spis treści | poprzednia strona | następna strona
55 Władca Pierdzieli: Powrót Gbura

W kanałach Rywindale było bardzo ciemno. Dookoła śmierdziało stęchlizną, a po ziemi biegały stada szczurów. Dżony łaził bez końca po krętych korytarzach i dość szybko się zgubił. Był głodny, więc przysiadł na podłodze i zaczął jeść szczury. Nie były one nawet takie złe, wszakże Dżony jadł już gorsze rzeczy w swoim życiu. Ponieważ wiedział, że nikt go nie słyszy, zaczął podśpiewywać na cały głos piosenki (głównie hity jego ulubionego zespołu - Pentalliki - jeśli kogoś interesują szczegóły), chodząc po kanałach. I to jednak szybko go znudziło. Rozłożył się więc na ziemi i zasnął. Obudził go odgłos kroków. Wstał szybko i zaczął się oglądać.
- Ktoś tu jest? - zaczął nawoływać.
Nikt nie odpowiadał. Dżony znów usłyszał jakiś szmer i szybko odwrócił się.
- Nie, nie. Pan Dżony nie zabija. Pan Dżony nie zabija, ja mu pomogę.
- Kim, a raczej czym jesteś?
- Jestem Golump.
- No, że lump to widzę, ale co tu robisz?
- A... mieszkam se. Nikt mnie nigdzie nie chce, a tutaj mogę przynajmniej bezpiecznie żyć i mam co jeść.
- Masz coś do jedzenia?! Daj!
- Tu sobie chodzi jedzenie, o tu! - wskazał Dżonemu najbliższego, tłuściutkiego szczura.
- A, szczury. Myślałem, że masz coś lepszego... Wiesz jak stąd można wyjść?
- Przyszedłeś pewnie spod klapy w Rywindale. Pewnie cię Gil-Galareta wygnał...
- Galareta z gili? Fu, odrażający jesteś. Kto to niby ma być?
- No, król elfów.
- Masz jakieś stare informacje, teraz królem elfów jest, a właściwie był bo zabili go ludzie Gejomira, rond-El. Elfów to już w Rywindale nie ma.
- Jak to nie ma?!
- Taki jeden żul, Alagoln, wraz ze swoim chłopakiem Gejomirem, wymordowali wszystkich mieszkańców Rywindale.
- A to chamy... Trzeba by im jakiś łomot niezły spuścić.
- Na razie Golumpie to muszę się stąd wydostać.
- Aaaa... wydostać by się chciał? Golump ci pomoże... ale nie za darmo.
- Czego żądasz w zamian? Nie mam przy sobie nic wartościowego.
- Mylisz się... masz Jedyne Gacie...
- No tak, zapomniałem. Ale na co ci one? I to do tego używane? Na cholerę ci używane gacie?!
- Przydałaby mi się bardzo...
- No dobra, dam ci je...
Dżony odwrócił się, zdjął spodnie, następnie rzeczone gacie, i wręczył je Golumpowi.
- Tak... tak... Chodź wędrowcze, teraz cię wyprowadzę.
Golump biegał po kanałach, a Dżony za nim. W ciemności widział tylko jego błyszczące, okropne oczy. Biegł za nimi ile sił, aż dotarł do wyjścia. Pierwszy raz od dawna ujrzał światło dzienne.
- Dzięki Golumpie. Zrób dobry użytek z Jedynych Gaci, bo są podobno bardzo ważne...
- Nara i dzięki za gatki! - wrzasnął uradowany Golump i zniknął z powrotem w kanałach.
Psikuta popatrzył dookoła siebie - wszędzie tylko trawa i trawa. Teoretycznie - raj dla takiego czarnoskórego nastolatka, jak Dżony. Niestety, to była zwykła trawa - taka, jaką jedzą krowy… Gdzieś w oddali widać było jedynie las. Dżony, nie widząc innego wyjścia, ruszył w jego stronę. Szedł i szedł, aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Padł nieprzytomny na ziemię, a obudził się dopiero w środku nocy. Podsłuchał rozmowę dwóch strażników będących w lesie.
- Ty, słyszałeś, że podobno siły ciemności zdobyły Jedyne Gacie?
- Nie siły ciemności idioto, tylko siły MROKu. Tak, słyszałem. Całe Smródziemie o tym gada. Podobno powiernik gatek sprzedał je na bazarze za kilogram ziemniaków...
- Ja słyszałem, że napadł go Golump i mu je zabrał, a potem sprzedał je władcy ciemno... znaczy MROKu, Sajgono...
- Cicho siedź kretynie! Nie wymawiaj tego imienia! To jest sam-nie-wiesz-kto. To możliwe, Golump to podstępna bestia, miałem z nim raz do czynienia.
- Tak? Nigdy o tym nie opowiadałeś. Opowiedz mi teraz...
- Stałem kiedyś na straży, pilnowałem chyba zamku Gejomira, sam już nie pamiętam... W każdym bądź razie tej nocy, gdy go pilnowałem, usłyszałem w krzakach obok siebie szelest. Podszedłem więc, a tam małe, kudłate gówno jakieś, jeszcze gada do mnie: "Masz pożyczyć na piwo?" Ja mu na to: "Spierdalaj, bo poczujesz zimno mojego miecza na swojej szyi". I odszedł. Ja znów pod bramą, aż nagle słyszę szmer w krzakach obok. Podchodzę więc, a ten gnój z drugiej strony bez mojej wiedzy podbiega i mi normalnie sakiewkę z oszczędnościami wyrywa! No to ja go chcę złapać, a ten mi do góry, salta jakieś wywija, jakby się tej sztuki co to na każdym bazarze teraz grają... no... jak to się nazywa?
- Szmatrix.
- O właśnie, Szmatrix, więc wywija te salta jak w tym Szmatrixie i mi nad głową hop. I go nie ma. Nawet nie było go jak gonić...
- No, tak. Widać, że to przebiegła bestia... Czekaj... Słyszysz to? Tam w krzakach coś chyba jest...
- Ty idź sprawdzić, bo jak to znowu Golump, to tym razem mu nie daruję normalnie.
Strażnik podszedł do krzaków, w których skrył się Dżony. Nie zauważył go, jednak odchodząc z pasa spadł mu miecz i przez przypadek uciął Dżonemu głowę. Głowa odpadła od kręgosłupa, z którego trysnęła obficie krew, i wypadła zza krzaków.
- Patrz, to chyba powiernik gaci! - wrzasnął strażnik.
- Tak, no i patrz co zrobiłeś jełopie! Zabiłeś go!
- I tak mu się należało, opchnął Jedyne Gacie na bazarze za kilogram kartofli.
- To nie wiesz, że Gejomir teraz kara śmiercią za każdego zabitego przez przypadek człowieka?! Musimy coś z nim zrobić.
- FUCKt, masz rację... Mam pomysł, zanieśmy go do naszego szamana!
- O, widzisz. Jak chcesz, to umiesz myśleć.
Strażnicy chwycili tułów i nogi Psikuty, położyli na nich głowę i ruszyli do szamana. W lesie nikogo nie było, zwłaszcza o tej porze, a nawet jakby ktoś był, to pod osłoną nocy nie zauważyłby trupa. Strażnicy nieśli przez cały las części Dżonego, aż doszli do niedużej, słomianej chaty.
- To tu. Tu mieszka ten szaman. W środku pali się ognisko, więc chyba jeszcze nie śpi. Zaryzykujmy - pomóż mi go wnieść do środka.
Strażnicy wnieśli Dżonego w dwóch kawałkach do chaty. W chacie na środku paliło się ognisko, przy nim siedział starszy mężczyzna ubrany w skórę niedźwiedzia. Na ścianach chaty wisiały wypatroszone i wypchane słomą zwierzęta - wiewiórki, myszy, szczury i chomiki. Panował w niej straszny smród, co od razu zauważył jeden ze strażników:
- Ja pierdzielę, jak Boga kocham, jak tu capi!
- Cicho siedź grzeszniku! Nie bluźnij, że Boga kochasz, bo właśnie święty smród obrażasz!
- Przepraszam. - rzekł strażnik i położył głowę Dżonego na krześle. - My tu mamy do pana taką sprawę... dość delikatną...
- Nie zanudzaj wielkiego szamana swoimi wypocinami, ja mu wszystko opowiem. Ten kretyn co tu stoi, zabił przez przypadek tego delikwenta, którego głowa leży tu. Wydaje nam się, że to powiernik gaci jest. Jakby pan mógł go wskrzesić dla nas. Tak ładnie prosimy...
- Hmmm... Dajcie mi no tu tę głowę.
Strażnik podał szamanowi dżonową głowę. Ten zaczął ją oglądać, później obejrzał dokładnie miejsce przerwania głowy i tułowia, po czym stwierdził.
- Da się zrobić. Muszę tylko wyszperać z szafy tubkę butaprenu, nie wiem czy mam go jeszcze...
- Czego?! - zapytali chórem strażnicy.
- Butapren, taki klej do butów, który zostanie wynaleziony za kilkaset lat przez jednego ruska.
- Aha, fajnie. A skąd szaman ma przedmiot z przyszłości?
- Taki jeden gość mi kiedyś dał, z przyszłości właśnie, też za ożywienie kumpla. Ale tamten był tylko postrzelony.
Szaman pogrzebał w małej, słomianej szafce i wyciągnął z niej poklejoną, śmierdzącą tubkę kleju.
- Ach, znalazłem wreszcie. Teraz mogę przystąpić do klejenia.
Szaman wycisnął na szyję Dżonego kilka kropel kleju, a potem przyłożył do niego głowę. Mocno ścisnął i postawił chłopaka, jednak po kilku chwilach głowa odpadła.
- Hmmm... będzie problem. Chyba trzeba go będzie skleić taśmą klejącą.
- Kolejny wynalazek przyszłości?
- Tak, tak.
Szaman znów pogrzebał w szafce, aż wyciągnął białe kółko, na które nawinięta była brązowa, klejąca się folia. Przyłożył do szyi głowę Dżonego i obwiązał taśmą. Teraz już się trzymała. Psikuta otworzył oczy, poklepał się ręką po szyi i powiedział:
- Co wy mi kurde zrobiliście? Ej, to ty jesteś tym idiotą, który odciął mi łeb! Co to za powalony koleś w tej skórze niedźwiedzia?
- Nie powalony koleś, tylko twój wybawca. To jemu zawdzięczasz dalszą egzystencję. - poprawił go strażnik.
- No dobra, ale ja już idę do domu. Miło się gawędziło, nara!
Dżony wybiegł z chaty i ruszył głęboko w las. Powiedział, że idzie do domu, ale przecież nie miał domu. Nie wiedząc, gdzie ma się udać, po oddaleniu się na bezpieczną odległość od chaty, położył się w krzakach spać...

Obudził się na plaży w Hiszpanii. Stało nad nim kilku małych chłopców. Jeden podszedł i spytał:
- Gdzie jest Radar?
- A dajcie wy mi święty spokój już. Pewnie gra w Tony Hawka z Legolasem, ten elf jest w tym dobry.
Chłopcy odeszli ze zdziwionymi minami, a Dżony Psikuta położył ręce za głowę i podziwiał piękną plażę. Piękną, bo prawdziwą, prostą. Nie krzywą - prostą.

KONIEC

HAPA THREE: WŁADCA PIERDZIELI TRILOGY


Luty 2005
(pierwsza wersja powstała gdzieś w 2003 roku)

 
Cthulhu the Hutt [cthulhu69@op.pl]

|strona 55|