spis treści | poprzednia strona | następna strona
26 Więzień Układu, #2

Włamanie


Gabinet nie był duży. Mógł być urządzony znacznie wygodniej i komfortowo – Rikad Hesin, przełożony Wilana i kierownik stoczni, kontrolował najważniejszy zakład w całej sekcji – lecz szef nie zwracał uwagi na takie rzeczy. Podobnie jak Wilan.
Rikad był szczupłym, wysokim mężczyzną o bardzo rozkojarzonym spojrzeniu, wynikającym bezpośrednio z biurokratycznej uporczywości magazynierów, zleceniodawców i dostawców stoczni. Efekt był taki że jedna część świadomości szefa była zwykle na miejscu, w gabinecie, zaś druga, prawdopodobnie znacznie większa, stale żonglowała cyferkami zapotrzebowania i marginesami zapasów stoczni, koniecznymi dla podtrzymania płynności zaopatrzenia i budowy statku. Nikt nie wiedział tego lepiej od Wilana. Nie raz pomagał szefowi wybrnąć z takich kłopotów, zyskując szereg uprawnień i dostęp do poufnych plików i dokumentów.
Rikad i Wilan od lat pozostawali w dość szczególnym układzie. Niezależnie od tego co się działo na zewnątrz, ich współdziałanie było o wiele bardziej zażyłe niż wynikało to ze zwykłych relacji szefa z pracownikiem. Dyktował to czysty pragmatyzm – dzięki Wilanowi Rikad miał do swojej dyspozycji jeden z najwydajniejszych – jeśli nie najwydajniejszy – zespół inżynieryjny, zaś Wilan – pewność że nie wyleci z pracy z byle powodu, oraz dostęp do informacji które pomagały mu utrzymać ludzi w ryzach.
Był tylko jeden problem – tajna praca Wilana przyprawiała go o ciarki, ile razy bywał wzywany do gabinetu. Zwłaszcza teraz. Od biedy potrafiłby wytłumaczyć dlaczego podmienił filtry czy zebrał w swoim składziku różne części oprzyrządowania, lecz przeciąganie przewodów... a to był dopiero początek. Bał się że pewnego dnia usłyszy słowa których nie chciał usłyszeć, lecz w chwili gdy tu wszedł odgadł że chodziło o coś innego.
- Mieliśmy kolejne włamanie – gdy tylko wszedł, Rikad porzucił pracę na projektorze i obdarzył go bynajmniej nie rozkojarzonym spojrzeniem – Tym razem niezbyt poważne, lecz nie mogę tego tolerować w nieskończoność!
O kradzieżach słyszał chyba każdy kto pracował w stoczni. W jednym z pomieszczeń, tuż przy hali, mieścił się niewielki podręczny magazyn, z którego od czasu do czasy znikały różne rzeczy. Działo się tak od lat, z różną regularnością. Drobne części, niewielkie podzespoły, narzędzia – wszystko to co było niezbędne do pracy, lecz pilnowane ze względu na zagrożenie jakie, w niewłaściwych rękach, stanowiłyby dla bezpieczeństwa stacji i ludzi. Drobiazgi, lecz Wilan był pewien że były sporo warte na czarnym rynku.
Nie miał z tym nic wspólnego. Części które montował ukrywał wśród dokumentów montażu czy zapotrzebowania, właśnie po to by nikt nie zauważył nadużycia. Durne przepisy wymagały rejestrowania każdego elementu, nawet pojedynczych nitów, lecz tylko w taki sposób władające setkami stoczni korporacje mogły kontrolować swoje inwestycje – przez wielopoziomową statystykę. Liczba wypełnianych przy budowie pojedynczego statku elektronicznych papierków szła w dziesiątki milionów. Jeśli wzięło się pod uwagę zwykłe, ludzkie pomyłki, wady techniczne całych podzespołów, czy nawet pojawiające się już w trakcie budowy zmiany konstrukcyjne, szansa że czuwający nad procesem produkcji komputer dopatrzy się zamontowania dodatkowego, wartego kredyt filtru, zacznie sprawdzać jakąś fikcyjną usterkę czy zliczać każdy metr zużytego przewodu była mniejsza niż prawdopodobieństwo uderzenia kontenera prosto w promenadę. Maszyny były precyzyjne i nieomylne. Człowiek nie. Na każdy statek przypadała statystycznie określona liczba usterek czy pomyłek i związanych z nią kosztów. Podobnie było z pracownikami. Jeśli Wilan chciał ukryć pobierane drobiazgi, musiał podwójnie uważać na to co robi w swojej codziennej pracy. Mało kto wiedział że w ciągu ostatniego miesiąca jego prawdziwa niezawodność w montażu podzespołów wzrosła niemal trzykrotnie. Niestety, zaczęło odbijać się to na jego zdrowiu.
W całym systemie istniała tylko jedna luka. Póki części leżały w magazynie, były pilnowane i rejestrowane, lecz po ich pobraniu i autoryzowanym zamontowaniu nikt nie sprawdzał czy montaż był potrzebny czy nie. System przenosił je na listę zużytych materiałów i od tej chwili przestawały dla niego istnieć. W przypadku tanich elementów każdy sam autoryzował zużycie, przy innych trzeba było się trochę pomęczyć, lecz i to, jak wierzył, było do zrobienia.
- Niezbyt poważne? – spytał.
- Sam zobacz – Rikad palcem przesunął w jego stronę leżącą na blacie biurka niewielką kartę pamięci – To kompletny raport z oględzin. Niczego nie znalazłem. 
Podszedł i wziął ją do ręki. To też nie było niczym nowym. Przez tajemniczego złodzieja każdy co najmniej raz miał kłopoty z inspekcjami, lecz nikt nigdy nie zdołał dociec kto i jak to zrobił. Włamywacz był zbyt czujny.
- Nikt niczego nie zauważył?
Rikad spojrzał na niego bacznie.
- Niczego co chciałby mi powiedzieć. Tobie powiedzą więcej. Znacie się. Co nie wzbudzi moich podejrzeń dla ciebie może okazać się dziwne. Ze mną nawet Rubio nigdy nie będzie rozmawiać tak szczerze jak z tobą. Tylko tobie mogę zaufać, Wil. Rzuć na to okiem.
Wilan kiwnął głową. Rikad mógł albo zagrzebać sprawę w komputerowych plikach, albo zaufać komuś kto mógł dla niego powęszyć. Jego szef nie był człowiekiem starającym się maskować istniejące problemy. On je rozwiązywał, każdym dostępnym sposobem.
- Włamania ciągną się od lat – powiedział – Złodziej jest gwiaździście sprytny...
- Może nie dziś – Rikad uniósł palec wskazujący – Lecz kiedyś, Wil, złodziej popełni błąd. Musimy być na to gotowi. Nie chcę by Ochrona przewracała mi stocznię do góry nogami, jak ostatnio. Tym razem nie zginęło nic cennego. Nic nie znajdą, za to swoimi kretyńskimi podejrzeniami odciągną ludzi od pracy.
Przytaknął. Wydajność była tu wszystkim.

Szukanie winnego było kłopotliwym zajęciem. Wilan kierował zespołem, lecz wobec podwładnych starał się być towarzyszem, nie nadzorcą. Pracował razem z nimi, w takich samych warunkach, tymi samymi narzędziami, przy tych samych podzespołach. Współdziałali ze sobą tak samo jak otaczające ich maszyny. Poza nadającym dodatkowe uprawnienia dokumentem praktycznie nic ich nie różniło. Ani zachowaniem, ni sposobem myślenia nie przypominał Rikada. Zawsze brał stronę pracowników. Był jednym z nich.
Po latach wspólnej pracy wiedzieli o sobie wszystko. Wyjątkiem był Lerszen Norrenson. Doszedł niedawno na miejsce odchodzącego poprzednika, lecz z upływem lat wrośnie w stocznię tak samo jak inni, stanie się kimś więcej niż osobą witaną i żegnaną każdego rozjaśnienia. W zespole o tak ścisłych relacjach oskarżanie kogokolwiek było co najmniej niezręczne. Jednak fakt był faktem – kradzieże się zdarzały, odkąd pamiętał.
Raport, jak zwykle, nie był dokładny, wręcz niechlujnie odwalony. Po latach starań nawet Ochrona ona przestała poświęcać tej sprawie należytą uwagę. Wiedzieli że niczego nie znajdą, lecz czy „zagubienie się” kilku drobiazgów usprawiedliwiało bagatelizowanie sprawy?
Kradzież, w takiej chwili, była mu bardzo nie na rękę. Podejrzliwość, nieufność i zwiększona czujność wśród pracowników nie ułatwiały realizacji planu. Miną tygodnie nim wszystko wróci do normy. Minęłoby znacznie szybciej, gdyby znalazł złodzieja.
Hesin dał mu dostęp do danych z perceptorów stoczni. Miliony oczu, uszu i detektorów od kilku wieków rejestrowało wszelką ludzką działalność na stacji. Obecnie stały się wymogiem. Organizacje, jak Podziemie, pojawiały się i znikały, próbujące bezskutecznie zmusić Rząd do rozluźnienia prawa i otwarcia granicy Układu dla emigrantów. W imię bezpieczeństwa, system nadzoru ulegał bezustannej rozbudowie, lecz to zdawało się nie wpływać na poziom bezpieczeństwa. Sprawdzał się jednak dziwnie skutecznie przy wykrywaniu drobnych przestępców – i politycznie niepewnych wizjonerów. Z czasem prawa, choć ograniczone, do wykorzystania sieci bezpieczeństwa zyskali nawet lokalni stróże prawa.
Teraz te prawa trafiły tymczasowo do jego rąk. Rikad miał rację. Bez trudu zauważy każdą dziwną zmianę w zachowaniu współpracowników. Nie wiedział tylko jak odróżnić złodzieja od kogoś kto zaczyna podejrzewać że ktoś grzebie przy statku.
Zamknął się w jednym z pokoi na zapleczu stoczni. Konsola systemowa okazała się dość prymitywna; posiadała mało efektowny podstawowy interfejs projekcyjny, lecz w zamian oferowała wydajność pracy i skuteczność przeszukiwania przepastnej bazy danych systemu. Wprowadził identyfikator, sygnaturę i kod dostępu. Wyświetlił na projektorze plan stoczni, wyjął z niej i powiększył pomieszczenie magazynu. Składzik, który szumnie nazywano magazynem, był otwarty dla każdego kto posiadał odpowiednie upoważnienie na swoim identyfikatorze. Wilan nie spodziewał się znaleźć wiele. Choć nie to było głównym motorem jego niespodziewanej wizyty, zaczął od tej sprawy dla rozgrzewki i spokoju sumienia. 
- Komputer, wyszukaj materiały z obserwacji dotyczące wybranego pomieszczenia. Wyświetl materiał z perceptora numer pięć, w korytarzu, czas od dwudziestej drugiej poprzedniego rozjaśnienia do dwunastej dzisiaj. Przyśpiesz. 
- Gotowe.
Uważnie obserwował projekcję. Wczoraj wieczorem wszystko było na miejscu. Podczas zaciemnienia niewiele działo się w stoczni. Nikt aż do rana nie zbliżył się do magazynu. Przesuwające się na projekcji osoby były w środku za krótko by dokonać kradzieży. Coś tu było nie tak.
- Komputer, przeanalizuj spójność danych.
- Spójność nienaruszona. Pliki nieuszkodzone. Czas zapisu bloków danych nienaruszony.
- Porównaj czas zapisu wobec czasu stacji.
- Wykryto niezgodność. Różnica pół godziny.
- Określ czas zapisu brakujących bloków.
- Operacja niemożliwa do zrealizowania.
Niemożliwa do zrealizowania? Jak można było wyciąć dane bez zostawiania śladów?
- Przyczyna?
- Wykryto brak danych.
- Ślady usunięcia? Możesz wykryć próbę dostępu do brakujących danych?
- Operacja niemożliwa do zrealizowania. Dane nie dotarły do rejestru.
- Czy któryś z perceptorów został uszkodzony? Zarejestrowano jakiekolwiek usterki w tej części sieci? Czy automaty dokonywały przy niej jakichś napraw?
- Nie. Nie. Nie – beznamiętnie powtarzał komputer.
- Porównaj ze sobą zapisy z poszczególnych perceptorów. Użyj ścieżki wskaźnika czasu. Zaznacz perceptory dla których wykryto braki w zapisie. Zidentyfikuj czas trwania brakujących fragmentów, ich początek i koniec.
Przeglądane dane nie były obszerne, niemniej wykonanie tak złożonej operacji zabrało sieci kilka minut. Sygnatura Rikada pozwalała podglądać tylko teren stoczni, nie dawała także dostępu do pełnej mocy sieci stacji. Najbardziej zaawansowane operacji analizy, w tym liczenie statystyk spotkań z innymi ludźmi czy łącznego czasu poświęconego poszczególnym czynnościom, były niedostępne nawet dla niego. Prosta próba przefiltrowania obrazów pod kątem zdarzeń lub wykonywanych przez ludzi czynności zamknęłaby się w kilku dniach pracy. Jeśli nie zamierzał zamieszkać w tym pokoju na stałe, musiał się ograniczyć do prostej funkcji wyszukiwania sekwencji z udziałem wybranych obiektów i osób. Oczywiście właściwie dobrane polecenia, połączone z ludzką intuicją, mogły dać wynik podobny do wielopoziomowej analizy behawioralnej...
- Gotowe – oznajmił komputer.
Wilan spojrzał na schemat stoczni. Kilka ruchów dłoni i już wiedział wszystko. Cokolwiek się stało, stało się dziś rano. W jednej chwili wszystkie perceptory, w zasięgu których znajdował się magazyn i jego wnętrze, przerwały rejestrację danych, podobnie te obserwujące tunel. Wszystkie zarejestrowały to samo – czyli nic, jakby coś odcięło je od systemu. Dziura w zapisach trwała pół godziny, po czym wszystko w jednej chwili wracało do normy. Najwyraźniej ten kto to zrobił, znał się na rzeczy.
- Czy w tym czasie system przeprowadzał autodiagnozę?
- Tak. Dwa razy – system bezbłędnie odgadł następne polecenie i uprzejmie wyprzedził człowieka – Wynik pozytywny.
- Sieć nie zarejestrowała żadnej usterki?
- Wszystkie podzespoły były sprawne.
Coś uniemożliwiło systemowi wykrycie przerwania łączności z perceptorami. Zakłócanie. Zaawansowane, skoro sygnał diagnostyczny zdołał przejść, nie wykrywając żadnej zmiany, nawet w strumieniu danych. Filtrowanie ani grzebanie w poziomach dostępu nie przyniosło rezultatu – transmisji danych po prostu nie było, jakby nie doszło do ich zarejestrowania.
Porównał zebrane przez siebie dane z raportami z wcześniejszych włamań. Wszystkie przebiegły w ten sam sposób. Mógł dalej drążyć sprawę od strony technicznej, lecz uznał że nie warto. Na tym polu włamywacz był od niego mądrzejszy. Liczył jeszcze na czynnik ludzki – złodziej mógł dać się złapać gdzieś po drodze, na innym perceptorze.
- Przeanalizuj wszystkie dzisiaj zapisane dane dotyczące tego pomieszczenia. Utwórz i posortuj listę zarejestrowanych osób. Zaznacz czas wejścia, wyjścia, długość pobytu oraz pobrane materiały. Wyodrębnij zapisy osób i wyświetl listę ujęć. Posegreguj ją według osób i rejestratora.

Ruchem dłoni przesunął listę osób na lewą część projektora, robiąc miejsce dla projekcji obrazu. Przejrzał wszystko w przyśpieszonym tempie odtwarzania. Nie znalazł niczego niezwykłego, więc zabrał się za przerzucanie danych z każdego zainstalowanego w stoczni perceptora. Wiedział że straci na to całe asteroidy czasu, lecz miał własne powody by przejrzeć te zapisy.
Wnętrze statku, choć czasowo było częścią stoczni, nie było wyposażone w perceptory. Wilan nie miał szansy podejrzeć co tam się dzieje – co akurat było mu na rękę. Nawet automaty poszukiwawcze nie penetrowały kadłuba – chyba że któryś z pracowników zwrócił na siebie czujne oko ochrony, lecz do takich informacji Hesin także nie miał dostępu. Wilan wierzył że dobrze się zabezpieczył przed taką inwigilacją. Uważał na automaty, lecz pracując wewnątrz statku najbardziej obawiał się ludzi.
Godzinami siedział przy konsoli, sprawdzając zarejestrowane dane. Zaczął od siebie. Po uważnej analizie scen ze swoim udziałem uznał że zachowuje się naturalnie. Nie był pewien czy uprawnienia Hesina zezwolą na wymazanie wybranych sekwencji, lecz z zadowoleniem uznał że nie musi ryzykować. Nieumiejętnie przeprowadzona operacja była najlepszym sposobem by naprawdę zwrócić na siebie uwagę.
Jedno po drugim zaczął wywoływać nazwiska z listy pracowników, polecając komputerowi wyświetlić sekwencje z ich udziałem. Przychodzili, pobierali narzędzia i szli do pracy. Niczego nie zauważyli. On także. Obserwował jak w drodze do magazynu spotyka Susumi. Wymienili kilka przelotnych uwag. Obok przeszło dwóch techników; oni także niczego nie spostrzegli. Dopiero Hemul odkrył braki w magazynie. Od rana przewinęło się sporo ludzi, danych było dużo, lecz w większości okazały się bezużyteczne, nawet dla niego. Po długim i żmudnym przejrzeniu każdej minuty, na liście najbardziej podejrzanych znalazło się ledwie kilka nazwisk.
Pierwsze miejsce zajął mężczyzna, który kręcił się w pobliżu tunelu na dwie godziny przed zanikiem transmisji. Średniego wzrostu, z gładko zaczesanymi włosami i w niebieskim, nieco pobrudzonym kombinezonie, który jeszcze rano był nieskazitelnie czysty. Znać było że się nie obija. Nie znał tego człowieka; jak nie znał wszystkich pracowników stoczni, zwłaszcza operatorów maszyn i techników, których widywał tylko okazyjnie. Tylko ich pracowało tu grubo ponad dwustu, tylko na jednej zmianie. Rozpoznawał głównie ludzi ze swojej ekipy. Choć najważniejszy był jego zespół konstrukcyjny, pracowały tu także inne, pomocnicze. Inżynierowie rzadko zadawali się z technikami
Polecił komputerowi go zidentyfikować. Fil Stenhord, nie rzucający się w oczy pracownik techniczny z uprawnieniami operatora maszyn, przez pół godziny chodził nerwowo w tę i z powrotem, jakby chciał wejść, lecz się wahał. W końcu odszedł, ani razu nie zbliżając się do drzwi. To było dokładnie to co Wilan nazywał podejrzanym zachowaniem, jednak ciężko było odkryć przyczynę. Jedynie inni technicy mogliby coś wiedzieć o tym Filu – niewielkie szanse że zechcą o nim gadać z inżynierem, tym bardziej z naczelnym.
Było oczywiste że to nie on stał za włamaniem. Nie bezpośrednio. Nie pracował tu aż tak długo. Mógł pomagać, lecz identyczność działania sprawcy podpowiadała Wilanowi że od początku chodzi o jedną i ta samą osobę. Zachowywał się tak jakby coś wiedział, lecz to mogło być cokolwiek. Odpuścił sobie Fila, czekając na lepszą okazję. 
Następny na liście był Hemul Nejil, asystent materiałowy. Odpowiadał za dostarczanie modułów do konstrukcji oraz ich syntezę, jeśli wytwarzali je na miejscu. Był kimś kogo można by było uznać za magazyniera. Prawie tak samo szczupły jak Rikad, jednak o wiele bardziej skoncentrowany na swojej pracy. Ostatnio nie radził sobie najlepiej. Nie doszukał się niczego co wiązałoby Hemula z włamaniem, lecz ostatnie opóźnienia w dostawach wskazywały na jego niedbalstwo, jakby jego myśli zaprzątały zupełnie inne rzeczy. Hemul był jednym z tych do których z całą szczerością mógł się przyczepić, jeśli nie z podejrzeniami to z niską efektywnością pracy. Był jedną z trzech osób odpowiedzialnych za podręczny magazyn, miał dostęp do wielu materiałów. To im najbardziej oberwie się za to co się stało, lecz czy było to dostatecznym dowodem niewinności? Zazwyczaj znikające przedmioty były warte więcej niż obcięcie pensji, lecz nie aż tak cenne by ryzykować dla nich zwolnieniem, a to właśnie groziło teraz Hemulowi. Po tym jak w zeszłym roku otrzymał dwie ostrzegawcze nagany robił wszystko by go nie wyrzucili, lecz po prawdzie chroniła go przed tym nie tyle jego wydajność, co wyjątkowa fachowość. Trudno było przewidzieć czym to się skończy.
Hemul miał sporo na usprawiedliwienie swoich niedopatrzeń. Wilan nie widział go często. Sam pracował wewnątrz statku, zaś Hemul na zewnątrz. Ile razy nie wyszedł, grzebał przy maszynach. Przeglądając zapisy przekonał się że robił to przez całe rozjaśnienie. Będąc zawsze na zewnątrz, miał największe możliwości by to zrobić, lecz jednocześnie byłby przy tym najbardziej widoczny i miał ku temu najmniej umiejętności. To trochę nieuczciwe wobec niego, pomyślał obserwując na projektorze jego pracę. W każdej stoczni na jego stanowisku pracowało dwóch inżynierów. Ich stocznia była bardziej zautomatyzowana, lecz wyraźnie nie dość, skoro ledwo nadążał z robotą. Nie obijał się, po prostu musiał robić więcej niż był w stanie.
Kolejnym podejrzanym był Buris Warton. Jego zachowaniu przyjrzał się szczególnie dokładnie. Ktoś taki jak on, z samej natury swojej pracy, mógł pokrzyżować jego plany. Potężna, muskularna budowa ciała była przy jego pracy niewątpliwym atutem, wzrost ponad przeciętną też mu w niczym nie przeszkadzał. W tym rzadkim przypadku przydatne były zarówno wysokie wykształcenie jak i zdolność taszczenia i precyzyjnego manipulowania ciężkimi panelami. Od dawna Wilan obserwował go uważnie; nie umknęło mu więc że od jakiegoś czasu był jakiś nieswój. Buris był montażystą ekranów i specjalistą od struktur materiałowych. Wilan potrzebował go by zakończył zewnętrzne ekranowanie statku i by zrobił to dobrze, lecz zależało mu także by pozostał rozkojarzony. Poprowadził przewody najlepiej jak potrafił, wzrokiem nikt nie mógłby dostrzec różnicy, lecz nie wszystko dało się maskować. Gdyby Buris nagle okazał się nadgorliwy i zaczął sprawdzać chemiczną i krystaliczną strukturę powierzchni, mógłby natrafić na ślady niedawnego roztopienia. Zaniepokoiło go jak często Buris przebywał we wnętrzu statku. Nie wychodził nawet na przerwy, choć nigdy nie był maniakiem pracy. Był w magazynie przed włamaniem. Wymieniał narzędzia, lecz wyszedł na dziesięć minut przed wyłączeniem perceptorów. Wtedy był już wewnątrz statku. Magazyn był blisko; każdy dałby radę wyjść ze statku i w pół godziny uwinąć się ze wszystkim, lecz jak by zdołał wyłączyć perceptory na odległość? Na pewno nie zrobiono tego z bliska – perceptory zarejestrowałyby złodzieja tuż przed wyłączeniem, więc musiałby usunąć ten fragment z banku danych, tymczasem nie było w nim śladu po takiej manipulacji. Nie wierzył by ktoś to zrobił przez sieć. Nawet Rikad by tego nie potrafił.
Tylko jedna osoba potrafiłaby dokonać czegoś takiego. Lerszen Norrenson. Od początku wydał mu się dziwny. Średnio wysoki, suchy mężczyzna o twarzy z rodzaju takich co to w starożytnych czasach nie można było sobie wyobrazić bez okularów i posiwiałych, rozrzuconych w nieładzie włosów. Dzisiaj jeśli nawet udało mu się załapać na wadę wzroku, miał ją trwale skorygowaną na soczewce, zaś żywej barwy włosy były starannie uczesane. Okulary nosili jedynie ci których stać było na pogoń za szybko i bezładnie zmieniającą się dekadencką modą. W pewnym sensie nosili je też technicy, lecz ich okulary były interfejsem sieci. Dzięki nim wydawali komputerowi polecenia za pomocą mrugnięć i ruchów gałek ocznych oraz, dzięki przywołanej projekcji, zaglądali do niedostępnych wnętrz podzespołów.
Nieobecny, mógłby powiedzieć patrząc na wyraz jego twarzy. Wieczny myśliciel. Lecz to był tylko pozór. Lerszen nie zachowywał się jak byle głupek. Był oczywistym celem, lub wykonawcą. Włamania zdarzały się od dawna, mimo to Wilan przejrzał zapisy dotyczące Lerszena równie uważnie jak te z Burisem.
Analiza pokazała że w czasie włamania Lerszen został zarejestrowany przez perceptory w zupełnie innym miejscu. Pracował na zewnątrz, przy modułach pamięci przyszłego komputera pokładowego. Nie mógł tego zrobić, lecz nic nie stało na przeszkodzie by pomóc złodziejowi. Tylko po co? Schemat włamania był ten sam co zawsze.
Długo wpatrywał się w zatrzymaną projekcję, zastanawiając się jak poważnie potraktować Lerszena, gdy nagle dostrzegł na obrazie coś, co go zaniepokoiło. Ruchem ręki powiększył projekcję i przełączył ją w tryb wolnego odtwarzania, potem przewinął do tyłu i odtworzył znowu. Jeszcze raz cofnął, tym razem z taką samą prędkością jak przy odtwarzaniu, wciąż wpatrując się w obraz. Po chwili miał już pewność. Kilka metrów za Lerszenem, kryjąc się wśród maszyn, unosiły się dwie kuleczki automatów poszukiwawczych.
Ktokolwiek się włamał do magazynu, to nie mógł być Lerszen. Już był obserwowany.
- Niech mnie otchłań pochłonie! – szepnął do siebie. Ledwo przybył, a już miał kłopoty. Może to dlatego...? Emigrantka, jak czasem nazywali Urząd Emigracyjny, razem z Kosą miały w zwyczaju obserwowanie każdego nowego na stacji. Nie robiły tego zawsze, niemniej robiły, a to odrobinę krzyżowało jego plany. Zamierzał nakłonić Lerszena by w ramach testów zostawił w systemie statku otwartą furtkę, pozwalającą na kontrolowanie komputera z wnętrza komór inercyjnych. Termin ich montażu zbliżał się powoli, a tu coś takiego! Do czasu rozwiązania problemu postanowił trzymać się od Lerszena z daleka i bardziej uważać na każdy swój ruch.
Jeszcze raz sprawdził zapisy, tym razem szybko. Nie miał uprawnień do wyszukiwania sekwencji z automatami, lecz sygnatura Hesina miała wystarczający poziom autoryzacji by system nie wymazał ich obrazu z udostępnionej bazy danych. Wiedział czego szukał. Na szczęście, więcej tego nie znalazł. Poza Lerszenem, nikt w stoczni nie był obserwowany.

*

Wyciągnąwszy z zapisów wszystko co tylko było użyteczne, Wilan postanowił przyjrzeć się samemu magazynowi. Przechodził nie dalej niż kilkanaście metrów od transportowej windy magnetycznej gdy usłyszał dziwny hałas. Hala tonęła w dźwiękach pracujących maszyn, lecz nawet tu pewne odgłosy były nie na miejscu.
Na charakterystyczny zgrzyt rwanego plastiku i krótki, jękliwy pisk przeładowanych, obciążonych nagle dodatkową masą cewek windy magnetycznej jego stopy niemal wrosły w podłogę. Obrócił się, czując przeszywające dreszcze. Jak zahipnotyzowany obserwował jak poduszka magnetyczna windy coraz szybciej wyrzuca w górę ładowarkę, która zbyt głęboko wjechała w głąb szybu.
Zabezpieczenia były usunięte. Winda była bezustannie rozładowywana. Gdyby za każdym razem sprawdzali czy jest zabezpieczona, włączali ją, wyłączali, i znowu... Wiedział o tym każdy operator. To oni pilnowali by żadna z maszyn nie weszła do niebezpiecznej strefy nim poduszka magnetyczna ustabilizuje się na tyle by transportowany przedmiot zawisł nieruchomo w jej wnętrzu. W razie kłopotów, mieli przejąć kontrolę nad maszyną. Ładowarki były automatyczne, nadzorujący system był automatyczny, lecz osłony najbardziej przestarzałych maszyn pozostawały wiele do życzenia. Nie zawsze dawały sobie radę z polem magnetycznym; zdarzało się że ignorowały jego natężenie gdy wykraczało poza wartości konieczne do utrzymania sztucznego ciążenia. Dlatego wszystkiego pilnował człowiek.
Wilan złapał wzrokiem operatora zdalnego pulpitu awaryjnego. Ze zgrozą spostrzegł że operator wprawdzie patrzy na wznoszącą się maszynę, lecz zdaje się jej nie dostrzegać.
- Uciekaj! – zawołał, lecz ostrzeżenie pozostało bez echa. To było najgorsze co mogło się zdarzyć z ludźmi. Pracując z automatami, w stałym, monotonnie bezmyślnym, hipnotyzującym rytmie, ludzki umysł zaczynał działać jak jeden z nich lecz, na kosmos, płacono im za uwagę, nie za marzenia na jawie!
Ładowarka coraz szybciej wznosiła się w górę. W zwykłym polu ciążenia ważyła kilka ładnych ton. Lecąc ukośnie od pionu, na wysokości kilkudziesięciu metrów opuściła szyb windy by, pozbawiona działania poduszki magnetycznej, poddać się polu stacji. Zwolniła majestatycznie, na moment zawisła w powietrzu – po czym ruszyła w dół.
Miał ledwie sekundy. Oczami wyobraźni już widział stertę poskręcanego plastiku, ledwie parę metrów od operatora. Rzucił się biegiem w jego stronę. Szczęśliwie, zgrzyt odkształcanego tworzywa przywrócił nieuważnego pracownika do rzeczywistości. Spojrzał w górę i zaczął uciekać. Wilan, mając lepsze rozeznanie w sytuacji, przechwycił go w biegu i siłą odciągnął w bezpieczne miejsce.
Przy akompaniamencie miażdżonej konstrukcji kilkutonowa maszyna z impetem uderzyła w podłogę, wprawiając ją w wyczuwalne drżenie. Od początku zdarzenia minęło ledwie kilka chwil. Ładowarka zamieniła się w stos złomu; wysięgnik zahaczył o panel, niszcząc całe stanowisko. Ładowarki zaczęły się zatrzymywać, posłuszne wezwaniu automatycznej kontroli bezpieczeństwa stoczni.
Wilan odetchnął. Czuł drżenie nóg i napięcie wszystkich mięśni. Operator gapił się z głupią miną na potrzaskane szczątki. Wściekły, obrócił zaskoczonego człowieka przodem.
- Człowieku, śpisz czy co? – potrząsnął nim w zdenerwowaniu. Widział dość podobnych wypadków by wystarczyło ich na niejedno życie – Na kosmos, nie potrafisz uważać nawet na siebie? Na zarazę! Chcesz zapłacić z własnej kieszeni za maszynę?
Operator był cały, zdrowy i całkowicie zdezorientowany. Jego wzrok był wciąż nieobecny. Miał więcej szczęścia niż rozumu. Wilan długą chwilę trząsł nim niczym kukłą nim zorientował się że od niedawna zna tego nieźle umazanego smarem technika. Fil Stenhord.
Puścił go. Fil spojrzał nieprzytomnym wzrokiem.
- Nie zauważyłem, przysięgam... – wyjąkał. Potrząsnął głową, wracając do rzeczywistości – Zapłacę, tylko nie..
Albo wciąż był w szoku, albo pod wpływem narkotyków. Pracownicy brali różne środki by pomóc sobie przy pracy, lecz znali ryzyko i unikali środków odurzających. Zresztą, operator nie miał po co brać. Wilan spojrzał mu w oczy. Był czysty, choć dziwnie rozkojarzony. Czy tak zachowywałby się włamywacz, w kilka godzin po włamaniu? Gdyby coś wiedział, byłby na adrenalinie...
- Nie ode mnie zależy czy zostaniesz w pracy – odpowiedział sucho – Narażasz innych, nie tylko siebie!
Operator nie odpowiedział. Wilan oddał go pod opiekę przybyłej ekipy medycznej. Na wszelki wypadek zalecił zrobić badanie krwi.
Dookoła zaczęła się zbierać grupa techników. Wilan przeciągnął wzrokiem po ścianach. Perceptory były skierowane na wnętrze windy, lecz ich ustawienie nie pozwalało dostrzec co robił Fil. Komputer zobaczy najwyżej jego plecy, w połowie zasłonięte konsolą. Wilan zdał sobie sprawę że jest jedyną osobą, poza Filem, która znała prawdziwą przyczynę wypadku. Zarządzająca stocznią korporacja mocno cięła koszty produkcji. Technicy bez problemu znajdą tuzin usterek w każdym sprzęcie. Jeśli badanie krwi nic nie wykaże, być może operator nie zostanie wyrzucony.

*

Dopiero w magazynie Wilan zmusił się by zapomnieć o wypadku i skupić się na tym po co tu przyszedł. Nie liczył że coś znajdzie. Złodziej nigdy nie zostawił po sobie śladu. Policja miała z tą sprawą tyle samo szczęścia.
Zamek był nienaruszony, choć słaby ślad magnetyczny dowodził że ktokolwiek go otworzył, nie miał własnej karty, lub nie użył jej z obawy przed pozostawieniem śladu w pamięci. Od czasu pierwszego włamania wypróbowano wiele rzekomo inteligentnych systemów zabezpieczających – wszystkie zdały się na próżnię. Byle technik nie dałby sobie z nimi rady; w grę wchodzili jedynie inżynierowie, a i to nie wszyscy. Rozczarowany, pomyślał iż wśród jego towarzyszy jest przynajmniej jedna osoba, bardzo inteligentna, której tak naprawdę nie znał i na którą powinien zwrócić szczególną uwagę.
Będąc w środku, zaczął zestawiać stan magazynu z brakującymi rzeczami. Nie było tego wiele, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności w wszystkie brakujące przedmioty pochodziły ze skrzyń które dotarły do stoczni zeszłego rozjaśnienia, wieczorem. Było późno, nie było nikogo kto mógłby je wciągnąć na rejestr magazynu. Dopiero dzisiaj, już po wykryciu włamania, Rikad nakazał ich kontrolę. Nie sprawdzano czy skrzynie były już gdzieś otwierane. Założono że zrobił to złodziej, lecz prawda mogła być nieco inna.
Każdy kto choć raz wciągał takie skrzynie na rejestr wiedział że ich zawartość nie zawsze zgadza się ilościowo z tym co powinno być w środku. Pojedyncze sztuki musiały ginąć gdzieś po drodze, być może podczas pakowania skrzyń. Hesin mógł zwrócić uwagę na ten drobiazg, lecz na jego miejscu Wilan nie wspominałby o tym w raporcie. Łatwiej było oskarżyć złodzieja o braki niż wykłócać się z dostawcami. Takie podejście już się sprawdziło, przy okazji wcześniejszych kradzieży. Tym razem zginęły jedynie nic niewarte drobiazgi. To nie pasowało do profilu. Jeśli brakujące rzeczy zaginęły, jak zwykle, gdzieś przy transporcie, znaczyłoby to że włamanie wprawdzie było, lecz... sprawca niczego nie zabrał.
Zaczął uważnie i systematycznie sprawdzać każdy znajdujący się w magazynie obiekt, każde narzędzie i każdą skrzynię. W tym jednym względzie raport był niezwykle skrupulatny. Nie znalazł ani jednej rozbieżności, ni śladu po włamywaczu, odkrył za to coś innego.
Jeden róg pomieszczenia od zawsze zajmował raz większy, raz mniejszy stos pustych skrzyń. Były przeznaczone do oczyszczenia i odesłania. Wypełniały je części, przeznaczone do segregacji – te które się nadawały miały być użyte ponownie, reszta miała zostać wysłana do dekompozytorni. Innymi słowy, śmietnik techniczny. Nie wiedział po co się w nim grzebie, chyba tylko po to by mieć pewność że nie przeoczył niczego. I nie przeoczył. W jednej ze skrzyń znalazł kulę wielkości głowy, ukrytą pod stosem części.
Zamarł, poznając komorę fuzji.
To była bomba.
Otwory wlotowe były zabezpieczone. Miało to zwiększyć wydajności reakcji fuzji i tym samym, siłę rażenia bomby. Na powierzchni kuli doczepiono metalowy zbiorniczek, zapewne wypełniony sprężonym wodorem – dość by osiągnąć siłę rażenia najmocniejszej ze starożytnych głowic jądrowych, lecz nawet gdyby go odłączył, samo powietrze w komorze wystarczyłoby do eksplozji o sile paru megaton. W sam raz na stocznię. Po drugiej stronie kuli znalazł moduł zasilania, zawierający energię konieczną do wytworzenia impulsu grawitonowego mającego ścisnąć gaz do punktu, w którym osiągnie gęstość zapłonu. Obok niego umieszczono półkolisty obiekt – zapewne zegar. Brak wyświetlacza czy przełączników sugerował że programowano go przez zewnętrzne urządzenie. Nie znając częstotliwości odbioru mógł zapomnieć o jego wyłączeniu; skanowanie mogło uruchomić bombę.
Zdusił panikę nim zdążyła się rozpalić na dobre. Zbyt dobrze znał się na takich urządzeniach by stracić głowę. Ostrożnie złapał kulę w dłonie i bardzo, ale to bardzo powoli uniósł do góry, na wypadek gdyby urządzenie miało także zapalnik bezwładnościowy. Spojrzał na spód, szukając przewodów inicjujących komorę. Nie wierzył by terrorysta zastosował przekaźniki. Nawet on wiedział jak je zagłuszyć, a to zneutralizowałoby bombę. Staroświeckie światłowody były odporne na zakłócenia, a przy środkach jakimi dysponował niemal nie do obejścia. Znalazł je i odetchnął z ulgą. Rzucił kulę z powrotem do skrzyni i otarł pot z czoła.
Komora nie była podłączona do zegara.

* * *

Właśnie w takich chwilach ludzie zaczynają nienawidzić Podziemie, pomyślał, obserwując zebranych na miejscu zdarzenia policjantów, Ochronę Stoczni i kilku agentów Kosy. Tym razem zjawili się szybko i równie szybko zaczęli przeszukiwać magazyn, próbując znaleźć jakikolwiek ślad sprawcy. Tym razem traktowali sprawę poważnie. Trzeba było bomby, by zwrócić uwagę tych durniów.
Przy korytarzu prowadzącym do magazynu zgromadził się tłumek pracowników stoczni. Był tu chyba każdy. Wiadomość rozeszła się z prędkością światła. Nikt nie wątpił że to robota Podziemia. Kto inny podkładał bomby? Stocznie od zawsze były dla nich atrakcyjnym celem. Podobno dobrze je pilnowano. Najwyraźniej nie dość dobrze.
Wiele się mówiło o Podziemiu i o tym co wyprawiało. Wielu patrzyło na nich jak na nadzieję Układu, jeśli nie na zbawców całej ludzkości. Tyle że to byli bardzo niebezpieczni ludzie. Partyzanci, często terroryści, złodzieje i przemytnicy. W tym pierwszym, jak słyszał, byli beznadziejni, lecz z tym drugim szło im całkiem nieźle.
Kto konkretnie podłożył bombę? To pytanie zadawał sobie każdy, także Wilan. Wiedział już że włamania nie było – nie po to by coś ukraść, ani nie po to by zostawić bombę na później. Skrzynia z częściami, w której ją okryto, zostałaby sprawdzona najpóźniej pojutrze. Nikt, kto potrafił niepostrzeżenie dostać się do magazynu, nie mógł być tak głupi by ją tam ukryć do czasu gdy zdecyduje się ją uzbroić. Nie, ona miała być nastawiona już teraz, lecz ktokolwiek ją podłożył, w zdenerwowaniu zapomniał ją nastawić. Najprawdopodobniej niczego nie zauważył, inaczej natychmiast naprawiłby swój błąd.
Zatem, myślał dalej, zamachowiec był pewien że bomba wybuchnie. Logicznym było że była nim osoba której nie było już na terenie stoczni, a może i stacji. Tymczasem załoga była w komplecie. Owszem, prawdziwy włamywacz mógł pomóc zamachowcowi, lecz został na miejscu, nieświadom tego co ma nastąpić. To by było podobne do Podziemia – działało bezwzględnie i bez litości.
Jeden z ochroniarzy podszedł do Wilana. Wilan spodziewał się tego o wiele wcześniej.
- Jakim sposobem ta bomba trafiła do mojej stoczni? Na ciężką zarazę, od czego tu jesteście? – spytał drżącym, lecz wściekłym głosem. Wciąż był zdenerwowany i wcale tego nie krył. Ręce mu się trzęsły ponad możliwość opanowania. Żył tylko dlatego że zamachowiec był aż tak nieuważny, czy zdenerwowany, że nie podłączył komory.
- My wiemy od czego tu jesteśmy – zauważył chłodno strażnik – Pytanie co pan robił w magazynie, panie... Waspers.
- Co ja tu robię? Pracuję tu! Niech to śluza, przecież to ja ostrzegłem was o bombie! 
- To niczego nie wyklucza. Jak na razie, wszystkie odciski palców i ślady zapachowe jakie znaleźliśmy na komorze należą do pana.
- Bo próbowałem ją rozbroić! – jego wściekłość zaczęła narastać.
- To pan tak twierdzi – spokój i chłód strażnika pozostały niewzruszone – Bomba nie była uzbrojona.
- A skąd miałem to wiedzieć!? – zawołał – Może mi wmówicie że chciałem ją uzbroić, więc zawołałem was byście mi pomogli? Nie wydaje się panu że ktoś tak sprytny by niepostrzeżenie włamać się do magazynu i wnieść bombę na teren stoczni byłby za głupi by zostawić na niej swoje odciski palców?
- Rozważamy taką możliwość – strażnik znacząco spojrzał na Wilana.
- Co? Może spodziewacie się znaleźć wewnątrz komory identyfikator jej konstruktora?
- Sprawdzamy wszystko – odparł strażnik z chłodną uprzejmością – także tę możliwość.
- Czy ktoś już panu mówił że jest pan paranoikiem? – Wilan wysilił się na spokój, czując dziwny niepokój że strażnik wcale nie żartuje.
- Wiele osób – stwierdził strażnik, bez cienia emocji – Za to nam płacą. Na razie wiemy tylko że to pan znalazł bombę i jest jedynym który ją widział, czy dotykał.
Wilan zamknął oczy i odetchnął kilka razy.
- Jestem oskarżony? – spytał bardzo, bardzo spokojnie.
- Nie.
- Więc, na radiację, dajcie mi spokój i zajmijcie się szukaniem prawdziwych przestępców!
Odwrócił się i odszedł, przechodząc przez wytyczoną przez policję linię. Nie wierzył by ktokolwiek, poza ochroną, poważnie potraktował te idiotyczne oskarżenia, jednak wolał nie ryzykować że wyjdzie z siebie. Strażnik może nie był zbyt bystry, lecz był czujny. Teraz wszyscy będą czujniejsi. Tylko drugi taki wariat mógłby spróbować powtórzyć zamach. To oczywiście utrudni także i jego plany, lecz mając wybór pomiędzy bezpieczeństwem a jego szybszą realizacją, wolał wybrać to pierwsze. Jeśli to miała być cena za to by któregoś rozjaśnienia nie wylecieć w kosmos, był gotów ją zapłacić.
- Banda kosmicznych debili, Wil – zauważyła Susumi. Jej głos był zawsze stanowczy, upominający i hardy, cokolwiek by się nie działo – Nie przejmuj się nimi, inaczej dasz im wygrać. Kto jak kto, ja wiem o tym najlepiej.
Spojrzał na nią. Susumi Kires. Wśród jej przodków musiało być wielu Azjatów. Dziś pozostał po nich jedynie ślad, lecz za to ślad znaczący. Jej uroda miała coś co kiedyś nazywano orientalnym, jakiś delikatny rys, rozmyty wśród innych genów. Jednakże stanowczość odziedziczyła po przodkach z Europy.
Trudno było nie żywić wobec niej choć odrobiny respektu. Tak niewiele kobiet miało pracę, tak niewiele było w stanie ją utrzymać, a jeszcze mniej było tak dobrymi fachowcami, twardo i zdecydowanie utrzymującymi się na stanowisku. Ich ekspert od napędów był jedyną znaną mu pracującą kobietą, poza nauczycielkami i Protektorkami. Nie wątpił że wie o czym mówi.
- Myślisz że biorę ich na poważnie? – wskazał kciukiem za siebie – Bomba jest na poważnie, Susumi. Tego nie zmienią nawet tacy idioci.
- Rok temu wysadzili dwudziestkę dwójkę, razem z okrętem – wspomniał Rubio Fachren, potężny mężczyzna i znany stoczniowy plotkarz. Źródło wszelkich nowinek, w którego informacje można było wierzyć. Zwykle wesoły, dusza zespołu, teraz bynajmniej nie miał ochoty na żarty, choć gestykulował równie żywo jak zawsze – To po drugiej stronie stacji! Dopiero co ją odbudowali. A miesiąc temu, słyszałem, podłożyli bombę na Tau Marsa, na promenadzie!
Właśnie. W sąsiednim sektorze budowano transportowiec, trzy sektory dalej – niewielki krążownik. Czy nie tam byłoby lepiej uderzyć?
- Całe szczęście że mamy perceptory – stwierdził ktoś – Bez nich rozwaliliby stację na kawałki!
Jak myślący człowiek mógłby nazwać szczęściem gapiące się na ciebie czujniki, obserwujące cię ilekroć wychodzisz i wracasz do mieszkania, węszące za tobą bez ustanku cały czas między przekroczeniem drzwi, nasłuchując, podglądając? Ale słowa były prawdziwe. Gdyby nie one, co powstrzymałoby Podziemie? Musiał wierzyć, jak inni, że linia obronna jest sprawna i szczelna – lecz jak mógł podtrzymać tę wiarę po dzisiejszym? Dobrze że tylko on wiedział że można ją oszukać. Nie wiedział jak, lecz oglądał rezultaty – to wystarczyło. Już nigdzie nie było bezpiecznie, nawet w stoczni.
- Robi się coraz gorzej – zdenerwowała się Susumi – Mamy skończyć jak dwudziestka dwójka? Jak można pracować, kiedy to... – machnęła ręką w stronę magazynu.
- Musimy wracać do pracy – dłonie Wilana przestały drżeć. Wciąż był trochę oszołomiony, lecz głos brzmiał pewnie – Gapienie się na nich niczego nie zmieni. Mamy opóźnienia, zajmijcie się robotą!
Już miał dodać by uważali na wszystko co wyda im się dziwne, lecz w porę ugryzł się w język, myśląc o swojej pracy. Nie unikną opóźnień i podejrzliwości, obojętnie co zrobi czy powie. Ludzie to nie roboty. Nie wszystkie rzeczy przemijają bez echa.
- Lepiej uważaj na Lerszena – usłyszał za sobą cichą uwagę Susumi. Odwrócił się.
- Uważam – odparł – Jest tu nowy. Mam na niego oko.
- To nie to – żachnęła się, lecz szybko pokręciła głową – Nieważne. Pilnuj wszystkiego.
Odwróciła się i odeszła pośpiesznie, jakby pożałowała swoich słów. Cokolwiek Susumi miała na myśli, wiedział że się myli. Od dziś każdy będzie miał swoich podejrzanych, niczym zawodnika na wyścigach. Od dziś każdy będzie plotkować. Każdy, oprócz Wilana. A może...?
Inżynierowie rozeszli się przy wtórze narzekań na Podziemie i zamachy. Przez rzednący tłumek Wilan dostrzegł szerokie plecy odchodzącego Burisa i stojącego w grupie techników, wciąż gapiącego się na policjantów Fila. Wypytywanie ich obu nie miało sensu. Nie powiedzą więcej niż to co zarejestrowały perceptory – czyli nic. Od teraz policja zajmie się zapisami. Rikad pewnie już cofnął swoje upoważnienia, by nie odkryli że nadał je swojemu nieformalnemu zastępcy. Mógł mu go udzielać, lecz nie zmieniało to faktu że było to nielegalne. Jego prywatne śledztwo było skończone; zresztą nie przychodziło mu na myśl nic co chciałby ponownie sprawdzić. Mógłby polecić komputerowi wyszukać wszystkie sceny w których padło słowo „podłożyć” i pokrewne, mógł przysłuchać się każdej takiej rozmowie. Licząc na wyciek gazu ze zbiorniczka bomby mógł poszukać podwyższonego stężenia wodoru w powietrzu, lecz to wszystko mogli równie dobrze zrobić rządowi specjaliści od sztuki wyławiania szczegółów z potoku danych.
Nie wierzył by bombę podłożył ktoś ze stoczni. To musiał być ktoś z zewnątrz, ktoś kto dostać się tu inną, nieznaną drogą. Być może tą samą którą złodziej wynosił narzędzia. Znikały, choć iż większość miała wbudowane własne, przemysłowe lokalizatory...
Pomyślał o Arto. To było coś czym warto się było zająć, póki sprawa nie przycichnie. Bomba czy nie, plan pozostał jego priorytetem.

* * *

Policja szybko i sprawnie zbadała co miała zbadać. Nie było tego wiele. Oficjalna wersja, w którą zresztą nikt nie uwierzył, mówiła iż włamywacz spróbował podłożył bombę by zatrzeć po sobie ślady – dziwny sposób zacierania, zwłaszcza że groziła za to kara znacznie większa niż za samą kradzież. Funkcjonariusze rozesłali wezwania na przesłuchanie, zwinęli linię i odeszli. Wilan wykorzystał ten czas na przyjrzenie się stoczni. Miał dobrą wymówkę – wciąż szukał złodzieja. W rzeczywistości szukał przejścia.
Szybko się przekonał że jedynym wyjściem na zewnątrz, poza korytarzem wejściowym, były szyby wentylacyjne, a tymi, jak wiedział, nie dało się nigdzie dostać. Ta część sieci wentylacyjnej była odcięta od reszty stacji. Obejmowała tylko doki i stocznię i tylko tam znajdowały się jej wyloty. Terrorysta mógł się tu dostać jedynie przez zwykłe, strzeżone wejście. Jak ominął straże i czujniki – było dla niego tajemnicą, którą chętnie by poznał.
Nie zauważył kiedy zrobiło się późno. Złapał się na tym że prawie cały dzień spędził na ściganiu projekcji, zamiast na pracy. Ruszył w stronę śluzy statku. Mijał magazyn gdy z korytarza wyszedł Rubio, odpinając pas z narzędziami.
- Niewiele dziś pracujesz – stwierdził przyciszonym głosem – Niech zgadnę. Szef kazał ci się rozejrzeć, tak?
Rubio szybko kojarzył fakty. Nie było sensu się wypierać.
- Zasugerował – przyznał – ale to było przed bombą. Teraz to poważna sprawa. Widziałeś kogoś? Słyszałeś coś? Znasz mnie. Nie pójdę do szefa dopóki nie będę miał pewności.
Rubio zamyślił się.
- Nie chciałbym nikogo oskarżać – zastrzegł – tym bardziej bezpodstawnie. Na dobrą sprawę każdy czasem zachowuje się dziwacznie. Nawet ty.
- Ja, dziwacznie? – Wilan ukrył zaniepokojenie pod zdziwieniem.
- A nie jest dziwaczne przesiadywanie do późna nad robotą? Widzisz która godzina? Ja kończę, a ty idziesz prosto do tego kawałka skały. Kiedy ostatni raz byłeś w barze?
- Taką mam pracę, Rub. Muszę was pilnować, a mam jeszcze swoją robotę.
- Dlatego mówię że nie zachowujesz się dziwniej niż reszta.
- A Lerszen?
Rubio umilkł. Wilan wiedział że w takich sprawach może zaufać Rubiowi. Jeśli ktokolwiek z zespołu wiedział co się dzieje z Lerszenem, to właśnie on.
- Wiesz, kradzieże zdarzały się tu wcześniej.
- Kradzieże tak, lecz nie bomby.
- Myślisz że to on...?
- Nic nie myślę – odparł szybko – Wiem że śledzą go automaty.
- To zrozumiałe – Rubio znacząco dotknął palcem nosa – Z nim, jak czuję, to zupełnie inna sprawa. Jest zwykłym facetem, jak ty czy ja. Ma żonę i dwójkę dzieci, a nic tak nie studzi ludzkich zamiarów jak rodzina. Jednak... Wiesz, on dużo mówi, zwłaszcza o rzeczach o których inni milczą. Myślę że to dlatego go obserwują i dlatego tak często wylatywał z roboty. Może trafił do nas z tego samego powodu.
To miało sens. Tu nie traciło się pracy za gadanie. Tu rozmawiali ze sobą o rzeczach które na dole skłaniały ludzi do szybkiej zmiany tematu.
- Lerszen to idealista – dodał Rubio – Taki ktoś sam ściąga na siebie kłopoty. Większość z nas trzyma się od niego z daleka, na wszelki wypadek. Ty też lepiej zostaw go w spokoju. Osobiście, nie mam nic do niego. To miły facet, ale jest jak piorunochron. Dlatego, jak wierzę, nie zrobi niczego by wpaść w nowe kłopoty.
Idealista. To bywało niebezpieczne. Idealiści najczęściej zapisywali się do Podziemia i podkładali bomby. Susumi próbowała coś powiedzieć. Jednak Lerszen nie opuścił stoczni. Chyba że...
- A, teraz widzę... Ty naprawdę podejrzewasz wszystkich! – stwierdził Rubio.
- Nawet ciebie. To ktoś z nas, Rub. Tyle mogę ci powiedzieć.
- Może ty?
- Może ja – Wilan się uśmiechnął – W takim wypadku nigdy nie znajdę sprawcy, prawda?
- To nie temat do żartów! – obruszył się Rubio – Dzięki tobie sam już nie wiem co o tym myśleć. Kto jest kim? Rozumiem że ufasz mi na tyle by wyjawić kto jest głównym podejrzanym?
- Nie powiedziałem że mam tylko jednego – zaznaczył. Chciał zasiać zarodek niepewności, który przerośnie resztę załogi – Może to jest ten jeden o którym chcę byś wiedział?
Rubio łypnął na niego z gniewem.
- Dobra, nie moja sprawa. Ja się w te gry bawić nie będę. Po prostu znajdź drania. Nie chciałbym pewnego rozjaśnienia wylecieć w kosmos.
Każdy jest tak samo podejrzany, pomyślał, obserwując odchodzącego Rubia. Tak, on także. Wilan wiedział tylko tyle że sam niczego nie zrobił, lecz to wiedział tylko on. I tylko ten kto się włamał i podłożył bombę wiedział kto jest winny.
Podejrzewał każdego, w tym nie okłamał Rubia. Przez chwilę rozważał nawet możliwość że zrobił to sam Rikad. Mógł podłożyć bombę i wysłać go, pod pozorem tych kradzieży, by ją znalazł. Tylko po co? Rikad nie miał motywu; sam jego charakter sprawiał że trudno mu było sobie coś takiego wyobrazić. Odrzucił ten pomysł jak wiele innych, uznając że cała sprawa już i tak za bardzo odciąga go od pracy. Owszem, zamierzał pozostać czujny, lecz nie mogąc nic zrobić, uznał że zaczeka na okazję, na błąd, który rzuci go na właściwy trop – zanim dojdzie do prawdziwego nieszczęścia.

* * * * *

Drugiego rozjaśnienia od objęcia przez Arista funkcji kapitana Arto zdołał go wreszcie nakłonić do wypełnienia umowy. Starszak nie zmarnował szansy. Oczywiście, ani razu nie nazwał się szczurem. Zdobył przywództwo i szybko zapomniał o całej reszcie. Był przecież starszakiem, a dla nich rola dłużnika sprowadzała się do wysłuchania ofiary przed pobiciem lub, w nagrodę, puszczeniem jej wolno. Cała reszta była całkowicie odrębnym interesem.
Niewiele oczu potrafiłoby dostrzec jak zeszłego rozjaśnienia Aristo zręcznym ruchem wsunął w dłoń Arto niewielki przedmiot. Na dobrą sprawę, Aristo nieco naciągnął zasady, choć „nieco” nie było odpowiednio precyzyjnym stwierdzeniem. Aristo wypełniał umowę nie dlatego że mu zależało, lecz by zarobić, więc Arto przezornie nie obniżył ceny.
Większość wojowników szybko wydawała swoje dochody na przyjemności. Żyli z rozjaśnienia na rozjaśnienie, jutro mogli być goli, czego nie wydali na siebie mogli stracić. On wolał oszczędzać. Odmawiał sobie wielu rzeczy, na taką właśnie okazję. Wiedział jaka grupa uczniów tak postępuje – jajcogłowi.
Otrzymany drobiazg kosztował go wszystkie prywatne oszczędności – bez gwarancji działania. Starszaki lubiły oszukiwać, boleśnie odrzucając późniejsze reklamacje. Co tam impulsy, pomyślał. Aristo nie był typem oszusta, lecz zbyt wiele zależało od sprawności tego urządzenia, by pozwolił sobie na niepewność. Musiał wiedzieć czy aparat go nie zawiedzie.
Zamierzał go sprawdzić. Wiedział że niezależnie od wyniku czekało go spotkanie z Kosiarzami. Bał się ich jak każdy, nawet dorośli. Zamierzał sprawdzić je zaraz po szkole, lecz w ostatniej chwili zrezygnował i poszedł z innymi na trening. Nowy nie mógł wiedzieć co się dzieje, lecz jego spojrzenie ostrzegło go że nie kryje zamyślenia tak dobrze by go nie zauważył. Jest dobry, pomyślał, lecz nie najlepszy. Nie on jeden coś widział, lecz inni starali się nie dostrzegać że ich kapitan ma jakieś tajemnice.
Dziś znowu eksperymentował. Walka z systemem, jak za dawnych czasów, poprawiała mu humor. W razie ucieczki pluskwa nie będzie jego jedynym zmartwieniem. Były jeszcze automaty poszukiwawcze, czekające na jeden podejrzany ruch by ruszyć jego tropem. Mogły okazać się bardziej niebezpieczne niż pluskwa. Mogły sprowadzić na jego głowę Kosę. Doki to nie magazyny; gdy tam wejdzie, zaczną go ścigać. Musiał być gotów by się z nimi zmierzyć. Niewielkie urządzenie od Arista miało być rozwiązaniem. Starszaki wiedziały jak oszukiwać automaty, lecz zazdrośnie strzegły swojej wiedzy. Oddanie czegoś takiego głupim młodszakom było ryzykowne, lecz on nie czuł się byle młodszakiem.
Bał się automatów poszukiwawczych, tych cichych kuleczek, oczu i uszu dorosłych, mogących przysiąść gdzieś w kącie i obserwować. Ile razy szedł do kanału, rozglądał się za nimi odruchowo, bojąc się że któraś może go tam wyśledzić, wiedząc jednocześnie że i tak żadnej nie zauważy. Dlatego, gdy tam szedł, nosił przy sobie mały aparacik wabiący. W razie potrzeby mógłby odciągnąć je na krótko od siebie, dość by zniknąć im z oczu. Na szczęście nigdy nie musiał go używać. Po to zrobił interes z Aristo by zdobyć prawdziwy zagłuszacz, nie taki jaki mógł mieć każdy dorosły, którego działanie łatwo dawało się wykryć, lecz niewykrywalny, a więc i nielegalny. Musiał mieć pewność. Kulki latały tylko za tymi, którzy byli podejrzani przez dorosłych. Arto nigdy nie był podejrzanym – na razie.
Nie zamierzał uruchamiać urządzenia bez potrzeby, lecz musiał je sprawdzić. Czy Aristo go oszukał? Czy miało własne zasilanie? Czy nie wyłączy się w kanałach? Impulsy wyłożył dopiero wtedy gdy wymyślił jak je przetestować. Liczył na zapobiegliwość starszaków. Kłopot polegał na nakłonieniu automatów do poszukiwań, samemu unikając popadnięcia w poważne tarapaty. Dorośli, zwłaszcza Kosiarze i Protektorzy, byli chorobliwie przewrażliwieni na tym punkcie. Nie zrezygnował z planu, lecz nie zamierzał dać się wykosić, jak inni którzy tego próbowali.
Zaraz po zajęciach zaszył się w znanym tylko sobie pomieszczeniu. Nie odwiedzał go od tak dawna że wspomnienie pierwszej wyprawy przez kanał wydawało się przy tym niezwykle świeże. Lata temu, gdy szkoła wciąż była dla niego czymś strasznym, wypłakiwał tu swój strach przed powrotem, swoją bezsilność i ból. To szczególne miejsce, rozmiarów jeszcze mniejszych niż rozdzielnia, znajdowało się pod jednym z pomocniczych reaktorów stacji. Pod kilkoma względami przypominało kanał. Sufit stanowiła wewnętrzna, główna, gruba osłona reaktora, podłogą była cieńsza, pomocnicza osłona zewnętrzna. Pamiętał że te osłony nie powstały bez powodu, lecz nie wierzył by przebywanie tutaj, nawet przez kilka godzin, było bardziej niebezpieczne niż przeprawa przez kanał. Pomieszczenie nie było odcięte od reszty stacji, zatem było dość bezpieczne.
Było zupełnie ciemne i tak niskie że ledwie mógł w nim usiąść, nie garbiąc się. Łagodne ciepło i ciche pomrukiwanie układu wymiany ciepła działało usypiająco. Niewielka przestrzeń była ekranowana; świadczyły o tym zastygłe nieruchomo cyfry zegarka. Pole stało się zbyt słabe, sygnał czasomierza stacji był zbyt niewyraźny dla prostych układów dziecinnej zabawki. Ciążenie wciąż działało, lecz było wyraźnie słabsze. Te same osłony sprawiały że sygnał z pluskwy nie był w stanie dotrzeć do odbiorników centrali. Nie było tu także czujników – długotrwałe promieniowanie z małego reaktora, nawet po przejściu przez główną osłonę, sprawiało że z czasem zaczynały generować fałszywe alarmy.
Jego plan był prosty – zamierzał zniknąć z systemu. Ze starych prób pamiętał że wystarczyło posiedzieć tu dwie czy cztery godziny by system zaczął go szukać. Najszybciej dopadały go automaty – bez nich poszukiwania mogły przeciągnąć się na całą dobę. Proste, choć czasem ryzykowne doświadczenia pozwoliły Arto poznać podstawową zasadę tego układu. Automaty były powiązane z lokalizatorami. Wyruszały gdy pluskwa nie odzywała się na czas, lub gdy wszczynała alarm – a czasem na życzenie Kosiarzy, gdy chcieli kogoś odnaleźć – lecz jej położenie nie zawsze mogło zostać zidentyfikowane.
Dopóki nie był poszukiwany przez system, automaty zostawiały go w spokoju, niezależnie od miejsca. Nie szpiegowały go gdy udawał się do doków. Choć leżał ledwie o krok od zakazanej strefy, te wredne, małe kuleczki wcale nie reagowały. Nie powinien się tam znaleźć, lecz nie było czujników, które kazałyby go zidentyfikować, a to one informowały system o naruszeniu chronionej strefy. Póki nie uruchomił alarmu, omijały go jak zwykłą przeszkodę, dużego śmiecia w wentylacji. W tym pomieszczeniu zmieniał zasady tej gry. W szybie doków komunikacja między pluskwą a centralą odbywała się bez zakłóceń. Tym razem na sygnał wywoławczy nie nadejdzie żadna odpowiedź. System zleci automatom zlokalizowanie zgubionego obiektu, lecz jeśli urządzenie działa, nie zdołają go znaleźć. 
To tu, w tym pomieszczeniu, rozegrała się pierwsza, nieświadoma bitwa w jego cichej wojnie. Przez trzy godziny mały pierwszak siedział skulony w jednym z kątów, pragnąc z całego serca by cały wszechświat przestał istnieć, wraz z nim, szkołą i wszystkim innym. Lecz automaty przeszukujące znalazły go nawet tutaj. Kosiarze wyciągnęli go i odstawili do domu. Wtedy zrozumiał że to nie rodzice kazali go odszukać. Było za wcześnie by zaczęli się martwić. Cichy alarm wszczął automatyczny system kontroli lokalizatorów, bo dla niego wtedy zniknął.
Miesiące później zrozumiał wagę tego zdarzenia. Wystarczyło dwadzieścia minut by automaty dopadły każdego, nieważne czy miał pluskwę czy nie. Z czasem Arto zaczął eksperymentować ze znikaniem, aż odkrył lukę w działaniu pluskwy. Na jakiś czas mogła zniknąć. Ten czas bywał różny, lecz nie dłuższy niż cztery godziny. Znał dwa miejsca w których mógł zniknąć – ten niewielki, ciasny pokoik, oraz kanały plazmy. Nie wątpił że są inne miejsca, lecz nigdy ich nie szukał. Te mu wystarczyły. Nie znał się na tym jak działa system i mało go to obchodziło – dość że wiedział iż czasem można z niego zniknąć i że potrafił to zrobić. Interesowały go wyłącznie luki i sposób ich wykorzystania.
Skryty w ciemnościach, obserwował wyświetlacz zabranego z kryjówki klucza. Ze wszystkich zegarów do jakich miał dostęp, tylko ten działał gdy tu wchodził. Siedział z twarzą zwróconą w stronę jaśniejszego półmroku szybu, jedynego wejścia i wyjścia. Nie spodziewał się dostrzec automatów; było zbyt ciemno, a one były zbyt małe. Wypatrywał Kosiarzy. Czy pamiętali że to właśnie tu kiedyś chował się najczęściej? Jeśli nie przyjdą w ciągu sześciu godzin, będzie to znaczyło że urządzenie działa.
Czekał, aż zapadł w drzemkę. Obudził się dziwnie wypoczęty. Spojrzał na klucz – upłynęło ponad sześć godzin, a nikt go nie znalazł. Poczuł podniecenie. Mógł oszukać automaty, stał się dla nich niewidzialny! Towar wart był swojej ceny.
Rozebrał się. Zdjął zbroję, nałożył koszulkę i wyłączył przyrząd. Wiedział że zostanie złapany, musiał działać szybko. Ukrył wszystko między poluzowanymi płytami. Pośpiesznie wyczołgał się z pomieszczenia, zamknął uszczelnianą klapę i zabezpieczył obrotowym ryglem. Krótkim szybem wydostał się na korytarz. Usiadł pod ścianą, czekając. Pierwsza latająca kuleczka odnalazła go zaledwie dwie minuty później.

*

Dwaj Kosiarze o poważnych twarzach odprowadzili go do domu. Było późno. Nieczęsto wracał do domu o takiej porze. Przygotował się na awanturę. Jeśli rodzice obawiali się co powiedzą sąsiedzi, nie mieli się o co martwić. Rzadko kogo spotykał na korytarzach w pobliżu domu, najwyżej jakieś automaty, lecz nawet ich program nakazywał im unikać ludzi, jakby wzorowały się na mieszkańcach. Czyste, jednakowe korytarze, czyste, jednakowe drzwi i zawsze pusto – taka była wizytówka sekcji zamożnych mieszkańców stacji. Impulsy szły w parze z izolacją. Choć zdarzały się towarzyskie wizyty, sąsiadów znał równie dobrze jakby żyli na Oberonie. Ludzie pokroju jego rodziców nie tylko unikali uboższych mieszkańców, lecz także siebie nawzajem.
Rodzice byli tak bardzo zdenerwowani że nawet wizyta Kosiarzy nie mogła pogorszyć sytuacji. Spokojnie porozmawiali kilka minut, po czym odeszli. W milczeniu wysłuchał awantury jaką zrobiła mu matka. Zaskoczyło go że ojciec, dawniej tak chętnie jej wtórujący, teraz prawie się nie odzywał. Słuchał co mówili, zwłaszcza tego co Arto mówił na swoją obronę, lecz sam milczał.
- Kiedyś się doigrasz! – obiecywała matka – Dostaniesz zakaz wychodzenia na tydzień, to na następny raz się zastanowisz!
Przestraszył się. Nie wiedział na ile jej groźba była realna. Musiałby wracać do domu zaraz po szkole. Gdyby wypadło coś ważnego, jakaś bitwa, nie tylko on miałby kłopoty.
- Przepraszam! – zawołał z przejęciem – Nie robię tego codziennie! Raz się zdarzyło...
- I całe szczęście! – matka przyłożyła dłoń do czoła. Ojciec wciąż milczał – Nie mogliśmy cię namierzyć przez trzy godziny! Gdyby to się miało powtarzać...
Dorośli zawsze myśleli o najgorszym. Nie myśleli logicznie. Gdyby coś mu się stało, pluskwa zaraz wszczęłaby alarm. Chociaż, wiedząc że nie może go zlokalizować...
- Nie po to wsadzili we mnie pluskwę byś musiała się o mnie martwić – powiedział, ściszając głos, z trudem rozwierając zaciskające się w nagłym gniewie szczęki.
Podziałało, być może aż za dobrze. Matka źle zrozumiała wypisaną na jego twarzy winę. Nie żałował tego co zrobił, lecz tego że był. Cały gotował się na samą myśl o pluskwie. Obwiniał ją za wszystko co się stało.
- Idź do swojego pokoju, już! – poleciła – Zastanowimy się co z tobą zrobić.
Więc poszedł. Z ulgą wspinał się po schodach. Nie będzie musiał więcej kłamać, przynajmniej na razie.

Wilan był zbyt roztargniony by zamienić swój udział w naradzie na coś więcej ponad fizyczną obecność czy zdawkowe odpowiedzi. Ene mówiła i mówiła, zła na wszystko, w tym na niego, lecz nie potrafił się skupić na jej słowach. Siedział naprzeciwko niej, patrzył na nią, lecz rozumiał może co drugie zdanie. Próbował, naprawdę się starał, lecz ilekroć zmuszał się by wymyślić jakąś karę dla syna, jego umysł sam wracał do tego jak Arto zdołał na tak długi czas zniknąć z systemu i uniknąć wykrycia. Czuł że gdy to zrozumie, znajdzie sposób na przemycenie go na statek.
A jeśli schował się w miejscu z którego sygnał lokalizatora nie mógł się wydostać?
Czy to możliwe by dało się go tak łatwo zagłuszyć?
System miał słabe punkty, swoją piętę Achillesową, której nie dało się usunąć, mimo że Kosa wiedziała o jej istnieniu. Stacja kosmiczna była czymś więcej niż podzielonym na pokłady pancerzem, chroniącym żyjących wewnątrz ludzi przed zabójczą próżnią. Była ogromnym, niezwykle złożonym, zmechanizowanym urządzeniem. Niektóre pracujące maszyny wytwarzały pole zagłuszające sygnały namierzania. Przejście w pobliżu ekranu ochronnego lub cewki o silnym polu wystarczyło by dziecko znikło na chwilę z systemu. System oczywiście wykrywał brak lokalizatora, lecz nie reagował natychmiast. Dzieci wchodziły wszędzie; musiały często znikać z systemu, tymczasem automaty bardzo rzadko wyruszały na poszukiwania.
Zatem, snuł dalej swoje rozważania, niepomny na narzekania żony, niezależnie od tego czy łączność między lokalizatorem a systemem jest stała czy okresowa, system musi akceptować chwilowy brak łączności. To sprawia że odznacza się pewnym bezwładem. To tu powinien uderzyć, nie w czujniki. Reszta byłaby już prosta. Wszedłby do stoczni, razem z Ene, owinął swój identyfikator w folię ekranującą i dał żonie do wyniesienia. System nie zauważyłby że Arto jest dzieckiem. Z identyfikatorem dorosłego i swoim własnym zagłuszonym przez ekran, czujnik potraktowałby go jak dorosłego.
Jak to zrobić? Owinięcie folią ramienia Arto nie wystarczy. Sygnał i tak przejdzie. Musiałby go owinąć całego, a to.... A gdyby tak skonstruować mały generator pola zagłuszającego...? To jest to! Lecz kto mógłby go zrobić, nie zadając zbędnych pytań?
- Czy ja cię nie nudzę? – Ene nagle złapała go za rękę – Czy wychowanie naszego dziecka tak niewiele cię obchodzi?
- To przez pracę... – spróbował wytłumaczyć swoją nieuwagę, gorączkowo próbując przypomnieć sobie jej ostatnie słowa, niczym uczniak przyłapany w klasie na spaniu.
- Ach, więc to ona jest ważniejsza! Mógłbyś chociaż raz coś odpowiedzieć...
- Ty coś wymyśl – rzucił pierwszą myśl – Znasz Arto lepiej, dasz mu lepszą nauczkę.
- Zatem koniec z impulsami – uznała szybko – Jak nie dostanie...
- Nie pamiętam byś czuła się szczęśliwa gdy twoja matka zabierała ci impulsy po każdej randce ze mną. Nie pamiętam by coś to zmieniło...
- Pięknie! Teraz go bronisz!
- Kochanie, to ma być kara, a nie... – machnął ręką – nasza fantazja. To ma go czegoś nauczyć. Czegoś więcej niż złości. Wymyśl coś naprawdę pouczającego.
- Więc zasuwa. Jak posiedzi w domu to...
- Zamknąć w klatce, odciąć od znajomych? – westchnął.
- Chcesz go karać przyjemnymi rzeczami?
- Nie wiem czy w ogóle powinniśmy go ukarać – odpowiedział szczerze – Komu tak naprawdę to się należy, jemu czy nam? To my trzęsiemy się ze strachu. Arto wie co robi. Ile razy wracał tak późno? Zawsze na siebie uważa. Nigdy się nawet nie skaleczył...
Ene opadły ramiona.
- Rozpuszczasz go! Mam nic nie robić? Czy tak powinien mówić ojciec?
- Zrób coś na miarę wykroczenia – doradził – Jeśli za spóźnienie obdarzysz go zasuwą, co nam zostanie na poważniejsze rzeczy?
Widział jak przechodzi jej złość. Chwilę bębniła palcami o blat stołu. Wstała.
- Więc dobrze, wybiorę.
- Poczekaj! – również wstał – Pozwól najpierw mi z nim porozmawiać.
Ene w milczeniu założyła ręce. Wilan ruszył w stronę schodów.

Czekając na decyzję, chcąc nie chcąc Arto słyszał sprzeczkę rodziców. Słyszał matkę pytającą co teraz zrobi, jej stwierdzenia że nic dziwnego iż ma kłopoty, skoro cały dzień nie ma ojca w domu, że nie ma skąd brać dobrego wzorca, oraz niewyraźne odpowiedzi ojca.
Zawsze to samo.
Zaczął zastanawiać się jak zdąży jutro wrócić po zbroję i przyrząd i zdążyć na spotkanie z Żimmym, nie dając mu powodów do zastanawiania się czym zajmuje się jego kapitan, gdy ktoś cicho otworzył drzwi. To był ojciec. Arto niemal podskoczył na odgłos otwieranych drzwi. Nagłe wejście przyprawiło jego serce o mordercze tempo, lecz ojciec był zbyt zamyślony by cokolwiek zauważyć. Wszedł bez słowa, zamknął drzwi i usiadł na łóżku. Chwilę milczał. Aż to tej chwili Arto nie zdawał sobie sprawy z ogarniającego go napięcia.
Zmusił się by się uspokoić. Siedział przy domowej konsoli, czekając co powie.
- Gdzie byłeś tyle czasu?
Spodziewał się takiego pytania, lecz odpowiedź przyszła dopiero gdy padło.
- Bawiliśmy się – wzruszył ramionami – Wiesz, na piętnastym, przy sekcji zasilania. Schowałem się pod komorą reaktora, pewnie dlatego Protektorzy się przyczepili. Może myśleli że podkładam bombę – uśmiechnął się lekko, choć nie było mu do śmiechu.
Wymówka nie była dobra, lecz zrozumiał to dopiero gdy ją wypowiedział. Wiedział dokładnie gdzie się schował i wiedział że jego kłamstwo brzmiało straszliwie naiwnie, że nawet dorosły nie uwierzyłby że chował się przed kolegami aż tak długi czas by automat zaczął go szukać, lecz ojciec nawet się nie zdziwił.
- I... ile tam siedziałeś?
- Nie wiem. Chyba zasnąłem... Trzy, cztery godziny? Nie patrzyłem na zegarek. Pewnie i tak nie działał. Przepraszam.
Ojciec pokiwał głową. Zrobił ruch jakby miał coś powiedzieć, lecz zamiast tego wstał.
- Nie powinieneś kręcić się w takich miejscach – powiedział, stojąc już w drzwiach – To niebezpieczne.
Zdumiony takim zachowaniem, Arto zdobył się jedynie na kiwnięcie głową. Ojciec powinien go zbesztać, a nie... Czuł że miał powody by pytać o to o co spytał, lecz o co naprawdę mu chodziło? Był zbyt mądry by uwierzyć w jego historię, a nawet nie spytał się po co tam wlazł.
Ojciec minął się w drzwiach z matką. Rodzice spojrzeli na siebie. Jego nie oczekiwał, lecz był przekonany że ona przyjdzie na pewno. Ojciec odszedł, matka została.
- Wiem że tego nie chciałeś – powiedziała, wciąż zdenerwowana – Ale... przestraszyłeś nas! Na nieskończoną przestrzeń, zapomniałeś gdzie żyjemy? To stacja kosmiczna, a nie Ziemia!
- Nigdy nie byłem na Ziemi! – rozzłościł się na chwilę, ale zaraz opuścił głowę – Przepraszam. Proszę, nie mogę zostać w domu. Cokolwiek...
To zawsze działało, lecz ceną za odsunięcie od siebie widma domowego aresztu były godziny, spędzone na bolesnym rozmyślaniu na ile jego zmartwienie było szczere, a na ile była to gra i oszustwo.
Matka oparła się o framugę.
- Co, według ciebie, powinniśmy z tobą zrobić? – spytała.
- Przebaczyć i zapomnieć? Znaczy, ja nie zapomnę...
Spojrzał na matkę. Niemal słyszał jej myśli. Teraz zastanawiała się czy nie ocenia sytuacji zbyt emocjonalnie. Nie robił tego często, poza tym, nic się nie stało. Zwykły przypadek...
- Może powinnam – powiedziała po chwili – Zawsze popełniamy błędy.
- Kiedyś powiedziałaś że to czyni nas ludźmi – przypomniał – Starożytni uważali że to odróżnia nas od maszyn. Czyni nas lepszymi.
- Tak myśleli gdy skończyła się wojna wtyczek. Usprawiedliwiali się tym gdy montowali wyłączniki w każdej rozumnej maszynie jaką odtąd stworzyli, by się zabezpieczyć przed ich doskonałością. My nie możemy montować w sobie wtyczek. Musimy żyć z błędami i wierzyć że pokonywanie niedoskonałości nas rozwija. Możesz nienawidzić swojego lokalizatora, lecz on jest w tobie by ci o tym przypominać, nawet jeśli zawodzi.
Odetchnął głęboko. Milczał chwilę. Usłyszał jak na dole ojciec włącza projektor.
- Czy dlatego dorośli zapominają i zawodzą? Bo są niedoskonali? Jak wtedy gdy... byłaś z kimś innym, zamiast taty? Popełniłaś błąd, prawda?
Matka ściągnęła brwi. Zamknęła drzwi i odsunęła się od nich.
- Wiedziałeś? – spytała, podchodząc bliżej – Pamiętasz...?
Wzruszył ramionami.
- Widziałem was na promenadzie, ale wiedziałem że to nie było na poważnie. To był taki... błąd.
Błąd... Już wtedy wiedział co to znaczy samotność i potrzeba czyjejś bliskości. Ojciec był tak odległy jak rzadko kiedy, nie widział tego co jego kilkuletni syn. Arto łatwiej było zrozumieć tę zdradę. Ledwie kilka miesięcy wcześniej zabrakło przy nim Daela. Nie mógł znaleźć nikogo kto by go zastąpił. Nie wiedział po co włóczył się po promenadzie. Czy tylko dlatego, że tam spotkali się po raz pierwszy, czy wierzył że tam go odnajdzie?
Nie wiedział ile to już trwało, wiedział tylko że miesiąc później było już po wszystkim. Znalazła zastępstwo, tylko na chwilę, lecz na bardzo ważną chwilę. Zrozumiał że takie błędy pozwalają wytrwać przy tym co naprawdę ważne. Człowiek czuje się później winny, lecz to czyni go lepszym. Nie inaczej było z jego planem ucieczki.
- Zostawmy to. To było dawno... Jeśli myślisz że wyciąganie tego w czymś ci pomoże, to... przestrzennie się mylisz. Moje błędy nie usprawiedliwiają twoich. 
Milczał. Znów stała się surowa. Przypomniał jej co zrobiła i teraz odruchowo chciała się zrewanżować. Różnica między nimi była tylko jedna – ojciec nie wiedział o jej błędzie. Miał nadzieję że nigdy się nie dowie.
- Przestraszyłeś nas – powiedziała, już łagodniej.
- Wiem. Przepraszam – powtórzył – Zrobię co zechcecie, zostanę w domu, tylko...
Wyszła, nie odpowiadając. Arto był pewien że aresztu nie będzie. Czytał w rodzicach jak w projekcji. Czasem aż się dziwił że dają tak wyraźne sygnały, samemu nic nie dostrzegając, lecz gdy próbował określić jakie to sygnały, gdy starał się opisać w myśli skąd wie co czują, czy coś ukrywają czy kłamią, stwierdzał ze zdziwieniem że nie potrafi tego wyjaśnić. Po prostu czuł. Kiedyś podsłuchał jak jeden nauczyciel powiedział drugiemu że małe dzieci myślą emocjami, dlatego tak dobrze je wyczuwają. Potem zaczynają myśleć jak dorośli i tracą ten zmysł. Nie uważał się za dziecko, a już za małe w szczególności, a jednak to miał. Czy to szkoła tak go wyczuliła? Emocje szły przed działaniem; były ostrzeżeniem, informacją o strachu lub pewności siebie przeciwnika...
Westchnął. Osiągnął cel, lecz to było podłe, najpodlejsze, co mógł zrobić. Zaszantażował własną matkę, przypomniał że jej wszystko uszło bezkarnie. Może nie tak to odczytała, ale od teraz będzie wspominać tę rozmowę, ile razy znów się spóźni. Nie, obiecał sobie, nigdy więcej, nawet o godzinę. Nigdy nie powinienem tak mówić.
Sięgnął po umieszczony w niewielkiej podstawce miniaturowy, pocztówkowy projektor. Ustawił go na blacie i uaktywnił. Pamięć zawierała tylko jedną projekcję – jego oraz rodziców, na promenadzie, sprzed kilku lat, gdy wszystko jeszcze było tak, jak być powinno. Dziś byli tuż obok, lecz tylko tej projekcji mógł opowiedzieć o swoich kłopotach. Ile razy wpadał w kłopoty, ile razy czuł się źle, tak bardzo że nie pomagała nawet wizyta w stoczni, włączał ten mały projektor i cichutko, tak by nie słyszeli go prawdziwi rodzice, zwierzał się ze wszystkiego ich wirtualnym postaciom. Czasem po prostu patrzył, przypominając sobie jak to było, gdy był taki mały. Coraz mniej pamiętał i to go bolało najbardziej.
Lecz najważniejszego nigdy nie zapomniał. Miał cel, z którego nie zamierzał rezygnować.


Bitwa


Dwa dni później Arto był już pewien że nie poniesie konsekwencji swojego eksperymentu. Cieszyła go skuteczność zdobytego aparaciku. Nigdy więcej obaw o podążające jego śladem automaty, szpiegujące go bez jego wiedzy. Wszystko szło dobrą drogą. Pozostało czekać na okazję, na kolejny przełom w realizacji swoich zamierzeń.
Póki co, miał jeszcze jeden ciekawy problem do rozwiązania. Nowy.
Obserwacja Nowego była bardzo wdzięcznym i interesującym, wręcz pociągającym zajęciem, rzadką i cenną okazją by podpatrzeć jak ktoś z zewnątrz próbuje przywyknąć do stacji. Błędy, jakie popełniał, pomagały mu wyobrazić sobie życie na Ziemi, oraz poprzednią szkołę Nowego. Nie odkrył przez to nowych sposobów radzenia sobie ze starymi problemami, ale zaczął rozumieć skąd brała się u dorosłych tak beznadziejna naiwność.
Wszyscy jakich znał, włączając w to rodziców, urodzili się i wychowali na Ziemi. Chodzili do takich samych szkół jak Nowy. Niby gdzie mieli nauczyć się porządnie kłamać i oszukiwać? W takich chwilach był dumny z tego czego się tu nauczył, choć zaraz potem myślał że byłoby ciekawie poznać jak tam jest. Inność Nowego była oknem na ziemskie szkoły. Udowadniała że szkoła może być inna. Czy lepsza? Niekoniecznie.
Nowy wyglądał trochę gorzej niż przed dwoma tygodniami. Zaczął poznawać prawdziwe oblicze szkoły. Jego zadziorność ułatwiała mu tylko jedno – wpadanie w kłopoty. To co potrafił mogło wystarczyć na dole, lecz tutaj jego szczęście się skończyło.
Na początku zachowanie Nowego wzbudzało jego poważny niepokój. Widział, wyraźnie niczym przez plaszkło, do czego zmierzał. Co gorsza, robił to z niepokojącą wprawą. Szybko poradził sobie ze słabszymi wojownikami, problemem byli ci silniejsi. Najbardziej ze wszystkiego Arto obawiał się że Nowy da sobie z nimi spokój i poprzestaną na traktowaniu się nawzajem jak powietrze. Postępując w ten sposób nigdy nie zintegrowałby się z grupą. Jako kapitan, nie mógł do tego dopuścić. Już teraz niektórzy sarkali że przyjęli do siebie beksę. Zadaniem Arto było przekonanie ich że się mylą.
Wiedział jak trudno będzie przystosować się Nowemu do szkoły. Nowy musiał ją poznać, nie dając się przy tym zniszczyć – i Arto musiał mu w tym pomóc, jako kapitan. Przetrwanie zależało od nich obu, od współpracy o której wiedział tylko on. Nie znał się na psychologii, nie potrafiłby ubrać tego w słowa ani wytłumaczyć jak to działa, tak samo skąd wiedział co i dlaczego powinien robić, lecz utrzymywał wokół Nowego delikatną równowagę – pozwalał mu zetknąć się z dostateczną dawką codziennej przemocy by zrozumiał ją i zaczął się bronić, by wyzwoliła w nim chęć walki, lecz nie z taką ilością która by go przeraziła, skłaniając do ucieczki i poddania się. Czuł że otaczanie go pełną opieką byłoby błędem – zaakceptowałby ją i pozostał odizolowany, niczym jajcogłowy, lecz gdyby pozostawił go zdanego tylko na własne siły, Nowy przepadłby zupełnie.
Choć tego nie wiedział, ocalenie Nowego było takim samym wyzwaniem dla jego kapitana co dla niego samego. Arto znał tylko jedno wyjście – pozwolić mu uwierzyć że jest zdany tylko na siebie, dawać do zrozumienia że liczy na niego, jednocześnie dyskretnie chroniąc przed najgorszym. To, oraz sama szkoła, musiało skłonić Nowego do wejścia do grupy. Arto był przekonany że prawdziwe kłopoty są tylko kwestią czasu. Pozostało mu wierzyć że gdy do nich dojdzie, Nowy będzie już gotowy. Że gdy dotrze do niego czym naprawdę jest to miejsce, gdy zrozumie że zostanie w nim na dobre, sam zmieni swoje nastawienie.
Jak każdy z nich, potrzebował grupy, tylko musiał się o tym przekonać na własnej skórze. Jego zadaniem było dopilnować by po odebraniu tej lekcji Nowy pozostał użyteczny.

Teraz, po kilku rozjaśnieniach, jego zamiary zdawały się przynosić skutek. Nowy zrozumiał gdzie jego miejsce i odtąd radził sobie całkiem nieźle. Nie skarżył się, sam starał się wszystko poukładać, po swojemu. Pasował tutaj, nieważne co mówił o nim Żimmy. Nie brakło mu woli walki, jedynie umiejętności, a te, jak mówił Twardy, zyskiwał imponująco szybko. Arto odczuwał zadowolenie że tak dobrze potrafił oceniać ludzi.
Lecz co zrobić z Nowym? Jaką funkcję mógłby mu przydzielić?
Najbardziej brakowało medyków. Grupa miała ledwie dwóch, lecz umiejętności Sandżira wystarczały najwyżej do opatrywania niezbyt poważnych obrażeń, pozostawiając Żo z rękami pełnymi roboty. Plusem dla Nowego było że jego matka miała ukończone studia medyczne. Na pewno czegoś się od niej nauczył, lecz to nie mogło zastąpić pięciu lat doświadczenia.
Był zbyt obiecującym wojownikiem by zostać handlarzem czy kurierem, zresztą nie znał się na starszakach. Potrafił obserwować, lecz nie był dość spostrzegawczy by zostać zwiadowcą. Wprawdzie zrozumiał że pytanie jakie mu zadał na treningu było próbą – i znalazł właściwą odpowiedź, co zdarzało się dość nielicznym – lecz zrobił to zbyt późno.
Może wabik? Odgrywający ich rolę wojownicy byli zbyt dobrze znani wśród strażników. Arto był zmuszony wybierać na ich miejsce mniej doświadczonych chłopców. Czy Nowy da sobie radę z rodzicami? Czy przekona ich do swojej wersji wypadków, gdy wróci do domu pod eskortą policji? Nie powierzy mu tej funkcji bez testu, a do tego wciąż brakowało okazji. Nowy nie był przyzwyczajony do bicia, do starszaków i bólu. To go rozpraszało. I jeszcze to jego dziwne podejście do kradzieży...
Wszystko przez tę jego ziemską szkołę. To ona była problemem. Nie nauczyła go niczego. 
Na projektorze otworzyło się okienko rozmowy z Dertem. Innym członkom grupy pozwalał pisać do siebie tylko w ważnych sprawach, lecz jego zastępcy mogli to zrobić zawsze. Dzięki temu nie nudził się zbytnio lekcjach. Kapitanowi nie wypadało zaczynać pogaduszek, lecz mógł odpisywać.
„Nie czytasz kanału grupy” – pytał Dert – „zupełnie się nie odzywasz”.
„Coś się stało”.
„Tak myślałem nic nie wiesz znowu zmienili nam wychowawcę trzeci raz w tym miesiącu”.
Arto cicho westchnął. Informacja nie była może na wagę życia i śmierci, lecz była ważna. Wychowawca był niczym komputer – by spełniał oczekiwania najpierw trzeba go było rozpracować i dostosować. Inni nauczyciele po prostu przychodzili i odchodzili; lecz wychowawca miał ich stale na oku. Taka zmiana oznaczała dużo dodatkowej pracy. Musieli poznać jego słabości, zainteresowania i zwyczaje, poznać go tak dobrze by wiedzieć jak najskuteczniej odwracać jego uwagę.
Ich stary wychowawca był najlepszy ze wszystkich. Arto dobrze go wspominał. Był z nimi od pierwszej klasy. Nie czepiał się gdy się spóźniali czy opuścili kilka lekcji. Nie wtrącał się w ich sprawy. Nie zmuszał do wyjaśnień, gdy zdarzały się drobne wpadki. Niestety miał już ze sto lat. Zdecydowano że musi odejść. Szkoda. Może ten zostanie na dłużej.
„Wiedziałem że ta nowa nie zostanie długo” – napisał – „była zbyt miękka i zadawała za dużo pytań”.
„Podobno kosa coś na nią wywąchała by się wyniosła nie podobała się jej tak mówią inni nauczyciele sam podsłuchałem ale aż do teraz w to nie wierzyłem”.
„Ze stacji się nie wynosi no i czego mogliby od niej chcieć”.
„Wiem tylko że wróciła na ziemię może zajmowała się czymś co ich zainteresowało”.
„Albo wrobił ją któryś ze starszaków jak lewana on też wiele pytał”.
„Wtedy chodziło o wypadek a lewan za bardzo się tym interesował pewnie starszaki które to zrobiły same się nim zajęły w końcu stał za tym anhelo teraz wiem tylko tyle że to nie jest robota żadnej grupy ta nowa nikomu nie przeszkadzała”.
„Wiec co wrobili ją bo liczyła że ktoś coś jej powie”.
„Akurat arto nawet rodzicom niczego nie mówię a co dopiero jej żo miałby przy mnie stertę pracy mam polecić rejkertowi aby poszukał czegoś w sieci”.
Wzmianka Derta o rodzicach sprawiła że poczuł się dziwnie. Inni chłopcy nie patrzyli na swoich rodziców tak jak on. Dla nich byli... Kim? Nie wiedział, nie chciał nawet pytać, lecz nie byli już tym kim byli dla niego. Widział to po ich oczach. Kolejny problem ma głowie, choć użyteczny, bo zapewniał im dom i trzymał z dala od akademii. Nie rozumieli że tak jest źle. Bał się że stanie się taki jak oni. Wszystko przez szkołę, przez kłamstwa pod jakimi musieli ją skrywać. To ich zmieniało. Próbował zachować równowagę, lecz czuł że pewnego rozjaśnienia może przegrać. 
Otrząsnął się z ponurych myśli. 
„Jeśli to robota kosy to musiałby się włamać do jej plików a tego jeszcze nie potrafi ale może poszperać w innych miejscach może coś znajdzie”.
Uznał że problem jest ciekawy. Czyżby ktoś coś odkrył i zaczął interesować się szkołą? Tylko kto i po co? Kosa zajmowała się wyłącznie pilnowaniem stacji i koszeniem uciekinierów. Policja nie miała o niczym pojęcia. Więc może Rząd i Protektorzy? Mieli swoje pluskwy i nie interesowali się szkołą. A może to Opiekunka szukała nowego sposobu by łapać dzieci do akademii...
To mogło być niebezpieczne. Gdyby dorośli się dowiedzieli... Opiekunka mogłaby zapełnić nimi kilka akademii. Szkoła musiała się przed tym bronić. Ale to już zmartwienie tych co nią rządzą, uznał. Czyli starszaków. Oni pierwsi by coś wiedzieli.
Nim zdecydował się odpisać, na obrazie projektora otworzyło się kolejne okienko. Obwódka była żółta – nie zielona jak przy rozmowach grupowych, czy niebieska dla rozmów prywatnych w grupie. Żółta, czyli rozmowa prywatna z kimś z zewnątrz. Zamknął okno rozmowy z Dertem.
„Mamy sprawę” – informowała wiadomość z sygnaturą Pilpa – „wiesz jaką musimy porozmawiać”.
Zdziwiło go że odezwał się tak późno. Wierzył że Dziki Pazur uzna ich wyższość i wycofa się, nie ryzykując walki. W ostatnich rozjaśnieniach doszło między nimi do kilku niezbyt poważnych utarczek, informujących że rządy Pilpa nad tamtymi dwojakami dobiegły końca. Wierzył że to wystarczyło. Mylił się. Przedwczoraj doszło do ostrej walki, w której jego wojownicy odpędzili wysłanników Dzikiego Pazura od młodszaków. To też nie wystarczyło. Teraz Pilp chciał rozmawiać. Nie zamierzał odpuścić. Pokonany nie umawiał się na rozmowę tylko po to by przyznać się do porażki. Po prostu odchodził, pozostawiając łup zwycięzcom.
Młodszaki średnio wywiązywały się ze swojej części umowy. Widział to po niezbyt obfitych plonach jakie zdobył Nowy. Prawda, opłacili haracz. Próbowali oszukiwać, jak większość młodszaków, więc Żimmy, Dert i Alsza musieli im dołożyć. Nic niezwykłego. Płacili nieźle, jak na dwojaków, lecz nie dość by się bić o tak niewielki zarobek. Tymczasem Pilp był gotów na walkę. Też musiał przeczuwać zbliżający się kryzys.
Arto dobrze go rozumiał. Bezwiednie dotknął prawej piersi. Słabo wyczuwalny guzek na jednym z pośpiesznie zaleczonych żeber wciąż mu przypominał o poprzednim kryzysie, o tym jak słabo starał się zadowolić starszaków. Teraz wszystko się powtórzy. Starszaki nie będą z niczego rezygnować tylko dlatego że dostaną mniejsze kieszonkowe. Nie było przeproś – trzeba się było wykupić. Trzeba było się za co wykupić.
Odczekał dwie minuty, przypominając Pilpowi czyja grupa stoi wyżej w hierarchii. Jako silniejszy, miał także prawo i obowiązek wybrać miejsce.
„Na następnej przerwie parter przy prawej łazience” – zamknął okno.
Z listy połączeń wybrał konsole Żimmiego i Derta. Otworzył nowe okno.
„Na przerwie mam spotkanie” – napisał. Wiedzieli co to oznacza. Mają iść z nim.
„Dziki pazur” – odgadł Dert – „chcą bitwy”.
„Żimmy powiedz innym niech się przygotują”.
„Myślisz że już dzisiaj tak od razu” – spytał Żimmy.
„Pilp nie lubi czekać”. 
„Tym razem powinien” – wtrącił Dert – „wczoraj mieli ostre starcie ze starszakami i pewnie jeszcze się z niego nie wylizali nawet nie myślałem że zechcą ciągnąć tę sprawę z 2b”.
Starcie... To wyjaśniało pośpiech Pilpa. Pewnie poszło o mizerny podatek lub zaległy haracz. Dert się mylił. Właśnie dlatego będą to ciągnąć. Tracili źródła utrzymania, nie tylko podopiecznych z 2b, i nie mieli czym opłacić starszaków.
Niemal żałował że nie dowiedział się o tym zanim przyjął propozycję Karrosa, choć dziwiło go dlaczego Pilp, zwykle przestrzegający umowy, nagle zaczął dusić swoich podopiecznych. Pilp nie miał wyjścia, lecz gdy Arto wszedł w ten interes, nie mógł się z niego wycofać. Oddając mu teraz młodszaków, tak po prostu, straciłby twarz. Gorzej, jeśli dojdzie do bitwy, nie będzie mógł ich oddać nawet po ustaniu kryzysu, z tego samego powodu.
„Zobaczymy co powiedzą” – odpisał – „jednak powinniśmy być gotowi”.
„Czy i tym razem dasz im czas” – to przyszło od Żimmiego.
Wiedząc że przeciwnik jest osłabiony, jak teraz, Arto czasami dawał mu trochę czasu na powrót do sił. Żimmy tego nie lubił. Dla niego liczyło się tylko zwycięstwo, w miarę szybkie i pewne. Arto zwykle się z nim zgadzał, lecz dla niego liczył się także sposób w jaki zwycięża. Pokonanie słabego przeciwnika nie przyniosłoby im szacunku, pozostawiając wątpliwości co do siły Jeźdźców Smoków.
„Tylko starszak kopie leżącego” – odpowiedział – „dert wiesz coś więcej o tej bójce bardzo oberwali o co poszło”.
„Słyszałem trochę plotek popytam się i napiszę za kilka minut”.
Pierwszy wyłączył się Żimmy. Minęła dobra chwila nim Arto uświadomił sobie że mógł źle zrozumieć jego odpowiedź. Zezłościł się na to co napisał. Żimmy był jednym z nich, nie traktowali go jako starszaka, nawet jeśli czasem zachowywał się jak oni, lecz on pamiętał. Arto nie zapomniał w jakiej grupie był jego pierwszy zastępca, nim do nich dołączył.
Bitwa... Tylko o to mogło chodzić Pilpowi. Dawno nie walczyli, z braku chętnych. Tęsknił do tego, lecz wiedział że każda bitwa, nawet zwycięska, osłabia całą grupę. Siniaki po korytarzowych utarczkach łatwo było maskować, lecz gojenie ran wymagało czasu. Z dwóch rzeczy, wolał gdy okresy spokoju stawały się dłuższe, nawet jeśli on i jego wojownicy nie byli z tego zadowoleni.
Rozumiał ich. Lubił się sprawdzić, lubił udowadniać innym grupom że wciąż są najlepsi. Szkoła to walka, nie tylko unikanie starszaków. W zwycięskiej walce czuł że rządzi. Poza tym, był to doskonały moment by wypróbować Nowego.
Oto twoja szansa, Nowy, pomyślał. Pokaż nam co potrafisz.

* * *

Iwen z niedowierzaniem przeczytał płynącą przez okno wiadomość. Po raz pierwszy odkąd używał systemu zdążył ją odczytać nim przeniosła się na górę.
„Wkrótce dojdzie do bitwy może jeszcze dzisiaj przygotuj się nowy”
To było wszystko. Nadał ją sam kapitan, co już było niezwykłe. A jeszcze ta treść... Kolejna, trzecia próba, pomyślał od razu. Być może już dziś.
Nie czuł się gotowy. Co z tego że trenował, potrzebował więcej czasu – miesiące, rok, może nawet dwa aby stać się tak dobry jak inni. Lecz nie mógł się spierać z kapitanem. Nie wierzył że jest zdolny do sprowokowania bitwy tylko po to by go sprawdzić. 
Zaczął pilnie obserwować kanał ogólny, mając nadzieję dowiedzieć się więcej o tych bitwach. Sam nic nie pisał, nie chcąc wyjść na kopalniaka. Łatwo by się domyślili że nie ma o nich pojęcia, lecz nie chciał im tego przypominać. 
Inni już wiedzieli. Zaczęli wspominać poprzednią bitwę i chwalić się jakich to rzeczy dokonali, ilu przeciwników powalili, kto najmniej oberwał i dlaczego. Powoli, zaczął sobie budować obraz takiej bitwy. Starał się zapamiętać jak najwięcej informacji, nawet jeśli ich relacje były przesadzone, lecz szybko wspomnienia zamieniły się w zwykłe pojedynki na przechwałki. Szybko uznał że nie znajdzie w nich nic wartościowego.
Zauważył że kilku chłopców prawie nie udzielało się w dyskusji. Wszyscy byli z pierwszych ławek, jak on – wojownicy zbyt słabi by dokonać jakichś wielkich czynów, co zresztą wiązało się z ich miejscem. Nie mieli o czym pisać.
Wśród nich był Orfius. Wywołał go.
„O co chodzi z tą bitwą” – spytał.
„To przez podatki” – Orfius nigdy nie dawał mu długo czekać – „pamiętasz młodszaków którymi się zajmujesz oni są z grupy którą odebraliśmy innej teraz tamci chcą ich odzyskać”.
„Przez moje podatki” – nie do końca rozumiał układy między grupami. Do dziś sądził że takie relacje są albo stałe, albo zawiązują się w inny sposób.
„Tak kazał arto my tylko wykonujemy jego rozkazy bijemy tych których nam wskaże”.
Jak w wojsku, pomyślał Iwen. Czy to szkoła, czy już akademia?
Ta nagła myśl zaskoczyła go. Czym właściwie się różni szkoła od akademii? Nawet teraz na samo wspomnienie rozmowy z Bebrem ciarki szły mu po plecach. Jednak, mimo grozy, był ciekaw czy i tam klasy są podzielone na walczące ze sobą grupy. 
„Mamy się bić o to kto będzie ich okradał”.
„Takich bitew jest pełno na pewno wygramy jesteśmy silniejsi”.
Silniejsi jako grupa, stwierdził. Ale ja mocno oberwę, niezależnie od wyniku. Nie zależało mu tyle na tym kto wygra, ile na wyniesieniu z tego starcia własnej skóry, możliwie jak najmniej posiniaczonej. Z drugiej strony, mogła to być szansa by pokazać grupie swoją użyteczność. Tylko w czym, oprócz przyciągania uwagi wroga?
Ściąganie uwagi... 
„Na pewno dzisiaj” – spytał.
Odpowiedź nie nadeszła od razu.
„Kapitan dopiero będzie się umawiał na wszelki wypadek ostrzega już teraz ale bitwa może też być pojutrze nie sądzę aby później”.
Oby później. Mógłby potrenować, sprawdzić czy jego pomysł da się wykonać. Minęły już trzy tygodnie. Czy wciąż potrafił to co dawniej?
„Jak wygląda taka bitwa co mam robić”.
„Na początku masz słuchać dowódców a potem bić innych tak aby ciebie nie zbili proste nauczysz się zobaczysz pogadamy na przerwie wtedy dowiemy się więcej”.
„W bitwie też walczymy bez pancerza”.
„Takie są zasady nowy w bitwie tak samo jak w pojedynku”.
Orfius zamknął okno rozmowy, lecz Iwen wiedział już wszystko co chciał wiedzieć.

* * *

Zabrał ze sobą tylko swoich zastępców;po części by pokazać że Pilp i jego eskorta nie stanowią dla niego żadnego zagrożenia, po części dla towarzystwa i poświadczenia zawartej umowy. Bo bitwa była rodzajem umowy, prostej i uczciwej, przynajmniej o tyle że nie znając zwycięzcy żądania obu stron nie były wygórowane. Każdy mógł stracić i każdy mógł zyskać, zaś po bitwie rzadko kto miał ochotę na rozmowę, raczej na wizytę u medyka. Arto wierzył że zwycięży, lecz pamiętał iż nawet najlepsi mogli czasem zawieść. 
Pilp również zabrał ze sobą tylko zastępców. Kiedyś byli partnerami, teraz – wrogami. To także się zmienia. Stali z założonymi rękoma, w dobrze wykalkulowanej odległości. Miejsce nie należało do ustronnych, lecz ich postawa sprawiała że wokół nich utworzyła się spora wolna przestrzeń. Nauczone doświadczeniem, młodszaki przezornie trzymały się z daleka.
Zgodnie z rytuałem, zeszli się tak by żadna ze stron nie oczekiwała na drugą. Zastępcy zatrzymali się nieco wcześniej, zachowując dystans. To Pilp chciał się spotkać. Arto pozwolił mu zacząć.
- Przeszkadzacie nam zabierać co nasze – początek był ostry – Dwojaki z 2b to nasz teren. Ich impulsy należą do nas!
- Już nie. Zaniedbywaliście ich, Pilp – odpowiedział ze spokojem, unikając wywyższania się czy prowokowania – Zamiast chronić czyściliście ze wszystkiego. Nie moja wina że popełniliście błąd. Ich przywódca poprosił nas o ochronę a ja zgodziłem się na ich cenę. To zwykły interes.
Arto mógł traktować młodszaka jak kapitana, lecz w oficjalnej rozmowie ten tytuł mu się jeszcze nie należał. Sympatie sympatiami, reguły regułami.
- Dlatego wywołaliście nam wojnę bez uprzedzenia, tak? Szkoda siły na korytarzowe przepychanki – Arto poważnie skinął głową – Nie jesteśmy słabsi! Mamy tyle samo uczniów, ale większość z was to jajcogłowi. O beksie nie wspominam.
Arto puścił obelgę mimo uszu. Dziecinna, nieudana próba urażenia jego dumy, choć słowa informowały że Pilp chce grać twardo.
- Myślisz że twoi jajcogłowi, udający wojowników, dadzą nam radę? – odpowiedział jego tonem, nadając głosowi chłodny, ostrzegawczy spokój – Wy zaczęliście. Naprawa konsoli była kosztowna. Jeśli nie umiesz twardo trzymać swoich wojowników to musisz nauczyć się za nich płacić. Jeśli chcesz, ja cię tego nauczę.
Twarz Pilpa zaczerwieniła się ze złości. Łatwo wpadał w gniew. Zacisnął prawą pięść i podsunął ją Arto pod nos. Arto nawet nie mrugnął. Nie odsunął twarzy nawet o milimetr. Nigdy nie pojął jak Pilp mógł stać się tak dobrym kapitanem, z tak wyraźną wadą.
- Nie damy się wyrzucać z tego co nasze! – syknął Pilp – I nie zgodzę się na pojedynek. Nie chcę walczyć z tobą. Chcę bitwy, albo dam ci taką wojnę... 
Arto nigdy nie odkrył czy jego oczy zdradzały zamiary, lecz nawet jeśli, nie dały Pilpowi dość czasu. Patrząc mu w oczy, bez jednego mrugnięcia błyskawicznie pochwycił go za nadgarstek i z całej siły zacisnął dłoń. Ochrona Pilpa poruszyła się, niepewna co robić, ale że Arto stał dalej nieruchomo, uznali że nie powinni przeszkadzać. Wiedział że swoim działaniem nie zaszkodzi Pilpowi fizycznie, jednak mógł złamać ich pewność siebie. Pilp sam był sobie winien. Sam zaczął.
- Boisz się pojedynku bo wiesz że jestem najsilniejszy – odparł spokojnie.
Pilp nie odpowiedział. Grymas gniewu zmienił się w zawziętość, a ta przeszła w desperację. Zrozumiał że to jest rodzaj pojedynku, kwestia zachowania twarzy. Lekkim, ledwo dostrzegalnym ruchem ręki sprawdził w jak silnym znajduje się uścisku. Jego próba była niewidoczna dla jego towarzyszy, lecz Arto wyczuł napięcie jego ścięgien. Pilp poznał że nie wyrwie się z uścisku – nie bez upokarzającej pomocy swojej drugiej ręki, nie bez żałosnego pokazu bezradności i wściekłości, jednak nie zamierzał się poddawać. Chciał pokazać że potrafi to znieść, że Arto nie jest tak silny by zmusić go do jęku.
Mylił się. Arto trzymał go tak długo, ściskając coraz mocniej, aż Pilp syknął ze złością. Wtedy go puścił. Pilp odskoczył do tyłu jak oparzony.
- Jestem najsilniejszy ze wszystkich piątaków – twardo powiedział Arto – Nie jesteś tak głupi by o tym zapomnieć, po prostu jeszcze się nie nauczyłeś że mi się nie grozi.
Żimmy dał krok do przodu. Towarzysze Pilpa spojrzeli niepewnie na niego i na Derta, nie wiedząc czy zastępcy Arto nie zechcą ich teraz pobić. Dobrze wiedzieli – i widzieli – że Żimmy jest starszakiem i że to nie on jest kapitanem. Choćby dlatego Arto był sławny. 
Czekał. Reguły zabraniały bić posłów i nie zamierzał ich łamać. Nie jestem starszakiem, pomyślał, nie znęcam się nad słabszymi. Mam swój honor, nawet jeśli inni go nie mają.
Pilp pomasował zaczerwieniony nadgarstek. Poruszył zdrętwiałymi, lekko sinymi palcami, rzucając Arto spojrzenie pełne złości. Lecz teraz towarzyszyła jej obawa. Oto w jaki sposób ich kontroluję, pomyślał. Łamię ich, zanim oni złamią mnie.
- Więc teraz wynajmujecie się byle dwojakowi za garść nędznych impulsów – Pilp mógł jedynie rzucać obelgami w twarz – Możesz mieć układy ze starszakami, ale w bitwie to się nie liczy. Nie liczy! – syknął – Nie chcę wojny z twoimi sojusznikami. Chcę uczciwej bitwy.
Miał rację. Bitwa była uczciwym rozwiązaniem sprawy. Każda grupa miała znajomości i sojusze. Jeśli wojna przypominała napaść starszaków, to bitwa była odpowiednikiem pojedynku. O wyniku decydowała wyłącznie siła stron; nikt z zewnątrz nie miał prawa się wtrącać.
Znał Pilpa od dawna. Kiedyś tak się nie zachowywał. Tylko prawdziwe kłopoty, a może rozpacz, mogły go do tego zmusić. Widząc jak nisko zaczął upadać poczuł że jest mu go troszeczkę żal, lecz takie było życie. Silniejszy zwycięża i bierze co zechce. Pilp sam nie postąpiłby inaczej.
Szanował go. Pilp był zawzięty i uparty, lecz był też niezłym wojownikiem. Dotrzymywał obietnic i nie był głupi. Potrafił wyczuć silne miejsca wroga i wybrać rozwiązanie które dawało największe szanse na zwycięstwo. Miał rację. Słabością Smoka była zbyt duża liczba jajcogłowych. Lecz Pilp popełnił dwa błędy – mówił mu o tym i wierzył że nie są dość silni by pozwolić sobie na taką słabość.
- Więc jesteście gotowi bronić tych samych marnych impulsów w bitwie? – odparł – Dobrze. Będziesz miał swoją szansę, Pilp. Będziesz miał bitwę, kiedy tylko zechcesz.
- Załatwmy to szybko. Dzisiaj!
Nie odpowiedział od razu. Potwierdziły się jego domysły że przyczyną potyczki Pilpa ze starszakami było niezadowolenie z haraczu. Co więcej, Dziki Pazur stracił także kilka innych klas. Gdyby wiedział o tym wcześniej, bez wahania odrzuciłby propozycję dwojaka. Dla Smoka była to zwykła wojna o dochody, które już teraz zaspokoiłyby od biedy ich potrzeby. Arto mógł wybierać, Pilp już nie. Jeśli przegra, będzie musiał poszukać innego celu do łupienia i bić się o niego z kimś innym, lecz po bitwie ze Smokiem nie będzie to takie łatwe. Albo zwyciężą, albo spadną w hierarchii. Wtedy dawni wrogowie ich zniszczą.
Czy Pilp wierzył że zdoła wygrać? Jeśli tak, był głupcem. Nie impulsami Jeźdźcy Smoków wykupili sobie spokój u wielu starszaków. Wyświadczane im przysługi i zawarte umowy sprawiały że jego podopieczni nie byli ścigani i bici tak często jak inni. Ledwie garstka kapitanów potrafiła zrozumieć jaką przewagę w wytrzymałości daje mu to niewidzialne wsparcie. Arto nauczył się jak posłużyć się strategią by zwyciężać na poziomie taktycznym. Robił co mógł aby ułatwić mu jego ciężką sytuację, nie tracąc przy tym twarzy, lecz Pilp sam odpychał podaną mu dłoń. Tylko on mógł się wycofać, lecz wolał własnymi słowami sklecić swojej grupie puszkę. Dziki Pazur słabł w oczach, stając się pierwszą ofiarą nadciągającego kryzysu.
- Dzisiaj? – Arto pozwolił sobie na lekkie zdumienie. Baczniej przyjrzał się towarzyszom Pilpa. Ukrywali to jak mogli, lecz jego czujne oczy zauważyły że są zbici i zmęczeni – Dla mnie może być jutro, nawet pojutrze...
- Wypchaj się swoją łaską! – warknął Pilp, celując w niego palcem – Zachowaj ją dla młodszaków. Załatwimy to dzisiaj wieczorem, w pustej hali transportowej. Wiesz gdzie.
Arto w milczeniu kiwnął głową. Niech będzie po twojemu, Pilp.
Pilp bez słowa odwrócił się i odszedł, wraz z towarzyszami. Jego prestiż ucierpiał przez demonstrację siły, lecz powinien się przyzwyczajać. Pewne rzeczy wkrótce ulegną zmianie.
Pilp wolał działać szybko. Może to i lepiej? Każde rozjaśnienie zwłoki narażało ich na kolejne ataki starszaków. Musiał odzyskać swoją własność póki miał na to siłę. Lecz nawet u szczytu formy Dziki Pazur nie miał jej dość by pokonać Smoka, tym bardziej teraz. Czuł że niedługo medycy Dzikiego Pazura będą mieć wiele pracy.
Już miał odejść gdy zauważył obserwującego go starszaka. Nie jakiegoś zwykłego starszaka, lecz Żółtoskórego, o długich czarnych włosach, wiele starszego od niego. Był sam, co już było dziwne. Nieodgadniony wyraz twarzy podpowiedział Arto iż widział całe zajście i nie było mu ono obojętne.
Widząc że go zauważył, Żółtoskóry odwrócił się i odszedł. Stał zbyt daleko, Arto nie przyjrzał mu się dobrze, lecz zauważył że miał dziwne oczy. Był pewien że dotąd się nie spotkali, przynajmniej tak mu się wydawało, a jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu że już kiedyś widział tę twarz, dawno temu. Wspomniał Daela. Miał podobne włosy, choć nie był Żółtoskórym. Był wtedy w podobnym wieku co ten starszak, lecz cała reszta była inna. Przypadek. Wzruszył ramionami i wrócił do towarzyszy. Mieli bitwę do stoczenia. 

* * *

Iwen nie mógł nie zauważyć jak perspektywa bitwy ożywiła jego towarzyszy. Jajcogłowi jak zwykle pozostali obojętni, lecz wojownicy wpadli w podniecenie. Jeśli chodziło o niego, przeżywał oczekiwanie na bitwę tak samo jak oczekiwanie na amputację nogi. Nieustannie przyspieszone bicie serca, płytki, dławiący oddech który ukrywał przed innymi, niekończący się ścisk w gardle, miękkie nogi, dziwne uczucie w okolicy podbrzusza i niepokój zbliżającej się nieuchronności... To nie będzie zwykła, ziemska bójka. Tu w zwykły dzień mógł oberwać gorzej.
- Hej! Beksa leci! – nagły krzyk nieomal sprawił że podskoczył. Tłumek dzieci rozstąpił się odruchowo. W tej samej chwili minął ich pędzący na złamanie karku chłopiec, może w wieku Żimmiego. Pół sekundy później przez korytarz przemknęło kilkunastu rozwrzeszczanych uczniów w różnym wieku.
- Za nim! – odpowiedział ktoś. W czasie krótszym niż mrugnięcie kilku wojowników Smoka rzuciło się za uciekinierem, radośnie się nawołując. Zachowywali się jak psy na polowaniu. Emocje bitewne dodały im energii. Prowadził Żimmy. Towarzyszyli mu Alsza, Ferisz oraz paru innych. Nawet Orfius i Kerell przyłączyli się do pościgu. Zdawali się dobrze bawić.
Arto odprowadził ich wzrokiem. Twarz kapitana nie wyrażała niczego, choćby cienia zainteresowania. Zbyt doskonale obojętna, pomyślał, jak maska. Odwrócił się za zbiegiem, lecz pościg zniknął już w korytarzu.
Nigdy nie uciekaj, powiedział w myśli.

Pod koniec przerwy do Iwena podszedł Grejgy. Był jednym z tych którzy nie pognali za beksą – tamci jeszcze nie wrócili. Był tak samo poważny i wyniosły jak zawsze, lecz wyczuł w nim skrywaną troskę.
- Mamy dziś bitwę, Nowy – oznajmił – Nie mieliśmy dość czasu, ale mam nadzieję że nauczyłeś się chociaż tyle by nie przeszkadzać. Nie przynieś mi wstydu.
Martwił się, o niego, choć nie tak jak liczył. Iwen puścił tę uwagę mimo uszu. Znał go dość by wiedzieć że nie mówi tego ze zwykłej złośliwości. Grejgy był po prostu bezwzględnie szczery, aż do bólu.
- To już dzisiaj? – spytał. Wszystko wokół zawirowało – Myślałem że może jutro...
- Tak wyszło. Skup na sobie ich uwagę. Nie daj się pobić. My zajmiemy się resztą.
To mógł zrobić. Jeszcze raz rozważył pomysł który przyszedł mu do głowy na lekcji. Może zwróci tym uwagę nie tylko przeciwnika, lecz także Arto i pozostałych. Potrafił wykorzystać swoje umiejętności, nawet jeśli wcześniej były one wadą.
- Zawsze się tak spieszycie? – zdziwił się.
- Czasami. Różnie bywa, ale rozumiem że Pilpowi się śpieszy. Mają trochę kłopotów. Właśnie dlatego wojownik musi być zawsze gotowy.
- Na niespodzianki?
- Zdarzają się. Tylko dorośli przygotowują się po kilka rozjaśnień do wszystkiego. My nie musimy. Jesteśmy lepsi. My, Nowy, możemy nie mieć czasu.
Zajmując kilka minut później miejsce przy konsoli Iwen już wiedział że będzie siedział przez następne lekcje niczym na czystej plazmie, z trudem udając skupienie, licząc każdą upływającą minutę. Nie tak dawno z utęsknieniem czekał na swoją szansę, lecz nie spodziewał się że przybierze taką formę. Bał się bardzo, lecz pragnienie pozbycia się przezwiska była silniejsza.

* * *

Szkołę opuścili w niewielkich grupach, lecz u celu zebrali się niemal jednocześnie. Znał to miejsce. Dwa tygodnie temu wysoka na kilkanaście metrów hala pełna była posegregowanych śmieci. Nie miały iść do dekompozycji, lecz do rozbiórki. Dziś była pusta, tylko wielkie, zamknięte przesłony na suficie i w podłodze, oraz kilka mniejszych, w ścianach, świadczyły o niezwyczajnym przeznaczeniu tego miejsca. Nikt go już nie pilnował. Nie było po co.
Dlaczego Dziki Pazur? Arto nie wiedział skąd wzięła się nazwa ich wroga, choć na pewno nie dotyczyła stylu walki. Jednak to Jeźdźców Smoków uznano za najdziwaczniejszą. Na początku wszyscy śmieli się że wybrał nazwę z jakichś bajek, czy gier, lecz wystarczył rok by wepchnęli im ich własny śmiech z powrotem do gardeł. Więc dobrze. Grał w gry, dawno temu. I co z tego? Tak wtedy, jak i dziś, nazwa wydała mu się odpowiednia. Tkwiła w niej siła. Dziś Smok był ich postrachem i to nie była bajka. Pilp miał odebrać tę samą lekcję.
W milczeniu zbliżyli się do otwartych drzwi, zza których sączyło się jasne światło. Ich przeciwnicy już na nich czekali. Jeszcze dziś rano Arto sądził że znał Pilpa, lecz teraz nie był pewien czy ten nowy, nie mający nic do stracenia Pilp nie zechce zrobić zasadzki. Obaj wiedzieli że zasady są rzeczą miłą i przydatną, lecz gdy stają się przeszkodą, muszą zostać odrzucone. Jeśli Pilp umawiał się na bitwę, lecz tak naprawdę pragnął tylko wojny...
Gestem ostrzegł zastępców i przekroczył drzwi jako pierwszy. Kątem oka spojrzał w jeden, potem w drugi koniec sali i skrycie odetchnął z ulgą. Dwudziestu dziewięciu półnagich chłopców niecierpliwie oczekiwało na ich przybycie. Zajęli prawą część pomieszczenia. Obserwowali go w milczeniu. Wzrok mieli ponury, lecz nie brakowało w nim zdecydowania. Nie dając poznać że podejrzewał ich o niecne zamiary, nie dając żadnego znaku towarzyszom, Arto wszedł na drugą połowę sali.
Jeden po drugim, Jeźdźcy Smoka weszli na salę. Nie było nic do powiedzenia. Chłopcy Pilpa byli zbyt zmęczeni na obrzucanie się obelgami, lecz zamierzali dać z siebie wszystko co zostało w ich znużonych, poobijanych ciałach. Z dochodzących do jego uszu plotek Arto wiedział że organizacja Dzikiego Pazura bardzo przypominała Jeźdźców Smoków. Obaj kapitanowie mieli wiele wspólnego. Obaj byli najsilniejsi w swoich grupach, lecz nie to stanowiło filar ich władzy. Były też różnice. Pilpowi daleko było do zdolności przywódczych Arto. Arto miał dobrego nauczyciela, który pokazał mu że walka to nie tylko siła. Miał Daela. Za jego przykładem sięgnął po prace dotyczące dowodzenia dawnymi armiami, lecz szybko je porzucił. Ich język był trudny, zaś prowadzenie do boju dywizji żołnierzy czy eskadr okrętów nijak się miało do jego potrzeb. Nie był we Flocie, lecz w szkole.
W zwykłych okolicznościach, niedocenianie Pilpa byłoby niewybaczalnym błędem. Lecz to nie były zwykłe okoliczności. W tej sali Arto przekonał się na własne oczy że Dziki Pazur jest już tylko swoim własnym cieniem. Inne grupy mogły jeszcze tego nie dostrzegać, lecz siła Dzikiego Pazura miała prysnąć przy pierwszej bitwie. Padło na Smoka.
Rozebrali się i złożyli zbroje pod ścianą. Nie uszło jego uwagi że Nowy nie tylko zdjął koszulę, lecz pozbył się całego ubrania, zostając jedynie w slipkach, skarpetkach i butach. Pozbywał się ciężaru by stać się lekkim. To mogło być ciekawe.
Skinął ręką na zastępców. Dert i Żimmy podeszli do niego.
- Co z Nowym? – zaczął Dert. Mówili cicho, by przeciwnik nie mógł ich usłyszeć.
Arto sam się nad tym zastanawiał. Co z Nowym? Mieli ustalony podział na cztery podgrupy. Jajcogłowi martwili się o siebie, zaś reszta była podzielona na trzy niezależne oddziały, kierowane przez kapitana i zastępców. O ile Arto się orientował, nikt jeszcze nie dostrzegł że nie ogranicza się jedynie do rzucania wojowników do walki. Owszem, pewne zagrania, jak próba otoczenia czy odwrót, znane były w całej szkole, lecz nikt nie dzielił swojej grupy na samodzielnie działające oddziały. Rządzący siłą kapitanowie nie zadawali sobie trudu zrozumienia wartości finezyjnych operacji. Jeśli przegrywali, to według nich tylko dlatego że ich leniwi wojownicy nie dali z siebie tyle ile dać powinni.
Nowy stwarzał problem. Był wojownikiem, zastępcy wiedzieli że trzeba go gdzieś przydzielić, lecz po ich oczach widział że każdy wolał by trafił wszędzie, tylko nie do jego oddziału. Nie znał się na walce, nic nie potrafił, mógł tylko przeszkadzać. Bał się, to było widać, lecz Arto wierzył że gdy dojdzie do starcia, zwycięży Nowy, a nie jego strach.
Ich taktyka nie była skomplikowana. Nie mieli dość przestrzeni, czasu ani możliwości by wymyślać genialne strategie, niemniej podział na oddziały dawał pewną elastyczność w działaniu. Pozwalał zmylić przeciwnika, zaskoczyć go nagłą, zgraną odpowiedzą. To także ćwiczyli na treningach, choć rzadko, gdyż od dawna mieli to opanowane. Znając sposób walki Pilpa i stan jego grupy, Arto zdecydował się na okrążenie po symulowanym odwrocie – najprostszą ze sztuczek. Nowy jej nie znał. Nie potrafił zareagować na sygnał, nawet by go nie zauważył. Wtajemniczanie go w manewry, zanim nauczy się porządnie bić, sprawiłoby że kompletnie by się pogubił, w jednym i w drugim.
Arto kusiło by włączyć go do swojego oddziału. Zamiast tego wybrał inne rozwiązanie. 
- Nowy chyba coś wymyślił – wyjaśnił. Nie wiedział co, ale wiedział że może to wpłynąć na działania każdego oddziału do którego trafi – Niech działa sam. Uważajcie na niego, ale róbcie swoje. Myślę że Pilp nie będzie czekał, więc najpierw szyk obronny. Gdy zaatakują, cofniesz się razem z jajcogłowymi – powiedział do Derta – wtedy zrobimy okrążenie. Ja będę z prawej. Postaram się zajść ich od tyłu. Żim, jeśli polecą bić jajcogłowych, rzuć za nimi kilku wojowników, ale tylko gdy nie osłabi to twojej drużyny. Jeśli nie, pozwól im się osłabić i nie rób nic.
Żimmy i Dert kiwnęli głowami. Dołączyli do reszty chłopców, krótko wyjaśniając im co mają robić. Wojownicy Pilpa ustawili się już w dwa szeregi, jakieś kilkadziesiąt metrów od nich. Byli zniecierpliwieni. Tym lepiej. Arto nigdy się nie spieszył. Pozwalał by emocje zrobiły swoje.
Pilp stał w pierwszym szeregu. Ostatni, trzeci szereg składał się z jajcogłowych i ich ochrony. Ten szereg zapewne cofnie się do tyłu, lub zostanie na miejscu, gdy zaatakują. Arto zamierzał zrobić tak samo. Pobicie jajcogłowych wyłączało ich na parę rozjaśnień z nauki, więc ich obrona często bywała wysokim priorytetem, zwłaszcza w grupach mających ledwie dwóch czy trzech, a oczekujących na zaliczenie. Wojownicy z grup które zaniedbały ich ochronę latali potem po całej szkole jak kot z pęcherzem, próbując dojść na lekcjach do ładu, gdy tymczasem inne grupy oczyszczały ich podopiecznych. Pilp mógł myśleć że Arto zbije swoich jajcogłowych w gromadkę, chronioną przez garstkę wojowników, lecz nie taki był jego plan. Polecił im wcześniej by się rozproszyli, utrudniając ich wyłapanie. Swoich wojowników potrzebował gdzie indziej. Nie na darmo od roku uczył jajcogłowych jak znosić ciosy. Nie zostawiając im ochrony, zyska przewagę liczebną tam, gdzie jej najbardziej potrzebował. Pilp będzie bronił swoich, aż zauważy swój błąd, lecz wtedy będzie za już późno. Jeźdźcy Smoków nie walczyli dotąd z Dzikim Pazurem. Pilp nie znał jego taktyki. Mógł coś słyszeć, lecz pewnie w to nie wierzył.
Arto szkolił jajcogłowych nie tylko dla bitwy. Po cichu liczył że świadomość pozostawienia samemu sobie skłoni ich w końcu do czynnej obrony. Wiedzieli że zwycięstwo jest ważniejsze niż ból i że gdy grupa przegra, zaznają go więcej niż mogliby podczas bitwy. Według reguł, zwyciężał ten, kto sprawił że wszyscy przeciwnicy stawali się niezdolni do walki. Zwycięzca miał prawo do osłabienia siły pokonanej grupy. Dotyczyło to także jajcogłowych.
Doszedł do swojego oddziału gdy chłopcy zaczęli ustawiać się w szeregi. Zamierzał przesunąć Nowego do tylnego rzędu, lecz odkrył iż on sam wybrał właściwe miejsce. Tchórzostwo czy rozwaga, dla Arto to się nie liczyło, tak długo jak robił to co chciał by zrobił.
Na znak Pilpa dwa z jego trzech szeregów ruszyły w ich stronę. Arto wzniósł zaciśniętą pięść i zatoczył koło nad głową. Ostatni szereg przegrupował się i cofnął, zasłonięty zwartym szykiem wojowników. Wojownicy porzucili jajcogłowych i przygotowali się do starcia.
Pozostawiona w tyle ochrona jajcogłowych Pilpa stała niepewnie, obserwując sytuację. Palili się do bitki, lecz pozostali, bo tak rozkazał Pilp. Byli zdyscyplinowani, za to należała się Pilpowi pochwała, lecz dyscyplina składa całą odpowiedzialność za myślenie na przywódcy, a to czasem szkodziło. Myślący wojownik mógł nadrobić nieuwagę kapitana.
Arto zwykle szybko i chętnie włączał się do bitwy. Żaden kapitan nie pozwalał sobie na wyłączenie z walki najsilniejszego wojownika w grupie, jakim sam był. Lecz tym razem zwlekał. Pilp nie był głupi, nie pozwalał zmęczyć się wojownikom szybkim biegiem w stronę wroga, lecz nie dlatego czekał. Chciał zobaczyć co zrobi Nowy.
I Nowy zareagował. Zza szeregów Jeźdźców Smoków coś wystrzeliło wysoko w górę, by opaść kilkanaście metrów za biegnącymi powoli wojownikami Pilpa. Nowy przeleciał dobrych kilka metrów nad ich głowami i opadł przy pozostawionym z tyłu szeregiem jajcogłowych. Ledwie dwa kroki dzieliły go od najbliższego wojownika. Podbiegł, wykonał obrót i kopnął jednego z obrońców. Ofiara była zbyt zaskoczona by zareagować. Chłopiec przyjął trafienie w bok głowy z wyrazem twarzy jakby widział ducha. Zatoczył się i przewrócił. Na jego skroni pojawiła się krew.
Arto przypomniał sobie że buty Nowego były tak samo obciążone jak jego ubranie. I były bardzo twarde, być może tak twarde jak pierścienie starszaków. Moc kopnięcia była spora, nawet pomimo braku siły i doświadczenia. Nowego trochę odrzuciło, lecz szybko odzyskał równowagę. Arto sam nie zrobiłby tego lepiej.
Ból przywołał powalonego chłopca do porządku, lecz nim wstał, Nowy zręcznie wykonał skok do tyłu, uciekając na tyły swojej drużyny. Zrobił w powietrzu gigantycznego fikołka. Lądowanie nie wyszło mu już tak dobrze. Padł na podłogę, lecz był bezpieczny.
Wojownicy Dzikiego Pazura zatrzymał się w zdumieniu, jedni wcześniej, inni później, rozbijając szyk swojej grupy. Kilku zawróciło, próbując dopaść intruza, lecz po chwili zatrzymali się bezradnie, widząc go ponownie nad swoją głową. Arto uśmiechnął się szeroko. Gdyby nie wiedział że ciało Nowego nie podlegało w pełni ciążeniu stacji, sam by to uznał za niemożliwe. Jest sprytny, przyznał w myśli. Wie jak wykorzystać swoje możliwości. Oby tylko się nie przyzwyczaił. Jeszcze kilka tygodni i taka sztuczka nie będzie możliwa.
Nie zastanawiał się długo. Nie zamierzał by okazja wymknęła mu się z rąk. Skoczył do przodu i kopnął najbliższego chłopca w twarz. Cios był dobrze wymierzony i bardzo mocny. Chłopiec przewrócił się na podłogę.
- Brać ich! – zawołał – Otoczyć!
Wolna reakcja Jeźdźców rozczarowała go do granic złości. Uprzedził ich że coś się stanie i otrząsnęli się szybciej niż przeciwnik, lecz to wciąż było za wolno. Czy aż tak bardzo nie byli przygotowani na niespodzianki? 
Nie czekał na nich, wierząc że szybko się przyłączą. Szkoda że Nowy nie uprzedził mnie o swoim zamiarze, pomyślał podcinając nogi kolejnego chłopca i uderzając łokciem w plecy gdy się przewracał. Mógłbym lepiej wykorzystać przewagę, dodał, wyskakując w górę i kopiąc stopami w pierś innego. Odrzucił go do tyłu, prosto na jego towarzyszy. Ale i tak zasłużył sobie na pochwałę, uznał, lądując na czworakach i zrywając na nogi. Choć z drugiej strony, gdybym uwzględnił jego pomysł, cała zasługa spadłaby na mnie. Robiąc wszystko samemu, wyszedł na bohatera.
Rozejrzał się za następnym przeciwnikiem. Dopiero wtedy zauważył że dookoła niego zrobiło się pusto. Dość, by mógł się rozejrzeć i upewnić że wszystko szło tak jak na to liczył.
W chwili gdy Nowy wylądował na tyłach swojej grupy, wojowników Smoka dzieliły od najbliższego przeciwnika najwyżej dwa metry. Nowy dobrze wszystko wyliczył, choć mógł lepiej. Smok był od początku przygotowany do odparcia ataku i okrążenia wroga. Nim przeciwnicy otrząsnęli się z zaskoczenia, już byli dookoła nich, lub pomiędzy nimi, jak Arto i Żimmy, bijąc przeciwnika na lewo i prawo.
Żimmy lubił wpadać w środek walki. W bezpośrednim starciu łatwo się zapominał, szybko tracąc kontrolę nad oddziałem. Jakże często jego pozbawieni dowódcy wojownicy wpadali w kłopoty! Jedynym sposobem na ujarzmienie jego siły i umiejętności było oddanie mu pod rozkazy wojowników o podobnym temperamencie, tworząc z nich grupę pierwszego uderzenia, pozostawiając sobie i Dertowi wykonanie bardziej złożonych manewrów. Nie inaczej było teraz. Grupa Żimmiego jako pierwsza znalazła się w środku walki, lecz manewry, które mogłyby ja wspomóc, nie były już potrzebne.
Choć walka dopiero się rozpoczęła, bitwa była już tylko formalnością.

Unik, cios i kolejny unik. Starcie było krótkie, lecz brutalne. Nikt nie miał litości. Kto przez chwilę nieuwagi pozwolił trafić się w oko, praktycznie wypadał z walki, nie będąc w stanie reagować na to co się działo. Przeciwnik trafiony mocno w brzuch czy w mostek wypadał na co najmniej kilkadziesiąt sekund – dość by dołożyć mu jeszcze bardziej gdyby spróbował wstać, by tym razem pozostał na podłodze na dobre, lub zostawić go i zająć się jego wciąż stojącymi na nogach kolegami, zostawiając osłabionego wroga na później.
Chłopcy Pilpa dawali z siebie wszystko. Walczyli najlepiej jak byli w stanie, lecz po załamaniu szyku nie zdołali długo stawiać oporu. Kto padł na podłogę stawał się nietykalny, tak długo jak nie próbował wstać, lecz niemal każdy z nich próbował to robić i każdy szybko lądował na niej z powrotem. Dwóch trzy trzech chłopców wyrwało się z okrążenia Jeźdźców Smoków, by dopaść jajcogłowych, lecz dogonili ledwie trzech nim zawrócili, nadaremnie próbując odwrócić losy bitwy. Nawet obrona jajcogłowych rzuciła się w końcu do walki, lecz zrobiła to za późno i była zbyt nieliczna. Nie byli w stanie niczego zmienić, pozostało im już tylko zachować honor.
Kilkanaście minut później wszyscy wojownicy Pilpa leżeli na podłodze. Mało który jęczał. Kilku straciło przytomność, inni leżeli cicho, zwinięci wpół lub rozłożeni na plecach, starając się złapać oddech. Jedynie ich jajcogłowi utrzymywali się na nogach. Nie na długo.
Zwycięstwo, jak zwykle, miało swoją cenę. Arto nieźle oberwał w głowę. Jeden z kopniaków pozostawił na jego czole szeroką ranę. Krew rozmazała mu się na twarzy, próby jej otarcia jedynie pogarszały jego wygląd. Lewe ucho, być może lekko naderwane, piekło go od ciosu który ześliznął się po jego policzku. Tu i tam skóra paliła żywą plazmą i zaczynała pokrywać się sińcami, lecz były to ledwie drobiazgi. Oberwał zbyt mało i ciosy były zbyt słabe aby naprawdę to poczuł. Właściwie był nietknięty.
Odsunął z czoła kosmyk sklejonych krwią włosów, który zaczął wchodzić mu na oczy i rozejrzał się po polu bitwy. Czterech jego wojowników, wszyscy z grupy Żimmiego, oberwało znacznie poważniej. Od początku byli w samym środku walki i teraz płacili za swoją porywczość. Klęczeli na podłodze, plując krwią, lub trzymając się za żebra, ale nie byli w tak złym stanie jak ich wrogowie. Dwóch innych, w tym jak zwykle Żimmy, także zebrało niezłe cięgi. Z trudem utrzymywali się na nogach o własnych siłach. Reszta dobrze zniosła walkę. Trochę maści i żaden dorosły nie domyśli się że coś się działo. Dzięki Żo za godzinę nawet tamta szóstka będzie wyglądać znacznie lepiej. Za kilka kolejnych nic nie będzie widać. Czuć się będą dalej tak samo podle, ale na to nie było bezpiecznego lekarstwa.
Poczuł dumę. Nikt nigdy nie zdołał zwyciężyć, ponosząc tak małe straty. Wieść o ich wyczynie szybko rozejdzie się po szkole, zapewniając im kolejne tygodnie spokoju. Lecz dla niego ta bitwa była czymś więcej niż wspaniałym zwycięstwem. Dziś odkrył że czasem jeden wojownik potrafi wpłynąć na wynik całej bitwy, jeśli zdoła zaskoczyć wroga. Jeden człowiek może dokonać tyle co cała armia, jeśli właściwie uderzy. 
Rozejrzał się za bohaterem bitwy. Nowego nie było wśród najdotkliwiej pobitych, co już było dziwne. Widział że nie stronił od walki. Pomimo swojego nieudanego powrotu szybko dołączył do towarzyszy. Odnalazł go wzrokiem. Siedział na podłodze, ze zwieszoną głową, bynajmniej nie dlatego że nie mógł stać. Arto uświadomił sobie że co dla nich było ledwie dokuczliwe, jego mogło doprowadzić do łez. Niech odpoczywa. Dobrze się sprawił.
Nowy był wprawdzie jednym z bardziej zbitych, lecz Arto nie spodziewał się że oberwie tak słabo. Po sposobie w jaki trzymał prawą dłoń odgadł że musiał zwichnąć nadgarstek. Rozcięte wargi, ogromny siniak na brzuchu i drugi, mniejszy, między piersiami, czerwone ucho, jak po ugryzieniu, i napuchnięte lewe oko. Skóry, rozciętej w kilku miejscach, nikt nie liczył jako obrażenia, najwyżej jako problem – rozmazana krew przeszkadzała w doprowadzaniu się do porządku. Nowy dbał o siebie lepiej niż przypuszczał. Oby uniki nie weszły mu w krew.
Choć wojownicy leżeli już na podłodze to sama bitwa, formalnie, jeszcze się nie skończyła. Zgodnie z zaleceniami, jego wojownicy nie tknęli jajcogłowych, lecz reguły były twarde. Arto ruszył w ich stronę, dając im ten zaszczyt że sam, jako kapitan, zajmie się wszystkim.
Trójka ocalałych chłopców zebrała się razem. Choć wystraszeni i skuleni strachem, mężnie oczekiwali na należne im ciosy. Wielu padało na podłogę by się poddać, lecz nie oni. Spora odwaga, jak na jajcogłowych. Z szacunku uderzył każdego tylko raz, by rzucić ich na podłogę. Przyszłe rozległe siniaki będą dowodem że się nie poddali.
Dopiero teraz bitwa została zakończona.
Dert, razem z drugim chłopcem, podniósł z podłogi Pilpa i bezceremonialnie przytaszczył go przed Arto. Pilp nieźle oberwał. Wrogi kapitan zawsze ściągał na siebie uwagę. Podczas bitwy sam starał się go odszukać, lecz się spóźnił. Teraz jego twarz była już nieźle napuchnięta, zwłaszcza wargi. Ktoś musiał go nieźle kopnąć. Będzie potrzebował czegoś więcej niż Tilonitanu i maści by to ukryć.
Choć starał się wyprostować, Pilp pozostawał na wpół zgięty. Skrzyżowane i przyciśnięte do piersi ręce drżały lekko. Próbował zachować resztki godności, lecz w jego stanie nie było o tym mowy. Dert musiał go podtrzymywać, inaczej by się przewrócił.
- Jesteście lepsi – przyznał Pilp, zgodnie z zasadami. Opuchnięte wargi i rozbity nos zniekształcały jego głos, słowa były niewyraźne i drżące – Klasa 2b jest wasza. Musimy ustąpić.
- Dzielnie walczyliście – przyznał Arto – Między nami pokój – Pilp słabo kiwnął głową. Arto skinął na kilku wojowników w najlepszej formie – Pomóżcie im dojść do ich kryjówki.
To także był wyraz uznania dla pokonanego przeciwnika; uznania które ostatnio tak rzadko było okazywane. Nie chciał pogardliwie zostawiać pobitego wroga za swoimi plecami. Dorośli nieprędko by tu zajrzeli, ale tak się nie godziło. Po swojej pierwszej, przegranej bitwie niedoświadczeni Jeźdźcy Smoków zostali porzuceni przez przeciwnika. Byli pobici, na wpół przytomni, a jeszcze musieli kryć się przed dorosłymi. Nikomu nie życzył takiego upokorzenia.
Położył dłoń na ramieniu Pilpa, starając się nie przysporzyć mu dodatkowego bólu.
- To tylko interes – nie chciał by zabrzmiało to tylko jako rytualna formułka – Żadnych uraz.
Arto wierzył że Pilp zrozumiał co naprawdę chciał powiedzieć. To nie musiało się tak skończyć. Pamiętał ich wspólne interesy i było mu naprawdę żal że tak się to skończyło.
- Żadnych uraz – odpowiedział Pilp – Wygraliście. I... dziękuję.
Arto skinął głową. Nigdy nie próbował robić sobie wrogów. Bitwę przegrywa się zawsze tak samo. Zawsze w upokorzeniu. Lecz wygrywać można na wiele sposobów. Pozostawiał po sobie respekt, zamiast chęci odwetu. Nawet pokonani, wrogowie nie mówili o nim źle. Nie pozostawiał pokonanego przeciwnika bez opieki, chyba że ten okazał się być jedynie niegodnym tchórzem. Okazywał szacunek tym, którym się należał, nie dbając o to że inni często o tym zapominali.
Odwrócił się, pozostawiając Pilpa pod opieką Derta. Wojownicy, ci z najlżejszymi obrażeniami, zaczęli pomagać pobitym przeciwnikom. Reszta, jeśli była w stanie, powoli zaczęła sprzątać pole bitwy. Zawsze byli dokładni. Nie zostawiali po sobie śladu.
Tuż obok dostrzegł Nowego. Jego oczy żywo błyszczały, pełne satysfakcji, pomimo podbitego oka i rozciętej wargi. Mówiły że to zwycięstwo jest w połowie jego zasługą. Bo tak było, przyznał przed sobą Arto. Obaj byli rozgrzani walką, czuli to co musiał czuć każdy zwycięzca. Lecz z nich dwóch, tylko Arto nad tym panował.
Nieważne czy pragnął bitwy, czy była konieczna czy nie, walka zawsze przyprawiała Arto o euforię. Zwycięstwo było czymś przyjemnym, co dawało ogromną satysfakcję. Przegrana, rzecz jasna, była czymś paskudnym. Nie pamiętał kiedy ostatnio przegrali.
Podszedł do Nowego. Upomnienie w chwili triumfu sprowadzi go na właściwe miejsce
- Miałeś niezły pomysł i dobrze się bijesz – pochwalił go – Ale musisz się nauczyć jak bić. Nie możesz łamać rąk ani nóg. Nie możesz wybijać zębów, jeśli nie musisz. Złamania i szczerby nie dają się łatwo ukryć. Dorośli je zauważą, a wiesz co się wtedy dzieje.
Nowy skinął głową. Był wyraźnie rozczarowany. To nic. Będzie miał swoją chwilę triumfu, kiedy wojownicy zaczną opowiadać wszystkim o tym co zrobił. Od kapitana nie powinien spodziewać się pochwał. Nie był od tego.
- Powinieneś mierzyć w głowę – dłonią wskazywał miejsca na swoim ciele – w bok, nawet w oko, ale nie tak by je wybić, tylko oślepić. Inny cel to pierś lub brzuch. To najłatwiej ukryć.
- Słusznie – Nowy kiwnął głową – Powinienem to przewidzieć.
Arto uśmiechnął się. Nowy nie krył swoich błędów. Arto pamiętał że jemu nikt nie musiał tego tłumaczyć. Ale to nie czyni mnie lepszym, upomniał siebie. Każdy ma wady i zalety.
- Potrafisz i chcesz się bić – stwierdził – ale na razie wychodzi ci to jak dziewczynie. Grejgy nie nauczył cię jak powinieneś używać nóg w walce?
Nowy wyraźnie się zmieszał. Dopiero co pokonał samego siebie i przechylił szalę na ich korzyść. Nie spodziewał się lekcji. A powinien. Dla niego każde rozjaśnienie w szkole to lekcja.
- Nauczył – przyznał Nowy – ale... Kiedy się biję, nie myślę o tym. Jeszcze nie potrafię.
- Naucz się tego. Naucz w sobie, nie tylko w mięśniach. Nie tylko ciało powinno potrafić się nimi posługiwać, ale także umysł – dotknął palcem lewej skroni – To tutaj decydujesz co robisz. Nogi są tylko narzędziem, najsilniejszym jakie posiadasz. Ich uderzenie jest najmocniejsze.
- To tylko sprawa przyzwyczajenia.
- ...którego nie masz gdzie i kiedy nabyć. W domu nie możesz ćwiczyć. Nie zabieramy szkoły do domu. To... to jak zupełnie inne planety.
Nowy wzruszył ramionami. Spojrzał pod nogi, zastanawiając się czy coś powiedzieć. Gdy podniósł wzrok, wbił go w oczy Arto, prosto i pewnie.
- Mógłbyś przestać mówić na mnie Nowy, kapitanie – powiedział – Nazywam się Iwen. Inni mogą tak do mnie mówić, bo to kopalniaki, ale ty...
Zawiesił głos. Nie zabrzmiało to hardo, czy gniewnie. Arto wiedział do czego Nowy zmierza. Na swój sposób miał rację, co do wielu wojowników. To były głupki. Nowy wiedział że jeśli kapitan powie iż jest dobrym wojownikiem, wszyscy go za takiego uznają i zyska sobie imię. Tylko że na to było jeszcze o wiele za wcześnie.
- Nazywam cię jak chcę – przypomniał surowo, bez litości – Jak sobie zasłużysz, będziesz o tym wiedział, ale na razie jesteś u nas nowy i pozostaniesz Nowy. Droga do imienia nie prowadzi tylko przez jedną bitwę, nieważne jak bardzo masz na nią wpływ. To jasne?
Nowy skinął głową i odszedł bez słowa. Był hardy, lecz nie głupi. To nie stanie mu na przeszkodzie stania się jednym z nich. Umie się poznać na innych. Będzie z niego dobry wojownik, o ile się nie złamie.
Uzmysłowił sobie że choć minęły już dwa tygodnie, Nowy wciąż zaskakiwał go swoim zachowaniem. Gdyby nie brak umiejętności, już dawno zasłużyłby sobie na dobrą pozycję wśród innych wojowników. Lecz jego sympatia, bo musiał przyznać że Nowy mu się podobał, nie miała tu nic do rzeczy. Kapitan nie może kierować się sympatią. Tyle teoria, gdyż nie było to łatwe. Mógł ją od siebie odpychać, ale nie mógł zdusić. Wydawało mu się że widzi w Nowym coś jeszcze, coś znajomego. Czy dlatego że Nowy zaczął odkrywać to samo co on kiedyś, zadawać te same pytania? A może dlatego, że był tak samo samotny? Nie, przecież ma siostrę. Ma z kim porozmawiać. Tylko Arto nie mógł liczyć na rodzeństwo. Czuł że Nowemu zależy na czymś więcej niż na uznaniu, że chce by go dostrzegł. Jako kogo? Nowy, ja cię widzę, pomyślał, patrzę na ciebie cały czas, choć o tym nie wiesz. Ale...
Nowy to Nowy, pomyślał. Dert i Żimmy mają rację. Niewiele o nim wiemy, ale ja wiem już, czego potrafi się nauczyć. Ma to coś, co jest najważniejsze. Reszty się nauczy.
Jedna z najważniejszych lekcji, jakie Arto odebrał, mówiła że na początku respekt zdobywa się poprzez strach lub zwycięstwo. Dopiero na nim można budować szacunek. Dotąd działało to na każdego. Po części nauczył go tego Dael, po części sam go odkrył, obserwując zachowanie innych. Gdy pojawił się Nowy, zastosował wobec niego ten sam, stary sposób. Lecz na Nowego to nie działało. On był inny. Może dlatego iż nie pochodził ze stacji i szkoła jeszcze go nie zmieniła? To pytanie zadawał sobie od tygodni. Może sami byliby jak on, gdyby nie ona? Tylko czy to ułatwiłoby przyszłe życie? Nie sądził.
Obserwował jak jego wojownicy pomagają pokonanym przeciwnikom, gdy Nowy znowu do niego podszedł. Spojrzał na niego, czekając co powie.
- Kapitanie – powiedział Nowy – Po bitwie pewnie nie będzie treningu, ale... – spojrzał gdzieś za siebie – Grejgy jest zbyt zbity, a ja...
Arto uniósł brwi. Nie mógł się powstrzymać, za bardzo go to zaskoczyło. Miał rację, po bitwie nigdy nie było treningów, bo mało kto miałby na nie siłę. Teraz, na upartego, mógłby skłonić większość do ćwiczeń, bo bitwa nie była szczególnie ciężka, lecz zasada była zasadą. Jednak Nowy nie chciał na tym korzystać. Na jego oczach zamieniał się w jeden wielki siniak, lecz nie rezygnował. 
- Naprawdę chcesz treningu? – spytał. Nie zdołał zapanować nad zdziwieniem w głosie.
Oparł dłonie na biodrach. Coś go kłuło w lewym barku, lecz nie zwracał na to uwagi. Spojrzeli na siebie. Po jego oczach Arto poznał że Nowy nie zgrywa twardziela. Naprawdę chciał trenować. 
- Nieważne czy go chcę czy nie – odpowiedział twardo Nowy – Ja muszę trenować. Tylko nie ma nikogo kto by teraz miał na to ochotę, a ja nie chcę powtarzać wciąż tych samych ćwiczeń. Robię to już od trzech dni!
- Musisz to robić. Inaczej twoje mięśnie nie będą ci w pełni posłuszne. Będziesz zastanawiał się jak kopnąć przeciwnika, zamiast po prostu to zrobić.
- To wiem. Ale zamiast powtarzać jedno ćwiczenie przez kilka godzin, wolę robić kilka różnych po godzinę na każde. Mniej się wtedy męczę i więcej się uczę.
Miał rację. Grejgy potrafił być uparty. Taką szkołę sobie wymyślił – zmęczyć się do granic wytrzymałości. Nie bez powodu mówili na niego Twardy; był taki zwłaszcza wobec siebie. Potrafił bez końca ćwiczyć ten sam układ, póki mięśnie nie odmawiały posłuszeństwa, lecz rzadko tłumaczył coś swoim uczniom. Był uparty i dokładny, wypracowane przez siebie umiejętności walki doprowadził do perfekcji, co czyniło go dobrym wojownikiem, lecz jako trener był mało skuteczny. Arto robił co mógł by grupa wykorzystała jego niezwykłą szkołę walki, lecz za każdym razem gdy wybierał go na trenera wszyscy wojownicy utyskiwali że Twardy chce ich zaholować na śmierć. Twierdzili że Grejgy nie uczył ich jak walczyć, tylko jak się poruszać i jak wyprowadzać ciosy. Nie rozumieli że wypracowany przez niego system walki opiera się na fenomenalnej precyzji i koordynacji. Twardy nie potrafił przekazać im swojej wiedzy, wręcz filozofii walki, więc próbował uczyć umiejętności – na próżno. Z Nowym było jeszcze gorzej. Grejgy nieustannie zapominał że Nowy jest słabszy.
Przyznał Nowemu rację. Postanowił że dzisiaj zacznie wyjaśniać wszystkie „dlaczego” jakie tylko przyjdą mu na myśl. Dlaczego ma tak robić, a nie inaczej, i kiedy ma to robić. Jak długo. Zrozumienie ułatwi mu ćwiczenia, pokaże ich sens. A potem, kiedyś, gdy już opanuje podstawowe ruchy, gdy będzie zaczynał prawdziwą naukę walki, zmieni mu trenera.
Przesunął dłonią po czole. W sklejonych włosach poczuł suche płatki skrzepów, poprzetykane lepkimi grudkami. Uzmysłowił sobie jak okropnie może wyglądać.
- Więc dobrze, Nowy. Dzisiaj będziesz trenował ze mną. Pokażę ci trochę więcej ćwiczeń. Może nawet więcej niż Twardy pokazał ci przez ostatni tydzień. Lecz najpierw musimy doprowadzić się do porządku.
Nowy wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu.
- Dla wojownika najważniejsze sprawy to umieć się bić i malować – potwierdził.
Dziwny jest ten Nowy, powtórzył sobie Arto, ale nie widział powodu dla którego nie miałby spełnić jego prośby. Tyle może zrobić. Niech to będzie dowodem uznania, nagrodą za to że tak bardzo stara się być jednym z nich. Bo dziś na treningu będzie jednym z nich. Nie da mu żadnej ulgi, tak jak nigdy nie dawał jej sobie.


Zem


Następnego rozjaśnienia Iwen znowu był w centrum uwagi grupy. Spodziewał się tego i ze szczerą radością przyjmował podziw, z jakim większość chłopców wyrażała się o jego wyczynie. Wprawdzie niektórzy zaśmiewali się z tego jak na koniec niezwykle pokazowo wywrócił się na podłogę, lecz wiedział że te żarty nie były złośliwe. Były szczere i sam też się z nich śmiał.
Wyszło, jak wyszło, pomyślał sobie. Nie miał czasu przećwiczyć swojego pomysłu. Najważniejsze że cała reszta wypadła dokładnie tak, jak sobie zamarzył.
Nie dziwił się że tak wielu z nich nie wiedziało jak działa sztuczne ciążenie. Jeszcze miesiąc temu sam nie miał o tym pojęcia. Właściwie dopiero teraz zaczął się zastanawiać dlaczego, gdy był na Ziemi, nigdy nie myślał o tym co sprawia że nie unosi się w powietrzu. Chodzenie twardo po ziemi było wtedy dla niego tak samo normalne, jak dla nich życie w sztucznym ciążeniu. Uznał że to, co wydaje się naturalne, nie zwraca na siebie uwagi, aż do chwili gdy wydarzy się coś nienaturalnego. Dopiero wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać dlaczego.
Tym chętniej wyjaśniał im na czym polegał jego pomysł. Niemal wszyscy pytali jak tego dokonał, a on mówił im ponownie o stroju kompensacyjnym i o tym ile trwa nim ciało przyzwyczai się do ciążenia na stacji. Tym razem naprawdę słuchali. Był pewien że ponad połowa nic z tego nie zrozumiała, ale to nawet lepiej. Zapamiętają że nie jest głupi.
Trochę żałował że sam Arto nie wykazywał takiego zainteresowania jak inni. Wszystko przyjął z tym swoim życzliwym spokojem – i nic poza tym. Liczył że chociaż raz jawnie wyrazi swoje uznanie, ale widocznie Iwen nie do końca rozumiał jak to tutaj działa. Wprawdzie podczas wczorajszego treningu, do którego przyłączyła się dwójka innych chłopców, Arto nie tylko nie patrzył na niego z góry, lecz nawet pozwolił sobie na odrobinę więcej życzliwości – znał go na tyle dobrze aby wiedzieć że „pozwolił sobie” to było dobre słowo – lecz poza tym jednym zdarzeniem stosunki między nimi pozostały nie zmienione.
Nie zadowolił Arto, lecz pocieszał się że osiągnął część z tego co zamierzał. Nie wszystko, ale wiele. I był bliżej swojego celu. Pozostali, nawet ci najbardziej mu niechętni, nawet Żimmy czy Dert, nie patrzyli już na niego tak jak przedwczoraj. To nic że pozostał Nowym. Nie był już obcy i zyskał wartość. Słowo Nowy nie oznaczało już statusu, stało się tym czym miało być – przezwiskiem, jak Grubasek, czy Dziadek. 
To było dobre. Iwen chciał być z nimi, niezależny, jak oni robić rzeczy o których dorośli nie mieli pojęcia. Zapragnął mieć wpływ na swoje życie, zamiast pozwalać się biernie przewozić z miejsca na miejsce. Tutaj mógł robić co chciał, nie zwracając uwagi na dorosłych. To oni decydowali, co więcej, ich decyzje były ważniejsze, gdyż dotyczyły przetrwania. Oszukiwanie dorosłych było tu swojego rodzaju sportem, nagrodą samą w sobie, a ci którzy to robili najlepiej cieszyli się największym respektem. 
I był jeszcze Arto, który robił to najlepiej z nich wszystkich. Który nimi przewodził i którego Iwen podziwiał za to że robił to tak dobrze. Wzbudzał szacunek tak powszechny że jego własne niezdarne uznanie tonęło w tej masie. Arto zbyt do tego przywykł by zwracać na to uwagę. Po wczorajszym Iwen uświadomił sobie dwie rzeczy. Jedną było że od pierwszego dnia nieświadomie starał mu się zaimponować, zaś drugą – że robił to niepotrzebnie. Arto nie tego od niego oczekiwał. Chciał tylko by był jak inni.
Tymczasem Iwen miał swoje własne problemy, które z dnia na dzień stawały się coraz gorsze. Myśląc o tym zawsze czuł dreszcze. Od początku wiedział że tamten starszak do niego wróci. Nie wiedział tylko że zrobi to tak szybko i że będzie tak bardzo uparty.
Nie mógł zapomnieć słów Orfiusa. Może nie powiedział tego dosłownie, lecz Iwen już rozumiał jak myślały dzieci ze szkoły. Kto ma kłopoty ze starszakami, ten zagraża grupie. Ktoś taki, jeśli sobie nie poradzi, zostanie z niej wyrzucony, by nie narażać innych. Chcąc w niej pozostać, musiał usunąć wszystkie przeszkody. I zrobić to samemu, w tajemnicy.
Przypomniał sobie co pomyślał sobie kiedyś o dzieciach z tej szkoły. Byli samodzielni, lecz odkrył cenę jaką musieli za to zapłacić. Dzień w dzień musieli ważyć swoje szanse, uważać na swoje decyzje. Nie mogli sobie pozwolić na swobodę, jak inne, zwykłe dzieci. Musieli się liczyć z tym że nagle mogą zostać sami ze swoimi problemami, że grupa nie zawsze im pomoże. Ich los zależał tylko od nich. Tak naprawdę nikt się nimi nie opiekował, nawet ich rodzice.
Zrozumiał wreszcie tę jedną, decydującą różnicę między nimi a dziećmi z Ziemi. Choć ci chłopcy byli młodzi, decyzje, jakie podejmowali by przetrwać, czyniły ich umysły dorosłymi.

* * *

„Nie rozumiem co cię tak zainteresowało” – pisał Rejkert – „to się zdarzało już wcześniej i czasami zdarza się teraz”.
„Chcę wiedzieć” – odpisał mu Arto – „nie twoja sprawa dlaczego”.
W swojej skłonności do rozumienia wszystkiego co tylko się dało, Rejkert czasami posuwał się za daleko. Cóż, taki był. Lecz to nie zobowiązywało Arto do tłumaczenia się z każdej swojej decyzji.
„Jak sobie chcesz ale gdybym wiedział to łatwiej bym znalazł to na czym ci zależy”.
„Po prostu pisz co znalazłeś”.
„Chyba nic szczególnego wygląda to ja zwykłe przeniesienie związane ze sprawami rodzinnymi o ile wiem jej matka trafiła niedawno do szpitala nie jest stara ma dopiero osiemdziesiąt lat ale nasza była wychowawczyni zrezygnowała z pracy by do niej wrócić”.
„Zrezygnowała sama” – zdziwił się.
„Tak jest napisane i wszędzie jest tak samo wygląda na prawdziwe i nie wiem czego by takie miało nie być nie widzę w tym udziału kosy co znowu ukrywasz wiesz coś”.
Więc to na własne życzenie... Arto oparł brodę na dłoni. Widocznie stacja się jej nie spodobała. Albo wolała wrócić do rodziny. Na stacji była samotna, co było dość dziwne i rzadkie. Ale... Jeśli miałby wybierać, wolałby rodzinę zamiast stacji. Pomylił się.
Rejkert miał rację, to mogło przydarzyć się każdemu. Zaczynam widzieć rzeczy które się nie zdarzyły, uznał. To obłęd, paranoja, jak mówili dorośli. Wszystko jest tylko wytworem mojej wyobraźni, która ostatnio jest czegoś nadzwyczaj wyczulona.
„Wiesz już coś o tym nowym na jej miejsce”.
„No co ty tak szybko dopiero wczoraj podłożyłem do jego komputera robaki nawet nie wiem czy coś zauważy może jest dobry i je wykryje ale nie dowie się kto je umieścił”.
„Oby inaczej będziesz miał kłopoty a przez to będę je miał ja i reszta grupy”.
„Ty znasz się na walce ja na komputerach obaj robimy to równie dobrze wiem co robię”.
Wiem że wiesz, pomyślał, ale muszę ci zagrać na ambicji. To czyni cię dokładniejszym. Musiał to zrobić, bo Rejkert wydawał się ostatnio jakiś rozdrażniony. Też miał swoje rozjaśnienia, jak i on, lecz Arto nad tym panował. Rejkertowi nie do końca to wychodziło.
„Jak go rozpracujesz to przyślij mi raport a także żimmiemu i dertowi potem zajmij się kolejnym zadaniem”.
„Nie musisz powtarzać mi tego co sam dobrze wiem lepiej zajmij się wreszcie modułem miałbym więcej czasu na badanie systemu”.
Starał się, wciąż o tym pamiętał, ale nie napisał tego, tylko zamknął okno. Kłopot w tym że nie miał niczego za co mógłby go wymienić. Do tego zapasy powoli się wyczerpywały. Dobrze że zbliżał się termin kolejnej wizyty w magazynie.
Zaczął się zastanawiać nad rozplanowaniem ról. Nie na długo. Wiadomość od Resketa przerwała jego rozważania.
„Arto dostałem wiadomość od zema tego zema liao zema kapitana gwiezdnej flary jeden z jego zastępców kazał ci przekazać że sam zem chce się z tobą spotkać w sprawie stopni”.
Liao Zem?
Zaskoczony, nie odpisał od razu. Nie dość, że wiadomość wyrwała go z zamyślenia, to jeszcze coś takiego... Gwiezdna Flara to przecież wysoka klasa, 9h. Jej pozycja była porównywalna z jego własną wśród piątaków, a może większa. Z tego co słyszał, była prawie tak dobrze zorganizowana jak jego Smok. Prawie, pomyślał z dumą, ale nie aż tak dobrze jak my. Szykował się grubszy interes, i to na niezłym poziomie.
„Na najczystszą próżnię zem nie mógł sam do mnie napisać”.
Nie znał Zema osobiście, ledwie ze słyszenia, choć słyszał dużo. I nie rozumiał dlaczego nie zwrócił się z tym prosto do niego. To jakaś nowa forma upokorzenia, umawiać się przez podwładnych? Resket wydawał się przejęty, lecz on poczuł się urażony.
„On jest azjatą prawdziwym żółtoskórym ze starych rodów i trzyma się zasad”.
Tego nie wiedział. Gwiezdna Flara nie utrzymywała wielu kontaktów z innymi grupami, a sam Zem nie zwykł paradować po korytarzu, polując na młodszaków. Zlecał to swoim podwładnym i w tym zdawał się być podobny do Arto. Zaczął rozumieć dlaczego mówiono że Zem to dziwak. Lecz mówiono także że to on może być tym nieznanym przywódcą Żółtoskórych, który stał za wszystkim co robili.
„Zasad jakich znowu zasad” – skóra Resketa miała prawie taką samą barwę jak innych Azjatów więc uznał że może mu to wyjaśnić.
Nie bez powodu mówili na Resketa Skośny. Azjaci byli dziwni. Z początku byli normalni, lecz z wiekiem zaczynali trzymać się razem, pozostając członkami swoich grup. Tak samo ich rodzice. Nawet używali jakiegoś własnego języka. Wprawdzie niektórzy ludzie mówili trochę dziwacznie – zwłaszcza koloniści – lecz Arto zawsze mógł ich zrozumieć. Słyszał że niektóre kolonie wciąż używają dawnych języków, lecz poza Żółtoskórymi nigdy się z tym nie spotkał. Nic dziwnego że każdy uważał Żółtoskórego w grupie za potencjalnego zdrajcę. Jednak regułą było że jeśli Azjata stawał się czworakiem i nie przyłączył się do Żółtoskórych, nawet oni zaczynali traktować go jak obcego. Arto nigdy nie zrozumiał co się wtedy działo, dlaczego i co kombinowali Żółtoskórzy. Wiedział tylko że nikt nie próbował z nimi zadzierać. Nie było ich wielu, lecz dość by pokonać nawet dwie grupy naraz. Byli dobrze zorganizowani i bezwzględni.
Arto miał w grupie tylko dwóch chłopców których mógł uznać za Azjatów – i obaj byli zwyczajni. Jednym z nich był Resket. Nie miał takiego dziwnego imienia jak inni Żółtoskórzy, lecz wyglądał jak oni. Z Lienem było odwrotnie – miał typowe imię Azjaty, lecz jego skóra prawie nie była żółtawa, tyle że miał nieco węższe oczy.
„Moja rodzina już dawno przestała mieć z tym coś wspólnego” – wyjaśnił Resket – „nie rozumiem z tego więcej niż ty wiem tylko że to taki stary zwyczaj jego zastępca chce byś był za dwie przerwy przy głównych schodach na drugim poziomie szkoły to wszystko”.
Arto nic nie odpisał, więc Resket po chwili zamknął okno.
To zwyczaj czy zwykłe poniżenie? Nie mógł się zdecydować. Nie zamierzał odpisywać, kusiło go nawet by nie pójść na spotkanie, lecz uznał że nie będzie się zachowywał jak byle dwojak. Możliwe że źle ich ocenił. Może oni mieli własne reguły i te szkolne były dla nich równie obraźliwe? Dlaczego tak trudno jest dogadać się z Żółtoskórym?
Zem mógł być niebezpieczny, lecz, przy całym swoim dziwactwie, uchodził za honorowego i rozsądnego kapitana. Był dziewiątakiem i na pewno miał wiele do zaoferowania. Arto nie dbał o to z kim robi interesy, jak długo druga strona wywiązywała się z umowy. Lecz czego dziewiątaki mogą chcieć od piątaków?
Wywołał listę, odszukał na niej Zema i sygnaturę jego konsoli. Skoro sam zaproponował interes, uznał, nie będzie miał za złe jeśli rozejrzy się i zobaczy co ma do zaoferowania. Nie próbował wchodzić głębiej niż na pierwszy, jawny poziom grupy. Zajrzał do ukrytego rejestru sieci w jego konsoli. Pierwotny rejestr miał w teorii kontrolować działania szkolnej sieci, lecz dzięki umieszczonemu w nim przez uczniów niewielkiemu wpisowi działanie nad nią przejmował lokalny ukryty rejestr, umieszczony tuż pod pierwotnym oprogramowaniem każdej konsoli. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na listę aktywnych programów.
„Mamy spotkanie w sprawie stopni” – krótko napisał do Rejkerta – „za dwie przerwy to może być ważne może będziesz miał swój moduł”.

* * * * *

Wilan z trudem przeciskał się przez długi na kilka kilometrów, wąski kanał centralnego rdzenia statku. Był wprawdzie specjalistą od systemów plazmy, a w planach cewka figurowała jako zespół napędowy, lecz ten „silnik odrzutowy” działał na takiej samej zasadzie jak przewody plazmy. Był zwykłym magnetycznym akceleratorem cząstek, przyspieszającym plazmę z reaktora, by po wydostaniu się na zewnątrz nadała statkowi prędkość pozwalającą na szybkie i wydajne przemieszczanie się od jednej planety układu do drugiej. W rzeczywistości był to więc przewód plazmy i jego zainstalowanie należało do jego obowiązków. Lecz obowiązki można wypełniać tylko tak długo, jak długo są ku temu środki.
Minął krawędź i wczołgał się do tylko odrobinę szerszego rękawa, łączącego kanał centralny z otworem w górnej części śluzy w hali. Przy dużych statkach sam rękaw potrafił ciągnąć się i dwa kilometry; teraz miał ledwie kilkadziesiąt metrów. Już dawno nauczył się ufać wytrzymałości materiału, z którego go wykonano. Świadomość że jest on jedynym zabezpieczeniem dzielącym go od próżni nie zaprzątała – świadomie – jego umysłu.
Dotarł do krawędzi śluzy. Mocnym pociągnięciem rąk wysunął się do połowy na zewnątrz. Pozwolił by oczy przyzwyczaiły się do jasnego oświetlenia hali, dopiero wtedy odszukał wzrokiem asystenta materiałów. Stał przy jednej z maszyn, sprawdzając analizatorem struktury jakość wytwarzanych przez automat pakietów płyt.
- Niech to kosmos, Hemul! – zawołał – Gdzie są moduły cewek? Robot twierdzi że ich...
- Nie ma! – Hemul uniósł podręczną konsolę i wskazał na jedną z rubryk – Zamówiłem je godzinę temu, ale będą dopiero za dwie! Gdyby to zależało ode mnie to zrobiłbym ci je w pół godziny, ale...
Hemul wzruszył ramionami. Na miejscu powstawały tylko proste części o niezbyt skomplikowanej strukturze molekularnej. Nie to co misternie utkana sieć przewodów, włókien i nadprzewodzących elektromagnesów, wykonana z atomową dokładnością, w której każda cząsteczka musiała być na swoim miejscu. Proste, stoczniowe erpensy nie były w stanie podołać takiemu zadaniu. Irytacja Wilana nie zmieniała tego że moduły cewek, jak wiele innych elementów, musiały przywędrować z zakładów z Ziemi. 
Chciał tego czy nie, miał godzinę wolnego czasu. Czasu, który będzie musiał odjąć od swoich nielegalnych zajęć. Po statku kręciło się zbyt wiele ludzi. Musiał czekać.
Poczuł przez skórę lekki chłód powietrza. O tej godzinie temperatura w stoczni spadała o parę stopni, przez erpensy. Rybosomopodobne nanosyntetyzatory, jak nazywali je jajogłowi naukowcy, RPNS, jak mówili na nie na studiach, czy właśnie erpensy, jak mówili na nie ci którzy korzystali z nich na co dzień. Choć dookoła pełno było pracujących maszyn, to one odwalały większą część roboty. Nanoroboty syntetyzowały strukturę materiału, łącząc molekularne klocki z otaczającej je cząsteczkowej zupy w większe, złożone struktury, realizując program zapisany na pływających w roztworze molekularnych niciach pamięci. Pracowały cicho, w wielkich zbiornikach, czerpiąc energię cieplną z cieczy. Większe nanoroboty wyłapywały pływające erpensy sygnalizujące ukończenie syntezy nanostruktury, odczepiały je, puszczając do dalszej pracy, i montowały produkt w większe elementy. Jeszcze inne składały te elementy w gotowe moduły. Atom po atomie, cząsteczka po cząsteczce, włókno po włóknie i element po elemencie, powstawały materiały o złożoności dostępnej człowiekowi dopiero od chwili gdy nauczył się podglądać naturę także w nanoskali.
Wilan wysunął z kanału resztę ciała, zręcznie chwytając się przymocowanej tuż obok drabinki. Wylot rękawa znajdował się niemal na samej górze dwudziestometrowej śluzy; jeden błąd i wyląduje na dole szybciej niż by chciał. Wielogodzinne gniecenie się w ciasnym kanale robiło swoje. Przeciskanie się przez wąski kanał, z pasem z narzędziami zapiętym wokół piersi nie należało do przyjemnych rzeczy, a on musiał tam siedzieć kilka godzin dziennie, przy mizernym oświetleniu opasującej jego czoło lampy. Zmuszone do ciągłego skurczu mięśnie tylko czekały na okazję do protestu.
Parszywa praca. Był cały zesztywniały. Musiał uważać na swoje ruchy, jak próbujące biegać dwuroczne dziecko. Wisząc na drabince, odpiął pas z narzędziami i odłożył na półkę. Zszedł na podłogę i przeciągnął się mocno. Mimo lekkiego bólu poczuł rozlewające się po ciele odprężenie. O ile łatwiej było montować przewody wewnątrz kadłuba. Tam mógł się wyprostować, nawet jeśli tylko w poziomie.
Spróbował zapomnieć o pracy i choć przez chwilę pomyśleć o czymś przyjemnym. Jak o Arakin, kolonii na którą zamierzał uciec. Wybrał ją, bo znajdowała się w układzie planetarnym który leżał na kursie gwiazdolotu. Nie musiałby przejmować pełnej kontroli nad statkiem, ani zmieniać jego trasy. To obniżało ryzyko.
Siadł na pustej skrzyni od narzędzi, oparł ręce na kolanach i zamknął oczy. Wyobraził sobie jak kadłub odczepia się od śluzy, podczas gdy oni, we troje, tkwią ukryci w komorach inercyjnych, podłączeni do generowanego przez komputer pokładowy wirtualnego świata, w którym pozostaną aż do końca podróży. Jak czeka aż miną orbitę ostatniej planety, by z poziomu tego świata, za pomocą swoich wirtualnych rąk zmodyfikować automatykę lotu, symulując częściową awarię układów łączności, powoli przejmując kontrolę nad statkiem. 
A potem tylko czekanie, przez dwa pokładowe lata, może trochę dłużej, aż przebędą dzielące ich od celu czternaście lat świetlnych. Kolonie najbliższe Układowi prawie nie były patrolowane. Flota nie miała tam swoich baz. W promieniu dwudziestu lat świetlnych od Arakin nie było żadnej bazy, żadnego okrętu Floty, oprócz tych, w Układzie. A żaden okręt nie potrafił rozpędzić się tak szybko i do takiej prędkości jak ten niewielki stateczek. Tak go zaprojektowały komputery; by był małym, szybkim, kilkuosobowym zwiadowcą.
Arakin... Przed oczami ujrzał obrazy z projekcji. Jeszcze trzy wieki temu była suchą planetą, lecz dwa i pół wieku temu, w wyniku bioprzekształcenia, powstał na niej ciepły, niemal tropikalny świat. Czy to tej swojej pustynności zawdzięczała swoją nazwę? Znajomi śmieli się że już dawno powinni zmienić nazwę na Kaladan, lecz nie rozumiał ich dowcipu.
Jak dzika zdawała się tamta planeta, pełna roślin i zwierząt, żyjących niegdyś tutaj, na dole, nim ludzie tak bardzo zmienili swój świat że nie mogły tu przeżyć... Zdawać by się mogło iż gdy człowiek uniezależnił się od przyrody, ta została przez niego skazana na wymarcie, za wyjątkiem tych kilku gatunków szkodników których nie był w stanie usunąć ze swojego sąsiedztwa. Zamiast na polach, żywność zaczęła wyrastać na rusztowaniach zbiorników orbitalnych ferm, zamiast roślin i glonów, tlen zaczęły dostarczać reaktory... A jednak tak się nie stało, z woli grupy ludzi pragnących zachować dawne środowisko, choć już nie na Ziemi. Życie zostało w porę wywiezione. Ludzie spłacili dług przyrodzie, rozwożąc ją w miejsca gdzie sama nigdy by nie dotarła i gdzie mogła bezpiecznie rozkwitać, jak długo wśród gwiazd nie zapłonie zabójcze i niszczycielskie światło bezrozumnego postępu. Dziś każda kolonia była cząstką dawnej Ziemi.
Jak inne kolonie, Arakin była wielkim i niemal bezludnym rezerwatem, z wyjątkiem niewielkiej zamieszkałej strefy miejskiej. Życie nie było tam łatwe. Nie było wielkich wieżowców, kilometrami wzbijających się w niebo i w ziemię. Osady były małe i przytulne, jak Paryż, Nowy Jork czy Meksyk – dawne miasta z czasów pierwszych wypraw w kosmos. Marzył o takim prostym życiu, z daleka od tłumu. Nie było tam orbitalnych ferm, koloniści wciąż uprawiali prawdziwe zboże, a być może nawet bydło.
Na wspomnienie tych mało wydajnych, prymitywnych, starożytnych metod poczuł ucisk w dołku. Hodować cały organizm dla kawałka mięsa! Całe zwierzę, z wnętrznościami, żywe zwierzę, czy roślinę. Cóż za rozrzutność! Nie dość że trzeba było czekać aż urośnie, to na koniec trzeba je było zabić. Nie wiedział czy zdoła przełknąć mięso które nie wyrosło na rusztowaniu, jako zwykła masa komórek, w jakimś zbiorniku, które chodziło po polu, lecz był gotów spróbować, jeśli to miałaby być cena za ich wolność. Prymitywni Ziemianie, sześćset lat temu, jakoś mogli z tym żyć. A dziś... Czy w Układzie, setki lat po tych czasach, żyła choć jedna... jak to się zwało... choć jedna krowa, czy kura? Czy rosło choć jedno źdźbło zboża? Wątpił. Zaprzestano ich hodowli na długo nim ziemski ekosystem uległ industrialnej zapaści. Ci wszyscy wegetarianie, sprzeciwiający się zabijaniu dla żywności, czy kiedykolwiek zdali sobie sprawę że bydło istniało tylko w tym jednym celu? Że gdy przestanie być potrzebne, będzie to oznaczało wyrok dla całego gatunku, niezdolnego do samodzielnego trwania?
- Mały odpoczynek, Wil? – z zadumy wyrwał go znajomy, radosny głos. Otworzył oczy.
- Problemy materiałowe, Rub – uśmiechnął się – Przymusowe lenistwo.
Tak bardzo się zamyślił iż nie usłyszał zbliżającego się towarzysza, choć krok Rubia był zwykle energiczny i dość hałaśliwy. Spojrzał na zegarek. Minęło ledwie dziesięć minut, a jednak czuł się o wiele lepiej.
Rubio był jak zawsze radosny. Mimo kłopotów, nieważne jak wielkich, czy to w domu czy w pracy, zawsze tryskał prawdziwie szczerym, nie udawanym humorem. Nie przeszkadzała mu nawet historia z bombą. Choć świeża, dla Rubia była historią starożytną. Pogodził się z życiem tak jak Wilan nigdy nie potrafił. Nieoficjalnie, był odpowiedzialny za morale zespołu. Ledwie kilku pracowników nie przepadało za lokalnym niezależnym centrum informacyjnym.
- Więc, jak tam twoje śledztwo?
- Chwilowo zawieszone z braku dowodów – odparł leniwie – Chyba nieprędko je wznowię. Nie mam do dyspozycji tego co ma Kosa. Jeśli oni nie dali rady, tym bardziej ja.
- No tak. Szkoda. Powiedz mi, Wil, słyszałeś już nowinę?
- Nowinę? – zauważył że Rubio spoważniał – Nie. Nic wesołego, widzę. Znowu jakieś historie o akademii?
Nasłuchał się o niej niejednego, od różnych osób. Setki mitów krążyło wokół tego co się tam rzekomo miało dziać. Rubia najbardziej interesowała ich własna, Ziemska Akademia. Był kopalnią takich informacji, głównie plotek, lecz pewne rzeczy były wiadome na pewno.
Akademie, jakie znali dzisiaj, istniały niewiele krócej niż Zjednoczony Rząd. Powstały na bazie starych, podległych wojsku ośrodków opieki dla dzieci, tyle że wtedy istniały równolegle placówki cywilne, a i samo wychowanie w takiej dawnej akademii wyglądało zupełnie inaczej. Nowe Akademie były rozwiązaniem problemu sierot i ubogich, porzucanych dzieci, których po zamknięciu Układu zaczęło przybywać, w miarę jak jego ludność zaczęła wzrastać w zastraszającym tempie, a zatrudnienie – spadać. Odtąd te dzieci miały być wychowywane na żołnierzy. Dajmy im pewną przyszłość, mówili ówcześni politycy, zamiast ulicznej, zapewne przestępczej niepewności. Nauczmy dyscypliny. I tak się stało. Lecz z czasem akademie zamieniły się w miejsca przymusowej i bezwzględnej rekrutacji, w skrzynię bez dna, którą Urząd Opieki starał się wypełniać czym tylko zdołał, bo Flota potrzebowała tego co wychodziło z drugiej strony. Cała reszta była tylko zwykłym, oficjalnym kłamstwem, w które nikt nie wierzył. Nie po tym jak zaostrzono Prawo Wychowawcze. Z punktu widzenia Floty i podległych jej akademii, społeczeństwo stanowiło tylko fabrykę dzieci.
Każdy wiedział że dziecko, które tam trafiło, znikało dla wszystkich – i to było podstawą do snucia tysięcy domysłów. Wilan mógł uwierzyć w pranie mózgu, lecz cała reszta... Najgorsze było to że dzieci w to wierzyły i były gotowe zrobić wszystko by ich uniknąć. Jak mogłyby nie wierzyć, skoro nawet dorośli szeptali między sobą takie niestworzone historie? Pamiętał jak Arto, gdy miał ledwie kilka lat, pierwszy raz usłyszał o Akademii. Minął rok nim znów nauczył się zasypiać sam, we własnym pokoju. Lecz jak wiązało się to wszystko z programem jedynactwa? Nie miało ono żadnego sensu, chyba że Rząd planował zmniejszyć populację ludzi w Układzie. Ale dlaczego?
Czuł że coś się dzieje, lub wkrótce zacznie się dziać. Od kilkunastu lat wzrastała liczba budowanych okrętów, a po co komu więcej okrętów gdy brakuje dla nich ludzi? Za pierwszym razem, gdy Rząd przejął Flotę, zwiększył liczbę okrętów przenosząc na ich pokłady swoich żołnierzy i pilotów. Po raz kolejny Flota rozrosła się w okresie gdy zamieniono sierocińce i stare akademie na nowe i gdy zaostrzono prawo wychowawcze. Powstał Urząd Opieki, skutkiem czego więcej dzieci zaczęło do nich trafiać. Teraz to działo się znowu. Jakie nowe draństwo wymyślili politycy, by znaleźć załogi do swoich okrętów? 
- Nie, tym razem nie chodzi o akademię – Rubio ze zdumieniem pokręcił głową – Aż tyle o tym mówię? Hmm... Tym razem to coś gorszego. Cała stacja już tym mówi. Naprawdę nic nie słyszałeś o najnowszej próbie ucieczki?
Wilan zesztywniał.
- Ucieczki? – spytał lekko drewnianym głosem.
- Ano, kolejna próba. Swoją drogą, ostatnia była ze dwa miesiące temu. To długi kawał czasu, nie sądzisz?
Rubio zwykł wiele gadać nim doszedł do tematu, ale tym razem Wilan nie wytrzymał.
- Powiesz mi wreszcie, co to za historia? – rzucił ze złością. Spostrzegł to szybko – Przepraszam. Ostatnio za dużo siedzę w kanale. Nie mam dość miejsca aby się podrapać po tyłku. Wyrwałem sobie kilka minut i od razu szaleję.
Rubio spojrzał na niego bacznie.
- No, no, Wil, zawsze tak cię to porusza że aż się dziwię. Czyżbyś sam o czymś myślał?
- Chyba żartujesz – roześmiał się i zatoczył dookoła ręką, wierząc że nie wyszło to tak nieszczerze jak mu się zdało – Stąd? Jak? Kosa już się postarała by nie było wielkich szans, prawda? Tym bardziej mnie ciekawi jak innym udaje się przebić. Mimo tych wszystkich zabezpieczeń – poklepał dłonią skrzynię – Siadaj i gadaj, o ile masz czas.
Rubio skorzystał z zaproszenia. I tak by nie odszedł nim by o wszystkim nie opowiedział, a poza tym Wilan jak zawsze naprawdę był ciekaw tych nowości. Obawiał się czy w jakiś sposób nie dotyczą także jego. Ktoś coś mógł zauważyć. Mógł nie powiązać tego z nim, ale coś mógł znaleźć. 
- Cóż... Mam kilka wolnych minut. A ty masz niestety rację, z tymi szansami. W każdym razie, jak będziesz czegoś próbować, postaraj się aby ci to wyszło lepiej niż Filowi Stenhordowi. Wiesz który to?
Rozluźnił się trochę. Uświadomił sobie jak bardzo stał się przewrażliwiony i wszystko przyjmował do siebie. Żył dosłownie na krawędzi, harując jak holownik, by wykonać swoje przed terminem i mieć czas na resztę.
- To ten który pozwolił ładowarce wjechać do windy?
- Ten sam! To o nim mówię.
- Dziwne. Nie wyglądał na takiego. Rubio, słowo daję, tamtego wyczynu szybko nie zapomnę. Żałuj żeś tego nie widział! Miał szczęście że z tego wyszedł.
- Nie jestem tego taki pewny. Znaczy, czy miał szczęście, a nie... Myślę że już wtedy zachowywał się jakoś... dziwnie... a teraz się okazało że miał jakieś problemy. Chyba groziło mu zwolnienie, tak mówią, ale zamiast wziąć się co pracy, on wolał uciekać. Podobno... podobno – podkreślił – był chory. Ale tak naprawdę nie wiem o co chodzi. Ludzie gadają różne rzeczy a dowództwo stacji, jak zwykle, niczego nie wyjaśnia. Bo po co?
Prawda, Fil wydał mu się dziwny. Nieuwaga, dziwne zachowanie... Ale żeby coś takiego...?
- Rubio, ucieczka – przypomniał.
- No tak, racja. Więc, jakby nie było, wczoraj Fil Stenhord zapakował się do puszki, nakładając wcześniej skafander próżniowy. Wiesz, taki do pracy na zewnątrz stacji, nie mam pojęcia skąd go wytrzasnął, i wystrzelił się w niej w kosmos przez śluzę towarową.
- Bez sensu. Po co?
- Pewnie chciał się dostać na któryś z gwiazdolotów, tych co to wiszą miedzy stacjami. Jeden znajdował się na kursie jego puszki. Nawet nieźle wyliczył trajektorię...
- Mówisz o próbie – Wilan poczuł nagłe zainteresowanie tematem – Przechwycili go?
- Gorzej – Rubio grzmotnął swoją wielką łapą w wieko skrzyni, aż huknęło – Gdyby uciekł podczas zaciemnienia, gdy stacja jest w cieniu Ziemi, być może zdołałby uciec. Lecz on spróbował to zrobić podczas rozjaśnienia! Biedny głupiec, zapomniał że zwykły skafander nie ochroni go przed ciepłem gdy sam znajduje się w nagrzanym pomieszczeniu. Że potrafi je rozproszyć jedynie w próżni.
Wilan zrozumiał. Skafander wypromieniowywał pochłonięte ciepło, które w zamknięciu nie miało gdzie ulecieć. Odbijało się od ścian puszki i wracało do skafandra. A zarówno gwiazdolot, do którego próbował dolecieć, jak i powierzchnia stacji, były skąpane w promieniowaniu Słońca. Puszka nie miała izolacji. Zwłoki jej nie potrzebowały. Wewnątrz gromadziło się coraz więcej ciepła, aż jego ilość przeładowała termiczne bufory skafandra.
- Tragiczny błąd – westchnął.
- Miał człowiek pecha – Rubio pokręcił głową – Jego puszka osiadła na powierzchni statku, bo Fil zamontował na niej zaczep. Tyle że gdy tamci ją otworzyli, on był już upieczony. Sto czterdzieści stopni to niby niewiele, ale wystarczyło. Przelot trwał za długo.
Wilan dobrze rozumiał Fila. Rozumiał co popychało ludzi do tak desperackich kroków. Sam był jednym z nich. Mam nadzieję że okaże się bardziej przewidujący.
- Wielu nie może tu wytrzymać – przyznał – Przynajmniej nic nie zmienia się na gorsze.
- To ty tak sądzisz, Wil, ale bardzo wielu myśli inaczej. Tak jak Fil. Pozostawił po sobie żonę i dziecko. Nie wyobrażam sobie co oni teraz zrobią. Przecież łatwiej jest stąd uciec niż kobiecie znaleźć jakąkolwiek pracę, zwłaszcza na stacji. A dzieciak... – pokiwał smutno głową – Pewnie wyląduje w akademii. Podobno bystry. Już po nim.
Wilan w to nie wierzył. Nie w to że dzieciak tam trafi – to było bardzo prawdopodobne, po tym co zrobił ojciec. Jak ktoś mógł być tak nieodpowiedzialny? Nie wierzył jedynie w to co się tam działo. Dla niego były to tylko mające ich zastraszyć bzdury. Były granice których nikt nie ważył się przekraczać. Bezwzględne więzienie to jedno, lecz masowe zabójstwa, do tego na dzieciach, to co innego. Ktoś by to zauważył. Dziennikarze, zwłaszcza niezależni, potrafili być bardzo dociekliwi. Nie tykali Rządu, lecz po Flocie jeździli jak po wraku.
Ale nawet gdyby Wilan zwątpił w ten argument, miał jeszcze drugi. Flota potrzebowała każdego człowieka, niezależnie od płci, aby kontrolować kolonie poza Układem, aby mieć rekrutów na budowane okręty wojenne, wciąż nowe i wciąż więcej, na takich stacjach jak ta. Potrzebowali każdego dziecka, nieważne na jakiego żołnierza by wyrosło, by wysłać go do kolonialnych garnizonów. Flota wysyłała swoje okręty wszędzie, do każdej, najbardziej nawet odległej kolonii, wciąż utrzymując je w gotowości, patrolując. Nie oszczędzała na życiu. W razie konieczności kadetów poddawano konserwacji, zwłaszcza tych którzy lecieli jako uzupełnienie placówek i załóg odległych okrętów. Za wyjątkiem oficerów, na taką drogę cała reszta lądowała w zamrażarkach. Część ginęła wskutek powikłań przy ożywianiu, lecz straty były z góry wkalkulowane. Kadeci się nie liczyli. Kadeci nie myśleli. Tylko ci na samej górze, oficerowie i podoficerowie, ale oni wywodzili się z elit, z rządu i rodzin od zawsze towarzyszących władzy lub licznym impulsom. Potrzebowali posłusznych ludzi, więc wykorzystywali luki w starych prawach by ich pozyskiwać. Działali w przewrotnym majestacie starych praw, na ich granicy, lecz zdawali sobie sprawę że nie mogą ich przekroczyć.
Nieważne co naprawdę dzieje się w akademii. Wilan wiedział jedno – jego syn tam nie trafi. Nie popełni błędu Fila.
- Rub, nie wierzę że nagle stałeś się pesymistą – powiedział – Może i będzie akademia, może nie. Wiesz co ja myślę? Myślę że oboje wrócą na Ziemię i spróbują o wszystkim zapomnieć. Pewnie im na to pozwolą – nie wierzył, ale to powiedział. Kto dostał się na stację, zwykle nie wracał na dół. Zwykle, więc szansa zawsze istniała – Nie zaczną zwykłego życia, nie od razu, ale... Wątpię, aby chcieli tu zostać. Czekaj... – nagle tknęła go dziwna myśl – Jesteś pewien że Filowi się nie udało? Może rząd znowu próbuje nas oszukać?
- Nie tym razem, stary – Rubio wstał – Optymista z ciebie, ale nie zawsze w życiu jest tak jak to sobie umyślisz. Mój dobry znajomy widział jak tamci z gwiazdolotu przechwycili puszkę – zdumiewające było, ilu Rubio miał znajomych, lecz czy przy jego charakterze mógł się temu dziwić? – Pracuje na holowniku i wtedy był na zewnątrz. Gdy zauważył że coś się dzieje, od razu skierował tam wszystkie czujniki i powiększył obraz. Mówię ci, cokolwiek z niej wyjęli, z tej puszki, ktokolwiek był w tym skafandrze, już się nie ruszał. Dlatego uważaj – ostrzegł, a Wilan znów poczuł się dziwnie zaniepokojony – Oby tobie nie przyszło do głowy coś równie idiotycznego. Pomyśl tylko... Zginąć tak głupio. Gdyby tylko poczekał do zaciemnienia...
Rubio pokręcił powoli głową. Jego wesołość znikła.
Wilan spojrzał na statek. Ciągle to samo. Ziemia jest tak przeludniona że miliony są gotowe zaryzykować życie by spróbować szczęścia. Zresztą, nie tylko na Ziemi. W całym Układzie ludzie próbują uciekać – i giną. A mimo to znajdą się następni. Ciekawe, pomyślał, że każdy myśli że jemu się uda. Ja też tak myślę. Czy powinienem to ciągnąć? A może rzucić to i po prostu jakoś żyć, jak Rubio? Lecz co z Arto? Czy jego ma spotkać to samo? Skąd mam wiedzieć że, gdy dorośnie, sam nie stanie się drugim Filem? Jest taki inteligentny...
Zamknął oczy i spuścił głowę. Co roku, tylko na tej stacji, zdarzało się kilkanaście przypadków prób ucieczki. Jedne pomysłowe, inne wręcz absurdalne. Było wielu desperatów którzy nie widzieli innego wyjścia, stracili wszystko, lub nigdy nic nie mieli, których nic tu już nie trzymało, lub po prostu mieli tego dość. Którym z nich był Fil? Szczęściarze trafiali do więzienia, zwykli ludzie do kopalni, a pechowcy kończyli jak ten nieszczęśnik. Im nawet nie przysługiwał porządny pogrzeb.
Wilan przeczuwał że wśród tylu podjętych prób muszą być też próby udane. O nich nie mówiono, lecz i tak musiało ich być bardzo mało. O tym po prostu się nie rozmawiało, choć każdy myślał tak samo. Wykrzywił się do siebie w grymasie ironicznego uśmiechu. W końcu wciąż mamy tu demokrację. Mogę narzekać na rząd. Mogę kląć go w żywą plastal, jego i całe to prawo migracyjne. Mogę stanąć na promenadzie i wrzeszczeć o tym, aż wsadzą mnie do aresztu, za zakłócanie porządku. Nie za mówienie źle o rządzie, lecz jaka to różnica?
Mogę mówić jak bardzo każdy chętnie dałby stąd nogę. To żadna tajemnica, nawet dla kolonistów, którzy mają odwagę spojrzeć na to największe więzienie w historii ludzkości. Lecz istnieje linia, po przekroczeniu której Kosa zwróciłaby na mnie uwagę. A linią tą było mówienie o ucieczce, mówienie zbyt często i mówienie o tym jak o hipotetycznym planie. To już było za wiele jak na tę tak zwaną demokrację. To już była zdrada stanu.
Usłyszał czyjeś szybkie kroki. Uniósł głowę i otworzył oczy. To znowu był Rubio.
- No popatrz tylko, na nagły rozbłysk! Prawie na śmierć zapomniałem – mruknął – Wil, miałem ci powiedzieć że szef cię wzywa.
Wzywa? Spojrzał na komunikator na przegubie lewej ręki i wtedy przypomniał sobie że odcinek cewki, w którym dziś pracował, przechodził blisko jednego z ekranów wewnętrznych. Znowu poczuł że cały się spina. Nie, tak dłużej nie wytrzymam, przyznał. To mnie zniszczy. Nawet w dzisiejszych czasach kilkanaście zawałów pod rząd mogło wykończyć człowieka. Czuł że mimo młodego wieku nie jest mu daleko do pierwszego.
- Nie powiedział po co?
- Po prostu chce i tyle – Rubio wzruszył ramionami – Mi się nie tłumaczy. Pomyślałem że skoro masz przerwę to możesz do niego wpaść. Wciąż siedzi w swoim biurze. Przynajmniej siedział tam gdy byłem z nim kilkanaście minut temu.
- To tyle z mojej przerwy – wstał z nieukrywaną rezygnacją, czując się jeszcze bardziej zmęczony.
- Nie martw się tak, Wil. To na pewno nic poważnego. Wciąż dobrze pracujesz i umiesz nad nami zapanować – roześmiał się, ale jakoś bez przekonania – Jeszcze zobaczysz. Mimo wszystko, będzie lepiej.
Może, ale nie dla mnie. Wilan rozłożył ramiona w bezradnym geście, po czym ruszył do gabinetu dyrektora doku.

Drzwi gabinetu rozsunęły się bezszelestnie gdy tylko się zbliżył. Skupił swoją uwagę na zachowaniu swojego zwierzchnika. Czy już coś zauważył? Od dnia, w którym ułożył przewody, praca Wilana coraz bardziej wykraczała poza możliwości wytłumaczenia się z dokonanych modyfikacji. Po historii z bombą ryzyko że zauważy coś, choćby przez głupi przypadek, zdążyło znacznie wzrosnąć. Jego nerwy z trudem to wytrzymywały.
Ale nie, to nie mogło o to chodzić, pomyślał. Gdyby coś podejrzewał już dawno byłaby tu policja i rządowi agenci. To musiało być coś innego. Może chodziło o pracę? Poczuł nagłe ukłucie w piersi. Na kosmos, jak będę tyle myślał o zawale to naprawdę go dostanę.
- A, jesteś, Wilan – Rikad skinął ręką, zapraszając do konsoli – Widziałem ostatnie wyniki tempa montażu, dlatego ostrzegam. Twoja wydajność się obniża. 
- A konkretnie? – spytał, przeklinając się w myśli. Tak bardzo zaniedbał swoją pracę że stało się to widoczne.
- Konkretnie, chodzi mi o montaż cewki. 
- Jest przerwa w dostawie modułów. Czekam aż je dostarczą. To się zdarza ciągle...
- Nie mówię o tym – przerwał mu szef – Tylko o tobie i o twojej pracy. Wciąż jesteś dobrym pracownikiem, lecz... Może zaczynasz się starzeć? Wiesz ilu mam chętnych na twoje miejsce? 
Zawsze jest wielu chętnych, pomyślał. Zawsze było. Wysokie bezrobocie zaniżało zarobki – i nie był to przypadek. Zupełnie jak za pierwszej rewolucji przemysłowej. Wtedy skończyło się na innej, krwawej. Dziś ludzie nie czuli woli walki. Byli zmęczeni i pełni obaw o utrzymanie tego co już mieli – a mieli więcej niż tamci, ponad pół tysiąca lat temu. Gdy globalne korporacje zniszczyły związki zawodowe, urządzając masowe zwolnienia i przenosząc fabryki, pozostał zwykły, ludzki pragmatyzm i instynkt samozachowawczy – i być może korporacje na to liczyły.
Obniżając koszty produkcji, Rząd utrzymywał wysoką produktywność Układu. Musieli produkować dużo, szybko i tanio, by zaopatrzyć zależne od nich kolonie. Dzięki technologii biosyntezy żywności od ponad trzech wieków żywność była tak tania że utrzymanie rzesz bezrobotnych okazało się bardziej opłacalne niż ich zatrudnianie. Fachowcy z wielu dziedzin wciąż byli niezastąpieni, lecz bezrobotni byli na nich batem. Nie było marchewki. Albo zrobisz co masz do zrobienia, za to co ci damy, albo...
- To chwilowe zmęczenie...
Rikad oparł dłonie na konsoli i spojrzał na niego. Był po prostu człowiekiem, postarzałym przez obowiązki ponad swój wiek, starającym się by wszystko jakoś szło. Unikał mówienia o tym czemu miałoby to służyć. To już miał za sobą. Po prostu pracował. Miał gdzieś Rząd i Flotę. Wszystko robił po prostu. Mógł zbyć Wilana prostym stwierdzeniem, beż żadnych wyjaśnień, jednak przed nim, swoim niepisanym zastępcą, nigdy nie chciał wychodzić na jednego z ludzi z firmy.
- Widzę jak dajesz z siebie wszystko i doceniam to, lecz nie ja rządzę stocznią. To tylko jeden dok z kilkunastu, tylko na tej stacji. Gdzieś nade mną siedzą urzędnicy, którzy patrzą kto opóźnia oddanie statku i przeliczają to na impulsy. To... To zwykłe automaty, jakby wyszły prosto z akademii. Może naprawdę z niej pochodzą, nie wiem. Dla nich liczy się tylko wydajność, oraz to że mogą wysadzić każdego z fotela. Na przykład mnie.
- Cóż mogę zmienić? To praca dla maszyn, bardziej niż jakakolwiek inna!
- Jakbym sam o tym nie wiedział – szef ściszył głos – ale na decyzje z góry nie mam wpływu. Korporacja buduje te statki dla rządu, każdy na oddzielnym kontrakcie, a rząd naciska by wywiązywali się z nimi na czas. Wiem, zostało jeszcze sporo do zrobienia, ale oni już twierdzą że termin zostanie przekroczony i siadają mi na tyłku, abym coś z tym zrobił! Dlatego ja muszę siąść na twoim. Maszyn nie dadzą, lecz gdyby były, to nie miałbyś pracy. Ani ty, ani twoi koledzy, pewnie ja też. Czepiłem się ciebie, bo według tych z góry twoja praca najbardziej wydłuża budowę. Tylko ja nie jestem tak ślepy jak oni.
Wilan poczuł falę ciepła na plecach. Rikad podszedł do niego.
- Nie wiem co się dzieje, ale twój zespół szwankuje. Twoja praca cierpi na tym najbardziej. Moduły, na przykład. Sypiecie się, a ja nie wiem dlaczego. I jedyne co mi przychodzi na myśl, to ty. Nie zwracasz uwagi na swoich ludzi tak jak dawniej.
Czy miał rację? Wilan dotąd nie myślał o tym w ten sposób. Jego mała tajemnica tak bardzo zaczęła go wciągać, pojedynek z rządem stał się tak bardzo osobisty, że mógł rozluźnić zespół. Za bardzo się na nim skupił, lecz co miał zrobić? Gonił go ten sam termin.
Przeanalizował w myśli cały zeszły tydzień. Ile razy pracownicy stali bezczynnie, lub siedzieli, jak on, bo zabrakło materiałów? Stosy płyt do montażu zdawały się rosnąć, zamiast maleć. Dlaczego wcześniej nie zauważył tych znaków?
- Na zarazę, masz rację! – przyznał – Moduły powinny czekać, niezależnie od wszystkiego. Na przestrzeń, muszę zrobić z tym porządek!
Rikad odetchnął. Może sam coś dostrzegał, ale ze swojego stanowiska nie mógł widzieć całego problemu. Mógł jedynie wskazać że coś jest nie tak – i zrobił to.
- Zrozum, mi też zależy by było jak dawniej. Nikt nie zorganizuje ludzi tak jak ty. Nigdy nie będę miał drugiego takiego zespołu. Zwolnią nas razem, tylko mnie trochę później, ale z tego samego powodu, więc to na jedno wyjdzie. Podnieś wydajność, to będę cię krył. Coś wymyślę. Ale tylko dlatego że coś ci jestem winien.
- Nie zapomnę o tym.
Wilan wyszedł.
Nie miał wyboru. Musiał bardziej się przyłożyć do swojej prawdziwej pracy, a to oznaczało wybór między ograniczeniem swoich prywatnych przygotowań, lub pracowania nad nimi po godzinach. Pierwsze nie wchodziło w grę. Będzie krócej przebywał w domu, później wracał, lecz czuł iż nie ma wyjścia. Po tym czego dokonał nie zamierzał pozwolić się wyrzucić i zastąpić kimś młodszym.
Zrezygnował ze wszystkiego co miał dzisiaj robić dla potrzeb swojego planu, zamierzając skupić się wyłącznie na pracy. Wieczorem pogada z zespołem. Weźmie ich do baru i tam z nimi porozmawia, na poważnie. Zaś jutro zacznie pracować o trzy godziny dłużej. I już dziś poszuka w aptece czegoś co pomoże mu to wytrzymać. Cokolwiek, każdy narkotyk, byle działał – i był legalny.

* * * * *

Już w chwili gdy postanowił że pójdzie na spotkanie bez eskorty swoich zastępców, Arto wiedział że Żimmy będzie nalegał by zmienił zdanie. Poinformował go o tym krótką wiadomością i na następnej przerwie Żimmy już nie odstępował go ani na krok. Nalegał tym bardziej im bardziej starał się go przekonać by został.
- Ze starszakami nigdy nie wiadomo – przekonywał cicho – Mogą chcieć handlować, a potem zmieniają zdanie. Wiesz jak to się kończy.
- Dlatego nie chcę byś tam był, by nie zmienili zdania. To wielka okazja – i mówił szczerze. Zależało mu na tym układzie – To Zem, sam Zem, zaproponował nam interes! To on będzie nam winien przysługę. Będę ostrożny.
- Różne rzeczy mówią o tym Zemie. To dziwak, jeśli nie szaleniec. Jeśli plotki są prawdą... – Żimmy rozejrzał się podejrzliwie. Nawet mówienie o nich nie wydawało mu się bezpiecznie – Oni są bezwzględni. Zwykle nie zwracają na nas uwagi, ale jak zaczną...
- Być może – odparł spokojnie Arto – Ale powiedz mi szczerze, Żim, czy to coś zmieni jeśli pójdziesz ze mną?
Żimmy znał odpowiedź, lecz się nie poddawał.
- Pewnie nie. Ale to mi pomoże.
- A mi pomoże gdy zostaniesz. Chcę pokazać Zemowi że mam do niego zaufanie. Jeśli jest tym, kim myślimy że jest...
Żimmy zrozumiał. I teraz jego słowa brzmiały mu w uszach, gdy razem z Rejkertem schodził schodami na miejsce spotkania.
Rozumiał Żimmiego. Starał się być jego prywatną ochroną, być zawsze blisko. Arto wciąż miał w pamięci Żimmiego z którym musiał walczyć, jednak nie wahał się okazywać mu jak bardzo ceni jego towarzystwo. Już nawet nie chodziło o prestiż, jaki wzbudzał widok posłusznego mu starszaka. Na swój sposób lubił swojego pierwszego zastępcę, a on na swój sposób zdawał się lubić i szanować swojego kapitana. Nie był oszałamiająco bystry, lecz jak na wojownika tej klasy był całkiem sprytny.
Żimmy nie mówił wiele o swojej starej klasie. Bycie podrzędnym wojownikiem nie było powodem do dumy. Teraz, jako zastępca, chciał posiadać autorytet, a mówienie o jego przeszłości poważnie by go naderwało. Dlatego Arto taktownie milczał. Żimmy był najwierniejszym z jego wojowników i miał do niego zaufanie, choć ograniczone na wpół uświadomioną obawą że kiedyś Żimmy znów może sięgnąć po przywództwo. Ludzie się zmieniali, zwłaszcza dzieci, lecz póki co uważał że ryzyko jest tego warte. Wolał trzymać go przy sobie, nie tylko z czystej sympatii, lecz także by pamiętał że jeśli zaryzykuje, to tym razem straci wszystko. Nie odzyskałby jego zaufania, a na tym Żimmiemu, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, zdawało się zależeć najbardziej.
Żimmy miał oczywiście rację. Zem nie dość że był starszakiem, to był dziwakiem, a tacy byli podwójnie niebezpieczni. Do tego był Żółtoskórym, a ci słynęli z okrucieństwa i nieobliczalności. Logiczne iż ich przywódca musiał być najbardziej okrutny z nich wszystkich. Nawet zbierając się w sobie Arto nie mógł całkowicie stłumić lęku. To było jak igranie z ciężko uszkodzoną śluzą; nie mógł przewidzieć czy coś nagle nie pęknie i nie zostanie wyssany na zewnątrz. Poszedł na spotkanie jedynie z Rejkertem by ich nie prowokować, być tak bardzo bezbronnym jak tylko mógł.
Zależało mu na tym interesie, mimo ryzyka. Co ciekawsze, ze zdziwieniem uświadomił sobie że w jakiś sposób ono go pociąga. Chłodno oceniał podejmowane ryzyko, lecz teraz zrozumiał że jest w tym coś jeszcze. Był lekko wystraszony, pełen obaw, lecz nie przerażony, jedynie podekscytowany.

Było ich trzech, kapitan i dwóch wojowników. Standardowa ochrona. To go uspokoiło, ale tylko trochę. Wszyscy wciąż trzymali ręce w kieszeniach. To było ostrzeżenie.
Tylko jeden wyglądał na Azjatę. To ten, gdy się zbliżył, skinął lekko głową i niespiesznie ruszył w stronę bocznego korytarza. Arto poszedł za nim. Takie sprawy załatwiało się na uboczu, z dala od zbyt ciekawskich spojrzeń. Sabotowanie próby poprawy stopnia było bronią równie skuteczną jak pierścienie. 
Jeszcze dziś rano Arto był pewien że nigdy dotąd nie widział Zema. Mylił się. Spotkali się, i to niedawno. To ten Żółtoskóry obserwował go podczas spotkania z Pilpem. Po co? By się upewnić że może mu zaufać?
Starszaki zaprowadziły ich do zaułka w pobliżu szkolnych schowków. Podrobioną kartą otworzyli jedne z trzech zamkniętych drzwi i weszli do niewielkiego pomieszczenia, pełnego półek zawalonych różnymi pojemnikami. Światło zapaliło się automatycznie. Rejkert rozejrzał się dookoła z nieukrywanym strachem. Arto też nie czuł się tu pewnie, lecz dobrze to ukrywał. Byli teraz całkowicie zdani na łaskę tamtych.
Przyjrzał się Zemowi i jego stojącym po bokach towarzyszom. Któryś z nich musiał być tą kłopotliwą ofiarą niedbalstwa jajcogłowych. Śmiało stanął przed nimi, pozwalając Rejkertowi schować się na swoimi plecami. Niech mają poczucie przewagi. To zawsze pomagało.
Starszaki wyglądały zawsze tak samo gdy przychodziły do niego po pomoc – niezadowolone i poirytowane. Tylko Zem wyglądał inaczej. Arto kiwnął mu głową. Na jego ochronę nawet nie spojrzał. Zem odpowiedział ledwo dostrzegalnym, ulotnym skinięciem.
Wyglądał imponująco. Rozdzielone na środku czoła długie, ciemne, proste włosy równo opadały wzdłuż pociągłej, poważnej twarzy. Wciąż nosiła dziecięce rysy, lecz były już mocno zatarte, zdradzając dorosłe spojrzenie na świat. Skośne, nienaturalnie czerwone oczy spokojnie świdrowały każdego na kim spoczęły. Były prawdziwe, czy to tylko szkła barwiące? Arto nie uciekał się do takich sztuczek, lecz musiał przyznać że wygląd Zema wzbudzał respekt. Poparty siłą i inteligencją, mógł dać władzę nad każdym, może z wyjątkiem Arto. Poczuł że są do siebie podobni.
- Słyszałem o waszej ostatniej bitwie – głos Zema był cichy, lecz słowa były wyraźne, starannie podkreślone – Znakomite zwycięstwo.
- Dziękuję – odpowiedział, zaskoczony – Mieliśmy szczęście.
Nie spodziewał się pochwały. To mogła być pułapka, by stał się zbyt pewny siebie. Choć może nie powinienem tak bagatelizować naszych zasług przed starszakiem, pomyślał nagle. Zachowanie się Zema i ton jego głosu uspokoiły go troszeczkę bardziej, ale tylko troszeczkę. Zem nie wyglądał na zwyczajnego starszaka, który z byle powodów wpada w gniew i próbuje siłą wepchnąć w gardło swoją umowę. Zdawał się wybierać drogę rozmów.
- Ach... Szczęście... – oczy Zema na chwilę lekko się przymknęły – Czyż nie sprzyja ono tym, którzy są na nie gotowi i potrafią je dostrzec? Lecz nie marnujmy czasu na uprzejmości. Nie mamy go aż tak wiele.
Przytaknął głębokim, powolnym ruchem głowy, nawet na ułamek sekundy nie zrywając wzrokowego kontaktu z Zemem. Baczył na każde słowo, gest, na każde skinienie. Nie mógł sprawić wrażenia że pozwala by to Zem kierował rozmową.
- Jaki jest wasz problem z nauczycielem? – spytał – Poprawka czy zaliczenie?
- A jaki mamy mieć, szczurza pchło? – nietrudno było zgadnąć że to ten starszak był przyczyną spotkania. Przeżywał upokorzenie samą rozmową o swoich kłopotach z młodszakiem, a do tego wściekał się, gdyż przez niego kapitan musiał gadać z Arto – Nie zaliczyłem dwóch testów i Stary Łysol obiecał że bez nich nigdzie mnie nie puści.
Arto poczuł zaciskającą się na jego prawym barku dłoń Rejkerta. Rozmowa napędzała mu niezłego stracha. Tyle że Rejkert bał się prawie wszystkiego, pomyślał z rezygnacją. Tak samo jak reszta jajcogłowych.
Arto widział że jego ton głosu i zachowanie drażnią towarzyszy Zema. Według nich powinien klęczeć i błagać by pozwolili sobie pomóc, w zamian za to co pogardliwie rzucą mu w nagrodę. Typowe starszaki. Jeśli takim jak oni udawało się zostać kapitanem, to najwyżej na dwa lub trzy lata, nim zastąpił ich ktoś lepiej znający układy. Arto ukrył irytację jego odpowiedzią. Pewne reguły wciąż obowiązywały, choć niektórzy, czując przewagę siły, szybko o nich zapominali. Niemniej, stąpał po bardzo cienkim włóknie. Z uwagą wpatrywał się w oczy Zema, szukając ostrzeżenia przed zbliżaniem się do granicy oznaczającej bolesny koniec rozmowy. To Zem o tym zadecyduje, nie tamci. Na razie jego oczy były nieczytelne, ale wierzył że coś w nich zobaczy i w porę bezpiecznie się wycofa. 
Przyjrzał się towarzyszowi Zema, dużemu osiłkowi o lekko brązowawej skórze, z krótkimi, czarnymi, lśniącymi włosami. Negocjacje zawsze męczyły Arto. Przez takich jak on cały czas musiał zachowywać najwyższą czujność. To, albo...
- Zamknij się, Chas – powiedział drugi towarzysz Zema. Zastępca, uznał. Jego skóra była o wiele ciemniejsza. Też nie był zadowolony, ale pamiętał po co tu przyszli. Zem nie wybrałby na zastępcę byle tępaka.
Chłopiec nazwany Chasem spojrzał na tego drugiego ze złością, lecz posłusznie się zamknął. Jego oczy, na wpół skryte pod powiekami, przeciętymi od góry do dołu oczodołu namalowanymi na nich czarnymi, pionowymi, wąskimi rombami, wyrażały nieskrywaną irytację. Zem przysłuchiwał się temu ze spokojem. Nawet na moment nie zdjął swojego spojrzenia z Arto. Dziwna ta rozmowa, uznał. Czy powiedział już wszystko co chciał, a teraz będzie tylko obserwował? 
- Dwa nie zaliczone testy – Arto przeniósł spojrzenie na Chasa – U kogo?
Chas zagryzł wargi.
- Oba u Starego... U Dadela Hensiona – wyjaśnił niechętnie – Geometria fraktalna.
- Przedmiot i temat nie grają roli – odpowiedział uprzejmie – Zajmuję się ocenami, nie lekcjami. Gorzej, że oba są u tego samego dorosłego.
- Tak chyba powiedziałem, nie?
- Czy to aż taki problem? – drugi towarzysz Zema puścił docinek mimo uszu.
Arto ledwo powstrzymał się by nie westchnąć. Gdyby przyszli od razu, po pierwszym teście, ich zadanie byłoby o wiele łatwiejsze. Obie poprawki byłyby bardziej rozdzielone w czasie i łatwiejsze do wykonania. Ale starszaki zawsze przychodziły do niego dopiero wtedy gdy zdarzały się prawdziwe kłopoty. Gdy niemal było już za późno.
- Oszukując dwa razy tę samą osobę zwiększam ryzyko że nauczyciel coś zauważy, a na całą operację pozostały nam tylko dwa miesiące. Potem kończy się semestr i będzie za późno. Obie próby – podkreślił to słowo by zrozumieli ryzyko – będą musiały być przeprowadzone kilka tygodni po sobie.
- Rozumiem że to będzie kosztowało.
- Dwie oceny u tego samego nauczyciela to ryzykowna praca. Jeśli wpadnę, stracę interes na cały miesiąc, i to przed zaliczeniami...
- Po prostu podaj cenę.
Zem wciąż milczał, lecz było oczywiste kto kieruje rozmową. Robił to tak sprawnie i tak subtelnie że choć słowa wydobywały się z innych warg, Arto miał wrażenie że to Zem je powiedział. Lekka dezaprobata na słowa Chasa, przymknięcie oczu na wyjaśnienia trudności, zachęcające kiwnięcie głową przy pytaniu o cenę – wszystkie te gesty koncentrowały uwagę Arto na jego twarzy, nie na osobie która mówiła w jego imieniu.
- Wiem że macie moduł automatycznej korekcji błędów – zwrócił się do Zema. Wspomniał Rejkerta, jak walczy sam ze sobą by nie skulić się za nim ze strachu – Moi jajcogłowi twierdzą że nie jest szczególnie skomplikowany. Poprawię dwa stopnie, jeśli dorzucicie nowy program skanujący zamki magnetyczne i dwutygodniowy protektorat...
- Na kosmos, dam ci zaraz protektorat, ty zapchlony korektorze! – Chas nie wytrzymał. Postawa Arto wyraźnie działała mu na nerwy. Zacisnął pięści i zrobił krok do przodu.
Arto nawet nie drgnął. Nie dał po sobie poznać, lecz bał się czy nie przekroczył granicy. Nie był pewien co dostrzegł w oczach Zema. Coś chyba dostrzegł, tak myślał, lecz instynktownie podzielił uwagę między nim a Chasem. Mógł przegapić sygnał ostrzegawczy, mimo to pozwolił sobie na lekkie wzniesienie brwi. Spojrzał na Chasa, potem znów na Zema, milcząco pytając czy przyszli tu w interesach, czy zwabili ich by pobić i odejść.
Zem uciszył starszaka gestem dłoni. Chas, speszony i zły, cofnął się ze spuszczoną głową.
- Mogę wiedzieć po co wam nasz protektorat? – spytał Zem. Głos miał równie spokojny co stanowczy – Słyszałem że Smok nie korzysta z pomocy starszaków. 
- Potrzebuję ochrony dla grupy, tak samo jak skanera – Arto uznał że powinien nieco spuścić z tonu – Za kilka rozjaśnień wyprawiamy się do magazynów. Jeśli potrzebujecie towaru, chętnie go dla was zdobędziemy, ale te trzy rzeczy są nam potrzebne. Nikt nie ma tak wielu udanych popraw jak my. W razie wpadki winę bierzemy na siebie i powtarzamy próbę innymi metodami. Inni znają tylko jedną metodę – dodał neutralnym, informującym tonem – Ja znam je wszystkie. A tej najważniejszej nie zna nikt inny.
Potrzebujemy tego wszystkiego, pomyślał. Zdobywanie zapasów to igranie z dorosłymi, bardzo trudne i na poważnie. Jeśli potem Gwiezdna Flara zechce się mścić za wymuszenie protektoratu to trudno. Gdy zdobędziemy dość zapasów, sprzedamy ich część na podatki.
Zem przez chwilę rozważał jego propozycję.
- Potrzebujemy kilku rzeczy, raczej nietypowych – przyznał w końcu – Mój zastępca przyśle ci listę oraz opis pojemników w jakich powinniście ich szukać. To nie jest sprzęt medyczny, tylko elektronika. Ryzyko będzie większe. Musicie też uważać by niczego nie uszkodzić.
- Jak bardzo... nietypowe... są te rzeczy? – Arto ukrył podejrzliwość za oficjalnym tonem pytania.
- Nie aż tak jak myślisz. Są po prostu drogie i lepiej zabezpieczone. Mogę wam zaoferować najlepszy skaner jaki posiadam. Otworzy każdy zamek, nawet blokadę Korpusu, lecz ryzyko będzie wasze. Będziecie mieć protekcję – Arto nie mógł zauważyć złości Chasa i gniewu drugiego towarzysza, lecz był zbyt skupiony na Zemie by poczuć satysfakcję – Lecz nie dłuższą niż tydzień.
Tydzień wystarczy. Tym bardziej że w zamian dostaną prawdziwy skaner! O takich tylko słyszał. Nikt poniżej ósmej klasy nie miał czegoś takiego. Jednak... To, co proponował Zem było niebezpieczne. Gdyby sam tego nie wiedział, poznałby to po tym że woli to zlecić im niż zająć się tym samemu.
To była pierwsza taka propozycja, jaką kiedykolwiek otrzymał. Starszaki takie rzeczy załatwiały po swojemu. Wynieść je było równie łatwo jak wszystko inne, ale to były naprawdę drogie rzeczy. Mogły być policzone i zabezpieczone. Dorośli zauważą zniknięcie i zaczną ich szukać. Taka akcja mogła spalić magazyn na bardzo długi czas.
Ale za taki interes...
- Nie mogę obiecać że te rzeczy będą w magazynie – stwierdził – Lecz jeśli tam będą, zdobędziemy je. Jeźdźcy Smoków zawsze dotrzymują słowa.
- Tak słyszałem – przyznał Zem. Już tylko to było oznaką pewnego szacunku – Tylko dlatego przyjmuję twoje warunki, młodszaku. Więc niech tak będzie, mamy interes. Skaner będzie wam potrzebny, przekażemy go jutro rano. Moduł prześlemy gdy załatwisz pierwszą ocenę i dostarczysz towar.
Arto kiwnął głową. Zem wyciągnął rękę, Arto podał swoją. Gdy zatwierdził umowę, nie było już odwrotu. Interesy i układy były podstawą działania szkoły. Nikt nie mógł ich bezkarnie zrywać, nawet szczurze grupy.
- Słuchaj go, a zdasz razem z nami – Zem odwrócił się do Chasa – To tylko młodszak, wiem, lecz wie co robi. Jest dobrym korektorem, pomógł już wielu innym – rzucił Arto szybkie spojrzenie – Podobno jego metody są... unikalne.
Chas zachwycony nie był, lecz wizja trafienia do bandy młodszaków pociągała go jeszcze mniej niż słuchanie innego młodszaka. Niechętnie podszedł do Arto. Był sporo wyższy, lecz to Arto kontrolował sytuację. Wiedział jakich słów używać by nie drażnić klienta. Przede wszystkim, nie mówić mu po imieniu.
Wyszli na zewnątrz. Zem zamknął pomieszczenie i odszedł ze swoim zastępcą, zostawiając ich z Chasem. Rejkert się rozluźnił. Obaj wiedzieli co robić.
- Więc co mam robić, korektorze? – powiedział to z wyraźną pogardą. Z doświadczenia Arto oczekiwał takiego zachowania. Korekcjami, jak wszystkim co wiązało się z grzebaniem w komputerze, zajmowali się zwykle jajcogłowi, niemniej Chas nie zapomniał że Arto jest mimo wszystko wojownikiem. Arto uwierzył że pójdzie mu z nim łatwiej niż zwykle.
- Sprawa nie jest prosta – zaczął – Nie wszystko damy radę załatwić sami. Będziemy potrzebować twojej pomocy.
- No jasne że będziecie – Chas odparł z wyższością. Jak każdy starszak, traktował go z góry. Był starszy o cztery lata i dużo wyższy. Wiedział że siłą nic nie wskóra; jego pewność siebie została wystawiona na próbę, więc kompensował ją arogancją. Arto puścił to mimo uszu.
- Oceny nie można poprawić tak od razu – zaczął wyjaśniać – To musi trochę potrwać. Moja metoda jest moją tajemnicą, ale to coś więcej niż włamanie się do komputera. Dorośli łatwo zauważają takie rzeczy. Ja daję gwarancję że coś takiego się prawie nie zdarzy, ale jeśli ma się powieść, musisz przycisnąć swojego jajcogłowego. Z jego pomocą musisz się trochę poduczyć i gdy ci powiem, musisz pójść do nauczyciela – stale podkreślał słowo „musisz”, tak znienawidzone przez starszaki, by mieć pewność że Chas zrozumie wagę sytuacji – Musisz spróbować zdać.
- Tyle to mogę i bez pomocy takiego żałosnego śmiecia jak ty – warknął poirytowany Chas – To ma być ta twoja metoda, uczyć się jak jajcogłowy? Czy ja wyglądam jak jeden z nich?
Rejkert odchrząknął. Może i był jajcogłowym, lecz teraz to właśnie młodszak i jajcogłowy decydowali o jego losach. Arto znowu puścił obelgę mimo uszu.
- Więc spróbuj – odparł twardo – Nie chcę byś zdał. Chcę byś poszedł zdawać – podkreślił dwa ostatnie słowa – Wynik się nie liczy. To chyba jasne?
Chas kiwnął głową że rozumie choć, oczywiście, nie rozumiał. Tacy jak oni byli za głupi. Arto lubił te nieliczne chwile gdy tacy jak on byli w jego władzy. 
- Nie jest ważne co dostaniesz – powtórzył – Kłopot w tym że za każdym razem musisz próbować dwa lub trzy razy. Razem sześć prób wszystkiego, w dwa miesiące. Nie możemy próbować zaliczyć tego na jeden raz, bo wszystko się wyda. Jak dostaniesz wiadomość, pójdziesz zdawać z jednego tematu. Nieważne z którego, wybierz co chcesz, tylko mnie o tym uprzedź. Pójdziesz najpierw raz, potem drugi. Wtedy się spotkamy i powiesz mi jak poszło. Musisz zapamiętać każde słowo nauczyciela.
Chas znowu kiwnął głową. Stał, milczał i słuchał; czyli robił dokładnie to co do niego należało. Arto dobrze wiedział że i tak nie zdoła zdać, nie samemu. Nie o to chodziło. Próby były po to by nauczyciel zapamiętał że próbował zdawać.
- Dopiero potem zajmiemy się drugim tematem – ciągnął – Musisz zrobić tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, nie możesz mówić kompletnych bzdur. To bardzo ważne. Musisz przynajmniej dwie lub trzy rzeczy powiedzieć z sensem. Lub napisać, jeśli każe ci zrobić test.
- Jakieś konkretne rzeczy? – Chas wreszcie zdobył się na pytanie które nie robiło z niego durnia.
- Wszystko jedno jakie. Sam wybierz.
- Da się zrobić – Chas uśmiechnął się do siebie, zadowolony – A ta druga rzecz?
- To proste. Musisz sprawiać wrażenie jakbyś naprawdę się starał. Jakby ci zależało.
- To też potrafię, bez problemu – Chas dalej był zadowolony. I bardzo dobrze, pomyślał Arto. Myśl sobie że wszystko kontrolujesz.
- Więc już prawie zdałeś. Daj mi swoją sygnaturę. Gdy przyślę ci termin pierwszego spotkania, pójdziesz umówić się z nauczycielem. Uprzedź mnie kiedy to się stanie. Pomęcz swojego jajcogłowego. Niech ci wytłumaczy tematy lekcji. Nie musisz ich rozumieć, ważne abyś mówił o nich z sensem. 
- Dobra, dobra, Rozumiem. Nie liczy się wiedza, liczy się wrażenie. Tylko nie zapominaj, młodszaku. Jak coś pójdzie nie tak... – Chas zacisnął pięść, pokazując swoje pierścienie, po czym odszedł. Nie zamierzał przebywać wśród młodszaków ani sekundy dłużej niż musiał. 
Arto wiedział co wtedy. Ryzyko istniało zawsze. Nawet jego sztuczki czasami zawodziły. Praca była żmudna, wymagająca zaufania, a to przychodziło starszakom z trudem.
Na pozór wszystko było proste. Oceny były ukryte w zakodowanych plikach centralnego komputera szkoły, lecz włamanie się, nawet niezauważone, niewiele zmieniało. Nauczyciele wiedzieli kiedy oceny się nie zgadzają. Po nagłym przepytaniu ucznia wszystko wychodziło na jaw. Arto znalazł lepszą metodę. Majstrując przy komputerach odkrył że oceny znajdują się także w osobistych plikach nauczycieli, skąd za ich poleceniem aktualne oceny i ich poprawki były przepisywane do centralnego komputera. Po co miał się włamywać, skoro mógł poprawić oceny rękami samych nauczycieli? Wystarczyło ustalić kiedy nauczyciel przekazuje je do banku danych.
Do plików osobistych włamać się było o wiele łatwiej. Rejkert to potrafił, lecz sama zmiana była równie bezcelowa. Nauczyciel wiedział gdy ktoś grzebał przy jego plikach. By je wykorzystać, Arto musiał mieć na uwadze coś, co dorośli nazywali czynnikiem ludzkim w systemie. Konsolę łatwo było oszukać, lecz to nie konsola strzegła poprawności danych, lecz dorosły. To on był celem, to on musiał uwierzyć że oceny w plikach są tymi które sam wystawił.
Na początek Rejkert cyklicznie zmieniał oceny i przywracał je do pierwotnego stanu. U dorosłych stwarzało to wrażenie że uczeń nie miał ocen tak złych jak się wydawało. Nad wszystkim czuwał niewielki program, który zapamiętywał kiedy plik był otwierany, na jak długo i jakie rubryki były wyświetlane. Wszystko po to by zmiana była zauważalna, lecz nie uświadomiona.
Zwykle wystarczył tydzień by nauczyciel wyrobił sobie bardziej pozytywną opinię o uczniu. Potem uczeń zgłaszał się na poprawki, a program przywracał pierwotne oceny. Teraz nauczyciel pamiętał już dwie rzeczy – chłopiec nie wydawał się być złym uczniem, a do tego próbował poprawić swoje stopnie. Teraz Rejkert trwale zmieniał oceny na lepsze. Dorośli łatwo utrwalali w sobie wrażenie że uczeń nie był wprawdzie rewelacyjny, lecz wypadł pozytywnie, zaś w razie kłopotów klient pamiętał dość by podtrzymać to wrażenie.
- To dopiero była ostra rozmowa – Rejkertowi ulżyło dopiero gdy Chas zniknął mu z oczu – Ale mi napędziłeś stracha!
- Czasami, Rejkert, ze starszakami tak trzeba rozmawiać – odparł, na wpół zamyślony. Nie wiedzieć czemu, przed oczami stanął mu Dael – To duże ryzyko, ale się opłaciło.
- Opłaciło? Oni dadzą nam skaner! – Rejkert ściszył głos do głośnego szeptu – Prawdziwy skaner, nie jakaś zabawka! Wiesz co z takim możemy zrobić? Masz pojęcie?
- Oczywiście że mam pojęcie! – ofuknął go Arto – Nie wiem tylko czy nie zechcą nam go potem odebrać. Takie rzeczy są bardzo cenne.
- Może to co chcą w zamian jest dla nich jeszcze cenniejsze? Może nie chcą ryzykować? Gdy my wpadniemy, oni będą czyści.
Arto też o tym pomyślał. A także o kilku innych, znacznie gorszych możliwościach. Gorszych dla nich, bo dla Zema były bez żadnej różnicy. Nie martwił się strażnikami. Nawet jeśli ich złapią – a takiej myśli nawet do siebie nie dopuszczał – nie uwierzyliby że brali takie rzeczy celowo. Prędzej by uznali że kradli co popadnie. Gorzej że złapaliby ich ze skanerem. Nawet Protektorzy byliby tym zainteresowani, no i byłby jeszcze kłopot z samymi dorosłymi. Włamania do magazynu nie da się prosto wytłumaczyć. Lecz potrzebowali zapasów. To było częścią zachowania tajemnicy szkoły. O konsekwencjach wpadki nawet wolał nie myśleć. Pytań, jakie by im wtedy zadano, nie byliby w stanie zbyć byle czym. Szkoła zaroiłaby się od dorosłych, polujących na młodocianych paserów.
- Po prostu skupmy się na tym by wszystko poszło tak jak zawsze – powiedział – Ty zajmiesz się tym starszakiem, a ja resztą. Dasz sobie radę?
- To nic nowego – Rejkert wzruszył ramionami – Mam bieżące hasła do banku danych centralnego komputera. Jeśli nie zdobędę haseł do konsoli tego Dadela, to poszukam ich od środka, w komputerze szkoły. To będzie zwykła, prosta robota.
- Żadna robota nie jest zwykła ani prosta. Zawsze jest jakieś ryzyko. Pewność siebie...
- Zawsze to powtarzasz. Pamiętam o tym.
„Zrób swoje, a ja zrobię swoje”, dał do zrozumienia Rejkert. Wiedział że kapitana się nie poucza, lecz Arto często puszczał takie drobiazgi mimo uszu.
- Zajmij się komputerem. Jak spotkasz Żimmiego, powiedz mu że poszedłem zawiadomić mrówki o nowej robocie – pewnie cały czas się zastanawia czy nie sprali mnie gdzieś w kącie, pomyślał.
Rozeszli się. Mrówki, jak nazywał Arto młodszaków, którym oferował pomoc w zamian za posłuszeństwo, już nie raz okazywały się przydatne. Czas przypomnieć im o obowiązkach. Będą wiedzieli do kogo pójść i co robić. Wszystko po to by Chas wyglądał na dobrego ucznia, który nie zasługuje na pozostawienie na drugi rok.
Arto odszukał w pamięci słowo pasujące do tego co robił. Hipokryzja. Otrząsnął się z takich myśli. Tego rozjaśnienia czekało na nich jeszcze kilka spraw do załatwienia.

* * * * *

Wlókł się niezgrabnie przez szyb, próbując nadążyć za towarzyszami. Ci wysforowali się już daleko do przodu; czasem tylko ktoś zatrzymywał się na węzłach, wskazując mu drogę i ponaglając do pośpiechu. Tym razem nikt na niego nie czekał, nie było też nowych rozgałęzień. Iwen zrozumiał że musi być blisko celu.
Starał się jak mógł, lecz nie sposób było za nimi nadążyć. Nowy sposób podróżowania po stacji był dla niego równie trudny jak i fascynujący obiecywanymi możliwościami. Przeciskając się przez wentylację można było, teoretycznie, dojść tam gdzie nie mogliby dotrzeć korytarzami. Teoretycznie, także tam gdzie dostać się nie powinni. Każdy tunel, wystarczający by wcisnęło się do niego dziecko – w praktyce każdy który nie prowadził do prywatnych mieszkań – był im korytarzem. Dorośli nie mogli być tak głupi by nie dostrzec tak oczywistej luki, zatem i tu musiał istnieć jakiś system zabezpieczeń. Niemniej, po zachowaniu swoich towarzyszy Iwen poznał że wiedzieli co robią i nie robią tego po raz pierwszy. Wiedzieli jak sobie radzić, którędy przejść, co im wolno a co nie. Niełatwo było tu wejść, lecz będąc w środku...
Póki co, pełne możliwości były poza jego zasięgiem. Poruszał się tak niemiłosiernie wolno że nikt nie chciał czołgać się za nim. Mało kto mógł wytrzymać tak powolne tempo bez rzucania docinków. Jego nieporadności nie tłumaczył brak odpowiedniego ubrania – strój kompensacyjny nie miał tak pomocnym innym chłopcom naszywek, lecz nie ślizgał się aż tak by uniemożliwić mu szybkie poruszanie się. Póki mógł, obserwował ruchy swoich towarzyszy, próbując ich naśladować. Zginali ręce w łokciach, naprzemiennie z kolanami, zapierali się nimi o dno szyby i podciągali ciało do przodu, wyginając je na boki idealnie zgranymi, płynnymi ruchami kończyn, niczym jaszczurki – równie zwinnie, cicho i szybko. Iwen szybko przekonał się że bez właściwej synchronizacji kończyn taki sposób czołgania się jest gorzej niż bezużyteczny. Poprzestał na swoim własnym, przypominającym bardziej psa w wąskim tunelu – metoda może i mało wydajna, lecz przynajmniej poruszał się do przodu.
Czołgając się monotonnie do przodu, przez ciemny szyb, zastanawiał się jak wykorzystać nową wiedzę do rozwiązania swojego problemu. Jego przeczucie go nie myliło. Starszak wrócił. Pojawiał się coraz częściej; bił go, za każdym razem trochę mocniej. Bywał już w takich kłopotach i z początku wierzył że starszakowi kiedyś to się znudzi, lecz dziś powoli zaczął rozumieć że ten raz może nie być taki jak inne. Nawet jego niedawni wrogowie, Rajza i Sochn, omijali go z daleka, jakby rozumieli że teraz jest jego łupem.
Bał się rozejrzeć wychodząc na przerwę, by nie zobaczyć tej twarzy – chłodnej, wyczekującej na chwilę samotności, której imienia nawet nie znał, bojąc się zapytać, by nikomu niczego nie zdradzić. Na początku był na niej chociaż gniew, chociaż jakieś emocje; teraz widział tylko chłód i zawziętość. Czasem przechodził obok, niby niedbale, lecz wiedział że robi to celowo. Tylko Iwen wiedział że niezdarność w czołganiu się po części zawdzięcza otrzymanym dziś razom. Mógł skrywać ból, lecz i tak odczuwał go przy każdym ruchu.
Majacząca w oddali, odsłonięta jasna plama podpowiedziała mu że koniec drogi jest już blisko i że tylko on wciąż tkwi w tunelu. Dotarł do wylotu i zeskoczył na leżącą dwa metry niżej hałdę plastikowych odpadków, czując jak zapada się lekko pod jego stopami. Kilkanaście metrów dalej towarzysze otoczyli kapitana luźnym pierścieniem, wysłuchując jego poleceń. Podszedł do nich. Nikt się nie obejrzał, nawet Arto ledwie spojrzał na spóźnialskiego, kontynuując wydawanie rozkazów. Był dla nich wart tyle co powietrze.
- Dziś zbieramy dla siebie – mówił – Spróbujcie znaleźć jakąś konsolę ze sprawnym ekranem. Potrzebujemy części na wymianę, ale przyda się wszystko co ma wartość. Obserwatorami będziemy ja, Kerell i Dert. Inne grupy twierdzą że odzyskiwacze są ostatnio spokojni, ale to nie znaczy że macie przestać na siebie uważać.
- Odzyskiwacze? – spytał szeptem najbliższego chłopca – To jakieś maszyny?
- To ludzie, głuptasie – chłopiec również odparł szeptem – Dorośli, bardzo niebezpieczni. Niezbyt zręczni, powolni i mało spostrzegawczy, ale bardzo silni. To ich teren. Wiedzą jak nas podejść. Miej oczy i uszy szeroko otwarte.
Wspaniale. Kolejni chętni by go okraść. Iwen spojrzał na pobliską hałdę, w większości złożoną z korpusów dużych maszyn. Mogli to sobie nazywać pozyskiwaniem, nazwa nie zmieniała faktu – zamiast treningu będą się dziś grzebać się w śmieciach. Szczęśliwie, zapach odpadków był słabo wyczuwalny, o wiele mniej intensywny od tego czego by oczekiwał po takim miejscu.
Nie miał wątpliwości, grupa nie była tu po raz pierwszy. Kapitan wskazał podgrupom rejony do przeszukania, wybierając najbardziej obiecujące, świeże hałdy. Chłopcy wiedzieli kto z kim pracuje. Każdy był przydzielony do jednego z jajcogłowych. Każdy, z wyjątkiem Iwena.
- A ja? – zapytał, gdy Arto skończył – Co mam robić?
- Naucz go, Rejkert – kapitan rzucił krótko. Odwrócił się i ruszył w stronę jednej z hałd.
- Spróbuj znaleźć coś użytecznego – powiedział Rejkert – Jak ci się uda, przynieś to do Ubera. On to oceni. Zacznij tam – wskazał palcem – gdzie leżą świeże rupiecie i nie ruszane maszyny. Jak znajdziemy taką przed dorosłymi, zawsze się obłowimy. Pamiętaj, Nowy. Przede wszystkim, musisz uważać na siebie. Tu bardzo łatwo o wypadek. 
Iwen poczuł niezadowolenie że otrzymał instrukcje od jajcogłowego, nawet jeśli był tym najważniejszym jajcogłowym w grupie. Kapitan nie musiał na to pozwalać. Kolejna reakcja typowego wojownika, uświadomił sobie. Sami byli winni jego niechęci, niemniej pożałował tego co poczuł. Przecież to tylko Uber. Rejkert może być inny.
Rozejrzał się dookoła. Oświetlone bladym blaskiem sufitowych lamp, ogromne wielometrowe hałdy wypełniały niemal całe pomieszczenie. Gdyby nie widział tego na własne oczy, nie uwierzyłby że na stacji istnieją tak wielkie pomieszczenia. Gdyby było puste, można by nawet zagrać w rakietopiłkę – inaczej piłkę rakietową. Przy sztucznym ciążeniu byłoby to nawet łatwe. Wystarczyłby ekran, by zawodnicy czuli się jak w kosmosie.
- Ci się dzieje z tym wszystkim? – spytał – Te śmieci muszą gdzieś iść.
- To poczekalnia. Dorośli zbierają tu odpadki do rozkładu. Biochemiczna dekompozycja, tak się to nazywa. Gdy pokój się napełni, automaty segregują wszystko i rozsyłają do mniejszych pomieszczeń, a gdy one się napełnią, wysyłają je na dół.
- Na Ziemię?
- Przecież mówię! Na stacji nie ma miejsca na zbiorniki a w procesie rozdzielania frakcji prawdziwa grawitacja jest lepsza niż sztuczne ciążenie. Nie takie magnetyczne, lecz takie jak w wirówkach na farmach orbitalnych, w których oczyszczają żywność z płynu hodowlanego. Na dole bakterie i nanoboty rozkładają takie śmieci na mieszankę cząsteczek, monomerów, z których powstają nowe rzeczy. Depolimeryzacja i repolimeryzacja, oto cały recykling. Odzysk jest zupełny. Nie marnuje się ani gram materii.
Mówił niemal jak dorosły. Jajcogłowi naprawdę znali się na rzeczy. Dlatego że musieli, czy może lubili wiedzieć? Zapamiętał że Rejkert, w przeciwieństwie do Ubera, chętnie wszystko objaśniał. Może jajcogłowi nie byli tacy za jakich ich z początku wziął.
Odwrócił się, słysząc głośne stuknięcie. Jeden z wojowników podniósł kawałek twardego, ciężkiego plastiku i z wyraźną złością cisnął go o ścianę. Iwen poszukał wzrokiem obiektu ataku. Nie od razu dostrzegł wiszący pod sufitem niewielki czujnik. Chłopiec niespecjalnie przykładał się do celowania, próbując raczej wyładować swoją nagłą, niezrozumiałą agresję niż trafić w urządzenie które, sądząc po śladach pęknięć, już od dawna przestało pełnić swoją funkcję. Za którymś razem pocisk sięgnął celu. Czujnik przekrzywił się; coś wypadło z wnętrza obudowy. Jeden z chłopców podszedł tam i zaczął tego szukać. Jeśli wciąż były tu jakieś działające czujniki, na pewno nie w pobliżu tego miejsca.
- Nie przejmuj się – przechodzący obok Kerell klepnął go po ramieniu – Może to i śmieci, ale co dla jednego jest śmieciem, dla drugiego jest skarbem. Dzięki nim nie musimy tak często chodzić do magazynu.
Iwen obejrzał się za nim. Nim odszedł, Kerell przekrzywił głowę i kiwnął w stronę hałdy. Spojrzał tam. Miał rację, na swój sposób.
- Trafia tu tylko plastik? – spytał.
- Odpadki organiczne są zbierane i przetwarzane osobno – odpowiedział Rejkert – Robią z nich pożywki do farm.
- Mam szukać tylko czegoś co się wam przyda?
- Czegokolwiek co jest coś warte, Nowy. Niektóre przydają się nam, resztę sprzedajemy tym kto wie co z nimi zrobić. Czasem, gdy coś jest potrzebne, a niełatwo to znaleźć, kupujemy to od odzyskiwaczy, ale tu lepiej na nich nie wpadać.
Iwen już słyszał od Orfiusa że pozyskiwanie bywa niebezpieczne. Nie wiedział tylko na czym polega zagrożenie. To tylko śmietnik. Co mogło się stać?
- Co właściwie robią ci odzyskiwacze?
- To co my. Nie przepadają za konkurencją. Są tak biedni że rozbierają na części wszystko co tu trafia i sprzedają, byle coś zarobić. Jak taki cię złapie, zabierze wszystko co masz. Policja ci nie pomoże, Nowy. Nas nie powinno tu być.
- Ich też – zauważył.
- Oni płacą strażnikom część tego co zarobią. Szczególnie cenne dla odzyskiwaczy są nasze identyfikatory, nawet jeśli są puste. Sprzedają je przestępcom i Podziemiu.
Iwen poczuł w brzuchu ukłucie niepokoju. Dziecięcy identyfikator pozostawał w ścisłej relacji z lokalizatorem. By się mógł komuś przydać, lokalizator musiałby przestać odpowiadać. Nie wątpił, jego uciszenie nie kończyło się dla właściciela najlepiej.

Podzieleni na grupy, myszkowali w śmieciach. Rozrzucali je, odkrywając przy tym niejedno szczurze gniazdo. Iwen brzydził się ich. Wciąż pamiętał ukąszenie jednego z nich, gdy był mały, lecz na innych dzieciach gryzonie zdawały się nie robić wielkiego wrażenia. Niektórzy porzucali poszukiwania na parę minut i zabierali się za ich ściganie, kopiąc je czasem jak piłkę i śmiejąc z ich pisków.
Wszystko co wyszukali, znosili do jajcogłowych. To oni oceniali wartość każdego przedmiotu, decydując czy warto go zabierać. Jako jedyni, nosili plecaki do których pakowali najbardziej obiecującą zdobycz, by potem sprawdzić jej użyteczność. W wolnych chwilach przebierali ją dokładniej, odrzucając te które przy bliższej ocenie okazywały się uszkodzone.
Znali się na tym doskonale. Rozpoznawali części których Iwen nigdy na oczy nie widział, lecz wojownicy nie zawsze zgadzali się z ich werdyktem.
- To zwykły śmieć!
- A ja ci mówię że to jest coś warte!
To był Żimmy. Kłócił się z Lienem, jajcogłowym do którego był przydzielony. Głos Liena był dziwnie stanowczy, co zwróciło uwagę Iwena.
Wyprostował się i odwrócił. Stali kilka metrów od niego. Iwen rozpoznał tak surowo oceniony przedmiot. Znaleziona przez Żimmiego część wyglądała bardzo atrakcyjnie, wręcz niezwykle. Niczym artefakt obcych, pozbawiona ostrych krawędzi, zwijała się posplatanymi ze sobą spiralami i pierścieniami, wybijała wyrostkami na różne strony, pozbawiona jakiejkolwiek osi symetrii. Lecz wygląd był mylący. Iwen znał ten element i wiedział że nie przedstawia sobą wielkiej wartości. Żimmy nie dawał się o tym przekonać.
- Chyba mówię że to zwykły śmieć, nie? – Lien był wyraźnie zdenerwowany krytykowaniem swojej wiedzy i umiejętności – To rezonator pola, chwytasz? W środku nie ma niczego ciekawego. W dodatku jest uszkodzony.
Żimmy sapnął i odwrócił się, by odejść, podrzucając i łapiąc znaleziony przedmiot. Przeszedł kilka metrów, zamachnął się jakby chciał go wyrzucić, lecz zamiast tego odwrócił się i cisnął nim, starannie mierząc w łydkę Liena. Jeden z wyrostków przebił spodnie i utkwił w nodze, niczym rzep. Lien syknął z bólu i opadł na kolano.
- Ej, Żimmy! – dobiegł ich głos Arto. Kapitan stał na jednej z najwyższych hałd w okolicy, obserwując całe zdarzenie – Znajdź coś lepszego. Jeśli mówi nie to znaczy że nie. Od tego jest.
- On zawsze mówi nie! – odparł poirytowany Żimmy.
- Nie jego wina że masz pecha. Nie robisz tego dla sławy. Zostaw go i wracaj do szukania.
- Przepraszam, wszystkowiedzący jajcogłowcu – nim odszedł, wargi Żimmiego ułożyły się w lekki, ironiczny uśmieszek. Lien potoczył za nim złym spojrzeniem. Ostrożnie wyciągnął z nogi wbity przedmiot, podwinął nogawkę i zajął się zranieniem.
Iwen już odkrył że nie był jedyną osobą w grupie, za którą Żimmy nie przepadał. Nie lubił mądrzejszych czy zręczniejszych od siebie, gardził niższymi i słabszymi. Jeśli na tym miało polegać jego starszactwo to znajomość z nim musiała być trudna.
Spojrzał na kapitana, licząc że zrobi coś więcej, lecz Arto już zapomniał o całej sprawie. Wraz z Kerellem i Dertem, nie zajmował się przekopywaniem przez odpadki. Każdy z nich stał na szczycie innej hałdy, każdy z innej strony penetrowanej przez grupę doliny. Obserwowali okolicę i swoich zbieraczy. Towarzysząca temu czujność wiele mówiła o potencjalnym zagrożeniu.
Starając się o tym nie myśleć, Iwen rozejrzał się za czymś czym mógłby się zająć. Kilka metrów dalej zauważył dziurę w stoku hałdy. Korpus sporej maszyny wystawał częściowo ze zwałów otaczających ją zewsząd odpadków, tworząc jaskinię wystarczająco dużą by mógł się do niej wcisnąć. Wyglądała obiecująco, mimo to nikt się nią nie zainteresował.
Szukał czegoś co zwróci ich uwagę i potwierdzi jego spostrzegawczość. Jaskinia z obudowy maszyny była znakomitą okazją. Rozebrał w swoim życiu niejedno urządzenie. Wiedział że większość części jest standaryzowana. Znał się trochę na podzespołach – nie tak dobrze jak jajcogłowi, lecz o kosmos lepiej niż wojownicy. Dość by wydłubać coś cennego z wnętrza takiego wraku. Kucnął przy wejściu. Spróbował potrząsnąć krawędzią korpusu, sprawdzając jego stabilność. Trzymał się mocno, niemniej wślizgując się do środka zachował ostrożność, starając się nie naruszyć równowagi.
Wnętrze obudowy tonęło w półmroku. Blade światło z zewnątrz z początku zdało mu się niewystarczające, lecz po kilku minutach macania na ślepo zaczął dostrzegać kontury wewnętrznego szkieletu. Zabrał się za szukanie centralnej jednostki sterującej, sieci wewnętrznych przekaźników, łączy do sieci zewnętrznej i innych wartościowych drobiazgów. Każde urządzenie o takich rozmiarach zawierało w swoim wnętrzu sieć komunikujących się ze sobą podzespołów oraz organizujące ich pracę układy sztucznej inteligencji – o wiele cenniejsze niż proste elementy, znane z przedmiotów codziennego użytku.
Wydłubał kilka drobnych elementów z okolicy wejścia, ostrożnie obrócił się na plecy i wsunął głębiej, wypatrując panelu kontrolnego. Nie spodziewał się znaleźć procesora – te posiadała jedynie sieć. Wszystkie inne urządzenia kontrolowane były przez mikroprocesory – proste układy logiczne – lub bezpośrednio przez zdalne łącze do sieci. Wzrokiem odszukał niewielką skrzyneczkę z mózgiem urządzenia, jego motem oraz szeregiem modułów pamięci. Przysunął się bliżej i zaczął je wydłubywać, zaczynając od tych najcenniejszych.
Pracował tak kilka minut gdy coś chwyciło go za kostki u nóg i wyciągnęło na zewnątrz. Serce momentalnie podeszło mu do gardła. Odzyskiwacz! – pomyślał, lecz to był tylko Bebre.
- Nowy, czy próżnia mózg ci wyssała? – spytał z gniewem – Nie masz się gdzie pchać? Życie ci niemiłe? Chcesz żeby cię zgniotło?
- Spokojnie! Sprawdziłem, mocno się trzyma – Iwen puknął palcem w ściankę korpusu. Klęknął i wyprostował palce lewej dłoni – Widzisz? To znalazłem w środku. Jednostka centralna, moduły pamięci, przekaźniki... Na pewno warte więcej niż te wasze drobiazgi – wskazał kciukiem za siebie – To miejsce aż się prosi by je oczyścić!
- Połowa pewnie dobrze wysmażona. Z takich dużych pudeł dorośli sami wymontowywują wszystko co cenne, zanim je wywalą.
- Wymontowują – poprawił odruchowo. Bebre łypnął na niego z irytacją.
- A ty co, w nauczyciela się bawisz, czy w jajcogłowego?
- Przepraszam.
Bebre mógł mieć rację, lecz Iwen nie wierzył by spaliło się wszystko na raz. Przed nim nikt nie grzebał w korpusie. Większość z tych rzeczy musiała być sprawna. Już miał mu o tym powiedzieć, gdy poczuł wstrząsy. Najpierw lekkie, potem coraz mocniejsze. Mógł przysiąc że całe wysypisko zaczęło podskakiwać jak na tańcach. Wstrząsom towarzyszył szum i huk. Dochodził gdzieś z bliska, lecz był zbyt głośny by Iwenowi udało się go zlokalizować.
- Chodź! – Bebre złapał go za rękę i szarpnięciem postawił na nogi. Leżące luzem śmieci jedne po drugim poczęły zsuwać się po stoku hałdy. W dół ruszyła niewielka lawina lekkiego plastiku. Kilka małych przedmiotów odbiło się od nierówności hałdy, rozlatując się dookoła.
Odbiegli kilkanaście metrów. Kilka sekund później wszystko się uspokoiło, tylko gdzieniegdzie odpadki wciąż zsuwały się powoli w dół. Inni zbieracze także uciekli w stronę środka dolinki. Iwen rozwarł zaciśniętą odruchowo lewą dłoń. Niczego nie zgubił.
Bebre uniósł rękę, wskazując coś nad ich głowami. Kilka metrów pod sufitem, cicho bucząc induktorami, majestatycznie płynął przemysłowy kontener na odpadki, mieszczący do kilku ton złomu. Dolna klapa zamykała się powoli, wracając do pierwotnego położenia. Gdy znikał za hałdą, Iwen usłyszał szczęk magnetycznych zatrzasków.
- Nowa dostawa – podsumował Bebre – Takie rzeczy się tu zdarzają, cały czas.
- Gdzieś blisko – zauważył Iwen – Może tam coś znajdziemy.
- Dlatego się przenosimy – przytaknął Bebre – Prawdziwy dar losu! Musimy zdążyć nim...
Z tyłu, dokładnie zza ich pleców, dobiegł ich zgrzyt giętego plastiku i łoskot osuwających się śmieci. Odwrócili się. Obudowa maszyny, w której siedział ledwie dwie minuty temu, leżała przygnieciona obsuniętym stokiem hałdy, spłaszczona jej ciężarem niemal na kartkę.
- Oto dlaczego nie włazimy do każdej dziury, nieważne co jest w środku – powiedział Bebre – Pomyśl co by z tobą było gdybyś wciąż tam był. Nigdy nie wiesz kiedy co się obsunie.
- Ale... – spojrzał na garść zdobytych podzespołów.
Bebre pokręcił głową.
- Przez coś takiego możesz tu zostać na dobre, ale jak chcesz. Jeśli uważasz że garść elektroniki jest tego warta to możesz próbować dalej. To twoje życie.
Bebre miał rację. To niebezpieczna zabawa. Było warto, uznał, spoglądając na sprasowaną obudowę, lecz nie zamierzał tego powtarzać. Pozwolił sobie raz, tylko przez ignorancję.

Uber przyjął zdobycz w milczeniu, choć kiwnięciem głowy potwierdził swoje uznanie. Wśród kolekcji przetworników, filtrów, prostych przekaźników i modułów zasilania układy logiczne były nie lada trofeum – o ile były sprawne.
Całą grupą pośpiesznie przeszli do miejsca nowego zrzutu, gdzie czekały ich świeże, nietknięte przez nikogo części urządzeń. Miejsce było inne, inne było też zachowanie się grupy. Wszyscy gorączkowo zbierali wszystko co wpadło im w ręce, bez dokładnego oglądania. Nawet obserwatorzy byli jacyś nerwowi.
- Pośpiesz się! – popędził go Orfius – Bierz co ci się nawinie. Długo tu nie zostaniemy. Towar przejrzymy później. Znajdziesz coś ciekawego, to bierz i szukaj następnego.
Nie pytał o co chodzi. Pośpiech musiał mieć swoje uzasadnienie. Nie minęło wiele nim przekonał się jaka jest tego przyczyna.
Grupa rozsypała się po hałdzie, starając się jak najszybciej przeszukać jak największy obszar. Jak oni, Iwen pełzł niemal na czworakach, zajęty napychaniem kieszeni każdym wartym tego obiektem. Udzieliła mu się gorączka grupy; nie spostrzegł jak i kiedy znalazł się na krawędzi doliny, nie zauważył niczego aż do chwili gdy coś rzuciło się na niego znienacka.
Napaść była zbyt szybka, nie zdołał zareagować. Czyjeś ramię mocno pochwyciło go za ramiona i poderwało w górę, inne otoczyło szyję, ściskając do utraty tchu. Za późno zrozumiał gorączkę poszukiwań. Ktoś wepchnął mu do ust cuchnącą szmatę, by chwilę potem założyć nelsona, blokując ramiona i naciskając na kark. Nie zdołał nawet zawołać po pomoc, lecz nie musiał.
Obserwatorzy wciąż czuwali. W jego stronę poleciały kawałki plastiku. Jeden trafił go w czoło – był ciężki, uderzenie niemal go zamroczyło – lecz ochrypłe przekleństwa, jakie Iwen usłyszał nad uchem poświadczyły że większość trafiła we właściwy cel.
Uścisk zelżał. Iwen szarpnął się w dół, wysuwając ramiona. Natychmiast rzucił się do ucieczki. Biegnąc, odwrócił się i spojrzał na próbujących go łapać dorosłych – parę zarośniętych, nędznie ubranych i wychudzonych mężczyzn i pomarszczoną kobietę o wściekłym, niemal obłąkanym spojrzeniu, płonącym gniewem i żądzą zemsty za wdarcie się na ich terytorium. Nie taką stację znali na co dzień jej mieszkańcy.
- Piegus, uważaj! – usłyszał za sobą. Zrozumiał że nie on jeden był celem – lecz tylko on nie wiedział jak się zachować i tylko on był aż tak nieuważny.
Mimo gradu pocisków, napastnicy pobiegli za nim. Choć wystraszony, Iwen nie stracił głowy. Nie biegł długo. Próbował kluczyć między hałdami, gdy nagle coś złapało go za kostkę i mocno pociągnęło za sobą. Krzyknął cicho, padając jak długi twarzą na stos odpadków. Coś – lub ktoś – wciągało go za stertę śmieci. Bezskutecznie próbował kurczowo uchwycić palcami za cokolwiek co by go zatrzymało. Z naderwanym paznokciem, czując jak coś ostrego rozcina opuszkę jego palca, przestał robić za rozgarniarkę – i wtedy się zatrzymał.
Uniósł się na rękach, próbując przewrócić się na plecy. Jego głowa natychmiast została na powrót przygnieciona do śmieci. Zaraz potem coś przywaliło całe jego ciało.
- Siedź cicho! – rozkazało mu ciche syknięcie – Nie ruszaj się!
Mając brodę przyciśniętą do zgniecionego pudła, policzek oparty o szorstką plastikową płytę i nos rozpłaszczony na kawałku sztywnej, utrudniającej oddychanie grubej folii uniósł oczy by spojrzeć na osobę która przygniatała go do ziemi – czy jakkolwiek by to nazwał. Oddychając najciszej jak potrafił, mimo przyspieszonego oddechu, Dert obserwował miejsce w którym przechwycił kolegę. Piersią niemal wgniatał głowę Iwena w podłoże, trzymając ręce na jego ramionach. Jego ściągnięta napięciem twarz i skupione spojrzenie przypominały sokoła – jeden z nielicznych gatunków, który na Ziemi wciąż miał się dobrze – chwilę przed atakiem na zwierzynę. Jeden z nich, którego widział Iwen gdy, zaczajony na jaskółkę, zaatakował z parapetu okna, wyglądał dokładnie jak on – kłębek zmysłów, gotowy pociągnąć ciało do działania. Tym razem nie do ataku, lecz do ucieczki.
Leżeli tak ledwie chwilę – Dert, gotowy poderwać Iwena i ciągnąc go dalej, Iwen – z zaciśniętym gardłem gotowy dać się wlec jak najdalej stąd, obaj nieruchomi, choć zdyszani – gdy szelest roztrącanych śmieci oznajmił nadejście pogoni. Dorośli mignęli w wyrwie między kopcami, cisi i zwinni niczym projekcja. Gdy znikli, Dert uniósł wysoko głowę i znieruchomiał, milczący niczym posąg. Nozdrzami zdawał się węszyć towarzyszący napastnikom smród, o wiele intensywniejszy od aromatów wysypiska. Trwali tak, oddychając tak ostrożnie jak tylko byli w stanie, póki nie upewnili się że tamci byli już daleko. Byli bezpieczni – na razie.
Minęły minuty nim czujność Derta zaczęła opadać. Wreszcie poruszył się. Nacisk na ciało Iwena zelżał. Dert klepnął go w ramię, dając znać że może wstać. Iwen uniósł głowę i odetchnął.
- Dzięki – wysapał – Mogli mnie złapać.
- A mogli – odpowiedział z powagą Dert. Nagana w jego głosie była aż nazbyt czytelna – Co z tobą? Snujesz się jak załamana beksa w potrzebie. Na wysypisku ciała znikają na dobre, bez śladu. Nawet pluskwa nie pomoże. Z takiego jednego, co dał się złapać, po kilku rozjaśnieniach znaleziono tylko podgniłą rękę, uciętą przy barku, z pluskwą w środku. Reszty ciała nikt już nigdy nie zobaczył. I to nie jest kolejna, szkolna bajka dla młodszaków – dodał surowo.
Iwen wzdrygnął się, klękając. Przycisnął ręce do piersi. Nie byłby pierwszym który straciłby na wysypisku życie, ledwie za garść części z odzysku, wartą może kilka impulsów – cenę średniego obiadu. Sądząc po wyglądzie trójki odzyskiwaczy, dawno nie widzieli żadnego na oczy. Nawet tyle nie był tu wart, a jednak uczniowie przychodzili tu, mimo niebezpieczeństwa. Chociaż, przypomniał sobie zachowanie Derta, dla nich to może nie być tak wielkie ryzyko. Dert nie stracił głowy nawet na nanosekundę.
- Będę pamiętał – zapewnił gorąco – Dzięki i przepraszam.
- Gdybym pozwolił ci zniknąć, wszyscy mieliby kłopoty – drugi zastępca uśmiechnął się z wyższością – Nie zapominaj. Jesteś Nowy.
Jak mógłbym, pomyślał. Obiecał sobie solennie że nigdy więcej nie pozostanie sam w takim miejscu. Syknął cicho, sprawdzając jak mocno trzyma się resztka paznokcia, po czym oblizał krwawiący palec.
Dert odszedł w stronę jednej z hałd. Odruchowo, Iwen ruszył za nim, zauważając przy tym że nie idą do miejsca w którym jeszcze nie tak dawno grupa szabrowała odpadki. Kilka zakrętów między hałdami i już byli razem z towarzyszami.
- Zaraza, Nowy! – Kerell wyrósł przed nim jak spod śmieci, a może to Iwen wciąż był w szoku i nie zauważył jego nadejścia – Mówiliśmy ci byś uważał! Ależ z ciebie nowy!
- Zapomnieliście dodać że mam aż tak bardzo uważać – odparł.
- To nie oczywiste? Myślisz że byłoby dla nich problemem by skręcić ci kark, gdyby znaleźli przy tobie coś cennego?
Iwen wzruszył ramionami. Kerell machnął ręką i odszedł. Wzrok Iwena napotkał twarde i surowe spojrzenie kapitana. Tylko on tak potrafił – nic nie mówił, nie pokręcił nawet głową, lecz to było zbędne. Wyraz jego oczu sam w sobie był lepszą naganą niż słowa.
Od miejsca wpadki Iwena oddzielał ich szereg hałd. Na szczycie najbliższej i zarazem największej z nich rozpłaszczyło się kilku wojowników. Ostrożnie wychylając się przez krawędź, obserwowali wysypisko po drugiej stronie. Najciszej jak mógł, Iwen zaczął wspinać się w ich kierunku, a mimo to aż trzech odwróciło głowy, przykładając palce do ust.
Zdwajając wysiłek – i energię – doczołgał do nich niemal na opuszkach palców i czubkach stóp. Uniósł głowę i wyjrzał na drugą stronę. Teren roił się od odzyskiwaczy, zażarcie przeszukujących resztki i równie zażarcie bijących się o co cenniejsze znaleziska. Prawdziwe szczury wysypiska. Pośpiech jego towarzyszy był jak najbardziej uzasadniony. Tak samo jak ryzyko, sądząc po tym co udało mu się upchać po kieszeniach. Część pogubił podczas ucieczki, lecz reszta została. Jeśli taki wypad był niebezpieczny to wolał nie myśleć jak wygląda wyprawa do magazynów, o której ostatnio tak często rozmawiali wojownicy.
Lecz nawet wysypisko budziło w nim mniej strachu niż myśl o tym co następnym razem zrobi z nim starszak. Nie potrafił zapomnieć jego oczu.


Kolonie i Układ


- Panowie, tak dalej być nie może – twardo, stanowczo oświadczył Wilan, starając się by nie zabrzmiało to groźnie. Byli zgranym zespołem; przez myśl mu nie przyszło zamienić woli współpracy na żołnierską dyscyplinę. Mógłby, lecz po co?
- Panowie i panie – poprawił go kobiecy głos Susumi. Zawsze zapominał, a ona zawsze go poprawiała.
Nie zapomniał co powiedziała na temat strażnika który próbował go przesłuchać. Nie bała się mówić tego co myśli, nieważne czy zainteresowany to słyszał czy nie. Przelotnie zastanowił się jak może wyglądać ich dom i jak Susumi daje sobie z nim radę. Jej mąż także pracował. Był strażnikiem przy magazynie; łącznie mieli całkiem niezłe zarobki – oraz dwójkę dzieci. Poczuł dziwne ciepło gdy pomyślał że nie tylko było ich stać na dwójkę, lecz także na życie w dobrych warunkach. Nie byli tak majętni jak Wilan, lecz nie wiązała ich ulga. Widział w tym także wadę. W jego czasach matka w domu była niemal standardem. Czy dlatego, mimo ciężkich warunków życia i twardego prawa, społeczeństwo było spokojniejsze niż w czasach gdy ludziom żyło się lepiej? Otrząsnął się z tych myśli. Od zawsze przyprawiały go najwyżej o niepokój, nie dając żadnych odpowiedzi w zamian.
Siedzieli w małym lokalu, znajdującym się w połowie drogi między pasażerskim dokiem sekcji a stocznią. Odwiedzali go zarówno zmęczeni pracą pracownicy, jak i zabijający swój czas koloniści, oczekujący na przeładunek statku. Ich hotele były stąd o rzut skafandrem. Za dnia lokal świecił pustkami, zapełniał się dopiero pod wieczór, jak teraz. Pomyślał jak dawno tu nie był, zbyt zajęty statkiem by mieć czas choćby na tę odrobinę odprężenia.
Panował przyjemny półmrok. Gdzieś w tle płynęła cicha muzyka, z tych nowoczesnych, ostatnio modnych kawałków, nie drażniąca uszu, ale i nie usypiająca. Godzina była dość późna i gości nie było wielu. Ci którzy zostali rozmawiali między sobą cichym, charakterystycznym dla takich miejsc głosem, w godzinach szczytu wypełniającym lokal szmerem nieodróżnialnych, krzyżujących się dialogów. Automaty kręciły się jedynie sporadycznie. Rzadko kto zamawiał coś ponad torebkę napoju, którą potem wysysał powoli, w zamyśleniu, niemal z rytualnym namaszczeniem, zdawkowo prowadząc nic nie znaczące pogawędki z towarzyszami. Nic specjalnego. Robili to samo, tylko że ich było więcej i ich rozmowa miała swój cel. Zebrali się w piętnastu, najważniejszych pracowników poszczególnych podzespołów. Zsunęli razem kilka stołów i rozsiedli się dookoła. Wilan nie mógł nie dostrzec iż choć zaprosił Lerszena, ten się nie zjawił.
- Panowie i pani – poprawił się z uśmiechem – Bomba czy nie, trzeba zabrać się za pracę, na poważnie. To było dawno i nikomu nic się nie stało. Szef zdążył mnie już za to zjechać, jego zdążyli zjechać za to jego przełożeni i teraz wypadałoby abym ja zrobił z wami to samo – wlepili w niego swoje spojrzenia – Zagrozić zwolnieniem czy obcięciem pensji. Ale nie jestem szefem. Więc ostrzegam... Nie, uprzedzam. Ci z góry nie są zachwyceni naszą wydajnością.
- A kiedyś byli? – burknął ktoś niechętnie.
- Nigdy, to prawda. Ale ktoś tam sobie obliczył że nie wyrobimy się z czasem. I niech mnie wyssie przez śluzę jeśli to nie jest prawda. Co się z wami dzieje? – rozejrzał się po ich twarzach, zmęczonych tak jak jego. Ale zmęczenie nie miało tu nic do gadania – Kiedyś pracowaliście jak należy. Kiedyś byliśmy dobrym, zgranym zespołem. A teraz, kiedy nie stoję nad wami tak jak dawniej, wszystko zaczyna się sypać. Podobno jesteście odpowiedzialni.
- A nie jesteśmy? – odparł Hemul.
- Nie do końca – Wilan spojrzał na niego – Pamiętasz jak to było z modułami?
- A co miało być? Nie dowieźli...
- A dlaczego? – Hemul nie powiedział, więc dokończył za niego – Bo nie zauważyłeś że się kończą i nie zamówiłeś nowych. Bo nie nalegałeś wystarczająco mocno by jednak wysłali te moduły zanim nasze się skończyły. Tak, szef czepił się że siedzę i nic nie robię, ale nie jest głupi. Wiedział dlaczego siedzę. Nie zamierzam się usprawiedliwiać. Mogłem sobie znaleźć inne zajęcie, zrobić coś na jutro czy pojutrze – kilku przytaknęło – Ale każdy z nas powinien myśleć z wyprzedzeniem.
Wilan czuł się jak hipokryta. Sam nie przykładał się do pracy tak jak dawniej, od kiedy był zajęty swoimi własnymi sprawami, ale teraz postanowił to zmienić. Skoro ja potrafię przesunąć moje plany, zmienić rozkład zajęć tak, by je dopasować do harmonogramu montażu, to wy możecie tym bardziej. Nie zauważyłem by ktoś z was próbował zwiać i pracował nad tym między jednym a drugim podzespołem.
- Szef nie wydawał się aż tak przejęty jak ty – zauważył Rubio – Przesadzasz, Wil. To nie było na poważnie. Zwykłe ostrzeżenie...
- Jeśli myślisz że to nie na poważnie, to porozmawiamy jak cały zespół wyleci na ulicę – swobodnie używał ziemskiego slangu. O ile wiedział, wszyscy pracownicy pochodzili z dołu. Uznał to za ciekawe spostrzeżenie. Czy pochodzący ze stacji ludzie nie pracowali w stoczni? – Nie on podejmuje decyzje. Co więcej, może polecieć za nami. Nie od razu, ale wkrótce, sam to powiedział. Więc mu zależy. Jak masz wątpliwości, zobaczysz...
- Rozumiemy – ktoś zauważył – Wystarczy. Nie musisz nic więcej mówić.
- Myślałem, że nie muszę, ale Rikad przekonał mnie że się mylę. Nie uważacie co robicie! Buris, tobie ostatnio idzie wyjątkowo nieszczególnie.
Przeniósł wzrok na siedzącego obok, milczącego inżyniera. Wydawał się nie zwracać uwagi na rozmowę, słuchał jej jakby jednym uchem, nawet nie zajmując się swoim koktajlem. Buris był ostatnio jakiś zgaszony. To widział każdy, choć nie każdy się tym przejmował. Każdy miał ciężką pracę, lecz ten etap budowy był dla Burisa najgorszy. Miał wiele roboty przy panelach, a to potrafiło wyssać z człowieka wszystkie siły. Był po prostu przemęczony, co nie zmieniało faktu że jego praca szła straszliwie wolno. 
Fil też taki był, pomyślał nagle, kojarząc jego zachowanie. Nie, to tylko przypadek. Czy każdy, kto zaczynał zachowywać się dziwnie, był potencjalnym samobójcą lub uciekinierem? Na nieskończoną przestrzeń, ja chyba tak nie wyglądam?
Spojrzał na niego uważnie. Sam nie wiedział czego szukał w jego zachowaniu, chyba jakiegoś znaku, czegoś dziwnego. Lecz niczego takiego nie widział.
Buris ocknął się z zadumy. Spojrzał na Wilana, jakby nie rozumiał o czym mówi.
- Jak to, nieszczególnie?
- Zrobiłeś dopiero połowę zewnętrznej osłony – przypomniał – Przez ciebie automaty nie mogą w nocy dokończyć wierceń pod szyby dziobowe.
- Na przestrzeń, Wil, przecież zajmuję się tą wyssaną strukturą korytarzy! – odparł – Kazali mi zbadać czy powierzchnia zdąży się uformować podczas przelotu, czy też trzeba...
- To możesz zrobić zawsze – zauważył ktoś inny – A my tymczasem stoimy z robotą.
Wilan wyczekująco spojrzał na Burisa. Wszyscy czekali na odpowiedź.
- No dobra, dobra, zajmę się tym – Buris wzniósł rękę w geście winy.
- To nie wszystko. Sprawdziłem powłokę ochronną korytarzy. Jest dwa razy grubsza od zaplanowanej! Jeśli to tak zostanie, by zapewnić standardowe sztuczne ciążenie rdzeń będzie musiał generować czterokrotnie silniejsze pole od zaplanowanego. Pole stacji nawet tu jest dość mocne by się przebić, lecz cewki rdzenia, które dopiero co zamontowałem, nie podołają takiemu obciążeniu! Gdyby nie brak czasu, kazałbym skuć połowę tej warstwy. Cewki tym bardziej nie zdołam przebudować. Kolejna robota zwalona na kolonistów!
- Tak jest w dokumentach! – zaprotestował Buris – Sam sprawdź! To nie moja pomyłka, ja tylko robię swoje. Nie poprawiam błędów innych.
- Mogłeś się chociaż zastanowić po co taka powłoka przy tak słabym rdzeniu – Wilan zwrócił się ku reszcie zgromadzonych inżynierów – Musimy pracować całym zespołem, a nie tak że każdy odwala co musi i idzie do domu. Przestaliście przewidywać! Niech ci z góry mówią sobie, co chcą. Mogą wam kazać zająć się wystrojem wnętrza, ale wy w pierwszym rzędzie macie robić to co jest niezbędne by inni mogli zająć się swoją pracą. Jak ktoś wam powie że robicie źle, wtedy przyślijcie go do mnie, nawet jeśli będzie to centrala. Mam gdzieś to co oni chcą. To my robimy ten wyssany kadłub i to nasze dupska polecą, jak nie odcumuje na czas. Wyślijcie ich w gwiazdy i słuchajcie tylko mnie. Przewidujcie wszystko na dwa, trzy dni naprzód. Od dziś, zaczynacie pracę od spotkania ze mną. Ustalimy co kto ma robić i dlaczego. Jakby co, czujcie się zobowiązani do zwalania winy na mnie.
- Się zrobi, przywódco – zawołał wesoło Rubio i uniósł w górę swój worek
Wilan rozchmurzył się. Znał tych ludzi i potrafił ich rozruszać. A oni znali jego. Wiedzieli że niepowodzenie weźmie na siebie. Wiedzieli że w razie kłopotów szef mu pomoże, jeśli tylko zdoła. Osłaniali się wzajemnie.
- To tyle ze spraw oficjalnych – oświadczył – Nie jest tak źle byśmy nie dali rady. Póki co, ja stawiam – uśmiechnął się – Jeszcze mnie na to stać.

Przez dłuższą chwilę rozmawiali ze sobą o różnych drobiazgach. W końcu rozstawili stoły i rozeszli się do domu. Został sam. Powoli kończył sączyć lekkiego drinka. Załoga często odpoczywała tu po pracy. Pomyślał że przez swoje nadgodziny być może długo, bardzo długo nie będzie miał czasu by im towarzyszyć. Wymówka była doskonała. Opóźnienie – magiczne słowo dające mu czas na wszystko, lecz w razie kłopotów gwarantujące zwolnienie.
- Kłopoty w pracy, jak słyszę? – po drugiej stronie stolika przysiadł się niewysoki kolonista. Był lekko przy tuszy, lecz nie wyglądał na grubasa.
Koloniści często rozmawiali z miejscowymi. Wilan nie miał nic przeciwko, zwłaszcza dzisiaj. Zawsze był to jakiś powiew wolności, nowinki z zewnątrz, nie „sponsorowane” przez oficjalną demagogię rządowych mediów. A to, co mówiły media niezależne, z czego nie wszyscy zdawali sobie sprawę, też nie było do końca wolne od cenzury. Owszem, istniały kanały wolnych wiadomości, gdzie każdy pisał co chciał i którędy wiele informacji przedostawało się do wiadomości publicznej, lecz Wilan, jak wielu zwykłych ludzi, rzadko kiedy podłączał się do tego rodzaju informacji. Trzeba było poświęcić sporo czasu by wyłapać z tego chaosu śmieci jakieś użyteczne informacje. Co więcej, nie istniała gwarancja iż te najbardziej niepożądane informacje nie zostają usunięte z sieci, wraz z autorami, lub czy inne nie są podłożone. W domyśle – jeśli jakaś sensacyjna wiadomość wciąż jest osiągalna, jest nieprawdziwa. W praktyce nikt nie wiedział czemu ufać, ani kiedy jest oszukiwany. Wolał pozostać przy łatwo podanych i lekkostrawnych ogólnodostępnych wiadomościach.
O ile to naprawdę był kolonista, ostrzegł się w myślach. Kosa i Protektorzy czasami robiły paskudne sztuczki. Ta nie byłaby najpaskudniejsza, nawet nie byłaby paskudna, wręcz prostacka. Zaczął sobie przypominać czy ostatnio nie powiedział czegoś co zwróciłoby na niego uwagę Korpusu czy Agencji. Zresztą, byle dziecko potrafiło odróżnić Kosiarza czy Protektora od prawdziwego kolonisty. Tam, na zewnątrz, żyło się zupełnie inaczej.
- Praca to kłopoty – zauważył – Jedno jest synonimem drugiego.
- A, ale u was awaria nie naraża życia całej załogi. Zawsze można wszystko wyłączyć, rozebrać, złożyć jeszcze raz i spróbować ponownie. Macie na to czas.
- Prawda.
- Dawt – kolonista podał rękę przez stół – Dawt Segert.
- Wilan Waspers.
Wymienili uścisk dłoni. Uścisk Dawta bynajmniej nie był słabym, zwyczajowym dotknięciem; był mocny, szczery i serdeczny. Takie rzeczy też można udawać, pomyślał. Oczywiście, jeśli zapytam czy jest agentem, roześmieje się i zaprzeczy. Zyskam tyle że będzie ostrzeżony iż mu nie ufam...
Przyjrzał się uważniej swojemu rozmówcy, szukając mogących coś zdradzić detali. Był w przepisowym kombinezonie kolonisty, które ułatwiały komputerowi i Korpusowi odróżnić ich od zwykłych mieszkańców. Dawt nosił go w wyraźnie lekceważący sposób, wręcz z pogardą, jakby mówił że skoro już obsługa stacji chce by w nim chodził, to niech zapomni o tym że będzie go nosił jak należy. Jak większość astronautów, nie zawracał sobie głowy przepisami, zwłaszcza wewnątrzukładowymi.
Od razu zauważył naszywki technika gwiazdolotu pierwszej kategorii. Nieźle. Ciekawe czy agent miałby czas i na studia, i na szkolenie w służbach wywiadu. Tylko jakie studia mógłby odebrać kolonista? Chociaż... Z twarzy Dawt mógł mieć jakieś sześćdziesiąt lat. Zakładając że jest tym za kogo się podaje i pracuje jako astronauta od dwudziestego, dwudziestego piątego roku życia, urodził się jakieś dwieście ziemskich lat temu. Przodkowie Wilana, których imion nie znał już nawet jego dziadek, chodzili wtedy dopiero do szkoły. Uroki relatywistyki... Czy raczej klątwa? Sprawa była dość względna.
- Musisz być chodzącą historią – zagadnął – Musiałeś wiele podróżować. Ile razy byłeś w Układzie? Ciekaw jestem jak to wyglądało dawniej.
- W Układzie? – Dawt zachichotał – Chyba cię rozczaruję. Jestem tu po raz pierwszy. Jak dotąd, błądziłem po Peryferiach, a raczej tym co było nimi wiek czy dwa temu. Coraz mniej tam roboty, więc przestawiłem się na usługi transportowe. Statek to statek, nieważne czy transportowiec, okręt wojenny czy jedno z tych małych, ruchomych laboratoriów zwiadowczych. Części są zawsze te same.
- Służyłeś na okręcie wojennym? – Wilan szczerze się zdziwił.
- Skądże znowu! – Dawt zaprzeczył ze zdumieniem. Wyglądało to bardzo przekonywująco –Przecież jestem cywilem, i do tego kolonistą. Tak tylko powiedziałem. Prędzej kapitan wysadziłby swój drogocenny okręt niż wpuściłby mnie na jego pokład – pochylił się do przodu – Flota wciąż ma na tym punkcie fioła – szepnął cicho – To się nie zmieniło od kiedy opuściłem dom.
Wilan uśmiechnął się. Wiedział jak bardzo pomylona potrafi być Flota. I jak bardzo zdecydowana w osiąganiu celu, dodał, przypominając sobie akademie. Uśmiech zniknął.
- Skoro to twój pierwszy raz, to jako gospodarz muszę postawić ci napój.
Dawt znowu się zaśmiał, bez cienia złośliwości. 
- Ty, mi? Przepraszam, bardzo przepraszam, ale... Bez obrazy, Wilan, ile ty zarabiasz? Zrozum, chłopie. Jestem astronautą. Zarabiam więcej niż możesz sobie wyobrazić. Przewożę złom i ziemię, za to sprzedałem swoje życie, rodzinę, dom i całą resztę. Płacą mi za to w przeliczeniu na czas rzeczywisty, zgodnie z przepisami jedynego związku zawodowego jaki jeszcze ma coś do powiedzenia na tych światach.
Wilan nie poczuł się urażony. Dawt miał rację. Astronauci zarabiali krocie; chyba tylko Rząd zarabiał więcej. I miał rację co do związku. Co nieco o tym słyszał. Zwykły, szeregowy astronauta niewiele o tym wiedział, lecz znaczna większość kapitanów cywilnych jednostek pamiętała iż strajk generalny oznaczałby upadek Rządu, za cenę chaosu, nędzy i śmierci miliardów kolonistów na większości planet. Stanąłby cały transport, opóźnienia dostaw na Peryferia szłyby w dziesiątki lat! Mieli władzę, lecz mieli także płynącą z Dekady Strachu świadomość iż gdy raz tej władzy nadużyją, wtedy Flota zacznie stopniowo przygotowywać się do przejęcia ich roli. Jeśli nie spróbowała tego dotychczas to tylko z obawy że astronauci poznają do czego zmierza i natychmiast zareagują. Tylko silna pozycja gwarantowała nietykalność cywilnym gwiazdolotom, lecz by ją utrzymać, kapitanowie musieli grać według reguł. Mieli na nie ogromny wpływ lecz, ostatecznie, nie oni je ustanawiali.
Nie umknęło jego uwagi to jak Dawt nazwał towary i rudę. To był żargon kolonistów. Tej wymowy, żartobliwej, pogardliwej, a jednak z odcieniem dumy, nie dałoby się wpoić komuś kto całe lata żył w Układzie. Dawt wypowiedział to płynnie, bez tej krótkiej pauzy, potrzebnej na świadome dobranie intonacji głosu i właściwych słów.
- W porządku, Dawt, Nie jestem obrażony, jednak mówię o napoju, nie o domu na tropikalnej wenusjańskiej plaży. To tradycja, powitanie na Ziemi, domu całego naszego pokręconego gatunku.
- A, jeśli tak... Niech ci będzie. Dzięki. Najwyżej będę ci jeden dłużny, choć bardzo tego nie lubię. Rozumiesz... w moim zawodzie... trudno na czas spłacać długi.
- Rozumiem – potwierdził. Kilka miesięcy podróży Dawta i mało kto cokolwiek pamiętał. Mało kto wciąż żył gdy wracał – jeśli wracał.
Wcisnął kilka przycisków na środku blatu stolika, zamawiając koleją torebkę. System sam połączył się z jego identyfikatorem i pobrał impulsy. Dawt wybrał coś dla siebie. Wilan nie mógł nie zauważyć, że nie zamówił niczego drogiego. Automat w ciszy dostarczył zamówienie i odleciał, znikając w tym samym otworze ściany z którego się wynurzył.
Chwilę w milczeniu delektowali się powoli sączoną zawartością torebek. Wilan zastanawiał się jak to jest, pewnego dnia zdecydować się na opuszczenie domu, wiedząc że po powrocie cała planeta będzie zupełnie inna. To jakby wejść do jakiegoś zwariowanego wehikułu czasu i przesunąć dźwignię o kilka, kilkanaście, kilkaset lat do przodu. Jak czuli się z tym Tułacze, gdy zaczynali swoje wędrówki pięćset czy sześćset lat temu? Prawie połowa z nich wciąż jeszcze żyła, wciąż podróżowała...
- Dawt, gdy wyruszałeś w kosmos... nie miałeś nic przeciwko pozostawieniu wszystkiego za sobą?
Dawt odrobinę spoważniał. Może spytał o zbyt osobiste rzeczy?
- Hej! Myślisz że gdybym był tam szczęśliwy, to zostałbym astronautą?
- Pewnie nie. Przepraszam że spytałem.
- A, nie szkodzi. Wy tutaj jesteście ciekawi tego co na zewnątrz, a mnie interesuje Układ – ze zdziwieniem wskazał kciukiem za siebie – Czy wiesz że gdy wychodzę na górną promenadę, codziennie widzę więcej ludzi naraz niż widziałem ich przez całe życie? Ależ u was tłok!
- Więc to prawda? Kolonie są aż tak małe?
- Zależy które. Ja pochodzę z małej dziury, zaludnionej przez minimum mieszkańców. Raptem dziesięć tysięcy ludzi, tylu ich było gdy opuszczałem kolonię. Rodzice skusili się na tani sprzęt z Ziemi, a kilku marzycieli miało wizję nowego ładu. Zwykła głupota. Dawniej bodajże nazywano takich utopistami. Nie wiem jak im z tym ładem poszło, nic mnie tam specjalnie nie trzymało, więc zwiałem jak mogłem najszybciej. Nie było tam nawet porządnej szkoły, a ja chciałem się czegoś nauczyć, coś osiągnąć. Nie to żeby mi się to udało – popukał palcem w naszywkę – Ale nauczyłem się tego i owego, no i widziałem co nieco.
- Co nieco? – Wilana przeszył dreszczyk emocji – Widziałeś artefakty Obcych?
- Artefakty? – Dawt się uśmiechnął i lekko uderzył dłonią w blat stołu – Nie, Wilan, nie tylko artefakty, całe miasta! Pamiętam tę euforię z Obcymi. Wtedy już wygasała, lecz wciąż było wiele do zobaczenia, coś nowego do zabrania. Nie to co teraz.
Nie to co teraz? Wystarczyło się rozejrzeć by zauważyć że niemal wszystko zawdzięczają badaniom nad technologią Obcych. Nie tylko tak oczywiste rzeczy jak emiter, reaktor czy komora zero-inercji, ale nawet drobiazgi, jak zatrzask molekularny – złącze, jak mówili inni – czy powszechna, zaawansowana elektronika. Mówiono „elektronika” z przyzwyczajenia, choć naprawdę nie chodziło o przepływ elektronów – takie urządzenia istniały już tylko w muzeum, nie uczono o nich nawet w szkole – lecz fotonów. Kiedyś próbowano zmienić nazwę na obwody świetlne, fotonikę czy optoelektronikę – z równym skutkiem.
Albo taki dyfuzytor – tak samo, technologia Obcych. Był pierwszym skopiowanym przez ludzi urządzeniem tego typu. Zmuszał cząsteczki do dyfundowania między warstwami materii, stapiając je ze sobą lub roztapiając wszystko na jednolitą masę, zależnie od siły działania. Nie radził sobie z ich rozdzieleniem, lecz gdy ludzie zrozumieli zasadę działania dyfuzytora odkryli że Obcy znali także jej rozwinięcie – technologię złącza molekularnego. Ją także skopiowali. Nauczyli się tak konstruować molekuły i tak nimi manipulować by przełączać je ze stanu trwałości włókna molekularnego – wiązki długich nawet na kilometry pojedynczych cząsteczek – do takiego w którym atomy zwalniały łączące je wiązania. To nic że naukowcy wciąż nie potrafili zadowalająco wytłumaczyć jak to wszystko działało – jedno odkrycie było punktem wyjścia do kolejnych, a to, co już odkryli, udoskonalali na własną rękę – o ile było to możliwe.
- Opowiadaj co widziałeś – zachęcił Dawta – Chętnie posłucham, jeśli masz czas.
- Mam go jeszcze trochę – Dawt rzucił okiem na zegarek – Ale nie widziałem wiele. Byłem technikiem pokładowym w dwóch ekspedycjach na światy gatunku Zwycięzców, czy, jak wolą naukowcy, Kaskarenów.
- Też widziałem miasta, na projekcjach – Wilan nie chciał wyjść na kompletnego ignoranta – Raz nawet w WIR-ze, na studiach. To na pewno nie to samo...
- Oczywiście że to nie to samo! Możesz oglądać tysiące projekcji, możesz na godziny zapuszczać się w WIR i przechadzać między wirtualnymi budynkami, ale kiedy naprawdę znajdziesz się między nimi... – pochylił się, złapał go lekko za ramię i spojrzał w oczy. Ściszył głos – Wtedy, mój ziemski przyjacielu, możesz przysiąc że dusze Obcych wciąż przechadzają się między swoimi przedziwnymi domami. Symulacja symulacją, ale wierz mi, żadna nie oddaje ducha takiego miejsca. Czasami ich aparatura wciąż działa, automaty podtrzymują istnienie walącego się miasta, lecz wszystko jest wysterylizowane, martwe. Nie ma tam nic, nawet bakterii, tylko wiatr, ruiny, maszyny i my, ludzie...
Dawt cofnął się i pogrążył w zadumie. Wilana przeszył dziwny dreszczyk mistycznego niepokoju. Przed oczami stanęły mu puste, na wpół rozpadające się gmachy o kształtach których nie wymyśliłby nawet najbardziej nienormalny z nienormalnych ziemskich architektów. Lecz nie dla ludzkich potrzeb zostały wzniesione...
Łatwo udzielił mu się dziwny nastrój opowieści. Kolejna rzecz która istniała już tylko wśród kolonistów. Na Ziemi panowały twardy materializm i realizm. Układowcy zbyt wiele wiedzieli i, jak się domyślał, zbyt niewiele widzieli aby dać się ponieść wierze, przeczuciu czy religii. Jedyne religie jakie jeszcze istniały, jedyne formy wiary w cokolwiek, źródło opowiastek i legend o niezbadanym, znajdowało się poza granicami Układu i nawet tam powoli zanikało, w miarę jak światło nauki rozwiewało kolejne mgły tajemnicy. 
- Jak to się stało? – zapytał po długiej, bardzo długiej chwili.
- Kto to wie... Była wojna, a na wojnie mogło się zdarzyć wszystko. Wielki kosmos wie jakich broni używali przeciwko sobie. Może za kolejne sześćset lat naukowcy zdołają to rozgryźć. Nie, na pewno rozgryzą! To tylko kwestia czasu. Flota i rząd niewiele o tym mówią... nie, nie kłamią, po prostu unikają tego tematu... Lecz podobno mamy już tyle nieuszkodzonych statków Kaskarenów że moglibyśmy stworzyć z nich drugą Flotę, potężniejszą i tańszą w utrzymaniu... gdybyśmy tylko wiedzieli jak je uruchomić.
Wilan zatrzymał się na tej myśli. Dla niego wiedza o Obcych była tylko sensacją, lecz dla wielu badanie ruin było rutyną. Zwykłą niezwykłą codzienną pracą, jak ta w stoczni. Patrzył na nią jak na harówkę, gdy dla wielu planetarian budowa gwiazdolotu była niczym kopanie tunelu w więzieniu.
- Czy to aż takie trudne? – spytał – Przecież Przegrani byli niemal tacy jak my.
- A, byli – przytaknął Dawt – Tylko że jako przegnani, nic po sobie nie zostawili. Zwycięzcy się dobrze o to postarali. Większość artefaktów to pozostałości po Kaskarenach, a oni nie byli nawet humanoidami. Ich kończyny, do czegokolwiek służyły, nie kojarzą nam się z niczym. Myśleli inaczej niż my. My szufladkujemy wszystko, składamy do kupy fakty, analizujemy je, porządkujemy, wyobrażamy sobie... Obcy, ci Obcy, tak nie robili. Oni myśleli... Nielinearnie, wielowątkowo, tak mówią naukowcy, ale oni też tylko zgadują. My potrafimy skupić się tylko na jednym łańcuchu zdarzeń jednocześnie, oni mogli podobno analizować na raz kilka możliwości, w równoległych ośrodkach swoich mózgów, dopasowując przyczynę do skutku. To ma tłumaczyć ich smykałkę do nauki. Ha! Wyobrażasz to sobie? Kto ich tam wie, może oni czuli wiedzę, jak my emocje? Niech tam! Naukowcy dziś twierdzą to, za rok będą mówić co innego. Po prawdzie, nie wiemy co myśli zwykły kot, jeśli coś sobie myśli, a co dopiero mówić o martwym od wieków Obcym! Jak mamy ich rozumieć skoro nie rozumiemy nawet zasady działania ich sieci energetycznej?
- Tak czy inaczej, sporo się od nich nauczyliśmy.
- Bah! To tylko jądro komety. Nic nie potrafimy zrobić z tą technologią, poza wyłączaniem wciąż aktywnych systemów obronnych, i to tylko przez odcięcie źródła zasilania, gdy dopisze nam szczęście i zdołamy je odnaleźć. Nawet nie wiemy co wytwarza napędzającą je energię! No, czasami udaje się naukowcom włączyć jakieś drobiazgi, ale to wciąż zgadywanka. Nie wiemy nawet jak dokładnie podróżowali między gwiazdami.
To było mniej więcej to co mówiono w Układzie. Opowieści Dawta były bardziej szczegółowe od tego o czym szeptano naokoło i wydawały się pochodzić ze znacznie pewniejszych źródeł, ale wciąż było tego niewiele.
- Z tego co wiem, szybciej niż światło. Tylko dlatego wiemy, że to naprawdę możliwe.
- A, teraz mówisz o wraperach – Dawt się ożywił – Marzenie każdego astronauty, w tym i mnie, oczywiście – wyciągnął ręce, tworząc z nich opisywane kształty – Cudowna para pierścieni, ustawionych w poprzek osi statku, która zamieniłaby dwuletnią męczarnię w paromiesięczną wycieczkę. Niewiele o nich wiadomo, poza tym że są na każdym statku i że nie ma nic innego co przypominałoby układy napędowe Obcych. Tylko dlatego wierzymy że służą do podróżowania między gwiazdami, choć osobiście nie zdziwiłbym się gdyby okazały się jakimś rodzajem radia, bardziej zaawansowanego niż konwertery tachionowe. Owszem, Obcy wykorzystywali tachiony do rozmów międzygwiezdnych. Pierwszy konwerter, i to działający, został odkryty w ruinach bazy Przegranych, na pierwszym należącym do nich świecie który zbadaliśmy, ale na kosmos, konwerter nie działa w podświetlnej!
- Jeśli szacunkowa ocena prędkości statków Obcych jest słuszna, mogli nie potrzebować łączności ze statkami – zauważył Wilan.
- Wciąż potrzebowaliby kilku miesięcy na przebycie parseka! – Dawt rozłożył ręce – Byłą wojna, a na wojnie... Musieli jakoś dowodzić flotami, nawet tymi w ruchu. Musieli mieć coś lepszego niż tachiony, ale naukowcy twierdzą że pierścienie to napęd, więc pozostaje wierzyć że wiedzą co mówią. Nawet budowa naszych emiterów opiera się na laserach Obcych, choć, przestrzeń mi świadkiem, nie wierzę by służyły im do walki. Rząd trzyma wszystko w tajemnicy, ale z moich pierwszych wypraw wiem jedno – o wraperach możemy najwyżej pomarzyć. Reaktor słoneczny to dobra rzecz, ale do tego by rozciągać i skracać przestrzeń potrzeba czegoś znacznie potężniejszego. Dla Obcych były one ledwie zasilaniem awaryjnym, podczas gdy nasza cywilizacja całkowicie się na nich opiera. 
- Więc naprawdę używali reaktorów antymaterii?
- Tak myślą wszyscy! – Dawt wycelował w niego palcem – Ale to nie jest prawdziwy problem. Weź tu zdobądź antymaterię! Skąd ją brać, w takich ilościach? Wierzymy że do jej stworzenia potrzebny jest generator o jeszcze większej mocy, jeszcze wydajniejszy niż anihilacja, wyobrażasz to sobie? Rdzeń z antymaterii to jakby akumulator, który trzeba naładować, czyli... stworzyć. Jakby tego było mało, pozostaje kwestia kontroli i transportu takiego paliwa. To nie kostka lodu, którą można przerzucać jak zwykłą asteroidę...
- Sam mówiłeś że większość aparatury Obcych wciąż działa – przypomniał.
- A! Działa, działa. Ale ja widziałem coś, o czym pewnie nie słyszałeś. Widziałem Solisję.
- Solisję?– Wilan wiedział tylko że wiązało się to z czymś co miało miejsce zanim się urodził. 
- Och, to było może ze sto lat temu. Takich rzeczy się nie rozgłasza. Po co straszyć ludzi? Solisja była małą, przytulną kolonią naukową, w pobliżu czegoś co uznano za kompleks przemysłowy. I była miła i przytulna, do czasu gdy spróbowano tam rozpracowywać obcą technologię syntezy antymaterii. Teraz jest to bardzo nieprzyjemnie wyglądająca dziura, o głębokości może pięciuset kilometrów. Jedna czwarta planety zwyczajnie wyparowała, a reszta omal nie pękła na trzy części. Takiej dziury nie ma nigdzie, w całym znanym nam Wszechświecie, a to znaczy że Obcy nie popełniali takich błędów. Każdy jeden ślad anihilacji jaki znamy stworzyliśmy my sami! Naukowcy prowadzili badania z orbity, lecz w niczym im to nie pomogło. Równie dobrze mogliby zostać na powierzchni.
- Aż tak źle z badaniami?
- Gorzej niż myślisz. My po prostu nie wiemy jak się za to zabrać. Potrafimy wyprodukować gramy antymaterii w akceleratorach, lecz Obcy nie tak się do tego zabierali. Ich metoda była tańsza i bardziej... hurtowa. Nie wierzę aby Flocie zależało na paliwie do reaktorów Obcych, do tego jeszcze za długa droga. Może jakieś rakiety, czy miotacz masy na antymaterię... To by dopiero była broń!
- Już dawni piraci potrafili wydobyć rdzeń ze znalezionego statku Obcych i skutecznie użyć go jako torpedy – przypomniał – pomimo tego że od czasu do czasu któryś wybuchał im w ładowni. Flota robi dziś to samo, z tą różnicą że wiedzą jak taki rdzeń zabezpieczyć.
- Ale miotacz antymaterii nie wysyłałby jednego pocisku, lecz tysiące! Można by tym zniszczyć całą planetę, może nawet gwiazdę! Lecz zapasy rdzeni się kończą, a nowych nie widać. Teraz badania zastąpiono symulacjami na samoświadomym komputerze w Sodomii, lecz nawet on niewiele jest w stanie wymyślić. Pomyśl tylko co jeszcze pozostaje do odkrycia... Obcy mieli taką broń, a mimo to nie niszczyli planet. Nie w taki sposób.
Sodomii? Wilan nie od razu skojarzył nazwę. Wpierw myślał że to jeden z wielu tajnych ośrodków badawczych Floty, lecz przypomniał sobie że niektórzy koloniści nazywali tak stację orbitalną nad Demeter, samotną planetą, jedyną znana ludziom na której istniało życie inne niż ziemskie. Stacja była jednocześnie badaniem miejscowego ramenu – tak naukowcy nazywali obce ekosystemy i formy życia z nich pochodzące – oraz wielki ośrodek rozrywki i dom starców dla milionerów i polityków z Ziemi. Dzięki największemu komputerowi ludzkości i zaawansowanym technologiom WIR żadna, nawet najbardziej perwersyjna zachcianka, nie mogła zostać niespełniona na Sodomii, a i sam ramen był niezwykle cenny.
Mówiło się że kiedyś w znanej obecnie przestrzeni istniało ich aż dziesięć, lecz z wojny Obcych ocalały tylko dwa rameny – terrański i demeteriański. Obcy okazali się niezwykle skuteczni. Wiadomo było jak dokonali swoich zniszczeń Zwycięzcy. Zagadką pozostawało, jak Przegrani odpłacili im zza grobu za zwycięstwo.
- Może nie chcieli ich niszczyć? Może każda strona do końca wierzyła że zwycięży i...
- A może znali sposób jak się przed tym bronić? Skoro kontrolowali produkcję czegoś takiego, w taki sposób, w jaki my nie potrafimy... Próżnia ich wie.
Dawt znowu się zamyślił. Astronauci już tak mieli. Nadmiar wolnego czasu sprzyjał każdemu sposobowi na jego zabicie.
- Sporo widziałeś, Dawt.
- Nie tak dużo jak myślisz. Szczęśliwie, wszystko zawsze szło według planu i nigdy nie musieliśmy korzystać z kapsuł. Dopiero tutaj okazało się że są jakieś problemy z naszym dokiem i wisimy tak sobie, razem z naszą skałą... statkiem, znaczy, między jedną stacją a drugą. Mi tam wszystko jedno – przeciągnął się i rozprostował palce – Nikt z nas nie ma nic przeciwko prawdziwej rozrywce – mrugnął okiem – więc wyrwaliśmy się promem na kilka dni. Przez kilka lat nic tylko robota, seks, WIR i przede wszystkim okropna nuda – zaśmiał się do siebie – Jestem gwiaździście bogaty, ale i tak za mało mi za to płacą. Nawet w więzieniu mają bardziej ciekawą pracę.
- Faktycznie, wygląda to na niezłe tortury – chłodno zauważył Wilan. Dawt łypnął na niego, niepewny czy to ironia, czy przyznanie racji – Jakbyś tam był, na pewno zmieniłbyś zdanie.
- Czasami nie jestem tego pewien. Astronautyka to jedno wielkie zabijanie czasu i nudy. Nikt nie wymyślił na to skutecznego sposobu, nic co działałoby dłużej niż miesiąc. Potem zaczynasz chodzić po ścianach, byle by tylko coś zaczęło się dziać, ale się nie dzieje. Nawet zabawa w zwyczajne życie staje się nudna. By działało, musiałbym zapomnieć kim naprawdę jestem, że to tylko gra, a tak się nie da. Kilku próbowało i... Nieważne, to temat tak samo nudny jak praca – Dawt oparł łokcie na blacie stołu, zbliżył dłonie i zetknął ze sobą czubki palców. Popatrzył na Wilana z ciekawością, bez charakterystycznej protektorskiej przenikliwości – Mówiłeś że jesteś technikiem. Czym się zajmujesz, jeśli mogę spytać? Nie, nie musisz mówić, to może być jakaś tajemnica Floty, ale jeśli pracujesz w stoczni... Wiesz, siedzę tu już dwie wasze doby. Rozmawiałem z wieloma osobami i wiem że tylko stoczniowcy tu przychodzą. Tylko oni i my, lecz ciebie nie widziałem ani razu. Kolonistą nie jesteś, ale gadałeś z tamtymi jakbyś ich dobrze znał – wskazał kciukiem na drzwi.
Wilan uśmiechnął się. Czas na jego opowieść. Cóż, nie będzie ani długa ani ciekawa, i na pewno nie o tym co robi po godzinach. Czuł się swobodnie w towarzystwie Dawta, lecz wciąż uważał na to, co mówił.
- Też jestem stoczniowcem, ale takim co nie ma czasu na bar. Zasuwam jak holownik.
Jeśli Dawt nadstawił uszu to niczego nie dał po sobie poznać. Dalej siedział, a właściwie leżał rozłożony na krześle, wyciągnięty na nim pod stołem niczym na fotelu gwiazdolotu.
- A. Więc też budujesz skały, jak tamci. A ja je naprawiam. Zawsze myślałem że to podobna robota. Powiedz, w czym się specjalizujesz?
- Ogólnie, znam się na wszystkim – stwierdził niedbale – Jestem koordynatorem, takim szefem produkcji, ale montuję też układy przenoszenia plazmy i inne podobne rzeczy.
- A niech mnie, jeśli nie jest to najważniejsza robota ze wszystkiego – Dawt pokiwał głową – Zajmujesz się kanałami, tak? I cewką? Też czasem wymieniam to i owo i nie wydaje mi się to aż tak trudne. Kilka razy musiałem włazić do du... e... cewki, po waszemu – poklepał się po lekko wydatnym brzuchu – Nie było to najłatwiejsze, ale dało się zrobić.
- Wymiana modułów jest o wiele prostsza niż ich montaż – odpowiedział. Dawt sądził że skoro jest technikiem pierwszego stopnia to o montażu elementów wie wszystko. Jakże irytujące – Z naprawą nie ma to wiele wspólnego.
- Ja to nie ma? Są złącza molekularne, nie? Łączysz je i po kłopocie!
- Dawt, wiele widziałeś, ale nigdy nie byłeś w stoczni. Mam rację?
- No... Pewnie. Jako kolonista, u was nie miałbym uprawnień, a na koloniach stocznie to tylko małe skrzynki, gdzie z małych asteroidów skleca się kosmoloty...
- Więc pozwól mi wyjaśnić – Wilan także oparł łokcie o blat stołu – Gdy reszta pierścienia jest już na miejscu, wyjęty element sam dopasuje się do struktury zaczepów, jak tylko przejedziesz po nim kluczem. Musi, bo moduł ma tylko tyle miejsca ile dają mu go sąsiednie elementy. Ale weź spróbuj zrobić kilkukilometrową cewkę, składając ją z kawałeczków rozmiarów łokcia, to wtedy poznasz co to znaczy ciężka praca konstrukcyjna. Siedzisz w ciasnocie całe godziny i próbujesz dopasować do siebie molekuły modułów, aby induktory łączyły się z induktorami, a nie z przewodami elektromagnesów. Tam nic nie wpada prosto w dziurę. Tam najpierw musisz zrobić dziurę, i liczyć że znalazła się tam, gdzie powinna być. Inaczej musisz wszystko powtarzać.
Postanowił mu utrzeć nosa. Co taki byle technik, nawet pierwszej kategorii, może o tym wiedzieć? Jedynie wymieniał elementy, starczyło przesunąć kluczem i było po robocie. 
- Też niby prawda – Dawt splótł dłonie na brzuchu i skinął głową – Przepraszam. Bez gotowego wzorca, składając wszystko z modułów, w ciasnym tunelu, człowiek może dostać kręćka. Pewnie siedziałeś w sumie dłużej wewnątrz rdzenia niż moje stopy dotykały twardej powierzchni wszystkich planet na jakich byłem. Robicie to wszystko ręcznie, prawda? 
- Tak jest taniej – Wilan przytaknął – Ale nie łatwiej.
Mimo wszystko, był w stanie polubić tego pewnego siebie człowieczka. Obaj wiedzieli że maszyna zrobiłaby to szybciej i dokładniej. Kilka godzin i cewka byłaby kompletna, a dla niego i tak pozostałoby dość pracy by nie poczuł się zagrożony zwolnieniem. Tyle że statek robiło się miesiącami, a nikt nie będzie budował maszyny za miliony impulsów by pracowała kilka godzin rocznie. Ludzka praca kosztowała znacznie mniej. 
Tylko dlatego maszyny nie wygrały jeszcze z ludźmi, pomyślał. No, może także dlatego że mimo wszystko też popełniają błędy. Niewiele, lecz zawsze. To się nie zmieni nigdy.
Dawt spoważniał. Znów pochylił się w stronę Wilana, uważnie rozglądając się na boki.
- Powiedz mi, Wilan, ale tak szczerze – spytał cicho – Czy tu naprawdę jest tak parszywie jak mówią?
- Zapewne gorzej niż myślisz – odpowiedział równie cicho. Podejrzliwość powróciła.
- Nie chciałbyś... – Dawt się speszył – Nie chciałbyś stąd uciec? Nie, nie mówię że ja mógłbym coś zrobić, Ale nie wierzę, że nikt nie próbuje. Słyszałem... o różnych rzeczach...
Wilan stał się jeszcze bardziej ostrożny.
- Uciec? – odsunął się i parsknął – Pokaż mi kogoś kto chce tu zostać, a ja pokażę ci człowieka z Korpusu, oficera Floty, albo Protektora – uważnie obserwował Dawta, lecz ten tylko cofnął się na krzesło i spuścił głowę, zamyślony – Każdy o tym marzy i nie jest to żadna tajemnica. Lecz marzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie.
- A zatem to prawda. Macie tylko Loterię.
Loteria! Dawt nie miał zielonego pojęcia o czym mówił. To była taka sama fikcja jak cała reszta. Może nie tyle fikcja, ile element większej całości.
Kiedyś badaniem kosmosu zajmowali się Tułacze. Z czasem zastąpiły ich niewielkie, wyspecjalizowane gwiazdoloty – laboratoria z niewielką załogą. Jeden z nich powstawał w jego stoczni. Gdy taki zwiadowca odkrywał na Peryferiach planetę, na której osadnictwo byłoby szczególnie korzystne, na Ziemi ogłaszano Loterię Kolonizacyjną. Rocznie wysyłano jedynie kilka takich statków, a ich ilość, zamiast wzrastać, zmniejszała się niemal z dekady na dekadę. Z jakiegoś powodu, Układ dusił kolonizację w zarodku.
- Dawt, ta cała Loteria nie jest dla nas! – ukrył dłonie pod stołem, by nie widział zaciśniętych pięści – Rząd nie chce by kolonie rosły, prawda? Nie chce by zaludniały się i budowały przemysł, uniezależniając się od Układu. Jednak chce podtrzymać tempo kolonizacji...
- Dlatego wysyła do nas te tanie zestawy kolonizacyjne, byśmy się na nie skusili – Dawt wszedł mu w słowa – To całe pieprzenie o nowym, lepszym domu... Już prawie nikt się na to nie nabiera! To trucizna, zabija nasz rozwój!
- Dokładnie! Dlatego wysyłają tam ludzi z Układu. Warunki wstępne to wiek między dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem, zdrowie i brak dzieci czy współmałżonków. Lecz Rząd nie byłby sobą gdyby przy okazji nie załatwił innego problemu. Kiedyś była to prawdziwa loteria, lecz od dwustu lat nie jest tajemnicą że uczestników się wybiera. Głównie pod kątem genów, coś jak „dobre zostają, słabe odlatują”, ale są i inne powody. Mimo to ludzie są gotowi zabić za jedno miejsce! Zapisują się miliardy, choć statek mieści góra dwadzieścia tysięcy. Nikt nie dba o to że musi się poddać konserwacji. Lot potrwa kilkadziesiąt lat pokładowych, więc nie mają wyboru, ale każdy liczy że na niego nie trafi! Loteria jest dla młodych i głupich. Łatwiej by mi było wyskoczyć bez skafandra przez śluzę, wstrzymać oddech i podryfować do Saturna!
Nie powiedział że Loteria i kolonizacja na jej prawach była również także lekarstwo na problemy populacyjne, jakie nękały Układ, a które były konsekwencją bezrobocia i preferowane zatrudnianie mężczyzn. Wielu rodziców decydowało się przez to na chłopców, skutkiem czego w populacji było ich więcej niż kobiet. Dwie trzecie takich przyszłych kolonistów stanowili mężczyźni. Potrzeba było aż kilku pokoleń na przywrócenie naturalnego rozkładu płci. Kolonię, zgodnie z zaleceniami genetyków, zakładało zwykle koło dwudziestu tysięcy kolonistów, a jednak na pokładzie statku było parę tysięcy komór więcej – dla tych, którzy nie przeżywali ożywiania. Statystyka była nieubłagana, a mimo to...
Zaśmiał się cicho, gorzko. Dał się ponieść, ale to nic. Nienawidził tej propagandy, od kiedy odrzucili jego zgłoszenie, ale teraz tego nie żałował. Gdy powiedzieli mu „nie”, zrozumiał od razu – inżynierów nie wypuszczali, ledwie niezbędną garstkę, a i to tych najsłabszych. On był za dobry, lecz co mieli do stracenia ci niewykształceni biedacy, z ledwie cieniem szansy na zatrudnienie? Ryzykowali, woląc zbudować sobie nowy świat niż zostać w starym, gdzie brakowało dla nich miejsca. On nie musiał. On miał „szczęście”.
- Nie, nic z tego – dodał po chwili – Masz gwiazdy. Ciesz się nimi. Ja mam rodzinę. To pomaga.
Dawt w milczeniu pokiwał głową.
- Prawda. To musi być coś. Mieć rodzinę.
Trochę za szczere, jak na agenta.
Długo siedzieli w milczeniu. Każdy, na swój sposób, miał problemy z tym z czym nie miał drugi, lecz nie mogli sobie pomóc. Wilan oczywiście pomyślał i o takiej możliwości. Dawt wyglądał na takiego który by się zgodził, i miał statek, ale to nie wystarczyło. Identyfikator kolonisty pozwalał mu na przekroczenie doku, lecz był ustawiony wyłącznie na niego. Proces trwałego zapisu danych uniemożliwiał przeprogramowanie. 
- No, przyjemnie się z tobą rozmawiało, Wilan – Dawt ocknął się i wyciągnął prawą dłoń. Pusty już woreczek pozostawił automatom do uprzątnięcia – Nie będę ci dłużej przeszkadzał. Umówiłem się z pozostałymi na dolnej promenadzie. Choć raz w życiu zobaczę Ziemię, nawet jeśli tylko z orbity.
Niestety, nic więcej nie mógł osiągnąć. Kolonistom nie wolno było schodzić na powierzchnię. Prawo nie zezwalało na to nawet wyznawcom starych religii, dla których świętym obowiązkiem było odwiedzanie miejsc kultu. Kłopoty z podwajającymi masę ciała magnograwionami zmusiłyby ich do nałożenia skafandrów wyrównawczych. Zresztą, Ziemia najlepiej wyglądała z orbity. 
- Jest tego warta – zapewnił, podając rękę – Bardziej niż miasta Obcych. To nasz dom. Mam sporo pracy, Dawt, ale może jeszcze się tu spotkamy. 
- Nie sądzę. Pojutrze muszę wracać na pokład, by zmienić się z innymi. Może jak przycumujemy na dobre, ale... Nie sądzę by przyczepili nas po raz drugi do tej samej sekcji.
Dawt wyszedł. Wilan pozwolił automatom uprzątnąć puste pojemniki, lecz nie od razu wyszedł z lokalu. Jak to jest, być astronautą? Przez lata podróży tkwić albo w komputerowej symulacji, albo widzieć się ciągle z tymi samymi ludźmi, jedynymi których znali, z którymi musieli żyć w ciasnej przestrzeni, gdzie każdy wolny metr był wyładowany towarem albo systemami podtrzymywania życia. Wyrwać się własnoręcznie z życia by dryfować w przestrzeni, oszukując czas, samemu nie wiedząc po co i dlaczego, będąc sam na sam ze wspomnieniami i świadomością że świeżo zapamiętane wydarzenia mają już dziesiątki lat...
Nic dziwnego że astronauci byli albo najbardziej towarzyskimi i rozmownymi ludźmi we Wszechświecie, albo największymi odludkami i milczkami, czującymi się najlepiej tylko w towarzystwie członków własnej załogi. Typ pośredni nie był w stanie przetrwać.
To jednak parszywy zawód, cokolwiek mówiliby o tym inni, lecz ktoś to musiał robić. Automaty zbyt często zawodziły w przestrzeni, zbyt często uszkadzało je promieniowanie i awarie – i było zbyt wielu chętnych na przechwycenie i ograbienie ich z ładunku. Można im było powierzyć najwyżej pusty kadłub, a nie wyładowane cennymi towarami wielkie transportowce. Od jednej, punktualnej dostawy mogły zależeć losy kilku kolonii. 
Od czegoś takiego człowiek mógłby zwariować.

* * * * *

Trzy rozjaśnienia życia w szkole wystarczyły by bitwa z Dzikim Pazurem stała się ledwie miłym wspomnieniem. Umocniła ich pozycję; głosy rozsiewające plotki o ich słabości zamilkły, w nagłym przypływie troski o własną skórę. Przy tak małych stratach nawet szczurze grupy – wykorzystujące chwilową słabość silniejszych by coś dla siebie ugryźć – nie próbowały wchodzić im w drogę. Ale do historii nikt przez to nie przejdzie. Tylko głupiec polega na minionych sukcesach.
W mniemaniu Arto bitwa nie zdarzyła się ni rozjaśnienie za późno. Dziś jego były wróg nie znaczył już nic. Pilp musiał to przewidzieć. Ranny kot nie patrzy kogo drapie. Przez jego upór cała zasługa spadła na Smoka, lecz bitwa była tylko jednym ze zdarzeń które zniszczyły Pilpa, pojedynczym nitem do puszki. Arto zachował tę wiedzę wyłącznie dla siebie, tak samo jak żal z utraty dawnego, pewnego pomocnika. Jedynie jego zastępcy mogli coś podejrzewać, lecz nie pytali. Wiedzieli że im nie odpowie.
Wierzył że z czasem Pilp odzyska siłę. Życzył mu jak najlepiej, czując się troszeczkę odpowiedzialnym za jego los. Nie było już nikogo z kim mógłby wspólnie działać. Wokół Smoka powstała pustka. Z tym większą przykrością patrzył jak Dziki Pazur spada w hierarchii. Lecz takie było życie – bezwzględnie wykorzystywało każdy moment słabości.
Sam miał własne problemy. Starszaki naciskały na niego równie mocno jak na innych. Pozycja nie miała tu nic do rzeczy. Dopiero teraz pojął jak szczęśliwym trafem był interes z Gwiezdną Flarą. Lecz za pięć rozjaśnień Gwiezdna Flara odejdzie i Smok znów zostanie zdany na własne siły. Wprawdzie Aristo nie czepiał się Smoka – biorąc pod uwagę standardy szkoły, właściwie zostawiał ich w spokoju – lecz ten rodzaj ulgi mógł z rozjaśnienia na rozjaśnienie zamienić się w ucisk. W szkole nic nie było pewne dłużej niż tydzień.
Musiał znaleźć nowy układ, by chronić grupę. To nic że kryzys osłabi wszystkich po równo. Arto nie chciał być osłabiony.

Zazwyczaj, idąc korytarzem, lubił przekonywać siebie że wszystkie mijane młodszaki bacznie obserwują każdy jego ruch. Nie był już wiecznie zasikanym pierwszakiem, lubił odczuwać satysfakcję z posiadanej władzy nad tym nierozgarniętym tłumem. Tym razem nie zwracał na nich uwagi, pogrążony w zadumie. Mógł sobie na nią pozwolić – w pobliżu stale kręcił się jeden lub dwóch wojowników z Gwiezdnej Flary, skutecznie odstraszając chętnych na dobranie się do ich skóry i identyfikatora. Ich obecność sprawiała że czuł się szczególnie silny. Nie od razu zwrócił uwagę na głośną wrzawę, cichnącą jedynie w obecności nauczycieli. Lecz w pewnym momencie hałas stał się tak głośny, a oni zbliżyli się do jego źródła tak bardzo, że nie był w stanie go zignorować.
Zatrzymał się. Źródłem hałasu była duża grupa dwojaków. Czyżby te kopalniaki, z głowami pustymi niczym kosmos, urządziły bitwę w samym środku szkoły? Młodszaki w ich wieku jeszcze nie potrafiły załatwiać swoich spraw po cichu. Przypomniał sobie swoje pierwsze lata w szkole. Tak... Ktoś musiał ich tego nauczyć.
- Żimmy, Charko! – zawołał – Pomóżcie mi się przez to przebić.
- Po co? – Żimmy się zdziwił – Lubisz się narażać?
- Nie widzę żadnego starszaka, a taka wrzawa wśród dwojaków jest trochę dziwna.
- Racja, tylko...
- Tylko co?
Żimmy wzruszył ramionami.
- Dotąd cię to nie obchodziło.
- Bzdury. Takie rzeczy zawsze mnie obchodzą. Musimy uważać czy jakiś kopalniany dwojak nie powie czegoś dorosłym. Jesteśmy starszakami, musimy ich uczyć.
Obaj wezwani z ociąganiem ruszyli za nim.
W większości przypadków mali chłopcy sami odsuwali się na bezpieczną odległość. Byli dość duzi by wiedzieć kto tu rządzi, lecz kilka razy Arto musiał użyć siły. Chwilę trwało nim, jako pierwszy, dotarł do grupki dwojaków i trojaków, brutalnie popychających bezradnego sześciolatka. Byli tak rozochoceni że nie zauważyli ich obecności. Nie szczędzili mu kuksańców, pięści i łokci, popychali go przekrzykując się w wyzywaniu go od kopalniaków. Niemal każdy kawałek skóry chłopca pokrywały siniakami i zadrapania. Koszulka wisiała na nim w strzępach. Arto był pewien że go nie zna, że nie należy do jego mrówek, lecz wydawało mu się że już gdzieś go widział, choć nie mógł sobie przypomnieć gdzie.
Zwykły, podstawowy brak czujności, zdenerwował się. Lanie im się należało, szczere i porządne. Spojrzał na maltretowanego dzieciaka. Nie wiedzieć skąd, poczuł nagle gniew. Szkoła z roku na rok robi się coraz gorsza, pomyślał. Nie dość że tylu na jednego, to jeszcze nie dawali mu szansy na obronę.
- To młody Stenhord! – Charko przebił się do dowódcy. Ledwo był w stanie przekrzyczeć hałasującą bandę młodszaków.
- Kto? – Arto odwrócił głowę w jego stronę.
- To ten dzieciak, Wel, Welham Stenhord! O matko, Arto! Od dwóch rozjaśnień młodszaki nie mówią o niczym innym. Nie słyszałeś o tym?
W Arto wezbrała irytacja. Czy musiał o tym słyszeć? Czy musiał słyszeć o wszystkim?
- Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż plotki! – warknął wściekle.
Charko cofnął się, zaskoczony, mrugając oczami, wpadając na kilku młodszaków. Kilku ich kolegów zauważyło że obok nich stoją starszaki, stoją niebezpiecznie blisko i są w złym humorze. Te dzieci natychmiast porzuciły towarzyszy, lecz pozostali wciąż zabawiali się w najlepsze. Arto zezłościł się na siebie, nie tylko za to że rzucił się na Charko bez powodu. Jako kapitan powinien wiedzieć wszystko, a jemu ledwie coś się obiło o uszy. Sklął się za swój brak uwagi, za niewiedzę i, przede wszystkim, za brak opanowania. Co, na próżnię, się ze mną dzisiaj dzieje? To Charka nazywają Nerwuskiem...
Żimmy patrzył się na niego tak jakby dopiero co go uderzył. Nowy patrzył na niego dziwnie. Inni nie byli już tak zaskoczeni. Przez głowę przemknęła mu myśl że zachował się nie lepiej od wojowników ze starej grupy Żimmiego. Czas na kolejną wizytę w dokach, pomyślał, lecz wiedział że przez najbliższe rozjaśnienia nie będzie miał na nią czasu.
Wiele by dał za to by wiedzieć co pomyślał o nim Charko czy Żimmy, nawet Nowy. Jeszcze więcej dałby za to by wiedzieć dlaczego to zrobił.
- No dobra, o co chodzi z tymi Stenhordami? – spytał uspokajająco.
- Myślałem że wiesz – Charko wyraźnie nie chciał go ponownie zdenerwować – Jego ojciec usmażył się trzy rozjaśnienia temu w puszce, próbując uciec ze stacji.
Teraz sobie przypomniał. Plotka brzmiała dość wiarygodnie by był skłonny w nią uwierzyć. Stała się popularna, bo większość uczniów chętnie widziałaby w takiej puszce kogoś innego. Spojrzał na maltretowanego chłopca. Nic niezwykłego – to była jego pierwsza myśl. Mały musi zrozumieć że nie będzie mu łatwo. Co go to obchodziło? Nawet jak nauczyciele przyczepią się do tej awantury, uznają że koledzy zwyczajnie mu dokuczali.
Już miał odejść, gdy coś go tknęło. Jak by się czuł na jego miejscu? Ktoś by się tym przejął? Ojciec tego chłopca nie zginął w wypadku, lecz próbując uciec. Zrobił to czego nie potrafili jego rodzice, choć zginął przy tym, w bardzo głupi sposób.
Nie zastanawiając się wiele wkroczył prosto w hałasującą dzieciarnię, rozdając pięści i kopniaki na prawo i lewo. Nie wiedząc czemu poczuł taki gniew że dla tej rozwrzeszczanej bandy postanowił zrobić wyjątek. Jego towarzysze obserwowali go, nie rozumiejąc o co chodzi. Sam też tego nie rozumiał. Może Żimmy i Dert mieli rację, może naprawdę był miękki w środku? Nowy zaczął mu pomagać. Jego mógł zrozumieć. Jest miękki, bo jego stara szkoła była miękka, ale ja? Dlaczego nie jestem z plastali, jak inni? Czego tak się przejmuję?
Przepędzenie dzieciarni nie zajęło im więcej niż kilka minut. Wkrótce na placu boju pozostał tylko Arto, Nowy oraz pobity młodszak. Ochłonąwszy trochę, Arto ponownie sklął się w myśli. Wkrótce cała szkoła zacznie się trząść od plotek że pomagam beksom, pomyślał. Na nagły rozbłysk! Powinienem się lepiej kontrolować. Po jaką próżnię to zrobiłem? Lecz to zrobił, więc wypadało wyjść z tego z twarzą.
- Co wy wyprawiacie, szczurze syny? – potoczył wściekłym wzrokiem po obserwujących go z bezpiecznej odległości młodszakach – Czy próżnia do reszty wyssała resztki waszego bezdennie kopalnianego rozumu? Nie wiecie gdzie i jak załatwiać takie rzeczy? Chcecie by was zabrali do akademii? A może wolicie mnie? 
Dookoła nagle zrobiło się pusto. Może nie wyjdę na zakichanego mięczaka. W chwilach jak te zazdrościł innym dzieciom umiejętności nie myślenia o niczym innym, tylko o sobie. Jemu z jakiegoś powodu to nie wychodziło i często kończył tak jak teraz – pakowaniem się w sprawy które nie powinny go obchodzić. Co jest z nim nie tak? Dlaczego nie był jak inne dzieci? Jest chory, a może nienormalny?
Słyszał o jednym takim, o którym mówiono że jest głupi jak kopalniak i nie rozumie co się do niego mówi. Nie rozumiał dlaczego wszyscy się nad nim znęcali. Nikt, kto był inny czy dziwny, nie miał szansy przeżyć na stacji. Opiekunka nie pozwalała takim się rodzić, lecz dorośli czasem łamali to prawo i szkoła musiała naprawiać ich błędy. Ciało tamtego głupka znaleziono potem w Ostatniej Przystani, ale każdy wiedział że nie poszedł tam sam, bo był na to za głupi. Czy on też jest nienormalny, choć trochę inaczej? Ta myśl zawsze go przerażała. Wtedy powtarzał sobie że może i jest nienormalny, ale przetrwa.
Dziwak, tak Arto wciąż myślał o Zemie, tak myślała o nim szkoła. Ale tym razem to słowo znaczyło dla niego co innego. Lubię dziwaków, stwierdził. Potrafię się z nimi dogadywać. Przecież sam jestem jednym z nich. Może za cztery lata stanę się taki jak on? Dziwny, lecz na tyle silny że nikt nie odważy się powiedzieć mu tego prosto w twarz, najwyżej usłyszy coś przypadkiem, gdy inni chłopcy będą o nim szeptać między sobą, za jego plecami, myśląc że nie słyszy. To mogłoby być nawet zabawne, na swój pokręcony sposób. Czułby się trochę bardziej wolny niż teraz. Trochę bardziej pewny siebie.
Spojrzał na pobitego młodszaka. Krople krwi z rozbitego nosa powoli kapały na podłogę. Z trudem powstrzymywał łzy, lecz wciąż stał i nie płakał. Pociągał tylko zakrwawionym nosem, skulony, ze wzrokiem wbitym w podłogę, niepewny czy uciekać czy zostać. Arto nie atakował, ale był starszakiem. Czego chciał? Arto widział te wątpliwości, wypisane na jego opuchniętej twarzy. Dlaczego ktoś tak ważny zechciał mu pomóc? Patrząc na niego, Arto poczuł coś dziwnego. Skrzywił się i otrząsnął. Cokolwiek to było, nie chciał tego.
Pochylił się nad młodszakiem.
- Co tu się dzieje, dzieciaku? – spytał groźnie – Czego tamci chcieli? Nazywasz się jakoś?
Młodszak pociągnął nosem i szybko spojrzał w górę, na Arto, niemal od razu spuszczając na powrót głowę.
- Wel Stenhord – odparł cicho, drżącym głosem – Oni... Oni śmieją się ze mnie bo mój tata był taki głupi – jego głos stał się płaczliwy – że zabił się w puszce, jak zwykły... jak zwykły...
Zaciął się i nie dokończył. Za to zaczął chlipać.
- A ty ich słuchasz?
- To nie tak! – Wel nawet nie podniósł głowy – Wiem że to nieprawda, ale tato... nie pozwolił mi wracać do szkoły... Gdybym tu nie wrócił, zabraliby mnie do akademii!
Rozbeczał się na dobre. Arto chwycił go za barki i mocno potrząsnął.
- Powiedziałeś rodzicom o szkole?! – zapytał ze złością – Wygadałeś się?
Może tamci nie znęcali się nad nim bez powodu, pomyślał. Może sam powinienem mu przyłożyć... Teraz sobie przypomniał. Chłopiec był zbyt zbity by skojarzył go od razu, lecz teraz już był pewien że widział go wtedy, z dorosłym z którym rozmawiała jego była wychowawczyni. Więc jednak się wygadał...
- Widziałem jak gadałeś z nauczycielem! – powiedział, gdy tamten wciąż milczał – Nie wykręcaj się, skarżypyto!
Wel wystraszył się tak bardzo że przestał płakać. Skulił się jeszcze bardziej.
- Nie, nigdy! Przysięgam, wiem że nie można o tym mówić z dorosłymi, nie powiedziałem jej nic! Nie powiedziałem jej nawet kto mi to zrobił! Nie jestem... – przerwał, nie kończąc – Tato mi kazał, ale... Ale co miałem zrobić, jak mnie starsi pobili? Sam wszystko zgadł.
Puścił go i wyprostował się. To co widział potwierdzało jego słowa, choć nie gwarantowało że nie powiedział czegoś za drugim razem. Na razie przestał myśleć o ukaraniu dzieciaka.
- No to co, nie miał kto się tobą zająć? Szukasz niańki? Jak nie potrafisz ukrywać zwykłych siniaków to może powinieneś zostać w domu i czekać aż Opiekunka zabierze cię ze sobą.
Wel zebrał się w sobie i przestał pociągać nosem. Spojrzał Arto prosto w oczy.
- Potrafię o siebie zadbać – powiedział.
- Właśnie widzę – odburknął ironicznie Arto.
Tamten się zmieszał, ale tylko na chwilę. Zaczął odzyskiwać pewność siebie.
- Naprawdę potrafię! – zapewnił z dumą, grzbietem dłoni ścierając krew z nosa – Jestem silny. Potrafię się bić, ale tamtych było za dużo. Nawet ty nie dałbyś sam rady trzem klasom naraz. A wtedy... starszaki zabrały mi wszystko co miałem. Co miałem zrobić? Pobić ich?
- Tylko mi tu nie podskakuj! – ostrzegł. Wel szybciutko wbił swój wzrok w swoje stopy – To nie powód by się mazać, czy się zdradzać. W szkole każdemu ktoś coś odbiera i nikt przez to nie wpada w kłopoty. Tylko ty.
Mały już dawno powinien wiedzieć że nic już nie będzie tak jak dawniej. Arto spróbował sobie przypomnieć czasy gdy sam był w jego wieku. Zwykle pamiętał tylko ból. Szkoła nie ma litości, starszaki nie mają litości i nie miał jej on, nie dla skarżypytów.
- Wiem... Ale to przeze mnie... Przeze mnie to wszystko. Gdybym wtedy nie wrócił taki do domu, tata nigdy by mnie takim nie zobaczył. I nie powiedziałby że zrobi wszystko, by... A teraz nazywają go kopalniakiem... – znowu zaczął pociągać nosem – i śmieją się że pewnie też jestem kopalniak, bo to rodzinne...
Arto westchnął. Spojrzał na towarzyszy. Wzruszyli ramionami. Nigdy nie udawali że im na niczym nie zależy – im po prostu nie zależało. Tylko on udawał. Wszyscy myśleli tak samo, może poza Nowym. Ten tylko stał i patrzył.
- Słuchaj, mały. Twój ojciec próbował uciec by ci pomóc i nie ma w tym nic głupiego. Byle kopalniak nie zdołałby wyjść na zewnątrz, rozumiesz? Ci co tak mówią sami są kopalniakami.
- Więc... Tata był mądry?
- Musiał być, skoro mu się udało. Nie mógł cię zabrać ze sobą, bo masz pluskwę. Ostrzegłaby Urząd że jesteś na zewnątrz, dlatego zostawił cię tutaj. Gdybyś był z nim, też byś zginął, więc to nie twoja wina. Po prostu... Miałeś szczęście.
- Też mi szczęście!
- Masz szczęście – powtórzył z naciskiem – bo żyjesz. Ale jak będziesz dawał się bić innym to sprowadzisz na nas kłopoty. Na całą szkołę, czyli na mnie i na innych starszaków. Takiego zachowania nie będę tolerował. Inaczej dorośli znowu tu przyjdą i będą się nam przyglądać, jak w zeszłym roku. Pamiętasz zeszły rok? To chyba nie było przez ciebie?
Wiedział że to nie było przez niego, że to było o wiele poważniejsze, ale chciał go nastraszyć, potrząsnąć w środku tak mocno by stanął na nogi. Dla twojego własnego dobra, mały.
- Oczywiście że nie!
- Dobrze. Zajmiemy się tobą, dla własnego bezpieczeństwa.
Arto wyjął z kieszeni niewielki pisak. Ustawił go na średnie natężenia barwnika. Zanim ulegnie rozkładowi, każda kreska jaką postawi będzie się utrzymywać jakieś sześć, siedem rozjaśnień. Złapał Wela za lewą dłoń. Na jej grzbiecie, tuż nad naklejonym na nią dziecinnym zegarkiem, wprawnymi ruchami narysował prymitywny w wyglądzie profil rozwartej paszczy. Gdy skończył, puścił jego rękę. Wel popatrzył na symbol, a potem dla niego.
- Do czasu gdy to zniknie, będziesz pod naszą ochroną. Pod protektoratem Jeźdźców Smoków, zapamiętałeś? To specjalny pisak. Poznamy kiedy spróbujesz poprawić nasz znak.
Nie kłamał. Każda grupa używała własnej kombinacji barwników, bardzo dokładnie określonej i równie dokładnie odczytywanej przez czytnik próbnika barw na pisaku. Każda miała swój sekretny składnik. Próby oszukiwania były bezwzględnie karane.
- Ja nie oszukuję! – Wel szczerze się oburzył – Nie jestem karaluchem!
- Mam taką nadzieję. Doprowadź się do ładu, pomaluj się jak należy i wracaj na lekcje.
- Oczywiście! Tylko że... – Wel się speszył – Starszaki zabrały mi... wszystko... – podkreślił.
Arto westchnął. Już miał polecić komuś by dał małemu maść, lecz Nowy go wyprzedził. Sięgnął do kieszeni i podał młodszakowi swoje własne pudełko. Arto poczuł ulgę że to właśnie Nowy to zrobił, sam. Jemu nikt nie będzie tego wypominał. 
- Dziękuję – Wel uśmiechnął się do Nowego – Może nie wszystkie starszaki są tak złe, jak mówią inni – odwrócił się i szybko pobiegł do łazienki.
Może i nie wszystkie, pomyślał Arto, ale znaczna większość. Nie wiem czy pomagając tobie, mały, nie zaszkodziłem ci jeszcze bardziej. Lecz tłumaczył sobie że dzieciak miał tyle kłopotów iż swoim niedbalstwem mógłby je sprowadzić na całą szkołę. Gdyby nie my, pomyślał, młodszaki narobiłyby tu niezłego zamieszania.
Był pewien że przez kilka najbliższych rozjaśnień chłopiec zrobi wszystko by nawet nie zamoczyć ręki w wodzie, choć ślad pisaka był niezmywalny. Nim symbol jego grupy zniknie, nikt kto nie chciał się zaznajomić z siłą Smoka nie odważy się go tknąć. Lecz potem będzie musiał radzić sobie sam. Życie było twarde i nie robiło wyjątków.
Mały miał szczurzy los, lecz był twardy. Może za parę lat wyrośnie na dobrego wojownika, o ile nie trafi do akademii. Do niej prowadzi wiele korytarzy. Arto był pewien że jego matka za nic nie zgodzi się na coś takiego, ale... Czym to się skończy, nie był w stanie przewidzieć. Dzięki niemu przynajmniej nie stanie się beksą. Tyle mógł zrobić jako mięczak.
Popatrzył na Nowego. Wyglądał na przejętego całym zdarzeniem.
- Zajmiesz się tym? – spytał – Popilnujesz małego?
- Ktoś to musi zrobić. Ty nie masz czasu, a inni mają to gdzieś. Więc pozostaję ja.
- A ty nie masz tego gdzieś?
- Nie potrafię – Nowy przyznał się bez mrugnięcia okiem – Jeszcze nie. Może kiedyś.
A może nigdy. Jak ja. Oby nie. Dziwactwo może być niebezpieczne. 
- Wiem że mówią o mnie różne rzeczy. Być może prawdziwe, być może bajki, zależy kto opowiada. O mnie mogą tak mówić, bo jestem dość silny by dać sobie radę z tymi co tak mówią. Ale ty nie możesz sobie na to pozwolić.
- Wiem to.
- Nie sądzę, abyś rozumiał...
- Wiem to – twardo powtórzył Nowy.
Arto coś tknęło. Tak, mógł to wiedzieć. Przyjrzał mu się. Nie wyglądał najlepiej, choć minęło sporo czasu od bitwy...
- Słuchaj, Nowy. Coś się z tobą dzieje. Nie jestem ślepy. O co chodzi?
- Nic takiego. Nie ma o czym mówić. Ty przyzwyczajałeś się do szkoły pięć lat. Ja nie mam tyle czasu. Ze mną... – przymknął oczy i pochylił głowę – Wszystko będzie dobrze, muszę się tylko przyzwyczaić.
Jeśli Arto miał wątpliwości, teraz je porzucił. Co ten Nowy ukrywa?
- Nie zgrywaj twardego – uprzedził – Nie dasz rady. Cokolwiek się dzieje...
- To nic takiego. Mogę zbierać podatki, mogę walczyć i będę chronił tego malucha. Nie osłabiam grupy! – Nowy odwrócił się odszedł.
Więc to dlatego, pomyślał. A myślałem że już się nauczyłeś że tajemnice nie pomagają grupie. Nie wszystkie tajemnice, poprawił się natychmiast, lecz tę będę musiał wyjaśnić, jak tylko znajdę czas. Wciąż były ważniejsze rzeczy do zrobienia.

*

„Masz robaka” – nagła wiadomość od Rejkerta zupełnie go zaskoczyła. To była pierwsza rzecz jaką do niego napisano na następnej lekcji.
„Robaka o czym ty mówisz”.
„Robak to taki program szpiegujący sieć taka mrówka w komputerze znalazłem ją gdy wczoraj cię nie było wiesz kiedy”.
Poczuł nagły strach. Dlaczego teraz? Czy miało to jakiś związek z tym co robił?
„Ktoś ją wczoraj założył”.
„Nie nie wczoraj i to jest dziwne po wzajemnym ułożeniu plików mogę powiedzieć że jest w naszym systemie co najmniej od tygodnia ale myślę że jest tu dłużej aktywuje się gdy wprowadzasz swój kod i zaczyna obserwować połączenia z twojej konsoli ale nawet gdybyś zmienił kod on by to zauważył i poszedł za tym nowym”.
„I dopiero teraz to zauważyłeś” – zezłościł się.
„Nie moja wina zrozum dopiero przedwczoraj poznałem taką nową sztuczkę i spróbowałem wykorzystać na innych grupach wtedy zobaczyłem że ktoś już ją wykorzystuje na nas”.
„Kto i po co mnie podgląda masz jakieś ślady”.
Chwila przerwy. Rejkert się wahał. Nie wiedział co robić, czy chodziło o coś innego? Nie powinien się teraz bawić systemem, miał ważniejsze rzeczy do zrobienia, lecz tym razem jego zabawy okazały się przydatne. Póki wyrabiał się z pracą, kapitan pozwalał mu na wszystko.
„Nie mam pojęcia nie rozumiem tego robaka wolałem nie bawić się z nim może leżał tu od tygodnia a może od roku naprawdę nie mogę sprawdzić fragment odpowiedzialny za śledzenie pliku w sieci który zawiera takie rzeczy jak daty został z niego usunięty nie zostawił żadnych śladów wiem tylko że to bardzo sprytny program i że zrobił go ktoś kto się na tym dobrze zna prześledziłem jego transmisję robak prowadzi do kogoś kto nazywa się janus nie ma takiego użytkownika ale transmisje nie wracają nie sądzisz że to dziwne”.
Arto czuł że wie kto i dlaczego chciałby go podsłuchiwać, jednak nie zgadzał się sposób. Jak długo tam leżał, jak długo go obserwował? Od kiedy przetestował urządzenie do oszukiwania automatów poszukujących? A może od rozjaśnienia kiedy przekroczył tunel? Ale to było dwa lata temu! Kosiarze nie czekaliby tak długo! Zem? Wszystko zdawało się wskazywać na niego. Nie taka była ich umowa, nie miał prawa tego robić! Poczuł złość.
„Myślę że to konto było bazą dla robaka z twojej konsoli odkryłem że na to samo konto wchodzą także inne informacje ale ich źródeł nie potrafię wyśledzić tak samo jak nie potrafię znaleźć niczego co by stamtąd wychodziło”.
Nie tylko ja, pomyślał. Siatka szpiegowska? Ktoś podglądał młodszaków? Po co?
„Usuń to” – napisał. Nieważne czy zrobiły to jakieś bezczelne siódmaki, Protektorzy, czy nawet sam Zem, nikt nie będzie podkładał robaków do jego systemu!
„Już to zrobiłem ale jest coś jeszcze u nowego też znalazłem robaka podobnego ale innego też jest tam co najmniej tydzień ale chyba nic ich nie łączy”.
Coraz lepiej. Dwa robaki, tego samego rozjaśnienia. Kto mógłby śledzić Nowego? Chyba że...
„Nie prowadzi do tego janusa”.
„Przecież piszę że chyba nic ich nie łączy tych transmisji nie potrafię wyśledzić”.
„Nikt więcej ich nie ma”.
„Tylko wy dwaj jego też usunąłem”.
„Jesteś pewien sam powiedziałeś że do dziś o niczym nie wiedziałeś”
„Nie jestem głupi dowiedziałem się więcej o ich wykrywaniu w naszym systemie nie ma już nic co byłbym w stanie znaleźć”.
„Obserwuj czy nie pojawią się nowe nie mów nikomu i znajdź tego janusa”.
„Oczywiście kapitanie”.
Rejkert mógł się pozbyć problemu, lecz obawy pozostały. Nigdy dotąd nie mieli robaków, lecz istniało sto powodów dla których jeden mógłby się znaleźć w jego konsoli i ledwie kilka dla których miałby trafić do konsoli Nowego.

*

Przez połowę dnia czuł uporczywe ssanie w żołądku. Był głodny. Starszaki znowu wyczyściły go ze wszystkiego, a nie czuł się gotowy by odbić stratę i zapolować na młodszaka. Jakby tego było mało, na przerwie Arto powiedział mu o robaku. Przeszywające uczucie chłodu choć na chwilę pomogło zapomnieć o głodzie. Wiedział co nieco o robakach, a także kto chciałby mu jeden podłożyć. Urząd Emigracyjny wciąż im się przyglądał, mogli to wsadzić by przez niego dotrzeć do ojca i wysłać ich z powrotem na dół. Chwilę rozważał czy na to pozwolić. Szkoła ostatnio była ciężka, lecz twardo postanowił że musi wytrzymać.
- Nowy, przyznaj się – głos Arto był surowy – Nie przynieśliście ze sobą kłopotów z dołu? 
- Kłopoty mamy tutaj! – odparł z nutą złości. Opowiedział w skrócie o starych kłopotach, o przeprowadzkach i o tym dlaczego się przeprowadzali. Nie mówił więcej niż musiał, dość by odwrócić jego uwagę od tego kto naprawdę chciałby go śledzić.
Gdy skończył, Arto nie wydawał się być zły. Rozczarowany, może, lecz nic więcej.
- Powinieneś mnie uprzedzić! Nowy, takie coś naraża całą grupę!
Dlatego nic nie mówiłem, pomyślał Iwen. Bałem się że mnie wyrzucicie.
- Nic na to nie poradzę! – powiedział głośno – Co chcesz żebym zrobił, opowiedział ci o całej mojej rodzinie? Nie mam o czym! Sami robicie rzeczy sto razy gorsze. Rejkert to wykrył, więc to nie była Kosa. Nie jest aż tak dobry. 
- Dlatego myślę że to przez te twoje problemy.
Iwen nie wiedział co odpowiedzieć. O tym nie pomyślał, choć teraz wydało mu się to całkiem logiczne. Czy starszak mógł podłożyć robaka, by go śledzić? Czy przez to mógł narazić grupę? Chyba nie, skoro robak został usunięty. Czy Arto też miewał takie kłopoty? Jak on by sobie z nimi poradził? Lecz Arto nic o tym nie wiedział. Nie miał powodów by kojarzyć pluskwę ze starszakiem. Iwen zamierzał dopilnować by tak pozostało. 
- Tego nie wiem – odparł wreszcie – Ale to moja sprawa. Jeśli to przeszkadza grupie, to mnie wyrzućcie! – odwrócił się i odszedł. To było jedyne co przyszło mu na myśl. Miał nadzieję że Arto nie weźmie jego słów poważnie.
Odszedł od grupy, by ochłonąć i przemyśleć wszystko co usłyszał – lecz to nie było mu dane. Oparł się o ścianę, gdy nagle cos twardego uderzyło go w lewe ucho. Pojaśniało, przed oczami rozbłysły dziesiątki gwiazd. Zatoczył się, zamroczony. Ból był ogromny, przysiągłby że cokolwiek go trafiło, zgruchotało czaszkę i wbiło się w mózg. Złapał się za ucho. Między palcami poczuł sączącą się gęstą, ciepłą, lepką ciecz, spływającą powoli do jego rękawa.
- Dwa do dwóch! – Odwrócił się. Zamglonym wzrokiem odszukał sprawców. Kilkanaście metrów dalej rechotała trójka starszaków. Zamrugał, próbując odzyskać ostrość widzenia i odpędzić zbierające się w oczach łzy.
- Przynieś! – zawołał któryś. Iwen zacisnął zęby i wolną pięść, co sprawiło mu dodatkowy ból. Gdy był na Ziemi, na ból zawsze reagował agresją. Jak tam, w tej chwili było mu prawie wszystko jedno jak mocno oberwie, byle tylko rzucić się na pierwszego z trójki który się nawinie i zetrzeć mu z gęby ten sadystyczny uśmieszek. Było mu prawie wszystko jedno, gdy uświadomił sobie że dla nich to tylko gra, że miał po prostu pecha i wściekłość mogła mu przynieść jeszcze więcej bólu.
Nie był już na Ziemi. Tu, nie tak jak na dole, starszy zawsze znaczyło silniejszy. Jaki miał wybór? Albo odnieść im pocisk, jak kazali, albo...
W milczącym upokorzeniu odebrał swoją lekcję pokory. Wciąż zaciskając zęby, z ręką przyciśniętą do krwawiącego ucha, rozejrzał się za ciśniętym w niego obiektem. Odrzucił go, tłumiąc chęć by wymierzyć plastikową kulkę prosto w oko jednego z nich. Odwrócił się i odszedł na sztywnych nogach w stronę najbliższej łazienki, chusteczką ścierając ślady krzepnącej krwi. Nigdy więcej nie pozwoli sobie na nieuwagę. Nigdy więcej nie pozwoli się zaskoczyć. Będzie ćwiczyć refleks, aż tacy jak oni nigdy więcej nie zdołają go trafić.

Drżącą ręką doprowadził się do porządku. Po kilku minutach zdołał dojść do siebie. Wciąż tłumił bezsilną wściekłość, przeklinając się za to co zrobił. Powinienem ich zaatakować, bez względu na wszystko, powtarzał sobie. Powinien pokazać że nie da sobą pomiatać. Może teraz by go pobili, lecz na przyszłość zostawiliby w spokoju. Przyrzekł sobie że więcej się nie wycofa bez walki, postawi się bez względu na konsekwencje.
Ból ucha nie minął prędko. Mimo opatrzenia przez Żo, na następnej przerwie bolało go tak samo mocno jak na poprzedniej. A jednak myślał już tylko o znalezionym robaku. Arto zbyt często i zbyt znacząco przyglądał mu się podczas lekcji, by mógł go zignorować.
Jeśli to był on, myślał, będzie próbował mnie dopaść. Dla niego każdy powód był dobry. Tacy jak on na Ziemi znęcali się nad zwierzętami, lecz tutaj złapanie przypadkowego ucznia było prostsze od schwytania szczura. Nawet jeśli nie mogli się bawić głupotą swojej ofiary...
Zaczął trzymać się grupy, lecz niewiele to pomogło. Dwie przerwy potem przechodzili korytarzem gdy coś go nagle złapało i pociągnęło do tyłu. Towarzysze odeszli, nawet nie zauważywszy co się dzieje.
To był starszak. Na jego widok Iwen znów zaczął się bać, lecz tym razem nie starszaka. Bał się że Arto zbyt wiele się domyśla i spróbuje na własną rękę sprawdzić co się dzieje, dowie się o wszystkim i cała grupa przekona się jaki jest słaby.
- I co, młodszaczku? – starszak, wraz z dwójką swoich pomocników, zbliżył się do Iwena ze złośliwym uśmiechem – Gotów na spotkanie z akademią? 
Iwen zagryzł wargi. Tak się cieszysz że znowu będziesz miał się na kim wyżyć? Nie tym razem! Pokaże mu że łatwo się nie poddaje – i do próżni z tym co mówił Orfius! Nie był przygodną ofiarą, był regularnym celem. Pewnie nie wygra, na pewno nie wygra, lecz może starszak wreszcie zostawi go w spokoju. 
Gniew, lęk, wściekłość i poniżenie pchnęły go do działania. Na twarz starszaka i jego towarzyszy nałożyły się wykrzywione grymasem śmiechu twarze starszaków z poprzedniej przerwy. Nie popełni tego samego błędu drugi raz tego samego dnia. Nie będzie więcej posłuszny! Pocisk, który go dziś dosięgnął, przeważył szalę gniewu.
- Mam dość! – oznajmił tak stanowczo, na ile potrafił, choć nie bez strachu – Nie masz prawa mnie bić!
Uśmiech starszaka stał się jeszcze bardzie szeroki i jeszcze bardziej złośliwy.
- I co z tym zrobisz, młodszaczku? – spytał lekceważąco. Młodszaczek w jego ustach brzmiał jeszcze obraźliwiej niż planetarianin. Jakby był kimś gorszym, nawet... nawet od dwojaka!
Dał się ponieść rozpalającej go od wewnątrz wściekłości. Wyprostował się, zacisnął pięści.
- Nie pozwolę ci się bić! – oświadczył stanowczo. Czasami same słowa wystarczyły, lecz nawet przez chwilę nie wierzył że tak będzie tym razem. Nie byli na Ziemi, a starszak nie był jego rówieśnikiem. Iwen był na jego terytorium.
- O! Chcesz mi dołożyć? Odsuńcie się! Młodszaczek będzie walczył! – starszak odprawił towarzyszy gestem ręki – Dajmy mu szansę. No, mały, dalej! Pokaż co potrafisz.
Iwen zacisnął zęby. Przygotował się. Pokażę ci, obiecał sobie. Więcej mnie nie uderzysz.
Starszak spokojnie czekał, z tym swoim uśmieszkiem. Iwen zaatakował, czując przemożną ochotę by go zetrzeć. Spróbował go kopnąć, jak uczył go Bebre. Unik starszaka był szybki i pewny. Odsunął się. Iwen wciąż trzymał jedną nogę w powietrzu gdy wbił mu kolano w brzuch. Iwen zdążył jeszcze zamachnąć się pięścią. Starszak ją złapał i wykręcił do siebie, pozwalając by siła obrotu ciała napastnika zrobiła resztę.
Nikt dotąd nie wyrywał mu stawów, lecz poczuł się tak jak gdyby ktoś mu to właśnie zrobił. Starszak zmusił go by odwrócił się plecami do niego. Skręcił rękę mocniej, rzucając Iwena na kolana. Poczuł mocne kopnięcie w bok klatki piersiowej. Próba skulenia się przyprawiła go o jeszcze większy ból w ramieniu. Starszak trzymał go sztywno, nie pozwalając na żaden ruch. Sekundę po kopnięciu mocne uderzenie kantem dłoni w kark zwaliło go na podłogę.
Poczuł kolano, wbijające się w kręgosłup. Bolało jak nigdy dotąd, dopóki starszak nie uderzył go łokciem w nasadę karku. Mięśnie Iwena zwiotczały niezależnie od jego woli. Na krótką chwilę jego ciało ogarnął paraliż. Gdy minął, kolano wciąż boleśnie przygniatało go do podłogi. Rozpaczliwie machnął wolną ręką, starając się złapać starszaka za koszulę, lecz ten nadepnął na nią z całej siły i wykręcił mu jeszcze mocniej drugą rękę, tak bardzo że Iwen myślał że tego nie wytrzyma. Lecz najgorsze miało dopiero nadejść. Widząc że przestał ruszać wolną ręką, starszak przeniósł nogę na tę wykręconą, dociskając ją do pleców. Naparł całym ciałem; przenikliwy ból promieniował z obu miejsc ucisku.
Starszak pociągnął jego rękę, zmuszając by uniósł ciało. Objął wolnym ramieniem jego szyję i obrócił głowę. Iwen poczuł silny ból w karku; bał się poruszyć głową, każde drgnięcie mięśni, napiętych do granic wytrzymałości, zwiększało ból jeszcze bardziej. Łzy gniewu, bezsilności i bólu skapywały na podłogę. Za bardzo się bał by czuć upokorzenie. Rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w mijające ich dzieci. Dlaczego nie reagowały? Aż tak bardzo starały się nie dostrzegać tego co się działo?
- Boli, młodszaczku? – cichy szept, tuż nad jego uchem, zmroził krew w jego żyłach – Mogę zrobić tak by przestało. Wystarczy że obrócę kilka milimetrów więcej, rozumiesz? Żyjesz, bo ja tak chcę. Nie zapominaj o tym, nawet na chwilę. Nie podskakuj.
Puścił jego szyję. Iwen padł z powrotem na podłogę. Drżał cały, z bólu i przerażenia. Bał się podnieść, czy choćby ruszyć, by tamten nie wypełnił swojej groźby, a gdyby nawet chciał, wstrzymałby go paraliżujący, pierwotny strach. Starszak wykonał szybki ruch. Ból, towarzyszący chrupnięciu przeszył całą rękę, od barku aż po czubki palców. Coś odgięło ją w górę, w miejscu złamania, i zatoczyło pełny okrąg, potęgując jego cierpienia. Strój kompensacyjny był zbyt elastyczny by temu zapobiec. Starszak go puścił, lecz Iwen wciąż leżał na podłodze. Łzy sprawiły że niemal przestał cokolwiek widzieć. Jęczał cicho, czuł jak boląca ręka wygina się boleśnie pod nienaturalnym kątem.
- To na pamiątkę, kopalniany szczurze – usłyszał – Byś znał swoje miejsce.
Tak go zostawili.

* * *

Arto szybko przypomniał sobie o rozmowach z Nowym. Przypomniał sobie, bo Nowy nie zjawił się na lekcji. Nie było też Żo. Nawet najgłupszy starszak wiedziałby, co to oznacza. Nowy znowu miał „problem”. Tylko te jego problemy były już tak poważne, że do ich rozwiązania potrzebował medyka.
Pierwszy raz zdarzyło się to pomiędzy lekcjami. Nie było łatwo wymyślać wiarygodne usprawiedliwienia nieobecność Nowego, nie mając pojęcia co się dzieje. To się staje zbyt podejrzane, a ja znowu coś przegapiam, uznał. Co ze mnie za kapitan, że nie wiem co się dzieje z moimi wojownikami? Nie wiedział czy jest jakiś związek między tym zdarzeniem a robakiem, między jednym a drugim minęły niecałe trzy lekcje, ale potrafił czytać w Nowym jak w projekcji. Nowy wierzył że taki związek istniał, lecz był tak samo zaskoczony jak i on.
Co wspólnego miał z tym Janus? Kim on właściwie był?
Przed jego oczami wyskoczyła wiadomość od Rejkerta.
„Myślę że chyba powinienem się upewnić” – przeczytał – „na przerwie żimmy wziął skaner zema wiesz coś o tym”.
Najlepsze z „zabawek” grupy były pod opieką Rejkerta. Znał się na nich najlepiej. Tylko on i kapitan znali skrytki gdzie trzymali najcenniejsze narzędzia.
Nie odpisał od razu. Dlaczego Żimmy zabrał skaner, i to bez zezwolenia? Potem znów pomyślał o Nowym, i znów o Żimmym. I o robaku. Poczuł się skołowany.
„Nie powiedział po co”.
„Nie powiedział oddał go na następnej przerwie”.
„Na następny raz przyślij go do mnie i nic mu nie dawaj dopóki tak nie powiem i nie mów o tym nikomu”.
„Jasne”.
Arto chciał napisać coś jeszcze, lecz zauważył że ktoś otworzył drzwi do klasy. Nowy i Żo. Spojrzał na zegarek – byli w połowie lekcji. Zamknął okno rozmowy.
Obaj spóźnialscy przeprosili nauczyciela i jakby nigdy nic siedli na swoje miejsca. Arto nie mógł nie dostrzec jak Nowy dziwnie sztywno trzyma przy boku prawą rękę. Jeśli to było to o czym myślał – a o niczym innym myśleć nie mógł, patrząc na tę rękę – to Nowy będzie ją tak trzymał jeszcze przez dwie lub trzy kolejne lekcje. Zaczął nabierać wprawy. Nie było nic po nim widać – nic co zauważyłby dorosły. Spróbował złapać wzrokiem jego spojrzenie gdy siadał. Nowy to spostrzegł, lecz odwrócił się, nie patrząc w jego stronę.
„Więc to nic takiego” – napisał do Nowego – „gdzie byłeś”.
„Miałem problem” – Nowy powoli wystukał odpowiedź. Szło mu to z wyraźnym trudem – „musiałem się pomalować”.
„Żo nie maluje tylko składa widzę twoją rękę nie kłam”.
„To nic z czym nie dałbym sobie rady daj mi spokój”.
„Mogę ci pomóc naprawdę”.
„Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc to mi nie pomagaj”.
Okno się zamknęło. To już zaszło za daleko, nawet jak na szkołę. Mógł sądzić że Nowy miał złe rozjaśnienie, lecz teraz... Ile razy na tydzień można potrzebować medyka, i to nie licząc bitwy, w której Nowy wcale tak bardzo nie oberwał? Co takiego robił że było z nim gorzej niż wtedy?
Ostatnimi rozjaśnieniami rzadkością było by Nowy nie stał się nagle przygnębiony, a zaraz potem właśnie taki jak teraz – milczący, zacięty i zamknięty w sobie. Każde skierowane do niego słowo traktował jak atak. Gdzieś znikał, a gdy wracał nie był już taki jak przedtem. Za każdym razem wyglądał gorzej i nigdy nie chciał o tym rozmawiać. Ostatni raz był sobą po bitwie. Wtedy stać go było na pomysł ze skakaniem. Lecz już wcześniej nie wyglądał najlepiej.
„Żo co tym razem nie rozumiesz że możecie mieć przez to kłopoty” – napisał.
„Złamanie kilka zmiażdżeń i stos siniaków zużywa maść jak reaktor wodę z nim coś się dzieje coś więcej niż zwykłe napaści w to nie uwierzę”.
„To już wiem pytałeś go o to”.
„Nie chce mówić ale źle z nim naprawdę źle jeszcze trochę a moja pomoc mu nie wystarczy wtedy lepiej by było gdyby charon naprawdę istniał i nowy w porę do niego trafił”.
To nie zabrzmiało dobrze. Gdy Żo wspominał o Charonie, Arto zawsze przechodziły ciarki. Wspominał o nim rzadko, lecz gdy to robił, to zawsze na poważnie.
„Aż tak źle”
„Za każdym razem jest gorzej ciało nie jest z plastali a nawet ona może pęknąć tak samo może pęknąć coś w środku a tego nie potrafię poskładać wtedy albo pójdzie do lekarza albo umrze”.
Żo mógł sobie myśleć że legendarny Charon, lekarz który wie i nic nie mówi, naprawdę istnieje, lecz on nie wierzył w bajki, zwłaszcza takie piękne.
Poza bitwami i pojedynkami, złamania były rzadkością. Trudniej je było ukryć przed dorosłymi. Nawet starszaki nie chciały tak ryzykować; starały się zadać ból, zwykle nic więcej. Lecz Nowy wyglądał jakby obrywał wszędzie, bez patrzenia z jakim skutkiem. Jego malunki mogły oszukiwać dorosłych, lecz nie kapitana. Zbyt dobrze znał wszystkie sztuczki.
Możesz sobie grać twardziela, Nowy, pomyślał. Możesz milczeć, ale ja muszę wiedzieć, dla naszego i twojego dobra. Takie rzeczy się zdarzały choć, jak dotąd, nie jemu. Wolał nie myśleć co powinien zrobić, jeśli to było to czego się obawiał. 
Spytał na kanale ogólnym czy nikt nie widział co się działo z Nowym na przerwie. Nie obchodziło go że on także to przeczyta. Rozmowy zatrzymały się. Wszyscy pisali to samo. Dowiedział się gdzie był wtedy każdy z nich. To nic nie dało. Nowy po prostu zniknął.
Mieli protektorat. Na grzbiecie dłoni każdego z nich widniał znak Gwiezdnej Flary, lecz ktokolwiek się dobierał do Nowego, niewiele sobie z tego robił. Arto wiedział jak ważne jest zadanie sobie właściwego pytania. Tym razem brzmiało ono prosto – kto czuł się na tyle silny by lekceważyć pozycję Zema? Lecz czy ktoś taki zwracałby uwagę na taki drobiazg jak jakiś piątak? Gdyby nie zbiór podatku, Smok mógłby dla nich nie istnieć. Ale Zem się nami interesował, przypomniał sobie. Zem i jego dziwne zamówienie... Może to przez niego? Podczas wojny chłopcy pod protektoratem bywali ofiarą wroga... lecz to nie grupa była celem, tylko Nowy – i trwało to o tydzień dłużej niż ich protektorat.
Kolejną, niemal odruchową i na wpół dziecinną myślą było pytanie dlaczego Gwiezdna Flara do tego dopuszcza. Dwa rozjaśnienia od zawarcia umowy Nowy znowu został pobity. Kusiło go by zapytać o to Zema, lecz to by była obelga. Musiałby mieć dowód że choć jeden z wojowników Flary widział zdarzenie i nie zareagował. Nowy mógł im uciec, co nie było trudne. To w interesie Smoka leżało by każdy wojownik znajdował się w pobliżu Flary, nie na odwrót. Arto nie mógł oczekiwać że Zem rzuci wszystko i każe łazić za nimi. Lecz, z drugiej strony, nie miał co posądzać go o złośliwość. No i gdyby komuś zależało na zaszkodzeniu Jeźdźcom Smoków, wybrałby kogoś bardziej wartościowego, jak kapitan. Gwiezdna Flara nie miała z tym nic wspólnego. To była sprawa między Nowym, a... kim?
„Wy też nic nie wiecie” – napisał do Orfiusa i Kerella.
„Mówiłem mu sto razy żeby trzymał się razem z nami” – wytłumaczył Orfius – „ale on wciąż robi swoje”.
„Albo się trzyma całej grupy albo znika na dobre” – dodał Kerell – „odchodzi i mówi że nie chce byśmy za nim szli że ma własne interesy”.
„Więc od teraz macie dbać nie o jego interesy tylko o jego skórę macie przykleić się do niego nie obchodzi mnie co będzie mówił powiedzcie mu że to mój rozkaz”.
Oboje potwierdzili. Rozłączył rozmowę, mając niejasne przeczucie że coś jest bardzo nie tak. Dlaczego Orfius i Kerell byli razem, we dwójkę, z dala od grupy, akurat wtedy gdy zniknął Nowy?
Na wszelki wypadek przydzielił Nowemu ochronę z silniejszych wojowników. Protestowali, lecz ktoś musiał na niego uważać, donieść co się dzieje. Z czymś takim miał do czynienia po raz pierwszy. Dotąd tylko o tym słyszał.

Na przerwie zaczepił Żimmiego. Jakiś czas temu polecił mu mieć oko na Nowego. Nie musiał z nim chodzić, tego mu nie kazał – gdyby tak zrobił, Żimmy nie zostawiłby Nowego samego, biorąc się interes ze skanerem – lecz mógł coś zauważyć. Niestety, nie dowiedział się od niego niczego nowego. Tuż przed swoimi problemami Nowy odłączał się od grupy.
- Nie wiem czy robi to specjalnie, czy się zapomina, ale to robi – tłumaczył – Jest jakiś... Dziwny. Też zauważyłem że coś się dzieje, ale on nam ucieka. Nie tylko mi. Zapytaj innych.
- Pytałem – potwierdził. Splótł ręce na piersiach i oparł się plecami o ścianę – i to mnie niepokoi.
Żimmy stanął tuż przed nim.
- Co w tym niepokojącego? - rozłożył ręce – Obrywa od starszaków i tyle. Nic mu się nie dzieje. Jest delikatny jak jajcogłowy – wydął wargi – byle kopniak i zaraz jęczy. Też bym się wstydził tak pokazywać.
- To coś więcej. Czuję to.
- Ale tego nie wiesz.
- Jeszcze nie. Pomożesz mi się dowiedzieć. Pilnuj go. Zobacz co się z nim dzieje po lekcjach, czy wraca do domu, czy... robi coś innego.
- To rozkaz? – Żimmiemu to się nie spodobało.
- Będzie, jeśli będę musiał. Weź kogoś do pomocy, jeśli musisz. Nie pozwól Nowemu się wymknąć. Idź za nim, nawet jeśli nie będzie tego chciał, czy o tym wiedział. Nie chcę dowiadywać się od obcych o tym co się dzieje w mojej własnej grupie.
To co najmniej poniżające, pomyślał. I kłopotliwe, gdy będzie musiał zacząć pytać innych chłopców co porabia Nowy. Na pewno pomyślą że nie panuje nad własnymi ludźmi.
Żimmy przytaknął. Mógł się nie zgadzać z jego rozkazami, lecz zawsze je wypełniał.
- Jest coś jeszcze? – domyślił się.
- Wiesz dobrze co – Arto lekko spuścił głowę, spoglądając głęboko w oczy Żimmiego – Po co ci skaner? Nie wiesz że to niebezpieczne, tak z nim chodzić? Jeśli ktoś by ci go zabrał...
- Byłem ostrożny! – zapewnił. Oparł się prawą ręką o ścianę przy głowie Arto i pochylił, również patrząc mu prosto w oczy – Nie zabrałem go na długo. Jedna beksa chciała bym otworzył jej jedną z Ostatnich Przystani. Wiesz ile one za to płacą?
Arto poczuł dreszcze. Wiedział ile płacą. Ktoś kto idzie by z sobą skończyć nie potrzebuje już niczego. Biorąc skaner od Zema nawet nie pomyślał że może on zostać wykorzystany do otwierania takich zamków, tymczasem dla Żimmiego był on ledwie nową zabawką. Nie zastanawiał się nad tym co może nią zrobić, nie myślał o odpowiedzialności czy konsekwencjach. To nic że takie zamki nie były skomplikowane. Nie o to chodziło. 
- Arto, naprawdę dobrze zapłacił! – Żimmy gwałtownie wyciągnął przed siebie dłoń z podkurczonymi palcami, jakby chwytał latającą zdobycz. Gdyby Arto nie odsunął głowy, trafiłby go palcem prosto w oko, lecz Żimmy nawet tego nie zauważył, tak podniecała go wizja zdobywania łatwych impulsów – Na następnej przerwie oddam połowę do naszej kasy, wtedy zobaczysz że było warto. Starczy na wiele podatków! To czysty i pewny interes...
- Czysty? – Arto oburzył się na to co powiedział i jak powiedział. Zdziwiło go to. Chciał wierzyć że beształ Żimmiego tylko za nieostrożność, lecz gwałtowna, choć stłumiona reakcja zaskoczyła nawet jego – Nie pomyślałeś że taka Przystań jest obserwowana?
- Nie ta. Nie jestem głupi! – zaperzył się Żimmy. Ściągnął brwi – Beksiarnia była czysta, dawno nikt tam się nie zabił. Nie ryzykowałbym bez potrzeby!
- Czyżby? Żim, taki skaner może być niebezpieczny! Nie pomyślałeś że powinieneś mnie najpierw zapytać?
Patrzył uważnie na Żimmiego, czekając na reakcję, szukając czegokolwiek. Poczucia winy, przeprosin – nie wiedział czego. Żimmy tylko wzruszył ramionami. Arto dalej patrzył.
- No dobra, może masz rację – przyznał w końcu z wyraźnym wahaniem. Odsunął się krok do tyłu, ramiona mu opadły.
- Zajmij się Nowym – rozkazał Arto. Był zły, ale co się stało to się nie odstanie. Pozostało wierzyć że Przystań naprawdę była czysta – Tym razem na poważnie.
Żimmy posłusznie kiwnął głową i odszedł. Arto miał nadzieję że nagana zrobiła swoje.
Rozejrzał się za Nowym. Stał razem z innymi, niedaleko, unikając patrzenia w ich stronę. Rozmowa z nim byłaby bez sensu.
Zauważył że Bebre mu się przygląda. Gdy ich spojrzenia się spotkały, Bebre skinął głową w bok. Odeszli kawałek, pozostawiając grupę w zasięgu wzroku.
- Nie chciałem pisać na kanale – zaczął niepewnie Bebre. Całym ciałem pokazywał że nie chce o tym mówić, ale mówił.– Ale... Zapytałeś o Nowego i myślę... Obiecałem że nie powiem, ale... nie wiem...
- Powiedz mi o tym – powiedział, łagodnie – Tylko mi. Nowy ma poważne kłopoty. To ważniejsze niż obietnica. Nie pomożesz mu, jeśli będziesz milczał.
- Wiem, ale... – Bebre, zawstydzony, unikał jego wzroku – To... może nic takiego. Kilka rozjaśnień temu Nowy mówił że był duszony. Nie wiem przez kogo, ale chyba się przestraszył. Wiesz, jest Nowy i w ogóle... Myślałem że to tylko zwykłe grożenie, ale...
Arto czuł, że Bebre nie mówi wszystkiego, ale to mu wystarczyło.
- Nie wiem co się dzieje – przyznał – ale dobrze zrobiłeś. Pilnuj go, to wystarczy.
Bebre kiwnął głową. Arto postanowił uprzedzić Grejgiego by nie ćwiczył dzisiaj z Nowym, nawet gdyby o to błagał. Zbyt bardzo potrzebował odpoczynku, nawet jeśli go nie chciał.

* * *

Nie po raz pierwszy wracał do domu tak późno. Nie aż tak by rodzice zaczęli się niepokoić, lecz dość by to zauważyli. Był obolały; do głodu dołączyło zmęczenie. Szczęśliwie, treningu dziś nie było, za sprawą tajemniczych przygotowań do „naprawdę poważnej akcji” w jakimś magazynie. Nie żałował że nie chcą wziąć go ze sobą. Jeśli wysypisko nie było dla nich dość poważne... wolał nie wiedzieć co będą wyprawiać tym razem. Nie czuł się gotowy na kolejne takie przeżycie. Nie wiedział czy kiedykolwiek będzie tak sprawny jak jego towarzysze.
Liczył że Ros nie będzie w domu. Nie miał ochoty na kolejną cichą kłótnię. Wiedział że jej nie uniknie, lecz chciał wpierw trochę odpocząć. Ona niczego nie rozumie, powtarzał sobie. Sam muszę sobie poradzić, inaczej nie będą mnie szanować. Nie będę się więcej krył za plecami innych. To niczego nie zmieni. Po tym co zrobiłem, już o mnie nie zapomni.
Wciąż drżał gdy o tym myślał. Wierzył że gdyby się wygadał, tamten by go zabił. Zapuszkował, jak mówili w szkole. Atakując go, popełnił błąd. Czuł że drogo za to zapłaci.

Już od progu usłyszał kłótnię rodziców. Trochę się zdziwił. O tej godzinie ojciec powinien być jeszcze pracy, lecz kłótnie i jego wcześniejsze powroty od zawsze były ze sobą ściśle związane. Wiedział jak to się zwykle kończy i nawet się ucieszył że tym razem stało się to tak szybko, ledwie trzy tygodnie, lecz dla niego było to niczym wieczność. Miał nadzieję że drugi raz nie trafi do takiego miejsca. Może nawet wrócą na dół.
Rodzice siedzieli w pokoju-kuchni, głośno rozmawiając. Przynajmniej tym razem nie krzyczeli. Zapach jedzenia jeszcze bardziej rozbudził w nim głód. Cicho zamknął drzwi i zajrzał do kuchni, samemu na razie pozostając niewidocznym. 
- ...i tylko dlatego bo masz moralność! – wypominała matka. Pogłos słabo wyposażonego, nie do końca urządzonego pokoju podkreślał jej gniew – Zwiedziliśmy całą Ziemię a teraz zaczynamy podziwiać uroki kosmosu. Przez ciebie jesteśmy bezdomni!
Matka była już naprawdę zła, choć jeszcze nie wściekła. Ojciec jak zwykle czuł się winny. Siedział, zgarbiony, jakby ktoś nagle położył mu na ramionach całą stację. Oboje siedzieli nad pełnymi talerzami. Jedzenie stygło, nietknięte.
- Ja tak nie mogę – odpowiedział ojciec – Nie zmienię przeszłości. Nie potrafię tak jak inni.
- Nie potrafisz? – matka stała się ironiczna – Kawał z ciebie fachowca, w poszukiwanej dziedzinie, lecz potrafisz jedynie zbierać negatywne opinie wszędzie gdzie się zjawisz.
To była prawda. Ojciec znał się na rzeczy, ale przełożeni rzadko kiedy mogli się z nim dogadać. Słyszał czasem jak ojciec rozmawiał z nimi przez konsole. Znów się przestraszył, jak wiele razy przedtem w takich sytuacjach. Bał się, choć nie wiedział czego. Stał więc i słuchał, próbując wymyślić co mógłby zrobić, co powiedzieć by to zakończyć.
- Czy naprawdę tak dużo chcę, dla siebie i dla dzieci? – ojciec rozrzucił ramiona – Żeby były wolne, mówiły co chcą i mogły pójść gdzie chcą? Kiedyś nie było w tym nic złego. Mam swoje zasady. Chyba tylko one trzymają mnie jakoś w kupie. Myślisz że jak sam nie będę ich szanował to one je zrozumieją?
- Na pewno je zrozumieją, kiedy przyjdzie nam głodować za łaskawie rzucane rządowe racje. O tak, wtedy na pewno zrozumieją jedną zasadę. Że muszą zrobić wszystko, nawet całować szefa po tyłku, aby tylko utrzymać pracę! Jesteś niby taki mądry, lecz dla nich... Jesteś surowy, wiesz o tym? Gdy upadną popychasz je do przodu, każesz zacisnąć zęby, wstać, iść i być silnym, zamiast pomóc! One chcą ojca, nie nauczyciela! Tych mają w szkołach, tak wielu że na pewno wiedzą już wszystko o życiu co wiedzieć powinny! Ros jakoś to znosi, ale Iwen jest na to za mały!
Ojciec westchnął.
- Tak było na dole, na kosmos, ale nie tutaj! Wiem jak im tu ciężko, wiem jak tobie ciężko, ale zawsze, zawsze mu pomagam, ile razy poprosi. Muszą wiedzieć że na tym świecie nikt im nie pomoże. Nawet rodzina. Tylko my, ale my nie będziemy przy nich na wieki. Chcę by do tego czasu same poznały kiedy naprawdę potrzebują pomocy, a kiedy poradzą sobie same. Tego powinien uczyć ojciec. Szkoda że mój mnie tego nie uczył...
- Ale nauczył zasad, tak? Nigdy nie przyszło ci do głowy że warto odłożyć te zasady na bok, dla dzieci? Czy odrobina wygody w życiu to dla nich zbyt wiele? Twój ojciec był nieudacznikiem i nędzarzem. Miał zły wpływ...
- A twój? Wielki pan i władca, trzymający własną córkę na krótkiej smyczy. Studiowałaś tylko po to by miał zaufaną, prywatną opiekę na starość. Nie dla tego wyszłaś za syna nieudacznika bo miałaś tego dość?
- Gdybyśmy tam zostali, dzieci nie musiałyby teraz znosić tego wszystkiego...
- A ja nie mógłbym znieść hipokryzji! To życie za magiczną barierą dobrobytu... Nawet dzieci nie czuły się tam dobrze.
- Przynajmniej miały wszystko...
- ...oprócz swobody! Lecz tobie się nie skarżyły, bo według ciebie dziadek był zawsze dobry! Złota klatka, tak na to kiedyś mówiono. Nawet Iwen... Był za mały by to zrozumieć lecz już w dniu przyjazdu pytał kiedy wyjeżdżamy.
- Za to twoje przeprowadzki sprawiły że zdziczał! Szczęśliwy? Gdyby od początku się tam wychowywały, zamiast u twoich rodziców, przyzwyczaiłyby się...
- Więc teraz niewiedza jest cnotą? Zresztą, o czym tu mówimy? Nawet oni nie mogli poradzić na moją niełaskę i twoje bezrobocie. 
Sytuacja zmierzała w stronę prawdziwej kłótni, skoro rodzice wyciągali dziadków na wierzch. Gdy rozmawiali o rzeczach których nie rozumiał, zwykle chodziło o to samo i kończyło się tak samo. Strach minął, zastąpiony chłodną determinacją by coś zrobić, cokolwiek. Niewiele myśląc wszedł do kuchni.
- Nie jestem przeciwna twoim zasadom – usłyszał jeszcze. Matka nieco się uspokoiła, ale tylko trochę – Podziwiałam cię za to wcześniej, podziwiam i teraz. Ale mamy dzieci... Co będzie z nimi, gdy znowu stracisz pracę? Nie mamy na to czasu. Zostaniemy tu na dobre.
- To się okaże, za miesiąc lub dwa...
Rodzice zamilkli. Zwykle pomagało gdy się pojawiał, o ile kłótnia nie zajmowała ich tak bardzo że przestawali zwracać na to uwagę. Teraz oni byli zmieszani, a on... Idąc do domu nie zwracał uwagi na sztywno trzymaną rękę. Nie krył że lekko utyka. Teraz, pod doświadczonym spojrzeniem matki, musiał się lepiej kontrolować. Jak Arto.
Ros nie było w domu. Gdy byli młodsi, w takich chwilach zamykali się w pokoju, nasłuchując. Teraz, gdy zaczęła rosnąć, sama brała w nich udział. Skoro teraz nie siedziała z nimi, znaczyło to że wyszła, pewnie z tym swoim nowym chłopakiem od ochrony.
- Kłopoty w pracy? – spytał, siadając przy stole.
- Widzisz? – matka wskazała na niego – Nawet on dobrze wie, o co chodzi.
- Chcę dla nich jak najlepiej. Nie chcę aby przechodzili przez to co my. Czy wolność, prawdziwa wolność, to aż tak wiele?
Iwen nie rozumiał o co dokładnie chodzi z tą wolnością, ale wiedział co ona oznacza teraz, dla niego. Że ojciec mógłby pracować dłużej niż miesiąc, rok czy dwa w jednym miejscu. Że może mógłbym mieć przyjaciół, takich prawdziwych, jak w pierwszej szkole, choć pewnie nie miałbym ich tutaj. I że inni przestaliby go bić.
Matka nie odpowiedziała. Wyjęła talerz, nałożyła syntetyczną porcję ziemniaków i kawałek taniego mięso. 
- Kiedy się przeprowadzamy? – spytał.
- A kto ci powiedział że się przeprowadzamy? – odparł zmieszany ojciec.
- Zawsze tak jest... – teraz Iwen był zdziwiony. Czyżby się pomylił? – Najpierw kłopoty, potem... potem się kłócicie, a w końcu mówisz że trzeba się pakować, bo tutaj już cię nie chcą...
- Iw, tak mi przykro... – matka pogładziła go po głowie – Wiem że nie powinniśmy tyle jeździć, że powinieneś mieć przyjaciół i...
- W porządku, mamo, przyzwyczaiłem się. Jeśli znowu gdzieś się przeniesiemy... może z powrotem na Ziemię? – spytał z nadzieją – Stacja jest taka... dziwna – niebezpieczna, pomyślał, lecz nie powiedział tego na głos.
Matka spojrzała szybko na ojca. Ten pokręcił głową.
- Przepraszam cię za to, ale są rzeczy... Dla niektórych ludzi na tej planecie są jeszcze rzeczy ważniejsze niż praca. Lecz tym razem nigdzie się nie wybieramy. Tu nie jest tak źle. Główny inżynier stoczni, Wilan, to dobry człowiek i przyzwoity zarządca. Myślę że nas rozumie.
Iwen poczuł się rozczarowany. Przed oczami pojawiła się twarz starszaka. Więcej bólu.
- Źle ci tutaj? – spytała matka – Masz kłopoty w szkole? Bijesz się z kolegami?
Nie tym razem. Tym razem sam obrywał i nie mógł się poskarżyć, jak ci których sam bił.
- Chciałbym wrócić na Ziemię – odpowiedział niechętnie – Stacja mi się nie podoba.
- Nie możemy tam wrócić. To już nie zależy od nas.
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – z powagą zapewnił go ojciec – Naprawdę wiem jak ci ciężko, naprawdę – podkreślił – Rozumiem to. Ale musisz wytrzymać, jak my wszyscy.
Zawsze tak mówił, lecz ta szkoła była zupełnie inna. Nie wiedział jak mu było z nią źle.
- No... trudno. Tak tylko myślałem – odpowiedział – Ale, jeśli zostajemy, to po co ta kłótnia?
Matka odwróciła się, ukradkiem przecierając oczy dłonią. Nie rozumiał dlaczego takie rozmowy zawsze doprowadzają ją do łez, ale było mu żal że tym razem winne było jego pytanie. Chciałem tylko powiedzieć to co myślę, usprawiedliwił się, spuszczając głowę. Przepraszam. Nigdy nie pytał dlaczego wtedy płacze, bo i tak by nic nie zrozumiał. Może Ros ma rację i jestem głupi?
Poczuł nagłe, silne pragnienie by nie przejmować się niczym, ni grupą, starszakiem ni Arto i wszystko opowiedzieć, lecz coś wciąż go blokowało. Strach. Był słaby, ale był. Potrzebował impulsu. Gdyby spytali go teraz czy dzieje się coś złego, nawet tak po prostu, nie spodziewając się potwierdzenia, zacząłby mówić o wszystkim, nawet wbrew sobie. Lecz poza krótkimi chwilami gdy coś zbroił rodzice, zajęci ważnymi dla siebie sprawami, nie zwracali na niego uwagi, ani teraz, ani wcześniej.
- To nie kłótnia – wyjaśniła matka – Dorośli muszą się czasem posprzeczać, aby dojść do kompromisu.
Kompromis. To słowo Iwen znał aż za dobrze. Padało dość często by je rozumiał.
- Kompromis, wszędzie kompromis – odparł ojciec – Przestań to tak nazywać. Nie jesteśmy w wiadomościach.
- Inni pracownicy mogą iść na kompromis, lecz nie ty? – matka siadła z rezygnacją. 
- Nie mogę, bo to idzie za daleko. Rous, społeczeństwo jest elastyczne niczym balon. Podatne na te kompromisy. Można je nimi ściskać i wyginać. Rząd mówi ludziom że zmienia się kształt, lecz ukrywa że zmieniła się też objętość. Swoboda. Wolność – wycelował wskazujący palec w matkę – Nie da się ściskać bez końca. Jak myślisz, ile jeszcze zniesie Układ, nim wszystko rozerwie się od środka? Nie chcę tu być gdy tak się stanie. Nie chcę by były tu nasze dzieci. Nie chcę byś ty tu była.
Iwen poczuł się tak jak mógł czuć się Arto, lub którykolwiek z nich. Mieli wiele wspólnego, więcej niż sądził jeszcze dziś rano. Mieli opiekunów, nazywali ich rodzicami, lecz tak naprawdę byli samotni ze swoimi problemami, czyli z tym do czego najbardziej potrzebowali ich pomocy. Nawet gdy słuchali, dorośli nie rozumieli ich problemów. Działali zamiast pomyśleć, zamiast choć raz spojrzeć na sytuację oczami dzieci – oczami tych którzy muszą wrócić po tym jak oni zaczną „pomagać”. Jeśli nic nie rozumieli, jak mogli w czymkolwiek pomóc? Wchodzili, ustawiając wszystko i wszystkich, karząc winnych i pocieszając skrzywdzonych, a potem wychodzili, ciesząc się że sprawa została załatwiona, że mogą o tym zapomnieć i wrócić do swoich bardziej ważnych spraw. Lecz sprawa nigdy nie była załatwiona. Nie była na Ziemi, tym bardziej nie byłaby tutaj. Pewnych spraw nie dało się tak rozwiązać. Pewnych spraw nie trzeba było rozwiązywać. Rozwiązałyby się same, jak wiele z tych szkolnych spraw na dole. Rodzice nie mogli zrozumieć że wszystko czego w takich chwilach potrzebował to zrozumienia, wsparcia, że nie chce by tam poszli i zrobili porządek. To nigdy nie działało. Chciał znów uwierzyć w siebie, zebrać siły i samemu wszystko poukładać. Tylko...
Wbił wzrok w talerz, by ukryć smutek. Niepotrzebnie. Choć był przyczyną zmiany tematu, rodzicejuż przestali zwracać na niego uwagę. Jeszcze tylko ojciec czasem rzucał w jego stronę ukradkowe spojrzenia, lecz i on nic nie dostrzegał, ani dziś, ani przed tygodniem.
- Od ponad stu lat rząd nie wprowadził nowych praw ani zakazów... – zaczęła matka. Mówiła jakby próbowała coś obronić.
- Poza zakazem studiowania dla kolonistów, tak? Rzekomo nie starcza miejsc dla studentów z Układu. Kompromis, Rous, kompromis, jeden z wielu, zręcznie ukryty i zamaskowany, pomiędzy nami a kolonistami, by utrzymać obecny stan rzeczy. Rząd ustala nowe prawa, by potem wycofać się z ich części, pozostawiając to co jest naprawdę ważne, a ludzie się cieszą, jak głupki.
- Głupki? Nawet jeśli... Czy uważasz że dla zwykłych ludzi coś to zmienia?
- Nic co byśmy widzieli, to prawda. Jakaś stabilizacja istnieje, ale... W pewnym momencie ściskania nie czujesz już że ciśnienie rośnie, nie czujesz że jest ci ciaśniej. Nawet rząd może tego nie dostrzegać. Otacza się strażą i luksusem, lecz jest w tym balonie, w samym środku.
- Ja też byłam w środku, pamiętasz?
- I coś zauważyłaś? Nie obchodziła cię polityka, nie interesowało cię co myśli i wyprawia twój ojciec. Teraz... Nie wiem już czy to dobrze czy źle. 
Ojciec westchnął. Wziął widelec, podłubał nim w talerzu, ale zaraz odłożył. Milczenie trwało tylko chwilę.
- My nie uczymy się na własnych błędach – powiedział nagle – Już nie. Gdy stawia się wielką tamę największe katastrofy mają miejsce gdy ona pęka. Gdy pęknie ta tama... zaleje cały znany wszechświat. Obawiam się by marzenia miliardów o wolności, marzenia tłumione przez ślepców z rządu, nie zniszczyły naszej cywilizacji. 
Iwen nic z tego nie rozumiał. Był kiedyś na wielkiej tamie, pomiędzy Azją a Ameryką, zbudowanej jeszcze w czasach kolonizacji Marsa – ogromna zapora, stworzona dawno temu w nieudanej próbie ochrony lodów północy przed szybkim topnieniem. Android – przewodnik wyjaśnił że próbowano ratować coś co nazywano Golfsztromem i co sprawiało że Europa była kiedyś ciepła. Ale jak to się miało do rozmowy rodziców?
Sprawy dorosłych, uznał. Przynajmniej przestali się kłócić i zaczęli dyskutować.
- Zawsze widzisz sprawy z najgorszej strony. Rząd nie jest ślepy. Gdy coś pójdzie nie tak, sam znajdzie się na celowniku. Oni wierzą że robią dobrze.
- Dobrze... Rozejrzyj się i powiedz że mamy dobrze. Przekonaj mnie. Mówisz jak twój ojciec. On nigdy nie musiał pracować. Właściwie, dziwię się że przy jego poglądach, i poglądach twojej matki, pozwolili byś została moją żoną – uśmiechnął się – Ale znam cię, Rous, i wiem że gdybym chciał byś coś zrobiła, wystarczy bym ci tego zabronił.
Teraz rodzice kłócili się bardziej dla zabawy. Iwen westchnął cichutko. Uderzenie samotności gdzieś znikło. Zaczął myśleć że wyolbrzymia problem. Gdyby sprawy stały się poważne, rodzice na pewno by mu pomogli, zrobili więcej niż zwykle. Coś by zrobili. Musiał uwierzyć że dorośli są mądrzejsi i zajmują się swoimi sprawami naprawdę dlatego że one są ważniejsze. Zabrał się za jedzenie, przysłuchując się rodzicom. Jednak czuł że coś się zmieniło, między nimi a nim, nawet jeśli tego nie dostrzegali.
- Więc dobrze. Jak według ciebie mamy się bronić przed inwazją?
- Nie bronić się wcale, bo inwazja nigdy nie nastąpi. To tylko gra o władzę. Trzymają nas tutaj bo dzięki temu prawie cała produkcja znajduje się w ich rękach. Ludzie zamieszkują tysiące planet, lecz produkujemy wszystko w jednym miejscu, w Układzie. To jest chore i niebezpieczne. Gdy coś się stanie w Układzie, odbije się to na wszystkich koloniach. Gdybyś czasami rozmawiała z kolonistami, jak mi to wypominasz, wiedziałabyś że my, tutaj, pracujemy niemal jak niewolnicy.
- Tam też jest ciężko – zauważyła matka – Tam nie istnieje tak rozbudowany przemysł.
- Ale to się zmieni. Za sto lat, czy za tysiąc, nieważne. Tam ludzie są wolni. Pomijając Prawa Kolonialne, kolonie rządzą się demokratycznie. Tam prezydentem kolonii może zostać każdy.
- A u nas nie? Możemy głosować...
Iwen nadstawił uszu. Słowa „demokracja” i „głosowanie” zawsze drażniły ojca. Ojciec potrafił dostrzec kłamstwa rządu i tak mu je wyjaśnić że miał wrażenie iż wszystko rozumie, lecz był jeszcze mały i szybko zapominał. Wtedy pocieszał się że gdy dorośnie, będzie jak on, tylko nie będzie rzucał pracy, ani tak łatwo pozwalać się z niej wyrzucać.
- Ale tylko na tych kandydatów, których przedstawią nam partie, czy jakieś podejrzane grupy interesów! – ojciec się uniósł – To tak jakbyś wybierała którą zgniłą pomarańczę chcesz kupić. I tak nie dostaniesz świeżej, jedynie mniej zepsutą! Dlatego ludzie przestali głosować, dlatego dwieście lat temu zniesiono próg wyborczy. Od tego czasu Rząd nawet nie udaje że mu na czymkolwiek zależy, na poprawie poziomu życia w szczególności. Teraz wystarczy tylko jedna, jedyna osoba w całym Układzie, by wybory były ważne.
- Nie moja wina że ludzie nie głosują. Mogliby przegłosować lepszego kandydata...
- Nie głosują bo dobrze wiedzą że to nie ma sensu. Ci nowi i tak zrobią ich w holownik. Dalej będą dźwigać wszystko na własnych plecach i nic się nie zmieni.
- Gdyby się ruszyli, jak mówi mój tak niepopularny w tym domu ojciec, to by były zmiany. Podobno na tym polega demokracja – zauważyła z przekąsem – Zmian trzeba chcieć, to wtedy będą. Ale ludzie nie chcą chcieć.
- Twój ojciec jest idealistą, a ja realistą. W dodatku jest bogaty, a to zawęża pole widzenia. Zbyt mocno zależy mu na utrzymaniu obecnego stanu rzeczy, nawet jeśli czasami mówi co innego. Myślisz jak on, że to takie proste? Bogaci zawsze wygrywają. Używają swojego bogactwa by mieć więcej i nie pozwolą tym, co mają mniej, by ich dogonili. Demokracja to fikcja, od samego początku. To ekwilibrystyka między potrzebami jednostki a potrzebami społeczeństwa. Ludzie wybierają spośród siebie najpopularniejszych, by podejmowali niepopularne decyzje. Co się dzieje gdy ci wybrani zapominają kto i po co ich wybrał? Rozejrzyj się, spójrz co zrobiła z nami ta demokracja!
- Kolonie są...
- Kolonie! – ojciec wzniósł ręce – Demokracja kolonii podlega Rządowi przez namiestników. Wszystko, każde ogniwo, prowadzi tutaj, do Układu. To tu...
- Do wyborów może startować każdy! – zaprotestowała matka.
- Tak myślisz? – ojciec uniósł brwi. Jego jedzenie było zimne, ale nie zwracał na to uwagi – Raz, poparcie nie leży na ulicy. Dwa, rząd i partie dobrze wiedzą jak zarzucić ludzi informacjami tak by inny kandydat, niezależny kandydat, nie zdołał się przebić. Sami bardzo dobrze potrafią się wybielać, nawet współpracować ze sobą, lecz równie dobrze potrafią oczerniać innych.
- Kłamstwo łatwo można wykryć i ujawnić.
- Nie musisz kłamać by zamienić najszlachetniejszego człowiek na zbira z ulicy! Od tego jest propaganda. Zresztą, Parlament Międzyplanetarny, cała ta Rada Ziemi i inne rady, z prezydentem Układu na czele, z całym tym Zjednoczonym Rządem, to tylko marionetki. Prawdziwe decyzje zapadają gdzie indziej, gdzie żadne wybory nie sięgają. Oni tylko poruszają ustami, by odczytać to co się im podetknie. Kim się otoczysz jak zostaniesz prezydentem? Swoimi znajomymi? Nikt nie wpuści do rządu ludzi znikąd! Nawet jak się tam dostaniesz, będziesz sama przeciwko tysiącom. Demokracja, prawdziwa demokracja, sprawdza się w koloniach, bo są małe. W naszej demokracji władza i pieniądze to jedno i to samo. Biznesmen jest politykiem, polityk biznesmenen. Rządzą nami byli prezesi korporacji którym znudziło się robienie pieniędzy, bo dziś nikogo innego nie stać na kampanię, która sprowadza się do kupienia głosów tych u góry. Kiedyś kandydat musiał chociaż udawać. Musiał wydać fortunę by bezmózgie pospólstwo uwierzyło że chce właśnie jego. Dzisiaj... – pokręcił głową – U nas, by rządzić w tej parodii, zwykły człowiek musi się powoli wspiąć po szczebelkach władzy, a w trakcie tej wspinaczki politycy sami eliminują radykałów i reformatorów. Ci co zostali zbyt dobrze się w tym czują by coś zmienić, nie na szerszą skalę.
- Więc może demokracja sama w sobie jest utopią? – zaironizowała – może sprawdza się tylko w prymitywnych społeczeństwach?
Ojciec znieruchomiał.
- Może – stwierdził po chwili – Lecz jeśli tak, to z tej śluzy nie ma ucieczki. Wszyscy wiedzą że zmiany są konieczne, lecz ludzie oczekują że będą one szybkie. Jedno, dwa pokolenia i sytuacja się unormuje. Nie rozumieją że to praca na dwa lub trzy stulecia. Demokracja nie potrafi planować w takiej skali czasu. Nigdy nie stworzyłaby Piramid, ani Wielkiego Muru. Demokracja działa doraźnie, zaspokaja potrzeby, lecz nie rozwija społeczeństwa ani nauki.
- Wiesz co, Lerszen? Poddaję się. Z tobą nie da się rozmawiać – matka z rezygnacją rozłożyła ręce – Na jedno moje zdanie masz tysiąc innych.
- Ale to zdania prawdziwe. Nie poradzę że kłamstwo nie potrafi się bronić. Jesteśmy na nich skazami. Możemy jedynie grać z nimi w ich grę, zgodnie z ich regułami, lub nie grać wcale. A ci, co nie grają, mają jeszcze gorzej niż my. Bo nie grać, Rous, to być wyrzuconym poza system. Być bezimiennym... – urwał na chwilę, jakby ta myśl go uderzyła – i być może to jest nasz klucz do przyszłości. Rewolucja zdarza się tylko wtedy gdy w społeczeństwie dość będzie ludzi niezadowolonych. Rozumiesz? Rząd traktuje niepracujących jak śmieci. Oni sami tak o sobie myślą... a człowiek który ma się za nic nie ma nic do stracenia! Przez wieki gloryfikacja indywidualizmu stabilizowała społeczeństwo, sprawiała że ludzie czuli się unikalni, wartościowi. Nie chcieli ryzykować, ale to się przecież zmienia, tu i teraz, po obu stronach! Jeśli ci poniżani jałmużną uwierzą, jeśli ktoś da im sygnał a oni posłuchają... widzisz to? Tego boją się najbardziej...
Matka przygarbiła się. Oparła ręce na stole.
- Wiesz... – powiedziała zmęczonym głosem – Najbardziej brakuje mi zwykłych filiżanek. Takich z kawą, z pianką. Tego z Ziemi brak mi najbardziej.
Iwenowi wydało się to zupełnie bez sensu, a jednak ojciec nie zdziwił się, nie odpowiedział. Położył tylko rękę na jej dłoni i uścisnął.

*

Leżał na łóżku. Odpoczywał. Starannie ułożył złamaną rękę wzdłuż ciała, by kość zrastała się prosto, jak tłumaczył mu to Żo. Dobrze że wciąż nosił strój kompensacyjny. Starszak złamał mu rękę bo wiedział że nikt tego nie zauważy. Bestia.
Wprawa z jaką Żo się nim zaopiekował zdumiewała go i niepokoiła. Choć Żo nie skończył studiów, robił to niemal tak sprawie i z taką pewnością jak jego matka. Uprzedził Iwena że będzie mógł zdjąć siatkę dopiero gdy ręka znowu stanie się chłodna, czyli gdy przestanie działać regenerator kości. To miało się stać wieczorem. Póki co, Iwen czuł jakby jego rękę opływała woda, nie dość gorąca by się poparzyć, lecz dość ciepła by była wysoce nieprzyjemna, niemal na granicy wytrzymałości. Ciepło promieniowało z całej kończyny. Ręka była rozpalona niczym w gorączce, a on miał na sobie nie tylko strój, lecz także żelową siatkę usztywniającą, delikatnie lecz stanowczo ograniczającą ruchy ręki.
Pomyślał o Arto, o tym co do niego napisał. Tylko on martwił się tym co się z nim działo, dostrzegał to i nalegał, wręcz zmuszał go do przyjęcia pomocy. Oczywiście nie robił tego bo się o niego martwił, lecz dla dobra grupy. Zawsze był taki. Gdy odmówił, kazał go śledzić. Podłe, lecz dla Arto liczył się tylko efekt. Na szczęście Żimmy nie przejmował się zbytnio tym obowiązkiem. Nawet Żo martwiło najbardziej to że gdy był połamany i obity, stawał się bezużyteczny.
Arto niewiele się od nich różnił. Chociaż... czy aby na pewno? Wciąż myślał o tym jak pomógł Welowi. Odkąd tu trafił, Arto był jedyną osobą którą znał, zachowującą się jakby miała jakiekolwiek uczucia. Czy to była prawda? Czy to możliwe że nie był taką nieczułą maszyną jak inni, że tylko udawał, choć bardzo dobrze? Kiedyś sam udawał. Obserwował dzieci w nowej szkole, choć wszystko o czym wtedy myślał skupiało się na jednej rzeczy – co mnie to obchodzi? Wiedział że zanim się do nich zbliży, znowu będzie się musiał pakować. Lecz Arto nigdzie się nie wybierał. Nie izolował się od innych, lecz nie chciał, lub nie potrafił się z nikim zaprzyjaźnić, jakby nikomu nie ufał. Być może tak było. Może dlatego, gdy inni bawili się w swoje okrutne gierki, on zawsze stał z boku. Gdyby się dołączył, nie mógłby kryć tego jaki jest.
Wcześniej chciał by stali się kimś więcej niż towarzyszami, lecz dzisiaj zrozumiał że to niemożliwe. Jak sobie chcesz, Arto, już cię nie potrzebuję. Tak naprawdę nigdy cię nie potrzebowałem. Bądź sobie dalej tym zimnym posągiem, jak te z muzeów. Jakim chcesz by widzieli cię inni, poprawił się. Może robisz to już tak długo że sam się w tym pogubiłeś. Ale wcale taki nie jesteś. Jesteśmy do siebie bardziej podobni niż myślisz, tylko ty to ukrywasz i może ja też powinienem.
W głębi siebie czuł że pomoc by mu się przydała, choć rozum podpowiadał że nie powinien o nią prosić. Jednak nie zdoła ukryć wszystkiego. Najbardziej bał się Rossie, że nie wytrzyma i wszystko opowie rodzicom. Wtedy byłby skończony. Wierzył że dotrzyma przyrzeczenia, lecz wciąż się bał, bo tego co zrobi dziewczyna nikt nie potrafił przewidzieć. 
Westchnął ciężko. Dlaczego Arto wszystko utrudnia, zmusza mnie bym kłamał? Dlaczego nie rozumie że to moja sprawa? Zna reguły lepiej ode mnie. Wie że w tym jednym nie powinien mi pomagać.

Leżał na boku, na zdrowej ręce, gdy pojawiła się Ros. Tym razem o niczym nie wiedziała. Zrozumiała dopiero wtedy gdy zobaczyła jego rękę, a i to nie od razu. Podeszła do niego.
- Co ci zrobili? – spytała z wyraźną nutą złości – Ten brutal złamał ci rękę?
Nie odpowiedział.
- Musisz z tym skończyć!
Teraz się odwrócił.
- Właśnie dlatego mi ją złamał! – wycedził przez zaciśnięte zęby – Bo próbowałem z tym skończyć! Zostaw mnie.
Oczywiście, nie zostawiła. Dalej stała nad nim, jak pomnik zemsty, z założonymi rękoma.
- Iw, to nie są dziecinne ziemskie przepychanki. Nigdy takie nie były. Sam nie dasz mu rady.
- A co? Chcesz pomóc? – spytał ze złością, bojąc się że to zrobi – Będziesz się z nim bić?
To byłby dopiero wstyd, gdyby siostra musiała walczyć za niego. Wtedy mógłby się pożegnać z grupą. Właściwie, mógłby się pożegnać z całą szkołą.
- Ja, z nim? Są inne sposoby... – zaczęła Ros.
- Wytrzymam! – zawołał, nie za głośno – A ty siedź cicho, inaczej... inaczej...
Zabrakło mu słów. Ros pochyliła się nad nim. Cofnął rękę.
- Pokaż rękę – rozkazała.
- Po co? Nie znasz się. Dość mnie boli. Zostaw!
- Pokaż, mówię! Nic ci nie zrobię. To ty chcesz się z nim bić, nie ja.
Mimo protestów delikatnie złapała za chorą rękę. Odłączyła rękaw od reszty stroju, zdjęła go i lekkimi uciskami delikatnie zbadała kończynę, sprawiając zadziwiająco mało bólu. Ledwie raz syknął, gdy zbyt mocno przycisnęła kciuk do miejsca złamania.
- To już zaszło za daleko! – oświadczyła, prostując się.
Iwen uniósł się na zdrowym łokciu. Widział po jej twarzy że podjęła jakąś decyzję.
- I co? Będziesz mnie straszyć że powiesz rodzicom?
- Ależ z ciebie dziecko! – Ros spojrzała na niego gniewnie i w milczeniu wyszła z pokoju.

 
Alan Akab

|strona 23|