająco atrakcyjny, po prostu był inny. Świeżo z dołu, uznała, stacja jeszcze nie zdołała go odmienić.
Patrzył na nią. Odpowiedziała chłodnym, taksującym spojrzeniem. Jego wzrok był dziwnie czujny. Szare oczy, ciemne, krótkie, brązowe włosy. Niezbyt wysoki, choć szczupły. Tak, na pewno go nie znała.
- Musimy porozmawiać – stwierdził bez ogródek, bez przywitania.
- O czym? – spytała zaskoczona – Nie znam...
- To nie miejsce na takie rozmowy – przerwał. Jego słowa, sposób w jaki mówił, nie pasowały do jego zachowania. Wydawał się spokojny, lecz czuła że się spieszy – Spotkajmy się. To ważne – dodał szybko – Dla was bardziej niż dla mnie.
Ene spróbowała zaprotestować. Kim on był? Jakiś przestępca, może? Odruchowo uniosła dłoń w geście sprzeciwu, lecz nie dał jej dojść do słowa.
- Proszę się temu przyjrzeć – powiedział z zaskakującą powagą – Proszę się przyjrzeć bardzo dokładnie.
Dostrzegła że trzymał coś w ręce. Złapał ją za nadgarstek i włożył jej to w dłoń. Odruchowo zacisnęła na tym palce. Nieznajomy puścił ją natychmiast, wstał i oddalił się bez pośpiechu, znikając za drzewami, jakby przysiadł się na moment by zapytać się o jakiś sklep.
Przez chwilę Ene zastanawiała się czy nie pójść za nim i nie zażądać wyjaśnień, lecz uznała że nie warto ryzykować. Otaczająca nieznajomego aura tajemniczości sprawiła że odruchowo ukryła przedmiot w kieszeni. Dał o sobie znać stary nawyk z Ziemi, z czasów studenckich. Mogła się tego pozbyć. Wstać, zostawić to na ławeczce i odejść, bez patrzenia na nic. Lecz nieznajomy mógł być znany policji, może nawet był obserwowany. W archiwum pozostałoby nagranie z perceptorów, pokazujące co się w tym miejscu działo.
Później się tego pozbędę, uznała. Gdzie indziej. 
Siedziała chwilę jakiś kwadrans, udając że wpatruje się w gwiazdy, czekając czy nie podejdzie do niej ktoś jeszcze. W końcu wstała i powoli odeszła, rozglądając się jakby czegoś szukała. Wciąż, nic. Udała się w bezpieczne miejsce, gdzie nie było perceptorów i gdzie mogła przyjrzeć się podarowanemu przedmiotowi. Długo się wahała, spoglądając na zaciśniętą dłoń. Nie była pewna czy powinna to zobaczyć. Czasami to wystarczało by wpaść w kłopoty. W końcu rozwarła palce.
To była prosta kosmetyczka do twarzy, wielkości palca. Wielobarwna, dodała w myśli, przyglądając się kontrolce kolorów i odcieni. Zwykły zestaw barwników, błyszczyków, pojemnik na krem, nic poza tym. Żadnych dodatkowych funkcji. Jednak była jakaś dziwna, dość prymitywna i nie tak estetyczna jak w używanych przez nią drogich modelach.
Sprawdziła pojemniki – były pełne. Rozsunęła końcówkę, przyjrzała się dokładniej jej aktywnej powierzchni. Kreska namalowana na grzbiecie dłoni udowodniła pełną funkcjonalność urządzenia. Dziwny sposób zwracania uwagi. Nieznajomy nie wyglądał na jednego z tych nieszkodliwych wariatów, co to zaczepiali kobiety na promenadach. Już zamierzała wyrzucić kosmetyczkę, zirytowana żartem w tak złym guście, lecz wstrzymała się. Nieznajomy nie wyglądał na żartownisia, a wariat nie byłby tak poważny. 
Jeszcze raz przyjrzała się kosmetyczce. Z łatwością dostrzegła wygrawerowany na cylindrycznym boku szereg cyferek. Identyfikator produktu, na kosmetyczce? A gdyby podzielić to na domeny i sekcje numeryczne... Tak, wtedy to by wyglądało na sygnaturę sieciową. Adres WIR. A zatem próba skontaktowania się.
Dlaczego miałaby wydawać impulsy na spotkanie w WIR-ze z jakimś nieznajomym? Uznała że ta tania zabawka musi zawierać odpowiedź także na to pytanie. Dopuszczała możliwość że takiej odpowiedzi zwyczajnie nie ma, lecz była już tak zaintrygowana, że postanowiła to sprawdzić.
Głupi żart? A może nie?
Może to nie jest przypadkowy podarunek, pomyślała. Może miał trafić właśnie do mnie, z jakichś powodów, nieważne jakich. Kto wie czy to aby nie jakiś nadajnik? Lecz jeśli tak miałoby być, ukryłabym go w czymś co chciałabym zatrzymać. Zaczęła przyglądać się jeszcze dokładniej, szukając czegokolwiek niezwykłego, wskazówki że w środku jest coś więcej niż to co powinno być. Kosmetyczka była większa niż te których używała, miała aż nadto miejsca na nadajnik, czy moduł pamięci. Na pewno nie na perceptor, bo choć wpatrywała się w przedmiot z całych sił, nie zdołała dostrzec żadnej soczewki, ani matrycy. Radar, radioperceptor? Podzespoły elektroniczne składały się z ciężkich plastików. Zważyła przedmiot w dłoni. Zbyt lekki.
Jej wzrok ponownie padł na spód przedmiotu, gdzie zwykle znajdowały się znaki produkcyjne – informacje o produkcie, zgodności normy, fabryce. Jednak tylko tej jednej rzeczy się jeszcze nie przyjrzała. Z rosnącą irytacją postanowiła że jeśli tam też niczego nie znajdzie, wyrzuci to coś do śmieci. Przebiegła wzrokiem cyfry i symbole producenta. Data produkcji, cyfry dotyczące segregacji przed rozkładem na monomery...
Nie od razu zrozumiała o co chodzi, lecz gdy to do niej dotarło, jej oczy nagle się rozszerzyły. Przesunęła wzrok na początek ostatniej linijki i przeczytała jeszcze raz. Potem odruchowo schowała przedmiot do kieszeni. Rozejrzała się ze strachem, jakby szukał jej tuzin Protektorów.
Nie bez powodu kosmetyczka była tak prymitywna – technologia jej produkcji nie była wyrafinowana. Odczytany napis był krótki, lecz znaczący.
„Miejsce produkcji: Nowa Itaka”.
Kosmetyczka pochodziła z kolonii.

* * *

Nie rozumiała dlaczego nieznajomy wolał spotkać się z nią w WIR-ze, zamiast od razu powiedzieć o co chodzi. Czy to miało być w jakiś sposób bezpieczniejsze? Nie znała się na systemach. Mogła albo o wszystkim zapomnieć albo zgodzić się na spotkanie, na jego warunkach. Zapomnieć nie potrafiła.
Otwierając drzwi do najbliższej sali terminali nie była pewna czy dobrze postępuje. Ryzykując kłopoty, ryzykowała że odbiją się one na pracy męża. Mimo to, weszła do środka. Kilka terminali było zamkniętych. Udała się w stronę najbliższej wolnej komory. Nie planowała długiej wizyty. Koszt każdej minuty był tu kilka razy droższy niż na Ziemi, a ona nie była już dziewczyną którą bawiły inne rzeczywistości. Wsunęła kartę do czytnika. Gdy tylko kokon uwięził ją w swym wnętrzu, wywołała panel obsługi i wprowadziła numer z kosmetyczki, potwierdzając zgodę na przejście w lokalizację stworzoną przez użytkownika adresu.
Przypomniała sobie że było wielu zboczeńców, którzy zwabiali w ten sposób partnerki do swoich zabaw, blokując je po wejściu do swojej lokalizacji. Istniała oczywiście procedura wyjścia, lecz ci którzy tak postępowali wiedzieli jak ją zablokować. Świat był sztuczny, lecz to nie odbierało niczego z prawdziwości gwałtu. Rzadko kiedy istniały podstawy prawne do wszczęcia działań policji, zaś sama policja miała bardzo niewielkie szanse na namierzenie zdolnego użytkownika. Nie wątpiła ani przez chwilę że w świecie, w jakim żyła, drobiazg z zewnątrz był doskonałym wabikiem, za którym niejedna poszłaby w najbardziej ryzykowną lokalizację, lecz w miarę zagłębiania się w sprawę, Ene coraz mocniej czuła że nie o zabawę w tym chodziło.
Pojawiła się w niewielkim, dobrze oświetlonym i nieźle zaplanowanym pomieszczeniu, bez żadnej widocznej drogi na zewnątrz. To nie musiało jeszcze o niczym świadczyć – brak wyjścia oznaczał także brak wejścia dla nieuprawnionych podglądaczy i wścibskich programów Sieci. Wprawdzie ściany były wirtualne, lecz były projekcją języka WIR-u, który tu i teraz mówił jej zmysłom że wszystkie kanały zewnętrzne są zablokowane.
Nie była sama. Kilka kroków przed nią stał niedawno spotkany mężczyzna. Nie zmieniła swojego wyglądu, podobnie jak on, lecz to nie znaczyło nic. To mógł być ktoś inny, kto przybrał jego wygląd. Jak to sprawdzić? Widzieli się krótko, wymienili ledwie kilka zdań. Takie rzeczy można szybko zeskanować z mózgu, lecz gdyby nawet ktoś to zrobił, czy zdołałby zorganizować to wszystko w tak krótkim czasie?
- Przyjrzałam się dokładnie – odezwała się pierwsza, wykorzystując jego słowa – Więc to jest miejsce na takie rozmowy?
- Wiem, mogłem użyć czegoś lepszego niż kosmetyczka – mężczyzna zachował powagę z promenady – Lecz trudno znaleźć coś, co wyda się komuś niezwykłe, pozostając dla postronnych zwykłym przedmiotem. Tutaj – wskazał dłonią na ściany – możemy rozmawiać swobodniej niż na promenadzie.
- Czy tu jest to mniej ryzykowne?
- Prawda, sieć jest monitorowana – przytaknął – lecz jej przestrzeń rozciąga się dopiero na zewnątrz pomieszczenia terminali. Bezpośrednie połączenia między kabinami nie znajdują się w sieci. Jeśli ktoś wie jak, potrafi je wyciszyć.
Ja wiem, jak to zrobić, to chciał jej powiedzieć.
- Jest pan kolonistą? – spytała – Nie nosi pan kombinezonu...
- Pomimo zabezpieczenia, to nie jest miejsce na takie rozmowy – uciął jej krótko – Chciałbym się z panią spotkać, razem z mężem, w waszym domu. Tam możemy wykorzystać prawo dla naszych korzyści. Mam państwu wiele do zaproponowania... i spodziewam się równie wielu pytań.
- Nie wiem czy...
- Jestem na to przygotowany. Proszę porozmawiać z Wilanem. Natura sprawy wymusza na mnie pośpiech, względy bezpieczeństwa...
- Rozumiem. Ale... – fakt, że mężczyzna znał imię jej męża zaskoczył ją, lecz mogła się tego spodziewać. Nie wybrał przypadkowej osoby. Nie chciała robić sobie nadziei rozmyślaniem nad przyczyną.
- Proszę się z nim skontaktować i powiedzieć by prosto z pracy wrócił do domu. Proszę mu nie mówić o co chodzi zanim nie wróci. Będziecie mieć państwo godzinę na zastanowienie i kolejną na dotarcie na miejsce. Proszę podzielić numer identyfikacyjny przez dwie ostatnie cyfry. Ostatnie cztery to godzina i minuta od której przez pół godziny będę czekał na kontakt. Kolejne dwie to numer pomieszczenia, w którym będę. Możecie państwo pojawić się razem, lecz wolałbym gdyby to Wilan się ze mną umówił. On może mieć wątpliwości, które pani porzuciła przychodząc tutaj. W razie zainteresowania moją ofertą przejdziemy do waszego domu. Osobno, ze względów bezpieczeństwa.
Ene nie wiedziała co odpowiedzieć. To brzmiało bardziej jak ultimatum niż prośba. Mężczyzna znikł zanim znalazła właściwe zdanie. Pozostała sama w pomieszczeniu, lecz teraz w każdej ze ścian znajdowały się drzwi.

* * * * *

Im lepiej czuł się Arto tym gorzej czuła się grupa. Nie była maszyną, żyła i reagowała na to co się działo, a on świadomie ją zaniedbał, pozwolił by funkcja kapitana straciła na znaczeniu. Dookoła niego i Iwena wyrosła twarda, plaszklana ściana, odgradzająca ich od byłych towarzyszy. Jedyną dobrą stroną był koniec docinek pod adresem Iwena. Nikt nie miał już na nie ochoty, złośliwe uwagi przestały być zabawne. Teraz sami czuli się tak jak on – osaczeni i zastraszeni.
Wojownicy, podzieleni na podgrupy, zaczęli się wzajemnie unikać. Szczególnymi ośrodkami unikania byli Arto i Nowy, oraz Żimmy i Grejgy. Żimmy zaczął już nawet rozkazywać kilku uczniom, a oni niemal – niemal – zaczęli go słuchać. Dert spełniał funkcję łącznika; dzięki niemu Arto dowiadywał się co się dzieje w klasie, lecz na przekazywaniu informacji się kończyło. Grupa rozpadła się na części, nie było w niej władzy i nikogo to nie cieszyło; nawet ci którzy jako pierwsi odwrócili się od kapitana zaczęli mieć tego dość. Żimmy chciał wprowadzić swoje porządki, lecz Dert i kilku innych był temu przeciwny. Grejgiemu nie podobało się wszystko; ci którzy trzymali razem z nim uznali że powinni poczekać i zobaczyć co się stanie. I byli jeszcze ci najsłabsi, najbardziej przerażeni, którzy nie potrafili się zdecydować. 
Grupa potrzebowała jednego kapitana, nie dwóch czy trzech; jakiegokolwiek, byle jednego. Bez tego nikt nie wiedział kogo ma słuchać, każdy robił co chciał.
Taki stan nie mógł trwać długo. I nie trwał.

Żimmy podszedł na przerwie, gdzieś w połowie zajęć. Towarzyszyło mu kilku wojowników lecz wkrótce, jak na niesłyszalny znak, zeszła się cała grupa. Nie przyszli tu dla żadnego z nich. Wiedzieli że nadszedł czas. Zebrali się by słuchać.
Żimmy stanął przed nim, pewny siebie, z założonymi rękoma. Zmierzyli się chłodnym wzrokiem. Arto czekał na tę chwilę. Minęło ledwie parę rozjaśnień, nawet nie tydzień. Żimmy nie dał mu wiele czasu na odzyskanie sił, ni rozjaśnienia dłużej niż musiał by, w razie zwycięstwa, nikt nie wypominał mu że wykorzystał słabość przeciwnika. Nie tak dawno Arto byłby równie bezwzględny. Lecz Żimmy nie wiedział że kapitan miał lekarza. Tych kilka rozjaśnień było aż nadto by Arto znów czuł się w formie do skopania jego zarozumiałego łba z karku równie łatwo jak poprzednio.
Żimmy nie zaczął od razu. Kilka minut stali naprzeciwko siebie, w milczeniu. Żimmy czekał aż wokół nich zbiorą się wszyscy ważniejsi wojownicy. Dopiero wtedy się odezwał.
- Tak dalej być nie może – stwierdził – Coś musimy zrobić.
Arto kiwnął głową. Czekał dalej. Czekał na te słowa.
- Zaniedbałeś grupę – ciągnął Żimmy – Nowy zajmuje ciebie bardziej niż nasze sprawy. Dobry kapitan tak nie postępuje.
Krążył dookoła celu, zbliżał się, lecz nie starał się go osiągnąć. Kwestionował jego decyzje, nie uznał imienia Iwena, lecz ważył swoje słowa. Arto zaczął się zastanawiać po co to całe przedstawienie. Tak bardzo był niepewny swojej przewagi że próbował się tłumaczyć? To możliwe, uznał rozglądając się po zgromadzonych dookoła chłopcach. Nie byli przyzwyczajeni do rządzenia siłą, a takie rządy oferowało im zwycięstwo Żimmiego. Bali się, więc próbował ich przekonać że robi to dla dobra grupy.
Niech ci będzie, Żim. Zagram tę rolę.
- Chcesz mnie pouczać? – chwila zwłoki wprawiła Żimmiego w zakłopotanie. No, powiedz to wreszcie, pomyślał. Wykonałem ruch. Teraz masz okazję.
- Nie. Chcę zająć twoje miejsce i ocalić Jeźdźców Smoków. Jeśli będzie tego wymagało dobro grupy, nie tylko cię pokonam, ale i wyrzucę. Ciebie i tę Kostuchę – spojrzał pogardliwie na Iwena.
Przynajmniej był szczery. Wszyscy wbili wzrok w kapitana. Nikt nie oczekiwał że odda władzę bez walki. Jednak po ich twarzach widział że wielu nie wyobraża sobie grupy bez Arto. Może strach nie był jedynym uczuciem, jakie znali, może był jedynie najsilniejszy?
- Znowu chcesz oberwać? – spytał zimno.
Żimmy uśmiechnął się ironicznie. Był wyższy od Arto o pół głowy i niemal tak samo umięśniony; mógłby patrzeć na swojego byłego kapitana z góry – gdyby nie był za głupi by zwracać uwagę na takie drobiazgi. Ta pewność siebie cię kiedyś zgubi, Żim, pomyślał. Dobry wojownik musi się liczyć z tym że może przegrać.
- Tym razem to ja cię stłukę. Do nieprzytomności – lekki uśmieszek wciąż krzywił mu twarz.
- Możesz próbować. Lecz tym razem skończę to jak należy – ostrzegł – Tym razem...
- Upokorzyłeś mnie! Czego się spodziewałeś? Że będę ci za to wdzięczny? Ja nie zapomniałem. To starszakom należy się dowództwo. Ja jestem starszakiem.
- Tak, jesteś starszakiem – przyznał Arto – Dlatego tak się spieszysz do pojedynku, prawda? 
Żimmy przestał się uśmiechać. 
- Myślałem że tyle ci wystarczy, ale mogę poczekać.
Musiał tak powiedzieć, ze względu na grupę. Naprawdę liczył że Arto przyjmie jałmużnę?
- Nie potrzebuję więcej czasu, Żimmy – zauważył jak Iwen pokręcił powoli głową. Wciąż nie rozumiał tak wielu rzeczy, nie rozumiał że nie mógł czekać – Raz miałeś szczęście, bo nie traktowałem tego poważnie. Myślisz że tym razem ci się uda?
- Teraz nie uda się tobie.
- Po szkole, Żimmy. Tam gdzie się biliśmy z Pilpem. Będę czekał.
Wciąż był kapitanem. Nie miał prawa rozkazać by Żimmy porzucił chęć walki, lecz miał prawo wybrać miejsce.
Żimmy parsknął.
- Zobaczymy kto będzie czekał – odwrócił się i odszedł. Czuje się starszy i silniejszy, pomyślał. Zachowuje się jak kot który zwęszył szczura. Zaślepiła go okazja. Najwyższy czas przypomnieć mu gdzie jest jego miejsce. Za mną. Albo jeszcze niżej.
Inni chłopcy stali jeszcze chwilę, szepcząc miedzy sobą. Oceniają moje szanse, uznał. Zastanawiają się jak źle ze mną, czy dam radę. Ktoś musiał zrobić pierwszy krok. Arto to przeciągał, nie dlatego by uniknąć obrażeń, lecz by nie dawać mu szansy. Żimmy od dawna czekał na okazję do rewanżu, być może zależało mu na tym bardziej niż na wskoczeniu na jego miejsce. Był starszakiem, kiedyś musiał spróbować. Kwestia czasu.
Chłopcy się rozeszli. Iwen był przejęty zdarzeniem bardziej niż ktokolwiek inny. Być może był jedynym który nie rozumiał że to musiało się stać.
- Nie powinieneś tego robić – powiedział.
- Muszę. To musi się stać teraz. Takie są reguły. Każdy może wyzwać kapitana i zająć jego miejsce, jeśli zwycięży.
- Inni się na to zgodzą?
- Inni myślą że Żimmy może mieć rację. Boją się że słabnę. Muszę pokazać że się mylą i mogę to zrobić tylko w taki sposób.
- A może... jeśli oni... Jeśli tak sądzą, to może powinniśmy sami...
Sami co, pomyślał, wyjść z grupy? Przestać się widywać? Zapomnieć, że istniejemy? Położyć się i umrzeć?
- Nikt nie będzie mi mówił co mam robić! – odparł ostro – Grupa nie będzie decydować z kim mam się zadawać a z kim nie. Nie jesteś przyczyną tej walki, jesteś tylko wymówką, nie większą niż Anhelo.
Iwen się zaczerwienił. Czuł się winny za przyjaźń? Czy za nią też go zacznie przepraszać, jak za to że osłabił i jego i grupę?
- Żimmy jest starszy od ciebie – zauważył ze szczerą troską w głosie – Jest w pełni sił, a ty... 
- Myślisz że o tym nie wiem? Myślisz, że gdybym czuł się źle, to nie skorzystałbym z jego propozycji?
- Nigdy byś jej nie przyjął. Jesteś na to zbyt dumny.
- Czuję się dobrze, naprawdę. Dwa lata temu Żimmy też był starszy i silniejszy. Teraz będzie tak samo. Teraz więcej potrafię.
- On też.
- No to co? Jeśli coś się stanie, twoja matka mi pomoże.
- Pewnie tak – przyznał Iwen – Ale potem może pójść na policję.
Arto nie odpowiedział.
Iwen, szkoda że tego nie rozumiesz. Szkoda że nie widzisz że muszę go pobić, dla nas. Nie przetrwamy poza grupą, sami, nie będziemy mogli być razem. Nie przeżyjemy.

* * *

Zebrali się na miejscu dawnej walki – kolejne zdarzenie w łańcuchu który rozpoczął się od Anhela, tak wiele rozjaśnień temu. Dlaczego akurat to miejsce? Nie wiedział, lecz poczuł że nie mógł wybrać lepiej. Symbol ich najświetniejszego zwycięstwa, osiągniętego dzięki Iwenowi. Historia zatoczyła krąg.
Nie było nic więcej do powiedzenia. W milczeniu rozebrali się do walki. W milczeniu, z rosnącym napięciem, grupa obserwowała każdy ich ruch. Ilu z nich rozumiało że ten pojedynek toczy się o coś więcej niż władzę? Albo wygrają razem, albo...
- Uważaj na siebie – wciąż brzmiał mu w uszach cichy, lecz stanowczy szept Iwena. I jego własna, równie stanowcza odpowiedź:
- Nikt, kto nie uważa na siebie, nie jest w stanie wygrywać.
Nieostrożność wystawiała na atak, lecz nie wygrywał także ten, kto bał się zaryzykować by wyprowadzić zwycięski cios. Dobra walka to równowaga między ryzykiem a pewnością, obroną a atakiem. Ta walka nie będzie łatwa. Poważnie traktował możliwość przegranej. Gdy tak się stanie, już nigdy nie odzyska sił. Jeśli nie zniszczy go Żimmy, zrobi to Anhelo.
Okrążali się wzajemnie w milczeniu, obserwując, nie spuszczając z siebie oka, utrzymując postawę obronną, a jednak szukając szansy by uderzyć. To nie było korytarzowe pobicie lecz starcie dwóch wprawionych wojowników, równie dobrych i tak samo silnych. Walczyli na poważnie. Błędy będą na poważnie i każdy zostanie wykorzystany.
Żimmy czuł się silniejszy, pewniejszy siebie. Arto był przekonany że zaatakuje pierwszy. Były pierwszy zastępca zwykle nie myślał, po prostu reagował. Nie planował ataku, nie prowokował wroga, nie umiał tworzyć okazji, jedynie je wykorzystywać. Lecz gdy już je wykorzystał...
Starał się być czujny i rozluźniony. Skupił uwagę na przeciwniku, wszystko inne przestało dla niego istnieć. Cierpliwie czekał na pierwszy atak. Żimmy tak nie potrafił. Niemal widział w jego twarzy, w jego spojrzeniu, jak odżywa w nim pamięć starej porażki. Tak, Żimmy, ten mały młodszak już raz cię pokonał i dobrze o tym pamiętasz. Poczuł mściwą satysfakcję, lecz jego twarz pozostała nieruchoma. Żimmy, ten sam Żimmy który dawał się ponieść ciału w walce, w głębi siebie obawiał się że znowu przegra i czuł przez to złość. Wszystko razem spinało go, odbierało pewność siebie, lecz także dodawało determinacji. Jeśli ją pokonam, pomyślał, jeśli podczas walki uwierzy że przegrał, wtedy przegra naprawdę.
Najszybszym wyjściem byłoby atakowanie głowy Żimmiego, lecz ten cel był zbyt oczywisty. Żimmy doskonale wykorzystywał naturalne odruchy ochronne ciała. Reagował instynktownie, bardzo szybko i sprawnie, lecz często bez zastanowienia. Jego oczy skłaniały mięśnie do reakcji obronnej zanim jego umysł uświadamiał sobie co się dzieje. Arto nie mógł nie doceniać takiej umiejętności. Zdecydował że będzie mierzył w tors, by powoli ograniczać jego zdolności walki. Nie będę się starał zwyciężyć serią szybkich ciosów, obiecał sobie. Wezmę cię kawałek po kawałku, jeśli będę musiał, aż odsłonisz się, lub osłabniesz.
Żimmy zaatakował. Po ustawieniu ciała poznał że go sprawdza, że przygotowuje się do odparcia ataku niż pójścia za ciosem. Arto odskoczył, unikając kopnięcia, gotując się na następne, silniejsze i lepiej wymierzone. Wciąż czekał na dobrą okazję, na chwilę gdy Żimmy podda się walce.
Żimmy doskoczył i kopnął prawą stopą z niewielkiego półobrotu. Arto łatwo odrzucił ją na bok lewą ręką. Zbyt łatwo, uzmysłowił sobie, lecz było za późno. To nie była kolejna próba, Tuż po kopnięciu Żimmy wyprowadził uderzenie pięścią. Głowa Arto została mocno wybita w górę. Coś chrupnęło mu w ustach. Odbił ręką kolejne uderzenie i kopnął w górę, zmuszając przeciwnika do odskoku. Jestem rozkojarzony, uzmysłowił sobie, ustawiając się lewym bokiem do wroga. Żimmy miał wyjątkowo sprawną lewą rękę, powinienem się spodziewać podwójnego ciosu. Rozzłościł się na tę nieostrożność. Dolna szczęka piekła niczym plazma, połowę twarzy miał znieczuloną przez siłę uderzenia. Taki cios, wymierzony w gardło, mógłby go zabić, lecz nawet Żimmy nie posunąłby się tak daleko.
Poczuł w ustach mały obiekt. Wypluł go razem z krwią. Językiem wyczuł ubytek. Trzonowy. Rodzice nie zauważą. Żimmy odpowiedział złośliwym uśmiechem. Arto nawet się nie skrzywił. Powiększył rozkrok, pochylił się lekko i zasłonił uniesionymi przedramionami. Grzbietem prawej dłoni otarł zebraną na ustach krew. Był bardziej wytrzymały, po spotkaniu z Anhelem nawet Żimmy powinien to zrozumieć. Albo pokona Arto szybko, albo wcale.
Jakby czytając w jego myślach, Żimmy znów zaatakował. Arto świadomie zwlekał, trochę później niż powinien przeniósł rękę by zablokować uderzenie. Cofnął się lekko. Gdy pięść przeciwnika znajdowała się już niebezpiecznie blisko, wtedy sam uderzył. Lekko przeniósł ciężar ciała na jedną nogę i z całej siły kopnął drugą. Żimmy był tak blisko, że nawet nie musiał mierzyć.
Trafił w brzuch. Dziadek zatoczył się do tyłu. Arto wykorzystał to by sprowokować kontratak. Udał że przymierza się do kopnięcia, w rzeczywistości planując go podciąć. Żimmy wyczuł go niemal w ostatniej chwili. Odskoczył. Arto nie zdołał zatrzymać wyprowadzonego ciosu. Odsłonił przód ciała. Dwa silne, niemal jednoczesne kopnięcia w brzuch odrzuciły go do tyłu. Przetoczył się po podłodze i zerwał na nogi, gotów do obrony. Otaczający ich pierścień obserwatorów przesunął się, trzymając ich w środku.
Kopnięcia były naprawdę mocne. Arto uznał że czas zaatakować samemu. Gdy Żimmy się zbliżył, spróbował kopnąć go z półobrotu prawą stopą. Przeciwnik nie dał się wprawdzie zaskoczyć, lecz popełnił błąd próbując kolejnego kontrataku z lewej ręki. Arto odchylił się do tyłu, unikając trafienia. Wciąż się obracał. By uniknąć kopnięcia, Żimmy cofnął biodra. Arto skręcił tors, wzmacniając ruch obrotowy. Jego prawa stopa przemknęła przed Żimmym. Gdy dotknęła podłogi, przerzucił na nią cały ciężar ciała, wyrzucając lewą w bok i zginając ją w kolanie. Wyprostował ją dopiero gdy pięta znalazła się w miejscu gdzie powinien być Żimmy. 
Atak był ryzykowny. Gdyby Żimmy złapał go za stopę, siła obrotu skręciłaby mu nogę w kostce, lecz Arto liczył że Żimmiego zgubią jego własne odruchy. W chwili trafienia był odwrócony plecami. Dziadek próbował odbić jego stopę na bok, mimo to pięta trafiła w cel. Arto poczuł ustępujące pod ciosem żebro. Opadł na lewy bok i przetoczył się, zginając kolana. Gdy tylko otwarte dłonie dotknęły podłogi, wykonał przewrót przez głowę, zerwał się na nogi i odwrócił.
Żimmy nie atakował. Wstawał z podłogi, zaskoczony siłą uderzenia. Zapomniał że rok różnicy to nie tak dużo, że Arto wciąż jest silny i sprawny. Gdy się wyprostował, lewe ramię trzymał przyciśnięte do boku. Arto uśmiechnął się z wyższością. Jego przeciwnik miał teraz słaby punkt do ochrony. Tylko na to czekał. Determinacja Żimmiego została zachwiana.
Rzucił się do ataku. Na jego spotkanie poleciała prawa pięść. Odskoczył, próbując kopnąć z półobrotu w lewe ramię. Błąd, pomyślał już w trakcie wyprowadzania ciosu, Żimmy był na to przygotowany, lecz na zmianę było za późno. Przeciwnik spróbował pochwycić jego stopę. Arto rzucił się na podłogę i przetoczył, w porę wyrywając się z niepewnego uchwytu.
Zerwał się szybko, lecz nie dość prędko. Żimmy natychmiast go podciął. Arto nie zdążył nawet dotknąć podłogi gdy poczuł silne uderzenie w bok, między klatką piersiową a biodrami. Ból był zaskakująco silny, zwiększył się gdy tylko zerwał się na nogi, lecz wciąż mógł walczyć. Odskoczył przed kolejnym atakiem, lecz Żimmy nie poszedł za ciosem. Bardzo dobrze. Arto poddał się bólowi, pozwolił by odbił się na jego twarzy. Lekko pochylony, czekał na reakcję przeciwnika. Poczuj się silny, Żimmy, zaatakuj mnie jeszcze raz, jakby twoje zwycięstwo było tylko kwestią czasu. Pomyśl sobie ile razy mnie już trafiłeś. Muszę być już wycieńczony i obolały, prawda Żimmy? Poczuj ból złamanych żeber, spróbuj mi za to odpłacić. Pozwól mi wykonać decydujący cios.
Nie był pewien czy Żimmy dalej będzie kopać. Połamane żebro nie pozwalało skutecznie operować torsem dla zachowania równowagi. Liczył że zamiast tego spróbuje walki na pięści. Obity, rozbolały brzuch, w połączeniu z koniecznością wykonywania gwałtownych zwrotów, równie skutecznie ograniczył jego własne możliwości. 
Żimmy przyjął obronną pozycję. Uniósł pięści i zaczął się zbliżać. Lewym łokciem wciąż chronił żebra, lecz Arto nie miał złudzeń. Atak równie dobrze mógł paść z tamtej strony. Postanowił zaryzykować jeszcze ten jeden raz. Gdy Żimmy spróbował uderzyć go prawą pięścią w twarz, nie odsunął się, ani nie zasłonił. Przy sile, jaką włożył w ten cios, obrona niczego by nie zmieniła. Lewą ręką złapał nadlatujące przedramię i obrócił tors w bok, całym ciałem pociągając je do siebie, wytrącając Żimmiego z równowagi. W ostatniej chwili odsunął się na bok, obracając się jeszcze bardziej w lewo. Zgiął łokieć i z całej siły opuścił go prosto na odsłonięte plecy przewracającego się przeciwnika. 
Trafił w kręgosłup, tuż ponad krzyżem. Ze stłumionym jękiem Żimmy padł na podłogę. Był skończony. Celne uderzenie odebrało mu kontrolę nad dolną częścią ciała. Arto pochylił się nad przeciwnikiem. Tym razem nie będzie litości. Już raz popełnił ten błąd, pozwolił mu odejść o własnych siłach. Nigdy więcej. Złapał go za włosy i szarpnął do tyłu. Żimmy spróbował unieść się na rękach. Gdy Arto go pociągnął, niemal klęknął. Arto zacisnął wolną rękę w pięść i uderzył w skroń. Żimmy jęknął, próbując się osłonić. Arto poczekał aż podniesie się na kolana, zgiął prawą rękę w łokciu, pochylił się i opuścił ją w miejsce gdzie czaszka była najgrubsza.
Żimmy padł na podłogę. Arto przewrócił go na plecy. Ciało pokonanego przeciwnika przewaliło się bezwładnie, ramię opadło w bok, pozostawiając dłoń na piersi. Oczy miał zamknięte, lecz oddychał. Obawiał się tej chwili, bał się że wściekłość sprawi iż uderzy za mocno. Na szczęście wciąż potrafił się hamować. Wciąż pamiętał gdzie leży granica.
Walka była skończona, lecz nikt nie ważył się ruszyć. Cisza była przygniatająca. Oto Żimmy, silny, nie pobity ani razu przez Anhela, leżał na podłodze, przed o rok młodszym kapitanem który kilka rozjaśnień wcześniej został zbity do nieprzytomności – i który teraz był wściekły. Wiedział co sobie pomyślą i zupełnie o to nie dbał.
Powiódł wzrokiem po podłodze. Odszukał stracony ząb, podniósł go, stanął nad nieprzytomnym Żimmym i z wściekłością rzucił mu go w twarz. Ty to zacząłeś, pomyślał. Ja skończyłem. Nie będzie ci z tym dobrze, lecz sam jesteś temu winien. Przesunął wzrokiem po towarzyszach, ponownie ścierając krew z ust. Dopiero teraz odczuł w pełni ból szczęki. Skrzywił się. To był pierwszy ząb jaki stracił.
Spojrzał na przeciwnika. Gdyby to on wygrał, zacząłby się mścić. Żimmy potrafił być zawistny. Jak szybko powróciło jego starszactwo, jak szybko zapomniał ostatnie dwa lata... Przez najbliższe rozjaśnienia, nim wróci mu trzeźwość umysłu, będzie myślał tylko o tym jak się odgryźć. Może nawet, w razie kolejnego ataku Anhela, wyzwie go ponownie. Zemstę nie tak łatwo wybić z głowy. Zamierzał go ukarać, lecz na początek pozwoli mu smakować gorycz przegranej. Żimmy miał dość honoru by odebrać nauczkę i nie myśleć o zdradzie. Mógł być brutalny, lecz znał zasady. Nie był karaluchem.
Złamany ząb palił go niczym powierzchnia Słońca, rozłupywał szczękę, która i bez tego puchła i piekła coraz mocniej. Żimmy miał mocny cios. W trakcie walki prawie nie czuł bólu, lecz po jej zakończeniu ten zwykł się odzywać w trójnasób. Tilonitan to załatwi, pomyślał, jak zawsze. Ostrożnie poruszył dolną szczęką na boki. Przynajmniej była cała.
Chłopcy patrzyli na niego ponurym wzrokiem. Nikt już nie trzymał strony pokonanego – dobra strona zasad. Arto po raz pierwszy pozbawił przeciwnika przytomności. Po raz pierwszy walczył do końca. Znał ich. Nie okazywali tego, lecz jakaś ich część od zawsze bała się że pewnego rozjaśnienia ich kapitan stanie się właśnie taki jakim teraz chciał by myśleli że się staje – bezwzględnym i brutalnym, jak starszak w którego się z czasem zmieni, odrzucając swoje własne reguły. Patrzcie na Żimmiego, zastanawiajcie się, czy nie myślałem o tym by go zabić. Myślcie nad tym jaki mogę być, jeśli mnie do tego zmusicie, byście tym bardziej docenili gdy stanę się znowu taki jakim byłem dawniej. Taki jestem i taki zawsze byłem, nie taki jak teraz. To tylko maska na masce. Lecz niczego nie powiedział. Ukrył w sobie żal za dawnymi czasami, gdy mu ufali. Teraz będą się go bać, przynajmniej na razie. Nawet jeśli z czasem znów zaczną go szanować, ten strach pozostanie w nich już na zawsze, tak samo jak w nim pozostanie świadomość ich tchórzostwa. Nic już nie będzie takie jak kiedyś.
Odszukał wzrokiem Iwena. Wyraźnie mu ulżyło. Iwen uśmiechnął się niepewnym, wymuszonym uśmiechem i kiwnął głową.
- Czy teraz wiecie kto tu rządzi? – spojrzał na najzagorzalszych zwolenników Żimmiego – Macie jakieś wątpliwości? Są jeszcze jacyś chętni?
Odpowiedziało mu milczenie. Arto wiedział komu najbardziej nie podoba się to co się działo przez ostatnie rozjaśnienia. A oni wiedzieli że on wie.
- Będę robił co mi się spodoba, a wy będziecie mnie słuchać. Już wiem ile jesteście warci! – rzucił ze złością, czując powracający gniew – Jedno nieposłuszeństwo a pokażę wam jak inni kapitanowie rządzą w swoich grupach! Tu leży wasza nagroda! – wskazał na Żimmiego.
Kiwnęli ponuro głowami. Nigdy tak do nich nie mówił. Czuł się podle, ale musiał grać do końca. Chciałby sprawić by poczuli się winni, lecz wiedział że to jest niemożliwe. Mógł ich tylko straszyć.
- Zajmijcie się nim i sprzątnijcie to miejsce – polecił. Wszyscy dziwnie ochoczo rozbiegli się dookoła. Żo i Sandżira zabrali Żimmiego do kryjówki, reszta albo szybko umknęła, albo zajęła się wypełnianiem rozkazu. 
Nie oglądając się, powoli wyszedł z pomieszczenia.

* * *

Powracał obolały i zmęczony, lecz jako zwycięzca. Odzyskiwał kontrolę nad sytuacją i to cieszyło go najbardziej. Przez chwilę miał nawet ochotę się roześmiać.
Przeszło mu gdy tylko przekroczył drzwi. W domu coś się działo. Z pokoju za kuchnią dobiegały go odgłosy cichej, pełnej napięcia rozmowy. Podszedł bliżej. Poza rodzicami w pokoju był ktoś jeszcze. W fotelu, zwróconym tyłem do drzwi siedział jakiś nieznajomy. Schował się za wysokim oparciem, Arto widział ledwie tył i czubek jego głowy. To go zaniepokoiło. Rzadko kiedy w domu pojawiał się obcy. Rodzice rozmawiali z nim niemal szeptem, jakby coś ukrywali. Ojciec był zdenerwowany. Widząc syna mruknął coś do nieznajomego – który kiwnął tylko głową, nie odwracając się – i wyszedł do kuchni, przymykając za sobą drzwi.
- Słuchaj, Arto – nie ukrywał zakłopotania – mamy ważnego gościa. To... – zawahał się – To ważne abyś pozostał u siebie w pokoju i nie wychodził, aż sobie pójdzie.
- Kto to jest?
- Znajomy. Arto, chciałbym żebyś...
Skinął głową. Ojciec był bardzo przejęty tym spotkaniem. Nawet nie zauważył że Arto wrócił o parę godzin wcześniej niż zwykle.
- Oczywiście, tato. Nawet go nie widziałem – odpowiedział zwyczajową formułką dorosłych, którą dawali sobie do zrozumienia że sprawa nie powinna być omawiana z obcymi. Złościło go że ojciec nie potrafił mu zaufać, lecz tacy już byli dorośli.
Ojciec uśmiechnął się.
- No, idź już – ponaglił syna – Może kiedyś o tym porozmawiamy, ale na razie to tajemnica.
Zmierzwił jego już i tak porozrzucane włosy i po ojcowsku klepnął po ramieniu. Zaczekał aż Arto wejdzie na górę i zamknie się w swoim pokoju. Dopiero wtedy Arto usłyszał odgłos zasuwanych drzwi i cichy trzask magnetycznego zamka.

Na dole działo się coś ważnego. Arto nie miał zamiaru posłusznie siedzieć, jak pierwszy lepszy dwojak, i czekać, aż ich gość sobie pójdzie. Sięgnął do szafki i wyciągnął wzmacniacz. Stanął na łóżku. Uchylił kratę szybu wentylacyjnego. Choć od pokoju na dole dzieliły go trzy ściany i sufit, tą drogą mógł podsłuchać co się dzieje. Wystarczyło wsłuchać się w ciszę by, nawet bez pomocy jakiegokolwiek urządzenia, usłyszeć zwykłą rozmowę. Ze wzmacniaczem mógł usłyszeć nawet szepty.
Z wnętrza ciemnego szybu spojrzała na niego para na wpół przymkniętych oczu. Z jakiegoś powodu Lili lubiła tu leżeć, dokładnie w miejscu gdzie szyb prowadzący do jego pokoju skręcał w kierunku domowego węzła. Byli tak daleko od jakiegokolwiek wirnika że pęd powietrza był tu niezauważalny.
- Wychodzisz? – szepnął. Kotka poruszyła uszami, ziewnęła, położyła głowę i wyciągnęła łapy – Dobrze, więc leż. Tylko się nie ruszaj.
Kawałkiem taśmy przykleił końcówkę wzmacniacza do ścianki, kierując membranę w głąb szybu. Zamknął kratkę, rozciągnął elastyczny przewód, klęknął na łóżku i włożył słuchawkę do ucha. Usłyszał tylko szumy. Urządzenie zagłuszające? Nie, to nie to. Gdyby ojciec je uruchomił, Arto mógłby liczyć tylko na własne uszy. Rodzice mieli prawo zagłuszać pluskwę, gdy był w domu, lecz Kosa miała prawo sprawdzać czy są wciąż na miejscu. Czy dlatego ojciec bał się włączać zagłuszanie? Jednak coś zagłuszało rozmowę, coś znajomego, lecz nie kojarzącego mu się z domem. Coś więcej niż prymitywne zagłuszanie, stosowane przez nauczycieli rozmawiających w swoim pokoju o tym co, według nich, działo się w szkole.
Wsłuchał się w szum. Po chwili już wiedział. Sygnał zniekształcający. Nie zakłócał działania urządzeń, a jedynie udawał odgłosy pracy jakiejś maszynerii – buczenie układów optoelektrycznych czy przekaźników wielkiej mocy. Dla ludzi był niesłyszalny, odbierały go tylko układy wzmacniające, jak ten którego sam używał. Szum powstawał w elektronice, gdy pętla indukcji wzmacniała zagłuszane dźwięki.
Nie pierwszy raz podsłuchiwał coś takiego. To musiał być nieznajomy. Znał się na rzeczy i miał coś ważnego do powiedzenia. Dotknął małego guziczka na słuchawce i zaczął go delikatnie obracać opuszką palca, szukając takiej szczeliny w częstotliwości szumu która nie nakładałaby się na częstotliwość ludzkiego głosu. Zajęło mu to sporo czasu – szum tłumił każde słowo – lecz na samym końcu skali słyszalności zdołał odebrać niezbyt czysty, lecz słyszalny dźwięk rozmowy.
Zaczął się dostrajać. Głosy brzmiały dziwacznie, z metalicznym odgłosem, nienaturalnie sztywno i beznamiętnie, lecz słyszał dość by odtworzyć to czego brakowało.
- Ludzie od dawna manipulują innymi ludźmi, pani Waspers – usłyszał bardzo, bardzo niewyraźnie – Świadomość bycia dezinformowanym i oszukiwanym też można wykorzystać.
Głos gościa był straszliwie zniekształcony. Zaskoczony, Arto zaczął przesuwać skalą, lecz w niczym to nie pomogło. Skala była ustawiona prawidłowo. Co się działo?
- Twierdzi pan, panie Hall, że prawda także podlega manipulacji? – głos matki był wyraźny – Sam pan powiedział że kłamstwo można wykryć, zaś prawda jest absolutna. Można ją jedynie interpretować.
Arto wreszcie zrozumiał. To gość był przyczyną, nie aparatura! Tak dobrze potrafił kontrolować swój głos że wszystko, co nie dało się zagłuszyć, stawało się niewyraźne. Nazywali to modulacją. Przestraszył się. Takich sztuczek nie znał nikt w szkole. Tylko Protektorzy potrafili modulować swój głos. Ale... ojciec potrafił rozpoznać Protektora! Potrafił to nawet trojak! Musiałby wiedzieć...
Arto wiedział z lekcji że ucho dziecka jest czulsze i potrafi odbierać dźwięki których nie słyszą dorośli. Tylko dlatego mógł poznać co mówi nieznajomy. Jego głos znajdował się wprawdzie poza skalą słyszalności dorosłego – a dzięki zagłuszeniu także poza skalą detekcji aparatury podsłuchowej – lecz nie poza skalą słyszalności dziecka.
- Tak robi rząd – wtrącił ojciec – Nie mówi całej prawdy. Zataja część, albo...
- Interpretuje. Owszem. Nie kłamie, w żadnym wypadku, po prostu... ukrywa to co niewygodne. To sprawia że cały system jest wrażliwy na prawdę. Jeśli ujawni się ją we właściwym czasie, jeśli poda się ją we właściwej formie...
- A co jeśli ludzie nie wierzą w nic? Podziemie mówi podobne rzeczy, panie Hall, lecz robi to co robi. Nawet jeśli każde ich słowo to najczystsza prawda, ich czyny zmieniają znaczenie.
Rozmowa trwała już dłuższy czas, zaś on trafił na jej nudniejszą część. Usiadł, wyciągnął nogi i wetknął poduszkę między plecy a ścianę. Zamknął oczy, by wzrok nie odciągał uwagi od słuchu. To musiało być ważne, inaczej po co ta cała tajemnica i zakłócanie?
Gość, nazwany Hallem, musiał się poruszyć.
- Do tego zmierzam. To niewiara zamienia prawdę w tak potężną bronią. Ludzie myślą że prawda jest najprostszym rozwiązaniem, że zawsze wychodzi na jaw i nie da się w niej pogubić, jak w kłamstwie. Jednak świat nie jest tak prosty jak dawniej. Prawda stała się zbyt skomplikowana by w nią uwierzyć, lecz ona istnieje! Jest jak bomba, zagrzebana głęboko w przeszłości, u korzeni zdarzeń. W miarę upływu czasu powstanie nad nią coraz większa kapsuła kłamstwa i niedomówień. Gdy ktoś ruszy wtedy tę bombę w chwili gdy ludzie zechcą słuchać i umiejętnie pokieruje detonacją, wtedy może zawalić wszystko.
- A czy ludzie są gotowi słuchać? – spytała matka.
- Nie, i jeszcze długo nie będą. Prawda pojawia się i znika, bo nikt się nią nie interesuje, lecz napięcie rośnie, a wraz z nim wzrośnie chęć tłumienia prawdy. Zamiast ją rozładować, rząd zacznie ją dusić. Ściśnie ją tak że powstanie reakcja łańcuchowa.
- Więc teraz niczego nie ściska? – to był ojciec.
Chwila ciszy.
- Wierzy pan w rolę Floty? – spytał Hall – Czy wierzy pan że to wciąż jest Flota Obronna?
- Oczywiście że nie! – ojciec był oburzony – Jak mógłbym w to... – zamilkł na chwilę – Chwileczkę... Chyba rozumiem...
- Rząd niczego nie tłumi. Pozwala ludziom myśleć co im się tylko podoba, bo i tak są mu posłuszni. Władza już dawno mogła roztoczyć pełną kontrolę nad obywatelami. Może nawet znalazłaby sposób by na bieżąco analizować ogromną ilość napływających do systemu informacji, lecz po co? Niewola rodzi bunt. Jeśli już teraz istnieją u was organizacje walczące z obecnym ładem, o ileż zintensyfikowałaby się ich działalność gdyby zyskali prawdziwy powód do walki! Ludzie są niezadowoleni, ale jakoś żyją. Nie ma potrzeby tego zmieniać. Kontrola niszczy kreatywność. W dwudziestym pierwszym wieku jedno z najsilniejszych państwo uległo bezmyślnej indoktrynacji i podporządkowaniu, co w przeciągu jednego wieku położyło kres jego potędze. To ślepa droga. Sztuką jest zachować dość kontroli by rządzić bez sprzeciwu, przy słabej, niedoinformowanej, lecz legalnej opozycji, pozostawiając dość swobody by ludzie mieli poczucie normalności, nie popadając w matnię teorii kosmicznego spisku. Kopuła jest jeszcze mała, jej wysadzenie nie przyniesie nic poza zamieszkami i niepotrzebną przemocą. Ściskanie zacznie się wtedy gdy pojawi się nowe zagrożenie. Dekada Strachu była pierwszym ważnym momentem. Z czasem pojawi się drugi, gdy kolonie staną się silniejsze. Wtedy Rząd spróbuje ograniczyć przepływ informacji. Teraz może pan iść do doków i porozmawiać o wszystkim z dowolnym kolonistą, lecz za dwieście lat kopuła będzie tak duża że takie rozmowy staną się niebezpieczne.
- Nie wierzę że Rząd może aż tak bardzo ścisnąć ludzi!
- Przypuszczam że ludzie przed Dekadą Strachu też nie wierzyli że Flota nagle stanie się narzędziem ucisku. A dziś... Dziś cała polityka Rządu jest skoncentrowana na utrzymaniu dominacji Ziemi nad koloniami. Jedyne pytanie jakie jeszcze potrafię sobie zadać, dotyczy tego jak daleko Ziemia zechce się jeszcze posunąć. Ja wiem że posunie się bardzo daleko, panie Wilan, o wiele dalej niż pan mógłby wyśnić w najgorszym koszmarze. To, co dzieje się teraz, jest zaprzeczeniem doktryny Floty Obronnej. Gdyby ludzkość naprawdę rozproszyła się wśród gwiazd, jak chcieli tego na początku, jak wciąż chcą koloniści, wtedy przetrwalibyśmy każdy atak.
- O ile wiem, Obcy się zniszczyli. Nie ma żadnego zagrożenia...
- Nie ma go teraz. Rząd przyjął to do wiadomości i zaczął się bawić w imperatora ludzkości. Nie zbadaliśmy aż tak wielu gwiazd by spotkać jeszcze kogoś, to prawda. Lecz jeśli tylko w naszym niewielkim dominium, obejmującym ledwie kilka tysięcy gwiazd, powstało około dziesięciu niezależnych ramenów, z czego trzy wydały istoty inteligentne zdolne opanować loty kosmiczne... i zniszczyć sześć innych... Nie możemy liczyć na wieczny pokój. Słabe rameny zostają zniszczone przez silniejsze. To powszechne prawo natury. Wciąż możemy zostać zniszczeni, jeśli to wszystko będzie trwało. Rząd to wszystko dusi. Zamiast wolnego handlu utrzymuje wymuszony system dystrybucji najważniejszych technologii.
- Rozumiem – stwierdził ojciec – Każdy to rozumie. Otwarcie granicy i zniesienie Prawa Kolonialnego przyspieszyłoby rozwój kolonii. Powstałoby wiele nowych ośrodków przemysłu, ośrodków obrony, nowe stocznie, wielka baza dla jeszcze większej floty, nad którą Ziemia nie miałaby już kontroli. Ale czy to nie skończyłoby się podziałami?
- Być może – przyznał Hall – Może kolonie zaczęłyby walczyć między sobą. Ale ta sztuczna jedność w niczym nie jest lepsza. Nasz gatunek utrzymałby ekspansję, a nowa Flota spełniałaby w pełni założenia Floty Obronnej...
Arto przestał słuchać. Nie lubił i nie rozumiał polityki. Uszy wciąż odbierały odgłosy rozmowy, czekając na słowa-klucze, lecz umysł pogrążył się w rozmyślaniach. Myślami wrócił do zdarzeń, o których tylko słyszał – o powstaniu Floty Obronnej i migracji do gwiazd.

Początki Ery Kosmosu zbiegły się z pierwszym przeludnieniem Ziemi. Nie równało się ono temu co działo się teraz, lecz ówcześni ludzie musieli to widzieć inaczej, skoro tak je nazwali. Na Marsie było ledwie kilka małych miast, Wenus dopiero próbowano ochłodzić, przy gazowych gigantach powstawały pierwsze kopalnie a sieć miotaczy masy była tak prymitywna że poza trasą Ziemia-Księżyc właściwie nie istniała. Nie było reaktorów słonecznych, kolonie nie zawsze mogły wytwarzać powietrze na miejscu, pozostając zależne od dostaw żywności i skroplonego powietrza. Po prostu – prymitywizm. Dwieście lat po tym jak człowiek po raz pierwszy postawił stopę na Marsie ludzie potrafili budować jedynie niewielkie gwiazdoloty – małe, jedno lub dwuosobowe ramstatki, osiągające ledwie pięćdziesiąt C. Takimi statkami latali Tułacze, błąkali się od gwiazdy do gwiazdy, badając je, stając się oczami ludzkości, jej dotykiem i węchem. Budowano też statki na kilkadziesiąt osób – większe, wolniejsze, dzięki którym naukowcy zakładali kolonie w ruinach światów Obcych. Byli rękami i głową ludzkości, jej mózgiem, lecz wciąż brakowało nóg – aż nadszedł rok gdy opracowano technologię budowy kadłubów z asteroid. Zaczęto tanio i szybko budować duże statki, zdolne wywieźć kilka tysięcy rodzin naraz. Rozpoczęła się Pierwsza Fala Emigracji.
Na początku nie było biletów. Pierwsze stacje zakładano z inicjatywy rządów państw Ziemi. W tamtych czasach nie rozbierano statku przy lądowaniu, jak dziś, by pozyskać niezbędne wyposażenie. Statek wyładowywał sprzęt i zaczynał kursować między stacją a najbliższą kolonią, przywożąc zaopatrzenie i nowych kolonistów, a wywożąc rudę. Powstała sieć transportowa, Sztafeta, przyspieszyła osadnictwo na ogromnych obszarach przestrzeni.
Z czasem rządy wycofały się z finansowania kolonii, pozostawiając ich zakładanie korporacjom poszukującym rud surowców, lub bogatym ludziom, gotowym realizować swoje marzenia o władzy czy pieniądzach. Po raz pierwszy pojawiła się sieć przewozów pasażerskich. Z początku były to dodatkowe miejsca dla pasażerów na pokładzie prywatnych handlowców czy transportowców. Bilety były drogie, lecz obietnica nowego życia kusiła. Wielu ludzi nie widziało dla siebie przyszłości na Ziemi. Liczba podróżników wzrastała, z roku na rok budowa statków pasażerskich stawała się coraz bardziej opłacalna. Cena przelotu spadła, powstały wyspecjalizowane statki pasażerskie oraz gwiazdoloty kolonizacyjne nowej generacji, zaprojektowane tak by ich części posłużyły do budowy nowej kolonii.
Powstała cała sieć przewozu ludzi. Z Ziemi dostawali się oni na Księżyc, stamtąd – do rejonu Saturna. Tam dokowały gwiazdoloty, przewożące ludzi ku najbliższym, najstarszym pozaukładowym koloniom. Stamtąd inne statki rozwoziły je dalej. Jedynie gwiazdoloty kolonizacyjne przebywały całą drogę aż do ostatecznego celu podróży. Koloniści budowali z nich kopułę, potem niewielką stację orbitalną dla gwiazdolotów, a na koniec zaczynali bioprzekształcanie. Wtedy zabierano się za to dopiero gdy koloniści już wylądowali.
Budowano coraz więcej gwiazdolotów, które wiozły w gwiazdy coraz więcej naukowców. Dzięki odkrywanej wiedzy Obcych statki stawały się coraz szybsze. Kolonie szybko rosły. Nagle, w przeciągu kilkudziesięciu lat, okazało się że zatłoczoną i ogarniętą wojnami Ziemię opuściło ośmiu na każdych dziesięciu jej dawnych mieszkańców.
W tamtych czasach Mars był garstką niezależnych kolonii z dopiero co powstającą atmosferą tlenową. Inne kolonie w Układzie nie były nawet tak duże. Ziemia była sercem ludzkości, któremu zaczęła grozić zapaść. Najpierw uciekali ci średnio zamożni, których było na to stać. Na ich miejsce przybywali ludzie z biedniejszych rejonów planety, by wykonywaniem porzuconej pracy samemu zarobić na bilet w gwiazdy. Wreszcie uciekli nawet ci najbiedniejsi. Wielkie fabryki stanęły; nie miał kto produkować nowych robotów, mających zastąpić ludzi których już tam nie było. Na Ziemi zaczęła szaleć Wielka Inflacja. By położyć jej kres wprowadzono jednolity system impulsów.
Ziemia wciąż była podzielona na coś co nazywano państwami. To one rządziły stacjami i koloniami. Gdy jedne, na rozkaz polityków, odmawiały przepuszczenia ludzi, inne otwierały swoje śluzy, przysparzając ogromnych zysków. Państwa konkurujące oferowały kolonistom swoją pomoc, w zamian za podpisanie kontraktu z przyszłą kolonią na zbyt towarów i transporty rudy. W zamian za kontrakty na dostawy złota, irydu i platyny rządy obchodziły wzajemne porozumienia dotyczące barier emigracyjnych – do czasu aż ludzi na Ziemi zostało tak niewielu że przestało się to komukolwiek opłacać. Metale straciły swoją wartość; ekonomia legła w gruzach.
Dopiero wtedy rządy dawnej Ziemi doszły do porozumienia. Zjednoczenie stało się faktem, czymś więcej niż nic nie znaczącym podpisem pod jeszcze mniej znaczącą deklaracją, jaka istniała od początku Ery Kosmicznej i którą po prawdzie i tak wszyscy mieli gdzieś. Dopiero groźba katastrofy zmusiła rządy do połączenia sił. Stacje zamknęły się przed uchodźcami. Koloniom nakazano posłuszeństwo wobec nowych władz. Jedynie Mars się sprzeciwił, ogłaszając zjednoczenie i niepodległość wszystkich istniejących na nim kolonii. Uciekający z Ziemi koloniści znaleźli tam nowy dom, dając mu potęgę niemal równą Ziemi.
Skończyła się Pierwsza Fala Emigracji, zaczął się pojedynek między Marsem a Ziemią.
Wiele kolonii w Układzie, z początku lojalnych Ziemi, przeszło na stronę Marsa lub ogłosiło niepodległość. Osłabiona emigracją Ziemia i silny, wciąż zaludniający się Mars zaczęły się mocować. Splątane w uścisku ekonomii, zaczęły konkurować o rynki zbytu wśród kolonistów. Obie planety produkowały dużo i coraz taniej. Znowu wzrosło zatrudnienie. Znowu zmalały koszty pracy. Jeszcze raz ludzie stali się bogaci.
W chaosie rywalizacji rozwijał się handel i transport. Kwitła nauka, budowano nowe, nowocześniejsze statki. Zakładano wiele nowych kolonii w Układzie, a każda z obu wiodących planet próbowała je od siebie uzależnić. Gdy któraś ogłaszała niepodległość, jej rywal przysyłał tam swoje wojska, wspierając ją w zamian za korzystne umowy. Powstały pierwsze okręty wojenne – małe, wolne, lecz dobrze uzbrojone ¬– lecz jeszcze nie po to by walczyć. Służyły głównie do transportu wojska i obrony przed nieistniejącymi, jak się po wiekach okazało, Obcymi. Wtedy jeszcze wierzono iż wojna w gwiazdach wciąż trwa. Gdy wszystkie kolonie w Układzie uzyskały niepodległość, walka między Ziemią a Marsem stała się tak zażarta że niemal doprowadziła do otwartego konfliktu. Szczęśliwie, Wojna Wtyczek zakończyła się na komputerach i obie floty nigdy nie skierowały się przeciwko siebie.
Pod naciskiem wszystkich niepodległych kolonii podpisano traktat o wiecznym pokoju i Wspólnej Flocie, przekształcający obie formacje w jedną, wspólną dla wszystkich ludzi Flotę Obronną. Kolonie odetchnęły z ulgą. Wierzono że ludzkość już nigdy nie skieruje swojej broni przeciwko własnemu gatunkowi, że nadszedł kres wojen. Strach przed Obcymi wzrastał w miarę odkrywania prawdziwych rozmiarów dawnej wojny, jednocząc wszystkich. Wkrótce stał się zbyt wielki by nawet kłótnia między Ziemią i Marsem zdołała go przezwyciężyć. Paradoksalnie, to wtedy Flota Obronna, ku swojej goryczy, odkryła że nie posiadając władcy, nie posiada także źródła impulsów. Oddanie jej w ręce całej ludzkości nieomal ją zniszczyło.
Każdy okręt mógł wtedy wstąpić do Floty, wystarczyło że posiadał odpowiednią broń na pokładzie. Groźba ataku Obcych wciąż wydawała się realna, lecz rządy przestały być zainteresowane budową nowych okrętów. Stały się dla nich zbędne, gdyż technologia pozwalała im na prowadzenie wojny między Ziemią a Marsem bez ich pomocy, a żaden inny rząd nie myślał poważnie o własnej flocie. Bano się Obcych lecz wierzono że społeczeństwo samo sfinansuje swoją tarczę. Mylono się. Flota, by przetrwać, musiała nauczyć radzić sobie sama. Finansowana na zasadzie wolontariatu, napędzanego paniką przed Obcymi, pod hasłami zabezpieczania przyszłości dzieciom i całej ludzkości, stopniowo zamieniała się w gildię przewoźniczą zrzeszającą najwięcej statków – i jako jedyną w której wszystkie były uzbrojone. Chętnych do korzystania z jej usług przybywało w miarę upowszechniania się korsarstwa i sabotaży.
Niepodległość stacji znalazła silne fundamenty – ich kopalnie stały się niezbędne wszystkim. Niezależni przewoźnicy, jak Flota, popierały niezależność tych rządów, gdyż pozwalała im wybierać miejsce kupna i sprzedaży towarów. Więcej niepodległych ośrodków to większa liczba niezależnych rynków; korzystna sprzedaż towaru rodziła impulsy, niepodległość stała się inwestycją. Nowa równowaga ekonomiczna zakończyła walkę o dominację na rynku – wszyscy rywale stali się równi. W żadnej innej epoce nie było tyle wolności i tak szybkiego rozwoju. Nigdy żadna epoka dobrobytu nie trwała tak krótko.
Walka na ekonomię i militaria przestała mieć sens, więc Ziemia i Mars sięgnęły po nowy rodzaj broni. Każda z planet, by osłabić konkurentkę, zaczęła pomagać jej mieszkańcom wyemigrować w gwiazdy, oczekując w zamian że nowo założona kolonia podpisze kontrakt na dostawę sprzętu i surowców. Znów ruszyły wielkie gwiazdoloty, znów wożono ludzi w gwiazdy, jeszcze taniej niż wcześniej. Znów zasiedlano nowe światy i znów przewoźnicy zbijali wielkie majątki. Lecz to z Ziemi, nie z Marsa, uciekało najwięcej ludzi. Ziemia dopiero się odradzała po industrialnych zniszczeniach; Mars dopiero rozkwitał.
Ziemia zaczęła rozważać różne sposoby na powstrzymanie ludzi przed niszczącą jej gospodarkę emigracją. Ludzie wpadli w panikę, rzucili się do ucieczki, byle zdążyć przed przegłosowaniem nowego prawa. Zewnętrzne Kolonie Układu zapchały się uchodźcami, często czekającymi lata na jakikolwiek transport na zewnątrz, byle dalej od Ziemi.
Mówiono że nowe prawo zmusi ludzi do niewolnictwa.
Mówiono dobrze.
Żadna siła na Ziemi nie była w stanie powstrzymać takiej masy ludzi. Dzięki szybkiej reakcji przewoźników uciekli z niej wszyscy którzy chcieli i których było stać na bilet. Kolonie znów zarabiały ogromne ilości impulsów. Większość zarobków spływała prosto do kieszeni zacierającego ręce Marsa. Lecz najwięcej zyskała Flota. Nowa fala emigracji zapewniła jej byt. Gdy wprowadzono nowe przepisy, na Ziemi pozostali tylko ci najbiedniejsi, których nie było stać na ucieczkę, oraz ci najbogatsi, którzy najpierw nie chcieli uciekać, a teraz nagle spostrzegli że już wcale nie są tacy bogaci. Nie miał kto dla nich pracować, nie miał kto kupować produkowanych przez ich fabryki towarów. Zmieniło się zapotrzebowanie na inżynierów, koszty produkcji osiągnęły kosmiczną cenę. Fabryki znów stanęły. Ziemski rynek zbytu przestał istnieć, zredukowany do dziesiątej części pierwotnego zapotrzebowania. Planeta stała się marionetką zależną od kontraktów z kolonistami.
Tylko żelazne prawa powstrzymały obywateli Ziemi przed buntem. Planetę ogarnął potężny kryzys, lecz zwycięstwo Marsa było krótkotrwałe. Gdy na Ziemię powrócił ład, Mars odkrył że ma teraz taki sam problem, jaki miała Ziemia. Role zaczęły się odwracać, do gry wchodzili nowi gracze – niepodległe, szybko rozwijające się kolonie w Układzie, zaludniająca się Wenus. Najstarsze kolonie, dziś nazywane Wewnętrzem, przeżywały rozkwit rozwoju, a wraz z nim głód na dostawy sprzętu. By go zaspokoić, zaczęły same rozwijać przemysł. Powstały pierwsze stocznie kolonialne, podpisano umowy między układami, narodziły się zalążki specjalizacji.
Po upadku Ziemi sprawdziło się stare powiedzenie by uważać na swoje życzenia, bo mogą się spełnić. Mars dostał co chciał, lecz szybko odkrył że w pojedynkę nie zdoła zaspokoić potrzeb wszystkich kolonii. By to nadrobić, postanowiono zautomatyzować przemysł. Ogromne rzesze ludzi nagle straciły pracę. Zapanowała nędza. Zaludniającą się na powrót Ziemię wciąż dusiły przestarzałe przepisy z czasów kryzysu – dawały zbyt dużą władzę zbyt nielicznym ludziom by zgodzili się z niej zrezygnować. Mars ujrzał przed sobą widmo drugiej Ziemi, Ziemia bała się utraty resztek swojej pozycji. Oba rządy wierzyły że tylko liczebność populacji decyduje o produktywności. Oba dostrzegły zagrożenie w rozwijającej się niepodległości ekonomicznej kolonii poza Układem.
Trzecia Fala Emigracji skończyła się zawiązaniem Zjednoczonego Rządu Układu i trwałym zamknięciem go dla uciekinierów. Embargo na żywność zmusiło inne kolonie w Układzie do przyłączenia się. Nowo powstały Rząd bez przeszkód zamknął cały Układ Słoneczny za niewidzialną przesłoną.
Postanowiono że Fala Emigracji już nigdy się nie powtórzy. 
Chcieli tego wszyscy – politycy, korporacje i sami mieszkańcy. Układ, mimo wewnętrznych sporów, był największym centrum przemysłowym. Ci nieliczni, którzy pozostali na miejscu i przetrwali kryzys, zaczęli odczuwać pozytywne skutki odbudowy gospodarki. Odwieczna wojna zakończyła się, nowy wewnętrzny rynek Układu opanował chaos, zapewniając mieszkańcom niespotykany dobrobyt. W ciągu kilku dekad Mars, Wenus i Ziemia odrodziły się i rozkwitły, kosztem niepodległych dotąd kolonii. Ludzie jeszcze raz stawali się bogaci.
Korporacje od dawna rozumiały że alternatywa osiedlenia się na jakiejś odległej kolonii podnosi koszty zatrudnienia fachowców. Pod koniec Wielkiego Kryzysu zrozumieli to także politycy. Decyzja o ekonomicznym zamknięciu Układu została przegłosowana w referendum sześćdziesięcioma procentami głosów obywateli. Koloniści nie mieli na nią żadnego wpływu. Nikt nie przewidywał że do zamknięcia ekonomicznego dojdą także inne skutki.
Układ zaczął powoli narzucać swoją dominację koloniom. Nowa ekonomiczna potęga zaczęła dusić rodzące się ośrodki przemysłowe, najważniejsze, nowoczesne technologie zatrzymując do własnej dyspozycji. Rząd miał za sobą prawo. Znaczna większość kolonii Wewnętrza nigdy nie ogłosiła niepodległości i wciąż pozostała podległa wobec rządów swoich założycieli. Gdy powstał Zjednoczony Rząd Ziemi, konkurencja Marsa nie pozwalała egzekwować swoich roszczeń. Teraz obie planety mówiły jednym głosem. Dwa wieki chaosu w Układzie to było za mało by kolonie stały się niezależne.
Tak jak mówił Dael, akcja powodowała reakcję. Kolonie, by się rozwijać, potrzebowały ludzi i surowców, lecz po zjednoczeniu Układ zaczął im dyktować warunki. Kolonie odpowiedziały tym samym, wiedząc że do swojego rozwoju Układ potrzebuje rzadkich, cennych rud, oraz najcenniejszego – artefaktów po Obcych i skrytej w nich wiedzy. Lecz Rząd już wiedział co jest najgroźniejszą bronią. Sam po dwakroć stał się jej ofiarą. Obłożył kolonie embargiem, jednocześnie wprowadzając, przez sieć podległych szmuglerów, tanie statki kolonizacyjne, sprzedawane poniżej kosztów produkcji.
Ludzie nie zastanawiali się dlaczego żyje się im gorzej. Wiedzieli jedno – gdy założą nową kolonię, nie będzie ona objęta embargiem. Duże kolonie opustoszały, Trzecia Fala Emigracji doprowadziła je do upadku i uzależnienia od Ziemi. Co więcej, Trzecia Fala wciąż trwała. Małe kolonie łatwiej było kontrolować. Małe kolonie, nawet działając wspólnie, nie potrafiły się same utrzymać ani obronić, nie były w stanie budować wielkich statków. Rząd Układu zdołał już rozbić konkurencję, lecz wciąż potrzebował narzędzia by uczynić kolonie posłusznymi. To narzędzie już istniało – wystarczyło tylko nauczyć się z niego korzystać. 
Gdy oczy Rządu ponownie zwróciły się na statki Floty, ta formacja transportowa, cierpiąca z powodu embarga, skupiała wszystkie okręty jakie miały broń na pokładzie. Flota była niezależna od sił ekonomicznych czy politycznych. Historia uczyła – niezależność bez zdolności samodzielnego utrzymania się to najkrótsza droga do zdominowania przez siłę zewnętrzną. Zjednoczony Rząd Układu zaczął coraz jawniej finansować Flotę, pod pretekstem ochrony kolonii przed zagrożeniem z kosmosu i obawą o nierównomierną dystrybucję towarów. Dzięki jego wsparciu szybko rosła w siłę, nie dostrzegając że wraz z impulsami napływa do niej wojskowa dyscyplina i podlegli Rządowi admirałowie. Z czasem Flota przeszła całkowicie pod władzę Rządu i niecały wiek później sprowadziła na ludzkość Dekadę Strachu, stając się narzędziem narzucającym siłą Prawa Kolonialne i kończącym niepodległość kolonii.
Dawne stocznie zostały siłą zamienione na doki i porty dla dużych statków, ośrodki przemysłu zredukowano do roli wsparcia w produkcji drobiazgów. Udawanie dobiegło końca. Ziemia wysłała komisarzy kolonialnych, by w każdym systemie utworzyli gubernie. Lecz komisarze zbyt gorliwie wypełniali zalecenia Ziemi, nie spełniając oczekiwań lokalnych społeczności. Pod naciskiem kolonistów Ziemia pozwoliła obierać mieszkańcom kolonii władze według własnego uznania. To ostatnie, pyrrusowe zwycięstwo kolonistów rozbiło ich jedność, stając się przyczyną powstania kalejdoskopu mniej lub bardziej utopijnych form rządzenia. Powstało szereg monarchii i oligarchii, jak technokratyczny rząd Sodomii, lecz w większości kolonie rządziły się demokratycznie. Ziemi było wszystko jedno kto rządzi, jak długo nowo obrana władza uznawała jej zwierzchnictwo. Lecz na tym wolność kolonistów się kończyła.
Od tej chwili nic już nie było takie, jak dawniej.
Zaczęły powstawać bariery. Najpierw te łagodne – wysokie ceny biletów, zakazy prawne, służba graniczna. Potem zaczęto kontrolować stacje, zamieniając je w jedyne drzwi na planetę. Wreszcie sięgnięto po lokalizatory. Gdy powstała pierwsza bariera zatrudnienie w Układzie sięgało stu procent, lecz nauka nie stała w miejscu. Roboty stawały się inteligentniejsze, zręczniejsze, sprawniejsze; zaczęły wypierać ludzi. Automatyzacja uczyniła kolejny krok naprzód. Główny rynek zbytu znajdował się na zewnątrz Układu, więc lokalne bezrobocie przestało mieć znaczenie ekonomiczne, ograniczając się jedynie do społecznego. Drastycznie wzrosło, niemal z dekady na dekadę, zamieniając Układ w to czym był obecnie – cenę krótkowzrocznych decyzji przodków. Teoretycznie nawet dzisiaj można było odlecieć z Układu, i to całkowicie legalnie. Bilety na takie podróże, w jedną czy obie strony, były do kupienia w wolnej sprzedaży. Lecz co z tego, skoro każdy kosztował więcej niż przeciętny człowiek spodziewał się zarobić przez całe swoje życie? Ci których było na nie stać byli tak bogaci że nawet nie myśleli o opuszczeniu Układu.

Mruknięcie przeraźliwe sapnięcie ogłuszyły Arto. Wyrwał słuchawkę z ucha i zaczął masować je dłonią. Hałas sprawił mu prawdziwy ból. Niemal przestał słyszeć na lewe ucho.
Kotka zeskoczyła na łóżko.
- Lili, ciszej! – syknął szeptem – Ja przez ciebie ogłuchnę!
Kotka zmrużyła oczy. Polizała tylną łapę, zeskoczyła z łóżka i położyła się na nieaktywnym panelu projektora. Zaczęła się tam kłaść gdy była mała. Lubiła słabe ciepło, wydzielane podczas pracy.
Arto kilka razy uderzył dłonią w ucho. Nie ogłuchł, lecz by dalej słuchać rozmowę, musiał przełożyć słuchawkę do drugiego ucha.
- ...nie staramy się powstrzymywać kolejnej fali emigracji, pani Waspers – mówił wyjaśniający głos Halla – My się chcemy przygotować. Wiemy co znaczą miliardy ludzi, napływających w poszukiwaniu nowego życia. Za czasów Pierwszej Fali wraz z nimi napływał sprzęt. Tak samo na początku drugiej Fali, gdy rządy Ziemi, Marsa, Związek Jowiszowy, niepodległe miasta Wenus i Sojusz Saturna były od siebie niezależne i zbijały miliony na wyposażaniu i wysyłaniu kolonistów. Wtedy koloniści mieli dość impulsów by inwestować w swoją przyszłość, lecz pod koniec przybywali do nas już tylko biedni, niewykształceni ludzie, z gołymi rękoma, chęcią do pracy i nadzieją na lepsze życie. Tym razem byłoby tak samo. To nie tylko pogrążyłoby Ziemię i Układ, ale nas wszystkich. To byłaby katastrofa dla całego naszego gatunku.
- Od kiedy to wolność jest katastrofą? – oburzył się ojciec.
- Od kiedy nas nie stać by ją zapewnić. Ludzie by uciekli. Układ straciłby moc produkcyjną, lecz zatrzymałby niezbędne dla naszego przetrwania technologie. Zostalibyśmy sami przeciwko hordom nędzarzy! Nie mamy zbiorników, musimy uprawiać ziemię. Takimi metodami nie zdołalibyśmy wykarmić tylu ludzi. Już pod koniec Drugiej Fali na planetach Wewnętrza panowała nędza. Dla ich dobra, musimy ich powstrzymać, przez jakiś czas. 
- Kolonie naprawdę są tak zatłoczone? – spytała matka.
- Stłoczone, tak bym to nazwał. Kontrolując technologię, Ziemia zmusza nas do życia w wielkich miastach. Nie pozwala na zagospodarowanie planety, nie mówiąc o układzie planetarnym. Tylko na Ziemi żyje ponad trzydzieści miliardów ludzi, lecz najbardziej zaludniona kolonia liczy sobie niewiele ponad sto milionów obywateli. Układ mądrze zrobił, jednocząc się przeciwko kolejnej Fali Emigracji. Podróże międzygwiezdne stały się zbyt tanie. Bez jedności nie dałoby się ich kontrolować.
Trzydzieści miliardów... Arto słyszał że Ziemia z powodzeniem pomieściłaby znacznie więcej, lecz znaczną część jej powierzchni zajmowały na wpół automatyczne fabryki. Przypomniał sobie WIR. Na dole było niemal tak samo ciasno jak tutaj.
- Tylko że rząd nie poprzestał na tym – zauważył ojciec – Zaczął także kontrolować przepływ towaru.
- To gwiaździście łatwiejsze od zamknięcia wszystkich kolonii, jak zrobili to z Układem – znowu gość – O wiele łatwiej jest zamknąć jeden, najważniejszy układ planetarny i za jego pomocą trzymać kolonie za gardło niż pilnować wszystkich ludzi na wszystkich światach. Ziemia woli się zadowalać Prawami Kolonialnymi. U was już od Pierwszej Fali istniał złożony system kontroli migracji. Wystarczyło go rozbudować.
- Taki układ nie jest stabilny – zauważył ojciec – Istnieją granice ludzkiej tolerancji. Panie Hall, powiem szczerze. Nie wierzę aby to wszystko przetrwało kolejne dwieście lat.
- Nie pan jeden tak uważa. Każdy kto jest świadomy polityki Ziemi nie ma wątpliwości czym się to skończy. To taniec na włóknie. Po jednej stronie czeka rewolucja w Układzie, a po drugiej bunt wśród kolonii. Jeden fałszywy krok oznacza koniec Rządu i dominacji Układu nad ludzkością. Niech pan spróbuje zmusić dorosłych ludzi do wszczepienia lokalizatorów, a będzie pan miał tu rewolucję. Dlatego istnieją luki, wentyle bezpieczeństwa, które pozwalają wam jakoś żyć, nie myśląc o całej tej maszynerii. My wykorzystujemy te luki. Staramy się przygotować na nadchodzący upadek, lecz nasze przygotowania potrwają bardzo długo.
- Właśnie. Usłyszeliśmy wiele, poza tym jednym. Dlaczego my i... za jaką cenę? – w głosie ojca brzmiała nieskrywana obawa.
- Nie chcemy niczego wielkiego. Pewne kolonie mają plan, bardzo ważny dla przyszłości całego naszego gatunku – głos spoważniał, stwardniał – Potrzebujemy specjalistów, by na czas odbudować to, co tutaj wkrótce legnie w gruzach. Głupotą było uzależnienie istnienia całej ludzkości od jednego układu planetarnego. My naprawiamy tę głupotę. Jest subtelna różnica między kontrolowaniem czegoś, a całkowitym panowaniem. Ziemia nie traktuje kontroli jako celu samego w sobie, raczej jako narzędzie do dominacji. Gdy straci kontrolę, straci też nad nami panowanie.
Arto nadstawił ucha. To było to co chciał usłyszeć. Rodzice byli potrzebni w koloniach! Co więcej, kolonie oferowały im to o co tutaj było tak trudno. Dawały im pracę.
Oczywiście, pomyślał ze smutkiem, nie potrzebowali dzieci. Mają za dużo ludzi, a zbyt mało sprzętu by się rozwijać. Nie zechcą ryzykować wyciągnięcia go ze stacji. 
- Mówi pan Ziemia, panie Hall – zauważyła matka – a nie Układ.
- Sama pani wie kto naprawdę o wszystkim decyduje. Tylko w teorii Ziemia jest równorzędnym partnerem Wspólnoty Słonecznej. W praktyce to ona narzuciła Prawa Emigracyjne i wymusiła akceptację Praw Kolonialnych. Rząd Układu i jego Rada jest tylko marionetką Ziemi. 
- Panie Hall – drżącym głosem odezwał się ojciec – Jeśli nas stąd wywieziecie, zbuduję tyle reaktorów ile dam radę.
- Wiemy to, panie Wilan – głos gościa wciąż wydawał się chłodny, pozbawiony emocji – Dlatego was wybraliśmy. Lecz nie po to, byście państwo robili to co potraficie, lecz nauczyli tego innych. Zanim posuniemy się dalej, chcę by zrozumieli państwo jeszcze jedną rzecz. To wszystko wiąże się z ogromnym ryzykiem, dla nas i dla was. Mamy bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Nie będę ukrywał, nie jesteśmy organizacją dobroczynną, jak ruchy na rzecz Otwartego Kosmosu. To rodzaj umowy. Gdy wykształcą państwo studentów, będziecie wolni od zobowiązań. Jeśli zechcecie kontynuować pracę, z radością ją wam damy. Wierzymy w waszą dobrą wolę współpracy. Jeśli zdecydujecie się zrezygnować, wciąż...
- Obiecuję i słowa dotrzymam – ojciec przerywał mu w pół słowa – Mogę nawet podpisać umowę.
- Rozumiemy wagę waszego zamierzenia – dodała matka – Praca, dla mnie...
Rodzice zapewniali gościa o swojej lojalności, a Arto znowu poczuł smutek. Nie dlatego że się rozczarował. Już dawno przyzwyczaił się do myśli że zostanie. Słowa Halla na krótko dały mu nadzieję, lecz równie szybko ją rozwiały. Przecież, gdyby było miejsce dla niego, ojciec nie kazałby mu iść do pokoju. Pozwoliłby rozmawiać... 
- Nie o to chodzi. Gdyby były jakiekolwiek wątpliwości co do państwa intencji, propozycja nie zostałaby złożona. Dużo ryzykujemy, więc nasza kontrola też jest dokładna. Jakiekolwiek podejrzenia...
- Rozumiem, rozumiem – zapewnił ojciec – Więc oczekujecie, że wszystko będzie wyglądać normalnie, aż do czasu gdy...? – urwał.
- To jest niezbędne – potwierdzenie było bardzo stanowcze – Musimy zsynchronizować działania wielu grup, a każda z nich składa się z wielu osób. Jeśli choć jedna zwróci na siebie uwagę Kosy, może to narazić nie tylko grupę, lecz cały projekt. Gdy się zgodzicie, będziecie musieli zacząć bardzo uważać na wszystko, co robicie. Gramy o bardzo wysoką stawkę.
Najwyższą, pomyślał Arto. Nagroda jest bezcenna, lecz kara... Za próbę ucieczki rodzice od razu pójdą do kopalni. Wszystko co mają zostanie skasowane.
Nie musiał tam być, by wiedzieć jak to wygląda. Praca do granic wytrzymałości i pogarda strażników. Kopalniaki. Kopalniane głupki... Praca w kopalni nie wymagała bystrego umysłu. Kiedyś pracowali tam niezbyt inteligentni robotnicy fizyczni, w poszukiwaniu pracy przemierzający cały Układ. Dziś trafiali tam wszyscy którzy złamali prawo, nie tylko prawdziwi przestępcy, lecz powiedzenie pozostało.
- Oczywiście. Życie w naszych warunkach też czegoś uczy, panie Hall...
- Proszę, Wilan. Nie panie Hall. Po prostu Zefred. Zef. Skoro już mamy za sobą tę część, nazwałbym to, właściwego interesu, powinniśmy zostawić ten oficjalny ton.
- Dobrze, panie... Zefred. Nie wiem czy... Jak ma się pański strój do bezpieczeństwa operacji? 
- Urodziłem się w Układzie, na tej stacji, Wil. Dla mnie od jej opuszczenia minęło ledwie parę lat. Komputer wciąż ma mnie w pamięci. Dopóki ktoś nie zauważy że wróciłem, w co wątpię, będzie widział we mnie zwykłego cywila. Gorzej gdy coś zwróci jego uwagę, lecz póki nikt się tego nie czepi... 
- A kamuflaż optyczny...? – spytała matka.
- Łatwo go wykryć. Emisja energii przyciągnęłaby uwagę automatów.
- Zastanawiam się... czy nie przysłał was Absolom? – stwierdził nagle ojciec. 
Przez krótką chwilę panowała cisza.
- Nie. Koloniści stamtąd są, można powiedzieć, bardzo niechętnie widziani w Układzie.
- A wielu... jest stąd?
- Tylko ja i dwóch innych. Proszę zrozumieć, stąd trudno się wyrwać, a jak już się uda, nikt nie chce wracać. Lecz my wiemy jak wygląda tu życie. Wielu z nas robi to ze zwykłej sympatii. Nie każdy myśli tak trzeźwo jak ja, lecz tu nie ma miejsca na emocje.
- I... Absolom nie ma z tym nic wspólnego?
- Wspiera nasze starania, pośrednio – po raz pierwszy w głosie gościa Arto usłyszał wahanie – Status kolonii jest niepewny, władze wolą nie drażnić Ziemi. Ale są inne kolonie, które widzą swoją przyszłość inaczej niż Ziemia. Które dążą do tego, bardzo powoli, by stać się niezależne i niepodległe. To... zwykła ludzka natura. Ruchy na rzecz Otwartego Kosmosu wyrastają z samego jej wnętrza.
- Ile to już trwa? To nie jest wasza pierwsza próba?
- Robiliśmy to już kilka razy. Nie spodziewam się by Ziemia się tym chwaliła. Zaczęliśmy gdy sto lat temu zaczęto ograniczać przyjęcia studentów spoza Układu. Wtedy były to pojedyncze osoby, złapane w ostatniej chwili. Lecz gdy dwadzieścia lat temu Ziemia ogłosiła że tylko Zewnętrzniacy którzy zrzekną się statusu kolonisty mają prawo studiować w Układzie musieliśmy zareagować bardziej stanowczo. Nowe zarządzenie sprowadzało się do tego że można było studiować tylko gdy pozwoliło się zniewolić, jak ci, którzy się tu urodzili.
- Jak my.
- Niestety.
- A Sodomia?
- Sodomia?
- To przecież ośrodek naukowy. No i są inne stacje badawcze...
- ...tylko tam nie uczą studentów. Każdy taki ośrodek jest pod ścisłą kontrolą Floty. Naukowców mamy pełno, brakuje nam inżynierów. Co nam po teoretykach zdolnych opisać zasadę działania reaktora? Potrzebujemy kogoś kto go zbuduje.
- Rozumiem...
Znów chwila ciszy. Tym razem ciszy pełnej napięcia.
- Zapewne będziecie mieli do mnie jeszcze wiele pytań – powiedział gość – lecz póki co...
Gość zamierzał wyjść. Arto postanowił że musi go zobaczyć. Wyrwał słuchawkę z ucha i szybko otworzył drzwi, by zdążyć przed rodzicami. Ktoś kto potrafił modulować głos na pewno usłyszałby szczęk zamka. Zostawił drzwi otwarte, zakradł się do schodów i położył na podłodze. Światło było zgaszone. Skrył się tak by pozostać w ukryciu nawet gdy się zapali.
Drzwi na dole otworzyły się. Arto lekko wychylił głowę, w napięciu czekając aż gość pojawi się w korytarzyku. Rodzice odprowadzali go w milczeniu, po ciemku. Arto Tylko na moment dostrzegł jego twarz. Nawet się nie zdumiał. Zbyt był pewien tego, co zobaczy.
To był ten sam człowiek, który go śledził i obserwował. Człowiek od kartki. Jeśli to co mówił im na dole było prawdą, był gotów przed nim klęczeć. Lecz to nie wyjaśniało dlaczego go śledził. Jeśli myślisz że coś komuś powiem, pomyślał, to nie wiesz o mnie niczego.
Kolonista powiedział coś cicho do ojca. Podszedł do drzwi i nagle, niby zupełnie od niechcenia, rzucił spojrzenie w górę schodów. Spojrzenie było szybkie, lecz spoczęło dokładnie na Arto, jakby wiedział że tam jest i chciał się tylko upewnić. Odwrócił się równie szybko i wyszedł z domu. Rodzice zamknęli za nim drzwi.
Czy nieznajomy naprawdę go widział? Czy mógł go dostrzec w ciemności? 
Cofnął się i po cichu wrócił do pokoju. 

Mijały minuty, a on siedział i myślał. Kolonista coś planował. Wiedział więcej niż mówił, to Arto rozumiał, lecz czego chciał od niego? Po co zadał sobie trud, obserwując go i zbierając informacje, tak dokładne że wiedział aż tyle? Czuł się przez to nagi, jakby Zefred ten przejrzał jego umysł na wylot, wybierając sobie to co mu się przyda, a co nie.
Czuł się... Właśnie tak, czuł się manipulowany. Tylko że dotąd to on manipulował innymi...
To nic. Dopóki to miało służyć rodzicom, nie miał nic przeciwko. Pomylił się. To nie statek ojca miał posłużyć do ucieczki, lecz nie rozumiał po co ojcu były potrzebne komory. Nieważne. Jest inny statek, a ten nieznajomy kolonista przyleciał by wszystko przygotować. Tylko... czy na pewno nie chce po prostu wciągnąć rodziców w pułapkę?
Przypomniał sobie karteczkę, leżącą w szafce, w bezpiecznej skrytce. Gdyby tego chciał, mógłby to zrobić już dawno. O rodzicach musiał wiedzieć równie dużo co o nim. Ich łatwiej było obserwować, nie byli tacy czujni. Czy, mając Arto w garści, nie zechce ich szantażować, by wymóc wypełnienie umowy? Kolonista musiał wiedzieć o szkole – dość by kontrolować go tą wiedzą, sprawić by nakłonił rodziców do wyjazdu. Kolonista nie wiedział pewnie że gotów był to zrobić i bez szantażu. Przecież nie czytał w jego mózgu.
A może?
Nie! Skarcił się za tak głupie myśli. Skanowanie wymagało unieruchomienia i wprowadzenia człowieka w odpowiedni stan umysłu. Wiedziałby że jest skanowany, nie wierzył by dało się to zrobić tak by nic nie zauważył. Jakby się nie głowił, dochodził tylko do jednego, bardzo niewygodnego wniosku. Musiał zaufać koloniście. Za wszelką cenę musiał dotrwać chwili gdy rodzice opuszczą stację. Postanowił działać, i to działać ostro.

 
Alan Akab

|strona 28|