|
Magazyn
Arto znów był w szybie wentylacyjnym. Nie w tym stoczniowym, lecz tym drugim, kończącym się w doku pasażerskim, którym załogi dokujących gwiazdolotów wchodziły na pokład stacji, czekając aż rampa magnetyczna przeładuje zawartość ładowni ich statku. Przyczołgał się do zamykającej wylot kraty. Przez szerokie otwory wyraźnie widział pierścień dokujący. Klęcząc, obserwował jak kolejny statek powoli zbliża się do stacji, jak dokuje, jak jego pierścień śluzy łączy się z pierścieniem stacji. Operacja została zakończona. Zielone lampy na obrzeżach pierścienia potwierdziły szczelność połączenia. Okrągłe drzwi obu śluz, tej na stacji i tej na statku, otworzyły się cicho, wpuszczając na stację kilku astronautów. Znikli w jednym z pary prowadzących w głąb stacji wyjść.
Przed sobą miał jedynie otwartą śluzę i puste wnętrze doku. Po jego drugiej stronie, za ścianą z plaszkła, czekał na niego ogromny kadłub gwiazdolotu. Zdawał się powiększać w jego oczach, przyzywał go by wszedł na pokład. Pierścień, połączony z jego sekcją dokującą, był wciąż otwarty. Jedynie okrągłe drzwi śluzy gwiazdolotu pozostawały zamknięte. Arto nie potrafił się oprzeć temu wołaniu.
Oparł dłonie o kratę, wczepił w nią palce i mocnym ruchem wyrwał ze swojego miejsca. Zdjęte wcześniej mocujące ją zatrzaski od dawna leżały gdzieś obok. Zawsze robił to samo, choć wiedział czym się skończy. Jednak coś kazało mu to robić, jeszcze raz i jeszcze. Zawsze.
Powoli zdjął kratę i zawiesił, by zwisała jak klapa. Wysunął nogi i wystawił je na zewnątrz, potem resztę ciała. Zawisł na rękach. Lekko opadł na podłogę. Odwrócił się do śluzy i czekał.
Czekał na to co i tak miało się stać. Tym razem nie próbował wbiec do środka. Maszyny zawsze były szybsze. Za każdym razem, gdy był już blisko, czujniki zaczynały piszczeć. Pierścień odrywał się od stacji i razem ze statkiem powoli odlatywał w kosmos, pozwalając by uciekające powietrze wyrzuciło go w ślad za statkiem, ciągnąc w mroźną, czarną pustkę. Ostatnie co pamiętał to machanie rękoma, w rozpaczliwej próbie złapania się czegokolwiek. I skóra, pęczniejąca, pękająca i zamarzająca na kość, jak nasiąknięty wodą żel tuż po wetknięciu do zamrażarki.
Lecz tym razem nic się nie działo. Arto czekał i czekał, a wszystko było ciągle takie same. Śluza stacji wciąż otwarta. Ciągle zapraszała, kusiła... Nie, nie wejdę. To pułapka! Nie tym razem! Ale wciąż stał i wciąż nic się nie działo. Czujniki milczały. Przejścia w głąb stacji były otwarte, lecz po strażnikach nie było śladu. W doku był tylko on i statek, niemal tuż przed nim. Zaskoczony, spojrzał na lewe ramię, lecz nie dostrzegł niewielkiej wypukłości, pod którą kryła się pluskwa. Coś się zmieniło. Może tym razem...? Pozwolił sobie na cień nadziei. Zrobił krok, mały krok do przodu. Nic się nie stało. Zrobił kolejny, większy. I kolejny, i jeszcze jeden. I wciąż nic. Czując jak mocno bije mu serce, stanął przy samym pierścieniu doku. Mógł niemal dotknąć go ręką. Kolejny krok.
Stanął w krótkiej przestrzeni łącznikowej, zamkniętej okrągłą płytą włazu. Była tak blisko że mógłby ją dotknąć. To by wystarczyło. Pod wpływem ciepła jego palców mechanizm natychmiast otworzyłby przejście. Może tym razem się uda, pomyślał z nadzieją, może wreszcie wejdę na pokład. Powoli uniósł i wyciągnął przed siebie prawą rękę.
Płyta rozwarła się sama, zanim do niej sięgnął. Rozerwała się na uciekające w bok trójkąty, chowające się w kadłubie statku. Przeszyła go myśl że to jednak tylko kolejna sztuczka, że po drugiej stronie nie ma nic, że statek jakoś zniknął i znowu będzie tylko pustka. Lecz nie była. Było tam coś znacznie gorszego.
Płyta znikła i Arto znalazł się twarzą w twarz z grupą starszaków. Ponad tuzin, uzbrojonych w pręty i pierścienie. Ich twarze wykrzywiała wściekłość. Cofnął się, czując jak nogi uginają się pod nim. Niektóre twarze wydały mu się znajome. Jedna przypominała mu Żimmiego. Czyżby to on, czyżby zdradził? Dostrzegł nagły błysk. W jednej z zaciśniętych rąk ujrzał wąski, długi nóż. Spojrzał szybko za siebie, tylko po to by zobaczyć jak ściana, w której widniał otwór szybu, staje się coraz wyższa, jak szyb ucieka coraz wyżej i wyżej, znikając gdzieś w górze.
- Oszukujesz, Arto! – usłyszał gniewny głos jednego ze starszaków. Odwrócił się, zaskoczony. Przyjrzał się postaci która to powiedziała i zrozumiał, że jego też zna. Anhelo. To jego dłoń zaciskała się na trzonku prymitywnie skleconego noża – Chcesz uciec ze szkoły. Uciec ze stacji.
- Zawiodłeś mnie – kolejny głos, przerażająco znajomy, a jednak odległy. Nie spojrzał w tamtą stronę. Bał się zobaczyć to czego się spodziewał, bał się że gdy go zobaczy, gdy sobie przypomni, to zwariuje do końca – Nauczymy cię że tak nie wolno. Nauczymy cię dobrze, na zawsze!
Rzucił się do ucieczki, na oślep, przez jedno z wejść do doku. Wydawało się puste, lecz gdy wbiegł do środka, po obu stronach drzwi pojawili się dorośli, po trzech z każdej strony. Wyrośli znikąd, wszyscy w mundurach Ochrony Stacji, uzbrojeni w karabiny plazmowe. Wszyscy mieli takie same ponure, beznamiętne twarze, wykrzywione i zniekształcone niczym maski demonów z muzeum.
- Kto próbuje uciec, idzie z nami – powiedział jeden z nich. Jednocześnie unieśli karabiny i wymierzyli w niego – Kto idzie z nami, już nie wraca.
Nie czekał. Rosnące przerażenie rzuciło go do biegu w głąb korytarza, byle dalej, byle w głąb stacji, byle gdzieś się ukryć. Lecz wciąż słyszał za sobą odgłosy tuzina par nóg, biegnących, podążających bezbłędnie jego śladem.
Trafił na skrzyżowanie. Lewy korytarz biegł do stoczni, prawy – nie wiedział gdzie. Ale po tamtej stronie stała grupa agentów rządowych. U ich nóg warowały dwa wielkie, czarne psy z wyszczerzonymi kłami. Dookoła, podskakując w powietrzu, unosiły się dziesiątki niewielkich kuleczek automatów poszukiwawczych.
- Gdzie twój lokalizator? Gdzie twoja pluskwa, mały? – jeden z agentów zaczął powoli odwijać zawiniętą wokół nadgarstka smycz, utrzymującą przy nim jedną z wyszczerzonych bestii – Nie chcesz zostać z rodzicami, tak? Więc pójdziesz z nami!
- A może odstrzelić go na miejscu? – drugi sięgnął do kabury – Widać że się nie nadaje. Po co tracić czas i rządowe impulsy...
Nie słuchał. Pobiegł pędem przed siebie, tak szybko jak tylko potrafił. Za plecami rozbrzmiało ujadanie i śmiech agentów.
- Jeszcze cię dopadniemy! – usłyszał ich zgodne wołanie, niczym wydobyte z jednego gardła, ścigające go echem po korytarzu. W panice dostrzegł lecące obok kuleczki automatów. Przyspieszył, lecz one także przyspieszyły. Zawsze były szybsze, nieważne jak prędko biegł.
Uciekał dalej. Dopadł do jednej ze ścian, w której dostrzegł otwór szybu wentylacyjnego. Skoczył, złapał się krawędzi i wsunął do środka. Obok leżała krata. Szybko założył ją na miejsce, lecz ścigające go kuleczki z łatwością przecisnęły się przez jej otwory i otoczyły go, mrugając światełkami i popiskując.
Zaczął przeciskać się w głąb wąskiego szybu, aż dotarł do turbiny. Zdawała się sunąć prosto na niego. Strach niemal zmusił go do odwrotu, lecz zamiast tego zaczął uderzać dłońmi w kuleczki, posyłając je prosto na łopatki turbiny. Szybko pozbył się wszystkich, choć uciekały mu, ani na chwilę nie pozostając w jednym miejscu. Dopiero teraz skręcił w boczne odgałęzienie szybu, które zauważył tuż przed turbiną. Na końcu odkrył inny korytarz, prostopadły do poprzedniego. Zeskoczył na podłogę i zaczął szybko biec, w kierunku domu.
Nie było kuleczek, nie widział psów, lecz za sobą wciąż słyszał tupot ścigających go chłopców. Lecz ten tupot był teraz głośniejszy. Chciał biec dalej, lecz jego nogi zatrzymały się. Spojrzał do tyłu. Do pościgu, oprócz agentów, już bez psów, oprócz ludzi z urzędu, dołączyła do nich także jego własna grupa. Wszyscy bez wyjątku, poza dorosłymi, pozwalali prowadzić się Żimmiemu. Słuchali go, a on chciał tylko jednego – by go dla niego złapali.
Zmusił się by biec. Zaczął kluczyć korytarzami, lecz nieważne jak bardzo się starał, tamci zawsze byli tuż za nim. Niemal czuł na karku ich oddechy. Gdzie nie próbował się ukryć, nieważne jak bardzo starał się ich zgubić, zawsze go znajdowali. Zawsze skręcali dokładnie tam gdzie on. Oni zawsze wiedzą, gdzie jestem, pomyślał, przerażony. Nieważne co zrobię, zawsze będą to wiedzieć. Był sam przeciwko całej stacji, nie miał gdzie uciec, gdzie się schować. Pomyślał o domu; wpadł do bocznego korytarza i ujrzał rodziców. Zatrzymał się jak wryty. Oboje spojrzeli na niego, zatroskani.
Za sobą usłyszał szybkie kroki, lecz za chwilę wszystkie ucichły. Odwrócił się i zobaczył że oni wszyscy tam stoją. Choć wściekli, na coś czekali. Na co?
- Arto, kochanie – usłyszał za sobą łagodny głos matki. Odwrócił się. Zdawała się nie widzieć stojącego za nim tłumu, tłumu gotowego na jej oczach rozedrzeć go na strzępy i pokroić na kawałki to co zostanie – Nie za dużo czasu poświęcasz szkole? O, zobacz, są twoi koledzy – wskazała na tłum – Znowu pójdziesz się z nimi pobawić?
- Wiesz że cię kochamy – powiedział ojciec – i pomożemy, jeśli tylko zechcesz. Musisz nam tylko o wszystkim powiedzieć...
Arto bardzo tego chciał. Już miał to zrobić, gdy za plecami rodziców dostrzegł Opiekunów, ze swoimi gotowymi do użycia małymi konsolami, uśmiechających się złośliwie, zdających się szeptać by tak zrobił. Nagle nie mógł wydusić z siebie słowa, jakby coś zatkało mu gardło, a tamci tylko się uśmiechali. Tak samo jak jego rodzice, tylko oni uśmiechali się smutnie. Poczuł się nagle mały, nic nie znaczący, osaczony i bez szansy na ucieczkę. Chciał by ściany stacji zapadły się, aby ona cała zapadła się na niego, razem z nim, aby ona lub on sam zamienił się w czarną dziurę i pochłonął całe to miejsce, Ziemię i cały ten wyssany Układ razem ze sobą, ale tak się oczywiście nie stało.
- Nic nie powiem! – wrzasnął z całych sił – Nie powiem! Nie możecie mnie mieć, jeśli nie powiem!
I wtedy za plecami urzędników zobaczył Nowego. Przysiągłby że wcześniej go tam nie było. Dopiero teraz uświadomił sobie że nie było go także wśród ścigającej go grupy.
- Uciekaj, Arto! – usłyszał – Uciekaj jak najdalej możesz, uciekaj ze stacji!
Nie próbował zrozumieć dlaczego Nowy tak zawołał. Usłyszał jak za jego plecami tłum rusza do przodu. Prześlizgnął się między rodzicami i mocno odepchnął na bok stojących za nimi urzędników. Poszukał wzrokiem Nowego, ale już go tam nie było. Znikł. Odwrócił się, zaskoczony, tylko po to aby zobaczyć jak ścigający go tłum spycha na boki nieświadomych niczego rodziców, poddających się temu jakby to był ledwie podmuch z wentylatora. Tak samo roztrącili urzędników, lecz ci pozwolili się wchłonąć i teraz byli częścią tłumu.
Odwrócił się by uciekać, lecz nagle znalazł się w ślepym korytarzu. Nie, nie w ślepym. Zamiast ściany była balustrada z rurek. Oparł się o nią i spojrzał w dół. Na dole znajdowały się setki różnych prętów. Pokrywały całą podłogę. Jedne leżały, inne sterczały w górę. Tuż pod balustradą coś leżało, lecz nie zdążył się przyjrzeć co to jest.
- To jedyna droga ze stacji, mięczaku! – usłyszał za sobą – To, albo akademia...
Odwrócił się i przywarł plecami do balustrady. Tamci zwolnili, lecz wciąż się zbliżali. Jeszcze raz spojrzał w dół, na to co tam leżało i poznał, że to ciało, rozszarpane przez pręty. Zdało mu się że prawa ręka wciąż drży, podskakuje lekko, przyzywając go do siebie. To było jego własne ciało. Poznał je choć prawie nie miało twarzy. Czuł, że to on.
Odwrócił się raz jeszcze, zamykając oczy. Nie, nie skoczę, pomyślał. Nie skoczę!
- Więc zostaniesz tutaj – z dołu dobiegła go cichą odpowiedź na jego myśli – Na zawsze...
Otworzył oczy, w samą porę by ujrzeć nad sobą wściekłą twarz Anhela. Coś zalśniło zimnym blaskiem. Znowu zacisnął powieki.
Nie skoczę! Nie jestem jak...
I nagle znalazł się w swoim własnym łóżku, cały drżący, niczym w gorączce, zlany potem i tak przerażony jakby to wszystko było prawdą. To było prawdą, dla niego, tu i teraz, przez najbliższe sekundy. Bezwiednie zaciskał zęby na zatykającej usta pięści. Świadomość tej nagłej zmiany omal nie sprawiła że wyskoczył z łóżka. Czuł przeszywający, niemal paraliżujący strach, przerażenie jakie może wywołać tylko koszmar, ale nawet one były jedynie tłem dla innych emocji, rzucających się po jego głowie niczym dzikie bestie. Rozdzierały go na strzępy, od środka, kawałek po kawałku, podczas gdy jego płuca spazmatycznie chwytały powietrze. Mściły się za zgotowaną za rozjaśnienia niewolę, atakowały zawsze gdy umysł odwracał się od świadomości, tym mocniej im dłużej były tłamszone. To tylko dodawało im sił.
Usiadł gwałtownie, podpierając się dłońmi o miejsce w którym przed chwilą leżała jego głowa. Jak zawsze, stłumił rodzący się w gardle okrzyk. Przed oczami wciąż migały mu błyski pierścieni starszaków i leżące na dole ciało. Jego ciało, coś wciąż uporczywie powtarzało w jego głowie. Wszystko, na co mógł się zdobyć, to była jedna jedyna świadoma myśl, taka sama, jak zawsze. Nie będę płakał, powtarzał nie poddając się rozdzierającym go emocjom. Nie będę płakał, nie będę...
Nie zapłakał. Siedział kilka minut, może godzin, tocząc dookoła przerażonym, nic niewidzącym wzrokiem, nim wróciły mu zmysły. Pierwsze co dostrzegł to ciemności wciąż panującego zaciemnienia. Powoli zaczął się uspokajać. Pod dłońmi wyczuł chłodne, wilgotne plamy. Tylko podczas snu jego ciało mogło go tak podle zdradzić.
Przeklął się w myśli. Kapitan Jeźdźców Smoków, najsilniejszy piątak w całej szkole, siedział na granicy paniki, przerażony jakimś głupim snem! A rano i tak o niczym nie będzie pamiętać, aż do następnego zaciemnienia, gdy znów zbudzi się zlany potem, z poduszką mokrą od łez, gryząc się w rękę. Przez całe rozjaśnienie znowu będzie się czuł jakby jego umysł rozsypywał się na proszek.
Zawsze tak samo, niemal od pięciu lat, choć od dawna nie był pierwszakiem, moczącym się na widok każdego zbliżającego się starszaka. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dlaczego to zawsze była szkoła albo doki, dlaczego nigdy nie śniło mu się coś przyjemnego, dlaczego spotykał Anhela, choć prawie go nie znał? Kim byli ci pozostali? Czy to też postacie z rzeczywistości? Dziś był niemal pewien że Zem też czasem był obecny, lub ktoś bardzo podobny do niego. Czerwone oczy... Wcześniej, gotów był przysiąc, nawet go nie widział, a teraz... Dlaczego jego własny umysł robił mu takie rzeczy? Czy pozostanie tak już na zawsze?
Odetchnął kilka razy, powoli i głęboko. Potarł pogryzioną dłoń. Ślady zębów były głębokie, łatwo wyczuwalne. Gryzł się niemal do krwi, ale to pomagało. W ciemnościach, ledwie rozjaśnianych przez światełka zegarów i kontrolki wyposażenia pokoju, dostrzegł obok swoich nóg ciemniejszy kształt. Lili nawykła do zaciemnieniowych pobudek. Nawet nie podniosła głowy. Tylko on nie mógł się do tego przyzwyczaić.
Żaden z uczniów nie rozmawiał o swoich koszmarach, lecz Arto czuł że wielu uczniów z jego grupy także je miewa, może nawet częściej niż on. Zwłaszcza jajcogłowi, ale i wojownicy, choć głównie ci słabsi, jak Orfius, Kerell, Sandżira, Saszek... I Żimmy też, choć po nim rzadziej to widział. Jak on, próbował kiedyś brać tabletki na sen, które kiedyś Żo wynalazł w magazynie, lecz to niewiele pomagało. Owszem, całe zaciemnienie leżał nieruchomy jak plastikowa sztaba, za to potem miał w głowie mętlik, czuł się zamroczony i mniej uważny – łatwy cel dla każdego starszaka.
Cyferki zegara blado świeciły nad drzwiami. Do rozjaśnienia pozostały dwie godziny. Potem jeszcze dwie do rozpoczęcia zajęć. Miał trzy godziny na sen.
Zrezygnowany, opadł na poduszkę, wpatrując się w skrywającą sufit ciemność. Przynajmniej w szkole nie czekały go niespodzianki. Ważne by spróbować się wyspać, by jutro być w formie.
- Muszę tam chodzić – szepnął, tak cicho że ledwie dotarło to do jego uszu. Próbował to sobie wytłumaczyć, by odegnać te resztki przerażenia które nie poddały się tak łatwo jak inne, lecz nie od razu zdołał się całkowicie uspokoić.
Ułożył się, przygotowując do snu. Z początku czas zdawał się dłużyć w nieskończoność, lecz gdy znowu otworzył oczy była już niemal pora na wstawanie a on nie czuł się zbytnio zmęczony koszmarem. Być może, pomyślał, to rozjaśnienie nie będzie takie złe.
* * *
Razem z Rejkertem poświęcił wiele czasu na odszukanie Janusa. Każdy szukał tam gdzie szło mu najlepiej – Rejkert w komputerze, Arto wśród mrówek i informatorów, lecz ich próby spełzły na niczym. Śladu po nim nie było, jakby nigdy nie istniał, co według Rejkerta było bardzo dziwne. Transmisje z konsoli Arto wychodziły gdzieś na zewnątrz, lecz nie były odbijane, zatem trafiały do aktywnego adresu. Od razu pomyślał że to mogła być przynęta. To także niczego nie wyjaśniało, Rejkert nie potrafił tego wykluczyć, lecz oświadczył że taki sam efekt miałoby odbieranie transmisji przez martwe konto – użytkownika który wciąż istniał w sieci, lecz długi okres bezczynności sprawił że zniknął z aktualnej historii rejestrów połączeń. Wszystko wyglądało jakby Janus nigdy nie istniał, ale według Rejkerta nie było to trudne do zrobienia. Jego pierwszy jajcogłowy zaczął żałować że usunął robaka zanim odkrył jak działał. Szansa że dałby radę go rozpracować była niewielka, lecz Arto gotów był zapłacić za ekspertyzę jakiemuś starszakowi, nawet jeśli znaczyłoby to przyznanie się do wpadki.
Nie ma co płakać za wyssanym powietrzem, uznał w końcu, lecz złość na to że dawał się podsłuchiwać, przez kosmos wie jak długo, nieprędko go opuściła. Bezużyteczne odnośniki do encyklopedii, do działu starożytnych religii, były wszystkim co znalazł. Jego wiedza na temat tajemniczego szpiega ograniczała się do domysłów – Janus mógł się ukryć, na dobre zniknąć z sieci, zostać usunięty zaraz po tym jak wykryli robaka, lub nigdy nie istnieć.
„A robak nowego” – napisał do Rejkerta.
„Był pasywny beznadziejna sprawa”.
„Jeśli nie podsłuchiwał to co tam robił”.
„Cokolwiek to było ten ktoś nie spróbował ponownie wasze konsole są czyste”.
Więc to było na tyle, uznał. Poszukiwania zawisły w próżni.
„Na wszelki wypadek sprawdzaj od czasu do czasu cały system”.
„Jest coś jeszcze wiesz że wczoraj był wypadek”.
Arto zaklął pod nosem. Kolejny problem. Nie musiał nikogo pytać by domyślić się że to skutek roboty Żimmiego. Przez jego pomysły wszyscy w szkole będą ich wiązać z pomaganiem beksom. Kosmos jeden wie czy nie czepi się ich policja. Miał nadzieję że Żimmy nie był aż tak głupi by zapomnieć o perceptorach.
To nic, próbował sobie tłumaczyć, tamten i tak by się zapuszkował, w taki czy inny sposób. Niektórzy wybierali akademię, lecz większość za bardzo się bała. Nie mogli wytrzymać w szkole, więc wybierali najszybsze rozwiązanie. Nie żałował ich. Cokolwiek się z nimi działo, beksy same było sobie winne. Nie potrafiły być użyteczne, więc grupy ich nie chciały.
Każdy wiedział że to się zdarza. Zwykle decydowały się na to beksy powyżej jedenastego, dwunastego roku życia, choć zdarzały się młodsze. W takim wieku każdy był już twardy – oprócz nich. Jednak, z jakiegoś niezrozumiałego dla siebie powodu, nie czuł się z tym dobrze. Czuł się winny, choć nie wiedział dlaczego i za co. Nie pomagał beksom w tym co zamierzały zrobić. Dla niego taki wybór był zbyt obrzydliwy, godny karalucha, a nie wojownika. Szkodził szkole.
„Ta sama beksa” – spytał.
„Nie wiem nie widziałem jej ale nie chcę brać w tym udziału arto to nie jest w porządku”.
„Ja też nie chcę tego ciągnąć” – odpisał dziwnie szybko. Coś sprawiło że poczuł zdenerwowanie. Zakończył rozmowę z Rejkertem i wywołał Resketa.
„Czy twój brat może wyciągnąć dla mnie raport z wczorajszego wypadku w przystani”.
Brat Resketa, Mikel, był jajcogłowym jedenastakiem. Było to trochę dziwne że Resket został wojownikiem a Mikel nie, choć był starszy i silniejszy. Jeszcze dziwniejsze było to że Mikel nie wahał się zbić młodszego brata, choć nigdy nie atakował młodszaków, nawet dwojaków. Choć Resket o tym nie wiedział, Arto bacznie obserwował relacje między nimi, szukając przyczyn tej niezrozumiałej blokady. Szukał też przyczyn dla których Resket nigdy nie próbował mu się przeciwstawić. Był wojownikiem, a Mikel tylko jajcogłowym, nawet jeśli starszym. To mógłby być klucz do przebudzenia jajcogłowych, przekonania ich by zaczęli walczyć, lecz jak dotąd niczego nie znalazł.
Niemniej, poza rzadkimi momentami przemocy, obaj byli dla siebie braćmi. Przez Resketa Arto okazjonalnie uzyskiwał dostęp do informacji których nawet Rejkert nie mógł wyciągnąć, a których zdobycie nie sprawiało Mikelowi żadnych kłopotów. Raz czy dwa zdobył tą drogą kilka niezbyt wartościowych modułów, lecz Arto obawiał się nadużywać tej znajomości. Działalność Mikela nie spodobałaby się kapitanowi jego grupy.
„Zapytam” – odpisał Resket – „choć nie wiem po co do tego żimmy potrzebował skanera”
Zaraza, zaraza, zaraza! Przecież pisał Rejkertowi by milczał! Chyba że to Żimmy zaczął się wszystkim chwalić... Mawiali o takich zarozumialcach że odlecieli ze swoją dumą w otchłań.
„Skąd to wiesz”.
„Pilnowałem rejkerta widziałem jak oddał skaner”.
„Ktoś jeszcze to widział komuś o tym mówiłeś”.
„Nie dlaczego”.
„Nie chcę by mówiono że pomagamy beksom przejść na drugą stronę masz o tym milczeć jasne”.
„Jasne kapitanie poczekaj chwilę porozmawiam z bratem”.
Kilka minut potem raport, wprost z policyjnych archiwów, był na jego konsoli. Uważnie przestudiował zawartość, przejrzał projekcje z miejsca wypadku. Już dawno przestały na nim robić wrażenie, może poza głupotą tego kto tak postępował. Lecz tym razem czuł się współwinnym.
Przesłał raport Żimmiemu, ciekaw jego reakcji.
„Zastanów się w co nas mogłeś wpakować” – napisał.
„Przecież nie ma tu nic co by do mnie prowadziło” – zauważył Żimmy po dłuższej chwili – „wiem jak sobie poradzić z perceptorami arto wielu tak robi i nieźle na tym zarabia”.
„Nie chcę by nasza grupa tak zarabiała” – jestem miękki, uznał, ale nie mógł na to poradzić. Ten sposób zarabiania wydał mu się nie tylko zbyt ryzykowny, lecz także zbyt obrzydliwy – „mamy dość impulsów żimmy to niebezpieczna zabawa raz może się udać a raz nie nie martwię się o dorosłych pomyśl jeśli jakiś starszak odkryje przez ciebie że mamy taki skaner to będziemy mieli duże kłopoty zem może mieć przez to kłopoty i wtedy będzie z nami jeszcze gorzej jeśli coś nam przez to przeszkodzi w dzisiejszej wyprawie to będziemy skończeni ja będę skończony i ty też żadne impulsy nas z tego nie odholują”.
Żimmy długo nie odpowiadał.
„Nie pomyślałem nad tym” – napisał w końcu – „masz racje głupio zrobiłem”.
„Nie mów o tym nikomu na następny raz najpierw zapytaj” – odpisał i zamknął okno. Był pewien że więcej Żimmy nie dopuści się samowolki i pozwoli mu wreszcie skupić się na poważniejszych sprawach.
* * *
Dziś mieli wyprawić się do magazynu. Przygotowania trwały od dawna. Arto odłożył inne sprawy, starając się skupić na tej jednej. Plan musiał być doskonały. Za pomyłkę mogła grozić akademia. Wprawdzie dorośli byli głupi, lecz ryzyko istniało zawsze. Każdy o tym pamiętał, nawet starszaki. Każdy traktował to bardzo poważnie, bardziej niż wysypisko. Tylko dlatego wpadki zdarzały się tak rzadko. Na wysypisku mogli uciekać. Gdyby zaczęli uciekać w magazynie, będzie to znaczyć że zawiedli. Tam nie liczyła się zwinność, lecz spryt. Nie każdy potrafił być sprytny. Do tego potrzebne było skupienie.
Tym bardziej zirytowało go gdy na przerwie podeszła do niego jakaś dziewczyna, starsza o kilka lat. Obserwowała go już wcześniej, ale starał się nie zwracać na nią uwagi. Gapiła się tak wyzywająco, tak bezczelnie że zaczął ją ignorować. W końcu nie wytrzymała. Szybkim krokiem ruszyła w jego stronę i mocno pchnęła w ramię.
- Hej, ty! – jej głos był bezczelnie stanowczy – Ty jesteś Artoro?
- A czego ty, na próżnię, chcesz od niego, dziewczyno? – odparł za niego jeden z chłopców, zagradzając jej drogę. Ostatnie słowo wymówił z pogardą. Arto przyjrzał się jej niechętnie. Chciała się bić czy jak? Była starsza, ale przede wszystkim była dziewczyną. Jakiś szacunek mu się należał.
Uznała odpowiedź za potwierdzenie. Nawet nie spojrzała na tego który to powiedział. Kiwnęła głową w stronę towarzyszy Arto.
- Każ im odlecieć – poleciła – Musimy porozmawiać. Sami – podkreśliła.
Arto ogarnęła złość. Nie dość że dziewczyna, to jeszcze rozkazuje! Spojrzał na nią jeszcze raz, z wyższością, choć przewyższała go wzrostem, rozważając czy aby nie dać jej nauczki. Tylko czy jest sens dawać nauczkę dziewczynie?
- Niby o czym? – spytał z nieskrywanym zniecierpliwieniem – Kim ty na kosmos jesteś?
Nie odpowiedziała, patrząc chłodno. Jego towarzysze patrzyli to na niego, to na nią. Jedni byli zaskoczeni, inni rozbawieni. Potoczył po nich wściekłym, ostrzegawczym spojrzeniem, by sobie nie wyobrażali iż byle dziewczyna może mu rozkazywać.
- Słuchaj, nie chcesz mówić, to nie. Ja nie mam dzisiaj czasu – odpowiedział niedbale. Nie zamierzał być uprzejmy. Takie zachowanie było poniżej wszelkich granic przyzwoitości – Właściwie, nie mam go wcale dla kogoś takiego jak ty...
- Dzieciaku, zamknij się i rób co mówię, dobra? – warknęła. Tego mu było trzeba, wściekłej baby – Nie chodzi o mnie, pajacu. Każ im zjeżdżać, to pogadamy. To twoi służący czy nie?
Za dzieciaka powinienem jej przywalić, uznał. I za służących. Ale inni zaczęliby zaraz gadać że bije się z byle kim. Spojrzał na towarzyszy, rozkładając ręce.
- Zostawcie nas samych, bo się nie odczepi. Może to potrwa krócej niż skopanie jej tyłka.
Roześmieli się, pokręcili głowami i odeszli na bok. Żimmy stał najdłużej. W milczeniu uniósł brew. Arto pokręcił głową. Żimmy poszedł za innymi. Stanęli niedaleko, obserwując.
Arto założył ręce i wyczekująco spojrzał na dziewczynę.
- Jestem Rossie Norrenson – oświadczyła – Iwen jest moim bratem, kojarzysz? Pewnie nie. Nie wydajesz się szczególnie bystry. Nie podoba mi się to, co się z nim dzieje.
- A co się niby dzieje? – odpowiedział jej równie twardo. Nawet jeśli Nowy jest jej bratem, to jeszcze nie powód, by się wtrącać.
- Co ty, ślepy jakiś? Nie widzisz co się dzieje?
- Twój brat ma kłopoty, ale niczego mi nie mówi. Niby czego chcesz ode mnie?
- Abyś się tym zainteresował! – rzuciła sucho – Nie obchodzą mnie wasze dziecinne regułki. Co z ciebie za kapitan jak nie dbasz o swoją grupę? Sama mam się tym zająć, czy co?
Zacisnął pięści. Nie zamierzał pozwalać aby jakaś dziewczyna uczyła go co ma robić. Stąpasz po świetliście cienkim włóknie, ostrzegł w myśli, pozwalając by cała złość wymalowała się na jego twarzy.
- Interesuję się tym – warknął wściekle – Staram się odkryć kto się na niego uwziął.
- Ach, więc tydzień wystarczył – stwierdziła ironicznie – Wielki, sławny Arto był w stanie zauważyć że ktoś bije Iwena! Wielki sukces! – jej twarz się zmieniła. Zapłonął na niej gniew – Ułatwię ci. Ten kretyn, którego szukasz, to Anhelo Lousse, dzieciaku, z klasy 9c. Zdaje się że jego grupa nazywa się Niebiańskie Wrota.
Arto nie był aż tak wściekły by nie dotarło do niego znaczenie jej słów. Anhelo znany był ze swojej brutalności, bezwzględności i... Wiedział co o nim mówiono, wierzył w to, ale nie wiedział ile w tym prawdy.
- Co, zaniemówiłeś?
- Myślę! – polubownie uniósł rękę. Niech to śluza, a dzisiaj wyprawa do magazynu...
- Ach, nareszcie jakaś odmiana. Dobra. Wiesz już kto, więc radzę ci byś się tym zajął.
Jasne. Zająć się Anhelo. Proste. Jest starszy tylko o cztery lata. Może jeszcze przy okazji stłuc kilku jedenastaków? Siostra Nowego najwyraźniej nie wiedziała kiedy należy się zamknąć. Znowu poczuł złość.
- Bo co? Może naskarżysz? Wy, dziewczyny, jesteście takie... dziecinne!
- Znalazł się dorosły!
- Zrób to a zobaczysz co zrobią z wami starszaki. Będziesz mogła przyszykować sobie i bratu ładną, wygodną puszkę – prychnął pogardliwie – Nie macie pojęcia jak się to załatwia.
- A czy taki głupi, zarozumiały kociak może cokolwiek wiedzieć? Myślisz że dziewczyny się skarżą? Szczurzy bobek! Jesteś beksą, czy może zwyczajnie i po prostu za tępy, by zrozumieć co to znaczy dbać o kogoś? – pokazała mu zaciśniętą pięść – Radzę ci abyś zajął się tym co do ciebie należy, albo ja zajmę się tobą!
Arto spojrzał na nią ze zdumieniem, a potem wybuchnął szczerym śmiechem. Po prostu nie mógł przestać. Kilku przechodzących uczniów aż się odwróciło. Była tak bardzo zabawna udając starszaka, myśląc że jest starszakiem, że nie mógł się powstrzymać.
Ros sapnęła gniewnie. Jej rzekomo nagły ruch ręki był dla Arto przeraźliwie wolny. Odskoczył, wciąż się śmiejąc, unikając siarczystego policzka.
- Siostrzyczko, jesteś za wolna! – spróbował się opanować, lecz szeroki uśmiech wciąż rozciągał mu usta – Lepiej wracaj do swoich koleżanek i chłopaka bo jeszcze ktoś cię skrzywdzi!
W jej oczach zapłonął dziki błysk gniewu. Arto nie zwrócił na to uwagi. Dziewczyny nie potrafiły walczyć. W porównaniu z nią Nowy był mistrzem, ona po prostu jeszcze o tym nie wiedziała. Siostrzyczko, nie jesteś na Ziemi, stwierdził w myśli, tu są sami prawdziwi twardziele a nie dziewczynki w spodniach. Nawet twój chłopak, jeśli znajdzie się taki który chce mieć coś wspólnego z taką jak ty, nie tknie mnie palcem. Gdyby inni się dowiedzieli że biega za młodszakiem, bo tak kazała mu jego dziewczyna...
Ros pogroziła mu zaciśniętą pięścią.
- Lepiej uważaj! – syknęła – Ciesz się że cię potrzebuję. Inaczej pokazałabym ci że kobiety z Ziemi potrafią poradzić sobie z takim bezczelnym karzełkiem jak ty! Jeszcze się doigrasz! – odwróciła się na pięcie i odeszła.
I kto tu był bezczelny?
- W każdej chwili, siostrzyczko! – zawołał za nią – Jak jesteś taka mocna to sama się o niego zatroszcz!
Odwróciła się w jego stronę, lecz nie zatrzymała Gdy znikła na schodach, rozejrzał się dookoła. Odetchnął głęboko. Już się nie uśmiechał. Dziewczyny, pomyślał z pogardą. Nadają się tylko do tego by z nimi handlować. Wolał sobie nie wyobrażać jak wyprawiają się do magazynów. Były takie zarozumiałe i pewne siebie, jakby to że wyglądają na dorosłe sprawiało że rzeczywiście takimi się stają. Według niego były ledwie mało sprytnymi, choć wyrośniętymi dziećmi.
Rozmowa wzbudziła sensację wśród młodszaków. Kilkanaście par ciekawskich oczu obserwowało każdy jego ruch. Kilku młodszaków od razu pobiegło na górę, w ślad za dziewczyną. Dostrzegł dwóch ironicznie uśmiechniętych wojowników z Gwiezdnej Flary. Na wielki kosmos, taki wstyd! Musi nauczyć Nowego jak postępować z siostrą. Lecz ani przez chwilę nie wierzył by to on ją przysłał.
Anhelo... Nie bez powodu nazywali go Aniołem Śmierci. Nie bez powodu lubił to przezwisko. Nie bez powodu zmienił nazwę swojej grupy na Niebiańskie Wrota. Tamten chyba nazywał się Herry, przypomniał sobie. Mówili że to był wypadek, lecz wszyscy dobrze wiedzieli kto był z nim tamtego rozjaśnienia na Przystani. Dwóch innych nie wytrzymało; sami poszli na drugą stronę, kilkunastu innych trafiło przez niego do akademii. I była jeszcze Włócznia. Od Anhela uciekał każdy kto mógł, nawet rówieśnicy z grupy. Zostali przy nim tylko tacy jak on; niewielu, ale byli. Każdy miał nadzieję że nigdy nie będzie miał z nimi do czynienia. Robaki mogły być jego dziełem. Mógł pilnować Nowego i obserwować reakcję jego kapitana. To było logiczne, lecz Rejkert twierdził że robaki nie były identyczne...
Rozumiał że Nowy jest nowy, ale dlaczego nie przyszedł z tym do niego? Gotów był poświęcić życie za jego szacunek? Zdziwił się gdy złapał się na tej myśli. Nie mój, uznał, lecz grupy, ale nie mógł zapomnieć jak czasem Nowy się mu przyglądał. Poczuł że w jakiś dziwny sposób mógł być odpowiedzialny za to co się stało.
Zaczął obawiać się że udzielenie Nowemu pomocy może okazać się zbyt kosztowne, lecz nie chciał go tak od razu wyrzucać. Jeszcze nie. Dopiero jak nie będzie miał wyjścia. Nikt nie będzie wtrącać się do jego grupy, nawet Anhelo.
Ruszył w stronę klasy. Niemal natychmiast został otoczony przez towarzyszy. Coś usłyszeli? Ich wesołość nijak się miała do ponurego nastroju, w który sam wpadł. Tylko Żimmy był poważny. Nic nie mówił. Tak, on musiał słyszeć.
- Dobrze słyszałem, kapitanie? – spytał jeden z wojowników – To siostra Nowego?
- Potrzebuje opiekunki? – zachichotał inny – Nasze niańki nie wystarczają?
Arto odwrócił się gwałtownie. Twarz chłopca usiana była piegami niczym przestrzeń gwiazdami. Linia, jaką tworzyły pod oczami, przypominała Drogę Mleczną. Teraz konstelacje jego piegów były poprzestawiane przez zmarszczki lekko złośliwego uśmiechu.
- Kopalniany kloc! – siła gniewu sprawiła że nawet gdyby to wykrzyczał, nie sprawiłby tym takiego wrażenia. Chłopiec zesztywniał. Zapamiętam cię, Alsza. Przypomnę ci wszystko gdy sam będziesz miał kłopoty.
Zatrzymali się, nie rozumiejąc jego złości.
- Jeśli któryś będzie się nabijać z Nowego za to że ma taką głupią siostrę – ostrzegł – to tak mu przyłożę że będzie sklejał twarz taśmą. Nie jego wina, zrozumiałe?
Jeden z chłopców kiwnął głową. Kerell.
- Jasne, kapitanie. Też jest nowa. Nie wie co się dzieje.
- Dokładnie – potwierdził – Nowy jest od niej mądrzejszy, więc to nie dziedziczne – uśmiechnęli się lekko, lecz jemu nie było do śmiechu – Ale jego kopalniana siostra na coś się przydała. Wiem już kto na nim siedzi. Anhelo.
Kilku wbiło wzrok w podłogę, nagle zainteresowawszy się czubkami swoich butów. Kilku spojrzało po sobie. Ktoś gwizdnął, cicho, lecz przeciągle.
- No to nieźle. Z takim niewiele możemy zrobić.
- Nowy jest już trupem.
- No chyba. Tu nie pomoże nawet Gwiezdna Flara...
- Nie każdy kogo dopadł Anhelo zaraz lądował w puszce – Arto spróbował ich uspokoić – Może zanim oddamy Nowego Ziemi spróbujemy mu pomóc? Będziemy musieli go pilnować. I obserwować Anhela – czy mu się zdało, czy na kilku twarzach zauważył strach? – Jak obaj będą blisko siebie, będziemy ogłaszać alarm... – wzrok Arto natrafił na Kerella. Coś go tknęło. Orfius też był razem z nimi. Rozejrzał się, klnąc się w duchu że wcześniej o tym nie pomyślał – Gdzie Nowy? Kto go widział ostatni?
Chłopcy zaczęli się rozglądać. Nowego rzeczywiście nie było, podobnie kilku innych wojowników, lecz na nich nikt nie polował.
- Nie stójcie tak, tylko go znajdźcie! – rozkazał, głośniej niż zamierzał.
Wszyscy się rozbiegli, niektórzy z wyraźną niechęcią. Zapamiętał ich. Potrzebował wojowników na których mógł polegać. Ochrona z Gwiezdnej Flary rozglądała się niepewnie, nie wiedząc co robić. To już ich problem. Nie potrafili upilnować Nowego, to niech się martwią jak upilnować innych.
Już chciał odejść, gdy Żimmy go zatrzymał.
- Ty poważnie o tym Nowym? – spytał cicho – Porywasz się z pięściami na plaszkło!
- Śmiertelnie poważnie. Miałeś go pilnować!
- A widziałeś kiedy i gdzie zniknął? Był z nami jeszcze niedawno. Przegapiłem go ale to się więcej nie powtórzy. Jednak...
Arto rozumiał. Sam też miał wątpliwości, lecz to właśnie najbardziej ich różniło. Żimmy zbyt łatwo się wycofywał. Od pierwszej klasy uczył się że lepiej jest zrezygnować. Arto się nie poddawał, nie bez walki. Poza tym, musiał przyznać że żal mu było tak po prostu stracić Nowego. Zapowiadał się na niezłego wojownika, no i Arto ciekawiło jego zachowanie.
- Może to nic poważnego – odparł – Nowy jest jednym z nas. Zrobię dla niego tyle samo co dla każdego innego. Tyle samo co dla ciebie, nie mniej i nie więcej. Nie utrudniaj tego.
Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i odszedł. Słowa nie zabrzmiały tak jakby tego chciał lecz był zbyt zdenerwowany by miało to dla niego jakieś znaczenie.
Tym razem Nowy szybko się znalazł. Nic mu nie było, przynajmniej fizycznie. Siedział skulony pod drzwiami klasy, przyciskając kolana do piersi, niczym beksa. Gdy zauważył że nad nim stoi, spojrzał na kapitana i wtedy Arto zobaczył jego strach i z trudem skrywane łzy. To nie był ani strach beksy, ani łzy bólu. Nowy nie był pobity.
Arto już to widział. Tak samo patrzyły straszone przez niego młodszaki, tylko one nie wyglądali aż tak źle. Nie straszył ich aż tak bardzo, tłumaczył sobie, tylko gdy oszukiwali. Prawie ich nie bił. Czy to o to chodziło? Czy miał się zmierzyć z efektem działania swojej własnej broni? Ktoś kto zabił i uniknął policji nie może być głupcem.
- Nowy, co się dzieje? – spytał – Wiem kto się do ciebie przyczepił, ale nie wiem jak...
- Nic – odparł szybko Nowy i przełknął ślinę – Nic się nie dzieje.
- Przestań robić ze mnie durnia! Twoja siostra wszystko powiedziała. Masz pojęcie co ci grozi? To tak chronisz swojego młodszaka? Przynosisz wstyd całej grupie!
Nowy oparł czoło na kolanach. Milczał.
- No co jest? Taki z ciebie samotny Tułacz?
Arto przygarbił się, ramiona opadły w dół. Nie docierał do niego, co gorsza nie miał pomysłu jak sobie z tym poradzić. Nigdy nie zastanawiał się jak metoda zastraszania działa z drugiej strony. To się wymykało spod kontroli. Zamierzał od teraz dobrze go pilnować, lecz grupa wciąż była ważniejsza od jednego wojownika. A dla grupy najważniejszy był magazyn.
Pierwszą rzeczą, którą robił na każdej lekcji, było uruchomienie podprogramu instalującego na konsolach system grupy. Zamierzał jeszcze raz przemyśleć wszystkie sprawy dotyczące ich dzisiejszej wyprawy, lecz gdy jego palce dotknęły wirtualnych klawiszy, myślał znów o Nowym. Co z nim zrobić? Powinien odebrać mu ochronę Wela, lecz to mogłoby go jeszcze bardziej załamać. Niechciany protektorat zaczynał go uwierać, lecz skoro go dał, musiał go wypełnić. Tyle że protektor sam potrzebował ochrony. Nowy, ty mnie jeszcze wykończysz na zimną plazmę, ty i te twoje sekrety. Dlaczego, dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
Zaczął wysyłać wiadomości, na osobnych kanałach. Do wyprawy potrzebował jedynie kilkunastu chłopców, tych którzy się na tym najlepiej znali. Reszta była wolna. Dlaczego, na nieskończoną pustkę, siostra Nowego musiała go zaczepić właśnie dziś? Nie miał jej za złe tego co opowiedziała, lecz to jak to zrobiła. Gdyby nie pyskowała, gdyby po prostu, jak każda inna dziewczyna, poprosiła o rozmowę, zamiast żądać jej jakby był jej chłopakiem – po jaką próżnię starszaki z nimi łażą, z takimi babami? – wtedy nie zwróciłby na to uwagi. Lecz ona musiała zgrywać ważną, bo była z dołu. Wariatka. Po jaką nieskończoną otchłań starszaki zadają się z dziewczynami, po co biją się o nie, jakby były zdobyczą równie cenną co dobry magazyn? Po co obnoszą się z chodzeniem akurat z tą, a nie inną? Nie zamierzał tak zgłupieć.
Kilkanaście minut później wszystko było gotowe. Wszystkie mrówki, których nie potrzebował Rejkert, miały obserwować Anhela i ostrzegać gdy znajdzie się w pobliżu Nowego. Wiedział że będą się bały na niego spojrzeć, lecz zamierzał zmusić ich do posłuszeństwa. Protekcja, jaką im dawał, była warta o wiele więcej niż takie nic nie znaczące ryzyko. To powinno wystarczyć. Anhelo, widząc kłopoty, często dawał za wygraną. Niech sobie poszuka innego, łatwego łupu. Jeźdźcy Smoków trzymają się razem.
Lecz dlaczego Nowy? Jeśli to wszystko było zwykłym przypadkiem, mógłby już uznać sprawę za zakończoną. Dotąd nie wnikał w przyczyny dla których Anhelo robił to co robił. Nie szukał w sieci publicznych informacji na jego temat. Mając problemy z dorosłymi, na pewno założył w systemie programy ostrzegające o zainteresowaniu jego osobą. Lecz Anhelo sam zaczął – dostateczny powód by przejrzeć wszystko co tylko Arto mógł znaleźć na jego temat. Wypyta kilka osób, nawet jeśli będą uniknąć odpowiedzi. Musiał sprawdzić ile z tego słyszał to plotki, a ile może okazać się prawdą. Sprawdzi to, nawet jeśli Anhelo będzie mu patrzył na ręce.
Okienko rozmowy z Nowym, jakie nagle się otworzyło, było ostatnią rzeczą jaką spodziewał się ujrzeć. Spojrzał na niego. Wreszcie zaczął dochodzić do siebie.
„Przepraszam za siostrę” – przeczytał – „chyba bym ją zabił gdybym wiedział że to zrobi”.
„To tylko dziewczyna” – odpisał – „na niczym się nie zna”.
„Możesz mieć przez nią kłopoty”.
„Przez kogoś takiego nie żartuj dziewczyny są nikim byle nie próbowała mnie więcej zaczepiać jeszcze będę ją musiał pobić”.
Nie widział na pewno, lecz Nowy chyba się uśmiechnął.
„Ty to rozumiesz nie jesteś jak inni ale inni mogą mnie nazwać beksą”.
„Pomogę im zrozumieć”.
„Zajmę się młodszakiem naprawdę już mi lepiej przepraszam nie przyniosę wstydu”.
„Pamiętaj mi zawsze możesz powiedzieć co się dzieje wiem że boisz się anhela ja wiem jak to działa sam tak robię pamiętasz z młodszakami”.
„Więc przestań to robić przestań jeśli ci na mnie naprawdę zależy nie wiesz jak to jest”.
„Wiem lepiej niż myślisz nie robię tego dla przyjemności”.
„Jesteś po prostu okrutny nie rozumiesz jak to jest”.
Nowy zamknął okno. Znowu się przygarbił. Czy ja robię coś nie tak? Czego ty chcesz, Nowy? Abym ich bił, kopał tak długo aż zaczną mnie słuchać? Wtedy też będą się mnie bać. To co robię jest lepsze. Boją się mnie tylko wtedy gdy wiedzą że mnie zawiedli.
„Wróć wcześniej do domu i nigdzie nie wychodź jutro wszystko będzie dobrze” – napisał. Wysłał wiadomość i od razu zamknął okno. Jeśli Nowy poczuje chęć do rozmów, to się sam odezwie. Na razie niech przemyśli to co mu napisał. Na razie niech trzyma się grupy.
* * *
Po lekcjach ruszyli do akcji. Zwykle nazywali to wyprawą, czasem wprost – włamaniem. Nie kradzieżą – kradzieże zdarzały się głównie na promenadzie i potrafił ich dokonać byle pierwszak. Włamanie było czymś o wiele bardziej skomplikowanym. Wymagało planu. Dorośli też próbowali się włamywać, lecz byli tacy niezdarni, ich metody były tak prymitywne, brak przygotowania tak kompletny, za to zachłanność tak wielka, że rzadko kiedy kradli bezkarnie.
Czołgając się szybem wentylacyjnym, Arto jeszcze raz analizował w myśli szczegóły planu. Czy pomyślał o wszystkim, czy nic nie przeoczył? Tym razem ryzyko było wyższe. Nawet rozmowa z Zemem nie wydawała mu się tak ryzykowna jak wypełnianie zawartej z nim umowy. Nie chodziło tylko o wpadkę podczas wyprawy. Jeśli dorośli poznają że coś się stało, stracą magazyn na długie miesiące, być może i na rok. A nie był to byle jaki magazyn. Zdobycie nieformalnej kontroli kosztowało ich wiele trudów, tak samo uzyskanie od poprzednich właścicieli sposobu na dostanie się do środka. Nie wyprawiali się do niego zbyt często. Dorośli nie byli zbyt podejrzliwi. Mogli bezpiecznie handlować zdobyczą.
Dobrze znali swój teren. Znali rozkład czujników, liczbę strażników, plan pomieszczenia – wszystko. Tym razem niewiadomą stanowił komputer. Miesiąc temu Rejkert odkrył że dokonano w nim zmian, więc przed dwoma tygodniami kapitan zlecił Orfiusowi zakup programu który potrafiłby go automatycznie zablokować. Dziś mieli go wypróbować.
Zabawa z komputerami i z siecią była robotą dla jajcogłowych. Rejkert był zajęty, więc jego miejsce zajął Lien Kires – drugi jajcogłowy w grupie. Mówili na niego Bystrzak. To on miał się podłączyć do pobliskiego zdalnego przekaźnika sieci, wpuścić program i wymierzyć w cel. Niedoświadczony Lien przejął się zadaniem – stając się potencjalnie nieuważnym – lecz program, według zapewnień starszaków, sam miał się zająć większością napotkanych przeszkód. Arto bardziej się obawiał że Lien zapomni wejść do banku danych, w tej krótkiej chwili gdy komputer będzie odsłonięty lecz wciąż funkcjonujący, by skopiować spis inwentarza. Spis miał być dowodem gdyby się okazało iż pewnych części, tych dla Zema, nie było w magazynie.
*
Dotarli do celu. Arto był na przedzie kolumny, Żimmy trzymał się tuż przy nim. Szyb był wystarczająco szeroki by zmieścili się obok siebie. W milczeniu doczołgali się do wylotu i unieśli kratę. Starali się nie wychylać, aby ich pluskwy nie znalazły się w zasięgu czujników. Szyby wentylacyjne były od nich wolne, lecz dalej było ich pełno. Czujniki były tak zaprogramowane, by strzegły określonego obszaru – i niczego poza nim. Wszystko, co znajdowało się poza strefą, choćby o milimetr, było ignorowane.
Czasem szyb nie wystarczył by dotrzeć do celu. Tak było w przypadku magazynów. Wyloty miały tam ledwie po dwadzieścia centymetrów i były umieszczone na suficie, wiele metrów nad podłogą. By jeszcze bardziej utrudnić włamanie, magazyn był otoczony pustym korytarzem, okazyjnie patrolowanym przez strażników. Nie było żadnej innej drogi, poza przejściem przy stróżówce.
Większość magazynów miała jednak luki. Ten miał trzy. Pierwszą były wyloty szybu, prowadzące na okrężny korytarz – lecz nikt nie budował magazynu z myślą o włóczących się po wentylacji dzieciach. Drugą był brak czujników we wnętrzu magazynu, lecz to była konieczność – silne pole rampy magnetycznej szybko by je zniszczyło. Trzecią luką było istnienie niewielkich, pancernych, dawno zaspawanych drzwi na tyłach magazynu – i tylko ta jedna luka była błędem który dorośli winni byli przewidzieć. Owszem, unieruchomili je, lecz nie do końca – dziś masa spajająca była tylko wypełnieniem ze sztucznego tworzywa, zastąpionym dawno temu przez innych uczniów, którzy dziś pewnie mieli własne dzieci. Niewielu interesowało się jak tego dokonali; drzwi po prostu były spreparowane, to wszystko co musieli i chcieli wiedzieć. Arto korzystał z ich osiągnięć, z zachwytem podziwiając rezultat. Pozostało im tylko oszukać czujniki i odciągnąć strażników.
Kto wpadł właśnie na taki sposób dostania się do środka? Kto układał takie plany? Prawie każdy magazyn w sektorze był rozpracowany, czasem nawet na kilka sposobów, lecz Arto nie przypominał sobie by ktoś kiedyś wymyślił nowy sposób. Wyglądało to jak gdyby było tak od zawsze. Nawet on jedynie nieznacznie zmodyfikował plan który wykorzystywali poprzedni właściciele magazynu. Tłumaczenie że nowe sposoby są zbyt czasochłonne w opracowaniu i ryzykowne w sprawdzaniu nie wyjaśniało sytuacji. W kilku magazynach dorośli zabezpieczyli luki; lecz ich właściciele, zamiast znaleźć nową drogę do środka, zwyczajnie je porzucili. Nikt nie próbował ich zdobyć, nikt nie zajmował się ich rozpracowaniem – bo nikt już tego nie potrafił, jakby z roku na rok uczniowie w szkole stawali się coraz głupsi.
Obserwatorzy powinni być na miejscu. Nałożył cienkie, lecz wytrzymałe rękawiczki i wyjął z kieszeni dwa niewielkie przedmioty. Zwykłe zabawki dla młodszych dzieci, prosty zestaw łączności stawał się bronią przeciwko dorosłym; bronią którą oni sami im dawali i którą wiedział jak się posługiwać. Odbiornik był lekko spłaszczoną kulką wielkości ćwierci jego paznokcia, z małym zatrzaskiem utrzymującym ją na miejscu. Jak inni, Arto włożył go do ucha. Nadajnikiem był nieco większy, płaski krążek mikrofonu, przyklejali go pod dolną wargą. Za pomocą rozstawionych już po drodze, równie prostych przekaźników mógł, bez pomocy wszędobylskiej sieci, łączyć się z innymi zespołami.
Zwyczajowo podzielił uczestników akcji na cztery grupy. Sam z Żimmym prowadził główną, najliczniejszą grupę, która miała wejść na teren magazynu. Lien i drugi jajcogłowy zajmowali się konsolą, dbając o komputer magazynu. Dwóch chłopców pełniło rolę wabików, mających zająć dorosłych i uaktywnić system czujników, zaś dwaj kolejni, ukryci naprzeciwko strażnicy, mieli informować o wszystkim co się działo przed magazynem. Powodzenie zależało od współdziałania. Nie mogli zacząć póki wszyscy nie będą gotowi.
Obrócił się ostrożnie na lewy bok, nie chcąc się gnieść obok Żimmiego. Spojrzał na trzymany w dłoni skaner. Niedługo się przekona co jest wart. Mógł otworzyć drzwi do hali maszyn lecz to mogli zrobić sami, bez jego pomocy, choć trwałoby to znacznie dłużej niż jedna przerwa. Dobrze zabezpieczona skrzynia to już nie to samo.
- Patrzałka, jesteś? – szepnął. Rozmawiając na odległość zawsze używali swoich przezwisk.
- Jestem i czekam, kapitanie. Wszystko wygląda normalnie. Kociak jest ze mną – co znaczyło że Żor też jest na pozycji. Nikt w grupie nie potrafił skradać się tak cicho jak on.
- Konsola? Bystrzak?
- Myślę że wszystko gotowe – usłyszał głos Liena – Mogę zaczynać.
- Wabiki? Grubasek, Twardy?
- Czekamy – usłyszał równie cichy głos Grejgiego.
- Patrzałka, jak to wygląda?
Kerell bardzo często był obserwatorem. Jego zmysł obserwacji często bywał nieoceniony.
- Nie widzę środka. Dorośli przymknęli główne wejście, ale myślę że jest ich pięciu. Jeden chyba krąży po korytarzu. Nie widzisz go?
- Przecież nie będę się wychylał! Bystrzak, wszedłeś już?
- Zaraz będę. Wiesz, A... kapitanie, ten nowy skaner to potężna rzecz. Coś o nim znalazłem. Przyłóż go do ucha ze słuchawką, wybierz przycisk ładowania i połączenie dźwiękowe.
- Po co?
- Zobaczysz – głos Liena był równie cichy co tajemniczy, pełen dumy i przejęcia. Niech ci będzie, pomyślał. Podobnie jak klucz molekularny, skaner był przystosowany do obsługiwania go kciukiem trzymającej go ręki. Był zrobiony dla rąk dorosłego i przez to trochę niewygodny. Leżąc na boku, zdołał wykonać polecenie.
- Już – szepnął – Co teraz?
W odpowiedzi usłyszał kilkusekundową serię szumów i ćwierknięć. Gdy dźwięki ustały, skaner cicho zapiszczał. Arto z początku się wystraszył, uspokoił się dopiero gdy upewnił się że nie było nikogo kto mógłby coś zauważyć.
- Teraz wywołaj listę.
Na wyświetlaczu słowo „lista” było teraz podświetlone. Dotknął go kciukiem. Żimmy i reszta chłopców obserwowali go z ciekawością, niemal wchodząc na siebie. Klęczący za kapitanem Dert wychylił się tak bardzo że omal nie przewrócił się na Arto. Syknął ostrzegawczo. Mało brakowało by skaner wyleciał mu z ręki, prosto na korytarz.
Okienko wyświetlacza wypełniło się alfabetycznie uporządkowanymi linijkami, pełnymi nazw i symboli. Dotknął kciukiem jednej z nazw. Pojawił się opis obiektu. Tuż obok pojawił się podświetlony napis „wyszukaj”. Nacisnął go, lecz skaner tylko zapiszczał. Na wszystkie gwiazdy, pomyślał, czy to może być to o czym myślę?
- Masz teraz w pamięci skanera dwie listy – usłyszał Liena – Pierwsza to rzeczy których potrzebujemy dla siebie, ta druga to towar Zema. Główną listę pobrałem z magazynu. Wszystko co chce Zem jest na miejscu.
- Więc będzie gwiaździście zadowolony – mruknął, z ciekawością bawiąc się skanerem.
- To nie wszystko, kapitanie. Jeśli wybierzesz jakąś rzecz...
- Bystrzak, nie jestem głupi – przerwał mu – Czy ta rzecz pozwoli odszukać każdą z nich?
- Chyba, ale to się okaże w środku. Myślę że ten lokalizator nie działa na taką odległość. Nie przez ekran magazynu.
- Wiesz co to oznacza? – spytał podekscytowany Żimmy – Zamiast siedzieć tam całe godziny znajdziemy wszystko w pół! Na kosmos, o takich rzeczach tylko słyszałem, ale nigdy nie wierzyłem... Jesteś wielki! – oświadczył – Ten interes z Zemem jest wspaniały!
Miał rację. Dla grup uczniów w ich kategorii wiekowej sprzedaż maści i leków młodszakom była ważnym źródłem impulsów. Dopiero zaczynali zarabiać na protektoratach i umowach z innymi grupami. Taki skaner oznaczał ogromne ułatwienie w ich pracy. Być może pozwoli zwiększyć obroty, poszerzy kontakty, zwiększy prestiż grupy i jej kapitana...
- Mówiłem ci, bez obstawy łatwiej się z nim dogadam.
Żimmy przytaknął. Może teraz uwierzy że jego pomysły naprawdę się sprawdzają. Choć ich grupa stawała się coraz silniejsza, on wciąż lubił się sprzeczać o drobiazgi.
- Bystrzak, mogłeś powiedzieć wcześniej – zauważył cicho.
- Niby jak? Tak tego pilnowaliście że dopiero przed wyprawą mogłem mu się przyjrzeć! Wy i te wasze tajemnice... – w głosie Liena pobrzmiewał wyraźny wyrzut.
- Hej, co tam macie? – spytał Kerell – Co to za wspaniałości z tym skanerem?
- Zobaczysz jak skończymy – ostrzegł Żimmy – To nie ucieknie. Patrz co się dzieje.
To było drugie ulubione zajęcie Żimmiego – przypominanie innym co mają robić.
Arto spojrzał na skaner. Dlaczego Zem nie wytłumaczył jego działania? Pewnie dla starszaków jest to oczywiste. Co jeszcze potrafi? I czy aż tak bardzo zależało mu na tych częściach by dać im tak wspaniałe narzędzie?
- Patrzałka, Kociak, co u was? – spytał.
- Zgubiłem dwóch strażników – odpowiedział Żor – Byli tu, ale teraz ich nie widzę.
- Założę się że patrolują korytarz – stwierdził Żimmy.
- Czekamy – odparł Arto. Musieli czekać. To wabiki zaczynały całą operację, lecz zadaniem obserwatorów było wybrać właściwy moment.
Dla każdego, kto nie miał upoważnienia, magazyn był strefą zabronioną. Czujniki potrafiły wykryć każdy żywy obiekt większy od kota. Każdy czujnik, niezależnie na co reagował, miał dwa niezależne podłączenia – jedno do lokalnego węzła sieci i drugie, łączące go bezpośrednio z systemem bezpieczeństwa stacji. Pierwsze ostrzegało strażników o intruzach i łączyło czujnik z siecią. Tą drogą szedł odczytany z lokalizatora sygnał, pozwalając na identyfikację jego właściciela. Drugie połączenie służyło do poinformowania centrali o incydencie i wszczęcia procedur alarmowych. Główną ideą dorosłych było zapewnienie sobie niezależnej informacji o uaktywnieniu czujnika. Według Arto, dorośli chcieli po prostu za dużo osiągnąć. Przez to popełnili błąd – stworzyli pierwszą lukę w systemie.
Kolejną luką było istnienie tylko jednego punktu łączącego identyfikujące pluskwę czujniki z zawierającą potrzebne do tego procesu informacje siecią stacji. Komputer w magazynie nie był jedynie konsolą, służącą do podłączenia się do komputera-sieci, jak większość podobnych urządzeń. Był jej węzłem. Działał niezależnie, jak komputer szkoły. Samo włączenie alarmu nie identyfikowało sprawcy. Jeśli czujnik wykrył osobę bez lokalizatora czy identyfikatora, przywoływał automaty poszukiwawcze by go zidentyfikowały, lecz jeśli sprawca miał je przy sobie czujnik odczytywał jego kod i przesyłał go do sieci, do identyfikacji, puszczając przez drugie połączenie sygnał wstrzymujący automaty przed niepotrzebnym działaniem.
Arto od zawsze dziwiło jak niewielu starszaków rozumiało dlaczego włamania do magazynów bez identyfikacji złodziei były w ogóle możliwe. Jeśli chodziło o niego, nie potrafił polegać na metodzie działania której zasad nie rozumiał. Była to dlań konieczność. Pierwszym etapem włamania było wysłanie wabików – chłopców, którzy potrafili świetnie kłamać i którzy jeszcze nie utkwili strażnikom w pamięci. Ich zadaniem było wejście do strzeżonej strefy, by wywołać alarm. Oczywiście, łapano ich niemal natychmiast, lecz rzadko kończyło się na czymś więcej niż naganie, próbie nastraszenia czy wizycie na posterunku. Ich wiek był ich tarczą. Alarm było nie tylko sygnałem dla grupy – pozwalał bezpiecznie wejść do środka. Strzegący magazynu system był w pełni automatyczny. Dorośli wierzyli że sam zidentyfikuje każdego intruza, wyśle za nim automaty lub prześle do centrali zarejestrowane przez perceptory obrazy sprawcy. Działanie ludzi miało się ograniczyć jedynie do złapania tego kogo wskaże system. Gdy coś ich od niego odcinało, stawali się bezradni jak małe dzieci w ciemności – i równie podatni na oszustwa.
Wrażliwym punktem był komputer magazynu – jedyne połączenie z siecią stacji, gdzie przechowywano dane zidentyfikowanych lokalnie intruzów – danych które nigdy nie docierały do celu. W chwili gdy uaktywniał się alarm jajcogłowi odłączali od sieci przekaźnik, który komputer magazynu aktualnie wykorzystywał do połączenia z siecią, wypuszczając jednocześnie program który zalewał komputer danymi, prowadząc do przeładowania jego funkcji. Komputer starał się wysłać dane zebrane z czujników, lecz zamiast potwierdzenia otrzymywał informację o nieaktywnym węźle. Zwykle w takiej sytuacji protokoły łączności wyszukiwały kolejny przekaźnik, by odbudować połączenie, lecz obciążony komputer nie był w stanie na czas zdefiniować nowego szlaku łączności. Tymczasem uaktywniona dziwnym zachowaniem automatyczna diagnostyka komputera zaczynała restartować kolejne podzespoły. W normalnych warunkach system zdołałby zapisać wszystkie dane przed wyłączeniem, lecz był obciążony atakiem i próbą odzyskania połączenia. Systemy diagnostyczne były niezależne od rdzenia pamięci; zaprogramowane by dać rdzeniowi określoną ilość czasu po jego upływie wyłączały wszystko, nim zrzut pamięci zostałby choćby zainicjowany przez obciążony węzeł. Takiego ataku nie potrafił wytrzymać żaden komputer sieci. Wszystkie dane z ostatnich kilkudziesięciu sekund – w tym obrazy z perceptorów i z czujników oraz kody identyfikacyjne intruzów – przepadały bez śladu. Gdy wznawiał swoją pracę, nie było już nic co wzbudziłoby u strażników podejrzenie że ktoś oprócz wabików wszedł na teren magazynu. Czujniki, choć ich widziały, stawały się na nich ślepe. Póki trwał alarm, ich elektroniczne mózgi były przekonane że ich sygnał dotarł do celu i zadanie zostało wykonane. Automaty poszukiwawcze pozostawały nie wezwane; mechaniczne psy które, by podjąć ślad, potrzebowały kogoś kto ten ślad im wskaże. Co z tego że oczy i ręce byłyby sprawne, skoro kierujący nimi mózg stracił przytomność?
Gdy wysiadał komputer, czujnikom pozostawało do dyspozycji tylko drugie podłączenie, nie połączone z żadną bazą danych, służące do sprawdzenia czy ktoś niepowołany nie naruszył chronionej strefy. Nie potrafiło zidentyfikować intruza, mogło co najwyżej uruchomić automatyczne procedury alarmowe, a te istniały jedynie w takich miejscach jak doki. Bez swoich ogłupiałych maszyn dorośli nie wiedzieli że na terenie magazynu, oprócz wabików, są także inne dzieci. Póki alarm nie został wyłączony, nie zauważyliby niczego, nawet gdyby za ich plecami stała połowa uczniów ze szkoły – moment w którym mogli działać.
Czekali, wsłuchując się w niekończące się relacje Kerella i Żora. Z upływem czasu obaj zaczynali być w tym nieco zbyt gorliwi. Strażnicy chodzili leniwie po całym terenie, ani myśląc o zejściu się w jednym miejscu. Arto pozostał cierpliwy. Od trzech lat brali udział w podobnych wyprawach. Początek zawsze był najgorszy.
Znudzony czekaniem, wspomniał zamówienie Zema. Gwiezdna Flara musiała mieć swój własny magazyn. Dlaczego sami nie wyprawili się po te części? Powodów mogło być wiele, lecz on myślał tylko o jednym – było to zbyt niebezpieczne by zrobić to samemu. Czy aż tak ważne by dać im skaner? Tak cenna rzecz nie byłaby warta wrobienia grupki piątaków. Przez niego, gdyby wpadli, zainteresowaliby się nimi sami Protektorzy, a ich śledztwa zaczynały się zawsze w ten sam sposób – badaniem za pomocą odczytującego myśli neuroskanera.
Przeszedł go zimny dreszcz. Dorosłym to nie szkodziło, lecz dla dziecka w jednej trzeciej przypadków kończyło to się nieodwracalnymi uszkodzeniami mózgu. Do końca życia pozostałby bezmyślną stertą mięsa. Prawo nakładało surowe ograniczenia na stosowanie skanu mózgu, zwłaszcza pełnego skanu, także u dorosłych, lecz Rząd potrafił je naginać.
Ze strachem spojrzał na skaner, jakby widział go po raz pierwszy. Nie większy od klucza molekularnego, wyglądał podobnie. Miał podobną rękojeść, tylko pokryty cyferkami wyświetlacz był trochę większy. I miał go w ręku – klucz do niemal każdego zamka na stacji. Protektorzy posunęliby się tak daleko jak tylko chcieli. Skąd miał wiedzieć czy posiadanie towarów, zaznaczonych w jego pamięci, nie było czymś jeszcze straszniejszym? I jeszcze ten robak... Za każdym razem gdy go sobie przypominał jego strach wzrastał jeszcze bardziej.
Przestał zwracać uwagę na słowa obserwatorów. Zbyt usilnie przekonywał siebie że to tylko zwykłe zlecenie. Coraz częściej słyszał za sobą niecierpliwe poruszenia, bardziej nerwowe niż zwykle. Oni też czuli że coś się zmieniło, mieli podobne obawy. Jeszcze pół godziny takiego czekania a zaczną im puszczać nerwy. Albo zrezygnuje, albo...
- Patrzałka, jak to wygląda? – spytał szeptem – Masz wszystkich?
- Wciąż tylko czterech – szept Kerella nieustannie był pełen przejęcia.
- Może było tylko czterech? – spytał Żimmy – Może się pomyliłeś?
- Mówię ci że było pięciu! Kociak też go widział.
- Było pięciu – usłyszeli potwierdzenie.
- Więc gdzie zniknął piąty?
- Poszedł na prawo.
W przeciwną stronę niż ich korytarz. Bramę mieli po prawej, za zakrętem w lewo.
- Zaczynamy – oświadczył.
- Już teraz?
- Na pewno?
- Przecież powiedziałem że zaczynamy! Twardy, Grubasek, ruszajcie się.
Ryzyko istniało zawsze. Dorośli różnie reagowali na alarm. Lecz ryzyko rosło wraz ze zniecierpliwieniem grupy. Pięciu, powtórzył w myślach. Niedużo, jak na takie pomieszczenie, lecz dorośli znali się na swojej pracy. Nawet bez komputera mogli być kłopotliwi. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak. To nie bitwy ani pozycja mówiły najwięcej o wartości grupy, lecz wyprawy – jak przebiegały, jak bardzo były ryzykowne i jak się kończyły.
Rozległo się ciche, przeciągłe buczenie. Wabiki dotarły do celu. Czekał, odliczając w myśli czas potrzebny im na dotarcie do strażników. Nie słyszał co się tam dzieje; wabiki zawsze zdejmowały swój sprzęt, lecz wiedział jak się to skończy. Strażnicy mogli ich trzymać jakiś czas u siebie, lecz na koniec albo ich wypuszczą, albo odprowadzą do domu. Wszczęcie alarmu nie było przestępstwem.
- Bystrzak, uruchom program! – polecił – Patrzałka, Kociak, mówcie do mnie! Co się dzieje?
- Widzę trzech – usłyszał cichy szept Żora. Bardzo cichy, zauważył ze zdziwieniem – Są przy nich. Nie, dwóch! Jeden wraca do magazynu...
- Widzę czwartego, jest w pobliżu korytarza! – uprzedził Kerell – Idzie w lewo...
- Niech to plazma! Gdzie piąty?
Gorączkowo próbował wyobrazić sobie sytuację przy wejściu. Duży plac, zaraz za wielką, wielometrową przerwą w ścianie. Gdzieś po lewej stronie stały cztery podnośniki do transportu skrzyń. Najpierw wyszło trzech dorosłych. Jeden poszedł w bok, w stronę tej części korytarza gdzie się czaili. Minie trochę czasu nim tu dotrze. Dwóch zostało. Jeden wrócił do hali. Pierwszą rzeczą jaką się zajmą będzie patrol. Zwykle szło ich dwóch, każdy w inną stronę, by spotkać się i zawrócić niedaleko zablokowanych drzwi. Dwoma dorosłymi przy wabikach nie musiał się martwić. Jeśli zechcą ich odprowadzić do domu, co najmniej jeden z nich wypadnie na dobre. Komputer lada moment przestanie reagować na polecenia z konsoli, więc nie będą mogli zdalnie przesłać meldunku. Drugi strażnik będzie musiał pójść do komisariatu i uspokoić policję.
Wychylił się na zewnątrz. Teraz niczym to nie groziło. Strażnik jeszcze tu nie dotarł. Ocenił że mieli kilkadziesiąt sekund. Zdążą przed nimi, czy poczekać aż zawrócą? A jeśli wcześniej wyłączą alarm? A jeśli piąty strażnik jest już gdzieś na korytarzu, jeśli się na niego natkną... Zabrakło mu odwagi by się zdecydować. Stawka była zbyt wysoka. Nie, to nie stawka. Nie ryzykowali bardziej niż zwykle. Dotąd nigdy się nie wahał. Wszystko przez Zema i jego skaner. Nawet Żimmy bał się ruszyć. Nie popędzał, jak zwykle. Patrzył na Arto i czekał.
Przez długą chwilę nic się nie działo. Nagle usłyszał w słuchawce cichy odgłos, jakby ktoś ze strachem wciągnął powietrze.
- Niech to radiacja prześwietli! – krzyczący głos w słuchawce bez wątpienia należał do dorosłego – Ktoś coś mówił na temat ostatniej naprawy komputera?
Głos mógł do niego dotrzeć tylko przez mikrofon jednego z obserwatorów. Okrzyk był niepokojąco wyraźny. Obserwatorzy ukryli się niebezpiecznie blisko wejścia.
- Jest! Jest piąty! – w słuchawce zabrzmiał głośny, wyraźny szept Kerella – Na próżnię, cały czas siedział w środku! Uważajcie, teraz idzie na patrol, w drugim kierunku... Niech to kosmos, jeszcze tam jesteście? Na co czekacie?
- Idziemy! – szepnął Arto. Kerell miał rację, czas działać. Jego słowa przywróciły mu pewność siebie. Spojrzał szybko na zegarek, zapamiętując czas. Szybkim ruchem odkleił mikrofon i ukrył w kieszeni razem z wyjętą z ucha słuchawką. Nie wiedział czy czujniki są wrażliwe na ich sygnały. Na wszelki wypadek, gdy szli do akcji, nie używali łączności. Od teraz zdani byli jedynie na własne oczy i uszy.
Cicho zeskoczył na podłogę. Inni ruszyli w jego ślady. Jeden z wojowników pozostał w szybie. Ich cel znajdował się za zakrętem. Nigdy nie wiedzieli czy nie natkną się tam na strażnika. Dotąd mieli szczęście, lecz tamci zawsze byli podejrzliwi i dokładni. Dorośli włamywacze dla odwrócenia uwagi często wysyłali dzieci.
Pobiegli w lewo, dając z siebie wszystko. Arto zaczekał na ostatniego z chłopców i ruszył tuż za nimi. Dotarł do zakrętu. Strażnika jeszcze tam nie było.
Odległość od zakrętu do drzwi była dwa razy większa niż do szybu. Dobiec było łatwo, lecz otworzenie przejścia zabierało cenny czas. Gdy dotarł na miejsce, Żimmy z pomocnikami już nad nimi pracował. Obserwujący go towarzysze nerwowo przestępowali z nogi na nogę, jakby podłoga zamieniła się w płonącą plazmę.
Żimmy pośpiesznie namacał sztywny kawał ramy, udający zdeformowaną masę spojenia skrzydeł. Dotąd nią poruszał aż między skrzydłami powstała szczelina. Pomocnicy wetknęli w nią kawałki płaskowników. Drzwi nie miały zasilania, musieli rozewrzeć je siłą. Teraz pomagali wszyscy. Jeden po drugim przedostali się do wnętrza hali. Arto przeszedł jako pierwszy. Przejście z jasnego korytarza w półmrok magazynu nie pozwoliło mu na wyraźne widzenie, lecz teren wydawał się bezpieczny. Dał znak by się pospieszyli.
Chwilę później drzwi były już zasunięte. Przywarli do ściany, nasłuchując. Arto ponownie spojrzał na jarzące się w mroku cyferki zegarka. Od opuszczenia szybu do zamknięcia drzwi minęła ponad minuta. Od wszczęcia alarmu ponad dwie. Zbyt długo zwlekał z podjęciem decyzji, lecz inni też nie sprawili się dobrze. To nie był ich najlepszy czas.
Znieruchomieli. Kilku chłopców przytknęło ucho do ściany, lecz nie mieli szansy by cokolwiek usłyszeć. Arto wsunął do ucha niewielką słuchawkę, połączoną przewodem z niewielkim talerzykiem. Przytknął go do ściany. Brzęczenie alarmu stało się jeszcze wyraźniejsze. Chwilę potem usłyszał odgłos kroków.
Alarm zamilkł. Nagła cisza sprawiła że niemal drgnął. Zbliżające się kroki stały się głośniejsze. Powoli podeszły do drzwi i równie powoli je minęły. Dopiero teraz odetchnął i schował swój prosty wzmacniacz drgań. Znowu się udało. Póki stąd nie wyjdą, będą bezpieczni – tak długo jak długo nie dadzą się zauważyć.
Dookoła wciąż panowała cisza, jedynie gdzieś z góry dobiegał ich cichy pomruk pracującej turbiny. Wzrok powoli przyzwyczajał się do półmroku wielkiej hali, rozpraszanego jedynie przez umocowane na krawędziach sufitu na wpół przygaszone lampy. Tylko jedna z nich paliła się pełnym blaskiem, ta wisząca tuż nad wrotami, po przeciwnej stronie hali, lecz stąd docierał do nich jedynie jej odległy blask. Między nimi ciągnęła się długa góra poukładanych skrzyń, niczym gigantyczna, wydłużona piramida. Pokoik z komputerem znajdował się po przeciwnej stronie hali, tuż obok wrót wejściowych. To tam siedział piąty, zaginiony strażnik. To na niego musieli uważać.
Skinął głową na dwóch wojowników z własnymi wzmacniaczami. Mieli zostać na straży.
- Dzisiaj uwiniemy się szybciej – ostrzegł – Bądźcie gotowi.
Potwierdzili skinieniem głowy. Uważniej rozejrzał się po wnętrzu. Niewiele się zmieniło. Ostatnio było mniej skrzynek. Wiedział że tydzień temu dotarł nowy transport. Dziś mieli szansę znaleźć rzeczy które nie zalegały długo po magazynach.
Przeciętny poziom stacji miał użyteczną wysokość trzech metrów. Co kilka poziomów dochodziły do tego warstwy zbrojeniowe, konstrukcje nośne oraz przewody. Dwupiętrowy dom Arto miał wysokość dwóch poziomów. Magazyn wybijał się w górę na dziesięć takich mieszkań – w sam raz by pomieścić cały kontener. Nie wiedział ile takich magazynów istniało wzdłuż każdej z ramp. Tylko dolne piętro oraz przesłona rampy łączyły tę przestrzeń ze stacją, reszta ścian była jednolitą masą zbrojonego plastiku.
Środek pomieszczenia był zawsze pusty. Tutaj, na suficie i na podłodze, wyrysowano parę ogromnych okręgów o dwustumetrowej średnicy – zamknięte przesłony jednej z głównych ramp magnetycznych. Nie były to rampy przemysłowe, które przerzucały kontenery między Ziemią a statkami lub miotaczami masy i ciągnęły się rękawem aż do terminalu na powierzchni Ziemi, gdzieś na jej równiku. Ta rampa wbijała się wprawdzie w głąb stacji, przebijając ją prawie do rdzenia, lecz nie docierała do rękawa. Była częścią wewnętrznego transportu towarów w obrębie stacji; to co tu trafiało szło wyłącznie na jej potrzeby. Wielkie kontenery przesuwały się wzdłuż niej, zatrzymując się w kolejnych magazynach, zaś wydobyte z mnich ciężkie, plastykowe skrzynie rozprowadzano siecią mniejszych ramp, których kwadratowe wyloty, rozmiarów skrzyń – półtora na półtora metra – znajdowały się w rogach pomieszczenia.
Wyjąwszy środek, całą powierzchnię magazynu zajmowały piętrzące się ogromnymi, wielometrowymi stosami przeróżne paki. Przesłaniały cały widok na pomieszczenie. Tu można było znaleźć niemal wszystko – powiązane w pęki rury, jakieś płyty, zwoje przewodów, szeregi innych, dziwacznych pak, lecz przeważały zwykłe skrzynie – niektóre ułożone regularnie, jedna na drugiej, inne spoczywały na długich i szerokich na kilkanaście metrów piętrowych półkach, ciągnących się niczym promienie, od przesłon aż po same ściany. Wszystko było poukładane w linie, pozostawiając swobodny dostęp podnośnikom.
Jeden z chłopców – chyba Dert – zaczął się wspinać na szczyt najbliższego stosu. Skrzynie zdawały się solidnie ułożone jedna na drugiej, lecz Arto słyszał o przypadkach przygniecenia. Były naprawdę ciężkie i zwykle kończyło się to tragicznie. Na szczęście, zdarzało się to bardzo rzadko.
Chłopiec cicho i zwinnie dotarł na sam szczyt. Bądź ostrożny, upomniał go w myśli. Nie wystawiaj całego ciała na widok strażników, nawet kiedy myślisz że nie mogą cię zobaczyć. Oni mają wizjery termiczne, takie małe, niewygodne szkiełka przy oku. Zwykle ich nie zakładają, lecz robią tak podczas alarmu. Uważaj by nie dostrzegli ciepła twojego ciała.
Z góry dobiegło ciche piśnięcie, do złudzenia przypominające pisk szczura. Mogli zacząć działać. Reszta wojowników otoczyła Arto wianuszkiem ciekawskich oczu, czekając aż uruchomi skaner. Tak jak on, byli ciekawi czy zadziała. Najpierw własne interesy, pomyślał wybierając pierwszą listę. Zaczął od skrzyń z najniższym kodem dostępu. Na wyświetlaczu zaczęła pulsować plamka. Pochylił się i nieśpiesznym truchtem ruszył w głąb pomieszczenia, kryjąc się między półkami. Pozostali chłopcy rozproszyli się w pobliżu.
Nie tak dawno wyprawy wyglądały zupełnie inaczej. Rozbiegali się po pomieszczeniu by za pomocą prymitywnych, skleconych przez jajcogłowych dekoderów odczytywać elektroniczne etykiety skrzyń. Musieli szukać na ślepo, a potem czekało ich żmudne rozkodowywanie magnetycznych zatrzasków, za pomocą równie prymitywnych skanerów. Dekodery nie były dość czułe, często źle odczytywały pościerane czy rozmagnesowane etykiety. Teraz wystarczyło by przeszedł wzdłuż szeregu skrzyń i wycelował w jedną z nich, by wiedzieć co zawiera. Miał dekoder i skaner w jednym urządzeniu.
Szybko zapomniał o niedawnych obawach. Odszukanie skrzyni z lekami zajęło mu ledwie kilka minut. Sprawdzając sąsiednie etykiety poznał że trafił na sekcję z wyposażeniem medycznym. W magazynie nic nie miało swojego stałego miejsca. Raz leki mogły być tu, innym razem na przeciwnym końcu sali, a nawet mogło ich nie być wcale. Jak dorośli się łapali co gdzie mieli, co było w którym magazynie, tego nawet skaner nie był mu w stanie podpowiedzieć. Ale dorośli nie byli tak głupi jakimi się wydawali. No, może byli, poprawił się, za to konstruowali wiele sprytnych urządzeń, które to nadrabiały.
Pulsująca na wyświetlaczu kropka zamieniła się w strzałkę. Arto obrócił skaner; strzałka także się obróciła. Cichym krokiem ruszył wzdłuż półki. Zatrzymał się w miejscu gdzie strzałka gwałtownie przekręciła się w bok. Przytknął urządzenie do etykiety. To było to czego szukał. Niepewnie przytknął czubek skanera do zatrzasku, bezpośrednio do jego pola transmisyjnego. Skaner sprawdził się w wyszukiwaniu skrzyń. Czy zdoła je otworzyć? Dotknął palcem odpowiedniej funkcji. Wszystkie cztery zatrzaski odskoczyły niemal jednocześnie. Hałas nie był głośny, lecz dla niego zabrzmiał niczym wybuch. Rozejrzał się, ale oczywiście nic się nie stało.
Dwójka kolegów uniosła wieko. Jeden wycelował do środka latarkę i na chwilę włączył światło. W krótkim błysku zauważyli znajome kształty pudełeczek z maścią.
- Prosto w cel! – usłyszał jego szept – Ten skaner naprawdę działa!
- Oczywiście że działa! – odparł – Bierzcie się do roboty. Tylko nie za dużo na raz.
- Będziemy mieli cały kosmos impulsów! – szepnął któryś z wojowników.
- Starszaki dadzą nam spokój – zgodził się drugi.
- Lepiej! Będziemy z nimi handlować!
Arto uciszył ich stanowczym gestem dłoni i wskazał na skrzynię. Jeden z towarzyszy wyciągnął z niej kilka pudełeczek i włożył do plecaka kolegi. Położyli wieko na swoje miejsce. Arto zamknął skrzynię skanerem.
- Mamy cztery – oznajmił jeden z chłopców.
Arto odjął odpowiednią liczbę od ilości potrzebnych pudełek. Nie brali zbyt wiele z jednej skrzyni. To zwracało uwagę dorosłych. Dorosłym łatwiej było uwierzyć iż brakujących kilka sztuk zagubiło się przy napełnianiu skrzyni, lub że automat sortujący się pomylił. Mieli miliony skrzyń do sprawdzenia – nie dziwne że kontrola przed załadunkiem nigdy nie była dokładna. Sprawdzano tylko liczbę samych skrzyń. Dorośli byli tacy naiwni... Nigdy nie szukali oczywistych rozwiązań. Zawsze wybierali te najtrudniejsze.
- Jeszcze ze dwadzieścia skrzynek – szepnął. – Potem reszta.
Zamknąwszy skrzynię pomyślał że skaner może nie być aż tak pomocny jak sądził. Obawiał się że będzie uparcie wskazywał tę samą skrzynkę i na początku tak właśnie było, lecz gdy wrócił do listy i ponownie wybrał maść, zauważył iż zapaliła się nieaktywna wcześniej opcja odrzucania. Jej wybranie przywróciło pulsującą plamkę. Mógł szukać dalej.
Znajomość obsługi klucza molekularnego pomogła mu szybko opanować nowy skaner. Wraz z wprawą przyszła pewność siebie. Stare skanery zdały mu się teraz zabawkami dla dwulatków. Ledwie potrafiły otworzyć zamek o niskim poziomie dostępu i to tylko po przytknięciu do skrzyni. Nowy skaner mógł otworzyć skrzynię już z odległości pół metra. Miejsce obaw zajęło podekscytowanie. Czas porzucić niebezpieczne wyprawy na wysypisko. Tu znajdą wszystko to co tam, a nawet więcej! Koniec z handlem odzyskanymi śmieciami, od dziś będą sprzedawać nowe części, na zamówienie.
Poszukiwania szły szybko. Zatrzaski otwierały się tak łatwo jak domowa szafka pod dotknięciem jego ręki. Kolejno kasował z listy odszukane towary. Plecaki szybko się zapełniały.
Skończywszy zbierać rzeczy dla siebie, zaczął rozglądać się za częściami dla Zema. Skrzyń które mogły je zawierać było znacznie mniej, każda miała etykietkę ostrzegającą o rodzaju zawartości. Nigdy wcześniej ich nie ruszali. Były zabezpieczone alarmem i próżnia wie czym jeszcze. Kosmos jeden wiedział co by się stało gdyby spróbował się do nich dobrać, lecz interes to interes. Musieli go wypełnić.
Szybko znalazł pierwszą ze skrzyń. Miały inną barwę, zaś na ich ściankach były wyrysowane znaki różnych poważnych korporacji, zajmujących się zaawansowaną technologią. Na każdej widniały ostrzeżenia przed nieuprawnioną próbą otwarcia. Arto wierzył że skaner poradzi sobie ze wszystkim. Skoro potrafi rozkodować zamek, myślał, to musi to wyglądać na uprawniony dostęp. Po co Zem by go dawał gdyby było inaczej,?
Zawahał się, lecz tylko na chwilę. Zatrzaski odskoczyły tak samo jak przy zwyczajnej skrzyni. Nic się nie stało. Poświecił latarką do wnętrza. Nikomu innemu nie pozwolił się nawet zbliżyć, z wyjątkiem Żimmiego. Razem pochylili się nad jej zawartością.
Miniaturowe podzespoły. Takie same z których składały się automaty poszukujące. Skrzynię wypełniały ściśle upakowane, przezroczyste, zafoliowane pudełka długości dwudziestu centymetrów i o połowę węższe. W nich tkwiły mniejsze, wielkości jego najmniejszego paznokcia. Całość, zabezpieczona pianką, szczelnie wypełniała skrzynię, utrzymując zawartość na swoim miejscu. W każdym pudełeczku tkwiło kilka ledwo dostrzegalnych ziarenek, zanurzonych w gęstej mazi ochronnej. Do czego Zem mógłby ich potrzebować? Arto uparcie przychodziła na myśl tylko jedna możliwość. Starszaki znowu bawią się pluskwami. A myślał że Zem był mądrzejszy. Cóż, jeśli się chce wymrozić ze stacji to proszę bardzo. Nie będzie za nim płakał. Wie na co się porywa. Gorzej że jak go złapią, zaczną pytać skąd wziął takie części...
Ostrożnie sięgnął po jedno z opakowań. Zawierało ze sto elementów, znacznie więcej niż potrzebował. Zawahał się. Jego palce znieruchomiały, by po chwili delikatnie dotknąć gładkiej, foliowej powierzchni. Czy tak cenne towary nie mają dodatkowych zabezpieczeń?
- Zaczekaj! – Żimmy złapał go za rękę – Patrz!
W milczeniu przysunął palec do krawędzi pudełka. Nie dotknął go, tylko wskazał. Arto przeklął się że sam wcześniej nie zauważył ukrytego pod folią niewielkiego, podłużnego obiektu, długiego na pół centymetra, grubości kilkudziesięciu skręconych ze sobą włosów. Pluskwa. Nie widział żadnej na własne oczy lecz był pewien że to ona, bo wyglądała jak projekcja ze stron encyklopedii. Nie wiedział o nich wiele; wszystko co tam pisali sprowadzało się do ostrzeżeń czego nie należy z nią robić. Jej konstrukcja była tajemnicą – dopóki ktoś ciekawski nie próbował się do niej dobrać. Lecz wtedy...
Próżnia z umowy. Jak mógłby ją oszukać, skoro nie potrafił oszukać własnej? Mógł wykorzystywać jej słabości by się ukryć, by wejść tam gdzie nie powinien, ale nie potrafił wykraść czegoś co było nią zabezpieczone. Dlaczego Zem go nie ostrzegł? Musiał coś wiedzieć! Coś, cokolwiek...
- Nie damy rady – szepnął Żimmy – Jeśli wyniesiemy to z magazynu...
Rezygnacja Żimmiego podziałała jak wyzwanie. Musiał być jakiś sposób. Przecież to nie jest pluskwa dla ludzi. Nie wykrywa pulsu, nie uaktywnia się gdy jest poza ciałem. Nie zareagowała gdy otworzył skrzynię, ani gdy dotknął pudełka. Dlaczego? Jeśli miała zabezpieczać towar... Chyba że została zablokowana gdy elektronika skrzyni odebrała kod autoryzacji. Jeśli tak, to była jego wielka szansa, o jakiej nigdy nie odważył się śnić. Musiał się tylko upewnić że pluskwa pozostanie cicho, nieważne co się stanie. Wiedział jak to zrobić – musiał ją odciąć od systemu.
- Przynieś mi taśmę ekranującą – odszepnął równie cicho – nie konstrukcyjną, taką zwykłą, ciężką. Poszukaj, gdzieś musi tu być.
- Co chcesz zrobić? – Żimmy się przestraszył. Tylko odrobinę, lecz Arto to zauważył – Złapią nas przez ciebie!
- Wiem co robię – spróbował dodać swojemu głosowi pewności siebie – Mogę ją oszukać.
Gra nie toczyła się już tylko o zadowolenie Zema. Żimmy nie odpowiedział. Zniknął na kilka minut, a gry wrócił trzymał w ręku małą rolkę taśmy. Bez słowa podał ją Arto. Widział jak bacznie go obserwuje, jak się spina, gotowy do ucieczki. Jego ciało reagowało podobnie.
Wyjął niewielki, ostry nożyk. Opuszkami dłoni delikatnie poruszył pudełko i uniósł jego brzeg w górę. Ostrożnie przebił folię. Pluskwa okazała się być luźno wsunięta między nią a opakowanie. Delikatnymi ruchami wytrząsnął ją na kawałek taśmy. Wciąż nic się nie działo. Obserwujący ich wojownicy wstrzymali oddech. Twarz Żimmiego stężała na plastal, lecz umysł kapitana był spokojny. Odsunął pudełko na bok i bardzo powoli zaczął owijać taśmę dookoła pluskwy. Grubo złożona folia działała niczym ekran reaktora, lecz nie wiedział ile potrzeba warstw by całkowicie stłumić sygnał, nakładał więc kolejną i kolejną aż wokół pluskwy powstało wrzeciono grubości jego małego palca. Wtedy przestał. Odetchnął. Odciął taśmę od rolki, wziął wrzeciono w dwa palce i wydobył ze skrzyni.
Nic się nie stało.
Trzymając pluskwę w palcach, wolną ręką wydobył pudełko z częściami i podał je jednemu ze skamieniałych chłopców. Ten ocknął się i pośpiesznie, zbyt pośpiesznie, schował je do plecaka. Nerwowość wisiała w powietrzu, lecz on był pewien że pluskwa nie stanowi już zagrożenia. Wsunął ją do swojej kieszeni i dobrze zapiął, nie próbując kryć tego co robi.
- Czyś ty zwariował? – drżący szept Żimmiego stał się głośniejszy.
- Teraz jest nieszkodliwa – odpowiedział – Wykorzystam ją by lepiej ją poznać.
- Przez ciebie wszyscy wylądujemy w akademii! Wiesz co się stało z tymi którzy...
- To nie jest pluskwa dla dzieci, Żim! – upomniał go – Nawet jeśli działa podobnie, dorośli nie będą wiedzieć niczego, poza tym że jej nie ma. Póki jest w folii, póty jej nie odnajdą, nie rozumiesz? A ja jej nie odwinę dopóki nie będę miał pewności że nic się nie stanie. Wiem co robię.
Żimmy rozumiał, lecz strach przysłaniał mu trzeźwe myślenie. Tacy jak on nigdy by niczego nie odkryli. Za bardzo bali się ryzykować, nawet gdy ryzyko było niewielkie.
Ile miał czasu? Nie wiedział czy i jak często taka pluskwa kontaktuje się z centralą i kiedy, jeśli kiedykolwiek, ta zauważy że nie odpowiada na wezwanie. Musiał się spieszyć.
- Nie siedźcie tak i nie gapcie się na mnie jak na starszaka – ofuknął ich, wyrywając z odrętwienia – Pomóżcie mi to zamknąć! Musimy znaleźć resztę towaru.
Zem nie kłamał. Dekoder skanera bez trudu rozpracowywał kolejne zamki. Szybko zdobywali kolejne części. Za każdym razem Arto wycinał z opakowań kolejne pluskwy, lecz zostawiał je w skrzyniach, jakby wpadły tam przypadkiem podczas pakowania. Nic innego nie mógł wymyślić – nie wtedy gdy sam bał się tak bardzo że ledwie powstrzymywał ręce od drżenia, za każdym razem gdy rozcinał kolejne opakowanie.
Pracowali sprawnie i cicho, choć chłopcy, którzy widzieli jak chował pluskwę, stali się bardzo nerwowi. Ich kapitan przekroczył granicę bezpieczeństwa, a oni nie rozumieli dlaczego. Lecz nawet nerwowi, wciąż zachowywali czujność.
Byli w pobliżu wrót, gdy pojawiło się niebezpieczeństwo. Znaleźli kolejną skrzynię. Otworzył ją i wtedy usłyszał ciche, ostrzegawcze piśnięcie. Zamarł, skryty za skrzynią. Gdy wychylił głowę, dostrzegł strażnika. Dorosły leniwie wszedł do hali i skierował się w stronę rzędów półek i skrzyń. Rutynowy, nudny spacer. Nie mógł się przydarzyć w gorszym momencie. Pech chciał że strażnik zbliżył się do tego samego stosu na którym leżał jeden z chłopców – ten który ich ostrzegł o zagrożeniu i który teraz sam znajdował się w kłopotach. Kulił się za skrzynią, w pełnym blasku świecącej nad wrotami lampy. Wystarczyło by strażnik przeszedł kilka kroków w głąb hali i przypadkowo spojrzał w górę. Nawet ślepy by go zauważył. I była jeszcze otwarta skrzynia, tuż obok, po drugiej stronie...
Zastygli, w oczekiwaniu na katastrofę. Strażnik wciąż się zbliżał, powoli, krok za krokiem. Lekkie, rytmiczne stukanie butów zdawało się odmierzać czas do wykrycia ich obecności. Arto spojrzał na pozostałych chłopców, skulonych niedaleko w swoich kryjówkach. Gdy to zauważyli, kiwnął głową w stronę zagrożonego obserwatora i wykonał kilka szybkich, krótkich ruchów dłonią. Po cichu zaczęli schodzić w dół.
Nagłe głośne szurnięcie i głuche uderzenie zaskoczyło wszystkich. Strażnik odwrócił głowę niemal dokładnie w stronę Arto. Ledwo zdołał schować się za skrzynią, mając nadzieję że go nie zauważył. Wiedział że strażnik lada moment ruszy w ich stronę, lecz nie miał jak zamknąć skrzyni. Zostawił ją. Szybko i zwinnie niczym kot, zsunął się dwie skrzynie niżej. Pozostali wojownicy byli już na podłodze. Czoło jednego z nich, ledwo utrzymującego się na nogach, znaczył ślad po uderzeniu. Poczuł złość. Przez tę niezdarę wszyscy mogli zostać wykryci.
- Kici, kici! – strażnik zatrzymał się na chwilę – Jesteś tu?
Znowu kroki. Zbliżały się prosto do jego kryjówki. Wkrótce strażnik zobaczy otwartą skrzynię, a wtedy... To się nie może dziać, pomyślał rozpaczliwie, kuląc się za skrzynią, szukając drogi ucieczki. Potrzebujemy tylko trochę rzeczy, dla siebie. Dlaczego nie chcą nam na to pozwolić?
Nagły dźwięk alarmu sprawił że zadrżał w panice. Więc wpadli. Odważył się wyjrzeć zza skrzyni. Obrócony plecami strażnik stał ledwie kilkanaście metrów dalej, przy samym końcu stosu. Patrzył w stronę strażnicy. Pięć kroków więcej i...
- Orfius, na próżnię! Jesteś tutaj? – głośny, znajomy głos dobiegał z placu przed wrotami – Tu się chowasz? Odpowiadaj!
Spływająca ulga zrozumienia przyprawiła Arto o drżenie. Świetna robota, Kerell, ale teraz bądź ostrożny. Nie zapominaj co mówiłem o dorosłych.
Strażnik przy wrotach cofnął się. Arto przyskoczył do skrzyni i przysunął wieko na miejsce. Dał znak obserwatorowi na szczycie by uważał. Wciąż tkwił w snopie światła z lampy. Tamten zrozumiał i ukrył się w cieniu skrzyni. Upewniwszy się że nie widać nikogo więcej, zaczął obserwować plac przed magazynem. Nie było dość czasu by piąty strażnik zdołał wrócić z komisariatu. Mogło ich być najwyżej czterech.
Kerell był zbyt pewny siebie. Wlazł naprawdę daleko, prawie pod same wrota, zręcznie wymijając strażnika ze strażnicy. Gdy przyspieszył, strażnik dogonił go i energicznie odwrócił przodem.
- Co ty sobie wyobrażasz, dzieciaku? – usłyszał – Tu nie można wchodzić!
Kerell zdawał się być nie speszony. Kłamać potrafili wszyscy, bo musieli, ale on był w tym mistrzem. Nikt nie potrafił tak dobrać wyrazu twarzy czy tonu głosu, lecz umiejętności to jedno, a wyobraźnia drugie. Arto był ciekaw co wymyśli.
- Nie widział pan moich kolegów? Takich dwóch.
Udawanie kopalniaka było najlepszą rzeczą jaką Kerell mógł zrobić. Arto uważnie obserwował całe zajście. Ze swojego miejsca miał dobry widok na wszystko co się działo za na wpół uchylonymi wrotami, a i Kerell był niedaleko.
Do rozmawiającej dwójki dołączył strażnik z magazynu. Wciąż brakowało dwóch. Bał się że któryś zajdzie ich nagle od tyłu.
- To teren zakazany dla dzieci. Po co się tu kręcisz, co?
- No właśnie mówię... Czasem się tu bawimy. To coś złego?
- Hej, hej, mały, powoli... zaczekaj! – Kerell nagle odwrócił się od strażnika i odbiegł na bok – Co ty sobie wyobrażasz, gdzie... Stój, mówię!
Kerell próbował zwrócić na siebie jak największą uwagę, ale to co teraz wyprawiał ocierało się już o granice rozsądku. Strażnicy mieli karabiny ogłuszające. Nie używali ich na dzieciach, lecz jego zachowanie... Kerell polazł dalej, bezczelnie kręcąc się dookoła. Ciągle zbliżał się do wrót, pomimo dwóch zdenerwowanych tym strażników, którym zręcznie się wymykał. Zajrzał nawet za stojące tuż obok półautomatyczne podnośniki. Dopiero tam zdołali go złapać. Odwrócili go przodem do siebie, przodem do wrót. Mógł zajrzeć do środka. Czy ich zauważył? W przeciwieństwie do dorosłych wiedział czego szukać.
Oby tylko Żor ostrzegł Liena że to jeszcze nie koniec akcji, pomyślał Arto. Musi się dowiedzieć że jeszcze nie wyszliśmy, że musi zablokować komputer po raz trzeci. Inaczej kody naszych pluskiew powędrują do urzędu i...
- Co ty do wszystkich komet wyprawiasz? – jeden ze zdenerwowanych strażników mocno potrząsnął chłopcem – Myślisz że gdzie jesteś, na promenadzie? Tu nawet dorosłym nie można wchodzić!
- No ale... tylko ich szukam. To nic złego. Nie wiem, czy tu byli, może nie. Och... Jasne że nie! – uderzył się dłonią w czoło – Ale jestem głupi! Przecież ten alarm...
Arto cofnął się, słysząc dobiegające z przybudówki głośne przekleństwo. Za moment wyleciał z niej trzeci strażnik, klnąc przeraźliwie. W tym krótkim czasie Arto wiele się nauczył.
- Nie wierzę! To gówno znowu leży! – krzyknął, idąc do wrót. Jego twarz była prawie czerwona – Co tym razem? Gryzonie dobrały się do przekaźników? Nigdy nie zrobię tej... – dostrzegł Kerella i trzymających go strażników. Ze złością uniósł dłoń – Niech to zaraza, zabierzcie stąd tego malucha bo nie odpowiadam za siebie! Ile razy któryś się tu kręci, zaraz wysiada cały system. Albo to jakieś zwarcie, albo ten komputer jest, od początku do końca, po prostu do dupy. Do dupy! – powtórzył ostro.
Arto zrozumiał że magazynier nie słyszał alarmu. Zapamiętał tę informację. Wnętrze pomieszczenia było izolowane od hałasu.
Magazynier zniknął gdzieś na zewnątrz. Mógł być wściekły, ale nie był niebezpieczny. Nie wtedy gdy był na zewnątrz, a oni w środku. Jeden ze strażników wskazał go Kerellowi.
- Widzisz go? – spytał – Wiesz co może z tobą zrobić? Słuchaj, twoi koledzy już tu byli. Odesłaliśmy ich do domu. Teraz ja zrobię to samo z tobą i klnę się na Matkę Ziemię, jak spróbujesz uciec to nie zawaham się tego użyć – dotknął karabinu – Jak się nazywasz?
- Ja? Kerell Zemkin, proszę pana. Przepraszam, naprawdę, ale...
- Kerell Zemkin... – drugi strażnik już coś sprawdzał na podręcznej konsoli. Była niezależna od komputera, ale korzystała z jego łącza do sieci. Strażnik mógł polegać jedynie na tym co miał w jej pamięci – A to niespodzianka! Trzy miesiące temu też szukałeś kolegów, tak?
- No... Oni zawsze się przede mną chowają. Myślą, że jak uciekną tutaj to ich nie znajdę...
- Jasne. A ja mam na drugie dureń. Hauka, weź Jalo i sprawdź czy coś się nie dzieje. Zostawcie przekaźnik, to jest teraz ważniejsze.
- Dobra, ale pilnuj chłopaka – Głos dochodził z zasłoniętego ścianą parku maszyn. Arto wreszcie poznał lokalizację wszystkich strażników – Jakby co...
- Poczekamy.
Strażnik zabrał Kerella do strażnicy. Inny podszedł do wrót i wszedł do środka. Rozejrzał się, nasłuchując. Znieruchomieli w swoich kryjówkach, cisi niczym kot czający się przy szczurzym gnieździe, bojąc się choćby głośniej odetchnąć. Strażnik wyszedł.
Odetchnął. Sprawdził na skanerze czego im brakowało. Nawet gdyby chciał, teraz nie mógł wyprowadzić grupy z magazynu. Alarm musiał zamilknąć, a chłopcy trochę się uspokoić. Mimo tego nagle zaczęło mu się bardzo spieszyć. Dał znak innym by się wycofali do tylnej części magazynu. Sam wrócił do skrzyni. Chwilę potem był na dole, przy dwójce towarzyszy.
- Na razie czekamy – uprzedził ich pytanie – Jeszcze trzy skrzynie. Potem idziemy.
Skończyli pięć minut później. Przez nieprzewidziany wypadek wszyscy stali się ostrożniejsi, zwłaszcza wojownik ze śladem uderzenia na czole. Zebrali się przy drzwiach, gotowi do opuszczenia magazynu. Nerwowość powróciła. Nikt nie wiedział czy zaniepokojeni dwoma alarmami strażnicy nie zaczęli patrolować korytarza. Mogliby, w ostateczności, uciec przez główne wejście, lecz spaliliby tym magazyn, być może na zawsze.
Chwilę nasłuchiwał przy drzwiach, ze wzmacniaczem przytkniętym do ściany. Usłyszał jedynie szum pracujących turbin. Miał nadzieję że Lien zrobi swoje. Trzy blokady w ciągu tego samego rozjaśnienia to dużo, lecz dorośli nie potrafili być podejrzliwi.
Kiwnął głową. Wszyscy przypadli do ściany. Żimmy z Dertem zajęli się drzwiami, unikając przedwczesnego wejścia w strefę działania czujników. Mieli zabezpieczyć wejście na przyszłość, gdy reszta zacznie uciekać.
- Idziemy! – rzucił szybko, gdy drzwi stanęły otworem. Odepchnął się od ściany. Niemal natychmiast rozległ się sygnał alarmowy.
Mieli szczęście. Korytarz był pusty. Dotarcie do szybu zajęło im mniej czasu niż przebycie tej samej drogi w odwrotnym kierunku. Pozostawiony w szybie wojownik już na nich czekał. Uchylił kratkę i wyrzucił na zewnątrz drabinkę z włókna. Wchodzili kolejno, szybko, bez hałasu, bez przepychania się, ci z towarem jako pierwsi. Arto czekał. Założył słuchawkę i mikrofon. Panowała cisza. Wszystko szło zgodnie z planem.
Żimmy i Dert dołączyli dopiero po minucie. Wspięli się do szybu, zwinęli drabinkę i umocowali kratkę.
- Nic się nie stało? – dopiero teraz odezwał się do mikrofonu.
- Wszystko w porządku – usłyszał głos Żora – Wycofujemy się?
- Tak.
*
Kilkanaście minut później wszyscy, oprócz Orfiusa, Grejgiego i Kerella, byli w bezpiecznym miejscu. Arto był zadowolony. Wszystko skończyło się dobrze. Strażnicy wciąż przetrzymywali Kerella, lecz był pewien że łatwo się wykręci. Tylko psy mogłyby ich wytropić. Przed tym jednym jeszcze nie nauczyli się bronić, lecz kto by sprowadzał psy z powodu trzech dzieciaków i awarii komputera?
Odpoczywali, wyczerpali ciągłym chodzeniem na palcach, nasłuchiwaniem byle szelestu i wypatrywaniem ruchu między cieniami. Dzięki skanerowi zaoszczędzili parę godzin. Arto pamiętał kto odkrył jego możliwości.
Lien okazał się równie dobrym jajcogłowym jak Rejkert. Arto czuł się troszkę winny. Gdyby tak bardzo nie obłożył pracą swojego pierwszego jajcogłowego, być może nigdy by się na nim nie poznał. Nie doceniwszy Liena, zawiódł go jako kapitan. Sam odstawił go na bok, po tym jak trzy lata temu Rejkert wygrał z Lienem komputerowy pojedynek na umiejętności. Aż do dziś nie pomyślał że faworyzując Rejkerta mógł krzywdzić Liena. Tymczasem Lien okazał się tylko niewiele gorszy, a i kto wie, może winą był brak doświadczenia. Arto poznał po minie Rejkerta iż wybranie jego konkurenta na wyprawę odebrał jako niezrozumiałą, niezasłużoną karę. Może dlatego go faworyzował, bo byli podobni. Nieważne jakie zadanie by mu zlecił, Rejkert nigdy by nie zaprotestował, nawet gdyby już miał dwa razy tyle obowiązków co teraz. Zamęczyłby się próbując je wykonać, a gdyby zawiódł, wziąłby całą winę na siebie. Taki już był – nie potrafił niczego odłożyć.
Westchnął głęboko. Szacunek jakim go obdarzali czasem go dusił. Bycie pierwszym nie było lekkie i przyjemne. Dlaczego nie postępował tak z wojownikami, dlaczego nie stawiał znacznie wyżej tych którzy byli ledwie odrobinę lepsi? Może bardzo brzydził się jajcogłowymi by dostrzegać między nimi różnice? Jeśli ktokolwiek w szkole traktował ich po ludzku, to właśnie on. Za mało znał się na ich pracy by ją docenić. Umiejętności jajcogłowego nie oceniało się podczas bitwy. Miał nadzieję że teraz, gdy już to zrozumiał, gdy wciągnie Liena do nowych obowiązków i zacznie je równo rozdzielać między nimi, przestaną traktować się jak rywale i zaczną współpracować.
- Co to była za historia, tam w środku? – głos Żora wyrwał go z zamyślenia – Po jaką próżnię Kerell wlazł do magazynu? Zwariował czy co?
- To nic takiego – Arto był zły na swoją nieostrożność, lecz jeszcze bardziej na niezdarę, który omal nie doprowadził do katastrofy. Spojrzał na niego spode łba – Gdyby ktoś uważał jak chodzi to nikt by niczego nie zauważył.
Winny spuścił głowę. Następnym razem będzie ostrożniejszy. Oczywiście, jeśli zezwoli mu na udział w następnej wyprawie. Nikomu nie pobłażał, nawet sobie.
- Przez to wszystko niepotrzebnie zablokowałem komputer – zmartwił się Lien – Ale nie wiedziałem co się dzieje w środku. Może...
- Zrobiłeś co oczekiwaliśmy. Niespodzianka w takiej chwili to najgorsza rzecz.
Lien rozważył jego słowa.
- Jesteś pewien? Chyba mógłbym zrobić coś co ułatwiłoby wam wyjście z sytuacji.
- Lien, tego obawiam się najbardziej. Potrafisz myśleć, ale w takich sytuacjach skup się na tym byś nie zrobił czegoś na co nie jesteśmy przygotowani. Nie mogłeś wiedzieć czy będziemy uciekać, czy tylko potrzebowaliśmy pomocy Kerella. Tym razem zostaliśmy, ale innym razem moglibyśmy to wykorzystać i uciec.
- Ale trzy blokady pod rząd?! To może zwrócić uwagę!
- Niczego nie skojarzą – jego głos brzmiał pewniej niż jego własne myśli – Prędzej obwinią za to szczury, albo ostatnią przeróbkę komputera. Dorośli są na to za głupi.
Połowa chłopców roześmiała się, inni wesoło pokiwali głowami.
- Tak, znowu wygraliśmy! – Dert przeciągnął się radośnie – Znowu pokonaliśmy dorosłych! Na próżnię, jesteśmy dobrzy!
- Najlepsi!
Żimmy milczał. Po wyrazie twarzy kapitana zrozumiał że nie wszystko poszło tak dobrze.
- Akurat! – Arto powiedział to niezbyt głośno, lecz stanowczo.
Umilkli. Spojrzeli na niego, nie rozumiejąc. Dert był zaskoczony. Nie rozumiał co było nie tak. Nie wiedział że nie chodzi o niego. Po prostu pewne rzeczy musiały być zrobione.
- Ale kapitanie... Wszystko poszło zgodnie z planem!
Spojrzał na tego kto to powiedział. Chłopiec który ukrył się naprzeciwko lampy.
- Zgodnie z planem, tak – potwierdził – Ale było gorzej niż poprzednio. Dlaczego ukryłeś się tak beznadziejnie głupio? Ta lampa mogła cię oślepić! Strażnik mógł cię dostrzec zanim ty byś go zauważył!
Chłopiec zarumienił się ze wstydu. Popełnił błąd i teraz dobrze to sobie zapamięta. Rozległy się pomruki chłopców, którzy widzieli zdarzenie. Wystarczyło by zauważono choć jednego z nich, aby wpadli wszyscy.
- Wy też się nie popisaliście – dodał – Ile wam zajęło dotarcie do drzwi? Od jutra codziennie godzina biegów przed treningiem, dla wszystkich!
- Kapitanie! Jesteśmy wojownikami...
- Nie na wyprawach! Musicie być tak szybcy by dorośli nas nie zauważyli. Wtedy się nie liczy kim jesteście, tylko jak szybko potraficie uciec.
Z rezygnacją pospuszczali głowy. Przecież tylko beksy musiały biegać! Lecz poza naganą, należała się im także pochwała. Byli jedną z najsprawniejszych grup w szkole, być może najsprawniejszą, a na pewno szybszą i zwinniejszą od powolnych starszaków.
Już miał to powiedzieć, gdy ktoś przypomniał im o innym zdarzeniu z wyprawy.
- Arto, co z pluskwą?
- Po co ci ona?
- Czy... jest bezpieczna?
Wszyscy zamilkli. Świdrujące go spojrzenia mówiły że to ostatnie pytanie chcieli zadać wszyscy. Jeśli nawet byli dumni z kapitana który łatwo i pewnie potrafi ujarzmić takiego wroga, to strach był w nich o wiele silniejszy. Żimmy przyglądał mu się szczególnie uważnie. On wiedział że większość kapitanów, którzy potrafili myśleć, prędzej czy później zaczynała zabawę z pluskwami. Zastanawiał się czy Arto nie staje się jednym z nich.
- To moja sprawa – odparł – Was to nie dotyczy.
Umilkli. Wiedzieli że nie zamierzał o tym rozmawiać. Wam nic nie grozi, pomyślał. Jeśli wpadnę, to tylko ja. Muszę spróbować, to wszystko. Najwyżej stracicie kapitana. Lecz wierzył że do tego nie dojdzie. Zawsze był ostrożny, a teraz miał jeszcze Zema.
* * *
Jak tylko się rozstali, udał się prosto do pomieszczenia pod reaktorem. Jeśli lokalizator znikał tu z systemu, tym bardziej powinna to zrobić zdobyczna pluskwa. Spojrzy w twarz swojemu największemu wrogowi, a raczej temu co najbardziej go przypominało. Druga pluskwa... od zawsze chciał taką dostać w swoje ręce, lecz nie wierzył że jest to możliwe.
System miał luki. Nie zawsze wiedział dlaczego, lecz to nie przeszkadzało w ich wykorzystaniu. Jego wiedza była zbyt ograniczona by uciec. Musiał się zmierzyć z systemem na zupełnie innym poziomie. Musiał go oszukać lub unieruchomić, lecz najpierw musiał go zbadać. Do tego jej potrzebował. Czy wiedział dość o swoim wrogu, by go wkrótce pokonać? Zapamiętywał każdą informację. Dziś poznał największą słabość. Wierzył że chwila podjęcia wyzwania jest bliska, nie wiedział tylko jak bardzo ta pluskwa różni się od jego własnej.
Drżącymi rękoma wyjął z kieszeni wrzeciono i powoli zaczął odwijać zwoje folii. Jego oddech stał się krótki i płytki. Czuł przyspieszone bicie serca. Wziął odsłoniętą pluskwę w dwa palce i położył na lewej dłoni, prawą przyświecając sobie latarką. Spojrzał na maleńki okruch plastiku, czując wzbierającą wrogość na ten martwy, nieruchomy przedmiot. Drugi taki, tkwiący w ramieniu, zamieniał jego życie w plazmę. Pokonam cię, obiecał. Obedrę z tajemnic, użyję przeciwko czujnikom, by je oszukać. Pomyśl, jeśli potrafisz, ile mogę się nauczyć teraz, gdy cię zdobyłem! Nie, ty nie potrafisz myśleć. Jesteś bezrozumnym kawałkiem plastiku, bezmózgim automatem złożonym z bezdusznych części, istniejącym tylko po to by mnie więzić.
Oto miał go na swojej dłoni – najgorszego, bezwzględnego wroga. Był gorszy niż dorośli – jego panowie i władcy, którym służył tak dobrze. Nienawidził tego kawałka obcego ciała w swoim wnętrzu, od rozjaśnienia gdy zrozumiał po co tam tkwi. Gdyby ktoś obiecał mu pozbycie się go w zamian za odcięcie ręki, i to bez możliwości regeneracji, nie wahałby się nawet chwili. Lecz to nie było takie proste. Cokolwiek zamierzał zrobić, ona musiała pozostać w jego ciele.
Każdy dzieciak, gdy dowiadywał się o istnieniu lokalizatora, wierzył że dzięki niemu jest stale podglądany przez dorosłych. Dokładniej, przez rodziców, policję i Kosę – tylko oni mieli odpowiednie uprawnienia. Gdziekolwiek poszedł, cokolwiek zrobił, oni mieli wiedzieć o wszystkim. Szkoła uczyła ich że to nieprawda; nie od razu, ale tego uczyła przede wszystkim. Na promenadzie robili rzeczy za które mogliby trafić do akademii, lecz dorośli nie reagowali. Dlaczego dorośli zawsze potrafili ich odnaleźć, lecz ślepli gdy dopadali ich starsi uczniowie, lub gdy z ich rozkazu sięgali do cudzych kieszeni? Z czasem maluchy pojmowały że dorośli nie reagują, bo niczego nie widzą.
Arto nie był wyjątkiem. Wierzył w to samo, lecz niewiele go to obchodziło. Dopiero w szkole jego umysł zdominowało niekończące się przerażenie że dorośli się dowiedzą, że zareagują i poczuje zemstę starszaków. Przerażenie było tym większe że nie mógł nic zrobić by temu zaradzić. Lecz gdy pierwszy raz dokonał kradzieży i nie został na tym przyłapany, kiedy pierwszy raz wszedł do jednej z zakazanych stref i nie pojawił się żaden dorosły, wtedy zrozumiał że wszystko to było kłamstwem, które sami sobie wymyślili. Wtedy poczuł ulgę. Był wolny, choć jeszcze nie wiedział co to znaczy.
Dzieci odkrywały tę prawdę jako trzeciaki, gdy jakiś starszak łaskawie to objaśnił po ukaraniu za marny podatek. On odkrył to sam, jeszcze jako dwojak. Jego koledzy grzecznie wracali po zajęciach do domu, z wiarą że dorośli zawsze wiedzą co robią. Nie pojmowali dlaczego ci sami dorośli karali starszaków po naskarżeniu, lecz nie reagowali gdy milczeli. Nie rozumieli dlaczego policjanci łapali na promenadzie tylko te dzieci, które były na tyle nieostrożne by dać się złapać. On wiedział. Zaczął sprawdzać swoje teorie w praktyce. Wkrótce wiedziała o tym cała grupa. Zyskał szacunek kolegów, choć wciąż widzieli w nim raczej sprytnego i bystrego jajcogłowego niż wojownika. Poczuli się wolni, lecz wtedy Arto odkrył czujniki. Swoim dziecięcym rozumem pojął że zyskał tylko trochę więcej swobody lecz, jak uczył go Dael, wciąż pozostał niewolnikiem. W tym czasie zaczynał pojmować jak i dlaczego pluskwa może zniknąć z systemu. Zaczął się też zastanawiać dlaczego.
Dlaczego lokalizatory nie śledziły ich stale, lecz odpowiadały tylko na pojedyncze wezwania z systemu? Przede wszystkim, zabraniało tego Stare Prawo. Podsłuchując dzieci, podsłuchiwano by także rodziców, a tego nie miał prawa robić nikt, ani Kosa, ani policja, ani Protektorzy. Z powodu jakiegoś dawnego zdarzenia tamci nie próbowali ponownie przekraczać tych granic. Obawiali się że tym razem ludzie wynieśliby rząd własnymi rękami. Tylko policja, automatyczny system kontroli lokalizatorów oraz sami rodzice mogli zażądać zlokalizowania dziecka. Dopóki zachowywał się tak by wszyscy myśleli że nic się nie dzieje, dopóki uważał na czujniki, dopóty mógł robić wiele zakazanych rzeczy.
Jego dociekania dały pewien niespodziewany skutek uboczny. Dorośli nie wiedzieli wszystkiego. Nie oni rządzili szkołą, nie oni pozwalali by była taka jaka była. Szkołą rządzili oni sami – uczniowie.
Istniało jeszcze inne wytłumaczenie ślepoty dorosłych – jednoczesne śledzenie wszystkich lokalizatorów było niemożliwe. Na stacji żyły miliony dzieci. Póki uważał co robi, był wśród nich niewidzialny. Jego lokalizator wciąż mógł być śledzony przez aparaturę namiarową systemu, lecz sieć była w stanie skupić się jednocześnie jedynie na ograniczonej liczbę osób, które zainteresowały Kosę lub policję. Na stacji nie było tak gęstej sieci czujników; swoją moc obliczeniową system wykorzystywał na śledzenie i analizę obrazów z sieci perceptorów. To one zastępowały czujniki, to one pozwalały śledzić każdego, z lokalizatorem czy bez.
Pluskwa nie pozwalała patrzeć dorosłym jego oczami. Odnajdywała ich gdy coś się stało, pilnowała czy są w obrębie stacji i trzymała ich z dala od pewnych miejsc. Miejsc takich jak doki. Jak stocznia. Jak miejsca które prowadziły na zewnątrz. A mimo to chodził tam i nic się nie działo. Czujniki nie interesowały się wnętrzem szybów; albo nie potrafiły tam sięgnąć, albo ignorowały lokalizatory w jego wnętrzu, uznając że są poza pilnowanym obszarem. Dlatego czasem wygrywał z systemem i bardzo lubił to robić. Wiedział o co gra.
Zdobędzie szczęście dla rodziców i może dla siebie.
Najpierw przetrwanie, potem szczęście, głosiła oficjalna doktryna Rządu. Lecz już przetrwaliśmy. Już nie siedzimy na pojedynczej, wrażliwej na atak planecie. By nas zniszczyć ktoś musiałby zniszczyć wszystkie kolonie, setki nowych Ziem. Wiemy jak szybko przemierzać kosmos; mamy potężną broń i potrafimy się bronić, lecz nigdy nie napotkaliśmy wrogów. Teraz jest czas na szczęście, lecz Protektorzy, Opiekunka i Kosa nie chcieli na nie pozwolić. Przez nich rodzice nie mogli być szczęśliwi i to uczyniło z nich śmiertelnych wrogów Arto.
Rząd nie miał honoru. Co z nich za dowódcy, skoro tak traktują ludzi? Nie zasługiwali by rządzić. Tak nie postąpiłby żaden kapitan, nawet najgorszy, który bije swoją własną grupę. Nawet taki wiedział że bez grupy jest niczym.
Obracał pluskwę w palcach, czując jej gładką powierzchnię. Już wkrótce, pomyślał, już niedługo się zmierzymy, w dokach. Pokażesz mi co potrafisz, a ja będę obserwował i szukał tego czego nie możesz zrobić. Tam uderzę.
Długo sycił wzrok widokiem zdobyczy, nim na powrót zawinął ją w folię i ukrył w szczelinie między płytami. Na wszelki wypadek, gdyby się odezwała.
* * * * *
Iwen siedział w swoim pokoju – w ich pokoju – czekając aż Rossie wróci do domu. Przez jego głowę przewijały się myśli o tym co robi grupa, co on mógłby robić, gdyby nie starszak. Czuł zimną wściekłość że przez niego stracił zaufanie Arto, o które musiał tyle walczyć. Kapitan już wiedział jaki z niego mięczak. Dowiedział się tego od siostry. Na nią też był wściekły, choć inaczej, na gorąco. Niepotrzebnie jej zaufał. Przeklinał siebie że nie potraktował jej jak rodziców, że nie milczał przed nią, ale i tak wiedziała co się dzieje. Co z tego że potrafiła go pocieszyć, co z tego że mówiła że razem będzie łatwiej, skoro kilka dni potem wbijała mu nóż w plecy?
Potrafię mówić, Ros. Potrafię. Nie milczałem bez powodu, ale ty nie potrafiłaś tego zrozumieć.
Pochmurny jak gradowe niebo siedział na swoim łóżku, wtulony w kąt pokoju, z podkurczonymi nogami. Słyszał jak drzwi się otwierają. Rodzice byli w domu, to mogła być tylko ona. Zerwał się i stanął pod drzwiami. Gdy Ros weszła do pokoju mocnym uderzeniem dłoni w powierzchnię zmusił ich mechanizm do zasunięcia płyty.
- Coś ty najlepszego zrobiła, dziewczyno? – wycedził ze złością – Tak bardzo ci zależy abym wyszedł na mięczaka?
Ros złapała go za ubranie i przycisnęła plecami do ściany. Szybko się uczy, pomyślał, kojarząc ten ruch ze starszakami.
- A czym wolisz być, kopalniaku? – spytała gniewnie – Mięczakiem czy inwalidą? Te twoje głupie, dziecinne zasady... – puściła go, pozwalając by zsunął się na podłogę. Z jakiegoś powodu zrobiła to tak że go zabolało – Żałuję że poszłam z tym do tego twojego kapitana. Też sobie znalazłeś wzór do naśladowania.
Iwen był tak zaskoczony że zapomniał o bólu. Nigdy dotąd tak się nie zachowywała. Złość nagle mu przeszła. Wstał.
- O czym ty bredzisz? Wcale go nie naśladuję!
Odwróciła się i otworzyła szafkę. Najpierw na niego napada, a zaraz potem traktuje jak powietrze!
- Nie gadaj bzdur – odpowiedziała – Nie jestem tak ślepa jak ty! Widzę jak o nim mówisz, więc uprzedzam że kiepsko wybrałeś. To zwykły szczur, dziecinny kopalniak że aż żal z nim gadać. Sto razy gorzej niż z tobą.
Czy mogła mieć rację? Pierwszy raz spotkał kogoś z kim chciałby się zaprzyjaźnić, lecz Arto nie był tym zainteresowany. Nie winił go. Sam tak robił, na dole. Nigdy nie był zainteresowany. Pamiętał, jak był młodszy, co robiły niektóre z dzieci by zwrócić jego uwagę. Próbowały go naśladować, lecz wzbudzały tym jeszcze większą wzgardę. Posmutniał.
- Co ty możesz o nim wiedzieć? – spytał hardo, łapiąc się na tym że broni Arto – Nie wiesz jaki on jest. Co zrobił...
- Co zrobił? – zatrzasnęła szafę ze złością i odwróciła się do niego. Iwen przeraził się że rodzice przyjdą by zobaczyć co się dzieje – Co zrobił? Ten twój Arto, bezczelny, arogancki, niewychowany Arto, dałby się pokroić żywcem, byleby tylko nie stracić twarzy! Tak jak i ty, głupku. Tylko pomiędzy wami jest różnica. On jest stąd. Łatwo zniesie to co ciebie by zabiło. Taki sam kopalniak jak oni wszyscy. Popatrz na siebie, popatrz co z tobą zrobił!
- Nic ze mną nie zrobił! To nie jego wina, nic mu nie powiedziałem! Skąd miał wiedzieć? On jest inny...
- Inny? W czym? Nie ma oczu? Nie widzi co się dzieje?
- Jakaś ty głupia! – zasyczał – To nie wasze babskie sprawy! Narobiłaś mi takiego wstydu że... że.... – prawie powiedział że przez nią grupa może go odrzucić. Pewnie odpowiedziałby że to dobrze! – Jakbym potrzebował pomocy, to bym mu o tym powiedział, sam!
- Naprawdę? – podparła się pod boki – Kiedy? Gdybyś trafił do szpitala, czy do... do tej ich puszki? Nie rozumiesz, bezmózgi dzieciaku, że to już zaszło za daleko? Powiedz mi że się mylę. Proszę bardzo, powiedz mi że dasz sobie radę. Przekonaj mnie.
Spojrzała z góry prosto w jego oczy. Robiła to bardzo rzadko i to przeraziło go najbardziej. Że to zrobiła. Bo wtedy zawsze wiedziała kiedy nie jest szczery.
Nie odpowiedział od razu. W jego oczach zebrały się łzy. Nie potrafił przed nią kłamać, nie w takich chwilach. Przetarł oczy krawędzią dłoni.
- Może nie – przyznał cicho – Nie do końca. Ale jesteś dziewczyną i nie rozumiesz jak to działa.
- Za to ty dałbyś się zabić, byle tylko nie wyjść przed swoją grupą na jakąś... beksę!
Skąd to wiedziała? Oczy Iwena rozszerzyły się w zdumieniu. Nigdy jej o tym nie mówił! Ros, widząc jego wyraz twarzy, przyklękła i delikatnie objęła dłońmi jego głowę.
- Naprawdę nic nie rozumiesz? – spytała łagodnie – Co komu po martwych bohaterach? Wolę żywego brata, nawet jeśli inni będą mówić że jest karaluchem. Jasne, dziękować mi nie będziesz, ale czasami muszę zastępować twój rozsądek, którego najwyraźniej ci brakuje. Kiedyś będziesz mi za to wdzięczny.
Iwen milczał, nie wiedząc co powiedzieć. Ros puściła go, wyjęła z szafy torbę i wyszła.
Został sam. Przygnębiony, zdradzony, wrócił na swoje łóżko. Siadł na nim, skulony, wtulając się plecami w sam kąt pokoju, przyciskając ramiona do piersi. Pomyślał o swojej beznadziejnej sytuacji, o szkole, akademii, rodzicach i siostrze. Zacisnął oczy. Gdyby mógł sprawić, by wszystko inne znikło, by znikł ten starszak... Ale nie miał już sześciu lat, by wierzyć że tak się stanie. Nie miał nawet dość wiary by tego sobie zażyczyć. Myśl była głupia, lecz była jedyną która się pojawiła.
Pluskwa
Od samego rana wszystko zdawało się iść po myśli Arto. Minęła połowa zajęć, a Nowy ni razu nie ujrzał Anhela na oczy. Sieć działała sprawnie, lecz Nowy chodził nadąsany, niemal wściekły że mu pomagają. W myśli Arto machnął na to ręką. Jego ziemski honor, czy o czym tam na dole sobie myślą, obchodził go mniej niż skóra Nowego. Jak wszystko ucichnie, szybko dojdzie do siebie. Nie zaprzątał sobie tym głowy, pozwalając by sprawy biegły w swoim własnym kierunku.
Skupił się na innej rzeczy. Od rana narastał w nim niepokój. Przyczyną był Zem. Nie martwił się umówionym na dzisiaj spotkaniem, lecz swoim postanowieniem. Rozmowa z nim mogła mu zaoszczędzić miesięcy zbędnych i niebezpiecznych prób. Od tego mogło zależeć jak bardzo zaryzykuje.
Jakby tego było mało, pojawiły się nowe problemy. Żeby było weselej, wiązały się z rozwiązaniem sprawy równie mocno zaprzątającej jego umysł.
„Naprawdę znalazłeś janusa” – odpisał z niedowierzaniem.
„Znalazłem” – potwierdził Lien. Niemal widział dumę z jaką to napisał, choć był odwrócony plecami do kapitana – „a raczej to co z niego zostało rejkert zrobił co mógł więc spróbowałem czegoś innego poprosiłem mikela o pomoc to on wyszukał go swoim programem”.
Sprytnie, bardzo sprytnie. Poszedł do tych którzy mieli odpowiednie umiejętności. Co ważniejsze, potrafił nakłonić Mikela do współpracy. Arto przychodziło to z trudem. Może jajcogłowi lepiej potrafią się dogadać między sobą, jak wojownik z wojownikiem?
Lien jest skuteczny, przyznał. Wtajemniczył go w sprawę ledwie dziś rano, właściwie nawet nie licząc na wynik, od tak, by mu pokazać że mu zależy – a tu taka niespodzianka. Rejkert zawsze działał sam, był sam sobie centrum dowodzenia i podwładnymi. Gdy problem go przerastał, zacinał się. Lien na odwrót – gdy wiedział że sam czegoś nie zrobi, szukał kogoś kto mu pomoże, i wiedział do kogo się zwracać. Jego dwaj najlepsi jajcogłowi chadzali zupełnie innymi drogami. Warto było połączyć ich umiejętności, lecz najpierw musiał ich jakoś pogodzić. Rejkert nie poczuje się szczęśliwy, gdy się dowie że Lien zrobił to, nad czym bezskutecznie się męczył...
„Więc pisz co znalazłeś”.
„To stare konto dobrze ukryte i zabezpieczone nie udało nam się tam wejść nic o nim nie wiemy poza tym ze istnieje wydaje się mało aktywne nie wiem kto je założył ale dogrzebałem się do zapisów wejścia”.
„Do kogo prowadzą”.
„Nigdy byś nie zgadł”.
„Anhelo”.
„Nie to jest najlepsze są tam też ślady po zemie i jakichś dwóch innych osób ale tych kodów nie znalazłem w sieci”.
Wiadomość przepłynęła przez okno i pojawiła się w jego górnej części, a on wciąż ją czytał, jeszcze raz i jeszcze raz. Czego tam szukał Zem? Sprawdzał go?
„A te dwie pozostałe są lepiej ukryte niż janus czy po prostu nie istnieją” – spytał.
„Chyba to nie to nie mogliśmy ich wyśledzić za pomocą plików myślę że to też mogli być anhelo i zem tylko weszli na konto janusa z innych komputerów znaczy te które wykryliśmy mogły być połączeniami dokonanymi spoza szkoły a te nie wykryte to po prostu ochrona systemów grupy starszaki potrafią maskować wejścia z wnętrza swoich systemów”.
„Bez sensu weszliby na konto spoza systemu tylko po to by zostawić ślad”.
„Ja tylko zgaduję pewnie się mylę ale to pomysł równie dobry jak każdy inny”.
Równie dobry jak to że była to Kosa, pomyślał. Co ma wspólnego Zem, Anhelo, i ja? Co ich łączyło z Janusem? Co mnie łączyło z Janusem? Nawet go nie znałem!
„Rejkert mówił coś o innych informacjach które wchodziły na janusa”.
„Też je widzieliśmy nie znaleźliśmy nadawców miały tylko adres celu adres nadawcy został usunięty nawet nie wiedziałem że to jest możliwe to beznadziejna sprawa”.
„Napisz jeśli znajdziesz coś jeszcze” – napisał.
„Tak zrobię lecz wątpię by dało się więcej wycisnąć jak chcesz znaleźć janusa to szukaj informacji poza siecią”.
I tak właśnie zrobię, pomyślał spoglądając pod projektor, gdzie stał plecak napchany do pełna towarem dla Zema. Tak zrobię. I wiem kogo pytać. Lecz pluskwa jest najważniejsza.
*
Była przerwa, a on wciąż myślał o pluskwie. Nie poprawiał mu nastroju zarzucony na plecy plecak. Chciał się go pozbyć jak najszybciej. Niczym magnes, przyciągał uwagę wszystkich starszaków. Nie zaskoczyło go gdy kątem oka spostrzegł grupę starszaków, chyba siódmaków, wyraźnie zdążającą w jego stronę. To mógł być Mira i jego kumple, lecz nie odwrócił głowy. Ich zemsta, tu i teraz, była ostatnią rzeczą jakiej potrzebował. Niby przypadkiem uniósł lekko prawą dłoń, udając że poprawia plecak, tak by łatwo dostrzegli grzbiet z wyrysowanym na niej znakiem Gwiezdnej Flary – dużego koła z długim, zwężającym się ku czubkowi, łukowato wygiętym promieniem. Starszaki rozpoznały symbol i zatrzymały się. Uśmiechnął się w duchu, lecz jego twarz nawet nie drgnęła. Nie chciał ich prowokować. Nie zwykł paradować bezczelnie ze znakiem protektoratu, wyzywająco patrząc na silniejszych od siebie. Protektoraty przychodziły i odchodziły, za to satysfakcja krótkowzrocznych głupców była niezmiennie bolesna.
Dotarł na miejsce przed Zemem, lub tak mu się wydawało. Zem mógł go obserwować, upewniając się nie ciągnie za sobą warkocza. Arto już sprawdził czy nikt mu go nie zapuścił, lecz Zem mógł mieć także inne, własne powody by go sprawdzać.
Zem pojawił się niedługo później. W jednym z jego towarzyszy Arto poznał chłopca którego poprzednio wziął za zastępcę. Drugiego nie znał; z wyglądu nie wyglądał ani mniej, ani bardziej groźnie niż pierwszy. Sam nie wziął ze sobą nikogo.
- Masz towar? – bardziej stwierdził niż spytał zastępca Zema.
Zignorował go, nie zwracając uwagi na starą grę. Spojrzał na Zema. Zastanawiał się czy nie oskarżyć go o podłożenie robaka. Był ledwie pętakiem bez dowodów, lecz miał powód by grać ostro.
- Oszukaliście nas – odpowiedział twardo – Towar był zabezpieczony. Pluskwami!
Twarz Zema ani drgnęła. To wystarczyło. Wiedział o wszystkim!
- Był? – spytał zastępca – Masz go czy nie?
Powoli zdjął plecak i podał go Zemowi. Zem nawet nie drgnął. Stał dalej, z rękoma w kieszeniach. Nawet nie spojrzał na plecak, za to wciąż gapił się na Arto. Towar odebrał drugi z wojowników. Otworzył niespiesznie plecak i zaczął grzebać w środku.
- Jest wszystko – zapewnił Arto – Skaner spisał się bardzo dobrze.
- A co, wiesz jak go używać? – wojownik z plecakiem, nie podnosząc wzroku, wykrzywił się w ironicznym grymasie.
- Byle pierwszak mógłby się tego nauczyć w kilka minut – odparł z udawaną niedbałością. Chcesz się bawić w mądralę? Żebyś się nie zdziwił – To dobry skaner, choć ma mały zasięg wyszukiwania. Ale mogę się nie znać. My, piątaki, nie mamy dostępu do takich narzędzi.
Dzięki, Lien, za te informacje. Wiadomości nigdy za dużo.
Starszak uniósł głowę. Przestał grzebać w plecaku; na jego twarzy malowało się tępe zdumienie osiłka. Zem pozwolił sobie na lekkie skinienie głowy. Zastępca wyrwał plecak z rąk towarzysza, w milczeniu kończąc inspekcję. Skinął głową.
- Możecie zatrzymać skaner, jak było w umowie – powiedział – Pamiętaj. Gdy wpadniecie, to wasz kłopot. My – podkreślił – nie mamy z nim nic wspólnego.
Arto spojrzał na obserwującego go Zema. Wiedział co zrobił Żimmy? Teraz to nieważne. Czuł że dla niego rozmowa dobiegła końca. Musiał zacząć działać.
- Oczywiście – odpowiedział, wciąż wpatrując się w Zema – Wiem że proszę o wiele, ale chciałbym... jeśli to możliwe... porozmawiać na osobności. Tylko we dwójkę.
Zem wciąż patrzył na niego. Jego twarz się nie zmieniła, nie było nawet śladu zaskoczenia.
- Nie za dużo oczekujesz? – warknął na niego drugi towarzysz Zema – Nie pozwalaj sobie...
Zem uniósł lewą dłoń. Jego towarzysz natychmiast zamilkł.
- Dlaczego? – krótkie pytanie było pierwszym wypowiedzianym przez niego słowem. Po co on w ogóle przychodzi na spotkania, skoro tylko milczy i kiwa głową?
- Jak mówiłem, były... kłopoty z waszym zamówieniem – wyjaśnił ostrożnie – Gdybym wiedział więcej, ułatwiłoby mi to pewne sprawy.
Zastępca spojrzał pytająco na swojego kapitana. Zem kiwnął głową. Oboje odeszli, choć ociąganiem, niechętni by ich kapitan poniżał się osobistym pokazywaniem młodszakowi jego miejsca w szkole. Arto odetchnął. Wprawdzie Zem był starszakiem, lecz w prywatnej rozmowie nawet oni stawali się bardziej swobodni.
- Naprawdę przepraszam za to – zaczął – Wiem że znasz się na... pewnych rzeczach. Dlatego potrzebne są wam te części. I dlatego pytam – Zem spokojnie kiwnął głową. Arto uznał to za zezwolenie – Jak długo mogę trzymać pluskwę z magazynu, zanim dorośli wykryją jej brak?
Zem spojrzał na niego uważnie, czujniej niż wcześniej. Przedtem po prostu go obserwował; teraz przeszywał go wzrokiem.
- Masz ją przy sobie?
- Owinąłem w folię i ukryłem w bezpiecznym miejscu. Ale...
- Nie wiesz czym się bawisz, młodszaku. To bardzo niebezpieczna gra.
- Wiem co robię. Nie wiem tylko kiedy czujniki zauważą jej brak. Cztery godziny, sześć? Prędzej czy później niż nasze?
Zem nie odpowiedział od razu.
- Sporo wiesz, jak na piątaka, ale to nic wobec tego co wiedzieć powinieneś, jeśli chcesz choćby trzymać coś takiego w ręku.
- Dlatego pytam! Muszę wie... Chcę wiedzieć jak bezpiecznie obchodzić się z pluskwami.
- Słusznie. Dobry handlarz nie sprzedaje towaru bez instrukcji obsługi – Zem zamknął oczy, dumając o czymś – Masz skaner. Wiesz że są lepsze, ale dla was wystarczy. Nie wiem po co ci pluskwa, lecz póki będziesz się z nią właściwie obchodził, nikomu nie zagrozi.
Zem przerwał na chwilę. Arto milczał.
- Pluskwy zabezpieczające nie działają w taki sposób jak nasze. Możesz ją trzymać wiecznie i nikt niczego nie zauważy. Nie zgłaszają się do centrali, lecz reagują na opuszczenie określonego obszaru. Gdy wyciągniesz ją na wierzch, poza magazynem... – Zem splótł dłonie – wtedy uaktywnią każdy czujnik w zasięgu nadajnika. Nasze nadają na dwa kilometry, ich na dziesięć. Automaty otoczą cię w dwie minuty.
- To akurat wiem – przytaknął – Wiem też że pod reaktorem pomocniczym żadne czujniki jej nie zauważą.
- Tak – czyżby Zem się lekko uśmiechnął? – Jeśli wejdziesz między ekrany, możesz ją wyjąć z ukrycia. Lecz ekrany nie istnieją bez powodu.
- Wiem.
Słyszał o promieniowaniu, izotopach i o tym, że aby mu to zaszkodziło, musiałby spędzać w tamtym pomieszczeniu przynajmniej kilka godzin dziennie, a nawet wtedy ujawniłoby się to dopiero po kilku latach. Mimo to nie ryzykował.
- Pluskwy, te magazynowe, są nie tyle zabezpieczeniem co rodzajem kontroli. Zabezpieczeniem są zatrzaski. Nasze pluskwy są bardziej złożone i służą innemu celowi. Tamte są bardzo prymitywne. Dorośli umieszczają je w paczkach, by śledzić ich drogę przez sieć transportową. Każda skrzynka ma swoją pluskwę, nawet ta zwyczajna, tylko one mają ją wbudowaną w ściankę. Jedynie drogie i... unikalne rzeczy posiadają osobne zabezpieczenie dla każdej paczki. Na nie czujniki są szczególnie wrażliwe.
Arto miał rację, Zem był właściwym człowiekiem. Postanowił że zaatakuje teraz.
- Wiem do czego potrzebujesz tych części – powiedział. Kłamał i zgadywał, lecz czuł że ma rację. Zawsze wierzył swojemu przeczuciu.
- Tak? Więc do czego służą? – czyżby głos Zema stał się ostrożny?
- Wiem do czego chcesz je wykorzystać, a nie to jak ich używać. Bawicie się pluskwami. Prawdziwymi pluskwami.
Wiele nad tym myślał, lecz nic innego nie przyszło mu do głowy. Powiedział to spokojnie, jakby chodziło o zwykłą rzecz, a przecież oskarżył Zema o coś, co powszechnie uważano nie tylko za ekstremalnie niebezpieczne dla sprawcy, lecz także za zbrodnię przeciwko szkole.
Zem milczał. Nieodgadnione, czerwone oczy nie zdradzały o czym myślał. Musiały dostrzec skrywany strach Arto. Zem był bardziej doświadczony; w rozmowie z nim czuł się tak jak musieli czuć się chłopcy z jego grupy, lecz oni wiedzieli że nie zrobi im krzywdy.
Cisza przedłużała się. Czy Zem się z nim bawi? Czy zastanawia się co mu zrobić, czy naprawdę myśli nad odpowiedzą?
- Chyba nie masz zamiaru wyjmować swojej pluskwy?
- Nie twój interes! – powiedział odruchowo, nie przygotowany na tak osobiste pytanie. Dopiero potem uświadomił sobie do kogo to powiedział. Od głowy do brzucha przeszył go lodowaty strach. Zdrętwiał, oczekując na reakcję. Było już za późno by cofnąć tę bezczelność.
- Twój też nie – odparł powoli Zem.
Nie atakował. Nie poruszył się. Nie było w nim nawet odrobiny gniewu. Czy nie zareagował, bo rozumiał jak delikatny to temat, czy...?
- Nie. Ale muszę wiedzieć! – Arto poczuł przypływ energii – Nikomu nic nie powiem, ale muszę wiedzieć! Możesz mnie bić, kopać ile chcesz, ale muszę...
Zem podniósł rękę. Arto zamilkł.
- Więc masz odwagę jeszcze się do mnie odzywać. Dobrze. Zobaczymy czy starczy ci jej by iść dalej. Udostępnij mi na lekcji swoją konsolę. Pełny dostęp.
Zem odwrócił się i odszedł pośpiesznie. Arto postanowił zaryzykować, po raz ostatni.
- Znasz Janusa? – zawołał za odchodzącym Zemem – Szpiegowałeś mnie przez jego konto?
Zem zatrzymał się. Odwrócił głowę. Jego kamienne spojrzenie było zagadką. Milczał.
- Kim jest Janus? – rozpaczliwie powtórzył pytanie. Zem bez słowa ruszył w swoją stronę. Jego zastępca natychmiast do niego dołączył.
- Zlać go? – powiedział, dość głośno by Arto to usłyszał.
- Zostaw. Idziemy.
Odeszli.
Arto starał się ukryć drżenie, już nie tylko strachu ale i podniecenia. Wolał go nie gonić. Już i tak narozrabiał. Zem mógł mieć go dosyć, lecz po jego spojrzeniu zrozumiał że to słowo nie było mu obce. Miał szczęście. Odpowiedź mogła być bardzo bolesna. Jaki to miało związek z Zemem? Co go łączyło z Anhelem? Gdyby był na jego miejscu, też nie przyznałby się że ma z nim coś wspólnego. Zem wprawdzie nie był mordercą, ale... był Żółtoskórym. Konto Janusa było dobrze zabezpieczone, lecz dawno nie używane. Właściciel już dawno opuścił szkołę. Obaj korzystali z niego by podglądać go przez robaka. Po co? Czy to możliwe by...?
A w otchłań z tym tajemniczym Janusem! Starszaki często zawłaszczały sobie konta byłych uczniów. Ktokolwiek to był, skoro dostali się tam przed nim, nie miał tam czego szukać. Miał pluskwę, miał swoją szansę na ucieczkę, po stokroć ważniejszą – o ile to była szansa.
Czy powinien odsłonić przed Zemem system grupy? Po co mu dostęp? Z konsoli kapitana mógłby zrobić z ich systemem co tylko by chciał. Do czego mu to było potrzebne? Stał tak przez minutę, nim uświadomił sobie że całe ciało ma wciąż sztywne. Spróbował się rozluźnić. Ruszył powoli w stronę klasy. Jego grupa będzie się martwić, zwłaszcza Żimmy. Zem działał na niego w szczególny sposób. Był dla niego zagadką i przez to Żim bał się go podwójnie.
Przez całą drogę w jego głowie tłukła się tylko jedna myśl. Po co? Dopiero pod samymi drzwiami dołączyły do niej inne. Poszło mu dziwnie łatwo. Zem zbyt chętnie i zbyt dużo, jak na starszaka, mówił o pluskwach.
*
Zaczęła się lekcja. Arto wpatrywał się w swoją konsolę na wpół niewidzącym wzrokiem. Był podzielony w środku. Czy może narażać grupę dla własnych celów? Pod reaktorem czekała pluskwa, a on potrzebował o niej jak najwięcej informacji. Lecz zawsze był lojalny wobec grupy. Żądał tego od innych i sam nie mógł się z tego wykluczyć.
Czy Zem chciał się zemścić za ich rozmowę? Co by zrobili bez systemu? Ilu wojowników miało jakiekolwiek pojęcie na temat jakichkolwiek zajęć? Lecz dla kogoś kto miał dość rozumu by manipulować przy pluskwach i pozostać w szkole, ich systemy obronne nie byłyby żadnym wyzwaniem. Wiele razy, na polecenie kapitana, Rejkert niszczył systemy innych grup. W wojnie komputerowej jego pozycja wśród jajcogłowych z innych grup była prawie tak wysoka jak Arto wśród innych kapitanów, lecz atak Zema przeszedłby przez ich obronę jak powietrze przez otwartą śluzę. Gdyby tego zechciał, jajcogłowi z Flary rozbiliby ich system na atomy, a oni mogliby na to jedynie bezradnie patrzeć.
Odszukał konsolę Zema, dotarł do poleceń rdzenia systemu i podłączył bezpośrednio do sieci swojej grupy.
„Idę dalej” – napisał.
Przez długą chwilę nic się nie działo. Zem nie odpowiadał, lecz połączenie pozostawało aktywne. Rejkert spojrzał na niego pytająco. Widział co się dzieje, zawsze wiedział o wszystkim co dzieje się z systemem, lecz nie reagował, bo rozpoznał kapitański kod dostępu. Arto skinął mu głową. Będzie musiał jakoś mu to wytłumaczyć, lecz jeszcze nie wiedział jak.
Mijały minuty. System wciąż działał jak należy. Zem wciąż był na linii.
Nagle na projektorze zaczęły otwierać się dziesiątki okien, tysiące stron tekstu, schematów, opisów i symulacji. Dane techniczne, plany układów, parametry pluskwy, jej budowa, wszystko to przelatywało przed jego zdumionymi oczami, zapisując się do pliku. Dostrzegł sygnaturę archiwum. Agencja Bezpieczeństwa Układu. To tam pracowali wszyscy Protektorzy. Z przerażenia skulił się na krześle, na szczęście nauczycielka była zajęta swoją konsolą. Szkoła nagle znikła a on wisiał w próżni, jak podczas przeprawy kanałem. Mylił się. Można wiedzieć za dużo. Za informacje, jakie oglądał, Protektorzy zabiłby go na miejscu.
Rejkert zbladł jak ściana. Lien także. Obaj mieli dostęp do jego osobistych plików. Zauważyli transfer z zewnątrz i zaczęli przeglądać to co nadeszło. Byli jajcogłowymi. Rozumieli schematy lepiej od niego. Natychmiast ich odciął. Jak bardzo im ufał? Czy aż tak bardzo? Miał nadzieję że Rejkert nie spróbuje włamać się do jego plików. Wobec jego umiejętności był całkowicie bezbronny.
Znaczek końca transferu zamigotał między oknami. Zdjęty paniką, niepewnym ruchem ręki zamknął wszystkie okna. Za moment otworzyło się kolejne. Przeraził się że to kolejne dane, że będzie ich tyle że zapchają pamięć, przydzieloną jego grupie przez szkolny komputer, i przeleją się do publicznej pamięci szkoły, lecz to była tylko wiadomość od Zema.
„Jeśli rozumiesz choć dziesiątą część to jesteś geniuszem nie trzymaj tego w szkole ani sekundy dłużej niż musisz zabierz to do domu na jakąś konsolę bez dostępu do sieci”.
„Dalczgeo mi ot dłaeś” – odpisał, z trudem trafiając palcami we właściwe klawisze.
„To moja sprawa ja też nienawidzę tego paskudztwa pewnie nawet bardziej niż opiekunki pomocy z ciebie mieć nie będę ale może w przyszłości zdołasz ją pokonać”.
Arto przypomniał sobie o robakach. Strach go sparaliżował. A jeśli jest ich więcej, takich których nikt nie potrafił wykryć? Dwie minuty siedział bezwładny niczym worek wody, nim zdołał wziąć się w garść.
„Czy to bezpieczne ktoś mógł coś zobaczyć”.
„A myślisz że co zajęło mi tyle czasu nie ruszaj tego pliku nie przenoś po prostu go skopiuj wtedy sam usunie po sobie wszelkie ślady pamiętaj masz tylko jedną próbę nie robię tego za darmo wciąż możemy potrzebować kogoś do załatwiania różnych rzeczy”.
Wiedział co to oznacza. W jakiś niepojęty sposób on, zwykły piątak, wszedł do grona prawdziwych władców szkoły, jako dostawca części do robienia rzeczy o których samo myślenie było niebezpieczne.
Okno się zamknęło, lecz Arto natychmiast otworzył nowe.
„Zaczekaj przepraszam powiedz czy da się tak zrobić bym znikł”.
„Można skonstruować urządzenie które działa jak transmiter pomiędzy pluskwą a czujnikami pośredniczy w przesyłaniu sygnałów między nimi a co ważniejsze nie wymaga ich rozkodowania takie coś potrafi sprawić że system będzie cię widział w innym miejscu niż jesteś dla pluskwy to on jest czujnikiem a dla czujnika jest pluskwą i sam decyduje jaki sygnał do nich dotrze rozumiesz o czym piszę”.
„Tak to genialne ale czy możliwe”.
Chyba wciąż musiał być w szoku, skoro rozmawiał z Zemem jakby był jego klasowym jajcogłowym. I Zem mu odpowiadał. Nie chciał przerywać tej nitki, jeszcze nie teraz.
„Za dużo byś chciał wiedzieć nie pytałem ciebie o twoje metody poprawiania ocen”.
Oceny? O czym on pisał? W porównaniu z tym zmiana ocen była niczym!
„Powiem ci wszystko co wiem”.
„Nie trzeba nie mamy czasu na takie rzeczy jesteś mi sporo winien młodszaku”.
Nie mógł nie zauważyć że Zem ani razu nie starał się go obrazić. Rozmawiał z nim w ten sposób niemal od pierwszego spotkania. Z jakiegoś powodu traktował go jak równego sobie, tak długo jak długo tego nie nadużywał. Zachowywał się niemal jak... nauczyciel.
„Będziemy dla ciebie chodzić po co zechcesz i kiedy zechcesz powiedz mi tylko czy z czymś takim będę mógł wejść naprawdę wszędzie”.
„Nie są miejsca gdzie czujniki są podpięte pod inną sieć która działa na innej zasadzie ale tam nie masz po co wchodzić”.
Arto znał odpowiedź na następne pytanie jeszcze zanim je wysłał. To by było zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Jednak musiał spytać.
„Co to za miejsca”.
„Więzienia doki placówki kosy wszystkie te o najwyższym stopniu bezpieczeństwa tam nie ma czego szukać teraz już wiesz pamiętaj gdy się to rozniesie będę wiedział przez kogo a wtedy lepiej znajdź sobie ostatnią przystań bo w porównaniu ze mną będzie to przyjemność dalej chcesz o coś pytać”.
Jego rozczarowanie nie było wielkie. Domyślał że już że zwykłymi sposobami nie zdoła przejść przez śluzę doku. Potrzebował nowej techniki oszukiwania czujników i zamierzał ją znaleźć. Poczuł dreszcz. Wszedł w to tak nagle, a teraz nie miał odwrotu. Czy chciał mieć odwrót? Zaryzykował wszystko co mógł i dostał wszystko co chciał.
„Nie to wszystko przysięgam niczego nie zdradzę nikomu”.
„Oby nie jestem mordercą ochłoń trochę potem się z tobą skontaktuję nieprędko ale czekaj”.
Zem się rozłączył.
Będę czekać.
Spojrzał na Rejkerta i Liena. Obaj ledwie wytrzymywali na swoich miejscach. Czekali na wyjaśnienia.
„Zapomnijcie o wszystkim” – napisał do obu – „to poważna sprawa”
„Na próżnię masz pojęcie co to znaczy poważna sprawa” – Rejkert naprawdę się bał. Wiedział o robakach, więc bał się podwójnie – „wyjście w przestrzeń bez skafandra byłoby mniej poważne te pliki to czysta śmierć w co ty nas wciągasz”.
„To moja sprawa będziecie bezpieczni jak długo będziecie się trzymać z daleka”.
Ich strach pogłębił jego własny. Zrozumiał że jajcogłowi wcale nie byli tacy bezbronni jak myślał. Mieli władzę nad czymś równie cennym jak siła, towar czy impulsy – nad informacją.
„Co się właściwie stało” – Lien był bardziej konkretny. To się działo w jego świecie, świecie komputerów i musiał wiedzieć dlaczego – „wiem co widziałem o co chodzi”.
„Od dzisiaj pracujemy dla gwiezdnej flary ale na razie to tajemnica” – rozłączył się.
Wyłączył się ze wszystkich rozmów o zwykłym priorytecie. Chciał zostać sam. Chciał pomyśleć, lecz nim się zorientował, już otwierał otrzymane pliki. To było silniejsze od niego. Zawierały wszystko – szczegółowe opisy modeli pluskiew, poprawek wprowadzanych do każdej kolejnej generacji, ich struktura, charakterystyka, oprogramowanie, opis protokołów transmisji łączności, jej szyfrowania i zdalnego przeprogramowywania pluskwy przez system nadzorczy. Niewiele rozumiał, zwłaszcza na początku. Użyte terminy były mu obce, lecz dostrzegł pewne zależności – te o których wiedział lub się domyślał, oraz inne, o których nie miał pojęcia. Jego poszukiwania się skończyły. Dotarł do źródła zawierającego całą potrzebną mu wiedzę, by pojąć jak beznadziejnie naiwny był jego plan ucieczki. Będzie go musiał zmienić, może nawet zacząć od nowa, lecz część dotycząca pluskwy pozostała aktualna, teraz nawet bardziej niż rano. Od tej próby miało wiele zależeć.
Pewne rzeczy się nie zmieniły. Doki były dla niego jedyną drogą na zewnątrz. Jeśli nie zdoła przejść tędy, nie zdoła przejść nigdzie. Pozostaną mu tylko dwa inne wyjścia, te z koszmarów. Żadne z nich nie wchodziło w rachubę.
* * * * *
Choć wystraszony, ostatnie zajęcia spędził na przeglądaniu plików. Próbował zmusić się by je zostawić, lecz nie był w stanie oderwać od nich oczu. Data, widniejąca na sygnaturze, wskazywała że pobrano je ponad trzy lata temu, prosto z głównej bazy danych. Od tego czasu nie były aktualizowane. Już samo pobieżne przejrzenie opisów zupełnie go skołowało. Swój eksperyment przełożył na jutro. Próba dotarcia na miejsce, w takim stanie, mogłaby się skończyć tragicznie.
Wrócił do domu, podenerwowany i zniecierpliwiony, jakby siedział na plazmie. Cokolwiek by nie robił, o czym by nie myślał, czym by się próbował zająć, jego umysł wciąż krążył wokół pozostawionych w szkole plików. Karta pamięci, którą zwykł nosić przy sobie, nie miała dość pojemności, a Arto bał się że próba częściowego ich przeniesienia zostanie odczytana jako kopiowanie i archiwum się skasuje. Mógł je pobrać przez sieć stacji, lecz podczas transferu ktoś lub coś mogłoby wykryć czym są. Kosa posiadała automatyczne programy do odnajdywania wykradzionych plików, przed nimi nawet zabezpieczenia Zema mogły okazać się niewystarczające. Sieć szkolna była w pełni dostępna dla systemu.
Zaciemnienie zamieniło się w koszmar bezsennego oczekiwania na moment w którym usunie zagrożenie. Na drugie rozjaśnienie, niewyspany, natychmiast po wejściu do systemu przeniósł plik na nową kartę. Wszystko odbyło się dokładnie tak jak napisał Zem. Pierwotna kopia pliku została usunięta razem z wszelkimi śladami jego istnienia, rejestrami przeprowadzonego transferu i jego źródłem – każda operacja była daleko poza umiejętnościami Rejkerta. Zem zabezpieczył się najlepiej jak potrafił, a najlepszym zabezpieczeniem było zabezpieczenie Arto przed wpadką.
Nie pamiętał by jakiekolwiek rozjaśnienie dłużyło mu się tak bardzo jak dzisiaj. Nigdy wcześniej ochota by opuścić zajęcia nie była tak silna, a jednak czekał, choć nie zwracał uwagi na to co się działo. Nieświadomie wyłączył się ze wszystkiego; rozmowy na kanale grupy przestały istnieć, choć otwarte okienko widniało niemal dokładnie naprzeciwko jego oczu. Inni jak zawsze taktownie niczego nie dostrzegali. Gdyby na środku klasy pojawił się Podziemiowiec z bombą, pewnie nawet by go nie zauważył. Choć ich nie przeglądał, jego myśli krążyły wyłącznie wokół plików i planu który zamierzał zrealizować.
Wypełniona danymi karta towarzyszyła mu w drodze do skrytki, po pluskwę, a potem przez kanał, prosto do doku pasażerskiego. Mały kawałek plastiku zdawał się ważyć więcej niż jeszcze dziś rano, gdy zabierał go z domu. Ciążył mu niczym zbroja u Nowego. Co było bardziej ryzykowne – posiadanie takich danych przy sobie, czy wchodzenie tam gdzie szedł? Ilekroć nad tym myślał dochodził do wniosku że jednak to pierwsze. Mimo to nie zawrócił do domu. Musiał wykonać ten eksperyment już dzisiaj. Instynkt kusił go by włączyć zagłuszacz automatów, lecz rozsądna część jego osobowości ostrzegała że to może zaalarmować system. Zastosował więc najlepszą metodę ukrywania napięcia – zachowywał się tak jak zwykle.
Chłodny, zwiększający czujność dreszcz emocji towarzyszył mu przez całą drogę. Wszelkie obawy znikły bez śladu gdy tylko zaczął działać. Ile czasu na działanie pozostawi mu system? Czy pluskwa z magazynu jest wystarczająco podobna jego własnej by to sprawdzić? Spojrzał przez kratę na cumujący przy śluzie gwiazdolot. O tej porze załoga siedziała na wachcie albo włóczyła się po stacji. Po doku nie kręcił się nikt poza obsługą i strażnikami. Skalista powierzchnia widocznego za szybą giganta przyciągała jego wzrok. Z tego miejsca jego największe marzenie – być po tamtej stronie – wydawało się łatwe do osiągnięcia. Kolonialne gwiazdoloty były poza kontrolą Kosy czy Protektorów. Były własnością prywatną i jako takie chroniła je karta kolonialna, nadrzędna wobec jakiegokolwiek systemu planetarnego, w tym i Układu. Na zewnątrz jego władza była ograniczona przepisami, których koloniści drobiazgowo przestrzegali. Jej złamanie, jak słyszał, groziłoby gigantycznym buntem.
Arto zawsze był gotowy do działania. Znał każdy metr kanału plazmy i szybu wentylacyjnego, ustawienie każdego obiektu przy śluzie pasażerskiej, nawet imiona i nazwiska strażników którzy byli w jej pobliżu. Znał schematy według których drążono korytarze, uczył się jak odszukiwać te właściwe, by trafić tam gdzie chciał. Wierzył że załoga przyjęłaby go na pokład. Wierzył że każdy człowiek z zewnątrz byłby skłonny pomóc uciekinierowi. Tylko koloniści pilotowali gwiazdoloty. Nikt, kto założył rodzinę, nie chciał zostać pilotem. Astronauci byli ludźmi samotnymi, a samotny człowiek z Układu marzył tylko o tym by go opuścić i nigdy nie wracać.
Gdyby śluza została już zatrzaśnięta, gdyby centrala lotów dowiedziała się o jego ucieczce już po odczepieniu statku, miałby dość czasu by się ukryć. Ze schematów ojca wiedział że są miejsca na statku w które nikt by nie zaglądał, jak sekcja reaktora – przestrzeń pomiędzy nim a jego zewnętrzną osłoną, podobna do miejsca gdzie ukrył pluskwę, tylko sto razy groźniejsza. Gdy włączano reaktor, zalewało ją zabójcze promieniowanie, lecz póki statek nie zaczynał się rozpędzać, nie wszystkie reaktory były włączone. Zezwolenie na uruchomienie emitera uzyskiwało się dopiero po przejściu przez orbitę Jowisza – nazywano ją orbitą ciągu głównego. Póki Kosa nie przeszukałaby statku, takiego zezwolenia by nie dostali, lecz karta nakazywała zwolnić zatrzymany statek najpóźniej po upływie dwóch ziemskich dób, niezależnie od podejrzeń, jeśli przez ten czas nie znaleziono niczego co uzasadniałoby aresztowanie. Gdyby w tym czasie nie zdołali go znaleźć, Centrala musiałaby im zezwolić na opuszczenie układu. Co z tego że wiedzieliby że tam jest. Jeden dzieciak nie był wart rewolucji. Z ukrycia wyszedłby po odejściu Kosy, lecz pokazałby się załodze dopiero gdy rozpoczęłaby przyspieszanie. Sam nie przeżyłby przeciążenia, musiałby się ujawnić, lecz gdy emiter działałby na pełnej mocy, nie chciałoby się im zawracać. O wszystkim zadecydowałby kapitan statku. Gdyby poświęcił kilka dodatkowych miesięcy na zatrzymanie się i powrót, Arto byłby skończony, lecz wierzył że żaden kolonista nie podjąłby takiej decyzji. Nie po tym jak opowiedziałby im swoją historię. Na pokładzie zawsze były zapasowe komory inercyjne, a załoga miałaby dość współczucia – cokolwiek oznaczało to zasłyszane kiedyś słowo. Rozumiał je na tyle by wierzyć że przez nie załoga by go nie oddała.
Jego sympatia dla kolonistów była w szkole czymś dziwnym. Dla uczniów koloniści byli tymi złymi dorosłymi. W wiadomościach stale rozpowiadali jak to sprzeciwiają się zwierzchnictwu Układu, buntują się i walczą z Flotą – to wystarczyło by stali się czymś gorszym. Lecz nie dla niego. Nienawidził Floty, rządzących nią polityków i admirałów; koloniści – ich wrogowie – byli mu naturalnymi sprzymierzeńcami.
By zrealizować swój plan, najpierw musiał przejść przez dok. Dostać się doń nie było trudno, gorzej z wydostaniem się po drugiej stronie. Wydawałoby się że wszystko co musiał zrobić, to wyskoczyć z ukrycia gdy statek przygotowywał się do odlotu, i wbiec na jego pokład tuż przed uszczelnieniem śluzy. Niestety, między Arto tkwiącym w szybie a Arto przebiegającym przez zamykającą się śluzę znajdował się dryfujący przez kosmos martwy Arto, albo Arto w akademii.
Wejście do doku z pluskwą w ramieniu uaktywniało automatyczne systemy ochrony, zatrzaskujące wszystkie przejścia. Znalazłby się w więzieniu bez wyjścia. Bez pluskwy skończyłby jeszcze gorzej. Dziś bardziej niż kiedykolwiek dziękował swojej przezorności za to że nigdy nie próbował jej wydłubać. Od dawna podejrzewał istnienie tu dodatkowego systemu, wykrywającego temperaturę ciała, zmiany powietrza wskutek oddychania, ruch, niemal niesłyszalne dźwięki poruszania się – wszystkiego co można było wymyślić. Dzieci były wyjątkiem, więc sygnał identyfikacyjny pluskiew blokował ich działanie, lecz dorosły bez uprawnień do przebywania wewnątrz śluzy miał mniej szczęścia. System awaryjny odpalał ładunki na krawędzi pierścienia, odrzucając go na zewnątrz, wraz ze statkiem. Załodze nic nie groziło, śluza każdego pojazdu zamykała się automatycznie pod wpływem gwałtownego spadku ciśnienia. Lecz śluza doków nie miała chronić uciekinierów, tylko ich niszczyć. Inne wyjścia zamykały się automatycznie, zaś pechowy zbieg wylatywał w kosmos. Kosa nie ukrywała że próba ucieczki kończy się śmiercią. To zmniejszało liczbę ryzykantów.
System blokowały osobiste nadajniki, informujące automatykę o posiadaniu zezwolenia na wejście do doku. Miał go każdy kolonista, oraz strażnicy śluz. Jego zdobycie leżało jednak daleko poza możliwościami Arto. Urządzenia tego typu, przypominające zwykłe identyfikatory dorosłych, były wypchane zaawansowanymi systemami sprawdzania czy znajdują się w posiadaniu prawowitego właściciela. Już łatwiej by mu było sfałszować identyfikator do wyłudzania impulsów – a nawet to było trudniejsze od wydobycia z siebie własnej pluskwy. Fałszywa karta zezwolenia działała tu podobnie jak dziecięcy lokalizator – tylko dlatego że Kosiarze zawsze chcieli wiedzieć gdzie przyszły więzień zdobył zastrzeżone urządzenie.
Co by Arto nie wymyślił, na koniec system potraktowałby go albo jako dziecko, chwytając lecz pozwalając żyć, albo zabiłby go jako dorosłego. Pluskwa z magazynu podsunęła mu inne rozwiązanie. Mógłby mieć i nie mieć pluskwy, mógłby przeżyć i pozostawić śluzę otwartą – o ile zdobyty lokalizator był wystarczająco podobny do jego własnego. Wciąż nie wiedział jak mógłby to zrobić, ale najważniejsze że miał szansę, o której dawno myślał że ją stracił.
Czy, jeśli załoga będzie w doku, statek pozostanie na miejscu? Ich nadajniki zezwalały im wejść, lecz alarm automatycznie je unieważniał. Co się wtedy stanie? Czy ich nadajniki zablokują śluzę? A jeśli któryś będzie w kanale pomiędzy śluzami, lub stanie w drzwiach jednej z nich? Zwykłe drzwi miały zabezpieczenia, nie zamykały się gdy stał w nich człowiek. Czy te także? A może też podlegają czujnikom? Miał tyle rzeczy do sprawdzenia że szybko zapomniał o wcześniejszych porażkach. Wierzył że dokumenty podpowiedzą mu jak skierować jeden układ czujników przeciwko drugiemu, sprawić by zgłupiał, nie zabijając przy tym nikogo. Tak czy inaczej, będzie miał tylko jedną szansę.
Wydobył z kieszeni pluskwę. Tuż przed wyprawą zdjął z niej kilka warstw folii i pomalował całość na jaskrawy, czerwony kolor. Ostrożnie podpełzł do kratki, mijając ukrytą na dnie szybu wysuwaną płytę, służącą do odcięcia doku od systemu wentylacyjnego. Rzadko to robił. Bał się że nieostrożny ruch wywoła alarm i płyta przetnie go na pół. Ostatnio wiele ryzykował. Wierzył iż warto.
Spojrzał w dół, starając się kryć swoje lewe ramię, by nie znalazło się na jednej linii z którymś z pary czujników. Rozejrzał się – nikogo nie było. Wsunął wrzecionko z pluskwą w złożone dłonie i kilkanaście razy potarł nimi o siebie. Wyjął grubą słomkę, wsunął do niej wrzecionko i wetknął jej drugi koniec między otwory w kracie szybu. Dmuchnął. Wrzecionko upadło na środku pomieszczenia. Czerwień folii była doskonale widoczna na jasnoszarej podłodze doku, nawet niezbyt bystry dorosły od razu je zauważy.
Cofnął się za przesłonę szybu. Rozłożył nogi i ramiona, starając się uczepić czegokolwiek, na wypadek gdyby się mylił. Ryzykował że uciekające powietrze wyssie go na zewnątrz, ryzykował że zostanie złapany, lecz nadzieja była wszystkim co mu pozostało.
Zadrżał, słysząc głosy zbliżających się ludzi. Dwóch czy trzech astronautów, nie widział ich dobrze, przeszło przez dok i weszło na pokład statku. Niczego nie zauważyli.
Mijały minuty, dziesiątki minut. Nic się nie działo. Arto zaczął się niepokoić. Nie miał wiele czasu. W końcu rodzice zaczną go szukać, wywołają jego pluskwę, a wtedy system zauważy gdzie jest. Z rosnącą niecierpliwością podpełznął do kraty. Wrzecionko wciąż leżało tam gdzie upadło. Z rezygnacją zawrócił i na powrót przylgnął do powierzchni szybu. Dał sobie jeszcze dwadzieścia pięć minut. Do tego czasu kanał ostygnie. Następne okno będzie dopiero za godzinę. Nie mógł tyle czekać.
Niecałe dziesięć minut później coś zaczęło się dziać. Ktoś z obsługi odprowadzał kogoś na statek. Rozmawiali. Uniósł się lekko na rękach by dostrzec więcej. Dorosły w ubraniu kolonisty podziękował i wszedł na statek. Poczuł rozczarowanie, lecz na krótko. Strażnik rozejrzał się z przyzwyczajenia. Arto niecierpliwie przysunął się do kraty. Czy zauważy?
Zauważył. Podszedł bliżej.
Zaczął go błagać w myśli by rozwinął folię. Zobacz co to jest, zaklinał, przecież tym się zajmujesz, sprawdzaniem wszystkiego. Prawie wyszeptał swoją prośbę. Jakby słysząc ją w swoim umyśle, strażnik pochylił się, leniwie sięgając po znaleziony drobiazg. Zaczął powoli odwijać folię. Arto cofnął się.
Strażnik nie rozwinął jej do końca.
Wszystko stało się jednocześnie. Nim przegroda szybu z hukiem odcięła go od doku, przed oczami Arto mignęła zatrzaskująca się śluza. Kilka centymetrów bliżej i niechybnie straciłby głowę. Ułamek drgnięcia powieki wystarczył. W panice rzucił się do tyłu. Strach trząsł całym jego ciałem. Nigdy nie przebył tak szybko drogi dzielącej go od kraty doku do kanału plazmy. Przez całą drogę towarzyszyła mu rozpacz. Jak mógłby pokonać takie zabezpieczenia? Jak mógł choćby o tym myśleć? Nie miał żadnych szans. Płyta zamykała się zbyt szybko, nie zdążyłby się nawet wyczołgać na zewnątrz. Nawet jeśli obecność astronautów rzeczywiście zablokowałaby śluzę, on nie zdołałby tam dotrzeć.
To był koniec jego planów. Zostanie tu na zawsze.
* * * * *
Przejrzenie dokumentów projektu gwiazdolotu i porównanie go ze starą wersją zajęło Wilanowi trochę czasu. Buris miał rację. Plany zostały zmienione. Takie rzeczy zdarzały się często, choć nie zawsze na taką skalę. Wchodziły nowe technologie, czasem już po zatwierdzeniu projektu, wtedy usprawniano go na bieżąco, w stoczni. Lecz kto i po co kazał wzmocnić osłony? Taka zmiana, bez równoległych poprawek w układzie sztucznego ciążenia, była zupełnie bez sensu! Projekt zmieniono stosunkowo niedawno, między dniem gdy po raz ostatni sprawdzał przebieg prac, a dniem dzisiejszym – czyli w ciągu ostatniego miesiąca. Przestał być na bieżąco, dał się pochłonąć swojemu projektowi, zaniedbując obowiązki, a przecież takie zmiany wpływały na powodzenie jego zamysłów.
Kiedy dokładnie wprowadzono poprawkę? Plik otwierało dziennie kilka osób, by zapisać w nim dokonane postępy. Wykorzystywał tę lukę by wprowadzać do projektu te ze swoich zmian których nie sposób było ukryć. System nie zapamiętywał kto i kiedy wprowadził jakie informacje. Mógł to zrobić którykolwiek z inżynierów z zespołu, a nawet przełożeni. To zdało mu się najbardziej prawdopodobne. Patrząc na konsekwencje, musiał to być jakiś bezmyślny, biurokratyczny wybryk.
Biurokratycznym wybrykiem nie była na pewno kolejna wykryta modyfikacja, równie korzystna dla jego zamiarów. Drobna przeróbka napędu usprawniła działanie emitera, podwyższając średnią oczekiwaną moc wiązki. Dzięki niej gwiazdolot mógł osiągnąć prędkość większą niż zamierzona w pierwotnym projekcie. Do rekordu wciąż mu było daleko, długodystansowe regatowce biły go o kilka dziesiątych procent C, niemniej zmiana była uzasadniona. Budowali zwiadowcę, a te z założenia powinny być szybkie.
*
Mijała druga godzina ponadplanowej pracy. Inni pracownicy przyzwyczaili się że gdy oni wracali do domu, Wilan zostawał po godzinach. O tej porze stocznia należała do techników i ich maszyn. Przygotowywali podzespoły i komponenty do jutrzejszej pracy. Robili to także podczas rozjaśnienia, lecz obecność ponad stu ludzi, przelewających ciecze, programujących erpensy i przenoszących wszystko z kąta w kąt tylko powiększała panujący chaos. Obie funkcje rozdzielano od siebie jak tylko się dało, a potem pozwalano automatom robić swoje. Gdy oni opuszczali kadłub, wchodziły doń roboty.
Maszyny nigdy nie spały. Stocznia nigdy nie spała. Nie było na to czasu.
Technicy nie zaglądali do kadłuba, zaś maszyny, nie tylko te w stoczni, zaprogramowano by unikać ludzi. Pracowały tam gdzie nikogo nie było. Późna pora była idealna dla jego małego hobby, na które ostatnio miał tak mało czasu. Szczęśliwie, dawna nadgorliwość przynosiła owoce – wciąż mieścił się w harmonogramie.
Zajmował się diagnostyką. Jeden z odcinków przewodów nie działał prawidłowo. Wykrył w sieci niewielkie odchylenie, spadek mocy o ledwie dwa procenty, lecz podczas wieloletniego lotu usterki miały tendencję do roznoszenia się po statku niczym wersja zarazy dla maszyn. Próbował uniknąć wymiany całego przewodu, jednak zabrał ze sobą pas z kompletem narzędzi, na wypadek gdyby okazało się to niemożliwe.
Zaczął od pomieszczenia gdzie dwa dni wcześniej zainstalowano komputer. Analizatorem sprawdzał przewód metr po metrze, zastanawiając się w której wiązce mogło nastąpić odkształcenie. Doszedł aż do złącz komór – bez wyników. Przewody były w porządku. Więc może uszkodzone złącze, albo interferencja z jednym z pokładowych urządzeń? A może roboty? Pracując w pobliżu mogły zakłócać przepływ impulsów kontrolnych. Tę ewentualność mógł sprawdzić wyłącznie rano, gdy opuszczały statek.
Pochylił się, sięgając do kontrolera, tkwiącego na złączu. To proste urządzenie diagnostyczne przesyłało impulsy do drugiego, umieszczonego w sali komputera. Z kieszeni wyjął półprzezroczysty sześcian twardej żelmasy. Zawiesił go w powietrzu, przytknął doń parę pałeczek i przycisnął. Uplastyczniony sześcian rozdął się i zaokrąglił, leniwie próbując zmienić się w kulę. Zmiął go w dłoni, oblepił wokół końcówki złączy, przytknął do niej przeciwne końce pałeczek i puścił kolejny impuls. Sprawdził twardość powstałej powłoki. Żelmasa, uboczny skutek wynalezienia płynu konserwującego, swoim potencjałem przebijała plastik. Impuls o jednej częstotliwości zamieniał ją w twardy, sztywny obiekt, zachowujący nadany mu kształt; inny przywracał jej plastyczność. Nie potrzebowała recyklingu, wystarczyło zmienić kształt. Jak plastik, syntetyzowano ją w licznych wersjach o różnych właściwościach fizycznych, chemicznych czy elektrycznych. Technicznie rzecz biorąc, żel był specjalną, dwufazową odmianą plastiku. Miał tylko jedną wadę – ludzie nie potrafili zaufać przedmiotom które pod wpływem impulsu mogły zamienić się w kałużę galarety. Za nic nie wyszedłby w kosmos z żelowym skafandrem na grzbiecie. Częstotliwości wybrane do inicjowania przemiany wybrano spośród takich które nie mogły powstać w żadnym znanym czy choćby przewidywanym naturalnym procesie we wszechświecie, lecz świadomość tego faktu nie była dość silna by stłumić podświadome lęki. Póki co, technologia służyła do tworzenia uniwersalnych, diagnostycznych żelbotów, zaawansowanych zmiennokształtnych urządzeń potrafiących ukształtować swoje manipulatory w zależności do potrzeb – oraz do łatania dziur, gdy akurat zabrakło pianki uszczelniającej.
- Co robisz? – pytanie kompletnie go zaskoczyło. Znieruchomiał.
Intruz znajdował się z tyłu, blisko włazu do pomieszczenia. Rozpoznał głos. Buris Warton. Zacisnął zęby. Musiał wsunąć się do wnętrza pomieszczenia, płynąc wzdłuż drabinki w poziomym korytarzu. Nieważkość była idealna do zakradania za czyjeś plecy. Pomieszczenie było ekranowane, sztuczne ciążenie tu nie działało. Według przyszłej orientacji, którą miało stworzyć własne ciążenie statku, właz i prowadzący do niego korytarz miał być ustawiony w pionie. Teraz statek był zorientowany według ciążenia stacji i właz prowadził w bok.
Z ukrywanym wysiłkiem powstrzymał odruch porzucenia swojego zajęcia i odwrócenia się do Burisa. Jakby nigdy nic, wyłączył kontroler i zdjął go ze złącza. Czy Buris coś wie? Co tu robi, o tej godzinie?
W pomieszczeniu nie było niczego co by wzbudzało podejrzenia i czego by nie zabezpieczył projektorami maskującymi. Projekcja mogła być wykryta, lecz najpierw trzeba było wiedzieć o jej istnieniu, gdzie jej szukać. Wilan, biorąc się za kontrolę przewodów, zdjął projekcję ze złącza. Może Buris nie zwróci na nie uwagi, jeśli nie da mu powodu.
- Co robię? – udał zdziwienie – Pracuję.
- To widzę. Pytam, nad czym pracujesz.
Tym razem nie wyolbrzymiał problemu. Odłożył kontroler i odwrócił się, powoli, chwytając dłonią za tkwiącą w ścianie klamrę. Takich klamer było tu pełno, miały służyć do mocowania przyrządów. Zawisł z lekko podkurczonymi nogami i splótł ręce za biodrami, udając że oburącz trzyma się klamry. Lekko oparł nogę o ścianę, odepchnął się krawędzią stopy i zatrzymał barkiem, orientując ciało tak by wisieć równolegle do Burisa, by ich twarze znalazły się naprzeciwko siebie.
- Sprawdzam czy połączenia zasilania są sprawne – wyjaśnił.
Buris wciąż wisiał przy ścianie przy wejściu, cztery metry dalej. Lampa na środku pomieszczenia dawała jasne, rozproszone światło. Buris dobrze widział złącze, lecz nie znał się na tego typu układach. Chyba.
- Nie jestem głupi, Wilan. Te złącza nie istnieją na żadnym oficjalnym projekcie, ani naszym, ani na zaleceniach wykończeniowych dla stoczni na Peryferiach. To pomieszczenie nie powinno mieć zasilania.
Wilan czekał. Nic dziwnego że od jakiegoś czasu Buris był trochę dziwny. Wiedział. Jak dużo? Kiedy zaczął coś podejrzewać? Co zamierzał z tym zrobić? Jak mu to wyjaśnić?
- Nie chcesz powiedzieć? – spytał Buris – Więc może ja pobawię się w zgadywankę. Myślę, że próbujesz cichaczem nawiać tym statkiem.
Wilan chciał móc się roześmiać, jak robili to zawodowi agenci na projekcjach fabularnych, by zbić go z tropu. Lecz nie był agentem, a to nie była projekcja. Był w stanie jedynie się uśmiechnąć, ironicznie i pobłażliwie. Oto dlaczego Buris wysiadywał tyle wewnątrz statku. Po tym co stało się z Filem Buris został jedynym podejrzanym o włamanie do magazynu, lecz teraz, gdy go skreślił z listy, ta pozostała pusta.
- Buris, nie myślałem że jesteś głupcem. Nikt nie przeżyłby tu nawet tygodnia od odcumowania. Wiesz dobrze że to tylko pusty kadłub, tyle że z napędem i zasilaniem...
- Czyżby? Zauważyłem ostatnio kilka bardzo interesujących przeróbek. Niby nic wielkiego. Dodatkowy filtr atomowy, wzmocniony ekran, jakieś przewody... Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie razem są w stanie ułatwić przetrwanie ludzi na pokładzie. Podobno próbujesz wypożyczyć z magazynu drugi reaktor. Mam swoje znajomości, choć nie tak dobre jak twoje. Oboje dobrze wiemy że do przelotu pustego kadłuba nie jest on potrzebny. A teraz... czyżbym się mylił, czy sprawdzasz podłączenia do komór inercyjnych? Komory, wewnątrz pustego kadłuba?
- Oskarżasz mnie o przestępstwo? – spytał spokojnie, o wiele za spokojnie jak na kogoś niewinnego, lecz było za późno by cofnąć te słowa. Zresztą, czy miały one jeszcze jakieś znaczenie? Nie wiedział czy Buris zdążył już zawiadomić Kosę. Może dopiero zauważył co robi, może nikt o niczym nie wie? Próbę ucieczki traktowano równie ostro jak zabójstwo. Czy Wilan był gotów zabić, dla własnej rodziny?
Wciąż wisiał przy klamrze, ciągle z tym samym wyrazem wyczekującego, lekko zirytowanego spokoju jaki, miał nadzieję, przybrała jego twarz. W tylnej części pasa, w kieszonce w okolicach krzyża, wymacał coś twardego. Depolaryzator? Wystarczy. Używał depolaryzatora do usuwania ładunku elektrostatycznego, powstającego podczas montażu cewek i reaktora. Dotknięciem palca wyłączył zatrzask, uwalniając narzędzie. Nie musi uderzyć Burisa. W nieważkości cios mógłby się okazać za słaby lub nie dość precyzyjny by powalić tak potężnego mężczyznę. Jeśli nie ogłuszy go za pierwszym razem, wtedy Buris zacznie się bronić. Miał czas tylko na jedną, szybką próbę.
Jeśli skieruję na niego wiązkę, z bliska, wywołam depolaryzację neuronów. Rozładuję je. Nie powinienem mierzyć w mózg, lepiej w szyję. W rdzeń kręgowy, ale nie w klatkę piersiową. To nie będzie jak porażenie, lecz jak sparaliżowanie. Ogłuszę go, na wiele godzin. Zyskam czas by się zastanowić. Może jakiś wypadek? To nie będzie trudne. To się zdarza...
- Agenci są już w drodze? – chwycił rękojeść narzędzia, kciukiem ustawiając pełną moc wiązki. Powoli, bardzo powoli, spuszczając głowę, przesunął się o jedną klamrę bliżej w stronę włazu – Gdzie automaty? Dziwne że jeszcze ich tu nie ma. A może chcesz zostać bohaterem i zająć się mną sam?
- Myślisz że chodzi mi o jakąś durną nagrodę? – Buris splótł ręce na piersi. Obaj byli spięci – Czy jestem aż tak biedny by łapać się na posadę zdrajcy? Nie. Mam o wiele lepszy pomysł, na którym obaj zyskamy.
- Naprawdę? – Wilan przesunął się jeszcze trochę. Nie za dużo na raz. Manewrował rękoma tak by kryły się za jego plecami. Mocniej zacisnął dłoń na rękojeści depolaryzatora – Niech zgadnę. Chciałbyś bym coś dla ciebie zrobił. Mały szantaż, tylko między nami dwoma, tak?
Buris uśmiechnął się, lecz jego oczy pozostały chłodne. Nikomu nie było do śmiechu.
- W pewnym sensie. Przestańmy się bawić w gierki. Tu nikt nas nie podsłucha. Mogę ci pomóc. Zostawiasz zbyt wiele śladów. Jesteś zmęczony, a ja chcę by ci się udało.
Wilan zawahał się, zatrzymał. Po co Buris miałby kłamać? Co chciałby tym uzyskać?
- Pomóc, mi? I co chcesz w zamian? Żebym cię zabrał ze sobą?
- Mnie i moją rodzinę, Wil.
Wilan wciąż zaciskał prawą dłoń na rękojeści narzędzia.
- Tylko tyle? – teraz nie musiał udawać by się roześmiać – Jasne, to drobiazg! Wsiadaj i zapnij fotel. Tylko poczekaj aż ogłoszę nowinę całemu zespołowi, dobrze? – opuścił prawą rękę wzdłuż ciała, chwytając depolaryzator podgiętymi palcami dłoni. Lewą rękę wyrzucił w bok w zapraszającym geście, zawisając w powietrzu – Chłopaki, pomóżcie mi, to zwiejemy wszyscy! Wy i wasze rodziny. Co tam, to tylko trzy setki ludzi, a gwiazdolot jest przystosowany aż dla ośmiu członków załogi. Na pewno damy radę!
- Dość tego! – ryknął Buris – Nie rób ze mnie idioty! Oferuję ci pomoc, głupcze...
- Głupcze? – powieki Wilana zwęziły się w szczeliny. Wycelował w niego palec lewej dłoni, nie dbając o to że taki odruch wygląda podejrzanie, że powinien to zrobić prawą ręką. Prawej potrzebował do czegoś innego – Nie szukałem pomocników i nie bez powodu. Nie masz pojęcia czego chcesz. To nie jest zabawa dla tylu ludzi. Wiesz jak trudno mi będzie zdobyć kapsuły, bez zwracania na to niczyjej uwagi? – mały skok naprzód do następnego, sterczącego ze ściany obiektu, którego mógł się uczepić, jakby w zdenerwowaniu starał się do niego zbliżyć – Ile wysiłku i dyskrecji kosztuje mnie zdobycie drugiego reaktora? Jak trudno jest załadować WIR do systemu, który jest wciąż podłączony do centrali, jak trudno zrobić to tak, by nikt tego nie zauważył? Jak trudno jest zrobić to wszystko tak, by przedstartowa diagnostyka niczego nie wykryła? Czy potrafiłbyś zrobić choć jedną z tych rzeczy? Zdajesz sobie sprawę z tego że lot potrwa parę lat? – jeszcze jeden, niedługi przerzut między klamrami – Ile zapasów muszę ukryć w tym rzekomo pustym kadłubie, by przetrwać te podróż? Nie zdołam wyposażyć statku w układy podtrzymywania życia. Przez całe lata będziemy tkwić w komorach, w WIR-ze, karmieni przez automaty. Żywność musi się do tego nadawać. Wiesz ile rzeczy muszę załatwić, ilu ludzi oszukać, aby ta podróż nie skończyła się naszą śmiercią? A do tego być może, być może – powtórzył z naciskiem – nie zdołam zapewnić miejsca dla siebie. Ryzykuję życiem, zesłaniem do kopalni, by wysłać rodzinę w kosmos. Moim życiem i ich. Czy ty jesteś w stanie się tak poświęcić?
- Jestem gotów. Zrobię wszystko by w tym pomieszczeniu znalazło się co najmniej pięć kapsuł. Dla naszych żon, dwójki moich dzieci i twojego syna. Ja też mogę zostać.
Wilan wisiał jakieś dwa kroki przed nim. Mógł działać. Nie miałby problemów, lecz w Burisie było coś co kazało mu się powstrzymać. Jego pewność.
- To nie tylko kwestia chęci i poświęcenia – ostrzegł – To kwestia możliwości...
- Nie rozumiesz, Wil. Nie masz wyjścia. Zainstalujesz wszystko, także dla nas, albo cię wykoszę. Mówię poważnie.
- Mam jeszcze inne wyjście...
- Jakie? – Buris wykrzywił się w wyzywającym grymasie – Chcesz mnie zaatakować? Oczywiście że chcesz. Masz coś w ręce? Nieważne. Ja mam coś lepszego. To nie broń.
Buris powoli wyciągnął prawą rękę przed siebie, unosząc dłoń. Wilan cofnął się o pół odbicia, kiwając przyzwalająco. Buris powoli sięgnął za plecy. Jego beztroska musiała z czegoś wynikać. Miał coś na niego, inaczej by tu nie przychodził.
Buris wyciągnął zza pasa niewielkie urządzenie. Uruchomił je. Projekcje w pomieszczeniu przestały działać. Teraz widzieli wszystko – konsolę, przygotowaną do zdalnego kontrolowania funkcji pokładowego komputera, kontroler ekranu pomieszczenia, czujniki promieniowania, oprzyrządowanie dla przyszłych komór.
Wilan odwrócił prawą rękę. Rozwarł palce na rękojeści depolaryzatora i wsunął go do kieszeni.
- Też nie mam broni – odparł – Ale potrafię się obyć bez niej.
- Jesteś zdecydowany – Buris dostrzegł co trzymał w ręku – Wiedziałem że dobrowolnie na to nie pójdziesz, dlatego... Zrobiłem tu kilka projekcji, Wil, bardzo ładnych i wyraźnych. Gdy coś mi się stanie i moje dane zostaną wycofane z rejestru mieszkańców, wtedy wszystko powędruje prosto do Kosy.
- A ja miałem cię za dobrego człowieka...
- Zatem co powiesz o sobie? Próbujesz uciekać, samemu?
- Dziwisz się? Myślisz że dzisiaj można komuś pomóc, nie narażając samego siebie? To mały statek, z większym nie dałoby rady. Wszystkim nie pomogę.
- Pozwól byśmy zrobili to razem, Wil, inaczej pozostaniemy tutaj. Nie wiem czy pracowanie razem przez dziesięć lat jeszcze coś znaczy, lecz ja mówiłem poważnie. Kolej na ciebie.
Wisieli naprzeciwko siebie, obserwując się. Buris wyłączył zakłócanie projekcji. Wszystko znowu znikło. Wilan myślał. Współpraca to szansa, nawet jeśli wymuszona. Przygotowywał się do najważniejszego etapu projektu, do zdobycia komór. Dotąd wytropił tylko dwie. Do odczepienia statku pozostało trochę czasu, ale czy dość by załatwić kolejne? Dotąd jego minimum wynosiło dwie, teraz wzrosło do pięciu. Jeśli Buris pomoże je załatwić, jeśli pomoże udoskonalić plan, z nawiązką zasłuży na bilet. W najgorszym razie tu zostanę, razem z nim. Może ześlą nas w to samo miejsce?
- Nie pozostawiasz mi wyboru – stwierdził – Ale to ja o wszystkim decyduję, Buris. Ja wydaję polecenia a ty je wykonujesz. Żadnych pytań. Powiem ci tylko tyle ile uznam za stosowne. W tej sprawie nie ma żadnej dyskusji. Jesteś tylko pomocnikiem i pasażerem. Ja jestem kapitanem.
- Nie ufasz mi. Mimo wszystko...
- A ty byś zaufał? – wybuchnął. Przypomniała mu się bomba. Już nie wiedział czy i komu można jeszcze ufać – To że się znamy teraz nic nie znaczy.
Chwilę milczeli. Znali się jako pracownicy, lecz sytuacja wymagała od nich o wiele więcej.
- Powiesz mi chociaż gdzie zamierzasz dolecieć? – Buris przerwał milczenie. Podczas rozmowy odpłynął kawałek od włazu. Wyciągnął stopę w kierunku pokrywy, obrócił ciało z pozycji pionowej względem Wilana do pozycji poziomej i stanął na ścianie.
- Arakin. Znajomi pomogą mi tam zniknąć. To Zewnętrzniacy.
- Ufasz im?
- Bardziej niż tobie.
Buris zrozumiał.
- Tylko żadnych więcej gier – spojrzał na depolaryzator.
Zawsze jest jakaś gra, pomyślał kiwając głową. Zawsze.
- Żadnych gier. Nie mów nikomu, nawet żonie.
- Mam jej dać nadzieję? Trochę na to za wcześnie. Dobra, szefie. Co mam robić? Sporo zrobiłeś, lecz nie widzę najważniejszego.
- Już wkrótce. Zaplanowałem wszystko, tylko nie ciebie.
- Masz trzy komory? – Buris popatrzył na niego podejrzliwie.
Jeśli chodziło o ich zdobycie, Wilan wykonał znaczną część pracy. Dyskretnie przygotowywał ludzi odpowiedzialnych za dostarczanie podzespołów, opowiadał im o kłopotach z siecią wewnętrzną i konieczności jej przetestowania. Podświadomie byli gotowi na zaplanowany przez Wilana wypadek podczas testów.
- Będę miał, za kilka dni. Problem w tym, że zamiast trzech będę potrzebował siedmiu!
- Łatwiej będzie zdobyć cały komplet. Osiem.
- Jakbym nie wiedział! – Wilan się zirytował. Załatwiał takie sprawy od miesięcy – Im więcej bierzesz, tym trudniej to ukryć. Gdy dokumenty trafią do magazynu, dopiero wtedy będę wiedział czy uwierzą w moją wersję.
- A reaktor?
- Komory są ważniejsze. Skup się na tym masz zrobić. Zobaczysz jak wiele pracy włożyłem w te drobne usprawnienia. Jutro sam pociągniesz podłączenia do swoich komór. Zobaczymy czy dasz sobie radę ze świadomością że od precyzji twojej pracy będzie zależeć los twoich bliskich. Że nie będziesz mógł zawołać techników by skontrolowali dla ciebie system, że będziesz go musiał sprawdzić sam – wycelował w niego palcem – i że przez ciebie cały plan opóźni się o miesiąc. Miesiąc!
- Zwolnienie statku nie nastąpi prędzej niż za dwa miesiące. Może za półtora.
- Potrzebuję czasu by dopracować szczegóły i zatrzeć ślady. Uciekamy na wpół sprawnym statkiem! Gdy coś wysiądzie, będziemy skazani. Gdy Urząd w porę wykryje co się dzieje, bez wahania nas zestrzeli. Kilka dni zajmie rozpędzenie się do prędkości która zapewni nam bezpieczeństwo. Jeśli w tym czasie ktoś powiąże nasze zniknięcie z tym statkiem...
Nie dokończył. Nikt nie zaprotestuje przeciwko zbrodni, bo nikt nie będzie o niej wiedzieć. Najwyżej jakiś dziennikarz zastanowi się dlaczego Flota zniszczyła dopiero co ukończony kadłub. Buris nie rozumiał wagi problemu. Chciał po prostu uciec, nie myśląc ani o tym jak to zrobić, ani nad szczegółami o które należało wpierw zadbać.
Buris w milczeniu złapał drabinkę i pociągnął się wzdłuż niej, znikając mu z oczu. Wilan nieoczekiwanie zyskał pomocnika. Choć zmiana była nagła, nie mógł dostrzec śmieszności w grozie sytuacji. By osiągnąć cel, musieli sobie zaufać, lecz ich zaufanie wynikało ze wzajemnego trzymania się za gardło. Prawdziwy sprawdzian nadejdzie gdy nie zdobędą wystarczającej liczby komór i przyjdzie im wybierać kto zostanie. Do czego się posuną by dopiąć swego?
Od teraz w swoich planach musiał uwzględnić także psychikę. Jakby tego było mało, zrozumiał że zagrożenie mogło być większe niż myślał. Jeśli Buris mógł wszystko odkryć...
* * * * *
Wrócił do domu w samą porę by nie niepokoić rodziców, ani o pół godziny za późno. Milczał całą kolację, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ojciec musiał być w podobnym nastroju. Jego rozmowa z matką była na wpół automatyczna, choć pewnie tego nie dostrzegła. On tak.
Nie od razu położył się do łóżka. Zgasił światło, lecz tylko po to by ukryć że nie śpi. Przez długie godziny ślęczał przy słabej poświacie projektora swojej konsoli. Zapomniał o śpiącej na łóżku Lili, zapomniał o wszystkim z wyjątkiem pluskwy. Przeglądał pliki. Eksperyment, choć się powiódł, zamienił jego plany w garść bezwartościowych pomysłów. Archiwum było jego jedyną nadzieją.
W odrębnym, nie podpisanym dokumencie znalazł notatki objaśniające zawartość plików. Tylko dzięki nim był w stanie cokolwiek zrozumieć. Musiałby spędzić długie miesiące, może lata, ucząc się nanoelektroniki i zasad programowania mikroukładów by choćby zacząć rozpoznawać symbole o których mówiły. Pożałował zmarnowanego czasu. To elektronika była kluczem którego szukał, lecz zamiast nauką, zajmował się grupą, szkołą, rządzeniem... Czy, gdyby obrał inną drogę, zdołałby coś zmienić?
Przeszedł do planów modelu lokalizatora wszczepianego w latach przypadających na swoje narodziny. W jego umyśle z wolna zaczął powstawać schemat działania systemu. Odkrył swoją naiwność. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad złożonością pluskwy czy stopniem skomplikowania systemu. Sądził że skoro istnieją małe luki, które wykorzystywał na co dzień, to są w nim także większe dziury. Mylił się. Jak mógł uwierzyć że oszuka coś co dorośli udoskonalali przez stulecia?
W jednym miał rację – pluskwa nie podglądała, była za to napchana układami kontrolującymi kodowanie i przesyłanie sygnału. Każda miała własny kod identyfikacyjny. Kilka razy dziennie wysyłała sygnał kontrolny, który przez przekaźniki sieci wędrował do centrali systemu. Ten obwód informacyjny nie potrzebował czujników. System mógł go zawsze namierzyć, choć go nie śledził. W odpowiedzi pluskwa otrzymywała dwa zakodowane terminy nadania kolejnego sygnału. Wysyłała potwierdzenie i czekała do określonej godziny. Gdy po wysłaniu sygnału nie otrzymywała instrukcji, wykorzystywała rezerwowy termin. Jeśli za drugim razem również nie połączyła się systemem, komputer wysyłał automaty poszukiwawcze.
Kiedyś zaobserwował że zwykłe czujniki nie potrafią wykryć pluskwy oddalonej dalej niż dwadzieścia metrów od nich. Nawet to było ustawione. Jego własne ciało tak osłabiało natężenie sygnału by wywoływał alarm tylko gdy znajdzie się odpowiednio blisko. Luki istniały, bo musiały istnieć. Nadmierna czułość systemu przyczyniłaby się do zbyt wielkiej liczby fałszywych alarmów; gdyby była mniejsza, przestałby spełniać swoje funkcje. Sprawne działanie wymagało strefy swobody – to w niej mieściły się drobne dziecięce oszustwa. Dorośli wciąż starali się zawężać tę swobodę. Na kilku schematach ktoś zaznaczył kółkiem układy nieobecne w starszych wersjach. Najnowsze pliki pochodziły sprzed trzech lat. Mógł wierzyć że od tego czasu dorośli niczego nie unowocześnili? W szkole było wielu którzy naprawdę znali się na elektronice – i wszyscy zawiedli. Do akademii szli właśnie tacy jak on – którzy wiedzieli zbyt mało, lecz nie bali się zaryzykować. Miał szczęście że nie wpadł jak oni, że w porę zrozumiał iż zwycięstwo jest niemożliwe.
Do dziś ani razu nie żałował że oduczył się płakać. Teraz przypominał sobie ulgę, jaką dawno temu przynosiły mu łzy. Lecz łzy były niebezpieczne. Potrafiły zdradzić. Kiedyś nie mógł sobie na nie pozwolić, dziś już nie potrafił. Powstrzymywał je niezależnie od woli. Gdy wydał polecenie usunięcia plików, jego umysł zatopił się w goryczy ostatecznej klęski. Tępy ból błąkał się wśród jego myśli, niczym nieproszony, wścibski gość, dźgający raz tu, raz tam. Wiara we własne możliwości wyciekła niczym powietrze przez nieszczelność poszycia. To nie było zwykłe załamanie, jakich przeżył wiele. Tym razem coś tracił.
Tego zaciemnienia, choć położył się ledwie trzy godziny przed rozjaśnieniem, budził się aż pięć razy, żałując że koszmar nie był prawdziwy.
Anhelo
Arto miał rację, musiał mu to przyznać. Grupa była po to, by sobie pomagać. Minęło kilka dni, a on ni razu nie ujrzał Anhela. Iwena wciąż zadręczały myśli iż w każdej chwili to może się skończyć, jakaś cząstka umysłu nie wierzyła by nawet Arto był w stanie zrobić coś takiego, lecz fakt był faktem.
Czuł się bezpieczny, lecz niepokój pozostał. Coś się stało z Arto. Zmienił się. Nigdy nie brakowało mu energii, nawet w te jego dni, gdy był troszkę bardziej zamyślony niż zwykle. Lecz teraz... Teraz wyglądał tak jakby coś z niego uszło, jakby nagle, z dnia na dzień, stracił wolę walki i postanowił zostać jajcogłowym. Nawet zniknięcie Wela nie wzbudziło jego zainteresowania. Pamiętał wyraz twarzy Arto, gdy minął go na jednej z przerw. Dert dreptał obok niego, mówiąc coś po cichu. Arto niby słuchał; głowę przekrzywił w jego stronę, jakby nie chciał uronić ani słowa, lecz jego dotąd zawsze czujne oczy spoglądały teraz na zupełnie inną rzeczywistość, którą tylko one mogły ujrzeć. Dert w końcu się zorientował. Umilkł – i tak odeszli z pola widzenia Iwena. Widział jeszcze jak kapitan wyprostował głowę – słyszał co mówił jego zastępca, po prostu nie zwracał na to uwagi. Dla Iwena było to niezrozumiałe. Ilekroć przypominał sobie obojętny wyraz jego twarzy, coś ściskało go w brzuchu i czuł zimny dreszcz. Postanowił czymś się zająć, czymkolwiek, byle o tym nie myśleć.
Póki Anhelo był w pobliżu, nie w głowie była mu ochrona młodszaka. Teraz, gdy poczuł się na tyle pewnie by go odszukać, odkrył że Wel gdzieś zniknął. Spróbował namówić Orfiusa do pomocy, tylko po to by odkryć że on i Kerell woleli go unikać.
Czuł że nie dopełnił swoich obowiązków. Nadany młodszakowi protektorat prawie się kończył, jednak uznał że powinien się nim zaopiekować, choćby przez tych kilka dni, odpłacając za dotychczasową nieobecność. Bał się że coś mu się stało. Dzieci lubiły się mścić za wygasłą lub zbagatelizowaną ochronę. Zaczepianie kapitana nie miało sensu, lecz potrzebował kogoś kto znał szkołę. Żimmy był dowódcą jego prywatnej ochrony, lecz wciąż traktował go z góry. Wybrał Derta.
Dert potraktował sprawę poważnie.
- Dowiemy się o co chodzi z Welem – obiecał.
Na początek przepytali młodszaków z grupy Wela. Dobrą wiadomością było że nikt nie widział go pobitego, złą – że nikt nie widział go od kilku rozjaśnień. Młodszaki bardzo niechętnie mówiły o swoim towarzyszu. Wszystko Dert musiał wyciskać z nich siłą. Wel był bystry, choć niezbyt silny. Iwen wyczuł że już wcześniej nie traktowali go najlepiej. Niewiele ich obchodziło co się z nim stało. Myśleli że został przeniesiony do innej klasy.
- Jeśli tak, to już nie nasz problem – podsumował Dert – Na pewno nie trafił do żadnej z naszych. Pewnie jest już w innej szkole. Jeśli to prawda że jego rodzice się dowiedzieli...
- To jest nasza sprawa! – zaprotestował – Moja sprawa. Jego miałem chronić, nie jego grupę.
Więc szukali dalej. Dert nie był zadowolony, lecz uznał rację Iwena. Wciąż jestem Nowy, pomyślał, ale szanują mnie za zasady.
Za którymś z kolei fizycznym napomnieniem jeden z dzieciaków wskazał innego, jako tego który może coś wiedzieć. Często chodził razem z Welem. Przyczyna milczenia na temat tej znajomości okazała się niezwykle prosta – tamtego rozjaśnienia jemu też się oberwało i każdy wolał o tym milczeć. To była prywatna sprawa ich klasy.
Odszukali go dopiero dwie przerwy później. Najwyraźniej ktoś go ostrzegł, lecz gdy go dopadli, nie próbował uciekać. Iwen złapał go za ramiona i obrócił do siebie.
- Chodziłeś z Welem, mały szczurze? – spytał krótko, starając się zachowywać jak na starszaka przystało.
- A co to was obchodzi? – młodszak z obawą powiódł po nich spojrzeniem, lecz nie próbował się wyrwać.
- Nie podskakuj! – Dert podszedł bliżej – Gadaj, albo...
- Załatwmy to po mojemu – uspokoił go Iwen. Przysunął młodszaka bliżej – Miałem go chronić, rozumiesz? Chcę wiedzieć gdzie on jest.
- Nie wiesz jak z nimi gadać – Dert szepnął mu prosto do ucha, tak by młodszak nie słyszał.
Iwen pokręcił głową. Młodszak wyraźnie mu nie dowierzał. Patrzył podejrzliwie to na niego, to na Derta. Lojalność wobec zadania, jaką sam przejawiał, tu zupełnie nie istniała – jeśli chodziło o młodszaki, każdy wykonywał obowiązki mimochodem, nie troszcząc się specjalnie o jakość usługi. Może Dert miał rację?
Odwrócił się do Derta i skinął głową. Dert złapał młodszaka i wykręcił mu rękę na plecy.
- Nic mu nie zrobię – stwierdził chłodno Iwen – Ale ciebie to nie dotyczy. Powiesz sam gdzie on jest, czy mamy to z ciebie wycisnąć?
- Ale ja nie wiem!
- Więc mów co wiesz – zagroził Dert – Byle szybko. Zmarnowaliśmy dość czasu jak na taką pchełkę jak ty.
- Wela nie ma w szkole, a może nawet nie na stacji – młodszak zaczął się sypać – Nie było go kilka rozjaśnień. Poszedłem do domu i... Nikogo nie było! Sąsiedzi powiedzieli że się wyprowadzili, wrócili gdzieś na dół...
- Na dół? – Dert podkręcił mocniej rękę młodszaka – Masz nas za kopalniaków?
- Przysięgam, tak powiedzieli! Nie wiem więcej od was!
- Próbuje nas obrazić! – syknął Dert. Młodszak energicznie pokręcił głową. Iwen dał znak głową by go puścił. Drugi zastępca miał ochotę na więcej, lecz spełnił jego niemą prośbę.
- Masz swoje rozwiązanie – powiedział, odprowadzając młodszaka chłodnym spojrzeniem – Wel zniknął. Za dużo gadał. To się zdarza.
- Nie zniknął, tylko wrócił na dół.
- Nikt nie wraca na dół, Nowy.
- A wasza stara wychowawczyni?
- No, więc prawie nikt. Ona nie była tu długo, nic nie wiedziała i była sama. Wel się tu urodził. Dzieciom ze stacji nie pozwalają schodzić na dół.
Iwena to zaintrygowało.
- Nie można tego sprawdzić? Poszukać go, znaleźć nowy adres?
- Jak? I po co? Co zrobisz, gdy się dowiesz? Pojedziesz na dół, by go chronić? Zapomnij o nim, Nowy. To już nie twoja sprawa. Powiem mrówkom i temu młodszakowi by powiedział nam gdy Wel się pojawi. To wszystko co możemy zrobić.
Mrówki... Iwen wspomniał młodszaków, pojawiających się z ostrzeżeniem że Anhelo idzie w ich stronę. Jeśli Wel wróci, na pewno go zauważą.
- Powinienem na niego bardziej uważać – przyznał – Wiedziałbym co się dzieje.
- To nie twoja wina – pocieszył go Dert – Przed akademią byś go nie uchronił. Wierz mi, już go nie zobaczysz. Jego ojciec spróbował uciec, więc Opiekunowie zabrali go ze sobą i koniec – podkreślił gestem ręki – Oni rzadko kiedy zostawiają takich w spokoju.
Te słowa przeraziły Iwena. Jego też zabiorą, jeśli się wygada. Ponownie obiecał sobie że będzie milczał, nieważne co się stanie. Nie chciał dawać pretekstu ludziom którzy ich nachodzili. Mogliby go zabrać choćby po to by zrobić na złość rodzicom.
Dert poszedł za młodszakiem. Iwen postanowił wrócić do grupy. Zniknięcie Wela mało kogo wzruszyło, może poza jego towarzyszami i podatkowymi oprawcami. Gdyby nie jego zainteresowanie, nikt by nawet nie zwrócił na to uwagi. Wolał nie wiedzieć ile takich wypadków zdarza się rocznie w tej szkole.
*
Po powrocie natknął się na kapitana. Iwen stał mu na drodze, lecz Arto, mijając go, ledwie nań spojrzał. Nie on jeden zauważył co się dzieje. Wielki przywódca nie interesował się już swoimi podopiecznymi. To ich przerażało, lecz bezsilnie czekali, wierząc że to minie. Nie wiedzieli tego co Iwen. Nie wiedzieli że tak wyglądał, gdy po raz drugi zmienił szkołę i przyjaciół, gdy zrozumiał że tak już będzie zawsze.
Bardzo chciał by grupa pomogła kapitanowi, tak jak pomogła jemu, lecz nikt, tym bardziej on, nie wiedział jak to zrobić. Cokolwiek się działo, Arto z czasem się przyzwyczai i powróci, lecz czytając wiadomości na kanale grupy zrozumiał że może nie mieć tego luksusu.
Żaden kapitan nie panował nad swoją grupą dłużej niż pięć lat. Żaden z tych którzy założyli grupę nie utrzymał się dłużej niż cztery lata. Kapitan mógł osłabnąć, lecz grupa – nigdy.
Czy Arto się kończył?
Obserwując jak włóczy się korytarzem, nie zwracając uwagi na drepcącego obok Żimmiego, pomyślał o siostrze i o tym jak, mimo kłótni o Anhela, potrafili się wspierać. Arto nie miał nikogo. Zapragnął mu pomóc, ze zwykłej wdzięczności. Szanował jego samotność, lecz postanowił to zmienić. Tylko jak mógłby się do niego zbliżyć, jak zwrócić jego uwagę teraz, gdy miał jej mniej, skoro nie zdołał zrobić tego wcześniej?
Odpowiedź pojawiła się nagle, niczym najgorszy koszmar jaki mógłby sobie wyobrazić.
Po opuszczeniu szkoły, jak co dzień, jego specjalna ochrona – pięciu wyznaczonych przez kapitana chłopców, Żimmy, Grejgy, Alsza, Kerell i Ferisz – odprowadzała go do domu. Mrówki rozbiegły się, spełniwszy swój obowiązek. Nikt nie ostrzegł ich w porę, nikt nie spodziewał się spotkania – aż do chwili gdy usłyszeli za sobą czyjeś kroki.
Anhelowi, jak zawsze, towarzyszyło trzech innych wojowników, równie silnych i bezwzględnych. Iwen poczuł się tak jakby tych trzech dni nigdy nie było, jakby były tylko przyjemnym snem, z którego musiał się kiedyś obudzić. Widząc w jego twarzy to samo chłodne wyrachowanie poczuł jak krew odpływa mu z twarzy, a serce zatrzymuje się na bardzo długą chwilę. Od szyi aż do podbrzusza przeniknęła go fala strachu. Czuł, jakby coś przygniotło go do podłogi.
Miejsce nie było przypadkowe. Nie musiał się rozglądać by wiedzieć że w pobliżu nie było ani jednego sprawnego perceptora. Anhelo atakował gdy najmniej się tego spodziewał. Godzina, trzy dni – nie robiło to różnicy.
Z trudem zmusił się by oderwać wzrok od starszaków i spojrzeć na swoją ochronę. Było ich dwa razy więcej, lecz Iwen się właściwie nie liczył, a tamci mieli przewagę wieku, wzrostu i siły. Ale to nic, pomyślał, byle mi pomogli. Gdy pokażą Anhelowi że go nie opuszczą, wtedy zostawi go w spokoju – o ile zechcą go bronić...
Ta myśl przeszyła go, gdy zobaczył ich twarze. Spoglądali na siebie, niepewni co zrobić, szukając oparcia w sobie nawzajem. Szukali go zwłaszcza w Żimmym, czekali na to co zrobi, co powie, lecz Żimmy nie patrzył na nich, tylko na Iwena i Anhela.
- Chcecie się przyłączyć? – Anhelo wyjął ręce z kieszeni. Rozprostował palce, niedbale prezentując pierścienie – Jeśli nie, to wylatujcie! Wy mnie nie interesujecie... na razie.
Iwen spojrzał na Grejgiego i Ferisza. Obaj byli wojownikami z przedostatniego rzędu, lecz teraz spuścili ze wstydem wzrok. Tak samo wyglądali Kerell i Alsza. Tylko Żimmy patrzył chwilę na Anhela. Od niego zależało co się stanie. Gdy ponownie spojrzał na Iwena, zrozumiał że on też mu nie pomoże. Był sam, był Nowy, a Nowy nie był wart by za niego walczyć, nawet gdy mieli przewagę liczebną i rozkaz kapitana.
- Jesteśmy grupą... – nie chciał by jego słowa zabrzmiały jak błaganie o litość, lecz nie panował nad swoim głosem. Czuł że ton głosu przypieczętował decyzję Żimmiego.
Anhelo zbliżył się. Żimmy odwrócił wzrok. Powoli dał krok do tyłu, potem następny. Za nim ruszył Kerell. Nie wahał się. Gdy dostał przykład od zastępcy, nie czekał ani chwili. Grejgy i Ferisz poszli zaraz za nimi. Ostatni odszedł Alsza. Najdłużej miał wątpliwości, lecz uległ, jak towarzysze. Po kolei odwrócili się i odeszli, bez jednego słowa, jakby miał zarazę.
Iwen obserwował ich ze łzami w oczach. Dlaczego Żimmy odszedł? Przecież przestał go nie lubić i nie bał się bólu. W walce z tym smokiem drużyna go opuściła. Koszt utrzymania przeważył korzyści, kto osłabiał grupę musiał odejść.
- Koledzy cię opuścili, młodszaczku, co? – Anhelo podchodził powoli, sycąc się jego strachem – Przyzwyczajaj się. Myślałeś że o tobie zapomnę bo banda dzieciaków przykleiła mi się do tyłka?
Nogi Iwena jakby wrosły w podłogę. Chciał dać krok w tył, lecz nie mógł. Na przerwach Anhelo musiał się hamować, lecz nie byli już w szkole. To była pora bezkarności starszaków. Nie musieli się martwić że nie zdoła się pomalować. Pomyślał że może powinien przestać się kryć i ten jeden raz wrócić do domu takim, jakim go zostawią. Już nie wierzył by mogło być gorzej, by nawet akademia mogła być gorsza. Czuł się jak Wel, uwierzył że może warto skończyć jak on. Co z tego że Bebre go ostrzegał. Gdyby tu był, uciekłby razem z innymi. Jego słowa nie znaczyły już nic.
Anhelo pchnął go na ścianę i przycisnął, lecz i bez tego Iwen bał się ruszyć. Ile razy robił coś nie po myśli Anhela, choćby było to mrugnięcie, zwiększało zadany przez niego ból.
- Nie chciałem by to robili – powiedział cicho – Nic im nie powiedziałem, oni sami...
- Zamknij się! – nie rozumiał łatwości z jaką Anhelo wpadał w gniew. Zjawiała się na żądanie, niczym gest czy zamknięcie oczu – Jesteś tylko wkładem do puszki, szczurze. Czeka na ciebie w magazynie, tylko twoje ciało jeszcze o tym nie wie – twarz wykrzywił mu złośliwy grymas – Och, skończę z tobą, nie bój się, skończę, ale dopiero gdy zechcę. Nie trzeba było pchać się na stację!
Starszak uderzył go głową w czoło. Iwena zamroczyło. Anhelo go puścił; tylko dzięki ścianie nie padł na podłogę. Kolejne uderzenie było równie krótkie i mocne. Iwen poczuł jak jego żołądek wywraca się na drugą stronę. Ból był przenikliwy. Przed załzawionymi oczami mignęły mu pierścienie. Przeciwko takiej broni jego pancerz był bezużyteczny.
- Śpij, szczurze! – usłyszał jeszcze. Po uderzeniu w skroń osunął się na podłogę. Czuł się dziwnie. Siedział oparty o ścianę, lecz nie było już starszaków, ani ochrony. Coś błysnęło. Jasne światełko zajrzało do jego oka, znikło i zabłysło ponownie. Zamrugał. Spróbował zasłonić oczy dłonią, lecz ta unosiła się z oporem, jakby ważyła tonę. Gdy światełko znów zgasło, zamiast wykrzywionej twarzy Anhela zobaczył twarz Arto. Kapitan przyklęknął przy nim i uniósł jego głowę lekko do góry. Patrzył mu prosto w oczy. Światło błysnęło w drugim oku i zgasło. Zamrugał oczami. Arto go puścił.
Był zdezorientowany. Gdzie jest Anhelo? Skąd się tu wziął Arto? Coś wilgotnego dotknęło jego skroni. Czuł ból w kilku miejscach, lecz nie pamiętał uderzeń. Między pierwszym a drugim ciosem czuł w głowie jedynie pustkę.
- Przepraszam – powiedział słabo – Chyba... chyba straciłem poczucie czasu. Przed chwilą...
Arto uciszył go ruchem palca. Pokazał co trzymał w dłoni – zakrwawioną chusteczkę, którą dopiero co przyłożył do jego głowy. To była jego krew i było jej dużo, lecz na jej widok niczego nie poczuł.
- Musiałeś paść na ziemię jak kawał oderwanej rury. Myślałem... – urwał. Wprawnym ruchem przełożył chusteczkę na drugą stronę i znów przyłożył do jego głowy – Anhelo?
Przytaknął w milczeniu. Poczuł pieczenie. Na grzbiecie dłoni Arto dostrzegł zegarek. Nie wierzył by leżał tu aż trzy kwadranse.
- Siedź spokojnie, zaraz przestanie boleć – musiał się skrzywić, choć nie był tego świadomy – Nowy, na kosmos, jak cię zobaczyłem to pomyślałem że tymi swoimi pierścieniami skruszył ci czaszkę. Na szczęście nawet on nie jest tak głupi by zabić na środku korytarza. Nic ci nie będzie. Straciłeś tylko przytomność, to wszystko. To się zdarza.
Tylko. Dla niego to było tylko tyle.
- Tym razem – odpowiedział słabo – Ale następnym...
- Gówno! Nowy, nie będzie następnego razu, klnę się na własne życie. Anhelo więcej cię nie pobije. Nie rozumiem tylko dlaczego ten głupi szczur zostawił cię tutaj, by znaleźli cię dorośli. Sam chce trafić do akademii, czy tylko próbuje wymrozić tam ciebie? Chyba mu się nie poddasz?
Iwen spróbował skupić wzrok na jego twarzy. Czy Arto nagle się ożywił? Albo za mocno dostał w głowę i majaczył, albo kapitan znowu był taki jak dawniej. Chciałby go bronić, gdyby musiał stanąć twarzą w twarz z Anhelem? Już w to nie wierzył.
Postanowił że o niczym mu nie powie. Nie jest skarżypytą. Niech Żimmy sam się przyzna. Niech stanie przed kapitanem, którego tak szanuje, niech powie mu prosto w oczy – tak, zostawiłem Nowego na pastwę tego starszaka, bo się bałem. Ciekawe czy po tym Arto będzie patrzył na niego tak samo jak teraz. Czy dalej będą towarzyszami. Poczuł mściwą satysfakcję. Jeszcze pożałuje że nas zdradził. Arto nie jest głupi, sam szybko odgadnie, a ja będę tylko stał i patrzył. Jeśli dożyję...
- Pewnie się przestraszył że za mocno mnie uderzył – jego głos był już pewniejszy.
Sięgnął do skroni i sam przycisnął chusteczkę do rany. Arto opuścił rękę.
- Widzisz jak to się kończy. Po co tyle czekałeś? Teraz Anhelo się przyzwyczaił i myśli że łatwo cię złamie – w głosie Arto zabrzmiało wahanie – Powiesz mi co się stało, czy znowu poczekasz na Anhela?
- Znasz zasady lepiej ode mnie! To moja sprawa, a nie sprawa grupy. Sam powinienem sobie z nimi radzić.
- Anhelo nie bije cię by do czegoś zmusić, tylko dlatego że to lubi. Bo chce... To jest wbrew regułom. Mamy prawo się bronić.
Mamy? Arto mógł mówić szczerze, ale nie spotkał Anhela twarzą w twarz. Oni wszyscy, on też, kierowali się tylko tym co opłacało się grupie – i być może mieli rację, lecz on nie potrafił myśleć jak oni. Jego uczucia mówiły mu że zwyczajnie go zdradzili i że powinien za to czuć chęć zemsty, więc ją czuł, bo wciąż kierował się uczuciami, a nie rachunkiem strat i zysków grupy. Nie nauczył się myśleć jak oni i teraz się z tego cieszył.
Oto gdzie takie myślenie was doprowadza, do zwykłej zdrady. Nie jesteśmy grupą. Wy jesteście grupą, ja już nie. Może nią byliśmy, przez krótki czas, ale to minęło. Do ciebie to jeszcze nie dotarło, bo ostatnio coś się z tobą działo, ale ty też to zrozumiesz i też się ode mnie odwrócisz.
- Twoja grupa myśli inaczej. Boją się go – przerwał, myśląc że powiedział za dużo – Może nie wszyscy, ale...
- Bo to kopalniaki! Sam tak kiedyś powiedziałeś. Nie wiedzą że tracą wojownika. Jesteśmy grupą by pomagać sobie w takich sprawach, cokolwiek sobie myślą. Nowy, każdy prędzej czy później dostaje się w łapy starszaków. Sam byłem bity nie raz, bardziej niż ty.
- Ale nie tak jak ja – odparł cicho – Nie codziennie.
Nawet jeśli Anhelo przez parę dni dał mu spokój, to tylko by tym mocniej zabolało gdy wróci. Aż do dzisiaj Anhelo bił go byle gdzie, byle uderzyć, za każdym spotkaniem coraz mocniej. Teraz Iwen był już tak zrozpaczony że zastanawiał się tylko nad jednym – już nie czy, lecz kiedy spróbuje go bić tak, by umarł.
- Lepiej ci? – spytał po chwili Arto.
- Mogę chodzić. Nie jest tak źle.
- To się zobaczy – wstał i wyciągnął do niego dłoń – Wstawaj, Nowy. Nie możemy tak się rzucać w oczy. Chodź, zabierzemy Żo z treningu.
Z wahaniem złapał jego rękę i podciągnął się w górę. Powoli ruszyli przed siebie. Pomyślał że jednak mu się udało, że Arto znów stał się sobą, gdy jego wojownik znalazł się w niebezpieczeństwie. Tylko że on już nie był jednym z jego wojowników i nie chciał by to wszystko stało się właśnie w taki sposób.
Przez długi, bardzo długi czas szli w milczeniu, lecz jego złość nie zmalała nawet odrobinę. Na początku był wściekły. Przede wszystkim na Żimmiego, trochę na siebie i na innych wojowników, ale Żimmy był winny najbardziej z nich wszystkich. Nowy miał być pod jego opieką, tymczasem znalazł go na korytarzu, porzuconego jak śmiecia, pobitego do nieprzytomności. Kosmos jeden wiedział jak długo tam leżał, bez pomocy, bez opieki.
Wystarczyły dwa rozjaśnienia jego nieuwagi by zaczęły się kłopoty. Wierzył że może polegać na Żimmym. Tymczasem gdyby nie poczuł nagłej niechęci na samą myśl o treningu, gdyby nie zostawił grupy, błąkając się po korytarzach, pewnie o niczym by się nigdy nie dowiedział. Nie sądził by Żimmy raczył go powiadomić o zdarzeniu. Ciekawe co powie jutro. Dlaczego nie pilnował Nowego, dlaczego pozwolił mu chodzić samotnie po stacji, zamiast zaprowadzić do domu? Doprowadzi to do końca. Był dobrym kapitanem, a szkoła i walka nie były stratą czasu. Nie zostawi grupy tylko dlatego że ma problem, nawet jeśli zbyt duży by sobie z nim poradzić. To nic że przez ostatnie dwa rozjaśnienia czuł jedynie pustkę w głowie. Wciąż miał doki. Wciąż miał stocznię i statki. Dalej będą odpadać od stacji i odlatywać w przestrzeń. Nie może być tak głupi by poddać się tylko dlatego, że nie może się dostać na ich pokład. Nie może pozwalać by zelżała dyscyplina w grupie. Zawiódł rodziców, lecz Nowego nie zawiedzie. Bez niego nie da sobie rady.
Po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl że Anhelo chciał zabić Nowego. Tak właśnie pomyślał gdy go zobaczył – wyglądał jakby nie żył. Dotąd widział śmierć jedynie na projekcji. Zawsze chciał by tak pozostało. A teraz...
Kiedyś Dael powiedział że nic nie jest tak ważne jak życie, bo bez życia nie ma nic. Szybko o tym zapomniał, uznając za kłamstwo, skoro Dael zdecydował się iść do akademii. Dzisiaj zmienił zdanie.
Szykany i wrogość ze strony starszych uczniów nie były niczym niezwykłym. Pokazywali że są silniejsi. Sam robił podobnie. To miało swój cel – posłuszeństwo. Lecz to co wyprawiał Anhelo było poza jego zdolnością pojmowania. Jaką nauczkę da komuś, kto już nie żyje? To było nielogiczne. Owszem, to się działo, tak już było, lecz nigdy w pobliżu, nigdy nie na jego oczach, tylko gdzieś tam, w innej grupie, daleko od niego. Nawet jeśli słuchał o takich rzeczach, to ledwie jednym uchem. Jeśli bicie dla przyjemności uważał za stratę czasu, to co mógł pomyśleć o narażaniu się dorosłym przez zabójstwo? Albo ganianie beks. Czasami jakiś chłopiec stawał się celem, tylko dlatego że był sam. Wtedy odsuwali się od niego nawet ci nieliczni którzy chcieli z nim od czasu do czasu porozmawiać. Prześladowano takiego aż do chwili gdy jego dręczyciele kończyli szkołę, lub ofiara miała już tego tak bardzo dość że wolała się zabić. Jaką to przynosiło korzyść? Chyba tylko taką że czasami jakaś grupa dawała im protektorat, by sprowokować wojnę z oprawcami. Gdy ta dobiegała końca, szybko tracili zainteresowanie. A szkoda. Arto wierzył że gdyby je zorganizować, stałyby się użyteczne, tylko nie było nikogo kto chciałby ryzykować tak bardzo by je chronić.
Nic dziwnego że beksy unikały każdego, nawet tych którzy chcieli im pomóc. Wiecznie zaganiane, przerażone kłębki nerwów. Niewielu przeżywało szkołę, większość lądowała w akademii, co wychodziło na jedno. Każdy kiedyś się załamał, choć raz, zwykle gdzieś między drugą a czwartą klasą, lecz większość potrafiła z tego wyjść. Widocznie nawet szkoła nie potrafiła każdego uczynić twardym.
W sekcji wokół szkoły było wiele parków robotów i hali maszyn, których dorośli nie byli w stanie zabezpieczyć przed dziećmi. Tam o wypadek nie było trudno, zwłaszcza gdy ktoś chciał by się zdarzył. To były Ostatnie Przystanie, nazwane tak samo jak miejsca gdzie gromadzono stare kadłuby kosmolotów, nim przetapiano je na nowo. Dla tego kto tam wchodził już się nie liczyło że zostanie wykryty przez czujniki.
Dorośli mówili że to kolejny, nieszczęśliwy wypadek. Czasem nabierali podejrzeń i wtedy szkoła stawała się obiektem obserwacji. Na jakiś czas przemoc uciekała poza jej ściany, lecz zawsze wracała. Jedne starszaki zaczynały nadrabiać stracony czas; inni, mający coś na sumieniu, wstrzymywali się z napadami, by odwrócić od siebie uwagę, lecz nawet to nie trwało długo. Dorośli przychodzili i odchodzili, szkoła trwała nadal. Nie chciał by Nowy stał się jednym z nich. Chciał by dostał szansę, lecz Anhelo postanowił inaczej.
Nowy starał się iść prosto. Nieźle sobie radził. Był wart pomocy, tylko to jego milczenie...
- Dlaczego mi to robi? – Nowy zauważył jak mu się przyglądał – Mówi że nie powinienem się pchać na stację, a ja... Przecież nie mogę...
Nowy urwał. Co powinien mu odpowiedzieć? Prawdę? Lepiej żeby się bał, niż dał się bić.
- Nie ciebie pierwszego zaczepia za to gdzie się urodziłeś. Podobno to przez jakiegoś komisarza z Ziemi. Stara sprawa. Mówią że poszło o szkołę.
- Powiedział rodzicom?
- Nie wygląda na kogoś kto by to zrobił. Jemu tu się chyba podoba. Może był raz nieostrożny, może rodzice sami... Przez planetarianina jego rodzina straciła swoją pozycję i spadła w dół. Coś jak grupa Pilpa. Matka porzuciła go i uciekła na Marsa, a ojciec zaczął pić.
- I Anhelo myśli że to wina wszystkich planetarian? A ci inni?
- Inni?
- No, ci inni chłopcy z Ziemi, planetarianie. Byli inni? Wiesz coś o nich, prawda?
Arto westchnął. To była najgorsza część.
- Poza tobą był tylko jeden, Herry. Anhelo się go czepił, tak jak ciebie, miesiąc po tym co zrobił tamten komisarz – parę miesięcy po odejściu Daela, przypomniał sobie.
- Jak się to skończyło?
Zawahał się. Może nie powinien? Ale i tak się dowie. Wielu słyszało o Herrym. Dziś Anhelo był starszy, silniejszy i bardziej bezwzględny. Niektórzy mówili że to był wypadek, ale to on go pchnął i to on go zabił, nawet jeśli niechcący, choć Arto w to nie wierzył. Od tego czasu za dużo było tych wypadków wokół Anhela.
- Więc zginął?
Spojrzał na Nowego, jakby odczytał jego myśli. Pewnie liczył na bardziej szczęśliwe zakończenie, lecz nie mógł mu go zaoferować.
- Anhelo go zabił – potwierdził – Dorośli nigdy go z tym nie powiązali, choć podejrzewali, ale wtedy podejrzewali wielu, nawet Zema. Ale my wiemy. Podobno zrobił to niechcący, ale... – powoli pokręcił głową – Widziałem projekcje z policyjnych komputerów.
Pamiętał je. Pierwsze, jakie widział i od razu najgorsze. Ktoś wyciągnął je z sieci i puścił po szkole. Anhelo nie zaprzeczał ani nie potwierdzał że obie rzeczy to jego robota, lecz z obu był bardzo zadowolony. Potem widział wiele innych, jak każdy wojownik. Nauczył się odróżniać kiedy wypadek był spowodowany przez ofiarę, a kiedy był wynikiem morderstwa. Wystarczyło spojrzeć na twarz. Policzki beks prawie zawsze były wilgotne, a ich twarze wyrażały tylko jedno – rozpacz. Po Herrym nie było nic widać, bo nie miał twarzy. Nikt nie mówił że był beksą. Przeciwnie, był dobrym wojownikiem i obiecującym kapitanem.
- Teraz byłby szóstakiem – ciągnął – Anhelo zapędził go do starego magazynu, takiego na dwa czy trzy poziomy. Wtedy było tam przejście z naszego poziomu, prosto na barierki. Na dole pełno było prętów, jakich dorośli używają przy budowie szkieletów ścian. Anhelo pchnął Herryego na barierkę, wiesz, taką wysoką, dla dorosłych i tamten przeleciał przez nią i spadł parę metrów w dół. Wtedy nie było tam czujników – dotknął lewego ramienia – Teraz chodzą tam tylko ci którzy nie chcą wracać.
Urwał na chwilę. To tę scenę widział często w koszmarach. Wiedział dlaczego jego umysł wciąż ją powtarzał. Była ostrzeżeniem.
Nowy milczał. Drżał, choć było ciepło.
- Pręty rozerwały mu brzuch, tak że wszystko wyszło na wierzch – zaczął systematycznie, beznamiętnie opisywać wszystko co pamiętał – Dwa przeszły przez klatkę piersiową, a ten jeden, co go zabił, przebił mu głowę – zatrzymał się, stając przed Nowym – Wszedł tędy i wyszedł pod oczami, u nasady nosa – pokazał palcami – wybijając je na wierzch. Przynajmniej tak to wyglądało, bo z twarzy nie zostało nic, tylko kawałki kości i mózgu.
Nie był zbyt brutalny ani dokładny, choć z początku zamierzał. Nie wiedział dlaczego, lecz gdy już zaczął mówić, zdecydował że opisze to w miarę łagodnie.
- Nowy, powinieneś obejrzeć te projekcje – dodał – Ktoś na pewno jeszcze je ma.
Nowy zbladł. Ciężko przełknął ślinę. Dziwne. Był już duży. Powinien być przyzwyczajony.
- Nie... Nie chcę – odpowiedział słabym głosem. Arto miał wrażenie że zaraz zwymiotuje.
- Nie zmuszam cię – wzruszył ramionami – ale powinieneś wiedzieć co ci grozi.
Dziwny ten Nowy. Jakiś inny, delikatniejszy. Tylko beksy bały się takich projekcji. Nowy nią nie był, a jednak... Czasami, jak teraz, zupełnie go nie rozumiał.
Ruszył do przodu. Nowy, wystraszony, bezwiednie podążył za nim.
- Przynajmniej... zginął szybko – powiedział.
- Tak twierdzili dorośli.
Chwilę milczeli.
- To go musiało zmienić. Anhela.
- Jeśli tak, to tylko na gorsze. Nie wiem czy już wcześniej był ponury jak kosmiczna czerń, czy stał się taki potem i nie obchodzi mnie to. Nie ma prawa do traktowania w ten sposób innych. Nowy... wiem że się go boisz. Wiem że chcesz powiedzieć o tym rodzicom – zatrzymał się i odwrócił – Nie rób tego. Dorośli ci nie pomogą. Nie potrafią. Zanim uwierzą, on cię dopadnie. Już miał takie kłopoty, a wciąż tu jest. Rozumiesz dlaczego?
Nowy nie odpowiedział. Drżał jeszcze mocniej. Oparł się o ścianę i popatrzył na Arto, tak poważnie jak jeszcze nigdy dotąd.
- Opowiedz mi... opowiedz mi o zabijaniu – powiedział z trudem – O śmierci. Muszę wiedzieć. Dlaczego... Jak często?
Spuścił głowę i zamknął oczy. Jak opowiadać o tym komuś kto się o nią ociera? Tak dziwnie nie czuł się jeszcze nigdy. Nie chciał o tym z nim rozmawiać, nie teraz, lecz nie był to pierwszy raz gdy jego życzenie nie miało znaczenia.
- To się zdarza, nikt nie wie dlaczego – zaczął mówić – poza tym kto to zrobił. Dorośli... oni myślą, że to wszystko wypadki. Nie wierzą że jedno dziecko może coś takiego zrobić drugiemu. W każdej szkole jest nas tak dużo że nawet niespecjalnie zwracają na to uwagę. Robią to dopiero gdy coś się stanie, a i wtedy tylko na krótko – wskazał na sufit – i nigdy nie rozumieją. Uważają że to stacja, a nie my, że to ona jest niebezpieczna.
- Nie możecie czegoś z tym zrobić? Z takimi jak... Anhelo?
- A co my możemy? Oni są silni. Trzymają się razem i mają swoje grupy. Pilnujemy by nam się to nie stało, to wszystko. Większość nawet się tym nie przejmuje.
- A ty... się przejmujesz?
Nie odpowiedział od razu. Dotąd się nie przejmował, dopiero gdy pomyślał że Nowy może nie żyć... Tak samo było gdy pierwszy raz patrzył na martwego Herryego. Ale potem? Potem chyba już nie.
- Czasami – przyznał – Tak jest źle, ale to się zdarza i nikt nic na to nie poradzi. Znaczy, teraz to co innego – dodał szybko – Teraz mogę coś na to poradzić.
Nowy odetchnął, ciężko i głęboko.
- Czy Anhelo może mnie... Czy może mi to zrobić w szkole? Czy... jak tutaj?
- Nie ma mowy! Cokolwiek spróbuje, musi to wyglądać na wypadek. Póki trzymasz się grupy, nic ci się nie stanie. Dlatego nikt w szkole nie używa broni, z wyjątkiem pierścieni, ale z nimi to już inna sprawa. Gdy ktoś ginie, trudno to zamaskować a dorośli zawsze bardzo się tym przejmują. Anhelo może sobie być mordercą, ale gdyby zrobił coś takiego, cała szkoła by się nim zajęła bo...
- I tylko dlatego nie zabijacie się w szkole? – wykrzyknął Nowy – Bo to sprowadza dorosłych? Bo nie możecie tego ukryć, jak siniaki?
Nowy wyglądał jakby coś mu się stało. W jego szeroko otwartych oczach widział prawdziwe, głębokie przerażenie. Nie rozumiał. Co go tak przestraszyło?
- Nawet dorośli mówią że każdy kiedyś musi umrzeć.
- Ty jesteś przyzwyczajony! Ciebie szkoła już odmieniła, jak innych, dla was nic nie jest już złe! Możesz sobie być nawet gotowy by... ale ja...
Nowy z jękiem gwałtownie wciągnął powietrze, jakby się nim zachłysnął. Zamilkł.
- Nowy, posłuchaj. Nie jestem... – chciał powiedzieć, że nie jest jak inny, ale zacisnął usta – Nie jestem mordercą. Chcę cię bronić przed jednym z nich.
Nowy nie słuchał. Usiadł, kuląc się, drżąc cały. O co mu chodziło? Nie on stworzył szkołę. Z wiadomości wiedział że na Ziemi też się zabijają, choć pewnie tam nie robią tego dzieci. Wszystko co robił, to starał się przeżyć. Prawda, dotąd myślał o zabójstwach w taki sam sposób w jaki każdy z rodziców w Układzie myślał o wypadkach i szkolnych bójkach – owszem, czasem się zdarza, lecz ich dzieci są spokojne, grzeczne i bezpieczne. A przecież na kogoś musiało paść...
Przyklęknął obok niego.
- Nie pozwolę by Anhelo cię zapuszkował, ani żaden inny starszak, tylko pozwól sobie pomóc. Zaufaj mi, proszę. Nie bój się mnie, tylko Anhela.
Wyciągnął rękę. Nowy spojrzał na nią, potem na niego. Złapał ją, lecz wahanie w jego oczach pozostało.
* * *
Na sali treningowej nie było ani jednego chłopca z ochrony Nowego. Spodziewał się tego. Zostawił Nowego pod opieką Żo, by samemu przez następną godzinę bezskutecznie szukać brakujących wojowników. Na koniec wrócił do domu.
Liczył że Żimmy wszystko mu wytłumaczy, gdy tylko spotkają się przy windzie. Lecz Żimmiego nie było, po raz pierwszy odkąd się tam spotykali. Czekał tak długo że o mało się nie spóźnił na pierwszą lekcję. Żimmy przyszedł kwadrans po jej rozpoczęciu. Arto natychmiast napisał do niego wiadomość; jego zastępca odpowiedział coś nieskładnie, po czym się wyłączył.
Unikał jego spojrzenia. Starał się nie zauważać że się mu przypatruje, nawet gdy Arto gapił się na niego przez pięć minut. Było jasne że coś ukrywał. Już wcześniej Żimmy miał wątpliwości, już wcześniej był niechętny zadzieraniu z Anhelem, ale to było coś więcej. Milczał, bo z jakiegoś powodu oszukiwanie Arto nigdy mu dobrze nie wychodziło.
Jeszcze się tobą zajmę. Dowiem się ci cię gryzie, z twoją pomocą lub bez.
Wywołał Derta.
„Od teraz ty jesteś pierwszym zastępcą” – poinformował go – „masz nie słuchać żimmiego nie zwracać na niego uwagi zajmiesz się tym co on robił dotąd”.
„Co się stało kapitanie”.
„Jeszcze nie wiem może ty mi to wyjaśnisz”.
„Wiem tyle co ty gdybym wiedział to nie trzymałbym tego dla siebie”.
Przez resztę lekcji Arto tylko siedział i myślał. Widział przewijające się przez kanał grupy rozmowy o tym że Nowy znowu został pobity. Nie musiał się rozglądać by dostrzec że niektórzy zaczęli się bać. Zaczęło do niego docierać że Anhelo nie był byle problemem, który mógłby jak gdyby nigdy nic wyrzucić przez śluzę i nie martwić się że wróci. Był jak kometa. Odlatywał, lecz wracał, tylko po to by stać się jeszcze bliższym.
Zamierzał złapać Żimmiego zaraz za drzwiami, jak tylko skończy się lekcja, lecz Żimmy wyszedł jako pierwszy i natychmiast gdzieś zniknął. To go rozwścieczyło. Skoro nie mógł iść prosto do źródła, postanowił poszukać wyjaśnienia gdzie indziej.
Pierwszy nawinął się Kerell. Arto złapał go za rękę gdy tylko minął drzwi sali i odciągnął daleko na bok, gdzie brutalnie przygwoździł do ściany. Od drugiej klasy nie uderzył nikogo z grupy, poza Żimmym, lecz teraz nie odpowiadał za siebie. Dotąd nie było w grupie tajemnic. Oni to zmienili.
Był wściekły, a Kerell wystraszony. Uciekał od jego wzroku, patrzył gdzieś w bok i wyglądał na winnego. Coś było bardzo nie tak. Zaczął przeczuwać co.
- Dlaczego Nowy był wczoraj sam? – warknął – Nie jestem ślepy! Wytłumacz się, albo...
Przycisnął go mocno. Kerell jęknął.
- Żimmy zabronił...
- On zabronił? Od kiedy nie jestem już kapitanem? Czyje rozkazy są ważniejsze? Jemu też się dostanie. Wykręcaj się dalej, to do niego dołączysz.
- Powiem wszystko, tylko mnie puść.
Puścił go bez słowa. Kerell spojrzał na niego spode łba i przełknął ślinę.
- Było ich trzech – zaczął – Anhelo i dwóch innych starszaków. Zaskoczyli nas w korytarzu. Powiedział że chce Nowego, a my mamy spadać, bo... My... Nie wiedziałem co robić! – wytłumaczył rozpaczliwie – Tu chodziło o Anhela, a nie o jakiegoś... – urwał – Gdy się zbliżył... Wiesz jaki jest, a wyglądał na rozzłoszczonego...
Nie popędzał go. Czekał aż Kerell sam ze wszystkim dojdzie do ładu.
- Gdyby już do czegoś doszło to pewnie, pewnie... Wtedy bym został. Ale... Żimmy się cofnął... Wiem, to nasza wina, moja tak samo jak i ich, ale przestraszyłem się, A... kapitanie, naprawdę się przestraszyłem. Żimmy jest starszy, silniejszy, a ustąpił, więc ja...
- Więc uciekliście, tak? – podsumował bez litości – Żimmy zwiał, a wy za nim.
Kerell przygryzł wargi. Spuścił oczy.
- Nie uciekliśmy, tylko... się wycofaliśmy...
Arto zatrząsł się ze złości. Oto dlaczego milczeli. Było im tak wstyd że nie mogli mu tego powiedzieć prosto w twarz, więc czekali jeden na drugiego, zaś Żimmy, główny sprawca zajścia, bał się mu o tym powiedzieć. Zawsze potrafił się przyznać do błędu, lecz tym razem... Żimmy, coś ty zrobił? Dałeś im przykład. Może by zostali, a może nie. Teraz już się tego nie dowiem. Teraz każdy zrobi to samo, będzie miał usprawiedliwienie że skoro Dziadek tak postąpił, skoro tak się zachował drugi pod względem siły wojownik w grupie, to nie będzie się musiał czuć winnym gdy też ucieknie. Będą się tego wstydzić, ale będą to robić i wierzyć że nic się nie stało. Kerell był niemal pewien że nie zrobił nic złego. Chciałby zapomnieć, zagrzebać wszystko w pamięci i nigdy do tego nie wracać. To nie resztki odpowiedzialności przywracały w nim poczucie winy, tylko stojący przed nim kapitan, który uważał inaczej.
- Wycofaliście się? Zostawiliście Nowego, bojąc się o własne jaja! – Kerell skulił się i jeszcze bardziej spuścił głowę – Nędzne tchórze!
- Nie mieliśmy szansy! – Kerell rozpaczliwie uczepił się ostatniego usprawiedliwienia – Jak moglibyśmy się obronić? Musieliśmy to zrobić! Przepraszam, kapitanie, zawiodłem, ale...
- Nie zaczekaliście aż Anhelo z nim skończy – przerwał pogardliwie – Odeszliście, nie oglądając się za siebie. Mogliście powiedzieć mi co się stało, ale za bardzo się tego wstydzicie by chociaż o tym myśleć!
Nie liczył na odpowiedź. Kerell nie był w stanie jej wydusić. Milczał milczeniem winowajcy, zawstydzony przed samym sobą jeszcze bardziej niż przed swoim kapitanem. Arto nie czuł nic poza pogardą. Dopiero wam pokażę, co to znaczy wstyd. Nie możecie lekceważyć rozkazów tylko dlatego że się boicie. Nie po to narażam się w rozmowach ze starszakami by wam się żyło wygodnie. Gdy wy musicie coś zrobić, wtedy zaraz uciekacie.
Zrobiło mu się niedobrze na sam widok Kerella. Odwrócił się i odszedł. Gdyby nie potrzebował jego umiejętności, na pewno by go pobił, już tylko po to by pokazać jak czuł się Nowy. Musiał to skończyć nim to zarazi innych, a będzie zarażać jak długo pozostanie w grupie choć jeden wojownik który by nie zwiał ze zjeżonym ogonem na sam widok Anhela. Jednak czuł że Nowy już nigdy nie poczuje się bezpiecznie, nawet gdy cała grupa będzie mu towarzyszyć. Gwiezdna Flara na nic mu się nie przyda, to była prywatna sprawa grupy. Zasada była prosta – jeśli ktoś ma kłopoty, musi odejść z grupy. Arto świadomie ją łamał.
Obrona nie jest ważna, uznał, jak długo mrówki będą w porę ostrzegać Nowego przed Anhelem. Lecz jeśli one także zaczną się bać... Jeśli choć raz okaże wyrozumiałość tchórzom, cały system otchłań weźmie. Co Żimmy sobie myślał? Dlaczego Nowy milczał?
W całej sprawie tylko on jeden zachował się jak prawdziwy wojownik.
Siatka mrówek działała w obie strony. Jego mali szpiedzy stale śledzili Anhela, lecz z równą skutecznością pomogli odnaleźć Nowego. Znowu zaczął się włóczyć z dala od grupy. Czy do reszty stracił rozum? Na szczęście Anhelo go nie dopadł. Nowy szedł przed siebie, sam, ze spuszczoną głową, nie wiedząc nic o dwójce kręcących się kilkanaście metrów dalej znajomych dwojakach. Bezceremonialnie złapał go i odciągnął na bok.
- Dlaczego nic nie mówiłeś? – spytał bez ogródek – Dlaczego kryjesz tych tchórzy?
- A o czym miałem mówić? – twarz Nowego pozostała bez wyrazu – Nie mieliśmy szans. Oni nie mieli – poprawił się – Gdyby mnie bronili...
- Kłamiesz.
- Nie kłamię! Widziałeś co ze mną zrobili. Chciałbyś by reszta wyglądała tak samo? Może wtedy... ale dzisiaj... Wolałem już aby tylko mnie to spotkało.
- Następny raz Anhelo by wiedział że się nie poddamy. Gdyby spróbował tego w pojedynkę to dostałby takie lanie że trafiłby do innej galaktyki!
- Wtedy by mnie ścigał by się zemścić!
- Chcesz dać się bić? W czym byłoby to gorsze od tego co robi ci teraz? Obiecałem ci pomoc, ale jeśli ty sam...
Nowy spojrzał na niego twardo i zacisnął pięści.
- Ja nie potrafię zasłaniać się innymi, jak wy! Jesteś ludzką maszyną, jak ci z akademii! A gdyby Anhelo kogoś zabił, przeze mnie?
- To głupota! Anhelo się nie odważy, nie przy świadkach, nie...
Oczy Nowego rozbłysły nienawiścią i rozpaczą.
- To ty nic nie rozumiesz! Tak, zdradzili mnie, ale postąpili słusznie! Dla nich liczy się grupa, nie ja. Nienawidzę ich za to że mnie zostawili, ale mieli rację, nawet ja to widzę, Arto, nawet ja! Wysyłasz swoich chłopców by mnie bronili, choć wiesz że nie mają szansy! – wykrzyczał ostatnie zdanie i uciekł.
Stał, zdumiony. Nie zwracał uwagi na wzbudzone rozmową zainteresowanie, na rzucane w jego stronę spojrzenia. Nie próbował go gonić. Nie rozumiał Nowego. Mógł udawać że wie co myśli, ale to było kłamstwo. Nowy czasami mówił do rzeczy, rozumiał wiele bez tłumaczenia, lecz czasami, jak teraz, zachowywał się niczym zwykły pierwszak. On jest pierwszakiem, pomyślał, nie zna szkoły. Dlaczego nie ufa tym co ją znają? Jest chory, a może zwariował? Może od tego bicia w głowę rzeczywiście coś mu się stało? Łączyli się w grupy dla obrony, a on od nich uciekał. Chciał zostać samobójcą, tylko w bardziej pokręcony sposób? Czy chce skończyć jak Herry?
Złapał się na tym że choć wciąż myślał o Nowym, jakaś część jego umysłu analizowała kolejne możliwe posunięcia. Nowy miał rację. Mówił o zabijaniu jakby nie liczyła się sama śmierć, lecz to czy dorośli będą mogli odkryć prawdę. Uświadomił sobie że zawsze tak myśli, choć ta selekcja odbywała się odruchowo, jak cios pięścią, czy kopnięcie. Nigdy nie myślał o tym jak ustawić palce, jak zgiąć mięśnie. Wyćwiczył się do tego stopnia że to robiło się samo. Czy tak samo stało się z jego myśleniem? Nawet w domu... Czy to mnie zdradzi? Czy mówiąc o tamtym nie zwrócę na siebie uwagi? I aż dotąd nie zdawał sobie sprawy że to robi, choć wydawało mu się to równie naturalne jak oddychanie. Czy potrafił myśleć, czy tylko oceniać, analizować, obserwować i badać? Czy potrafił...
Nowy spytał go o to, ponad tydzień temu. Czy się czasami bawią razem. Odpowiedział że trenują. Tak rozumiał wspólną zabawę, choć kiedyś, przed szkołą, było inaczej. Był taki plac zabaw, specjalnie dla nich. Kiedy tam był po raz ostatni? Czy potrafiłby tam trafić z pamięci? Czy wie co to jest normalne dzieciństwo?
Myśl pojawiła się sama i sama odeszła. Ale ślad pozostał.
*
Nie dał za wygraną. Na którejś z kolejnych przerw zdołał dopaść Żimmiego. Unikał jego wzroku, więc zagrodził mu drogę.
- Potrafisz się wytłumaczyć? – spytał spokojnie, choć spokojny nie był.
Żimmy spróbował go wyminąć, lecz mu na to nie pozwolił. Wtedy spróbował się odwrócić. Arto złapał go za ramię i choć Żimmy był wyższy od niego, odwrócił do siebie. Żimmy wyszarpnął się, lecz nie odszedł. Spojrzał mu w twarz, lecz nie w oczy, tylko gdzieś pomiędzy nie, gdzieś obok.
- Wiedziałeś że to się nie da ukryć. Na zarazę, spójrz mi w oczy! – rozkazał – Chcę zobaczyć co sobie wtedy myślałeś. Zachowałeś się jak karaluch!
Żimmy spojrzał mu w oczy. Nie było w nich tego co widział u Kerella, żadnego wyrzutu czy wstydu, jedynie gniew i chłód, złość na siebie i poczucie winy.
- Myślisz że o tym nie wiem? – spytał – Że nie czuję się jak tchórz? Ale co moglibyśmy zrobić? Co ty zrobiłbyś na moim miejscu? Źle zrobiłem, ale musiałem, dla dobra grupy. Nie mamy już protektoratu, kapitanie, a w walce stracilibyśmy kilku najlepszych wojowników i to bez szansy na zwycięstwo. To mnie nie usprawiedliwia, ale znasz zasady. W pewnych sytuacjach trzeba... ustąpić. Dla grupy.
Nie zwrócił się do niego po imieniu. Coś się zmieniło. Już nie byli towarzyszami.
- Nie wierzę, Żimmy – Arto zacisnął pięści – Nie wierzę że o tym wtedy myślałeś! Może o strachu, ale nie o grupie. To nie była pewna sytuacja. Tu chodzi o Nowego!
Dobrze że Nowego nie było w pobliżu. Rozmowa, nie, nie rozmowa – kłótnia – schodziła na jego temat. Dookoła zebrali się wojownicy, w większości z jego grupy, ale nie tylko. Nie dbał o to. Jeśli będzie musiał, upokorzy Żimmiego choćby i przed pierwszakami.
- Mieliśmy rzucić się z pięściami na Anhela i jego ochroniarzy? Nawet dziesiątaki zostawiają go w spokoju!
- Mogłeś chociaż spróbować! Powiedz mi, jak wyglądał Nowy gdy go zostawialiście? Czy był szczęśliwy? – spytał z całym gniewem jaki w nim tkwił, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby – Widziałeś w jego oczach wyrok, jaki na niego wydałeś?
Żimmy zniósł jego spojrzenie, choć musiało go to kosztować wiele wysiłku. Za to co mówił, i jak mówił, miał wielką ochotę uderzyć go, przewrócić na podłogę i zbić tak mocno by poczuł to samo co Nowy, lecz dałoby mu to ledwie chwilowe uciszenie gniewu, ulotną satysfakcję z wymierzonej kary. To nie rozwiąże problemu.
- Nigdy się tak nie zachowywałeś – powiedział cicho Żimmy – Ale ja też nie. Widziałem twarz Anhela. To coś poważnego. To była najgorsza rzecz jaką zrobiłem, ale gdybym musiał, zrobiłbym to samo. Ja...
- Dlaczego? – powiedział głośno, nie dbając ilu uczniów to usłyszy – Anhelo to szczurzy dupek! Zwykły szczur...
Żimmy odwrócił wzrok. Arto poczuł przypływ zdumienia. Co się działo z Żimmym?
- Anhelo to morderca, a ja chcę żyć.
Dookoła rozległy się głosy przytakujące jego słowom. Niemal wszyscy kiwali głowami. Dert nie, Żo nie, podobnie paru innych chłopców. Oni stali i milczeli. Nie zgadzali się z Żimmym, ale nie byli też po stronie kapitana. Nie wiedzieli co o tym myśleć. Czy tylko na tym im zależało, nie być na miejscu Nowego? Tak bardzo bali się Anhela że nie rozumieli iż tak daleko się nie posunie? Nie miał aż tyle władzy!
- A nie zastanawiałeś się nad Nowym? Co jeśli to jego ciało znajdą dorośli w przystani?
- Lepiej jego, niż moje – Żimmy znowu na niego spojrzał. Tym razem oskarżał – Podziwiałem cię za to że byłeś twardy, że grupa była dla ciebie najważniejsza. Myślałem że jak cię pobiję to sam będę wami dowodził, ale to nic by nie dało. Grupa była silna tylko dzięki tobie, a teraz pozwalasz by wszystko się rozleciało, przez jakiegoś nowego! – rozłożył bezradnie ręce – Kogo on obchodzi?
To już nie była kłótnia, lecz pojedynek. Jeszcze nie na pięści, lecz poczuł że to już kwestia czasu. Mógł to tylko opóźnić. Miał rację, coś się zmieniło, choć tylko dla niego. Wiedział jedno – Żimmy się myli.
- Mnie obchodzi – powiedział – I jego rodziców. Jego siostrę – rozejrzał się po grupie –Nowy jest wart więcej niż niejeden z was! Nie chce byście go bronili bo nie chce nas osłabiać! Wy na jego miejscu przylecielibyście do mnie, błagając o pomoc – wielu opuściło głowy – On nie. Tydzień minął zanim się dowiedziałem co się dzieje, i to nie od niego.
- Gdybym wiedział że to zakończy sprawę, dałbym sobie za niego złamać rękę – odpowiedział Żimmy ¬¬– Ale to nic nie da! Stałbym się słaby, a Anhelo i tak by wrócił. Nie rozumiesz? To Nowy. Jest nikim! Chciał walczyć, nim Anhelo to w nim zabił, ale o szkole nie wie nic.
- Nie miał czasu się nauczyć! My mieliśmy pięć lat, ty sześć. On tylko...
- Nigdy się nie nauczy jak tu przetrwać! – głos Żimmiego nabrał pewności – Tak, widziałem jak na mnie patrzył. To było spojrzenie beksy! On tu nie pasuje, jest za miękki. Arto, Nowy już jest martwy. Niewiele brakuje aby zaczął płakać na sam widok Anhela. Czy dla kogoś takiego chcesz wszystko poświęcić? Naszą przyjaźń?
- Gdybyśmy naprawdę byli przyjaciółmi zrozumiałbyś dlaczego musimy pomóc Nowemu! Wierzył w grupę, ale my... Wy go zostawiliście!
- Taka jest szkoła. Jesteśmy silni, lecz nie będzie tak długo, gdy poświęcisz naszą siłę by ratować Nowego! Musimy go zostawić!
Żimmy mówił o grupie jakby już była jego. Zapamiętał to, zapamiętał że najlepszy sposób by kogoś zniszczyć, to powiedzieć że go podziwia, by zaraz potem wytknąć mu błędy. Tylko to ostatnie pozostaje w pamięci.
- Pamiętasz co zrobiłeś ze skanerem? – spytał – Żimmy, nie zawsze to co robisz jest słuszne.
- To nie to samo! Nie porównuj tego do Nowego!
Arto uznał że pozostała mu do zagrania już tylko jedna możliwość.
- Wyzywasz mnie? – Żimmy spuścił głowę. Był wyższy, ale wiedział że Arto wciąż jest silniejszy, zwłaszcza teraz, gniewem – Jeśli nie, to będzie jak ja mówię!
- Jak sobie chcesz, ale ja nie będę podkładał się za Nowego. Wybierz sobie kogoś innego.
- Uważacie tak samo? – Arto odwrócił się – Nikt poza mną nie stanie po stronie Nowego?
Po twarzach swoich wojowników widział że ma rację, że nikt go nie poprze, choć nikt nie odważy się powiedzieć tego na głos. Kogo miałby wybrać do pomocy? Aż do dzisiaj myślał że są mu wierni. Dziś okazało się że nie są warci swoich imion. Już nigdy nie będzie w stanie im zaufać. Gdyby to była inna grupa, byłby skończony. Siłą nie utrzymałby dowództwa. Jeśli teraz zwrócą się razem przeciwko niemu, zniszczą wszystko czego dokonał, razem z nim. Czyżby przez tyle lat za bardzo wierzył w grupę? To przed tym ostrzegały sny. One widziały wszystko wyraźniej. Nie miały złudzeń.
Zapamiętał tę garstkę która wciąż zdawała się pozostawać przy nim. Poza Dertem i Alszą byli to głównie słabsi wojownicy. Większość z tych naprawdę silnych zgadzała się z Żimmym, nawet jajcogłowi, choć najlepiej wiedzieli jak to jest być w skórze Nowego.
- Więc dobrze. Dert, Alsza, pilnujcie mrówek. Mają dalej uważać na Anhela. Włącz do siatki 2b, daj im jakieś mniejsze zadanie. Potrzebuję każdej pary oczu jaką możemy znaleźć. Sam będę pilnował Nowego, skoro z was wyłażą takie karaluchy!
W przypływie ogromnego gniewu minął Żimmiego, brutalnie rozepchnął na bok zagradzający mu drogę tłumek i odszedł. Nie mógł na nich patrzeć. Co się z nimi stało? Czy to on, czy oni? A może to szkoła, może... sam już nie wiedział. Nie zamierzał zostawiać Nowego, nawet jeśli rozwali to całą grupę. Nie będzie karać go za to że starał się wytrzymać, lecz nie dał rady, bo nie był dość silny.
Słyszał jak w ślad za nim ruszyło kilku chłopców, lecz nawet z nimi nie chciał teraz rozmawiać. Wiedział co by mówili i nie chciał tego. Nie musiał się odwracać by wiedzieć którzy za nim poszli. Dert, Alsza, Prat, Cyras i Fasis. Może jeszcze Basakis, ale jego nie był pewien. Nie odwrócił się by to sprawdzić. Nawet jeśli nie było ich wielu, poczuł ulgę że nie wszyscy są tacy jak Żimmy i reszta. Czy groził im rozłam? Jeśli tak, byłby to najkrótszy rozłam grupy w całej historii szkoły.
Dlaczego bronił Nowego? Żimmy miał rację, był słabym nitem w grupie. Szkodzę grupie, powtarzał sobie, lecz czuł że postępuje słusznie i że Dael byłby z niego dumny. Tylko dlaczego czuł się jakby sam siebie oszukiwał? Może nie chodziło o Nowego, tylko o to że nie potrafił nikogo wykluczyć z grup, bo choć na zewnątrz był twardy, to w środku na zawsze pozostał miękki jak pierwszak? Czy dlatego uparcie bronił sprawy, której nie mógł wygrać?
* * *
Tego wieczora zabrał się za swoją zbroję. Nie mógł pozwolić by dłużej krępowała jego ruchy. Nie był w stanie przewidzieć czy i kiedy okaże się że jej potrzebuje.
Zaczekał do chwili gdy rodzice zasnęli. Zapalił światło, ustawiając je na bladą poświatę pod sufitem. Wyciągnął z ukrycia zbroję, parę prostych, gładkich i twardych drutów oraz szpulę z włóknem konstrukcyjnym. Wprawnymi ruchami odszukał szwy i rozplótł je.
Pracował szybko i sprawnie. Końcówki drutów trafiały dokładnie w oczka splotów. Elastyczne włókno łatwo poddawało się ruchom. Dorobienie dodatkowych ściegów zajęło mu kilkanaście minut. Złożył całość i sprawdził jak leży. Pasowała niemal idealnie, wystarczyło poprawić w kilku miejscach.
Włókno było mocne, a oczka bardzo drobne. Teoretycznie, zbroja powinna powstrzymać każde uderzenie, nawet pchnięcie nożem. Nie dawała żadnej ochrony przed karabinem plazmowym, czy nawet przestarzałym laserem, lecz nie przeciwko nim chciał się chronić. Schował wszystko, zgasił światło i poszedł spać.
Jak zawsze, pracował w ogromnym napięciu. Czasami rodzice wstawali w zaciemnienie i wtedy czuł jak serce podchodzi mu do gardła. Myślał, że skoro było już po wszystkim, napięcie ustąpi, lecz nie dane mu było wypocząć.
Tego zaciemnienia znowu miał koszmary. Dwa. Lecz tym razem zaczynały się i kończyły w szkole i tym razem nie tylko on był ścigany. Obok niego zawsze biegł Nowy. Żimmy zawsze łapał go pierwszego, potem dopadali go inni, a on musiał patrzeć co z nim robią zanim, na koniec, dobierali się do niego.
Osamotnieni
Wilan przyszedł do Rikada bez zaproszenia. Gdyby mógł, trzasnąłby drzwiami, lecz trudno trzasnąć czymś co samo odsuwa się na bok gdy tylko się zbliży. Znów zabrakło elementów do montażu. Tym razem poszukiwania materiałowca zajęły Wilanowi znacznie więcej czasu. Długo chodził po stoczni, tylko po to by się dowiedzieć że traci czas.
Rikad był w środku, zajęty jak zawsze. Gdy Wilan wszedł, cofnął się w swoim fotelu, opierając o oparcie.
- Zwolniłeś Hemula! – Wilan oskarżył go już od progu – Dlaczego? Dlaczego ja nic o tym nie wiem? Zaraza i czarne dziury, przecież to ja odpowiadam za cały zespół!
- Musiałem – szef odpowiedział chłodno – Nie moja wina. Był najbardziej widocznym słabym ogniwem zespołu i jedyną osobą przeciwko której postawiono oskarżenie.
- Oskarżenie? – Wilan szedł już w stronę biurka, lecz na te słowa stanął jak wryty.
- Korpus obwinił go za niedopatrzenie które umożliwiło podłożenie bomby.
O tym Wilan nie wiedział. Nic dziwnego że pod koniec Hemul był bardziej rozkojarzony niż zwykle. Dlaczego nic nie mówił? Mogliby mu pomóc!
- Przecież to śmieszne! Nie czepiali się mnie? Ochrona oskarżyła mnie, przy świadkach, o jej podłożenie! – podniósł głos – Mnie! Tylko dlatego że ją znalazłem!
- Korpus to nie Ochrona – spokojnie odparł Rikad – Oni nie są paranoikami. Nie w takim stopniu. Musiałem coś zrobić by skończyć te podejrzenia. To nie było dobre dla stoczni.
- Dlaczego Hemul? Dlaczego akurat teraz? Nie czepiali się go, gdy narzędzia znikały z magazynu!
Rikad westchnął. Spoważniał.
- To ich wymówka, Wil. Centrala zażądała ode mnie czyjejś głowy. Korpus Ochrony znalazł przeciwko niemu jakieś dowody. Nie wiem czy prawdziwe, czy nie. Sądzę że człowiek na jego stanowisku mógł popełnić dość błędów by go z niego wysadzić. Nie mogłem temu zapobiec. Mogłem albo czekać na koniec procesu, który kosmos jeden wie czym by się skończył, albo go zwolnić i zakończyć całą sprawę.
Wilan stanął przed biurkiem i spojrzał na szefa.
- A jeśli by go uniewinniono? – uderzył dłonią w blat – To zakończy proces w sprawie zaniedbania, ale to tak jak gdyby został skazany! Nigdzie nie znajdzie pracy, nigdy!
- Nie miałem wyjścia. Takie dostałem polecenie.
- Polecenie? Dlaczego od razu nie powiesz że musiałeś wybierać między nim a sobą?
- A także między nim a kimś z was – Rikad osunął się w dół na fotelu – Ktoś musiał odejść. Miałem wyrzucić kogoś lepszego i czekać na koniec procesu? To zaszkodziłoby wam wszystkim. Straciłbym dwóch ludzi. Co ty byś zrobił, na moim miejscu?
Postąpiłbym tak samo, pomyślał, tym bardziej że Hemul był częściowo winny. Rikad starał się siedzieć spokojnie, lecz Wilan znał go dość by widzieć że wewnątrz cały wrze niczym słoneczna powierzchnia. Nikt nie lubił gdy ktoś obcy wchodził w jego kompetencje.
Pokręcił głową i bez słowa ruszył do wyjścia. Drzwi otworzyły się. Już miał przez nie przejść, gdy zatrzymał się i odwrócił do Rikada.
- Jak nadrobimy zaległości? – spytał, patrząc gdzieś obok – Hemul był naszym jedynym materiałowcem. Odwalał pracę za dwóch, dlatego był zbyt zmęczony by zajmować się magazynem! Kto zajmie jego miejsce?
- Doślą nam kilka nowych automatów do syntez i trochę gotowych elementów – wypowiedzenie tych słów w spokoju musiało wiele kosztować jego przełożonego – Dość by skończyć statek. Potem znajdą kogoś nowego. A teraz bądź tak uprzejmy i wynoś się stąd do dziesiątej otchłani, zanim wywalę stąd kogoś jeszcze! Mam dość własnych win by wysłuchiwać ich od ciebie!
Nawet Rikad nie wytrzymał. Z błyskiem gniewu wskazał drzwi. Ktoś musiał na niego naciskać. Sprawa musiała być poważniejsza niż ktokolwiek sądził. Wilan wyszedł.
Niewiele mógł zrobić. Nie miał się do kogo odwołać. Nie zajmował się decyzjami personalnymi, lecz organizowaniem zespołu, plus własną pracą. Jedyne co mógł to wrócić do swoich zajęć i liczyć że z czasem coś się wyjaśni.
Jechał na jednym z transporterów, rozważając jak w nowej sytuacji zorganizować dostawy materiału, gdy dostrzegł niedługi rządek zdalnych pojazdów, niezależnych od zewnętrznej poduszki magnetycznej. Nie zwróciłby na nie większej uwagi – po stoczni kręciły się dziesiątki takich maszyn – gdyby nie ich ładunek, z pozoru równie zwyczajny – świeżo wydobyta, ledwie ostygła skała z wnętrza gwiazdolotu.
Korytarze i pomieszczenia wytapiano w kosmosie, w próżni. Tam najłatwiej było pozbyć się zbędnego materiału i przetopić świeżo odsłoniętą powierzchnię. Wtedy otwory przyszłych bocznych śluz, teraz zaczopowane na czas przelotu, były wciąż otwarte. Kto mógł wytapiać całe metry sześcienne skały właśnie teraz, miesiące po doczepieniu kadłuba, gdy odlot jest tak blisko?
Zeskoczył na podłogę. Wywołał projekt na podręcznej konsoli. Szybko odnalazł modyfikację – ktoś zdecydował o zwiększeniu przestrzeni ładunkowej. Przestrzeń ładunkowa na statku zwiadowczym? Absurdalne! Hodowle glonowe i zamknięty obieg pierwiastków biogennych zapewniał załodze żywność na dowolnie długi czas, jeśli tylko w zbiornikach paliwowych było dość wody by podtrzymać fuzję w choć jednym z pary reaktorów. Produkcja żywności w takim układzie wymagała jedynie energii, zaś energią była woda. Jeśli to była próba zwiększenia zasięgu jednostki, była zupełnie chybiona. To zbiorniki paliwowe należało powiększyć, a nie przestrzeń dostępną dla astronautów. Przestrzeni na aparaturę było aż nadto – przepisy już teraz nakazywały wycinanie pomieszczeń na wyrost, na wypadek pojawienia się nowych, przestrzeniożernych technologii. Nie było żadnej logicznej ani technicznej przesłanki by ponadplanowo powiększać przestrzeń pokładów, tym bardziej że mogło to kolidować z projektem, osłabić pancerz ochronny, jakim były setki metrów skały. Powłoki swoją drogą, napęd swoją, ale ten kolejny błąd był zbyt dziwaczny. Przypadek?
Biurokratyczna machina stoczni nie dostrzegała takich zmian, a już na pewno nie była w stanie ich analizować. On mógł. Opanowało go dziwne uczucie bycia pośród zdarzeń, których nie rozumiał. Ostatni raz czuł się tak na studiach, podczas jednej z demonstracji, tej samej na którą namówili go mieszkający dziś na Arakin znajomi z roku. Chciał im pomóc, chciał zniesienia świeżo wprowadzonego zakazu studiowania dla Zewnętrzniaków, lecz pośród chaosu zamieszek i rozpędzanego tłumu poznał Ene – i wszystko przestało być ważne.
Teraz to uczucie powróciło. Przeróbka wiązała się z wywózką materiału – kierował nią niedawno zwolniony Hemul... Nie było innego wytłumaczenia – ktoś miał własne plany wobec jego statku i być może to dla niego była przeznaczona bomba.
Pierwszym uczuciem był strach. Minął gdy zrozumiał iż tej tajemniczej osobie, lub grupie osób, także zależało na utrzymaniu sekretu. Ich cele zdawały się zbieżne; nie były przeszkodą w jego planach i nic nie zapowiadało by to miało się zmienić – do czasu. Czy oba plany mogły sobie przeszkadzać? Nawet jeśli tak, Wilan nie zamierzał pozwolić wyrzucić się z interesu. Prawdziwa walka – jeśli będzie – zacznie się gdy statek będzie na ukończeniu.
* * * * *
Iwen przestał chodzić na treningi. Nie wierzył już w grupę. Czuł się przez nich skazany. Większość wodziła za nim ponurym wzrokiem, więc starał się ich unikać. Nie rozumiał dlaczego uważają go za jedynego winnego. To nie on ich zdradził. Gdy Uber został zaatakowany, stanął w jego obronie, choć wiedział że nie ma szans. Oni nie chcieli, albo nie potrafili zrobić tego samego.
Zamiast pójść prosto do domu zaczął włóczyć się po stacji, nie wiedział po co. Zrozumiał dlaczego dzieci w szkole rzadko się bawiły, a jeśli już, ich zabawy były tak okrutne. Ciężko się bawić, gdy nie wie kto i kiedy... Był bliski opowiedzenia wszystkiego rodzicom, lecz bał się jak zareagują. Pomysły Arto wydawały się sprawdzać, lecz na jak długo...?
Późna godzina zmusiła go do powrotu. Już pod drzwiami poczuł że coś się dzieje. Wejście nie było zabezpieczone. Żaden z ich sąsiadów nie zostawiał drzwi otwartych, tak samo oni. Wszedł. Po domu kręciło się dwóch Kosiarzy. Spojrzeli na niego obojętnie. Choć był wystraszony, odpowiedział takim samym spojrzeniem. Rossie stała oparta obok otwartych drzwi do jej pokoju. Ich spojrzenia się spotkały. Ros milczała, lecz nie kryła swojej nienawiści. Tak samo ojciec i matka, wykłócający się z przybyszami. Oni nie milczeli.
Idąc w stronę Ros Iwen poczuł biegnący wzdłuż kręgosłupa dreszcz niepokoju. Przestraszył się że przyszli po niego, że zauważyli coś swoimi perceptorami lub Ros się zdradziła i być może zechcą go przesłuchiwać. Lecz to nie o niego chodziło.
- Nie oskarżamy nikogo, panie Norrenson – jeden z Kosiarzy wyjaśniał coś beznamiętnym głosem – Sprawdzamy każdego kto miał możliwości.
- Ponad sto osób – spokojnie zauważył ojciec – Każdego tak nachodzicie? Tego zwolnionego pracownika też tak męczyliście? Na nagły rozbłysk, ile to już rozjaśnień? Mam uwierzyć że dopiero teraz sobie o tym przypomnieliście? Ale każdy pretekst jest dobry, prawda?
Spokój ojca był wręcz dziwny, zważywszy na okoliczności. Zwykle nie klął, lecz w takich sytuacjach często nie mógł się powstrzymać. Nie znosił gdy tacy ludzie wpychali się do domu i nigdy tego nie ukrywał, lecz teraz coś go powstrzymywało. Iwen też ich nie lubił. Czuł że powinien ich nienawidzić, jak inni na stacji, jak nienawidził ich Arto. Jeszcze nie wiedział za co, lecz nie wątpił że były ku temu dobre powody i Arto je rozumiał.
Kosiarze spojrzeli po sobie, potem znacząco spojrzeli na niego i Ros. Ojciec znowu miał kłopoty. Przerażali go, choć nie wiedział czego chcą i czego patrzyli się właśnie na nich.
- O co chodzi? – szepnął do siostry, gdy odwrócili wzrok – Co oni tu robią?
- Te kanalie? – Rossie odparła równie cicho, lecz wyraźnie nie dbała czy ją usłyszą. Kiwnęła pogardliwie głową w ich stronę – Jakiś kopalniany idiota podłożył w stoczni bombę, więc przyszli do nas. Wiesz dlaczego.
Wiedział. To się nigdy nie skończy, pomyślał, nigdy. Tacy jak oni nie dadzą im spokoju, nigdy nie zapomną, nieważne co.
- Często używa pan zagłuszacza – jeden z Kosiarzy spojrzał na coś w ręce.
Używali go odkąd przybyli na stację. Aparaty do zakłócania pracy elektroniki w obrębie własnego mieszkania były powszechne. Gwarantowało to jedno ze Starych Praw o prywatności i swobodzie, powstałe w czasach gdy elektronika stała się zbyt powszechna by nad nią zapanować. Zagłuszanie było legalne, jak długo nie kolidowało z funkcjonowaniem podstawowego wyposażenia stacji, lecz działało także na sygnał pluskiew. Prawo zaliczało je do takiego wyposażenia, więc gdy zakłócenia trwały zbyt długo, w domu pojawiali się ludzie z Urzędu. Twierdzili że on i Ros znikają z systemu, a to jest nielegalne. Iwen nie był głupi. Wiedział że nie o to im chodziło. Za każdym razem byli w domu, a mimo to tamci wciąż przychodzili. Nie rozglądali się za nimi. Rozglądali się zbyt czujnie, niemal tak jak Arto. Prawo zabraniało im tak po prostu wchodzić do mieszkania, więc wykorzystywali wymówkę by zobaczyć dlaczego włączono zakłócanie.
Z początku ojciec włączał je nawet wtedy gdy nie było to potrzebne. Czasem nachodziła go ochota by zrobić tamtym na złość. Potem śmiali się z nich, nawet Iwen. Nie rozumiał co się stało, lecz bawiła go tłumiona wściekłość z jaką odchodzili, niczego nie znalazłszy. Tyle że z czasem przestało to być zabawne, a zaczęło być groźne. Tamci przestali się wściekać, a zaczęli gapić.
- Widocznie nie dość często – ojciec obdarzył ich chłodnym, wiele mówiącym spojrzeniem – Prawo tego nie zabrania. Ten wykręt robi się nudny. Znajdźcie sobie lepszy.
- Oskarżacie nas o coś? – matka bynajmniej nie była spokojna. Była wściekła – Jeśli nie macie nakazu to sugerowałabym się stąd natychmiast wynieść! – wskazała drzwi – Na przyszłość radzę uważać na to co robicie. Mój ojciec takich jak wy zjada na śniadanie!
Ojciec uspokajająco położył dłoń na jej ramieniu.
- Śledzicie mnie. Dobrze wiecie że nic nie zrobiłem. Nie byłbym w stanie, nawet gdybym chciał. Skończcie tę grę, pokażcie mi nakaz i przeszukajcie całe mieszkanie. Macie jakiś?
- Nie tym razem – odpowiedział jeden z Kosiarzy – Przychodzimy na...
- Gdybyście mieli dobry powód, przyszlibyście przygotowani – oświadczyła matka, odrobinkę spokojniej – Nie macie, więc ładujecie się do nas pod byle pretekstem. Na dzisiaj proponuję się pożegnać, chyba że chcecie byśmy złożyli zażalenie o bezprawnych najściach. Kosmos mi świadkiem, dostaniecie je zaraz po tym gdy przyjdziecie do nas jeszcze jeden raz, bez dobrego usprawiedliwienia!
Kosiarze odwrócili się i wyszli. Matka pobiegła by zablokować drzwi. Ojciec dotknął panelu na stole, włączając zagłuszanie. Iwen i Ros obserwowali ich w milczeniu. Iwen czuł że rozumiała tyle samo co on – czyli nic.
- Nawet twój ojciec niewiele nam pomoże – powiedział do matki, wciąż dziwnie spokojnie.
- Nie będzie siedział z założonymi rękami – matka oparła się o zamknięte na głucho drzwi. Nieprędko dochodziła do siebie po takich wizytach – Choćby dla własnego dobra. Jeśli coś się stanie, poruszy cały kosmos...
- Twój wspaniały ojciec nie kiwnie palcem, gdy będą ciebie ćwiartować! Sprzedał cię mi, pamiętasz? Każdy jeden impuls na jego koncie jest mu wart więcej niż my – ojciec oparł się o stół, podpierając rękoma o blat – Nie dają mi wyboru. Muszę to powynosić zanim wrócą z nakazem.
- Może tego oczekują. Chcą nas wystraszyć, wywabić, by... – matka urwała.
Dobrze im idzie, pomyślał Iwen, czując wilgoć koszulki pod strojem kompensacyjnym.
- Z takimi łatwo sobie poradzę. Myślą że są sprytni, lecz są ledwie żałosną bandą amatorów, którym tylko się wydaje że coś potrafią. Zwykli żołnierze, choć pracują na stacji.
- Nie przejmuję się Korpusem. Do bomb wzywają Protektorów.
- Ktokolwiek to zrobił, dał im dobry pretekst – spojrzał na dzieci, jakby dopiero przypomniał sobie że słuchają – Wiem, te dranie są paskudne, ale nie macie się czego bać. Mogą wchodzić do naszego domu, lecz to wszystko co mogą nam zrobić.
Iwen kiwnął głową, uspokojony. Wierzył ojcu. To jak mówił o Kosie dodało mu pewności iż wie jak z nimi postępować. Rossie tak nie myślała. Mruknęła coś niezrozumiałego, po czym weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi na blokadę.
- Nie przejmuj się, Iw – usłyszał głos matki – Wszystko będzie dobrze.
Nie odpowiedział. Nie był pewien czy wszystko będzie dobrze. Teraz mówienie im o szkole byłoby niebezpieczne. Musiał sam się z nią uporać.
Godzinę później ojciec wyszedł z pokoju. Niósł ze sobą szczelnie zamkniętą, wielką i tajemniczą walizkę o grubych ściankach. W wolnej ręce trzymał garść małych przyrządów. Włożył je do kieszeni i wyszedł. Iwen nie wiedział kiedy wrócił, poza tym że gdy się obudził, ojciec jak co dzień szykował się do pracy.
* * * * *
Na stacji tę porę dnia jedynie z przyzwyczajenia nazywano „wieczorem”. Mówili tak głównie planetarianie. Czerwieniejące słońce chyliło się wprawdzie ku zachodowi, powoli opadając w stronę przełęczy między szczytami na drugim brzegu jeziora, otaczającego cypel podłogi, lecz wystarczyło kilka ruchów dłonią by rzucić je w górę, zamieniając porę dnia na południe, czy ranek. Chwilowo, na jego życzenie, pejzaż stworzył wrażenie zbieżne z prawdziwą porą dnia. Otoczone lasem i górami, pełne życia jezioro, w jakie zmieniły się trzy ściany, wraz z wznoszącym się w górę skalnym klifem, z tkwiącymi w nim drzwiami do wnętrza jaskini – jego domu – pozwalały, jak długo powstrzymywał się przed próbą dotknięcia powierzchni wody, odetchnąć przestrzenią, której nie mógłby zaznać ani tu, ani na Ziemi. Prawdziwe promienie słońca zajrzały do domu Wilana ledwie raz, gdy budowano stację. Nikt by się nie ucieszył gdyby kiedykolwiek miały zawitać tu ponownie – nikt nie ubrany w skafander, chroniący go przed próżnią kosmosu, czyhającą tylko na błąd człowieka, który pozwoliłby jej przywrócić panowanie na tym niewielkim, odebranym jej dawno temu skrawku przestrzeni. Niemniej, według domowego zegara, można było mówić o wieczorze – i mówił tak, choć od jedenastu lat żył w sztucznym świetle, oświetlającym sztuczne krajobrazy, nad powierzchnią realnej, choć na wpół martwej planety. Zegar wskazywał wieczorową porę, czuł się dość zmęczony jak na wieczór, zatem na tej stacji był wieczór. Nie jakiś tam początek zaciemnienia, jak czasem mówił Arto. Niewielu dorosłych przestawiało się na slang kosmosu.
Ten „wieczór” był decydujący. Nawet wiadomości, przewijające się na wiszącym w powietrzu obrazie domowego projektora, nie potrafiły przyciągnąć go na dłużej niż kilka minut. Z roztargnieniem obserwował sceny. Choć przekazywały nowości, tak naprawdę nie pokazywały niczego nowego. Protesty i strajki w jakiejś kolonii, awaria węzła, braki materiałowe, kolejny wypadek na którejś tam stacji, o tyle godny uwagi dziennikarskich sępów że liczba ofiar przekroczyła granicę na jaką się ustawiły media, więc można było o tym wspomnieć... Podziemie znów coś wysadziło, znów napadnięto na domy ludzi z rządu – a może na bogate rodziny właścicieli korporacji? To bez znaczenia. Rzadko kiedy takie akcje były czymś więcej niż kłopotem dla służb ochrony. I były jeszcze niekończące się negocjacje z rebeliantami na Absolomie, kolejna krótka, zdawkowa informacja o nasilających się niepokojach. Mówiono o tym już gdy chodził na studia, a o kolonii – od kiedy był dzieckiem. Aż dziw brał że Flota jeszcze jej nie spacyfikowała, lecz trzeba było lat by okręty dotarły do celu. Póki co, zarządzono blokadę systemu i zakaz przewozów. To, co zwykle.
Nawet wśród gwiazd nic się nie zmieniało. Najwyżej czasem i jedynie na gorsze.
Tylko jedna informacja przyciągnęła jego uwagę. Kolejny naukowiec od bioprzekształceń miał nowy pomysł na przemianę wypalonej powierzchni Merkurego w życiodajny ekosystem. Wprawdzie jeszcze bardziej pustynno-tropikalny niż na Wenus – tropikalny na biegunach – bo przy takiej ilości energii, jaka docierała na jego powierzchnię, nic więcej nie dałoby się osiągnąć, ale zdolny podtrzymać życie i atmosferę. Który to już raz, dwunasty, trzynasty? Za każdym razem zmieniano orbitę planety, by dopasować ją do nowego planu. Ile jeszcze surowców, energii, pracy, ile ofiar kolejnych wypadków poświęcą, nim dadzą sobie spokój? Czy było to warte przekształcenia tej niespełna dwumiliardowej kolonii z ledwie jedną stacją na piętnastomiliardową fabrykę? Kolejny przytułek dla ubogich pod otwartym niebem, jak Mars, Wenus i Ziemia? Ludzi i tak nie będzie tam więcej niż te piętnaście wstępnie oszacowanych miliardów. Tylko to nie zmieniało się w kolejnych projektach.
Szybko machnął na to ręką. Co go to obchodziło? Znowu nic z tego nie wyjdzie. Sam pomysł, nawet jeśli brzmiał na tyle sensownie by mówić o nim w mediach, nie oznaczał jeszcze aprobaty rządu.
Wrócił myślami do swojej pracy i do Burisa. Pracując razem, szybciej posuwali się do przodu. Miał więcej czasu, lepiej kontrolował zespół. Podnieśli wydajność, podgonili zaległości. Przyłączenie go do planu nie okazało się złym posunięciem, choć wciąż nieufnie patrzyli sobie na ręce. Nowe odkrycie, choć niepokojące, nie wpływało znacząco na przebieg prac. Lecz tego rozjaśnienia nadszedł czas pierwszej próby. Komory trafiły do magazynu. Jego plan wszedł w najbardziej ryzykowną fazę – zdobycia i zamontowania urządzenia o wiele bardziej skomplikowanego i zbyt dużego by go schować w torbie. Kończył się etap krycia po kątach, zaczynał się etap kłamstw. Jeśli miał się udać, plan musiał być wiarygodny od samego początku, bardziej niż tajemniczej konkurencji.
- Konsola, do mnie – zakomenderował. Poświata obok projekcji wiadomości zabłysła. Popłynęła w jego stronę, po drodze formując wirtualną konsolę. Wilan uaktywnił wyjście sieci i wybrał połączenie z magazynem. Połączenie przez uprzywilejowane łącze zabrało mu tyle czasu ile potrzebował go na nieśpieszne dotarcie do projektora. Konsola posłusznie podążyła jego śladem. Wyłączył kanał wiadomości i połączył się z magazynem stoczni.
Na projektorze pojawiła się czyjaś twarz.
- Tak? – głos magazyniera był tak uprzejmy na ile pozwalało mu urzędowe znudzenie.
- Wilan Waspers, główny nadzorca stoczni numer osiem – odczekał moment, aż konsola sczytała zdalnie dane z jego identyfikatora – Potrzebuję kompletu komór inercyjnych, do testów złącza i systemu WIR w kadłubie, numer gwiezdny rejestru siedemdziesiąt trzy – przesunął palcami po konsoli, prezentując odpowiednie dokumenty. Ruchem palca podświetlił wybrany fragment zamówienia – To standardowa procedura, zgodna z protokołem – dodał dla pewności, prawie natychmiast przeklinając się za to w myśli.
Magazynier przejrzał coś na swoim projektorze i ponownie zwrócił się w jego stronę.
- Tak, to jest zgodne z protokołem, ale rzadko praktykowane. Po co wam komory w stoczni? Wasza jednostka ich nie wymaga. To pusty kadłub...
Spodziewał się tego. Mieli pracować szybko i wydajnie. Nie powinno ich interesować do czego miała posłużyć ich praca.
- Muszę sprawdzić obciążenie sieci zasilającej komory. Od tego zależy...
- Nie przygotowujecie statku dla ludzi – zaprotestowała twarz na projektorze – Wysyłacie kadłub do stoczni na pograniczu. Tam będą instalować komory. Nie robimy im prezentów.
- Nie chcę ich instalować. Chcę sprawdzić sieć zasilającą i interfejs komputera. Mam pozwolić by stoczniowcy na Peryferiach rozpruwali kadłub bo nie mogliśmy wszystkiego sprawdzić na miejscu? Pusty czy nie, kadłub musi być odpowiedniej jakości.
- Dobrze, dobrze, rozumiem – odparł pojednawczo magazynier – Coś się znajdzie.
- Mam nadzieję że znajdzie się szybko. Jutro spotykają się technicy odpowiedzialni za sieci wewnętrzne. Może uda mi się ich ściągnąć pojutrze, ale nie później...
- Więc przyślemy... – magazynier coś sprawdził – tak, przyślemy jedną komorę. Akurat...
- Jedna to za mało! – powiedział ze złością. Nie musiał udawać oburzenia. Nie pozwoli by cały plan rozbił się o jednego biurokratę! – Jak mam sprawdzać sprzężenia między komorami z jedną tylko komorą? Równie dobrze możecie nie przysyłać żadnej!
- Rozumiem. Nie musi się pan tak unosić, dam tyle ile mam. Dwie komory, to wszystko...
Wilan odetchnął bardzo, bardzo głęboko.
- Sprawdzanie sprzężenia polega na kolejnym podłączaniu ze sobą komór – zaczął wyjaśniać, najspokojniej jak tylko potrafił – Mając dwie nie tylko nie będziemy w stanie obciążyć na raz wszystkich złączy, ale za każdym razem będziemy musieli rozłączać je i łączyć w nowej konfiguracji. To zajmie kilka dni i...
- Dwie i ani sztuki więcej, panie... Wilan – głos był stanowczy – To wszystko co mamy w magazynie. Dopiero co wyposażyliśmy jednostkę spod jedenastki. Następny wolny transport będzie za miesiąc, a według planu... – znowu coś szybko sprawdził – Tak, według planu wasza powinna być już wtedy odcumowana. Przykro mi, ale musicie sobie poradzić z dwiema. Może ograniczyć kontrolę do...
Wilan ledwo nad sobą zapanował. Na kosmos, wiedział że to będzie trudne, ale żeby aż tak? I po to bawił się z tym wszystkim, by teraz ocierać się o swoje kompetencje?
- Mam uwierzyć że na całej stacji nie ma ani jednej komory więcej? Jak w ogóle tu coś jeszcze działa, jak ta stocznia może pracować, jeśli... – zamilkł, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wszystkie inne komory idą prosto na okręt pod dwudziestką jedynką. Jego montaż ma się zakończyć w ciągu miesiąca. Sam pan to może sprawdzić, ma pan odpowiednie uprawnienia. Mają zapotrzebowanie na tysiąc, w trybie pilnym, do montażu, nie do testów. Te dwie są wolne tylko dlatego że są niekompatybilne z siecią lokalną powyżej stu jednostek terminali.
Miesiąc... Może zdążą, jeśli montaż kadłuba wydłuży się nieco ponad plan, z przyczyn technicznych, drobnych acz istotnych usterek których naprawa zajmie kilka dodatkowych dni... Jeśli się nie uda, będzie mógł pocałować pracę w stoczni na do widzenia.
- Niech będą dwie, trudno. A reaktory macie? Przyślijcie chociaż jeden, dodatkowy. Wiem, jeden już mamy, sam go montowałem – wyjaśnił ze zniecierpliwieniem, widząc że urzędnik znów zaczyna coś sprawdzać – Ale elementy cewek pochodzą z różnych pakietów. Muszę sprawdzić układ synchronizujący zasilanie i rozdział plazmy.
- Reaktor? – zdziwił się magazynier – Mamy ich kilka w zapasie, ale zarządzenia...
- W otchłań z waszymi zarządzeniami! Mam zgadywać czy cewki z różnych fabryk będą płynnie współpracować z dwoma źródłami zasilania? Ma pan jakieś pojęcie o budowie gwiazdolotów? Chce pan by za sto lat rozerwało przewody, lub doszło do wycieku plazmy, gdy statek będzie wykańczany na Peryferiach?
- A formularze? Należy zaznaczyć...
- Wypełnię je, niech tylko mi je pan prześle! I bardzo proszę, niech te komory dotrą do nas jutro, najpóźniej pojutrze.
Magazynier zrezygnował. Tak jak się spodziewał Wilan, nie wiedział że takie kontrole może przeprowadzić każdy, nawet najbardziej beznadziejny technik w najbardziej zapadłej dziurze w kosmosie. Na miejscu i tak wszystko sprawdzą.
- Proszę pamiętać, musi je potwierdzić naczelnik stoczni, inaczej...
- Tak, dziękuję. To mi wystarczy – przerwał połączenie.
Siadł, uspokajając drżenie rąk. Stało się, rozpoczął prawdziwą grę. Jeśli ktoś go sprawdzi, wszystko próżnia weźmie. Z reaktorem był najmniejszy problem. Budowa reaktorów nie pozwalała im się psuć. Jeśli nie miały wady fabrycznej, działały aż do zużycia. Przygotował się na to. Wskutek kunsztownie zaimplementowanej wady konstrukcyjnej, plazma przepaliła ścianki komory w pierwszym testowanym reaktorze, dokładnie pod numerem produkcji i fabrycznym identyfikatorem. Wiele go kosztowało ocalenie urządzenia przed komisyjnym zniszczeniem, tak by nie wyszło to na jaw, lecz sama podmiana nie będzie niczym trudnym.
Tylko dwie komory... i miesiąc czasu. Gdyby nie Buris, dwie by mu wystarczyły. Mógł tylko siąść i zastanawiać się jak zdobyć kolejne – albo oszukać Burisa.
Tak, to drugie było łatwiejsze. Tak właśnie zrobi! Arto znał się na statkach. Gdy już wszystko podłączy, nauczy syna co robić i jakoś przerzuci go na pokład. Postara się o swoje własne dowody przeciwko Burisowi, zmusi szantażem by siedział cicho, a potem podda się konserwacji. Co miał do stracenia? Zostając, skazywał się na więzienie. Buris sam się w to wpakował. Niech sam zadecyduje jak bardzo mu zależy...
Spuścił głowę. Na jego twarzy pojawił się grymas gorzkiego uśmiechu. Reaktor był najważniejszy, lecz to z komorami miał największy problem.
Los bywał okrutnie złośliwy.
Arto cichutko uciekł do swojego pokoju i oparł się plecami o zamknięte drzwi. Ojciec nie zauważył że cały czas stał przy drzwiach, nawet się z tym nie kryjąc. Poznał jego tajemnicę. Nie potrzebował dodatkowych wyjaśnień.
Rodzice planowali ucieczkę!
Wiedział do czego służą komory inercyjne. Zdenerwowanie ojca powiedziało mu wszystko. Testy... Dobrze wiedział o jakie testy chodzi! Statek ze stoczni miał lecieć na autopilocie, bez ludzi. Więc po co komory? Po co akurat dwie?
Próbował zdobyć więcej. Próbował zabrać go ze sobą, ale z pluskwą to było niemożliwe. Może tak będzie lepiej, łatwiej. Niech uciekają sami. Trudno im będzie go zostawić, lecz w końcu się poddadzą. Muszą! Zbyt wiele razy patrzył na siebie z obrzydzeniem, jak na błąd, pomyłkę zbyt kochaną by ją porzucić. Nie zniósłby świadomości że mieli szansę, lecz zrezygnowali.
Był smutny, lecz czuł ulgę. Na pewno mieli wątpliwości. Postara się by o nich zapomnieli. Dorośli czasem podejmowali dziwne decyzje, nawet jeśli wiedzieli że będą ich żałować.
Będzie czekać, lecz będzie się też przygotowywać. Na razie będzie tylko obserwować, lecz gdy już to zrobią, spróbuje uciec za nimi. Miał małe szanse, więc przygotuje się na akademię, lecz nie pozwoli się tam zawlec. Będzie walczyć.
I był jeszcze Nowy. Musiał mu pomóc przetrwać. Był mu to winien.
* * * * *
Komory dotarły do stoczni następnego rozjaśnienia w południe. Wilan z trudem powstrzymał chęć ich natychmiastowego podłączenia. Kazał robotowi przetransportować je do przyszłego pokoju terminali, po czym zabrał się za przerwaną pracę. Nie chciał by ktoś pomyślał że mu zależy.
Brakowało reaktora. Figurował w zamówieniu, lecz w formularzu dowozu nie było po nim śladu. Biurokracja, pomyślał. Niektóre przypadki wymagały nieco więcej pracy przy konsoli. Pewnie czekały na wysłanie, brakowało tylko autoryzacji stoczni. Nie przewidywał kłopotów ze strony szefa. Póki praca szła jak powinna, potrafił go przekonać do wszystkiego.
O umówionej godzinie, wraz z inżynierami i kilkoma technikami, przeszli do przyszłego pokoju terminali – niewielkiego, niemal pustego pomieszczenia. Rozpakowali skrzynie i podłączyli komory do złączy. Pierwsze próby wypadły pomyślnie, dopiero potem kontrolki transmisji i pola inercji nagle zaczęły szaleć. System wyłączył komory z sieci statku, a gdy spróbowali ponownie je uruchomić, te przestały reagować na instrukcje. Czytniki potwierdzały dotarcie sygnału do komór, lecz brak było odpowiedzi.
Dla wszystkich był to dowód uszkodzenia komór. Złącza nigdy się nie psuły; były tylko spiralnie zwiniętą taśmą, ponadziewaną molekularnymi przewodami, lecz wystarczyło pozamieniać przewody by zasymulować niemal każdy rodzaj awarii. Wilan postarał się by wyglądało to na sprzężenie w sieci, które wywaliło wszystkie komory.
Świadkowie bez problemu autoryzowali jego raport. Gdy wyszli, miał na konsoli wszystkie potrzebne dokumenty. Pozostało mu wysłać skrzynie na wysypisko. Jeśli ktoś zacznie szukać tych komór, zwali wszystko na odzyskiwaczy. Oni zatrą nieistniejące ślady. Tylko elementy specjalnej troski, jak reaktory, nigdy nie trafiały na złom, lecz były niszczone komisyjnie.
Zabawne, pomyślał, wstawiając podnośnik magnetyczny pod jedną z komór. Mamy więcej wolności, niż sądziłem. Prawo nie zabrania grzebać w śmieciach.
Podnośnik był niewielki i łatwy w obsłudze. Przypominał kawał płyty z pionowym prętem, na którego końcu znajdowała się rękojeść i konsola sterująca. Taki model działał tylko w polu ciążenia. Z łatwością operował nim jedną ręką. Gdy pojawił się Buris, podsunął mu pod nos konsolę z dokumentami.
- Człowieku, ty masz łeb! – Buris długo podziwiał rządek sygnatur autoryzacji – Sam bym tak tego nie wymyślił.
- Być może – Wilan wsunął konsolę w kieszonkę na plecach. Widok Burisa przypomniał mu o planowanym oszustwie. Już dziś zebrał przeciwko niemu pierwsze dowody. Wciąż się zastanawiał czy nie mógłby wykorzystać swoich najnowszych odkryć by jeszcze bardziej go obciążyć. Poczuł się podle. Przykro mi, stary, ale muszę grać. Niepotrzebnie jesteś tak uparty.
Złapał za drugi wózek i podsunął w jego stronę.
- Sam nie dam rady tego przenieść. Złap się za drugi podnośnik.
Buris wciąż stał. Zmarszczył czoło i ściągnął brwi.
- Wykorzystałeś Lerszena? – spytał.
- Od tego tu jest, od komputerów i elektroniki pokładowej.
- Nie o to chodzi. On jest... dziwny. Nie ufałbym mu.
I on mówił o zaufaniu...
Wilan ledwie znał się na podłączaniu. O systemach nawigacji i całej reszcie nie miał czarnego pojęcia. Przepisy wymagały by pod raportem podpisał się inżynier elektronik; Wilan potrzebował też kogoś kto zabezpieczy wybrane porty wejścia, by w testach symulowały podłączoną aparaturę. Tylko tak podłączone komory mogły pozostawać niewidoczne, zachowując możliwość przejmowania kontroli nad statkiem.
Lerszen nadawał się do tego doskonale. Dzięki jego pomocy odpowiedni program był już w systemie. Nowy nie znał się na budowie gwiazdolotu; łatwo uwierzył w bajkę o kolejnych testach. Nie zadawał pytań a ludzie z zespołu nie byli skorzy do zawiązywania z nim znajomości. Nie mógł nic im wygadać. Wilan liczył że pomoże mu także w konstrukcji zagłuszacza dla lokalizatora Arto, lecz tę rozmowę wolał odłożyć do ostatniej chwili.
Gdy w ramach swojego śledztwa przeglądał pobieżnie jego dokumenty, Wilan zauważył jak wiele wysiłku kosztowało Lerszena zdobycie pozwolenia na zamieszkanie na stacji. Poświęcił wszystko dla nędznej roboty jaką tu dostał, daleko poniżej jego możliwości – głupstwo zbyt wielkie by Wilan je przeoczył. Był gotów założyć się o swój plan że Lerszen też myślał o szybkim opuszczeniu stacji. Lecz myśleć o tym, a dokonać, to były dwie zupełnie inne sprawy. Biedak, nie wiedział że dopiero tutaj trafił do prawdziwego więzienia. Nie wiedział tylko ile Lerszen sprawi kłopotów nim się o tym przekona.
- Zrobił co trzeba – wyjaśnił krótko – Nie będzie więcej potrzebny. Masz narzędzia?
- Czekają na miejscu. Wil, teraz naprawdę myślę że to się może udać.
- Jeśli miałeś wątpliwości to po co się wprosiłeś? – spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
- A ty byś ich nie miał? Mimo to próbuję.
- Więc próbuj dalej – odpowiedział. Próbuj mocno, pomyślał, bo ja nie zamierzam przestać. Jak nie znajdziesz komór, zostaniesz na stacji.
Układ korytarzy był zorientowany względem rdzenia statku. W pewnym momencie musieli użyć obu wózków jednocześnie. Nastawili jeden na podnoszenie a drugi na opuszczanie, tworząc prostą windę magnetyczną, by przeciągnąć trzymetrowej długości komory w pobliże właściwego tunelu. Wilan obawiał się że będą je musieli zdemontować na mniejsze elementy, lecz dzięki pomysłowości Burisa komory dotarły w jednym kawałku. Na szczęście nikt nie kręcił się nieproszony po przyszłym górnym pokładzie.
Średnica włazów była zgodna ze standardem, który nie bez powodów zgadzał się z rozmiarami podzespołów komór. Ich rozebranie i złożenie zajęło im godzinę. W nieważkości szło im znacznie szybciej.
Wilan z niecierpliwością podłączył komory do założonych przez siebie złączy. Nie był specjalistą; niektóre elementy montował na amatorskie wyczucie. Coś mogło wysiąść.
- Oby tym razem nie przeciążyło ich naprawdę – Buris wisiał w pobliżu włazu, obserwując jego działania. Znał się na tej pracy jeszcze mniej niż Wilan.
Wilan złapał się klamry. Wyjął z kieszeni spreparowane łączniki.
- Bez obaw – stwierdził – Coś mi mówi że tym razem zadziałają jak trzeba.
Buris wyjął czytnik połączeń i podpłynął do pierwszej komory. Wilan podłączył konsolę ze zdalnym węzłem wewnętrznej sieci komputera pokładowego, wykorzystując świeżo ułożony przewód. Zawiesił konsolę w powietrzu, obserwując przebieg sygnałów. Gdy inicjalizacja połączenia została zakończona, uaktywnił program testowy. Kontrolki na czytniku Burisa kolejno potwierdzały funkcje komory. Buris przesunął urządzenie w stronę drugiej komory. Z początku kontrolka mocy migotała ostrzegawczo, lecz gdy Wilan zwiększył natężenie impulsu natychmiast rozbłysła jasnym światłem. Reszta testu wypadła pomyślnie. Komora będzie działać poprawnie, nawet jeśli nie wykryje przyczyny zaburzenia, o ile nie zapomni o drobnej korekcie impulsu na złączu. To przypomniało mu jak wielką uprawiał prowizorkę.
Gdyby program centralnego komputera już był załadowany, już teraz mogliby rozkoszować się urokami własnych terminali WIR-u – integralnej części każdej z komór. Lecz na razie komputer był napakowany programami testującymi, a jego główny procesor błądził między fabryką, magazynem a stocznią.
Wspomniał kiedy ostatni raz miał okazję zanurzyć się w WIR-ze. Wtedy był jeszcze studentem. Sieć stacji była mocno obciążona ciągłą analizą danych z perceptorów. Za już i tak ograniczoną wolną moc obliczeniową trzeba było nieźle zapłacić. Teraz mogliby się zabawić za darmo, podłączając się bezpośrednio do łącza stoczni, lecz ogromne ilości danych, nie mających nic wspólnego z diagnostyką, mogłyby przykuć uwagę jakiegoś natręta. Wilan miał też uczucie że w razie powodzenia operacji długo nie spojrzy na jakikolwiek terminal.
Buris z zadowoleniem odpłynął od komór i poszybował w stronę przeciwnej ściany. Obrócił się w powietrzu, zgiął nogi, odbił się stopami i poleciał w kierunku Wilana. Tam złapał się za pręt. Wirował chwilę, nim wbita w klamrę stopa zatrzymała go w miejscu.
- Uważaj ze sztuczkami – uprzedził go Wilan – zanim się na coś nadziejesz. Przyrządy są niewidzialne, lecz nie są niematerialne.
- Próżne nadzieje! – sukces dosłownie dodawał Burisowi skrzydeł – To jak, sprawdzimy dzisiaj wszystkie złącza, czy poczekamy aż będzie komplet?
Wszystkie? Wilan wyłączył projekcje maskującą, by z zaskoczeniem stwierdzić że dodatkowe cztery złącza już czekały na kolejne komory. Dobry jesteś, pomyślał. Dla twojego i mojego dobra, mam nadzieję że je zdobędziesz. Przemiana w pulchną bryłę zamarzniętych tkanek i cieczy konserwującej nie bardzo się miała do jego ideału podróży międzygwiezdnej.
- Sprawdzimy – uznał. Lepiej niech wywali tylko te dwie, niż wszystkie inne, jeśli Buris je zdobędzie – ale nie dziś. Chłopaków od materiałów nie dziwią moje późne powroty, ale kiedy zaczniemy przesiadywać tu obaj, aż do zaciemnienia...
Nie, to już by było zbyt podejrzane. Aż tak nikt się nie poświęcał dla pracy. Na pękniętą śluzę, nawet w dzisiejszych czasach stacja nie jest dwudziestowieczną Japonią!
- Pewnie – Buris schował czytnik i podleciał do klamer przy włazie – Zawieźć pudła na stos?
- Nie sądzisz że wypadałoby je wpierw czymś obciążyć, by ważyły tyle ile powinny?
- Też prawda. Ale, w końcu, to ty jesteś tu od myślenia, nie?
Wilan zdziwił się w duchu. Jak to możliwe że Buris zapominał o tak podstawowych środkach bezpieczeństwa, a mimo to zdołał wykryć jego przeróbki? Miałem pecha, pomyślał, czy oślepłem z przemęczenia?
- Nie wiem co lepsze, zwiększyć ich reakcję na ciążenie, czy wypchać jakimś złomem – odparł – To pierwsze łatwo wykryć, a do drugiego potrzebujemy złomu ze statku. Nie zamierzam pakować go na zewnątrz, by wszyscy zobaczyli co robimy.
- Oczywiście że nie! – Buris wykrzywił się w ironicznym uśmieszku i wskazał na siebie kciukiem – Nawet ja bym tak nie zrobił.
- Powiedziałem że biorę cię za głupka?
- Czasami mam wrażenie że dajesz to do zrozumienia. Nie jestem geniuszem, ale kretynem też nie. Możemy je wypchać panelami radiatora. To gwiaździście ciężkie płyty z ochronnego plastiku. Zrywali je dzisiaj we wszystkich sekcjach napędowych. Niby lustra tylnych dysz nie wytrzymywały kontaktu z plazmą, bo ktoś wrzucił do zbiorników nici molekularne z niewłaściwym programem. Powinieneś się tym zainteresować. Jest tam teraz kilka dobrych ton śmiecia do wyniesienia i kilka dni pracy do tyłu – zachichotał – To zbyt proste dla nas dwóch. Zabieram przenośniki. Mam słabe plecy.
Jeśli jego plecy były słabe, dosłownie i w przenośni...
- Pakuj tylko tyle ile ważą komory! – przypomniał.
Buris już płynął przez właz, lecz zdążył jeszcze wystawić rękę z wyciągniętym kciukiem.
Wilan znowu poczuł się podle. Tylko dwie, pomyślał patrząc na komory, i tylko miesiąc czasu. Miesiąc z półrocza jakie zeszło mu na modyfikacjach. Oby magazyn, po wykryciu rzekomej awarii, stał się bardziej skory do współpracy. Co było ważniejsze – kilka niedrogich, produkowanych masowo komór, czy życie przyszłych astronautów? Oczywiście, ktoś może uznać że to już problem stoczni na Peryferiach...
Zabrał się za rozkładanie dodatkowego projektora maskującego. Gdy skończył, wyłączył wszystkie projekcje i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jeszcze kilka dni takich postępów i łatwiej będzie zastąpić wszystko jednym, zgrabnym holo.
* * * * *
Aż do tego rozjaśnienia Arto sumiennie wypełniał daną Nowemu obietnicę. Zapewnił mu kilka rozjaśnień spokoju, lecz nie zawsze mógł robić co chciał. Dla starszaków wciąż był pętakiem do wyciskania. Mira musiał teraz słuchać Arista, lecz nie zapomniał co Arto mu uczynił. Kumple Mira chcieli tylko impulsów, on chciał czegoś więcej. Dopiero gdy zostawili go w spokoju uświadomił sobie że ich rozdzielenie mogło nie być przypadkowe. Zaczął szukać Nowego, lecz nie zdążył. Nowego nie było przez całą lekcję, wraz z szóstką najwierniejszych, pilnujących go wojowników. I nie było Żo.
Na tej lekcji poprzysiągł sobie że zawiódł go po raz ostatni.
Garstka wojowników, przeciwko Anhelowi, któremu zawsze towarzyszyło najmniej dwóch oddanych towarzyszy. To się nie mogło udać, od samego początku. Potrzebował czegoś więcej. Potrzebował dobrego planu.
Na przerwie natychmiast udał się do ich kryjówki. Szybko przeciskał się przez kolejne szyby. Każdy chłopiec z grupy znał drogę na pamięć, trafiłby tam nawet gdyby był na wpół ślepy i połamany – co zresztą się zdarzało. Wczołgał się do środka. Niewielkie pomieszczenie leżało na skrzyżowaniu dwóch szybów wentylacji drugiego rzędu, znacznie szerszych od tych które wychodziły na korytarz. Metr nad jego głową wielki wiatrak z cichym szumem powoli zasysał powietrze. Uczepiona jego tarczy słaba lampka wirowała dookoła, oświetlając wnętrze bladą poświatą. To tutaj trzymali większość leków, by były gotowe do użycia.
Byli tu wszyscy, pobici i milczący. Maść dopiero zaczynała działać, aż za dobrze widział jak zostali potraktowani. Wszystkie pary oczu wbiły się w niego.
Żo kończył opatrywać Basakisa. Na widok kapitana pokręcił z niezadowoleniem głową. Alsza dopiero czekał na swoją kolej. Konstelacje piegów skryła zaczerwieniona opuchlizna. Obaj byli bez zbroi. Lewą dłoń Alsza trzymał przyciśniętą do prawego boku. Wyglądał na najbardziej zbitego; zakrzepła krew i wielka, sina plama świadczyły o tym jak marną ochroną były ich kaftany przeciwko pierścieniom starszaków.
Żaden widok nie potrafiłby go lepiej przekonać że to co robił było bez sensu. Wyprostował się, lecz został przy wejściu. Co mógł im powiedzieć? Czy mógł powiedzieć cokolwiek czego sami nie wiedzieli? Że ich rany nic nie zmieniły, że mógł i powinien im tego zaoszczędzić? Miał nadzieję że będzie inaczej, lecz oszukiwał nią jedynie samego siebie. Był głupi, hardy, a oni za to płacili.
- Przynajmniej próbowaliście – wbrew swojej woli powiedział to cicho, z poczuciem winy – Jesteście lepsi od Żimmiego. Nie zapomnę o tym.
Wiedział że nie zrobili tego dla grupy, lecz dla swojego kapitana. Byli mu wierni, choć nie wiedział czy pozostaną tacy choćby rozjaśnienie dłużej. Od tej chwili musiał myśleć trzeźwo. Z nich wszystkich tylko on sam, Dert i Alsza byli w stanie stawić czoła Anhelowi – gdyby dopadli go bez ochrony.
Nowy wstał i bez słowa zniknął w tunelu po drugiej stronie. Lekko utykał. Wszyscy milczeli. Próbowali wypełnić swój obowiązek, lecz zawiedli, choć nie z własnej winy. Patrzył na nich i nie mógł odgadnąć co się kryło za ich spojrzeniami. Widział tylko ich oczy, błyszczące ponuro gdy na chwilę oświetlało je światło lampy. Towarzyszące ruchom Nowego uderzenia o ścianki szybu powoli zaczęły cichnąć. Minął towarzyszy. Nie był pewien czy powinien iść za nim, czy zostać tutaj, lecz nie chciał by Nowy był sam.
- Czy dalej chcesz, byśmy chodzili z Nowym? – pytanie zatrzymało go w pół drogi.
Alsza. On jeden odważył się zapytać o to, o co bali się spytać inni. On jeden miał prawdziwe wyrzuty sumienia po tym, co zrobił, lecz po dzisiejszym poczucie wstydu i winy nie wystarczało by brnąć w to dalej. Nie uciekliśmy, kapitanie – mówiły jego zmęczone oczy – i oto jak wyglądamy. I tak wyglądali lepiej niż Nowy. Ich Anhelo tylko przepędził, nad nim zwyczajnie się znęcał.
Czy dalej chcę byście pilnowali Nowego? Czy mam prawo? Nowy miał rację. Nie powinienem wymagać od innych tego, czego sam nie mogę zrobić. To że chciałem ale mi się nie udało nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Powinienem być z wami.
- Nie – odpowiedział. Dostrzegł jak im ulżyło, choć starali się to ukryć – Sam się tym zajmę. Wy zostańcie w pobliżu i uważajcie na Anhela. Wkrótce mogę bardziej potrzebować waszych oczu, niż pięści.
Potrzebował ich wsparcia gdzie indziej. Obawiał się tego co zrobi Żimmy. Nie bał się go, wciąż był silny i miał swoje znajomości, a Żimmy miał tylko siebie, jednak ich utarczki odbijały się na grupie. Przez tchórzostwo Żimmiego Jeźdźcy Smoków mogli skończyć jak Dziki Pazur.
Wszyscy kiwnęli głowami. Grejgy nie okazał się nawet w połowie tak twardy, lecz oni też mieli swoje granice. Też zaczną uciekać, to tylko kwestia czasu. Taka była szkoła – kto wycofywał się przed niebezpieczeństwem, ten pozostawał nietknięty. Kto próbował walczyć, ten obrywał. Tak naprawdę każdy był karaluchem, tylko jedni o tym nie wiedzieli, a inni o to nie dbali. Dotąd nie musieli się tym martwić, bo ich przeciwnicy byli słabsi od nich.
- Ty też nie zdziałasz wiele przeciwko Anhelowi, kapitanie – zauważył Prat – Nie powstrzymasz go.
Dlaczego nazwał go kapitanem? Żimmy go tak nazwał, a potem...
- Nie w walce. Ale coś wymyślę – kolejne kłamstwo czy zwykła nadzieja?
- Ja zostanę – odezwał się Dert – mimo wszystko. Będę chodził z Nowym.
Arto odwrócił się. Pragnął każdej pomocy, lecz postawa Derta mogła zawstydzić innych, skłonić do większego ryzyka, jak Alszę, lub do odejścia.
- Nie musisz.
- Pamiętam co powiedziałeś – w głosie Derta brzmiała pewność siebie – Tak nie jest w porządku. To ty masz rację, nie oni. Wiem to od kiedy podłożyłeś się za mnie policjantom. Wiedziałeś że byłem spisany już dwa razy i... byłbym spalony na dobre. Nie zapomniałem o tym. Teraz robisz to samo, tylko dla niego, dla Nowego.
Arto poczuł dziwne ukłucie w piersi. To się zdarzyło na długo przed odejściem Daela. Wtedy byli rywalami, lecz postąpił tak jak on go uczył. Nikt poza nimi niczego nie widział. Myślał że Dert już dawno o wszystkim zapomniał. Sam by tak zrobił, gdyby nie było to jedynie w jego życiu poważne spotkanie z policją.
- Nic mi nie jesteś winien. Zrobiłbym to dla każdego.
- Ale wtedy zrobiłeś to dla mnie. To nic że gdy doszedł Dziadek, odsunąłeś mnie na drugiego zastępcę. On był silniejszy, tak było dobrze dla grupy. Musiałeś mieć na niego oko, by nie zaczął rozrabiać. Ale teraz rozrabia. Pokazał że jest tylko zwykłym starszakiem. Nigdy do nas nie należał. Ty wiedziałeś o tym od początku.
- Dert, to co on powiedział... Tak myśli większość.
- To co? Nie my. I nie ja. Nie odwrócę się.
Opuścisz mnie, sam się o tym przekonasz, pomyślał. Gdy sprawy zajdą za daleko, nie zostanie przy mnie nikt, nawet ty. Wtedy będzie ci wstyd, za to co teraz powiedziałeś.
- Więc dobrze, zostań, ale gdy Anhelo znowu nas dorwie, masz się wycofać. Zawołasz Żo, gdy będzie trzeba. Nie rób nic więcej. To... bez sensu.
Dert poważnie skinął głową. Arto pożałował że przez dwa lata był tak ślepy. To Żimmy powinien być drugim, lecz dobro grupy przeważyło. Nie mógł przewidzieć czegoś takiego. Dert był mu wierny, lecz myślał tak samo jak inni. Nigdy nie był taki jak on. Tylko ślepa wdzięczność kazała mu wciąż iść za kapitanem, nie pytając o nic. Tylko dwie osoby naprawdę wiedziały o co chodzi.
- Nie siedźcie tu za długo – przypomniał na odchodnym – Nie było was całą lekcję. Nie stać nas na dodatkowe kłopoty z dorosłymi.
*
- Nowy, zaczekaj! – Arto dopadł go na korytarzu. Nie zatrzymał się, więc zaczął iść obok niego – Tym razem cię bronili...
- Widziałeś jak na tym wyszli! – odpowiedział ostro – To twoja wina!
Nie chciał z nim rozmawiać. Arto go przerażał. Z powodu swojej dumy nie wahał się poświęcać innych. Jeśli tak miała wyglądać jego pomoc, to niepotrzebnie mu uwierzył.
- Nawet nie mieli złamań, może z wyjątkiem Piegusa. To tylko pobicie, jak w każdej bitwie...
- Ale każdy ich siniak powstał przeze mnie! – wrzasnął. Arto był jedynym winnym tego co się stało, ale nie chciał tego zrozumieć.
- Więc wolisz umrzeć, tak? – Arto złapał go i obrócił do siebie, jakby chciał uderzyć – Wolisz dać się zapuszkować temu sadystycznemu kopalniakowi? Nie wierzę! Popatrz na mnie i powiedz że szukasz śmierci. Powiedz to!
Speszył się. Oczywiście że tego nie chciał. Rozważał czy mimo wszystko nie powiedzieć o wszystkim rodzicom, gdy to zajdzie za daleko, ale za bardzo bał się akademii. Choć, gdyby poszli z tym na policję, Anhelo pewnie zabiłby go od razu, jak tamtego chłopca, jeśli nie dla zatarcia śladu, to z zemsty. Jak nie on, zrobiłby to któryś z jego towarzyszy.
Powstrzymał napływające łzy. Tego też zaczął się uczyć.
- Damy sobie radę. Ty dasz sobie radę. Wytrzymaj jeszcze trochę, a znajdę sposób...
Westchnął żałośnie.
- Sposób? Kolejni ranni?
- Nie. Powiedziałem im by już z nami nie chodzili. Od teraz będziemy tylko ty i ja, i Dert. Jego też nie chciałem, lecz nie dał się przekonać. Może to i dobrze. Będzie przy nas by zawołać pomoc. Kazałem mu się nie mieszać.
Iwen odetchnął. Arto robił to z własnej woli, ale to wcale nie przynosiło mu ulgi. Gdyby wierzył że to coś zmieni, bez wahania prosiłby by z nim został. Miał nadzieję że w porę się wycofa, jak inni. Nie chciał by ktokolwiek cierpiał z jego winy.
- Chodź. Czas wracać na zajęcia. Nie wyglądasz źle, nauczyciele nic nie zauważą.
Skinął głową. Chwilę szli w milczeniu.
- Nikt nam nie pomoże – stwierdził nagle – Widzę to, Arto. Nikt się nawet nie zbliży, jakbyśmy byli zarażeni – i w pewnym sensie byli. Otaczał ich niewidzialny krąg bólu.
Arto nie musiał mu niczego tłumaczyć. Grupa rozlatywała się, przez niego i przez kapitana który nie chciał się wycofać. Cokolwiek dotąd trzymało Żimmiego i innych przy Arto, teraz znikło bez śladu, przepędzone strachem przed prawdziwym niebezpieczeństwem, może nawet – tak, musiał to sobie uświadomić – może nawet przed śmiercią.
- To tchórze – Arto machnął ręką – Karaluchy. Jak przyjdzie do kłopotów, zaraz uciekają, martwiąc się o własne ogony. Ale ja cię nie zostawię. Powiedziałeś że nie wiem jak to jest, być na twoim miejscu – uśmiechnął się krzywo – No to teraz się przekonam.
Tego Iwen obawiał się najbardziej.
- Wiem co inni sobie myślą. Beze mnie wasza grupa była silna, więc dalej będą silni, muszą się tylko mnie pozbyć – pisali tak na kanale, że powinni go wyrzucić, choć niedługo pewnie i tak będzie miał wypadek, że jest trupem, na którego szkoda ich zdrowia. Że wystarczy poczekać i wszystko będzie po staremu. Najczęściej powtarzał to Żimmy. To przez niego Iwen już nie chciał być w grupie. Nie w takiej jaką się stała, przez Dziadka.
- Mogą tak sobie mówić, lecz tego nie zrobią. To nie głosowanie. Tu rządzi najsilniejszy i to wciąż jestem ja. Dalej uważam że jesteś wart by cię bronić. To dzięki tobie nasze ostatnie zwycięstwo było tak wspaniałe. Chłopcy z Dzikiego Pazura niczego nie rozumieli, więc ich opowieści były tak niestworzone...
- Daruj sobie – odpowiedział szorstko – Przestań mnie pocieszać. Grupa już ciebie nie słucha! Gdy cię nie ma, robią co chcą. Tylko patrzą kiedy...
- Myślisz że o tym nie wiem? – Iwen zauważył że oczy Arto już nie były tak twarde i chłodne jak dawniej. Ostatnie trzy dni całkowicie go zmieniły.
- To przeze mnie – powtórzył – Osłabiam cię. Przeze mnie tracisz grupę!
- To nie tak! Musimy to tylko przeczekać, wtedy znowu będą się słuchać. Teraz musiałbym się bić z każdym z osobna. To Żimmy ich podburzył. Tłumaczy swoje tchórzostwo twoją słabością, więc inni wierzą że mają prawo postąpić tak samo.
- A nie mają? Nie zbuntują się?
- Nie im o tym decydować. Wciąż jestem kapitanem. Mogą spróbować mnie wyzwać, ale pokonam każdego z nich. Teraz mnie nie słuchają, bo mamy problem i wiedzą że nic im nie zrobię, lecz gdy to się skończy, o wszystkim im przypomnę – zacisnął pięść – Wtedy tego pożałują. Sprawię że poczują to samo co ty!
Właśnie tego Arto nie mógł zrozumieć. Iwen nie chciał by ktokolwiek był w jego skafandrze.
- Powinieneś mnie zostawić – szepnął.
- Wtedy zginiesz, a ja już... – Arto urwał myśl – Nowy. Póki jesteśmy razem, póty Anhelo może nas bić, ale nie zdarzy się żaden wypadek.
- Albo wypadek zdarzy się nam obu.
Arto nie odpowiedział. Dalszą drogę przebyli w milczeniu.
Iwen nie zapomniał ani słowa z tej rozmowy. Poznał Arto na tyle by wiedzieć że gdy kłamie, wtedy nikt nie jest w stanie tego zauważyć, lecz umiał rozpoznać skrywane wahanie, lekki ruch oczu w bok, wyraz jego twarzy gdy mówił półprawdę, gdy zastanawiał się co ma powiedzieć, a co ukryć. Podczas tej rozmowy zrobił to kilka razy. W grupie działo się coś o czym nie mówiły udawane rozmowy na kanale, które tak naprawdę były pisane tylko do niego. Niedomówienia Arto tylko to potwierdzały.
*
Arto zapamiętał ostatnie słowa Nowego. Pomyślał dokładnie to samo, lecz taka możliwość go nie przerażała. Szkoła już dawno oswoiła go z poczuciem zagrożenia, a on poszedł jeszcze dalej. Odważył się wyzwać swoją pluskwę do walki, choć była gorszym przeciwnikiem niż stu starszaków, a gdy wszedł do kanału, rzucił wyzwanie samej śmierci. Pierwszy pojedynek przegrał, lecz z drugiego wyszedł zwycięsko. Wydało mu się to trochę zabawne, gdyż aż dotąd myślał o tym raczej jak o odzyskanej nadziei, nie o przekroczeniu granicy za którą nie było już żadnej innej, niczego czego mógłby się jeszcze obawiać. Jednak tak właśnie było: przestał się bać czegokolwiek. Może się przyzwyczaił, a może był za głupi by to do niego dotarło? Było też coś jeszcze – od chwili gdy domyślił się co zamierzali zrobić rodzice, Arto nie widział już dla siebie przyszłości.
Brak lęku czynił go silnym, lecz Nowy nie był z tym oswojony. Jego strach był strachem młodszaka, był prawdziwy, głęboki, potrafił paraliżować. Arto obawiał się że jeśli jakoś go nie pocieszy, Nowy załamie się i podda Anhelowi.
Dzieciaki w szkole załamywały się na dwa sposoby. Zwykłe beksy po prostu pękały. To zdarzało się przeważnie w pierwszych klasach, u chłopców. Taka beksa nie chciała wracać do szkoły, lecz ostrzeżenie od opiekunki i strach przed akademią zwykle w porę przywracało jej rozsądek. Po powrocie do szkoły dostawała „lekcję” i odtąd siedziała cicho.
Arto najbardziej obawiał się drugiego sposobu. Że Nowemu przyjdzie do głowy pójść do Przystani. Takie beksy pękały w środku, po cichu. Nie skarżyły. Wiedziały że skarżypyta jest najpodlejszą istotą w szkole. Po prostu postanawiały z sobą skończyć. Raz widział takiego, który potem to zrobił. Chłopiec po prostu stracił chęć życia. Wtedy pomyślał że przynajmniej miał dość odwagi by nie przysparzać kłopotu rodzicom. Dorośli jak zawsze stwierdzili że nikt nie był niczemu winien, może za wyjątkiem obsługi stacji, która źle zabezpieczyła niebezpieczny teren. Zawsze badali miejsce wypadku i nigdy niczego nie znajdowali – bo nie szukali. Najwyżej czasem, bardzo rzadko, gdy ślady były tak wyraźne że nawet oni nie mogli ich przegapić. Wtedy czepiali się szkoły. Pojawiali się, naprawiali perceptory i na pozór wszystko się uspokajało. Czasem jakiś głupi trojak uderzył mocniej młodszaka, lecz bardziej doświadczeni chłopcy wynosili swoje sprawy poza szkołę.
Kiedyś było to dla niego naturalne. Niektórzy, choć musieli iść do szkoły, nie nadawali się tutaj. Teraz, obserwując Nowego, zrozumiał że to mogło się przytrafić każdemu. Gdyby Anhelo tak siadł na kogokolwiek z nich, każdy skończyłby podobnie. Poddałby się później, po roku czy dwóch, ale by się poddał. Anhelo wiedział co robi. Powoli, lecz skutecznie zabijał w nim wolę walki, a z nią wolę życia, by potem zabić go naprawdę. Dlaczego to robił? Tego nie wiedział nikt, tylko on sam. Anhelo zawsze miał zgubny wpływ na innych chłopców, nawet na tych silniejszych od siebie. Sama jego obecność wielu przyprawiała o dreszcze. Tak naprawdę Smok zaczął się rozpadać nie przez Nowego, lecz przez Anhela – bo inni chcieli by jak najszybciej zostawił ich w spokoju.
Oto jaka naprawdę była jego wspaniała grupa. Przez pięć lat działali wspólnie, lecz gdy przyszło co do czego, okazali się lojalni tylko wobec siebie. Pozorna jedność trwała tak długo jak długo nie pojawiało się prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie różnili się niczym od innych uczniów – banda zwykłych tchórzy, tak jak powiedział Dael, zwierząt walczących o przetrwanie, nie chcących się narażać dla nikogo poza sobą, tyle tylko, że zwierząt bardzo wytrzymałych. Dla swojego może nie poddaliby się tak łatwo, ale też by się poddali. Grupa była dla nich tylko wspólnym interesem.
Na lekcji Arto poczuł się nagle bardzo zmęczony. Zgarbił się jakby całe rozjaśnienie nosił na plecach skrzynie z magazynu. Postanowił że spróbuje znowu, po raz ostatni. Wciąż potrzebował sprawnej siatki obserwacyjnej.
Prywatnymi kanałami oznajmił każdemu by po lekcjach przyszedł na zebranie, w ich stałym miejscu. Każdy dostał taką samą krótką wiadomość, każdy oprócz Nowego. Padnie wiele słów, gorzkich lub złośliwych, skierowanych przeciwko im obu. Nie chciał by tego słuchał, zwłaszcza teraz. Zastanawiał się nawet czy nie ukryć spotkania przed Żimmym, lecz Żimmy miał zwolenników, którzy powiedzieliby mu o wszystkim. Uznałby to za spisek, a Arto jeszcze nie był gotów o otwartej walki.
Nie chcą bronić Nowego, w porządku. Niech chociaż śledzą Anhela i ostrzegają gdy jest w pobliżu. Przekona się kto pozostał wierny, kto wypełni rozkazy, a kto już stoi po stronie Żimmiego.
* * *
Ich salą narad był mały, nikomu niepotrzebny magazyn,. Były tu tylko ściany. Dorośli nie przejmowali się zniszczonymi czujnikami. Czasami uzgadniali tu razem pewne rzeczy, takie jak kto najlepiej zdoła wykonać powierzone zadanie. Wtedy nikt nie wątpił w słuszność jego decyzji. Jeśli mieli wątpliwości, pytali go, a on im tłumaczył dlaczego. Teraz pytali, a on nie potrafił im wyjaśnić, więc prosił by mu zaufali, lecz byli zbyt wystraszeni. Nie potrafili zaufać, a niektórzy już nie chcieli.
Tylko raz i tylko jedna osoba zakwestionowała jego przywództwo – Żimmy. Teraz zrobił to ponownie. Mógł pokonać każdego z nich. Mógłby stanąć przeciwko każdej dwójce, za wyjątkiem takiej w której byłby Żimmy. Lecz sam jeden przeciwko wszystkim, nawet z tą wciąż wierną mu garstką, nie znaczył nic. Jedynym pocieszeniem było to że Żimmy jeszcze nie panował nad grupą. Miał ledwie kilku zwolenników. Nigdy nie umiał wzbudzać szacunku, miał jedynie swoją siłę. Arto wiedział że jeśli rozegra to mądrze to wprawdzie nie odzyska grupy, lecz wstrzyma zapędy Żimmiego. Kupi sobie czas.
Chłopcy zgromadzili się w sali. Siedli gdzie który mógł. Przyszli wszyscy bez wyjątku, co przyjął z ulgą. Nikt nie ważył się odrzucać jego wezwania, nawet Żimmy.
Stanął na środku. Wciąż był kapitanem, a oni wciąż o tym pamiętali. Splótł dłonie za biodrami i przeszedł przed nimi. Wiedzieli dlaczego ich tu zebrał. Na ich twarzach widział strach przed Anhelem, obawę przed tym jak daleko posunie się ich kapitan, i wątpliwości czy powinni go posłuchać, czy mu odmówić.
Dotąd nigdy nie odmawiali. Teraz ich decyzja zależała od tego co im powie.
- Nie chcecie chodzić z Nowym – zaczął twardym głosem, skrywając pogardę, jaką czuł na ich widok – Więc dobrze. Nie będę was do tego zmuszać. To sprawa między wami a waszym honorem, jeśli go posiadacie. Od teraz przy Nowym pozostanę tylko ja i Dert – skinął do niego głową. Dert odpowiedział. Wiele zaskoczonych oczu spojrzało w jego stronę – Możecie się trzymać z daleka, ale pilnujcie Anhela! To da mi trochę czasu.
Niemal poczuł ich ulgę. Rozległy się szepty. Wielu kiwnęło głowami. Tylko kilku tego nie zrobiło. Oni milczeli. Żimmy nie.
- Myślisz że to nas nie narazi? – odezwał się. Siedział z nogami lekko podgiętymi do siebie, oparty o ścianę, z rękoma złożonymi na kolanach. Podniósł wzrok na Arto – Że Anhelo nie domyśli się że go szpiegujemy?
- Wątpię by chciało mu się was ganiać – powiedział, podkreślając dystans, jaki ich teraz dzielił od reszty grupy. Spodziewał się jego sprzeciwu, choć nie na początku spotkania.
- Ale zaryzykujesz, prawda?
Nie odpowiedział. Rozmowa znów zamieniła się w pojedynek. Żimmy chciał coś powiedzieć. Arto zamierzał mu na to pozwolić. Zatrzymał się na środku sali, czekając.
- Anhelo jest groźny – zaczął Żimmy – Ile dzieci zginęło przez ostatni rok? Osiemnaście, dziewiętnaście? Jeśli nawet połowa to tylko samobójcze beksy, to zostaje dziewięć morderstw. Morderstw – podkreślił – Gdy ty bawiłeś się w podchody z Anhelem, ja dowiadywałem się o tym czegoś więcej. Co najmniej jedno to jego robota a dwa lub trzy inne wydarzyły się, bo on tak chciał. To samo w zeszłym roku, to samo od trzech lat! – wstał i stanął przed Arto. Wzniósł oskarżająco rękę – Od kiedy przestałem być pierwszakiem i zacząłem liczyć, było ponad sześćdziesiąt wypadków. Aż pięć z nich było winą Anhela! Nawet niektóre samobójstwa jakoś się z nim wiążą! Jedni mówią że przez niego zginęło dziewięciu, inni że jedenastu. Czy to nie wystarczy by się bać?
Prawda. Anhelo nie był jedynym mordercą w szkole, lecz był jednym z najgroźniejszych. Jeśli Żimmy chciał przerazić chłopców, to mu się udało. Aż do dziś Jeźdźcy Smoków niczego się nie obawiali, lecz wystarczyło by zaczął ich straszyć ktoś spośród nich, ktoś z wysoką pozycją, by zaczęli się bać. Nie tylko Anhela. Był kapitanem od kiedy pamiętali. Bali się co ich czeka gdy go zabraknie. Nie zdając sobie z tego sprawy Żimmy złamał w nich ducha walki. Lecz Żimmy nigdy nie zwracał uwagi na takie rzeczy. Nie zwracał już uwagi nawet na własną winę. Jego umysł odrzucił ją od siebie. Żimmy szczerze wierzył że postąpił słusznie. Czując się usprawiedliwionym, zepchnął niedawne zdarzenie w niebyt niepamięci, jakby się nigdy nie zdarzyło, jakby nie on brał w nim udział, nie jego decyzja doprowadziła do tego spotkania.
- Ja już od dawna niczego się nie boję, Żimmy – odpowiedział – Nawet Anhela.
- Ale ja tak nie potrafię! – położył dłoń na piersi. Wskazał na resztę chłopców – My nie potrafimy. Pamiętasz co Anhelo zrobił rok temu? Pamiętasz Ersta i Włócznię?
Pamiętał. Nigdy nie znał Ersta, nie zadawał się z Włócznią, lecz wiedział o tym niemal wszystko. Wyciąganie tej historii, tu i teraz, było ostatnią rzeczą jakiej potrzebował.
- O Erście wie cała szkoła – odparł lekceważąco, próbując go zbyć – Był dziwny. Tacy jak on zawsze komuś się nie podobają.
Dziwny... Sam też był dziwny, ale nie aż tak jak Erst. On mniej zwracał uwagę na otoczenie i nie zawsze rozumiał co się do niego mówi. Wciąż miał kłopoty, na lekcji i poza nimi. Być może Anhela drażniła sama obecność Ersta, a być może tak bardzo się nudził że uznał iż się nim zajmie, zanim zrobią to inni.
- O, tak. Tacy zwykle nie przeżywają szkoły – Żimmy nie dał się zbyć – Ale mało kto wie co się wtedy stało. Ja wiem i ty to wiesz. Widziałem jak się wypytywałeś.
- Nie przyszedłem tu by mówić o Erście. Nie po to, by...
- Z nami może być tak samo, jeśli nie przestaniesz!
Wśród grupy zawrzało. Arto nie sądził by ktokolwiek poza nim i Żimmym miał pojęcie o czym mówią. Zwykle nikt nie pytał o szczegóły wypadków. Nadmierne zainteresowanie mogło równie dobrze sprowadzić wypadek na ciekawskiego ucznia.
- Przecież to nie Anhelo go zapuszkował! – głośno zauważył jeden z chłopców – Sami się ich pozbyli, ci z Włóczni.
- Właśnie! Nie chcieli go u siebie – powiedział drugi – Tyle że im nie wyszło i policja zabrała tamtą dwójkę do akademii...
- Nikt nigdy nie mówił że Anhelo miał z tym coś wspólnego!
- Kapitanie, jeśli coś wiesz, powinieneś powiedzieć – włączył się kolejny.
- Dotąd nic nie ukrywałeś – zauważył ktoś inny – To Nowy wszystko psuje.
Pozostali przytaknęli, zgodnie i głośno.
- Psuł wszystko zanim dowiedziałem się o Anhelu, czy dopiero później? – Arto zdołał przekrzyczeć powstały gwar. To wystarczyło by ucichli – Nie zepsuł bitwy, ani zbierania podatków. Dopiero teraz, jak są kłopoty, Nowy jest nagle wszystkiemu winien. Może i tego że Anhelo chce jego głowy? Że się urodził na Ziemi? – nie oczekiwał odpowiedzi i jej nie dostał – Każdy z was mógł mieć tego samego pecha.
Na chwilę zapanowała cisza.
- Po prostu powiedz co się stało z Erstem – usłyszał niepewny głos – Powinniśmy to wiedzieć, skoro...
Głos umilkł. Arto wlepił spojrzenie w Żimmiego. Już nie mógł zbagatelizować tej sprawy.
- Skoro Żimmy tak twierdzi? Więc niech Żimmy o tym opowie.
Żimmy odpowiedział złym spojrzeniem. Arto nie bez powodu chciał by to on o tym opowiedział. Był ciekaw czy Żimmy wie coś więcej ponad to o czym Anhelo pozwala mówić.
- To Anhelo chciał dopaść Ersta – powiedział patrząc na Arto, choć słowa kierował do reszty chłopców. Oskarżał. Ostrzegał. Napominał – Ale nie chciał zrobić tego sam, więc wysłał na młodszaków swoją grupę. Siedzieli na nich kilka miesięcy, aż ci z Włóczni nie wytrzymali – oderwał wzrok od Arto i spojrzał dookoła – Anhelo zmusił ich by zabili chłopca ze swojej własnej klasy! Wszyscy zabrali go do Przystani, nie tylko tamtych dwoje. Oni mieli tylko pecha że akurat ich złapali. Taka jest prawda.
W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Nawet Arto się wzdrygnął. Wyobraził sobie jak Anhelo zmusza jego własną grupę by pozbyli się Nowego. Żimmy nie wiedział że znał tylko część prawdy. Jeśli ktoś stał za tym pechem, to właśnie Anhelo. Arto też nie wiedział wszystkiego, lecz umiał wyczuć że w tej sprawie jest coś więcej niż mówiono.
Potrząsnął głową. Wolał o tym nie myśleć. Nie mógł patrzeć na swoich wojowników jak na potencjalne narzędzie zbrodni.
- A ty, Żimmy? – spytał – Dałbyś się złamać Anhelowi? Otworzyłbyś mu drzwi do Przystani, gdyby cię o to poprosił? Gdyby zapłacił? Zabiłbyś Nowego?
Żimmy milczał. Tak, pewnie byś to zrobił, pomyślał. Popatrzył po pozostałych. Każdy miał wątpliwości, tylko nie kapitan. Spuścił głowę. Nawet jemu niełatwo było o tym mówić.
- Mamy zasady – odwołał się do jedynej rzeczy, w którą wierzył każdy uczeń – Cała szkoła je ma. Nie zabijamy. Jeśli odwrócicie się od Nowego, pozwolicie by ta zasada została złamana. Szkoła zostanie narażona i wy będziecie temu tak samo winni jak Anhelo.
- Co to ma do rzeczy? – zaprotestował Żimmy – Anhelo jest silny i ma przyjaciół. Tworzy własne zasady. To też jest jedna z zasad szkoły.
- Nikt nie tworzy własnych zasad! – odpowiedział ostro – On też ma wrogów.
- Jego wrogowie wam nie pomogą. Nawet oni się go boją. Dla nich jesteśmy niczym.
Żimmy był stanowczy. Arto nie rozumiał co go tak odmieniło. Był zazdrosny, bo kapitan poświęcił swoją uwagę jakiemuś planetarianinowi? Nie, Żimmy nigdy nie ma takich uczuć. Może rozczarował się swoim kapitanem, może nie chciał go zniszczyć, może po prostu... Arto stał mu na drodze, a on na swój sposób prosił by z niej zszedł?
- Tak się przejąłeś Nowym że stał się ważniejszy od nas! – Żimmy wykorzystał milczenie kapitana – To nas niszczy! Daj mu spokój, Arto, proszę. Narazisz tylko grupę!
- Narażę grupę? Przez ciebie nie ma już grupy! Jesteśmy tak silni jak silny jest każdy z nas. Jeśli Anhelo może zrobić z Nowym co zechce, to znaczy że jesteśmy słabi. Nie rozumiesz tego?
- Nie, nie rozumiem! Nowy nigdy nie był jednym z nas! Powinniśmy go wyrzucić i zapomnieć o wszystkim. Inni tak robią. Długo nie pociągnie, z twoją pomocą czy bez, będzie tylko dłużej cierpiał. Gdyby nie ty, może już by nie żył i nic by nie czuł, a tak... – umilkł, widząc gniew w jego oczach. Nieczęsto go widywał i wtedy zawsze milkł.
Arto niemal zatrząsł się od ślepej złości. Nie mógł znieść tego poddania się, skazywania Nowego na śmierć. Dwa tygodnie temu sam by tego nie rozumiał, lecz już nie potrafił tak myśleć. Wtedy może miałby wyrzuty, lecz by to zrobił. Ale teraz...
Uspokoił się. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. Wszyscy słuchali ich w napięciu. Dwóch najważniejszych wojowników kłóciło się ze sobą i to ich przerażało. Czuli że nic dobrego z tego nie wyniknie.
- Próbowałem was uczyć że bycie silnym nie oznacza jeszcze zwycięstwa – zaczął, najspokojniej jak mógł – Nie pozwoliłem bić się między sobą, lecz gdy to robiłem, nie wiedziałem że to nas wzmocni. Po prostu wierzyłem że tak będzie najlepiej. Teraz wierzę że pomaganie sobie uczyni nas jeszcze silniejszymi, ale wy boicie się tego bardziej niż wpadki w magazynie, może nawet bardziej niż akademii! Ile ty byś pociągnął, gdyby cię ścigał Anhelo?
- Ale nie ściga i powinniśmy to tak zostawić – przerwał Żimmy – Nowy zniknie i znowu będzie spokój. Broniąc go stajesz się słaby. Mówię ci, skończ z nim póki czas, zanim pociągnie cię za sobą! On już jest skończony. Widzę to w nim...
- Jest skończony, bo widzi że nikt nie chce mu pomóc!
- A w czym my możemy pomóc? Kapitanie, jeszcze tylko cztery lata i Anhelo opuści szkołę. Zniknie.
- Do tego czasu Nowy będzie częścią atmosfery Ziemi! Czekanie go nie ocali!
Żimmy spojrzał na niego tak bezradnie że Arto niemal zrobiło się go żal. Niemal, gdyż pamiętał co mówił o Nowym. Ty już go skazałeś, Żim. Miotasz się jak szczur w skrzyni, nie wiedząc do zrobić, więc wybierasz najprostsze rozwiązanie. Może nie jest ci z tym dobrze, lecz nie masz żadnych wątpliwości. Ja mam.
- Czego od nas chcesz? – jęknął – Mamy pobić Anhela? Na nagłą dekompresję, on ma prawie piętnaście lat! Co możemy zrobić starszakowi cztery lata starszemu od nas?
- Możemy go unikać. Tu nie chodzi o zwykłe sprawy. Nowy może nawet uciekać. Nikt mu tego nie wypomni. Wystarczy że nas ostrzeżesz.
Żimmy ściągnął brwi.
- Więc niech ucieka. Ja nie muszę i nie będę. Nie pozwolę by Anhelo zaopiekował się mną tylko dlatego że spłoszyłem jego ofiarę. Inni myślą podobnie.
- Inni? – Arto się rozejrzał – Ilu z was tak myśli? Macie swoją szansę. Przyznajcie się teraz, a zostawię was w spokoju. Kto nie chce mi pomagać niech po prostu podniesie rękę.
Chłopcy powoli zaczęli podnosić ręce. Wahali się, patrzyli na sąsiadów, czekając aż ktoś inny będzie pierwszy. Ledwie kilku zdecydowało od razu, część dopiero wtedy gdy zrobili to inni. Większość nie zrobiła tego wcale.
Arto odetchnął. Tylko jedna trzecia grupy nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Reszta też nie zrobi wszystkiego co im powie, lecz będzie go słuchać, w rozsądnych granicach. Zamierzał tych granic przestrzegać. Nie zwykł powtarzać swoich błędów.
Spojrzał na Żimmiego.
- Jednak nie wszyscy myślą tak jak ty – stwierdził, bez złośliwości czy satysfakcji, po prostu to stwierdził. Żimmy przyjął to do wiadomości równie spokojnie. Chyba sam nie wierzył że po pięciu latach zaufania wszystko zniknie ledwie w kilka rozjaśnień.
- Ich prawo. Dla mnie to sprawa między tobą, Nowym i Anhelem. Nie moja.
- Więc to tak? – Arto uśmiechnął się gorzko – Wykorzystałeś to, by się zbuntować?
- Nie. Sam robisz mi miejsce. Nie chcę go, lecz wykorzystam, jeśli zaczniesz nas ciągnąć za Nowym. Nie zamierzam skończyć jak Pilp.
Na pewno nie skończysz jak Pilp, pomyślał. On poszedł na dół z honorem, z zasadami.
- Najpierw musiałbyś zostać kapitanem – odpowiedział twardo – Jeśli Anhelo mnie pobije możesz spróbować wykorzystać sytuację. To zależy od ciebie. Ja nie zamierzam stracić Nowego. Rób z tym co zechcesz. Jeśli nie chcesz pomagać, to przynajmniej nie przeszkadzaj.
Usta Żimmiego ściągnęły się w grymasie nagłego, hamowanego gniewu.
- Jesteś dziwakiem – powiedział głośno – To wie każdy. Może już czas byś przestał się rządzić.
Stali chwilę naprzeciwko siebie. Powiedział to. Wreszcie to powiedział, otwarcie i przy wszystkich. Widział jak zareagowali. Nie mówili o tym, nawet między sobą, lecz Żimmy miał rację – wiedzieli, tak dobrze jak on sam. Tabu zostało złamane. Aż do dziś niektórzy mogli traktować jego dziwactwa jak zaletę – myślał i postępował inaczej niż inni kapitanowie i dzięki temu był od nich lepszy. Przez Żimmiego zaczną myśleć że to jest wada.
Żimmy odwrócił się i wyszedł. Arto dostrzegł niepewność na twarzach tych, którzy się z nim zgadzali. Kilku z przepraszającym spojrzeniem udało się w jego ślady.
- Idźcie za nim, jak chcecie – powiedział – Nie potrzebuję nikogo kto myśli jak on. Nieważne kogo słuchacie, jak długo wypełniacie obowiązki grupy.
Chętnie rozkazałby im zostać, gdyby miał choć cień nadziei że to coś zmieni. Jednak coś musiał powiedzieć. Jeszcze kilku wyszło z pomieszczenia. Na co powinien uważać, by nie stracić tych co pozostali?
Przed rozejściem wspólnie ustalili kto czym się zajmie. Arto był wyjątkowo wyrozumiały. Już nie wymagał od nich tego czego wymagał od siebie, jedynie tego na co mogli się odważyć.
Na granicy
Zyskali dwa rozjaśnienia spokoju, lecz Nowy nie czuł już ulgi. Nie był kopalniakiem. Rozumiał że równie dobrze może to być kolejna sztuczka Anhela.
Ta cisza niepokoiła także Arto. Zaczął się obawiać że Anhelo zaczyna rozpracowywać jego mrówki. Pomyślał o tym gdy kilku młodszaków nagle przestało się pojawiać. Tym razem to był fałszywy alarm. Mieli bitwę. Arto przyjął ich wytłumaczenie i kazał wracać do zajęć. Niemniej wiedział że spotkanie z Anhelem to tylko kwestia czasu. Obawiał się tego co się stanie, lecz najbardziej bał się by te zdarzenia nie pokrzyżowały rodzicom ich planów. Tego jednego nie mógł poświęcić, nawet dla Nowego.
To była wojna. Zbyt szybko zostali sami na placu boju. Za jakie włókno by nie ciągnął, nic nie pomagało. Osiągnął ledwie tyle że znajome starszaki nie czepiały się Nowego. Nie było to wielką pomocą. Sam jeden, Anhelo potrafił zamienić życie Nowego w plazmę. Arto próbował trzymać go z dala od niebezpieczeństwa, lecz od początku wiedział że jego starania są niewiele warte. Nadeszło trzecie rozjaśnienie, a on czuł że niebezpieczeństwo narasta.
Szli powoli, uważnie rozglądając się dookoła. Znaczy, Arto i Dert się rozglądali, Nowy jedynie szedł obok, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Lecz ich czujność nie na wiele się zdała. Nadeszło rozjaśnienie gdy Anhelo, wraz z trzema pomocnikami, pojawił się w tym samym korytarzu. Zobaczyli go gdy był jeszcze daleko. Dobrze się wyróżniał z tłumu młodszych dzieci. Pewnie i szybko szedł w ich stronę, choć nie było szansy by mógł zobaczyć ich wcześniej niż oni. Zawrócili, lecz tamci wciąż się zbliżali.
Nowy nie od razu spostrzegł że coś się dzieje. Gdy już zauważył Anhela, zatrzymał się jakby wrósł w podłogę. Arto zaklął cicho. Starszak miał nad nim paraliżującą władzę. Anhelo rzucił im dwóm krótkie, ostrzegawcze spojrzenie. Nie zareagowali. Stanęli kilka kroków dalej. Arto przygotowywał się na taką chwilę. Zamierzał zaczepić Anhela, porozmawiać z nim, lecz gdy to się stało... Opuściła go cała odwaga, jak gdyby znów stał przed kanałem i po raz pierwszy próbował do niego wejść. Strach przeszył całe jego ciało, a on pozwolił mu się sparaliżować. Niemal czuł jak na długą chwilę jego serce przestaje bić. Zrozumiał Żimmiego, zrozumiał dlaczego się wycofał. A jednak...
Bał się, jak każdy, lecz już jako trojak nauczył się odrzucać strach na okres działania. Od czasu przejścia kanałem jego strach przestał być stanem fizjologicznym, był jedynie stanem umysłu, obawą że coś pójdzie nie po jego myśli – bo czegóż innego miałby się obawiać? Bólu? Jednak teraz czegoś się bał, naprawdę, jak kiedyś, przy kanałach. Anhelo był wyrośnięty ponad swój wiek. Dla nich był olbrzymem. Gdy oni się patrzyli, ten olbrzym zaczął działać, jakby ich tu nie było. Jest przecież starszy o cztery lata, przemknęło Arto przez myśl, a swoją pozycję zawdzięcza sile. Mimo to nawet Basakis spróbował coś zrobić. Nawet on... A ja stawiałem się starszakom jeszcze starszym od Anhela.
Dlaczego teraz tak się bał? Jakby chodziło o coś więcej...
- A, sam kapitan pilnuje swojej beksy? – Anhelo zaszczycił go kolejnym spojrzeniem – Chcesz popatrzeć? Masz prawo. To w końcu twój... wojownik – dodał z pogardą.
Arto nie ruszył się. Nie odpowiedział. Patrzył jak Anhelo podchodzi do Nowego – i wciąż stał. Dert wbił w niego wzrok, a Arto nie wiedział co zrobić. Strach zaczął mijać, lecz pozostawił po sobie pustkę, jakby ktoś nagle wyłączył wszystkie myśli. Mógł tylko obserwować co się dzieje, niczym żywy perceptor.
- Czas na kolejną lekcję, Ziemianinie – Anhelo stanął przed Nowym. Straszenie go sprawiało mu widoczną satysfakcję. Nowy skulił się i zbladł, oczy zaszły mu łzami. Spojrzał na Arto. W jego oczach była już tylko rozpacz i pragnienie by to się jakoś skończyło.
Arto wciąż stał, gdy Anhelo zaczął swoją rozgrzewkę. Nowy nawet nie próbował się bronić. Anhelo uderzył go kolanem w brzuch. Nowy zgiął się wpół. Wtedy się zdecydował. Przed oczami stanęli mu pobici towarzysze. To on był tym najodważniejszym w grupie. Gdyby teraz nie zrobił nic, nie mógłby spojrzeć na siebie w lustrze. I tak mam trafić do akademii, powtórzył sobie. Nic mnie tu już nie trzyma.
- Zostaw go – powiedział, powoli robiąc dwa kroki naprzód – On ma już dosyć.
Dert drgnął. Arto lekkim gestem dłoni polecił mu się odsunąć. Anhelo odwrócił się ze zdziwieniem. Podszedł bliżej.
- Chcesz się bić? – powiedział powoli, każde słowo wymawiając oddzielnie.
- Nie chcę.
Anhelo splótł palce. Arto usłyszał jak je wygina i rozprostowuje.
- Po co to robisz? – spytał go – Czego ty od niego chcesz?
- Moja sprawa. Zrobię co zechcę a ty albo się zamkniesz, albo też oberwiesz. Dla mnie bez różnicy. Chociaż... – Anhelo udał zastanowienie, lecz oczy zdradzały że tylko się z nim bawi – zawsze to dodatkowa rozrywka.
- Daj mu spokój – odpowiedział twardo. To nic że Anhelo był wyższy i silniejszy, a on niepewny tego co robi. Przynajmniej się kontrolował – Wiem co zamierzasz i nie pozwolę...
Twarz Anhela zmieniła się. Jego towarzysze otoczyli Arto, odcinając drogę ucieczki. Nawet na nich nie spojrzał.
Nowy nie był już bezwolną ofiarą. Reakcja Arto obudziła w nim czujność. Znowu ujrzał w nim wolę walki, choć była jedynie cieniem tego co widział w nim dawniej. Arto nigdy nie miał rodzeństwa, lecz teraz uświadomił sobie że zaczyna go traktować jak brata.
- Nie pozwolisz mi na co? – ostro spytał Anhelo – Takich jak on powinni puszkować już w chwili przybycia.
- Tylko dlatego że jest planetarianinem? To nie jego wina że twój ojciec pije a matka...
Zamilkł, pojmując swój błąd, lecz było za późno. Twarz Anhela nabiegła krwią. Teraz ktoś musiał zostać pobity, mocniej niż dotychczas. Tu chodzi o coś więcej niż jego rodzinę, pomyślał. Starszaki zawsze prowokowały Anhela w taki sam sposób, lecz nigdy tak gwałtownie nie reagował. W coś trafiłem, stoję w śluzie która otwiera się na przestrzeń i nie mam skafandra. Czy to co powiem będzie miało jeszcze jakieś znaczenie?
Anhelo uderzył, lecz zrobił to w gniewie. Nie był przyzwyczajony do stawiania oporu przez swoje ofiary. Arto złapał jego pięść i odepchnął ją na bok.
- Możesz mnie pobić – powiedział przez zaciśnięte zęby – Możesz zapuszkować, jak innych. Ale nie pójdzie ci tak łatwo jak z nim.
Po cichu liczył na walkę, niekoniecznie uczciwą, ale walkę tylko z Anhelem. Wytrzymałby przegraną, odciągnąłby uwagę od Nowego. Być może to by sprawiło że Nowy by się obudził. Lecz Anhelo nie chciał walczyć, tylko bić. Skinął na swoich towarzyszy. Złapali Arto za ręce i wykręcili je, zmuszając by złożył je na plecach. Swoimi stopami ustawili go w rozkroku. Nie stawiał oporu. Tylko bierność mogła go uratować.
Oby Dert był wciąż w pobliżu. Oby nie uciekł...
- Zostawcie go, brutale! – Arto usłyszał desperacki krzyk Nowego. Rzucił się z pięściami na jednego z towarzyszy Anhela. Dostał łokciem w brzuch. Gdy się zgiął, starszak poprawił kolanem. Nowy zatoczył się i upadł dwa metry dalej.
Arto spojrzał na Anhela. Nowy nie dał mu wyboru.
- Zostaw go, Nowy – tym razem głos mu drżał – Niech sobie ulży. W domu nikt na niego nie czeka.
Anhelo wpadł w furię. Z całej siły kopnął Arto między nogi. Zgiął się, lecz starszaki nie pozwoliły mu upaść. Któryś pociągnął za włosy, unosząc jego głowę. Anhelo kopnął jeszcze raz, patrząc mu w twarz. I jeszcze. Wtedy przestał. Arto płonął z bólu. Łapał urywane, krótkie oddechy. Zmusił się by otworzyć oczy i spojrzeć w twarz swojego oprawcy.
- Już ci lepiej? – wyjęczał, ledwie dobywając głos z zaciśniętego gardła – Mam nadzieję że matka pisze, od czasu do czasu...
Anhelo warknął głucho. Uniósł pięść, lecz się powstrzymał. Był wściekły, lecz nie pozbawiony rozumu. Arto kątem oka dostrzegł Derta. Na jego twarzy rysowało się przerażenie.
- Nie tutaj! – ostrzegł Anhela jeden z towarzyszy.
- Wiem! – odwarknął – Bierzcie go!
Zamknął oczy. Poczuł że jest niesiony.
- Zostawcie go! – Nowy stał za Anhelem. Zdawałoby się mały i słaby, a jednak czekał, zaciskając pięści.
- Holuj się, póki zostawiam cię w spokoju – Anhelo nawet się nie odwrócił – Jeszcze...
Nowy skoczył. Uderzył Anhela w plecy. Starszak był zupełnie zaskoczony. Zachwiał się i upadł. Wstawał powoli. Równie powoli sięgnął dłonią do czoła. Gdy ją cofnął, pozostał na niej czerwony ślad.
Odwrócił się.
- Trzymajcie go – nie odwracając się, Anhelo wskazał na Arto. Nowy czekał. Zacisnął pięści, stojąc w rozkroku, jak podczas swojej pierwszej walki. Arto pamiętał dwie rzeczy – Nowy nie potrafi walczyć z przeciwnikiem który kopie, zaś Anhelo bardzo lubi to robić.
Walka trwała ledwie chwilę. Zasłona Nowego nie zdała się na nic; jego własna pięść rozbiła mu nos. Padł na podłogę. Anhelo z całej siły poprawił kopniakiem w brzuch. Nowy zwinął się w kłębek. Tak go zostawili.
Zawlekli Arto do łazienki i rzucili, niczym pustą skrzynię, między odbieralniki moczu. Kto był w środku, szybko opuścił pomieszczenie. Spróbował wstać, lecz miał ledwie tyle siły by kurczowo chwycić się jednego z otworów odbieralnika i unieść się lekko, nim znowu został złapany od tyłu i przygwożdżony do ściany.
- Ściągnijcie zbroję – polecił Anhelo.
Trójka pomocników posłusznie wykonała polecenie, niemal wykręcając mu przy tym ręce. Znowu został unieruchomiony i wyprostowany.
- Już dawno powinienem cię załatwić – Anhelo stanął przed nim – Powinienem zacząć od ciebie, a nie od tego łatwowiernego kopalniaka, Herryego. Właściwie, nie powinienem wcale przestawać, ale co tam. Czas wrócić do tego co przerwałem.
Arto nie rozumiał o czym mówił, poza tym że miał rację. Chodziło o coś więcej niż o jego rodziców. Zrozumiał że już jest martwy i powinien się przygotować by odejść jak wojownik. Byli w szkole, Anhelo nie zdoła upozorować tego na wypadek, lecz czy Anhelo wciąż myślał logicznie?
- Trzeba było zamknąć jadaczkę! – Anhelo uderzył znowu, trafiając nasadą dłoni pod jego brodę. Arto zalało jasne, bolesne światło. Uderzenie wyrzuciło go w górę, czuł jak coś przeszyło go bólem gdzieś u nasady czaszki. Tyłem głowy uderzył w twarz trzymającego go chłopca. Tamten chyba stracił przez to ząb. Jak przez rozrzedzone powietrze usłyszał jego przekleństwo, lecz to było wszystko co odważył się zrobić. Jego kapitan był wściekły, dalej kontynuował swoje dzieło.
- Śpij, szczurze! – Ciosy zaczęły padać wszędzie. Pierścienie wbijały się w niego niczym tępe noże, rozrywając skórę. Anhelo bił go dokładnie i systematycznie, kawałek po kawałku. Przezornie zaczął oszczędzać głowę. W pewnej chwili jego towarzysze puścili go, pozwalając by zwalił się na podłogę. Arto odkrył że niczego już nie czuje. Nie czuł jak Anhelo go kopał, ani w krocze, ani w brzuch, ani w plecy, nie czuł ciała. Przez chwilę samo próbowało reagować, kuliło się, lecz w końcu przestało. Wtedy przestał też Anhelo. Arto jakimś cudem pozostał wpółprzytomny, resztki świadomości błąkały się w jego umyśle. Wszystko co się działo dochodziło do niego z daleka, niewyraźne, jakby był tu ktoś zamiast niego a on tylko oglądał projekcję, widzianą oczami ofiary.
- Wystarczy – ktoś powiedział – Już nic nie czuje.
- Nieważne! Zabiję śmiecia! – to na pewno był Anhelo.
Ktokolwiek mówił do Anhela, robił to głośno i stanowczo. Wiedział jak zwracać się do swojego dowódcy tak by go słuchał, mimo wściekłości. Arto słyszał rozmowę, lecz przestał rozumieć słowa, poza pojedynczymi wyrazami, jak „Anhelo”. Pozostałych nie rozróżniał, mogły być równie dobrze szumem wentylacji, albo odgłosami pracy maszyn. Dla niego znaczyły tyle samo.
- Przestań natychmiast, słyszysz? Gdyby nie ja, już dawno siedziałbyś w akademii! Słuchaj co do ciebie mówię!
Anhelo rzucił coś na ścianę, lecz chyba nie zrobił nic innego.
- Wystarczy, Anhelo. Uspokój się! Jak to zrobisz, zjawią się dorośli.
- Mam to gdzieś! Powinienem to zrobić dwa lata temu!
- Więc zrobisz to teraz, ale powoli. Nie w szkole.
Jakiś cień pochylił się nad obserwatorem projekcji.
- Lepiej już idźmy – powiedział – On może nie wytrzymać.
Chwila ciszy. Coś się poruszyło, zbliżając do niego.
- Żyje?
- Żyje, ale nie oddycha. Wynośmy się stąd, zanim zjawią się automaty.
- Zaraza! Jak mi tu zdechnie...
- Uprzedzałem! Poprzednio ledwo się wywinąłeś, ale to... W szkole, w łazience! Czyś ty oszalał?
- Przestań gadać tylko zrób coś!
Chwila milczenia. Coś się nad nim pochyliło. Coś zbliżyło się do jego twarzy, bardzo blisko, dotykając kilka razy w nos i usta. Przez na wpół przymknięte oczy Arto widział tylko plamy, zamazane kształty. Nie wiedział kto to był, ani co próbuje robić.
- Szczur sam jest sobie winien. Mógł trzymać mordę na zatrzask!
- Inni i tak nie odważą się mówić.
- Ale dorośli poznają że to nie wypadek! Tym razem...
- No to co? To pierwsze śmiertelne pobicie w naszej szkole. W innych to się zdarzało i tylko dwa razy znaleźli sprawcę. Nikt nie będzie wiedział że to ty, poza...
- Uważaj co mówisz! Nie wspominaj...
- Bo co? Nie ty jeden byłeś kiedykolwiek podejrzany. Oni też nie chcą by to się wydało. Może nawet się ucieszą. Nikt nie będzie o tym mówił.
- Nikt poza jego kumplami. Jak zaczną mówić, poświęcą mnie... nas, by to wyciszyć!
- Daj spokój. Oni nic nie powiedzą. Zbyt się boją.
Znowu chwila ciszy.
- Jest jeszcze ten planetarianin. On jest nowy. Zaatakował cię. On będzie mówił...
- No i...?
- O nie. Drugi raz tego nie przepchniesz! Nikt nie uwierzy w kolejną histerię. Widziałeś jak tamci wyglądają? Oni wiedzą co zrobiłeś. Siedzą cicho, bo wciąż mogą tam trafić!
- Świetliście! Wymyślę coś innego. Zaraz... Oni dwaj byli ostatnio cały czas razem, prawda? Załatwię i jedno i drugie. Nie będą tu chodzić ani tacy jak on, ani jak tamten, to jasne?
- Jasne, kapitanie. Załatwimy go, ale nie tutaj. Tamten tego nie wytrzyma, zobaczysz. Jest taki sam jak poprzedni, jak każdy planetarianin.
Dłuższa chwila ciszy. Arto poczuł jak wszystko dookoła zaczyna się przybliżać.
- I jak?
- Nic. Serce pracuje, ale wciąż nie oddycha. Załatwiłeś go na dobre, idioto! – głos był głośniejszy, dochodził gdzieś z bliska – Nie zdążę po sprzęt. Wynośmy się nim się udusi!
Głośne przekleństwo, potem cisza. Z początku nie czuł nic. Dopiero po chwili poczuł że nie może oddychać. Czy ktoś powiedział że umierał? Więc gdzie są dorośli? Czuł pulsowanie w uszach, czuł jak serce bije coraz szybciej i szybciej. Nie potrafił się skupić na żadnej z myśli, umykały zbyt szybko, znikały, zmieniały się w inne, rzucały bezładnie wewnątrz umysłu. Jakieś wspomnienia, znajoma twarz... Dael? Co miałem zrobić? Coś miałem, coś ważnego... Lecz pamiętał tylko że nie mógł.
Wszystko zawirowało. Gdy znowu spojrzał przez szczelinę napuchniętych powiek, ujrzał nad sobą światła na suficie. Na chwilę przesłoniła je twarz Nowego. Z jego oczu płynęły łzy. Nowy nie potrafi nad sobą panować, pomyślał. Ich usta dotknęły się na chwilę. Chyba poruszył głową i Nowy to zauważył. Poznał że go widzi. Arto nie był pewien czy próbuje coś powiedzieć do Nowego, czy rusza ustami, czy może to zrobić, czy po prostu leży i patrzy się na jego rozbity nos, krew na twarzy i na jego oczy, zupełnie inne niż przez ostatni tydzień. Wciąż czaił się w nich lęk, tym razem nie o siebie, lecz o niego.
- Oddychaj Arto! – Nowy załkał cicho – Oddychaj, na próżnię! Nie daj im wygrać, nie umieraj! Oddychaj, niech cię przestrzeń pochłonie, oddychaj!
Arto chciał, lecz nie mógł. Nie wiedział nawet czy może czymkolwiek poruszyć, poza głową i oczami. Nowy znowu się nad nim pochylił. Niewiele mi pomożesz, Nowy, pomyślał dziwnie spokojnie. Sam, choć próbuję, nie mogę sobie pomóc.
Czy chcę sobie pomóc?
Było mu wszystko jedno. Z trudem obrócił głowę lekko w bok. Jej poruszenie kosztowało go wiele wysiłku, ale nie czuł nic, tyle że obraz się przesunął. Nie czuł żadnego bólu, strachu, chęci zrobienia czegokolwiek. Zdziwiło go jak bardzo było mu z tym dobrze. Poczuł ulgę że ten bezwzględny, sadystyczny głupiec wreszcie go wyzwolił. Czy umrze tu, czy w akademii, jaka to różnica? Może dzięki temu Anhelo zapłaci za swoje zbrodnie...?
Lecz instynkt przetrwania podsunął mu inną myśl. Jeśli odejdzie teraz, rodzice mogą być zbyt załamani by uciec. Trzymał ich tu za życia, jego zwłoki mogą ich zatrzymać na zawsze. I Nowy... Nowy nie był bezpieczny. Jeśli pozwoli sobie umrzeć, dopiero wtedy znajdzie się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Świadomość poprzednich myśli sprawiła że poczuł do nich obrzydzenie. To wyjście było dla beks.
Do środka wbiegło dwóch chłopców. Dert i Żo. Pochylili się nad nim.
- Nie może oddychać! – jęknął rozpaczliwie Nowy.
- Stymulator, szybko!
Niewielki owalny, płaski aparacik trafił z plecaka do dłoni medyka. Żo przycisnął go do piersi Arto, na wysokości mostka. Niemal natychmiast jego klatkę piersiową rozdarł potworny ból. Uczucie było mdlące, lecz od razu się uspokoił. Póki czuł że coś go boli, póty wszystko było w porządku. Ból pomógł mięśniom przezwyciężyć paraliż. Pierś uniosła się i Arto chrapliwie wciągnął powietrze, krztusząc się.
- Pomóżcie mi! – zawołał Żo – Musimy go obrócić na bok.
Arto wciąż był bezwładny. Wprawdzie oddychał, lecz tego nie kontrolował. Gdy przewrócili go na bok, Żo pomógł mu zwymiotować. Arto nagle poczuł się słabo. Ponownie ułożyli go na plecach i Żo zaczął go badać swoimi zabawkami. Jeśli było coś co mógł zrobić, zrobi to, jeśli nie – wtedy znajdzie kogoś kto to potrafi, za odpowiednią cenę. Był pierwszym chłopcem z grupy który mógł potrzebować opieki któregoś z medyków od starszaków.
Nowy znowu się nad nim pochylił. Arto spróbował unieść głowę. Żo stanowczo, choć delikatnie, opuścił ją w dół.
- Nie przeszkadzaj – odsunął Nowego na bok – Zakłócasz sygnał. Arto, leż spokojnie, nie próbuj nic robić. Leż i myśl sobie o czym chcesz. Nie próbuj odpowiadać.
Chętnie kiwnąłby głową, ale wolał zastosować się do rady Żo. Nie było to trudne.
Nowy skulił się obok, z kolanami pod brodą. Obserwował każdy ruch Żo.
- Mówiłem mu by tego nie robił – powiedział przepraszająco – Anhelo prawie go zabił...
Dert przyklęknął obok.
- Nowy, gdyby nie ty, Arto już by nie żył. Wiesz już dlaczego nie powinieneś się rzucać na Anhela? Co by było gdyby obu was tak urządził? Wiesz, mamy tylko jeden stymulator. Nie chciałbym by Żo musiał wybierać.
Nowy smutno kiwnął głową.
- Wyjdzie z tego? – spytał – Co jeśli...? Już tak zostanie?
Dert spojrzał na Żo. Żo pochylił się nad Arto. A Arto sam chciałby to wiedzieć. Jeśli mam być już zawsze taki jak teraz, Żo, to proszę, zdejmij to ze mnie i pozwól umrzeć.
- Kapitanie, możesz się ruszać? – spytał Żo – Możesz mówić?
Arto nie mógł. Chciał, lecz nie był w stanie nawet podnieść palca. Mógł tylko zamknąć oczy i lekko, niemal niedostrzegalnie, poruszyć głową na boki.
- To kręgosłup – powiedział Żo – Dlatego nie może oddychać. Mogę to wyleczyć, ale to potrwa dłużej niż godzinę. Nie bój się, Arto, nie zostawię cię w takim stanie. Sprowadzę kogoś kto wie więcej o nerwach niż ja.
- Nie zostanie sparaliżowany? – przestraszył się Nowy.
- Skądże! Paraliż pozostaje tylko gdy mózg zostaje uszkodzony, a nawet wtedy można wszczepić implant. Tylko... – zawahał się – Taką operację potrafią przeprowadzić jedynie dorośli. Ale jemu to nie grozi – odpowiedział szybko – Mózg na pewno jest cały.
- Skąd możesz to wiedzieć?
Arto rozumiał że Żo tego wiedzieć nie może. Lekarze potrafili naprawiać niektóre części mózgu, jeśli ofiara przeżyła, lecz oni nie mieli dostępu do tych technik.
Żo nie odpowiedział. Zaczął grzebać w plecaku. Wyciągnął szeroki, łukowato wygięty przyrząd wielkości dłoni. Położył go obok karku Arto i wsunął dłoń pod jego plecy.
Wtedy stracił przytomność.
* * * * *
Wilan spokojnie szedł przez stocznię,lecz jego spokój był pozorny. Już trzy rozjaśnienia czekał na reaktor. Dokumenty zostały wysłane, lecz coś wstrzymywało realizację zamówienia. Wiedział że reaktor to jedna z tych części będących pod specjalną troską, lecz trzy dni to o dzień za długo. Ile szef zamierza z tym zwlekać?
Rikad wezwał go do siebie, więc postanowił o to zapytać. O cokolwiek chodziło, na pewno nie o komory. Gdyby ktoś zauważył że jadące na złom skrzynie nie zawierały tego co powinny, nie szef by go do siebie wezwał lecz policja, lub ochrona. Nie chodziło o opóźnienia, zaczynali je nadrabiać. Więc o co?
Ledwie Wilan wszedł do gabinetu, Rikad spojrzał na niego oskarżycielsko.
- Co ty wyprawiasz, Wilan? O czym ty sobie myślisz?
Wilan zdrętwiał. Starał się zachować spokój. Skąd to oskarżenie? Przezornie milczał.
- No po co to? Po co? – Rikad wywołał projekcję dokumentu – Po co ci dwa reaktory?
- Moduły cewek składają się z części od trzech producentów – wyjaśnił, biorąc zdarzenie za zwykły problem z biurokracją – Trzymają się standardów, lecz wyprodukowały je różne typy maszyn. Odpowiadam za ich synchronizację. Skąd mam wiedzieć co się stanie gdy...
- A czy to ważne? – przerwał mu szef – Ten kadłub ma dolecieć na miejsce, to wszystko. Jeśli coś nie będzie współdziałać, koloniści to wymienią. To ich problem, nie nasz.
- Przecież nie chcę montować reaktora! – zaprotestował Wilan – Chcę go tylko podłączyć i zobaczyć co się stanie. Potem wszystko wróci do magazynu...
- Nie możemy tracić czasu i sprzętu na kontrolę każdego drobiazgu! Do próżni z kontrolami! Mamy opóźnienia...
- Gdybym nie zażądał komór, nie wykrylibyśmy usterki w...
- Właśnie. I jeszcze te komory... – szef spojrzał na projektor – Spalone. Szmelc na złom. Tylko czy nas to obchodzi? – spytał retorycznie – Czy tym statkiem mają lecieć ludzie? Nie! Takie usterki koloniści usuwają sami, na miejscu. Na czarne dziury, to ich wyssana robota i nam nic do tego! Mamy wysłać im kadłub i trochę sprzętu, żadnych dodatkowych reaktorów. Rząd nie wysyła takich rzeczy w pustych statkach.
- Nie wiedziałem...
- Ja też nie. Ale przez ciebie dostałem na ten temat oficjalne upomnienie, które przyszło zamiast twojego zamówienia. Chcesz je zobaczyć, to służę. Nie wiem o co chodzi – machnął nerwowo ręką. Siadł za biurkiem i wywołał nowy obraz na projektorze – Może rząd się boi że koloniści przechwycą statek i ograbią go z czego się tylko da. Szczerze mówiąc, lata mi to ogonem. Z jakichś względów bezpieczeństwa drugi reaktor ma dotrzeć do celu inną drogą. Nie masz po co sprawdzać czy wszystko będzie współdziałać. Jak znam biurokrację, dostaną zupełnie inne części i sami będą się martwić jak je dopasować. Przed tym też się chcesz zabezpieczyć?
Wilan słuchał go, przebiegając wzrokiem wyświetlony dokument. Zwykłe urzędowe napomnienie, niespecjalnie ważne, ale trudno było się z nim kłócić.
- Przecież to głupota!
- Nie ty pierwszy zauważyłeś że Flota i urzędnicy to banda paranoików. Nie chcą by bezzałogowa jednostka miała na pokładzie komplet reaktorów? – Rikad rozłożył ręce – Świetnie, mi to wystarczy. Gdyby zamontowany reaktor nie działał jak należy, wtedy bym się tym zajął. Sprawdzaliśmy go, osiąga pełną moc. Koniec.
- Ale... Jeżeli coś się potem stanie, jakaś awaria... Może w drodze...
Szef oparł się rękoma o biurko i pochylił w jego stronę. Wyłączył projekcję. Zamierzał zrobić wykład.
- Nasze zadanie to wysyłanie szybkie gwiazdolotów – zaczął – Tylko w Układzie istnieje infrastruktura która umożliwia ich produkcję na tak wielką skalę. Zaopatrujemy w statki cały przeklęty znany kosmos! – wstał i zaczął się przechadzać to w jedną, to w drugą stronę. Mówił z pamięci, jak dobrze wyuczoną kwestię – Układ Słoneczny to największe centrum produkcji. Zaopatrujemy setki, może tysiące innych światów, jakie przez ostatnie wieki zdołaliśmy zasiedlić, we wszystko czego nie są w stanie same wytworzyć. Nie ma się co oszukiwać – rzucił na Wilana szybkie, niepewne spojrzenie – Nie jesteśmy dziećmi. To Rząd nie pozwala koloniom na samowystarczalność. Lecz to my musimy pracować, by to wszystko jakoś trzymało się kupy, by gdzieś tam nie zabrakło czegoś od czego może zależeć istnienie całej kolonii, czy załogi statku. My wysyłamy im części, oni sprawdzają je i składają w całość. Rząd decyduje kogo w swej łaskawości zechce obdarować sprzętem, nie my. My, tutaj – wskazał na ścianę, za którą znajdowała się główna hala stoczni – odpowiadamy za to by to wszystko docierało do nich na czas. Każdy z nas musi znać swoje miejsce.
Wilan dobrze znał te propagandowe slogany. Brednie, jak wiele innych. Nawet ich autorzy musieli wiedzieć że od trzech wieków mało kto jeszcze w to wierzył.
Rikad był szczery. Nie wciskał bzdur. Doceniał to.
- Mamy wypuszczać wybrakowane statki, licząc że na miejscu, za kilkadziesiąt lat, kiedy być może – podkreślił to – zmienią się przepisy, ktoś nie zapomni sprawdzić wszystkiego przed odlotem? – wycelował w niego palec – Umiesz przewidywać przyszłość, Rik?
- Umiem czytać między wierszami – szef ciężko siadł na fotelu – Wysyłamy wybrakowane statki, bo takie jak ten mają być wybrakowane odgórnie. Nie mamy środków na dodatkowe wyposażenie, i co ważniejsze, nie mamy na to czasu. Dla dobra nas wszystkich, skończ z tymi kontrolami! Flota chce aby ten tak zwany gwiazdolot jak najszybciej wyruszył do celu. Do tego potrzebuje jedynie zasilania, napędu, komputera, osłon i kilku drobiazgów. To wszystko.
- Rozumiem, ale...
- To nie zależy ode mnie. Pamiętaj gdzie jesteś, czego się od ciebie oczekuje, oraz, najważniejsze – opuścił palec w dół, znacząco wskazując na podłogę, w stronę Centrum stacji – kto tu naprawdę rządzi. Przepisy w sprawie reaktorów są, jak widziałeś, bardzo wyraźne. Lecz jeśli dla sprawdzenia konstrukcji statku chcesz ryzykować pracę...
Wilan zrozumiał. Dostosuje się albo wyleci na korytarz. Wiedział, na przykładzie Lerszena, jak trudno zdobyć kolejną pracę, jeśli poprzednią straciło się w taki sposób.
- Jak rozumiem, naprawę złącza też mam przerwać?
- Wciąż nie nadrobiliście opóźnień. Szukanie usterki i jej usunięcie zajmie inżynierom parę ładnych dni, a przecież mają inne obowiązki. Zostaw to tak jak jest, zrób notatkę w dokumentach, załaduj je do pokładowego komputera, zaplombuj wszystko ostrzegawczymi zatrzaskami, wywal złom do dekompozycji i skup się na dokładnej, szybkiej i przepisowej pracy.
- Nie martwiłeś się o tempo pracy gdy zwalniałeś Hemula – zauważył sucho.
- To nie zależało ode mnie! Nie zmienisz przepisów. Daj mi spokój i rób co do ciebie należy!
Wilan kiwnął głową i wyszedł. Rikad był wściekły, dalsza rozmowa nie miała sensu. Miał pecha. Jakiś urzędas z magazynu liczył na premię, więc poinformował o wszystkim nadzorujący stację oddział kontroli dystrybucji. Na zarazę! Te przepisy nie były takie głupie, jak myślał. Tym razem skończyło się na upomnieniu. Tym razem wyszedł na nadgorliwca. Lecz na przyszłość musiał być ostrożniejszy. Całe szczęście że nikt nie czepił się komór.
Szczęście? Teraz nie miało to większego znaczenia. Po tym upomnieniu każda próba zdobycia reaktora zostanie natychmiast zauważona. Jak tłumaczyłby się następnym razem? Że chciał przeczyścić dysze pełnym strumieniem plazmy? Równie dobrze mógłby powiedzieć że chciał się opalić!
Bez reaktora jego plan był nie do wykonania – i jego konkurent musiał o tym wiedzieć. Przypadek? To było równie prawdopodobne jak uderzenie kontenera w stację, czy wygranie na Loterii. Walka odbyła się wcześniej niż się spodziewał, była krótka i jednostronna. Przegrał ją w straszliwie beznadziejnym stylu. Nie poznał przeciwnika, nie wyprowadził nawet jednego ciosu. Sześć miesięcy ogłupiania magazynierów i własnego zespołu poszło na darmo, rozbite w pył przez jeden idiotyczny przepis! Znajomi mówili o nim że jest uparty, lecz wiedział kiedy należy się poddać. Mógł zrobić tylko jedno – czekać na inną okazję.
Może do tego czasu znów zacznie wracać wcześniej z pracy, tak jak robił to dawno temu. Ene powinna się ucieszyć. Może znowu zacznie wracać na jej późne obiady. Znów jej powie że najgorsza część pracy jest już za nimi. Zacznie więcej rozmawiać z synem.
Kiedyś musi się udać. Musiał w to wierzyć.
* * * * *
Minęła czwarta godzina a Arto wciąż nie odzyskał przytomności. Sprowadzony starszak nie wymyślił wiele więcej ponad to co Żo już zrobił. Zapewnił ich że mózg Arto nie jest uszkodzony, uprzedził że minie trochę czasu nim bioinduktor wytworzy obejścia nerwowe i uprzedził że nie powinni go sami budzić. Potem poradził by znaleźli sobie nowego kapitana, bo na takich sprawach nie zna się nikt w szkole. Za to go znienawidził. Ledwie zwrócił uwagę na niebieską plamkę na jego lewym ramieniu, taką samą jak u Żo, w tym samym miejscu.
Pamiętał ludzi, którzy na Ziemi przychodzili do jego matki. Niektórym powtarzała że umrą, jeśli szybko nie trafią do prawdziwego lekarza. Arto nie pójdzie do lekarza. Nie chciał by ktokolwiek cierpiał za niego, a tym bardziej by umarł. Powinienem być na twoim miejscu, powtarzał sobie, mnie Anhelo by tak nie potraktował.
Był na niego skazany, od pierwszego dnia. Teraz to wiedział. Dlaczego działy się tu takie rzeczy? Na Ziemi nie pozwalali na to dorośli. Dlaczego pozwalali tutaj? Bo nie wiedzieli? Jeśli dzieci potrafiły się rządzić tylko w jeden sposób...
Pierwszy dostrzegł drgnięcie dłoni. Chwilę potem kapitan otworzył oczy. Odetchnęli z ulgą. Arto uniósł rękę w i spojrzał na nią w milczeniu – prosty sposób na ocenę sprawności swojego wzroku po bitwach.
- Nareszcie – Żo przysunął się bliżej – Zaczynałem się naprawdę bać. Jak się czujesz?
- Tak jak wyglądałem – Arto się skrzywił – Dało się wytrzymać – rozejrzał się, ostrożnie poruszając głową – Nie ma nikogo więcej?
- A kogo się spodziewałeś, Żimmiego? – Dert pomógł mu usiąść – On już ma to co chciał. Stałeś się słaby. Teraz cię zniszczy.
Arto szybko dochodził do siebie. Wodził dookoła niezbyt pewnym wzrokiem, trzymał dłoń przy głowie, jakby sama szyja nie potrafiła jej utrzymać i często zaciskał powieki, jak gdyby raziło go światło ledwo palącej się lampy, lecz ruchy miał zdumiewająco pewne.
- Nie zrobi tego. Jak nie wygra uczciwie, nigdy nie przejmie całej grupy.
- Inni pewnie nie wiedzą co się stało – oświadczył Żo – Gdy Dert mnie złapał, nie było czasu na wyjaśnienia. Zawsze się bałem że kiedyś będę musiał użyć tych lepszych zabawek, tylko nigdy nie myślałem że to będziesz ty.
Arto dotknął przyrządu na piersi. Po chwili wahania przesunął dłoń na kark. Wyczuł łukowaty przyrząd, jaki Żo przyczepił mu w łazience. Nagle uśmiechnął się szeroko i opuścił rękę. Maść zamaskowała już siniaki, rozcięcia goiły się szybko. Wyglądał niemal normalnie, lecz Iwen wiedział że to tylko wygląd.
- Żo, wiedziałem że mogę na ciebie liczyć – spojrzał na Iwena – Ty też, Nowy. Gdyby nie ty... Pewnie byłbym już po drugiej stronie.
- Gdyby nie ja, nie spotkałbyś Anhela – spuścił głowę i odpowiedział cicho. Łzy same napłynęły mu do oczu.
- Obiecałem że cię obronię, a ja zawsze dotrzymuję obietnic. Wiem, obiecałem też że Anhelo nigdy więcej cię nie uderzy, ale myślę że to teraz się tak bardzo nie liczy. Sam też nieźle go kopnąłeś.
Żo uniósł brwi. W odpowiedzi Dert wzruszył ramionami. Iwen spojrzał na Arto. Albo nie chce mnie martwić, pomyślał, albo naprawdę czuje się lepiej niż na to wygląda. Nie chce mnie martwić. Czuł że dzieje się z nim coś niedobrego, a Dert i Żo bali się o to pytać.
- Coś ci dolega? – spytał – Proszę, powiedz prawdę.
- A jak myślisz? Myślę że dolega mi wszystko co może. Ten szczur Anhelo jest dokładny. Wrócę do domu, prześpię się i jutro będę jak nowo narodzony.
Tym razem Arto był zbyt słaby by dobrze kłamać.
- Nie graj bohatera! Wiem co potrafi Anhelo. Jeśli zrobił ci coś w środku... możesz umrzeć. Moja mama jest... była lekarzem. Uczyła się tego gdy urodziła się siostra. Wiem co mówię.
Arto spojrzał na niego dziwnie.
- Nowy może mieć rację, Arto – potwierdził Żo – Jeśli komuś potrzebny jest Charon, to na pewno tobie. Tylko... nikt z nas nie ma z nim kontaktu, a ja... nie potrafię operować. Nie wiem czy którykolwiek starszak to potrafi. Tu potrzebne jest doświadczenie dorosłego. Ja nawet nie mogę powiedzieć czy potrzebujesz operacji. Być może nie, a być może...
Arto w milczeniu patrzył to na Żo, to na Iwena. Dert nic nie mówił, ale widział że on też się martwi. I być może też uważa że w tym wypadku należy nagiąć zasady. Należałoby zaufać dorosłemu. Czy dla nich ta zasada była aż tak ważna, by dla niej umierać?
- Nie będę cię okłamywał, Nowy. Boli mnie, i to bardzo, ale...
- Musisz iść do lekarza! – Iwen, nawet jakby chciał, nie potrafiłby być bardziej stanowczy – Nie pozwolę abyś...
- I co powiem? Że taki jeden pobił mnie do nieprzytomności? Nowy, zastanów się. Przed rodzicami mogę udawać. Przed lekarzem nie. Domyśli się. Dorośli nie są aż tak głupi.
Iwen nigdy dotąd nie myślał o rodzicach jako o dorosłych, nie w szkolny sposób. Lecz dla Arto oni byli zwykłymi dorosłymi. Kontakt z nimi oznaczał samobójstwo, łańcuch zdarzeń kończący się zawsze w jednym miejscu. W akademii...
- Więc chociaż pozwól się zbadać mojej mamie. Ona nic nie powie. Obiecuję ci.
Spojrzenie Arto stało się czujne. Tak samo spojrzenia Żo i Derta.
- Powiedziałeś jej? Nowy, jeśli twoja matka pójdzie do dyrektora, oni mnie...
- Oczywiście że nie! – zaperzył się – Jeszcze nie zgłupiałem. Ale... W ten sposób masz jakąś szansę. Powiesz jej tylko to co zechcesz. Ja nie będę się odzywał.
Arto nic nie odpowiedział.
- Posłuchaj mnie choć raz! Musisz pozwolić się jej zbadać. Jesteś... Jesteś spoza rodziny, jak ci inni. Była lekarzem i wie co to znaczy tajemnica. Nie wiem czy potrafi operować, ale będzie wiedziała czy potrzebujesz poważnej pomocy. Na Ziemi wyleczyła wielu chorych i rannych, potrafiła się nimi zająć i nigdy nic nie mówiła. Proszę, zrób to, dla mnie i dla siebie. Ja już wiem że się pomyliłem. Teraz ty się mylisz.
Wszyscy trzej patrzyli na Arto. Milczeli, więc nie wiedział czy się zgadzają.
- Niech ci będzie, Iwen – Arto z rezygnacją zamknął oczy – Pójdę, ale ty nic nie mów. Sam się będę tłumaczył.
Iwen poczuł jak przepełnia go radość. Nareszcie zmusił go do rozsądku! Arto zmusił go by przyjął pomoc w sprawie Anhela, a teraz mu się zrewanżował. I nazwał go po imieniu!
- Już nie jestem Nowy? – zapytał.
- A jak myślisz? – Arto wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zbyt rzadko widział go takim. Choć sytuacja nie była do śmiechu, zauważył że ten uśmiech pasował do jego twarzy – Jak by to wyglądało, gdybym niemal dał się zapuszkować dla kogoś bez imienia?
Wiedział że żartuje. Także się uśmiechnął. Przestał być dla niego byle kim, tylko dlaczego to się musiało stać właśnie w taki sposób? Czy w tej szkole właśnie tak dzieci zdobywały sobie imię? Uznał że teraz jego obowiązkiem było dopilnowanie by Arto trafił do jego domu. Jego zgoda to jeszcze nie wszystko, musiał się upewnić że z tej obietnicy już się nie wykręci. Dla nich rozmowa z dorosłymi to zbrodnia. Przed oczami stanął mu Żimmy. O ileż łatwiej było im pogodzić się z moją śmiercią, niż z taką rozmową.
Arto nie czuł na siebie złości chyba tylko dlatego że za bardzo go wszystko bolało. Anhelo starał się go nie połamać – za wyjątkiem kilku żeber, co poczuł od razu – ale z całą resztą obszedł się bezwzględnie. Z wnętrza ciała promieniował potworny ból, zwłaszcza spod klatki piersiowej i po bokach brzucha. Był inny niż ze złamanej ręki czy żeber – mdlący, przeciągły, tępy, dochodził niemal z całego ciała. Raz był silniejszy w jednym miejscu, raz w drugim, jakby obite miejsca walczyły o to które ma go boleć najbardziej. Walka ta była szczególnie zaciekła gdy się poruszał. Najczęściej wygrywał ten najgorszy, promieniujący z podbrzusza – wtedy miał wrażenie że coś tępego i szerokiego wpycha się od spodu w głąb jego ciała. Przywykł już do ukrywania bólu, lecz teraz było to trudniejsze. Nigdy nie był bity aż tak brutalnie by myśleć że może tego nie przeżyć. Zabraniały tego zasady.
Tylko ten dziwny ból mógł go zmusić do przyjęcia propozycji Nowego. Bał się lekarzy i badań, jak każdy chłopiec w szkole. Tym razem nie chodziło o zwykłe przeziębienie. Nie skończy się na zaglądaniu do gardła, mierzeniu pulsu, osłuchaniu i pobraniu wymazu do zbadania DNA zarazka. Co jej powie, a czego sama się domyśli? Spojrzał na pierś, na stymulator. I jeszcze ta rzecz z tyłu. Według dorosłych, życie dziecka nie powinno zależeć od kawałka technologii. Tego nie dało się tego ukryć, jak zwykłego siniaka. W porównaniu z tym, reszta była niczym. Lecz jeśli teraz umrze, rodzice nigdzie nie uciekną.
Nie boję się rozmowy, przekonał samego siebie. Coś wymyślę. Nie muszę mówić całej prawdy. Boję się tego co się stanie po rozmowie.
Badania lekarskie. Tego bał się każdy uczeń. Nie jakichś okresowych, pobieżnych kontroli, szczepień czy badań genów, o których zawsze wiedzieli wcześniej i zawsze mieli czas by ściągnąć zbroję czy uciec, gdy nie czuli się najlepiej. Prawdziwe, dokładne badania, zwłaszcza z pomocą skanera, wykazałyby ślady pobić, nawet te starsze. I złamania.
Nie mieli do dyspozycji tego co dorośli, jedynie proste leki i przyrządy. Nie potrafili całkowicie usunąć skutków pobić. Potrafili je tylko kryć. Lekarze wszystko by znaleźli i zaczęliby zadawać pytania. Nie czuł że ma złamane kości? Nie zauważył jak to się stało? Do czegoś takiego nie przekonałby nawet głupiego młodszaka.
Wstał z podłogi i natychmiast syknął z bólu. Potężne ukłucie przeszyło brzuch od biodra po klatkę piersiową. Ten był ostry. Nie zginał go wpół, lecz pojawiał się i odchodził. Taki ból dobrze znał, potrafił z nim walczyć. Odetchnął głębiej. To także sprawiło ból, ale znacznie mniejszy. Póki siedział, nie czuł że jest z nim źle. Teraz, kiedy stanął na nogi, uznał że pomysł Nowego... że pomysł Iwena wcale nie jest taki zły na jaki z początku wyglądał.
Przynajmniej mogę się ruszać. Przynajmniej mogę oddychać tak jak chcę. Żo jest jednak naprawdę dobry.
Spojrzenie na zegarek wyzwoliło w nim łańcuch rozważań o zaistniałych problemach. Opuścili cztery lekcje. Znowu będzie musiał wymyślić usprawiedliwienie. Najbardziej nie lubił fałszować sygnatur rodziców. Nieczęsto się spóźniał, nauczyciele będą wyrozumiali. Gorzej jeśli każą mu nadrobić zaległości. Znowu musiałby się uczyć, a tego bardzo nie lubił.
Złapał się na tym co zrobił. Dopiero uniknął śmierci, a już myślał o szkole i lekcjach. Lecz szkoła była ważna. Nowy był ważny. Teraz już nie Nowy, a Iwen, poprawił się. I Anhelo był ważny.
Zaczął się ubierać. Szło mu to z trudem. Ból był ogromny, mimo to zdołał założyć zbroję i koszulkę. Dert pomógł mu wygładzić nieliczne zmarszczki.
- Dlaczego to zrobiłeś? – szepnął do ucha gdy Iwen się oddalił – Mógłbyś już nie żyć...
Tego nie potrafił sobie wyjaśnić. Było w tym coś dziwnego. W walce o Iwena nie chodziło już tylko o Iwena, lecz także o niego. Za co, dlaczego? Jako kapitan, musiał sprawiać wrażenie że każda jego decyzja jest uzasadniona i przemyślana.
- Nie miałem wyboru – odszepnął równie cicho – Myślisz że wiedziałem że tak się to skończy? Zrobiłem jedyną rzecz jaką mogłem. Nie wiedziałem że Anhelo aż tak się wścieknie. Nowy... Iwen by tego nie zniósł.
Dert popatrzył na niego jakby Arto czegoś nie rozumiał.
- Nowego nie zasunąłby tak ostro – odparł. Nie był gotów zaakceptować Iwena – To niczego nie zmieniło. Arto, co będzie dalej? Nie, nie chcę byś porzucił Nowego. Pytam, bo nie wiem. Ile jeszcze wytrzymasz? Ile on wytrzyma, gdy ty już nie zdołasz?
Arto milczał. Rozumiał co Dert chciał powiedzieć, rozumiał każde z niewypowiedzianych słów, lecz nic nie powiedział. Nie wiedział co mógłby odpowiedzieć. Wierzył że zrobił dobrze, nie wiedział tylko jak Dert na to zareaguje. Poniosło go i teraz był takim samym celem jak Iwen. Wyjdą z tego razem, żywi, albo w oddzielnych puszkach.
Iwen przyglądał im się. Wiedział o kim szeptają. Na kosmos, byle nie pomyślał że chcę go porzucić! Już miał się odezwać, gdy Iwen pokazał na jeden z szybów i wczołgał się do niego. Dert zobaczył już tylko jego nogi. Gdy znikły, spojrzał na Arto. Myśleli o tym samym. Nie powinni szeptać ze sobą, nie przy nim.
- Cała szkoła mówi o tym jak bawimy się w chowanego z Anhelem – odezwał się Dert, już trochę głośniej – Młodszaki mają nas za jakichś bohaterów, zwłaszcza ci z Włóczni, zaś starszaki patrzą na nas jak na samobójców. Co powiedzą po dzisiejszym? Zawsze chciałeś być znanym, no to teraz jesteś. Założę się że wszyscy zastanawiają się czy jeszcze żyjesz, albo czy nie skończysz jak Dejwi.
Dejwi... Chłopiec który zmarł w kilka rozjaśnień po ostrej bijatyce między Żółtoskórymi a Niebiańskimi Wrotami. Anhelo nieźle wtedy oberwał i stracił dobrego wojownika. Wojna młodocianych gangów, tak to określili dorośli. Wtedy było mu to obojętne, teraz nawet się z tego ucieszył. Poczuł nagłą potrzebę zobaczenia się z matką Iwena.
- Byłem tam, Arto. Zrobiłeś to specjalnie! – Dert potrząsnął nim za barki – Człowieku, coś ty narobił? On ci tego nie zapomni...
Nie zareagował na jego zachowanie. Jego zastępca nie wiedział co robić. Martwił się o swojego kapitana, lecz chwytał go także strach przed tym co się działo i czego nie był w stanie zrozumieć, każąc mu martwić się przede wszystkim o siebie. Próbował pogodzić ze sobą te dwie rzeczy, lecz nic nie rozumiał, a to skazywało go na przegraną.
- Już tego nie zmienię – odburknął – Pogódź się z tym, albo zacznij mnie unikać, jak inni. Chciałem tylko... odwrócić jego uwagę – zacisnął oczy. Po co się tłumaczył? Kogo chciał przekonać, Derta czy siebie? – Zrobiłem co uznałem za słuszne.
- Słuszne? Zaczynam myśleć że Żimmy ma rację. Że chcesz się dać zabić za Iwena.
Gdyby to było takie proste... Przez lata uczył ich jak współpracować, zamiast lać się ze sobą po kątach, lecz gdy przyszło co do czego, została przy nim ledwie garstka. Spojrzał uważnie w oczy Derta i zrozumiał, że jego też zaczął tracić. Po dzisiejszym zapewne straci wszystkich. Nikt nie będzie chciał się zbliżać do wariata samobójcy. Zrozumiał co Dael tyle razy starał się mu wytłumaczyć. Dlaczego tak późno, skoro było to tak oczywiste? Czy sam był równie ślepy jak inni?
- Dopóki młodsi będą naśladować starszych, szkoła będzie zawsze taka sama – powtórzył jego myśl – Nawet gorsza, bo będzie więcej takich jak Anhelo. Biją nas, ale w ich wieku będziemy robić to samo. Wszystko co się dzieje w szkole, robimy sobie sami i to my musimy z tym skończyć, inaczej...
Poczuł ból. Zgiął się i przyłożył dłoń do brzucha. Był inny bo nie potrafił tak po prostu złapać jednego z nich i zbić. Mógł uderzyć, nawet mocno, ale to wszystko. Przez Daela i to jego gadanie. To on sprawił że gdy chciał to zrobić, w każdym młodszaku dostrzegał siebie, o kilka lat młodszego. Nakładł mu w głowę wszystkie te bzdury, by czuł się winny.
Dert skrzywił się widząc jego ból, ale nic nie powiedział. Jeśli kapitan się krzywił i zginał wpół to znaczy że naprawdę go bolało.
- Ty tego nie zmienisz. Czy tylko dlatego będziesz nadstawiał karku za Nowego?
- Nie!
Dert wycofał się. Odszedł zgarbiony, jakby niósł Arto na plecach. Stracił go, przynajmniej na kilka następnych rozjaśnień. Miał nadzieję że potem wróci. Sam też potrzebował czasu, by ochłonąć.
Teraz mógł działać. Poprzysięgając mu śmierć, Anhelo zmienił Arto w tarczę Iwena. Teraz Arto mógł zaatakować swojego wroga rękoma tych, którzy mu coś zawdzięczali.
Czas sprawdzić kto naprawdę jest jego sojusznikiem.
* * *
Iwen otworzył drzwi. Dla wszystkich uczniów ujawnianie adresu swojego domu było poważnym ryzykiem – lecz Iwen nie dość mocno wrósł w szkołę by to zrozumieć. Nie nauczyło go tego nawet spotkanie z Anhelem. Arto, od początku przeczuwając ten problem, zlecił jajcogłowym by włączyli go w system ukrywania takich informacji. Nigdy nie żałował impulsów dla starszaków którzy pomagali im maskować takie rzeczy. Naturalnym było że nikt nie odwiedzał nikogo w domu. Nawet Żimmy nie wiedział gdzie mieszka Arto, znał tylko windę którą dojeżdżał do poziomu szkoły. Teraz Iwen, świadomie czy nie, odkrył się przed nim. Nie zamierzał nadużywać jego zaufania.
Weszli do środka. Arto rozejrzał się po niewielkim pokoju. Sprzętów było niewiele, w większości tanie modele. Od urodzenia brał zmianę kształtu mebli za coś naturalnego. Nie miał na myśli zwykłego, automatycznego dopasowania się do kształtu ciała użytkownika, lecz pełne programowanie kształtu – kolejne zastosowanie żelmasy, w obu przypadkach. Wystarczyła chwila by sofa zamieniła się w regał, czy stół. Tych kilka mebli, jakie widział tutaj, niewiele różniło się od tych ze szkoły – stworzone dla jednego celu, na zawsze takie jakie były. Tania, masowa produkcja, a wszystko to upchane na niewielkiej przestrzeni. Kuchnia przy jednej ścianie, domowy projektor po drugiej – prosty model o nieostrych konturach i dużej inercji obrazu. W przeciwległej ścianie para otwartych drzwi pozwalała mu dojrzeć dwa dodatkowe, małe pokoiki, rozmiarów połowy jego własnego. Przy kuchni przejście do wspólnej łazienki. Słyszał o takich miejscach, ale poza szkołą żadnej nie widział. Zawstydził się zamożności swoich rodziców.
Kobieta w fotelu z twarzy przypominała Iwena. Już znał jej imię. Iwen zamknął się z nią w pokoju. Rozmowa zajęła im długie minuty. Gdy wreszcie Rous wyszła, jej spojrzenie było chłodne niczym kosmos. Ze strachu od razu poczuł się lepiej.
- Do mojego pokoju. Już – wskazała na drugie drzwi.
W małym pokoiku jedynym godnym uwagi przedmiotem był komputer. Kilka klas ponad standard wyposażenia domu, wydawał się zupełnie nie na miejscu. Już sam fakt że to był komputer, a nie zwykła konsola, był dość niezwykły. Na stacji komputer był jeden – była nim sieć. Konsole w zasadzie były terminalami. Odłączone od sieci, jej zasobów i struktury, oferowały bardzo niewielkie możliwości. Gdzieniegdzie, jak w magazynach czy w szkole, zakładano osobne procesory, lecz nawet one pracowały jako element sieci. Były od niej zależne. Taki komputer – nie.
- Rozbieraj się i siadaj – Rous podsunęła mu krzesło.
W milczeniu wykonał rozkaz, ukrywając jak bardzo bolesne było dla niego zginanie i prostowanie ciała. Sztukę udawania znał doskonale, lecz przed nią granie kopalniaka nie miało sensu.
Na widok zbroi brwi Rous uniosły się w zdumieniu, lecz gdy odsłonił stymulator, jej twarz z gniewnej stała się poważna. A potem dostrzegła przyrząd poniżej jego karku. Chwilę później mały, podłużny przyrząd dotykał spiczastą końcówką to stymulatora, to przyrządu na karku, wydając serie piskliwych dźwięków. Arto jeszcze nigdy tak posłusznie nie wykonywał poleceń dorosłego. Rous przytknęła dłoń do stymulatora. Poczuł się jakby włożyła dłoń w jego klatkę piersiową i coś z niej wyjęła, lecz nie towarzyszył temu ból. Cofnęła rękę. Stymulator pozostał w jej dłoni.
- Już tego nie potrzebujesz – Rous włożyła mu przedmiot w rękę, drugą dłonią zaciskając na nim jego palce – Szczęśliwie, ktokolwiek tego użył, wiedział jak to zrobić. Ale bioinduktor neurytowy będziesz musiał jeszcze ponosić. Chyba, że chcesz zostać inwalidą. Doznałeś paraliżu rdzenia – powiedziała twardo – To nie jest coś co się zdarza w szkole. Tylko mi nie mów że to był wypadek! – dodała, widząc jak otwiera usta.
Nie odpowiedział. Rous kazała mu się zgiąć, co przyszło mu z bólem. Ukrywał go z coraz większym trudem. Starannie i z troską zbadała jego kręgosłup i głowę, koncentrując się na nasadzie czaszki. W jej dotyku wyczuwał wahanie.
- Kręgi są całe – stwierdziła, pozwalając mu się wyprostować – Wiesz że mogłeś się udusić? Serce potrafi pracować samo, lecz oddech... Nie wiem kto cię ocalił, ale wiedział dość by nie grzebać przy bioinduktorze i pozwolić mu działać automatycznie. Przynajmniej cię nie zabił, ani on, ani ten kto to zrobił.
- To nie jest...
- To nie jest to co myślę, tak? – rozgniewała się – Słyszałam to ze sto razy, zawsze w takich samych sytuacjach. Powinieneś mieć wielkie siniaki. Skóra rozgrzana, więc użyłeś maści, dużo, kilka godzin temu. Nie szkodzi, mnie nie oszukasz. Kładź się na łóżko! Na plecach.
Nigdy tak posłusznie nie wykonywał poleceń dorosłych. Nie trwało długo nim palce Rous natrafiły na połamane żebra. Kość wciąż była miękka od regeneratora, łatwo ustępowała nawet pod delikatnym pod dotykiem, przyprawiając go o ból. Skrzywił się, lecz nawet nie jęknął. Gdy spojrzała na niego, odpowiedział dumnym spojrzeniem, skrywając zadowolenie ze swojej wytrzymałości. Spodziewała się że będzie jęczeć jak jajcogłowy?
- Nie pierwszy raz, jak widzę – odezwała się gdy jej palce natrafiły na nierówności w miejscach dawnych złamań – Słabo złożone, ale wyszło nie najgorzej. Dużo masz takich pamiątek?
- Kilka – powiedział, podziwiając kunszt Iwena. Jak zdołał zachować w tajemnicy to co się z nim działo? W miarę jak Rous go badała, zaczął się bać że odkryje więcej niżby chciał. Nie mylili się co do lekarzy. Byli niebezpieczni.
- Twardziel, tak? Zobaczymy.
Lekko ucisnęła go w brzuch. Tym razem nie wytrzymał. Syknął i zgiął się lekko, choć ucisk był bardzo delikatny. Poczuł ciarki na plecach. Nowy mógł mieć rację. Jego stan mógł być poważny.
Rous przesunęła nad nim ręczną sondę medyczną. Zdziwił się. Takie urządzenia były świetliście drogie. Jeśli mieszkali w takich warunkach, jakim cudem stać ją było na takie wyposażenie? I ten komputer...
- Masz silnie obrzęknięte organy wewnętrzne. Coś cię uderzyło, mocno i wiele razy pod rząd, w wielu miejscach. Powiedziałabym, że to bardzo przypomina... kopanie.
Zdwoił czujność.
- Nie wiem, nie pamiętam.
- W to mogę uwierzyć. Wytłumacz mi tylko dlaczego nie poszedłeś z tym do lekarza, tylko kryjesz się w moim domu? Twoi rodzice też powinni wiedzieć...
Wyprostował się jak napięta struna konstrukcyjna. Mdłości sprawiły że na chwilę wszystko dookoła zatańczyło. Gdyby nie zwymiotował w łazience, zrobiłby to teraz. Wstał i sięgnął po ubranie.
- Przepraszam za najście. Ma pani rację, pójdę do lekarza...
- Siadaj! – jej rozkazujący głos zatrzymał go w drodze do drzwi. Nigdy dotąd nikt tak do niego nie mówił – Dobrze wiem że do nikogo nie pójdziesz, a wtedy za tydzień będą cię pakować do puszki. Nie wiem skąd ta tajemnica, lecz jeśli jest to twój warunek przyzwolenia na leczenie... Jeśli to jest to warunek dla którego pozwolisz sobie żyć...
Odwrócił się i pochylił głowę, zawstydzony. Po raz pierwszy nie był w stanie spojrzeć drugiej osobie w oczy.
- Tak będzie lepiej – powiedział cicho – Dla mnie. Inaczej będzie gorzej niż teraz.
- Gorzej? Słuchaj. Jeśli tak cię urządzili w domu...
- Nieprawda! Rodzice nigdy...
Uciszyła go gestem ręki.
- Przepraszam. Nie w domu. Tym bardziej twoi rodzice powinni o tym wiedzieć.
Spojrzał na nią bez słowa. Westchnęła. Oboje wiedzieli że drugie nie ustąpi.
- Dobrze, nie będę pytała. Nie moja sprawa że jesteś gotów dać się pobić na śmierć. Mieszkamy gdzie mieszkamy. Tutaj każdy coś ukrywa. Rozumiem że na stacji nawet dzieci mają swoje tajemnice, lecz jeśli wciągniesz w to Iwena...
- A może to pani przyrzec? Słowo honoru dorosłego?
Znowu to twarde, nie znoszące sprzeciwu spojrzenie.
- A ty możesz przyrzec że jemu nie przydarzy się to co tobie? Bo jeśli tak...
Zawiesiła głos. Przestraszył się. Co teraz? Jeśli odejdzie, ona nie będzie siedzieć cicho. Jeśli jej powie o Iwenie, powiadomi o wszystkim dyrektora. Lecz coś musiał powiedzieć.
- Iwen nie miał z tym nic wspólnego – nigdy dotąd nie kłamał tak dobrze – Przyprowadził mnie, bo chciał mi pomóc. Nie chciałem, zmusił mnie. Przysięgam, zrobię wszystko by jemu nigdy się to nie przydarzyło.
- Cóż, ja się nie będę wiązać przysięgami. Albo mi uwierzysz, albo nie. To co zrobię zależy tylko od ciebie i od tego jak daleko się posuniesz. Jak kiedyś przyniosą cię tu na noszach, wtedy nie będę milczeć. Zrozumiałeś?
Kiwnął głową. Nikt go nie będzie nosił. Żo zawsze zdoła go postawić na nogi. Chyba.
- To coś naprawdę poważnego? Nie może pani... sama...?
- Mogę. Miałeś szczęście, nie doszło do rozległego wewnętrznego krwotoku. Ten ktoś musiał uważać co robi, przynajmniej na początku. Nauczka, żadne tam przypadkowe pobicie – spojrzała dziwnie. Arto poczuł się nieswój, lecz milczał – To da się zaleczyć bez operacji, na razie. Nie mam kwalifikacji ani sprzętu by operować, czy regenerować, co dopiero przeszczepiać... Nawet gdybym miała aparaturę zastępującą organy i zdołała po cichu wyhodować nowe na jej miejsce, w takich warunkach nikogo nie otworzę! – machnęła ręką, wskazując na wyposażenie – Lecz zrób tak jeszcze raz, a bez operacji się nie obejdzie. Medycyna dużo może, lecz nie wskrzesza z martwych i bardzo rzadko pomaga tym, którzy przychodzą za późno. Potrafisz to zrozumieć?
Chciała mu pomóc i za to był jej wdzięczny, lecz była dorosłym i nic nie rozumiała.
- Potrafię, proszę pani, Ale to nie zależy ode mnie.
- Na pewno nie ode mnie – wyciągnęła z szafki kilka wstrzkiwaczy i buteleczek – Nie licz na znieczulenie. Skoro tak dobrze radzisz sobie z bólem to niech ci o wszystkim przypomina. Nakłonię twoje ciało by odbudowało uszkodzenia, lecz będzie tego dużo i będzie działać szybko. Licz się z gorączką, zwłaszcza dzisiaj w nocy. Jeśli ci się pogorszy, będziesz musiał wybierać, śmierć albo porządny lekarz z porządnym gabinetem.
Oby nie musiał. Ból da się znieść, byle to przeżyć. Rous napełniła wstrzykiwacze i kolejno przytykała je do jego szyi. Jak podczas szczepienia przeciwko zarazie, niczego nie poczuł.
- Dziękuję – powiedział – Naprawdę bardzo dziękuję. Za wszystko, za to że...
- Że nikomu nie powiem? – Rous zebrała puste fiolki od wstrzykiwaczy – Nie licz że robię to tylko dla ciebie. Gdyby Iwen nie zagroził że wydłubie z siebie lokalizator, nie wahałabym się ani chwili. Znam go dobrze, może nie dałby rady, ale na pewno by spróbował. Tym razem będzie po waszemu. Nie wiem co wyprawiacie, lecz jeśli myślisz że nie będę na niego uważać tylko dlatego że zawsze sprawiał kłopoty, to lepiej pomyśl jeszcze raz. Pewnie nie czuje się tu najlepiej, ale nie wraca do domu w takim stanie jak ty.
- Nic mu nie będzie – obiecał – Nigdy. Przysięgam, że jemu nic takiego się nie przydarzy.
Głupio to zabrzmiało. Chętnie by to cofnął, lecz swoją obietnicę traktował poważnie, nawet jeśli była szczelnie spowita kłamstwem niczym pluskwa taśmą. Liczyło się to co było w środku; reszta była tylko warstwą ochronną, pilnującą by nic nie wydostało się poza osłonę.
- Porozmawiajmy poważnie – Ros siadła naprzeciwko – Nie jesteś głupi. Twoi rodzice są zamożni. Ojciec pracuje na wysokim stanowisku w stoczni. Zarabia tyle że my możemy tylko o tym pomarzyć. W co się wpakowałeś? Słowo honoru dorosłego, nikomu nie powiem.
Pokręcił głową.
- Naprawdę nie mogę.
- Więc spróbuję zgadnąć. Szkolna wojna gangów? Wiem, czasami dzieci traktują niektóre sprawy bardzo poważnie, tylko... nie zawsze są one tego warte.
Arto zamarł. Iwen coś powiedział...?
- Może starsi chłopcy się w to bawią, ale nie ja – odpowiedział ostrożnie. Kłamstwo powinno być wiarygodne, powinno zawierać odrobinę prawdy – To... całkiem inna sprawa.
Według niej był młodym, szkolnym gangsterem. Był na to gotowy i przełknął wszystko w milczeniu. Chciał powiedzieć że to się nie powtórzy, lecz bał się by nie zabrzmiało to zbyt nieszczerze. Dorośli dobrze znali tę wymówkę.
- Tak. To zawsze jest inna sprawa, a potem kończy się w kostnicy. Ty byłeś blisko. Jak się dasz pobić jeszcze raz, będziesz jeszcze bliżej. Zastanów się czy warto. Chcesz tak spędzić resztę życia?
- Nie prosiłem się do tego! Czasami nie ma wyjścia. Obiecuję że to się więcej nie powtórzy.
- Te wasze dziecięce, męskie sprawy! – Rous przyłożyła dłoń do czoła i palcami rozgrabiła włosy – Kamizelki ochronne... Na niezmierzony kosmos! Może jeszcze zaczniecie się kroić nożami, albo strzelać do siebie? Powinnam z tym iść na policję i obiecuję ci, jeśli to się powtórzy, tak właśnie zrobię. Szkoła powinna być spokojnym miejscem, a nie siedzibą awantur i placem zabaw dla chuliganów.
- Nie jestem chuliganem! – jego gniew był szczery. Co ona mogła wiedzieć o szkole?
- To wy tak twierdzicie. Jak dotąd słyszałam same dobre rzeczy, o tobie i twojej rodzinie. To typowe że dziecko z dobrego domu wpada w nieodpowiednie towarzystwo. Myślałam że mógłbyś pokazać Iwenowi stację, pomóc mu się tu odnaleźć. Aż dotąd unikał innych dzieci.
To mało zabawne, lecz teraz jest akurat odwrotnie, pomyślał.
- Ja go nie unikam. Nie wpędzę go w kłopoty. Tylko...
- Tak, wiem – machnęła ręką – Mam nie zdradzać waszych mrocznych sekretów. Mali szantażyści... I tak mi nie uwierzysz na słowo, prawda? Bardzo dobrze. Jeśli przyjdzie mi wybierać między zdrowiem Iwena a twoim życiem... Wtedy nie licz na obietnice. Póki to się nie skończy, nigdy nie będziesz miał pewności co zrobię. Aż do odwołania jesteś pod moją obserwacją. Jutro masz tu być, zaraz po zajęciach. I zastanów się co robisz. Jesteście dziećmi, na wszystkie gwiazdy! Nie musicie być tak beznadziejnie dorośli.
Sięgnął po zbroję. Wiedział ile bólu będzie go kosztowało jej nałożenie, lecz dom Iwena był niebezpiecznie blisko miejsca gdzie go znalazł, nieprzytomnego. By dostać się do windy, będzie musiał podejść jeszcze bliżej szkoły. Już samo to miejsce było niebezpieczne. Znał tę sekcję. Nie musiał znać adresów by wiedzieć że to tu mieszkała połowa jego najlepszych wojowników. Wiedział jacy żyją tu ludzie i czym się zajmują. Nie myślał o tym gdy tu szedł, wtedy było mu wszystko jedno, lecz teraz... Co z tego że wiedział jak się zachować, nie wyglądał jak jeden z nich. Tu jego wiek mu nie pomoże. Mógł zarobić plastik między żebra już tylko za to że był ubrany jak syn bogaczy. Z drugiej strony, nawet tacy bandyci powinni wiedzieć że dzieci w jego wieku nie mają przy sobie nic cennego.
Gdyby tu mieszkał, pierwszego rozjaśnienia sprawiłby sobie zbroję, nawet gdyby był dorosły.
Patrząc na zbroję uświadomił sobie że przez niego Iwen będzie miał w przyszłości kłopoty. Kiedyś będzie musiał zacząć ją nosić. Jego matka kiedyś przypomni sobie to rozjaśnienie i zechce go sprawdzić. Przez niego już zawsze będzie się musiał przebierać poza domem.
Dlaczego jeden problem zawsze prowadził do następnego?
- Lepiej to nałóż, nawet jeśli zaboli – Rous dostrzegła jego wahanie – W twoim stanie ta kamizelka może uratować ci życie. Zgaduję że o tym też powinnam milczeć?
Nie musiał się wysilać by jego spojrzenie było błagalne.
* * * * *
Wilan skończył pracę wcześniej niż zwykle, lecz wciąż był jednym z ostatnich ze swojej zmiany którzy opuścili stocznię. Zamierzał szybko zrzucić roboczy kombinezon i wpaść na kilka minut do baru. Niemal tam nie zaglądał, odkąd zaczął bawić się w planowanie, choć dla reszty zespołu było to niemal zwyczajem. Czas skończyć ze statkiem i powrócić do ekipy.
Lecz w przebieralni już ktoś na niego czekał. Buris.
- Już wychodzisz? – spytał – Czekałem w kadłubie, ale się nie pojawiłeś. Nie zamierzasz pracować dziś przy statku?
Wiedział że prędzej czy później będzie musiał mu o tym powiedzieć. Czuł że będzie to raczej prędzej. Wszedł, pozwalając drzwiom się zamknąć.
- Buris, to już skończone. Nie dostaniemy reaktora. Zamówienie zostało cofnięte. Jeśli spróbuję złożyć nowe, skończy się na poważnych kłopotach.
Myślał, że Buris będzie rozsądny. Mylił się. Gdy Wilan spróbował go wyminąć, złapał go za kombinezon.
- Nie wierzę – głos Burisa był groźny – Na przestrzeń, po prostu nie wierzę! Chcesz się mnie pozbyć! Słuchaj, jeśli próbujesz...
- Niczego nie próbuję! Nie muszę! – Wilan odrzucił jego ręce i odepchnął do tyłu. Niemal ryknął mu w twarz – Bez reaktora statek nie będzie miał dość mocy. Albo polecimy za wolno, albo komory przestaną działać i zginiemy. To koniec! Z planu próżnia. Rozumiesz to, czy mam ci to inaczej wytłumaczyć?
- Spróbuj. Wyjaśnij mi dlaczego po tylu trudach i ryzyku, nagle mamy zrezygnować? Dlaczego ty twierdzisz, że mamy zrezygnować?
- Ja twierdzę? Naszej pracy? Akurat ty nie narobiłeś się wiele! Wiesz ile czasu i starań kosztowały mnie przygotowania? Mnie? Nie wiem czy będę miał taką szansę jak ta – wskazał gniewnie palcem w stronę doku – To może ostatni z małych kadłubów jaki tu buduję. Następny będzie okręt wojenny, a takie wyposażamy w pełni, bo wyrusza w podróż wraz z załogą! – złapał zaskoczonego Burisa za kombinezon i potrząsnął nim mocno, wyładowując złość – Budowa takiego okrętu trwa najmniej trzy lata! Jest dziesięć, może dwadzieścia razy taki jak ta skała a my będziemy go budować od zera, bez asteroidy jako szkieletu, płyta po płycie! Trzy przeklęte, długie lata!
Co z tego że miał rację. Nie chciał jej mieć, nie tym razem. Puścił go, zacisnął pięści i uderzył wiszącą obok skrzynkę automatu dozującego wodę. Coś zadudniło w środku. Przez zamkniętą komorę przeleciała struga cieczy, rozlewając się w powietrzu niczym garść koralików. Sekundę później z bocznego otworu wyskoczyło kilka małych, kulistych automatów. Zebrały latającą wodę i znikły wewnątrz skrzynki.
Nie zamierzał mówić Burisowi o obcych modyfikacjach. Mógłby narobić kłopotów. Nie rozumiał że sprawa już jest przegrana, że walczą z kimś kto jest lepszy i być może robi takie rzeczy dłużej. Próbując go dorwać Buris może popełnić głupstwo, za które zapłacą obaj.
Oparł rękę o skrzynkę i położył na niej głowę. Zamknął oczy. Tyle starań i wszystko na nic. Zaraza! Gdyby było więcej czasu, gdyby zaczął wcześniej... Jedyną korzyścią jaką z tego wyniósł była świadomość że może pracować dwa razy ciężej niż teraz. Bez problemu utrzyma tę robotę przez wiele kolejnych lat.
- Myślałeś że próbuję cię oszukać? – odwrócił się do milczącego Burisa – Więc proszę. Załatw reaktor. Wyślij zapotrzebowanie! Zobaczysz co się zacznie dziać.
- Niech to zaraza! – Buris zaklął. Nie wyglądał na takiego co łatwo się poddaje – Musi być inny sposób...
- Jaki? Taki jak tamtego głupca, który usmażył się w puszce? A może chcesz ryzykować konserwację?
Po wyrazie jego twarzy poznał że nawet on nie posunie się tak daleko.
- Miałem na myśli inny sposób ucieczki, w tym samym kadłubie.
- Bez reaktora?
- Jeden już mamy – Buris założył ręce.
- Jeden to za mało – Wilan odczepił się od skrzynki automatu i siadł na ławce – Znasz się na bilansie mocy statku? Jak rośnie jej zużycie wraz z osiąganą prędkością? Znasz charakterystykę krzywej wydajności emitera?
- Trochę.
- Jeśli się podepniemy pod reaktor, emiter nie otrzyma optymalnego poziomu mocy – palcem wykreślił w powietrzu kilka linii, rysując niewidzialny wykres – Pole zero-inercji też ma swoje natężenie, jak emiter. Im większe przeciążenie, tym więcej energii potrzeba by je zniwelować. Dokładniej, do podtrzymania samego kokonu zero-inercji potrzeba jej dwa razy tyle co do przyspieszenia jej zawartości zgodnie z przyspieszeniem statku. Już jedna komora zżera jej dość, a my mówimy o minimum czterech! Reszta urządzeń też potrzebuje energii. Z jednym reaktorem będziemy wolniejsi. Nie osiągniemy poziomu dziewięćdziesięciu ośmiu, ale... Nie liczyłem dokładnie, ale na oko będziemy mieć osiemdziesiąt pięć C. Zwykły, najwolniejszy krążownik wyciąga dziewięćdziesiąt dwa. Jak myślisz, ile minie czasu, nim zauważą że nas nie ma? Lub naszych dzieci?
Co z tego że krążowniki są większe. Każdy z nich miał dwa emitery, silniejsze niż ten na pokładzie, każdy zasilany dwoma niezależnymi reaktorami. Według osiągalnych dla niego danych, w Układzie było około dziesięciu krążowników, większość w naprawie, lecz dwa były w pełni sprawne. Nawet jeśli wystartują pół roku po nich, do celu dotrą przed nimi.
Buris nawet się nie zastanawiał nad odpowiedzią.
- Gdy one znikną, będą o tym wiedzieć w jeden dzień. Gorzej im będzie dojść co się stało...
- Długo im zajmie skojarzenie naszego zniknięcia z momentem odczepienia kadłuba? Góra miesiąc, tyle im daję, choć równie dobrze może minąć tydzień. Wtedy to będzie wyścig. Bez drugiego reaktora nie dotrzemy do celu przed nimi. Bez niego... – oparł głowę o ścianę. Zamknął oczy i dokończył z rezygnacją – bez niego oni będą na nas czekać. Dzięki nam Flota będzie miała ćwiczenia w warunkach bojowych. Prawdziwe przechwycenie wrogiej jednostki. To się ich kapitanowie ucieszą.
Przez chwilę panowała cisza.
- Za szybko się podajesz – Buris siadł obok – To tylko jedna rzecz.
- Czasem wystarczy tylko jedna rzecz. To jest ta jedna.
- Nie wierzę. Nie widzisz tego właściwie. Miałeś plan, wszystko przemyślałeś, pracowałeś przy nim stertę czasu i teraz jesteś tym tak zmęczony że nie widzisz wyjścia. Ale ono na pewno gdzieś jest! Wciąż mamy dostęp do sprzętu stoczni, wciąż mamy możliwości i nikt wciąż się w tym nie połapał. Stać nas na więcej niż Fila.
Buris przynajmniej miał wiarę. Wilan ją stracił, może chwilowo, a może na dobre. Nie mógł słuchać jak Buris robi sobie złudne nadzieje, gdy tymczasem wszystko będzie tam sobie leżało. Ukryte komory i dokonane modyfikacje dotąd były niezbędną częścią ryzyka. Teraz należało je usunąć.
- Mylisz się. Będzie nam trudniej. Mieliśmy spadki wydajności. Pewnie nadgonimy termin, ale ktoś na górze może sobie zażyczyć zmian personalnych. Proponowałbym ci skupić się nad poprawianiem swoich wyników i zacieraniem śladów. Mamy na pokładzie dwie nielegalne komory inercyjne. Musimy się ich pozbyć.
- Zaraz, zaraz! Ja się jeszcze nie poddaję! Mamy problem tylko z jedną rzeczą. Skupmy się na tym jak ją ominąć, zamiast spisywać wszystko na straty, co? Wyobraź sobie że wszystko idzie zgodnie z planem i one tam mają być...
- Przestań robić ze mnie durnia! – Wilana irytował ten uparty i niczym nieuzasadniony optymizm – Mamy dwa problemy. Pierwszy to brak komór, drugi to brak reaktora. Pokaż mi nowy reaktor, wtedy przestanę się martwić.
Typowo złodziejska sprawa, pomyślał. Mamy nielegalny towar i brak nam pasera, więc trzęsę się ze strachu przed policją. Świetliście dobre porównanie.
- Dobra, ukryjemy je. To ja je pakowałem, w razie czego wszystko będzie na mnie. Gdzieś widziałem kilka dużych, pustych skrzyń. Zapakuję je do środka i postawię gdzieś z boku. Nawet jak ktoś je otworzy, no to co? Pomyliłem się. Zamiast komór wyniosłem skrzynie ze złomem. Wielka rzecz.
- A jak ktoś sprawdzi komory i pozna że wszystkie działają?
- Błąd aparatury pomiarowej – wzruszył ramionami – Albo usterka gdzieś na linii. Zdarza się. Kazałeś zerwać stare przewody i wymienić przekaźniki, więc nikt tego nie sprawdzi.
Właściwie czemu nie. To się mogło udać.
- Też nieźle kombinujesz – przyznał – Marnujesz swój talent.
- Ja się nie poddam. Może znajdę sposób. Mamy jeszcze trochę czasu.
- Reaktory są tylko w magazynie – przypomniał – Wyciągniesz je stamtąd, tak aby nikt się nie połapał? Nie – poprawił się – Najmocniej przepraszam. Jest jeszcze ten na statku, sprawdzony, zaplombowany i zabezpieczony na drogę. I zawsze pozostają pomocnicze reaktory stacji. Spróbujesz wyjąć jeden, tak by nikt niczego nie zauważył?
Buris spojrzał na niego, zły.
- Mógłbyś sobie nie żartować – sapnął – Myślę nad poważnymi sposobami.
Wilanowi opadły ręce. Buris nie przyjmował do wiadomości prostej rzeczy – sam pomysł zdobycia reaktora był niepoważny.
- Więc myśl dalej – wstał, zamierzając się wreszcie przebrać – Powiedz mi jak ci się uda. Zawieszam cały plan. Kombinuj z komorami co chcesz, ale dobrze ci radzę, lepiej rzucić to wszystko w otchłań.
Przebrał się. Buris wciąż siedział i myślał.
- Idę do baru – oświadczył mu na koniec – porozmawiać z chłopakami, jak robiłem to zanim zacząłem zamęczać się po godzinach dla niemożliwego. Możesz dołączyć, ale najpierw zapomnij o reaktorach.
Może nikt nie uzna tego za dziwne że właśnie wtedy gdy mamy opóźnienia, ja przestaję do późnych godzin wysiadywać w pracy. A co mi tam, nadrobimy te straty. Kiedy tylko zechcę.
* * *
U wejścia minął się z pośpiesznie wychodzącą osobą. Od razu dostrzegł Lerszena. Siedział przy stoliku w rogu, sam, choć w lokalu było wielu inżynierów z ich zmiany. Niemal na drugim końcu sali zauważył Rubia, wraz z jego zwyczajowymi partnerami barowych dyskusji – Kanderem i Palo. Rubio gestem zaprosił go do siebie. Kiwnął głową, lecz chwilę potem uniósł dłoń, dając znać że dosiądzie się później. Zignorował zdziwione spojrzenie Rubia i podszedł do Lerszena. Choć zespół wyraźnie go unikał, po ludziach chodziły plotki że Lerszen rozumie pewne sprawy i nie boi się o nich mówić. Pamiętał o automatach, lecz dziś było mu wszystko jedno.
Lerszen zauważył go dopiero gdy stanął po drugiej stronie stolika. Nic nie zamówił, nic nie pił, po prostu tu siedział, na wpół zamyślony. Jego samotność wyglądała na niechcianą.
- Mogę się dosiąść? – spytał.
- To wolny układ, jak mówią – Lerszen uśmiechnął się smutno i ironicznie.
Wilan usiadł naprzeciwko. Rozejrzał się.
- Może nie powinieneś się trzymać z boku.
- Nie powinienem? To nie ja się trzymam z daleka od innych, tylko inni trzymają się z daleka ode mnie. Nie mogę ich za to winić. To tylko ludzie. Nikt nie przepada za osobami które są śledzone. To żadna tajemnica. Niektórzy, nawet tutaj, nie lubią ludzi którym nie podoba się to, gdzie żyją i którzy nie boją się krytykować. Wolność słowa to bardzo niewygodna rzecz dla naszego Rządu.
Zatem Lerszen wiedział. Kosiarze pilnowali go bo był nowy, czy może, poza zawodową podejrzliwością, mieli jakiś inny, naprawdę dobry powód?
- Siedzisz sam, bo nie podobasz się Kosie i mówisz za dużo?
- To wystarczy by wystraszyć ludzi. Na dole wywalali mnie z roboty, byle nie słuchać co mówię. Tu ludzie są bardziej tolerancyjni, lecz mają ziemską mentalność. To ich gubi. Ci, którym moje gadanie nie jest na rękę nie mogą mnie stąd legalnie usunąć, więc wysyłają na mnie swoich małych szpiegów. Myślą że jak ktoś mówi że system mu się nie podoba to zaraz pobiegnie podkładać bombę. Ot i cała historia. Nie potrzeba wielkiej przestrzeni by mnie wyizolować – popatrzył uważniej na Wilana – Dziwię się że chcesz ze mną rozmawiać.
Wilan sam się temu dziwił. Obrócił lekko głowę, zahaczając wzrokiem o siedzących po drugiej stronie lokalu współpracowników. Dostrzegł ich ukradkowe spojrzenie.
- Nigdy nie próbowałeś siedzieć cicho? – spytał, odwracając się do nich tyłem.
Lerszen powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem, by zaraz potem wbić je w swoje dłonie.
- Co jest warte gadanie jednego człowieka? – uśmiechnął się gorzko – Gdybyś wiedział jak ten system zżera ludzi, pomimo tej rzekomej swobody... Popatrz na nas, popatrz na naszą pracę. Bezrobotni studenci mówią że jesteśmy elitą. Że mamy pacę nie dlatego że jesteśmy bardziej wytrzymali, czy mamy doświadczenie, lecz jesteśmy dość sprytni i inteligentni by ją utrzymać. Jednak ci z góry, z zarządu korporacji, nie pozwalają byśmy czuli się jak elita. Gdy jesteś poniżany przez warunki pacy, nie czujesz się wyróżnionym. Nie stawiasz żądań – wyprostował się, splótł dłonie. Uniósł głowę, spoglądając na Wilana – Masz do mnie sprawę? Nie jestem osobą z którą gawędzi się bez powodu.
Wilan poczuł się zmieszany, jakby to była jego wina. W ledwie dostrzegalny sposób Lerszen zmienił się w uważnego i czujnego słuchacza.
- Wyjaśnisz mi o co chodzi z zakazem dostępu do reaktorów? Dlaczego...?
- Ach tak, wezwanie do gabinetu. Zleceniodawcy krzywo patrzą na opóźnienia, ale to tylko wymówki. Oni też podlegają pewnym narzuconym im regułom. Koncesjonowanie budowy gwiazdolotów to tylko jeden z elementów całości, która stanowi podstawę funkcjonowania obecnego systemu. Jak myślisz, dlaczego miasta kolonialne są takie niewielkie?
Gdy tylko rozmowa zaczęła schodzić na kolonie, Wilan zaczął się nerwowo rozglądać. Nie był pewien czy chciał o tym rozmawiać. Automaty pewnie kręciły się w pobliżu, ale machnął na nie ręką. Niech podsłuchują. Nikt nie zarzuci mu winy.
- Nie znam wszystkich powodów – przyznał – Czy tanie statki kolonizacyjne i te zakazy mają z tym coś wspólnego? Znowu chodzi o przemysł? O to by nie powstała konkurencja dla Układu? Duże miasta to duży potencjał gospodarczy, zapotrzebowanie które trzeba zaspokoić. Reaktory to energia. Duże miasta potrzebują dużo dużych reaktorów.
- Tak. Energia jest kluczem do rozwoju, a Rząd jest twardym klucznikiem. Nie chodzi tylko o przemysł. Duże miasta łatwiej kontrolować niż dziesiątki niewielkich osad, porozrzucanych po całej planecie. Wystarczy że zamiast kilkunastu małych reaktorów kolonia dostanie jeden duży. Niech teraz wybuchnie tam rewolta. Gdy przylecą okręty, żołnierze nie będą musieli uganiać się za partyzantami. A niech sobie biegają po planecie! Wszystko, co istotne dla przetrwania kolonii, znajduje się w jednym miejscu. Terroryści? Tam, na zewnątrz, podkładanie bomb pod cokolwiek poza garnizonami, to własnoręczne podrzynanie sobie gardła. Mając tak zaawansowaną elektronikę i dziesiątki dział, wymierzonych z orbity prosto w miasto, wojsko z łatwością przywróci kontrolę nad kolonią.
- Teoretycznie, koloniści mogą robić z planetą co zechcą – zauważył Wilan – Nic im nie broni budować czegokolwiek z dala od miasta...
- Ale to skazuje ich na energię słoneczną – odparł Lerszen – Bateria takich ogniw mogłaby zasilić farmę lub małe miasteczko, lecz nie ośrodek przemysłowy. Orbitalne elektrownie też niewiele pomogą. Te technologie są mało wydajne, od wieków nikt nie próbował ich rozwijać. Koloniści próbują je odświeżyć, unowocześnić, lecz jak na razie straty na liniach przesyłowych są ogromne. Brak im technologii by przemieszczać energię, a nie mają jej dość by pozwolić sobie na straty. Często liczą każdy megawat jaki uzyskują.
Wilan kiwnął głową ze zrozumieniem. Mając ograniczoną liczbę reaktorów, rozsądnie było skupić je i przemysł na jednym miejscu, by straty były jak najmniejsze. Jednak to sztucznie stłaczało ludzi w miastach, nie pozwalało im rozsypać się po powierzchni planety, która, jak Arakin, pozostawała dzika i niemal bezludna.
Dotąd nie interesował się jak to działa. To był błąd. Może też miałem ziemską mentalność, pomyślał, lecz czas się jej pozbyć i przejrzeć złożoność systemu.
- Energia jądrowa nie jest żadną alternatywą – ciągnął Lerszen – Kiedyś była podstawą podboju kosmosu, lecz dziś to rozwiązanie tylko dla upartych. Jest tak mało wydajna że... Równie dobrze koloniści mogliby latać na drewnie.
Uśmiechnął się. Wiedział, to nie było śmieszne, raczej tragiczne, a jednak całkowicie się zgadzał ze stwierdzeniem Lerszena. Tej technologii nie rozwijano odkąd ludzkość nauczyła się budować reaktory słoneczne. Za dużo odpadków, za dużo pracy przy oczyszczaniu rudy. To nie to samo co wycięcie bloku lodu z jakiegoś księżyca lub komety o nieco czystszym składzie, czy destylacja brudnej wody. Nie to samo co wlanie jej do dziury i filtrowanie wydmuchiwanego powietrza. Energia z reaktorów słonecznych była zupełnie czysta.
Wilan zapomniał o Rubiu i jego towarzyszach. Stoczniowy komputerowiec wytłumaczył mu jak prosty i skuteczny był ekonomiczny mechanizm kontroli kolonii. Dziel i rządź – mówili starożytni. Władze Układu dzieliły i rządziły skutecznie od kilku wieków, rozprowadzając konieczne dla istnienia kolonii systemy, lecz niechętnie dzieląc się sposobami ich wytwarzania. Trzymając w garści technologie produkcji komór fuzji – najbardziej istotnego i złożonego elementu reaktora – Ziemia kontrolowała nie tylko przemysł, lecz całą infrastrukturę i transport kolonii. Teoretycznie koloniści mogli budować tyle kosmolotów ile chcieli. To gwarantowały im prawa kolonialne. Lecz nawet kosmolot potrzebował źródła zasilania. Oczywiście – reaktora słonecznego.
Cała cywilizacja opierała się na fuzji. Niestety, wśród gwiazd brakowało technologii które by umożliwiały wytworzenie precyzyjnych, molekularnie dopasowanych warstw o atomowych grubościach. Najmniejsza usterka w strukturze wystarczyła by zaburzyć impuls grawitacyjny, ściskający cyklicznie plazmę do rozmiarów koniecznych do zainicjowania i utrzymania syntezy. Pole magnetyczne ulegało odkształceniu, plazma docierała do ścianek urządzenia i wszystko próżnia brała. Wilan zaczął się zastanawiać czy przy swoich umiejętnościach byłby w stanie sam zbudować komorę. Kto wie, może z odpowiednimi narzędziami, i z pomocą fachowców...
Lerszen spojrzał na zegarek. Wstał.
- Czas na mnie – oznajmił – Mam nadzieję że kiedyś jeszcze porozmawiamy, o ile nie wystraszą cię tematy moich opowieści – kiwnął głową w stronę współpracowników, po czym ruszył do wyjścia.
Wilan odwrócił się. Rubio słabo starał się ukryć swoje ukradkowe spojrzenia. Ostatnie było bardziej znaczące niż ukradkowe. Porzucił stolik Lerszena i dosiadł się do nich.
- Co się stało, Rubio – zagadnął – Popsuł ci się humor?
- Dziwię ci się. Ostrzegałem cię przed Lerszenem.
Według Wilana, w swojej ostrożności Rubio posuwał się o wiele za daleko. Spojrzenia Kandera i Palo uzmysłowiły mu jak szybko ta paranoja zaraża pracowników.
- Nie widzę zagrożenia. Zamkną mnie za samą rozmowę?
- Za rozmowę nie – zauważył Palo – ale nie słuchaj go za często, bo będziesz miał kłopoty.
- Bo co? Puszczą za mną automaty? Jesteśmy na stacji, nie na Ziemi. Tu można i mówić, i słuchać. Nie wyglądał groźnie, prawda? Macie konkretne dowody?
- Dowody? – z tonu głosu Pala Wilan wywnioskował że nie mieli.
- Nie traktujecie go za ostro? – starał się by jego głos brzmiał tak samo neutralnie jak zwykle – Za długo żyliście na Ziemi. Boicie się każdego słowa które pochodzi z zewnątrz, a nie z mediów. Nie lepiej wiedzieć co się dzieje? To nie przestępstwo.
- Może, lecz takie mamy czasy – Rubio pociągnął z torebki – Wypada być ostrożnym, nawet jeśli do przesady.
- Rób co chcesz, Wil – Kander zwykle mało mówił, lecz takiego tematu nawet on nie potrafił przemilczeć – ale nie przesadzaj. Nie chcielibyśmy stracić przełożonego.
Gadali jak pijany technik nad przeciekającym reaktorem. To nie była zmowa milczenia. Ludzie nie chcieli się narażać i na swój sposób mieli rację. Taka wiedza w niczym nie pomaga, jedynie utrudnia życie. Lecz jeśli to potrwa dłużej, podejrzenia zaczną zżerać cały zespół.
- Polityka nie może być jedynym tematem, na jaki Lerszen chce rozmawiać. Nie musicie go unikać, po prostu powiedzcie mu że nie chcecie o tym mówić. Lerszen jest w zespole, powinien nauczyć się współpracować. Nie zrobi tego, gdy będzie sam.
- Mawiają że ma własnych znajomych – odparł Rubio – Minąłeś się z jednym w drzwiach.
Wilan wzruszył ramionami. Każdy ich miał. Od czasu do czasu każdy człowiek, mający dość impulsów i woli, załatwiał sobie coś czego, teoretycznie, załatwiać nie powinien.
- Trudno mu się dziwić, skoro nawet wy trzymacie się od niego z daleka. Was najmniej bym o to posądzał.
Wszyscy trzej zamilkli, zainteresowani trzymanymi w rękach woreczkami. Wilan postanowił przerwać tę niezręczną ciszę, zanim uznają że trzyma stronę Lerszena.
- Rubio, wiesz coś o sprawie z Hemulem? – spytał – Podobno Kosiarze mieli wobec niego jakieś podejrzenia. W co się wpakował?
- Nie patrz na mnie – odparł Rubio – Nic o tym nie wiem.
- Sądzimy że nie miało to nic wspólnego ze stocznią – dodał Palo.
Pomyślał o tym co odkrył, o możliwych związkach z Hemulem i o tym komu mógł się okazać niewygodny. Lerszen też nie musi być tak niewinny jak uważał.
- Dlaczego nic nie powiedział?
- Cała sprawa przeciągnęła się dłużej niż zwykle. W końcu... – Rubio pokręcił głową. Szybko zapomniał o Lerszenie – Wiem że żona go porzuciła. Zabrała dziecko i gdzieś poleciała. Nieźle go to przynitowało.
- Twardo się trzymał – przyznał Palo – W pracy nic nie było po nim widać.
- Podobno oskarżenie było poważne – dodał Rubio – Tak słyszałem.
- Nie słyszałeś nic ponadto? – spytał Wilan.
- Nikt nic więcej nie wie. Trochę to dziwne.
- Dziwniejsze niż Lerszen?
Rubio spojrzał na niego, zastanawiając się czy żartuje czy znów mu coś wypomina.
- Powiedziałbym że tak samo.
Tak samo? Przeglądając dane z perceptorów, z kilku tygodni poprzedzających włamanie, Wilan nie znalazł nic do czego można by się było przyczepić z czymś aż tak poważnym by usprawiedliwić zwolnienie. Za zaniedbania Hemulowi groziła najwyżej nagana, nic więcej. Nie brał żadnych narkotyków, nawet tych legalnych, nie wspominając o handlu.
Co innego Kosa mogła znaleźć? Nic nie przychodziło mu do głowy.
* * * * *
Arto wszedł do swojego pokoju. Usiadł na łóżku, lecz zamiast odprężenia poczuł dotkliwy chłód. Polecił komputerowi podwyższyć temperaturę i włączyć muzykę, taką starą, sprzed wieków, nie te nowoczesne hałaśliwe kawałki, którymi dorośli próbowali się ożywić przy pracy. Znał sztukę rozluźniania się i wyciszania umysłu. Była to kolejna z rzeczy która czyniła go lepszym w walce, lecz czasem to nie wystarczało.
Ostrożnie położył się na plecach, jak najmniej zginając się w pasie. Ból zelżał gdy tylko przestał się poruszać, lecz wróci, gdy spróbuje ściągnąć zbroję. Postanowił że jej nie zdejmie. Nie miał na to siły i nie wiedział czy rano zdoła ją na siebie naciągnąć – jeśli się obudzi.
Wziął w ręce leżący przy łóżku kawałek gęstej żelmasy. Bawił się nim bezwiednie, gapiąc się w sufit i zastanawiając nad tym co się wydarzyło. Pragnął zemsty. Oczyma wyobraźni widział jak oddaje Anhelowi ból który mu zadał. Oddał się tej kuszącej myśli. Chwilę pastwił się nad dobrze związanym wrogiem, pozwalając oglądać go w akcji nieodłącznym, równie dobrze związanym kompanom Anhela. A potem byłaby ich kolej... Zrozumiał dlaczego jajcogłowi tak chętnie oddawali się niespełnionym marzeniom o zemście. To przynosiło spokój, lecz u niego pogłębiało również poczucie bezsilności, ani na milimetr nie przybliżając do czegokolwiek.
Spojrzał na kawałek żelmasy, z zaskoczeniem stwierdzając że zamienił bryłkę w coś na kształt pistoletu. Zmiął ją w kulę i odłożył. Zemsta swoją drogą. Może poczekać. Najważniejsze to dożyć odpowiedniej okazji.
Usłyszał cichy dźwięk. Spojrzał na ścianę. Lili wychyliła się zza obluzowanej kratki szybu wentylacji, szykując się do zeskoku na łóżko. Nie wiedział którędy tam wchodziła, lecz na pewno nie dostawała się tam z domu. To była jej droga powrotna.
- Jesteś wreszcie. No chodź! – gdy skoczyła, ujął ją delikatnie i postawił na swoich udach.
Kotka usiadła i nadstawiła głowę do podrapania. Chwilę potem ułożyła się i zaczęła lizać, cicho pomrukując. Pomyślał że uczniowie w szkole przypominają czasem koty. Niektóre schodzą innym z drogi, a niektóre, te silniejsze, przeganiają słabsze z miejsca na miejsce. Też miały swoje zasady, podobne do zasad szkoły. Nie zbliżaj się do nieznanych kotów. Schodź silniejszym z drogi. Kryj się, jeśli widzą cię nieznajomi.
Kot nie był silnym zwierzęciem, lecz zawsze dawał sobie radę – bo był sprytny. Znał drogi ucieczki i liczne, bezpieczne kryjówki. Arto tę naukę zastosował do siebie. Dzięki temu w miarę bezboleśnie przetrwał pierwsze, najtrudniejsze miesiące szkoły. Czuł że teraz powinien opanować inną kocią lekcję.
- Tyle muszę się od was nauczyć – szepnął, drapiąc Lili pod brodą – Powiesz mi skąd mam wiedzieć kiedy się wycofać? Ty to wiesz, prawda? – westchnął – Szkoda że nie potrafisz mi powiedzieć.
Czuł że to dobrze iż zwierzęta są w pobliżu ludzi. Były czymś innym od maszyn, automatów i chłodnego plastiku ścian stacji. Zwłaszcza koty. Lubił je za to że potrafiły radzić sobie ze wszystkim. Co by się nie działo, kot zawsze wychodził cało. No, prawie zawsze. Kto jak kto, on wiedział o tym doskonale.
Nie każdy je lubił. Kuleczki latającego kociego moczu, w miejscach gdzie urządzały sobie toalety, nie były czymś co dało się lubić. Lecz na wszystko był sposób. Automaty wychwytujące wodę okazały się doskonałym rozwiązaniem także i na ten problem. Same koty były dość sprytne i inteligentne by poradzić sobie ze zdobywaniem wody. Szybko uczy się celnym uderzeniem łapą zmuszać dozowniki wody do wyrzucenia kulki cieczy. Były też użyteczne, tępiły szczury i inne drobniejsze szkodniki, nawet muchy. Nic dziwnego że dorośli tolerowali koty. Tu i ówdzie instalowali przystosowane do kocich potrzeb dozowniki. Ludzie i zwierzęta nauczyli się żyć obok siebie, w nowych warunkach.
Kilka pokładów poniżej tego, na którym mieszkał, znajdował się opuszczony zaułek, a w nim stary, nieużywany, od dawna nie naprawiany kawał systemu wentylacji, jeszcze z czasów wielkiej przebudowy stacji. Szeroki szyb przebijał się tam przez ścianę nośną stacji – płytę grubą na kilkanaście metrów, sięgającą aż do samego rdzenia, utrzymującą na sobie ciążenie pokładów. Pozostawiono ją nietkniętą, by nie osłabiać konstrukcji. Na stacji było wiele takich miejsc. W nich, nie niepokojone przez nikogo, dzikie koty zakładały swoje legowiska.
Obserwacja lokatorów tego kawałka szybu dawała Arto wiele do myślenia. Zwrócił na nich uwagę gdy trafił do szkoły i zderzył się z jej twardymi, niepisanymi zasadami. Koty pomogły mu je uznać. Miały podobne; to tam zaobserwował jakie przynoszą korzyści. Tyle że nawet kot miał swojego ulubionego towarzysza zabaw. Dzieci w szkole – nie.
Kotka ziewnęła szeroko i zwinięta w kłębek na jego nogach. Zazdrościł jej tak prostego życia. Najbardziej podziwiał koty za to że nic nie było w stanie ich zmusić do zrobienia tego, czego nie chciały. Ludzi łatwo było oszukać i nakłonić do działania. Tym zamierzał się zająć jutro. Liczył że Anhelo ma więcej wrogów niż przyjaciół.
Ostrożnie położył kotkę na łóżku. Pokręciła się chwilę dookoła, pokazując swoje niezadowolenie, po czym zasnęła na nowo. Przesiał się na krzesło i uruchomił konsolę. Nie docenił przebiegłości, siły i uporu przeciwnika. Dał czas Anhelowi by zareagował pierwszy, by zaczął wojnę na swoich zasadach. Teraz Arto zamierzał wprowadzić własne. W grę wchodziły dwa wyjścia z sytuacji. Albo jemu i Iwenowi przydarzy się wkrótce tragiczny wypadek, albo Anhelo trafi do akademii. Skupił się na tym drugim.
Wyświetlił listę mrówek. Mało kto dostrzegał że mały młodszak może, bez zwracania na siebie uwagi starszych, wejść tam gdzie nie mogli inni. Wyposażony w sprzęt i wiedzę starszych uczniów mógł wypełnić zadanie z pozoru niemożliwe do zrealizowania. Arto potrafił znaleźć informatora i pośredników, przez których potrzebne informacje spływały do jego uszu, choć nikt nie potrafił zlokalizować źródła przecieku.
Ustalił kto z kim będzie się komunikował i w jakich okolicznościach. Gdy skończył, wyciągnął na wierzch listę dłużników ze starszych klas. Bogata kolekcja nazwisk mogła się okazać ich jedyną szansą na przeżycie, lecz musiał ostrożnie rozważyć komu ile powiedzieć. Jedno niewłaściwe słowo mogło zamienić potencjalnego sojusznika w urażonego wroga.
Listę otwierały nazwiska kilku jedenastaków. Twarz wykrzywił mu dziki, złośliwy uśmiech. Aż dotąd uznawał te przysługi za martwe. Ciężko by było nakłonić tak starszych starszaków do zrobienia czegokolwiek dla kogoś tak nieistotnego jak on, lecz w nowej sytuacji wypełnienie jego prośby będzie tym czym dla niego wyciśnięcie podatku od dwojaka. Dla nich mogło się okazać przyjemnością samą w sobie. Miał też wielu stałych klientów. Jedna z grup miała tylko dwóch jajcogłowych. Była wyjątkowo silna w swojej kategorii, lecz uzależniona od dobrego korektora. Zdawali wyłącznie dzięki niemu. Byli też inni. Może brat Rejkerta dałby się namówić na rozbicie systemu Niebiańskich Wrót? Kolekcja chętnych do wdarcia się do ich systemu była więcej niż bogata...
Na zakończenie zajrzał do prowadzonej od dwóch lat historii szkolnych konfliktów. Właściwe słowa, wpadając do właściwych uszu, potrafiły rozbić niemal każdy sojusz. Odgrzebana po latach sprawa często sprawiała że grupy szły na pięści. Anhelo lubił deptać po odciskach; Arto szczerze dziękował mu za głupotę w robieniu wrogów, zastanawiając się jak to zorganizować. Zamierzał pociągnąć za każde włókno jakiego mógł sięgnąć. Straci przez to wiele znajomości, może nawet zyska wrogów, lecz nie takich którzy zechcą go zabić. Musiał ich tylko przekonać że żywy jest dla nich bardziej użyteczny.
Plan nie dawał gwarancji powodzenia. Najważniejszym czynnikiem niepewności było pytanie które wszyscy będą sobie zadawać. Dlaczego ten mały młodszak, ten Arto co tak wiele potrafi, poszedł na pierścienie z Anhelem? A potem, gdy się dowiedzą, zapytają siebie – dlaczego chronił tego Nowego, dzieciaka który jest nikim? Jeśli uznają że mięknie...
Jego przyszłość zależała od reakcji wszystkich uczniów, tych samych którzy, dobrze o tym wiedział, nie byli w stanie zrozumieć motywów jego postępowania.
* * * * *
Rossie wróciła późno, nawet jak na nią. Iwen niespecjalnie się dziwił odgłosom kłótni, jakie przez ostatnich dwadzieścia minut dochodziły do jego uszu z dużego pokoju. Drzwi były zamknięte, lecz tym razem nawet nie musiał przytykać uszu by wszystko słyszeć. Znów było o niebezpieczeństwie, lecz pojawiły się też nowe elementy, dotyczące stacji. Rodzice jeszcze raz wyjaśniali jaka jest a jaka nie jest Ziemia i stacja, zwłaszcza podczas zaciemnienia i kto tu jest rodzicem, a kto jeszcze dzieckiem. Jak zwykle, skończyło się na niczym.
Wreszcie Ros weszła do pokoju, zamykając za sobą drzwi i wprowadzając blokadę. Nie to żeby rodzice kiedykolwiek próbowali za nią iść, po prostu lubiła w ten sposób stawiać na swoim. Musiało jej brakować trzaskania starymi, ziemskimi drzwiami.
- Niezła przemowa – stwierdził.
Ros łypnęła na niego wściekłym spojrzeniem.
- Znowu podsłuchiwałeś?
- Nie musiałem – uśmiechnął się dziko – Nie tym razem.
- No to się ciesz – odparła – Przynajmniej miałeś darmową zabawę. Na pewno nie taką, jak w szkole, ale zawsze.
To było podłe i poniżej pasa. Zamilkł, czując jak zbiera mu się na płacz. Moja wina, powtórzył, i jeszcze siostra będzie mi to wypominać.
- Niech to gwiazdy, tak mi przykro – Ros spostrzegła swój błąd. Podeszła do niego i przyklękła – Przepraszam, mały, naprawdę...
- Daruj sobie – odpowiedział z żalem – Powiedziałaś to. Zadowolona?
- Byłam wściekła! Nie na ciebie, tylko na nich – wskazała gdzieś za siebie – Ten twój kapitan... Żyje?
- Żyje – odpowiedział, aż nadto głośno. Ros siadła obok niego. Podciągnęła kolana pod brodę. Już nie wyglądała tak dorosło. Znowu stała się małą dziewczynką, równie wystraszoną jak on sam.
- Wiem co mówią o tym starszaku, Iw. Same paskudne rzeczy. Nie wierzę że chodzę z kimś takim do tej samej szkoły! Na Ziemi dorośli już dawno by go zabili.
- Albo dali medal i zrobili kapitanem w akademii – głupie, beznadziejnie głupie stwierdzenie, ale całkiem możliwe że tak by się stało.
- A ty wpadłeś w jego łapska i mówiłeś mi że jakoś to będzie! Teraz widzę że nie zaczepiłam go ani o dzień za wcześnie. Na pewno o kilka dni za późno.
- Jak coś mu się stanie, będziesz za to winna.
- Winni będą ci którzy pozwalają takiemu chodzić po korytarzach – popatrzyła na niego – Źle oceniłam tego twojego Arto. Może z wierzchu lubi wyglądać na... chama, ale... Może nie jest takim dzieciakiem za jakiego go wzięłam.
Chama? Znowu miała lekcję historii?
- Nie wiem dlaczego to zrobił – przyznał – To co Anhelo z nim wyprawiał... Należało się mi.
- A niby za co tobie się to należy, co? Bo pochodzimy z Ziemi!? – prychnęła wściekle –Słuchaj, Iw. Arto zrobił to co powinien zrobić prawdziwy, dorosły mężczyzna, czyli bronić swoich towarzyszy i przyjaciół.
- Wcale nie musiał!
Nie krzyknął tylko dlatego że rodzice by to usłyszeli, lecz w środku wciąż się gotował.
- Tak czy inaczej, podziękuj mu ode mnie, i przeproś. Także za to że się stąd wynosimy.
- Co? – Iwen zsunął się z łóżka i klęknął przed nią – Wynosimy...?
Ros się zmieszała.
- Nic ci nie powiedziałam. To wielka, wielka tajemnica, rozumiesz? Nie wiem na pewno, ale... Słyszałam jak tato pytał mamę czy złożyła już podanie o zgodę na transfer na Marsa. Myślę że dziadek, ten dziadek, maczał w tym palce. Najdłużej za miesiąc opuścimy stację. Tyle tylko wiem. Może... Może ojciec chce szukać pracy tam gdzie go jeszcze nie znają... w każdym razie, długo tu nie zostaniemy.
Kłamie. Iwen to widział. Potrafił to poznać niemal przez sen. Ona coś wie i teraz kłamie, bo powiedziała za dużo.
- Mówiłaś rodzicom, co? – spytał – Dlatego chcą stąd...
- Nic im nie mówiłam, ty uparty, zakuty młodszaku! – powiedziała dziwnie ostro, łapiąc go za dłonie – Nie opuściliśmy Ziemi bez powodu, to wszystko, ale to już wiesz, bo nie raz o tym rozmawialiśmy. Bądź więc tak miły i skup się na tym by do tego czasu przeżyć, dobrze?
Dziwne. Dotąd ciągle powtarzała by się zastanowił i powiedział o wszystkim rodzicom. Teraz nagle chciała by wytrzymał...
- Możesz mi pomóc?
- Oczywiście! Tobie i twojemu szlachetnemu, acz wciąż troszkę głupiemu kapitanowi – odepchnęła od siebie jego dłonie. Wstała – Za kogo mnie masz, za siostrę bez serca? My, dziewczyny, mamy swoje sposoby, zwłaszcza na starszaków.
- Będziecie się z nimi bić? – sama myśl wprawiła go w osłupienie. Babska bitwa...?
- Po co od razu bić? – Ros uśmiechnęła się łobuzersko – Każdy walczy jak może. Ciekawe, jak znoszą post – zachichotała i wyszła. Oczywiście, z ręcznikiem. Pod prysznic. Nie wie o nowym limicie wody? Nieważne.
Miesiąc. Najwyżej miesiąc. Mógł mieć nadzieję. Lecz co z Arto? Powiedzieć Ros że był u nich, w domu? A jeśli uzna że skoro coś już powiedzieli to ona może dokończyć?
I kto tu kogo chroni?
Był zupełnie skołowany. Już samo poczucie winy wystarczało by czuć się paskudnie. Radziło sobie całkiem nieźle, cały dzień wyżerając go od środka, a jakby było tego mało, miał jeszcze zagadki. Co Ros wiedziała? Wierzyła że naprawdę może pomóc czy też... Na próżnię, chyba nie chce mnie poświęcić dla jakiegoś nie wiadomo czegoś co wymyślili rodzice?
Nie, oczywiście że nie. To przez szkołę tak zaczynam myśleć. Głupi pomysł.
Właśnie, szkoła. Arto da sobie radę. Jest u siebie. Gdy zniknę, znikną jego kłopoty. Ma je przeze mnie. Choć po dzisiejszym...
Czym dla siebie byli? Przyjaciółmi, tak powiedziała Ros. Chciał w to wierzyć. Mogła sobie mówić że Arto zrobił to z obowiązku. Iwen wiedział jak wygląda w tej szkole obowiązek. To musiało być coś więcej.
Alan Akab
|