|
Kawa pojawiła się punktualnie. Dokładnie o 12.42 czasu wrocławskiego, z szczeliny biurka wyłonił się kubek gorącego napoju. Prezes Gerwazy Sawicki poszukał w szafce tabletek chłodzących i wrzucił kilka szklanki. Zaczął powoli pić gorącą kawę. Podobno w dawnych czasach jej robieniem zajmowały się tzw. „sekretarki”, ale prezes żadnej nigdy nie widział. Zostały wyparte przez automatyczne biurka, robiące właściwie to samo co kilku pracowników, ale za darmo i dokładniej.
Prezes zajrzał do notatnika. Tego dnia miał go odwiedzić profesor fizyki, Anzelm Poprawa. Zabiegał o spotkanie od miesiąca. Sawicki zastanawiał się dlaczego.
Wtem, usłyszał pukanie do drzwi. Zajrzał kamerą na korytarz – przed biurem stał mężczyzna w średnim wieku, porośnięty gęstymi włosami, z czarną brodą do pasa. Trzymał w rękach małą skórzaną teczkę. „O wilku mowa”- pomyślał prezes.
Poprawa otworzył drzwi.
- A to pan... – Gerwazy udawał zdziwionego nagłą wizytą, - Proszę spocząć.
Profesor usiadł na wskazanym stołku. Spojrzał wzrokiem obłąkanego na prezesa.
- Pewnie słyszał pan o mnie. To ja nadzorowałem budowę akceleratora, który został sfinansowany przez pańską firmę...
- Niech pan mówi o co chodzi – urwał prezes. Chciał ograniczyć to spotkanie o minimum.
- Przyszedłem prosić o sfinansowanie nowego projektu – powiedział szybko Anzelm, jakby bał się, że prezes mu przerwie.
- Dziwne. Z takimi sprawami zwraca się do mnie zazwyczaj rektor politechniki.
- To mój własny projekt. Jedyny w swoim rodzaju.
- To dlaczego nie zwrócił się pan do władz uczelni?
- Zwróciłem. Ale boją się go zrealizować. Zresztą, to bardzo kosztowne...
- A co to właściwie jest? – prezes pytał z grzeczności. Gdyby przyszedł do niego ktoś bez sławy profesora Poprawy, dawno by wylądował z drzwiami. Czas to pieniądz, nie można marnotrawić go na rozmowy z wariatami.
- Coś czego pragnie każdy – bioniczna żyła napięła się pod okiem Poprawy, - Maszyna czasu.
Tego już za wiele.
- Cóż... – Gerwazy zamyślił się, - Mój komputer zawiadomi pana o mojej decyzji, ale na razie dziękuję...
- Zaraz! – Anzelm chwycił za ramię prezesa, - Proszę zwołać swoich jajogłowych. Fizyków, astronomów itd. Proszę. Nie pożałuje pan.
Gerwazy odetchnął. Szkoda było mu starego dziwaka. Może gdy przekona się, że nie ma racji, odczepi się?
Pół godziny później, wszyscy naukowcy zebrali się w biurze prezesa. Większość stała, albowiem zabrakło krzeseł. Pozasłaniano okna, jedynym źródłem pozostały żarówki jodowe.
Profesor Anzlem Poprawa stał obok prezesa, obserwując bacznie zebranych.
- Drodzy koledzy – odezwał się wreszcie, - Zebraliśmy się tu wszyscy, aby udowodnić prezesowi Gerwazemu Sawickiemu teorię, która uczyni go najbogatszym człowiekiem na świecie. Jako jedyny pozna przyszłość.
„Oby...” pomyślał Gerwazy.
- Jak zapewne wiecie – kontynuował profesor, - Zgodnie z teorią Einsteina, będącą podwalina współczesnej fizyki, im bliżej jesteśmy prędkości światła, tym dla nas czas płynie wolniej. Po przekroczeniu tej prędkości, czas zaczyna się cofać. Jednak nikt tego nie sprawdził albowiem po pierwsze: nikt nie poruszał się dostatecznie szybko, po drugie: gdy osiągniemy prędkość światła, czas nie płynie. Można to jednak ominąć. Wystarczy sprawić, aby ciało momentalnie(bez przyspieszania!) osiągnęło prędkość ponad świetlną. Można to osiągnąć, stosując tzw. „gorącą” syntezę jądrowa podobną do tych z bomb. Z tą różnicą, że taki napęd skupiałby energię w jednym kierunku. Służyłyby do tego odpowiednio silne elektromagnesy, stosowane w dzisiejszych elektrowniach. Musielibyśmy zastosować pluton zamiast wodoru. I jeszcze jedno: w reaktorze trzeba by dokonać syntezy kilkunastu cząsteczek plutonu. Po przeniesieniu się w czasie, możnaby dokonać rozbicia cząsteczek ameryku ponownie na pluton.
- Skonstruowanie tego urządzenia zajmie lata! – powiedział jeden z naukowców, - Samo zbudowanie reaktora, w którym byłoby kilka syntez na raz jest dostatecznie niebezpieczne, aby zniszczyć ziemię kilka razy! Takich badać nie prowadzi się w najbardziej chorych placówkach badawczych! A do tego jeszcze łączenie reaktora fuzji z prymitywnym jądrowym...
- Może zastosować technikę żagla świetlnego? – zapytał ktoś inny, - Odpowiednio silny laser mógłby rozpędzić statek do żądanej prędkości.
- Taki laser pożarłby w godzinę ilość energii, którą wyprodukowano przez pięćset lat. W dodatku, taki pojazd musiałby się rozpędzać. A co do poprzednich zarzutów, - Poprawa obrócił się w stronę niedowiarka, - Mogę zapewnić, że moglibyśmy wyrobić się przy odpowiednio wysokich funduszach w ciągu pięciu lat. Nie będzie to też groźne, jeżeli zbudujemy cały zakład na sztucznej planetoidzie w pobliżu Saturna. W razie wybuchu, ziemi nic się nie stanie...
- Ale zginą naukowcy... – mruknął Sawicki.
- Nie – odparował profesor, - Na planetoidzie będą tylko maszyny. My będziemy wszystko nadzorować z ziemi, przez system kamer.
- Panie Tetmayer – prezes zwrócił się do szefa swoich naukowców, - Czy to ma rację bytu? Czy moje fundusze nie pójdą na marne?
- Hmmm... – Tetmayer zamyślił się. Po niskim czołem neandertala krył się wielki umysł, zwabiony pieniędzmi prezesa Sawickiego z Politechniki Wrocławskiej, - Teoretycznie to możliwe. Sądzę jednak, że bardzo kosztowne.
- Jak bardzo?
- Około połowy wartości pańskiej firmy, wliczając w to wszystkie zaskórniaki i cały potencjał badawczy.
- Kto nie ryzykuje, ten nie ma! – powiedział Poprawa wymyślone na prędko powiedzenie.
Gerwazy zamyślił się. Jeżeli coś pójdzie nie tak, straci pozycję na rynku, ale jeżeli wszystko będzie dobrze...
- Zgadzam się – powiedział po chwili milczenia.
Przez biuro przeszedł pomruk zadowolenia i zdziwienia.
Prace rozpoczęły się następnego dnia. Budowę planetoidy zaczęto w przestrzeni kosmicznej lecz nie za Saturnem, jak pierwotnie planowano, ale za Neptunem. Znacznie zmniejszyło to możliwość wykrycia przez konkurencję, ale zwiększyło koszty.
Według planu, kosmiczna stacja badawcza miała mieć kształt kuli, o rozmiarach Plutona. Na jej biegunach postawiono potężne nadajniki, mające kontakt z ziemią. W miejscu jądra planetoidy umieszczono reaktor fuzji oraz elektromagnesy. Wokół centrum krążyły roboty budowlane, mogące w każdej chwili coś zmienić. Ich koordynowaniem zajmował się centralny komputer, zajmujący się również analizowaniem rozkazów z ziemi.
Prace badawcze rozpoczęto po roku. Pierwsze uruchomienie było wydarzeniem w centrum kontroli. Wznoszono toasty, ale Anzelm szybko wszystkich zagonił do pracy, mającej potrwać jeszcze siedem lat. W tym celu, wokół kontroli zbudowano małe miasteczko, dla pomieszczenia rodzin naukowców oraz pozostałego personelu. W tym celu należało się przenieść. Nowe centrum zbudowano na wyspie, którą otoczono kopułą z materiału podobnego do szła, ale twardszego od tytanu. Na powierzchni zbudowano trzypiętrowe domy mieszkalne(po piętrze na rodzinę), część elektrowni, oraz magazyny. Właściwy projekt przeniesiono pod ziemię, co systemu odizolowanych od siebie cylindrów. Każdy taki cylinder schodził kilka pięter w dół, aż zakręcał w stronę głównego laboratorium. Tam właśnie wydawano rozkazy „Molochowi , jak nazwano sztuczną planetoidę.
Projekt o budżecie USA i Unii Europejskiej razem wziętych został objęty największą klauzulą tajności. Wszelkie inne projekty zahamowano. Firma podejmowała tylko ważniejsze zlecenia.
Prezes pił kawę w swoim gabinecie. Czarne scenariusze co do projektu nie sprawdziły się. Podczas badań nad „Molochem” dokonano wielu przełomów naukowych. Nawet w Brukseli nie miano takich wyników. Za udostępnianie technologii Sawicki zarabiał więcej, niż przed podjęciem badań na wehikułem czasu. Właściwie, to prezesowi było obojętne czy on naprawdę zadziała. Już teraz wykupił swoich najgroźniejszych konkurentów, doprowadził do bankructwa słabszych. Jego korporacja zyskała pierwszeństwo na rynku. Dwa miesiące wcześniej zakupił Dolny Śląsk. Za tydzień miał zawiązać kartel z paroma innymi firmami. Będzie miał w nim78% udziałów, co uczyni go najbogatszym człowiekiem na świecie i właścicielem milionów kilometrów kwadratowych należących do kartelu. Jego agenci wprowadzą nowy porządek na ziemiach korporacji Teraz ON będzie dyktował Unii, USA, Chinom, Indią, Japonii, Rosji i innym swoje warunki!
Ten miły nastrój przerwało wpadnięcie Poprawy:
- Udało się! – wykrzyknął uradowany, - Nareszcie! Po tylu latach!
- Ale co? – zapytał Gerwazy.
- Wehikuł! On działa! Wczoraj wysłaliśmy go o jeden dzień na przód, ze zwierzętami na pokładzie. Właśnie przybył!
- Po kolei proszę...
- Przed testem ostatecznym należało sprawdzić wpływ Wehikułu na organizmy żywe. Umieściliśmy więc w nim klatkę z myszami. Było to dokładnie wczoraj o dwunastej. Według naszych ustawień, miał pojawić się dwadzieścia cztery godziny później. Sześćdziesiąt minut temu, pojawił się na orbicie.
- Proszę mnie zabrać do laboratorium. Chcę osobiście zobaczyć wyniki badań – powiedział prezes. Nie chciał słyszeć dodatkowych wyjaśnień przed znalezieniem się w laboratorium.
Zjechali pneumatyczną windą na sam dół. Przeszli prędko przez recepcję i wsiedli do samochodu profesora. Mknęli przez Wrocław, łamiąc ograniczenia prędkości. Policja nawet próbował interweniować, ale szybko został w tyle za ściganymi. Anzelm miał najszybszy pojazd na poduszce magnetycznej w mieście.
Po piętnastu minutach minęli zabudowania. Zaczynali dostrzegać sztuczną wyspę na odrze otoczoną szklaną kopułą – centrum kontroli. Oficjalnie był to „Hotel Zacisze” dla alergików. Nawet strażnik na szklanym moście miał emblemat hotelu.
Sawicki spojrzał przez okno na swoją wyspę. Było to naprawdę ładne miejsce. Wyglądało jak małe, futurystyczne miasteczko – wszędzie zieleń i automatyzacja. Maszyny robiły wszystko – podlewały, przycinały, produkowały jedzenie, oczyszczały powietrze. Programiści zadbali o najdrobniejsze szczegóły.
Wjechali na środek rynku. Był pokryty specjalnym kamieniem o magnetycznych właściwościach, dzięki czemu można było wjechać tam autem. Niektóre płyty były ciemniejsze – ułożono z nich napis „Hotel zacisze”. To na wypadek szpiegostwa z nieba
Nagle kila płyt na których stali zaczęły się obniżać. Nit nie zwrócił no to uwagi. W końcu to tylko winda dla pojazdów.
Całą podziemną konstrukcję wykonano z metalu, poza ogrodem na minus czwartym piętrze. Podczas zjeżdżania Sawicki wszędzie słyszał syk innych wind, albo bulgotanie w rurach. Bezpieczeństwa pilnowano za pomocą systemu kamer i czujników. Niektóre z nich rozmieszczono nawet w szybie windy. Ochroną również zajmowały się maszyny.
Wszystko polskie, z polskich surowców.
W sterowni wszyscy już czekali, stłoczeni wokoło swojego prezesa i szefa projektu(po śmierci Tetmayera Poprawa przejął jego funkcję). Ci podeszli do holoekranu naczelnego komputera. Anzelm postukał trochę w klawisze i na ekranie ukazała się stacja badawcza. Dumna i majestatyczna jak zwykle, ale prezes zobaczył pewne zmiany: jedna strona pokryta została dyszami silników, nadajniki odczepiono i umieszczono w przestrzeni, usunięto też wszelkie konstrukcje z powierzchni.
- Dlaczego bez pozwolenia przebudował pan planetoidę? – zapytał Sawicki.
- Gdy obejmowałem tą funkcję, otrzymałem od pana wolną rękę – przypomniał profesor, - Dokonałem wielu korzystnych zmian. Teraz planetoida nie jest tylko stacją badawczą, ale samym wehikułem!
- Taa... – Gerwazy zaczął porządkować w głowie pewne sprawy. Więc ma wehikuł. Może podróżować w czasie. Ale jak zrobić z tego użytek?
- Czy to może przenosić ludzi? – zapytał, - W przyszłość?
- Jasne – odparł Poprawa, - Teoretycznie nic nie powinno stać na przeszkodzie.
- Chciałbym dokonać małego testu. Najszybciej jak można.
- Ale...Nie wiem czy jesteśmy gotowi.
- Mówił pan co innego!
- No tak, ale to tylko teoria. Nie mamy pewności.
- Proszę z tydzień przyjść do portu przed budynkiem mojej firmy. Będzie tam czekał na pana statek na „Molocha”. Wypróbuje go pan z kilkoma moimi zaufanymi ludźmi.
- Nie można podejmować pochopnie decyzji! Nie wiadomo, czy można przenieść w czasie kilku ludzi na raz! Nie można podejmować ŻADNEJ akcji tej wagi tak szybko!
- Panie Poprawa... – Sawicki zniżył głos, - Czas to pieniądz. Nie wiadomo, czy nie ma tu szpiegów obcych korporacji podobno mi przyjaznych. A jeżeli stanie się to samo, co podczas projektu „Manchatan”? Jeżeli już teraz kopiują wyniki badań? Nie mogę czekać. Za tydzień w porcie otrzyma pan dokładne instrukcje.
- A jeśli nie przyjdę?
- To moi ludzie zadbają o zmianę zdania. Żegnam.
Wyszedł dziarskim krokiem. Naukowcy gapili się na niego zszokowani. Zaraz jednak zaczęli gratulować Anzelmowi pierwszej w historii podróży w czasie.
- Czy możecie mi powiedzieć – powiedział z trudem profesor, - Dlaczego on zawsze tak szybko kończy rozmowę, stawiając przy tym na swoim?
Zgodnie z umową, następnego tygodnia przybył do portu. Był to ogromny, okrągły plac za miastem. Sam port, jak i statki w hangarach, należały do firmy.
Na Poprawę czekało tam trzech ludzi w mundurach nowo powstałej Agencji Bezpieczeństwa Kartelu. Po wyglądzie można było poznać, że werbowano ich z najróżniejszych pudeł rozsianych po świecie. Sawicki pewnie przekupił ich możliwością życia na wolności w służbie ABK, za jeden skok w czasie. Ciekawe, czy uwierzyli...
Chwilę potem przyjechał Sawicki. Był w doskonałym nastroju. Uśmiechnął się szeroko do wszystkich. Odpowiedzieli mu tym samym, aczkolwiek nie pełnym zębów uśmiechem.
- Wiedzę, że wszyscy w komplecie? – zapytał, - Wiecie dobrze po co was zebrałem. Jeśli jednak nie – tu odwrócił się do Anzelma, - To powtarzam: Macie udać się do hangaru numer dwa, wsiąść na pokład tamtejszego statku i poddać się hibernacji. Gdy wszyscy to zrobią, statek sam oderwie się od ziemi i zabierze was w okolice Neptuna. Tam otrzymacie następne informacje. Dowodzić wami będzie profesor Anzelm Poprawa. Światowej klasy fizyk i matematyk.
- Ja? – zapytał zdziwiony Anzelm.
- Tak. Przedstawcie się profesorowi – zwrócił się do pozostałych.
Dał znak ręką reszcie załogi.
- Jestem Fabrycy Wilanowski – powiedział jeden za nich, podając rękę profesorowi. Jego twarz zdradzała, że za kołnierz nie wylewa, - Służyłem w komandosach, ale wylali mnie za chla...bo za mądry byłem. Ja będę pańską ochroną.
- A ja jezdem Wolfgang Amdeusz Prukwa – powiedział stojący obok Fabrycego, brodaty drab, zarośnięty jeszcze bardziej niż Anzelm, - Ja żem robił w więzieniu przy wyrokach, ale żem przeholował i żem wylądował po drugiej stronie krat...hehehe...Ja bede robił za szturm.
- Szturm? – zapytał Anzelm prezesa – Ochrona? Co to ma być?
- Szczegóły na statku.
- Ja jestem Wiktor Samosiejski – powiedział ostatni z nich. Wyglądał normalnie, nawet był czysty, - Jestem informatykiem. Zamknięto mnie w więzieniu za kradzież ważnych danych. Miałem dożywocie, ale prezes mnie wyciągnął za uczestnictwo w tej akcji. Co właściwie mamy zrobić? Czy to niebezpieczne?
- Włyśne! – dodał Wolfgang, - Co to ma być?
- Dowiecie się na orbicie – rzekł Sawicki, - Jeżeli się pospieszycie do statku, tym prędzej się dowiecie. Powodzenia.
Gerwazy otworzył drzwi samochodu i pojechał do budynku firmy.
- Ten gość jakiś dziwny jest – powiedział Fabrycy przepitym głosem, - Jakoś dziwnie mówi bez ogródek...
- Chodźcie – Anzelm metodą prezesa uciął rozmowę i sparafrazował prezesa - Im szybciej polecimy, tym szybciej wrócimy.
Ruszyli w stronę trapezowatego hangaru numer dwa. Statek już czekał.
Profesor drgnął nerwowo. Klapa jego hibernatora była otwarta – to znak, że kilkumiesięczny lot dobiegł końca. Rozpoczęło się odsysanie płynu przeciw odleżynom. Ściany zbiornika zjechały pod poziom podłogi. Anzelm zdjął maskę tlenową. Przez luki było widać staję Moloch.
Poprawa zrzucił z siebie skafander i przebrał się w przyszykowane ciuchy ABK. Po założeniu przejrzał się w lustrze – gwiazdki porucznika dodawały mu godności. Spojrzał też smętnie na swoje włosy i brodę – musiał je skrócić, aby założyć maskę.
- Dobry wieczór doktor Chandra – z głośnika dobiegł głos statku. Przemawiał głosem Sawickiego.
- Zamknij się! – powiedzenie tego sprawiło mu satysfakcję, to było prawie do jego szefa, - Powiedz lepiej, ile jeszcze do Molocha?
- Piętnaście minut Dave.
- Radzę ci mnie nie drażnić, albo zrobię z tobą to, co w „Odysei 2001”.
- Dobra profesorku. Zrozumiałem i zapamiętałem. Żadnych teksów z tego filmu. Mogę z „Terminatora”?
- Nie chce słyszeć cytatów z żadnej komercyjnej, zachodniej oraz wschodniej produkcji!
- A nie komercyjnej?
- Też nie!
- Dobra. Idź teraz do centrum rozmów, bo tam wszyscy na ciebie czekają.
Ruszył do drzwi, pokonał korytarz i znalazł się w małym pokoiku przerobionym na salę konferencyjną. Na suficie i okrągłym stole wymalowano logo korporacji. Szare krzesła pozostały czyste. Roślinki też.
Załoga siedziała przy stole. Od przedstawienia się w porcie, nie rozmawiał z żadnym z nich. Podczas przygotowań do startu siedział cały czas w maszynowni. Potem, już w kosmosie, musiał szybko zahibernować się, albowiem komputer przygotowywał się do wyłączenia funkcji podtrzymywania życia na czas lotu.
Anzelm zajął swoje miejsce. Komputer rozpoczął odtwarzanie nagrania z ziemi:
- Witam was moi podróżnicy! – powiedziała holograficzna głowa prezesa sztucznie grzecznym głosem, - Już na początku wiedzieliście, że to nietypowa misja. Nikt z was (poza profesorem) nie wiedział, że chodzi o podróż w czasie. Wybraliście jednak służbę dla mnie, teraz nie możecie się cofnąć. Oto wasze zadanie: Przeniesiecie się do około roku 3000 naszej ery i skopiujecie możliwie najwięcej technologii, albo chociaż zabierzcie całe przedmioty. Nic nie wiemy o tym świecie, więc zabierzecie najlepszą dostępną broń. Oczywiście nie polecicie na ziemię Molochem. Jest za duży. On tylko przeniesie was w okolice księżyca, a stamtąd polecicie własnym wahadłowcem. Gdy stwierdzi, że misja jest wykonana, zabierze was na staję Moloch. Powodzenia.
Głowa znikła.
- Czy on nie może wyrażać się bardziej rozbudowanymi zdaniami? – mruknął Wiktor, - Tak aby powiedzieć choć trochę więcej?
- Uwaga dokujemy! – powiedział statek o głosie Sawickiego. Ten facet chyba chciał być wszędzie.
- Ile czasu po dokowaniu pozostanie nam do przeniesienia? – zapytał Poprawa.
- Zero. Swoje sprawy lepiej załatwcie po przeniesieniu...jeżeli przeżyjecie.
- Co to ma znaczyć?
- Nic. To taka pobożna proźbaaaa...
Światła zaczęły gasnąć. Wentylatory zamierały. Anzelm powinien coś zrobić. Ale co? Był tylko skromnym profesorem.
- Dooo mnieeee... – głos ledwo przeszedł przez gardło. Nie mógł się odzywać. Stracił przytomność.
Po nieokreślonym czasie, zaczął odzyskiwać przytomność. Załoga wstawała z ziemi zdezorientowana. Nikt właściwie nie wiedział, co się stało. Pierwszy domyślił się Anzelm – za oknem nie było widać Neptuna, lecz Ziemię. Tak przynajmniej wywnioskował. Kontynenty zostały pokryte na przemian zielonymi i fioletowymi plamami. Oceany i morza obniżyły swój poziom o kilka kilometrów. Znad poziomu wody wystawały jakieś dziwne, strzeliste budowle. Z orbity przypominały okrągłe słupy zakończone złotymi stożkami. Na ziemskiej orbicie krążyły okrągłe kształty połączone jakimiś kablami. Anzelm spostrzegł, że najdłuższe z nich mają po kilkaset kilometrów.
Popatrzył w inną stronę. Powierzchnię księżyca skrywała idealnie gładka, połyskująca czerń.
- Raportuj – rzucił komendę maszynie.
- Znajdujemy się w okolicy księżyca...albo czegoś co jest w jego miejscu. To poniżej, jak się domyślacie, to Ziemia. Z mojej analizy wynika, że te kolorki to jakieś konstrukcje.
Na stole pojawił się hologram pokazujący zbliżenie powierzchni planety. Faktycznie, pokrywały ją fioletowe konstrukcje stojące na zielonych ulicach.
- Kolorek księżyca – kontynuował komputer – jest spowodowany przez materiał podobny do tego na ziemi. Niestety, nie wiem co to jest. Zawiera obce pierwiastki.
- Co teraz robimy? – zapytał któryś z załogi.
Anzelm poczuł nagle dreszcz emocji. Rok 3000. Nieznane pierwiastki. Tyle lat rozwoju nauki! Musiał to wszystko zobaczyć.
- Lecimy na księżyc! – powiedział. Czarny glob był znacznie bardziej intrygujący od Ziemi.
- Odmawiam. Nasze zadanie to kopiowanie technologii. Nie prowadzenie badań na księżycu.
- Nie będziemy nic badać. Poszukamy tam działalności człowieka.
- Nie sądzę aby coś tam było...
- Ja tu wydaję rozkazy! Poszukiwania zaczniemy tam!
- A jak będzie niebezpiecznie? – zapytał Wolfgang.
- To mówi się trudno. Jakoś sobie poradzimy.
Hołota nie będzie z nim dyskutować.
Wahadłowiec oderwał się od Molocha. Poprawa usadowił się w kabinie pilota, nadzorując cały lot na bieżąco. Wydał załodze rozkaz udania się do kajut. Właściwie taka władza zaczynała mu się podobać. Mógł rozkazywać recydywistą bez argumentu siły. Musi napisać o tym referat po powrocie. Ale koledzy psycholodzy się zdziwią...
Po półgodzinie wchodzili na orbitę księżyca. Porucznik usadowił się wygodnie w obracanym fotelu. Właśnie miał uciąć sobie drzemkę, gdy zatrzęsło wahadłowcem. Natychmiast się poderwał i spojrzał na ekrany. Przesuwały się po nich kilometry przetwarzanych danych. Komputer nawigacyjny zużywał całą moc obliczeniową na analizę sytuacji.
Okna płonęły ogniem.
- Co się dzieje! – zapytał.
- Trudno w to uwierzyć – mówiła maszyna, - Ale widocznie wchodzimy w atmosferę...
- Przecież księżyc niema atmosfery! Ma za małą grawitację, aby ją utrzymać!
- Wiem, ale fakty mówią same za siebie.
Wahadłowiec zaczął schodzić pod kątem. Anzelm poczuł jak drgania się nasilają. Wydawało się, że statek rozpadnie się na kawałki. Wtem – wszystko ustało.
- Uf! Udało się – powiedział profesor.
- Zauważyłem – mruknął komputer, - Lądujemy!
Poprawa ujrzał za wizjerem czarną powierzchnię księżyca. Była idealnie gładka.
Nacisnął mankiet rękawa – z kołnierza wychylił się mikrofon:
- Uwaga załoga! – powiedział do niego – Wszyscy mają zebrać się przy śluzie!
- Ay jay szefie – odpowiedzieli mu przez głośniki w kołnierzu.
Wahadłowiec osiadł na powierzchni. Wokoło rozciągało się może ciemności. Nawet niebo było ciemne. Komputer poddał analizie gazy na powierzchni. Przy ziemi był to głównie tlen z domieszką azotu, ale atmosferę tworzył jakiś dziwny związek chemiczny.
Poprawa zszedł do śluzy. Załoga wstała z miejsc na jego widok. Anzelm złożył z tyłu ręce i powiedział:
- Fabrycy i Wolfgang niech się teraz udają do magazynu i wyniosą na dwór sprzęt do dokładnej analizy. To duża, czerwona skrzynia opatrzona odpowiednim opisem. Wiktor pójdzie jako zwiad, a ja poczekam na zewnątrz.
Nacisnął drzwi śluzy. Metalowe wrota odsunęły się z trzaskiem i sykiem. Z progu wysunęła się rampa. Księżyc A.D 3000 stał otworem.
- Ja pierdziu! – wyrwało się profesorowi. Nabrał jakoś wątpliwości czy chce wyściubiać nos poza wahadłowiec. Po namyśle wolał jednak wyjść. W końcu już nigdy nie zobaczy księżyca przyszłości.
Skoczył jeszcze do sali obrad po krzesło i poszedł na nim za zewnątrz. Gdy zszedł na powierzchnię, odkrył, iż jest ona twarda jak skała. Ustawił krzesło obrotowe obok rampy i zaczął sycić oczy niecodziennym widokiem.
Minęła godzina. Profesor zaczął czuć się nieswojo. Gapił się bez przerwy w jednostajny krajobraz. Nie potrafił zrozumieć co go tak intryguje. Przecież powinien siedzieć w kokpicie i obserwować ekrany popijając kawę. Teraz właściwie też popijał, tyle że kubek stał na stoliku przyniesionym z kuchni.
Te rozmyślania przerwało wejście Fabrycego i Wolfganga niosących wielką skrzynię. Ustawili ją kilka metrów od wahadłowca, ciężko przy tym dysząc.
- Co tak długo? – zapytał porucznik.
- Nie mogliśmy tego znaleźć – odpowiedział Fabrycy.
- A co z rejestrem inwentarza? Nie mogliście sprawdzić?
- Yyy... – tragarze skonsternowali się, - Ale te technologie skomplikowane są....
- Taa. A czemu to właściwie niesiecie? Nie było w magazynie podnośnika?
- Nie, nie było... – zaklinał się Wilanowski.
- A to nie ta wielka machina, z której wymontowałeś części? – wspomniał Prukwa.
- Zamknij się debilu! Ty popier...
- Nie krzycz na niego –przerwał mu profesor - tylko odstaw te części na miejsce. A ty Amadeuszu przypilnuj go.
Dwaj recydywiści udali się do wahadłowca pokrzykując głośno na siebie.
Anzelm odetchnął głęboko i podszedł do paczki. Obejrzał ją dokładnie w poszukiwaniu jakiegoś przełącznika, który pomoże mu otworzyć pakunek. Nie znalazłszy jednak takowego, spróbował podważyć wieko. Co dziwne, ustąpiło bez problemu. Opadły też ściany boczne okazując analizator.
Było to cylindryczne urządzenie z małym terminalem na zewnątrz. Na powierzchni cylindra znajdowały się różnego rodzaju wypustki, kable i złącza. Opasały całe urządzenie, uniemożliwiając zobaczenie jego powierzchni.
Anzelm Nacisnął jakiś guzik na klawiaturze. Hlograficzny ekranik zalśnił. Ukazały się komendy. Poprawa nakazał dokładna analizę gleby i atmosfery. Urządzenie potwierdziło wytyczne i kilka z jego wypustek wbiło się w ziemię wężowymi ruchami.
Porucznik obserwował przez jakiś czas przyrząd, po czym wrócił na miejsce.
Po chwili dojrzał na horyzoncie niewyraźną plamę. Plama rosła bardzo szybko, co wskazywało na znaczną prędkość. Profesor z początku myślał, że to Wiktor wraca łazikiem, ale to poruszało się za szybko. Chwycił rozkładaną lornetkę z paska.
Kwadratowy obiekt podzielił się na dwa, potem kwadraty wydłużyły się, z obu stron wysunęły się soczewki a następnie dwa fragmenty lornetki złączyły się. Poprawa przyłożył ją sobie do oczu. Obiekt który się zbliżał, był najprawdopodobniej wysokim humanoidem w purpurowych szatach. Poruszał się najprawdopodobniej z prędkością 200 km/h. Nie poruszał nogami. Po prostu sunął po ziemi.
- Do wszystkich – powiedział do mikrofonu, – Wszyscy mają znaleźć się w kabinie pilota.
- Czy to konieczne? – zapytał Wiktor, - Mam to coś niezwykle interesującego.
- Wracaj! To rozkaz!
- Ale to nasz wahadłowiec! Jakby znacznie starszy, ale to on!
- Hmm...Wjedź do środka i go spenetruj. Jeśli nie znajdziesz nic ciekawego, to schowaj się w nim i czekaj na instrukcje.
Ktoś lub coś było blisko. Anzelm pobiegł do kabiny. Gdy chował rampę i zamykał drzwi, przypomniał sobie o analizatorze. Trudno i tak by go nie mógł dość szybko złożyć.
Czekali wszyscy(poza Wiktorem) w kabinie pilota. Patrzyli na tajemniczą postać stojącą niczym posąg przed statkiem. Trwało to już kilkanaście minut.
- Co robimy? – zapytał Fabrycy.
- Sądzę... – Poprawa myślał nad odpowiedzą –...że powinniśmy nawiązać kontakt. Wedłog komputera to coś złożone jest w większości z białka. Czyli pewnie można to zabić. Chwycicie broń i staniecie przy drzwiach. Ja zejdę porozmawiać.
- A nie będzie to niebezpieczne? – zapytał Wolfgang.
- Pewnie, że tak. Prawdopodobieństwo śmierci istnieje przy przechodzeniu przez ulicę, naprawy instalacji elektrycznej czy zakupach w Internecie.
- To ostatnie chyba nie...
- To był tylko przykład. Idziemy.
Rampa została opuszczona. Szedł po niej dumnie, aczkolwiek niepewnie. Nie był pewny, czy w razie niebezpieczeństwa te dwie niedojdy nie zamkną śluzy. Jednak dla nauki, należy podjąć ryzyko.
Stanął przed postacią. Miała około dwóch metrów wzrostu. Twarz i ręce kryła pod purpurowym płaszczem. Milczał przez chwilę, aż zdobył się na odwagę:
- Eee...Dzień dobry.
- Dzień dobry Anzelmie – powiedziała postać opanowanym, męskim głosem.
- Ty...Ty mówisz!
- Tak mi się wydaje. Nie odzywałem się od bardzo dawna, aczkolwiek pamiętam jeszcze jak się mówi – ponieważ Poprawa się nie odzywał, nieznajomy ciągnął dalej, - Zastanawiasz się w tej chwili skąd znam twoje imię. W tym czasie znają je dwie osoby, z czego jedna w wielu postaciach.
- Nie rozumiem... – pomyślał przez chwilę, - Zaraz! Ty czytasz w myślach! Prawda?
- Owszem. Wiem na przykład, że Wolfgang stracił kontakt z rzeczywistością i myśli o rzeczach nieprzystojnych.
Anzelm obrócił się. Jego podwładny miał obleśny uśmiech.
- Wszystko przez te wszczepki zakładane w więźniach. Ułatwiają ich kontrolować, ale po wyjściu na wolność bardzo łatwo zapadają się we własnych myślach i nie są zdolne do odbierania bodźców.
- A kim ty właściwie jesteś?
- Jestem Ostatnim Człowiekiem.
- Nie rozumiem cię...Nie masz imienia?
- Nie ma znaczenia. Wiem, że masz wiele pytań. Nie mogę jednak udzielić na nie odpowiedzi przy twoich podwładnych.
- Dobrze ale...eee...mógłbyś nie czytać nam w myślach? Proszę.
- Oczywiście. Chodźmy profesorze.
Powierzchnia na której stał Poprawa wybrzuszyła się lekko. Razem z Ostatnim Człowiekiem zaczęli sunąć w nieznanym kierunku. Mimo dużej prędkości, nie odczuł na sobie jej siły.
Obrócił się. Wahadłowiec zaczął znikać w oddali.
Po kilku minutach zatrzymali się na pustkowiu. Profesor chciał zapytać już zapytać dlaczego stoją, gdy z ziemi zaczął wyłaniać się kształt podobny do obelisku. Zaczął wnosić się ponad powierzchnię gruntu. Gnał w stronę górnych partii atmosfery z niesamowitą prędkością. Niespodziewanie, zatrzymał się na wysokości kilku kilometrów. Przesunął się łagodnie w stronę Anzelma i jego towarzysza, wchłaniając ich do środka. Czarna, kleista subtancja otoczyła na chwilę profesora, po czym „wypluła” go do jakiegoś pomieszczenia. Odruchowo spojrzał na okno. Był na samym szczycie.
- Niesamowite... – mruknął do siebie.
- To tylko zaawansowana nanotechnologia – powiedział mieszkaniec wieży, - Nic niezwykłego czy nienaukowego.
- Po co mnie więc tu zabrałeś? Nie mogliśmy porozmawiać przed statkiem.
- Nie wśród twojej załogi jest spiskowiec.
- Skąd to wiesz? Potrafisz przewidywać przyszłość?
- Nie. Mówią o tym dosyć skąpe dane z waszego dziennika pokładowego.
- Podłączyłeś się do niego?
- Nie – postać ponownie zaprzeczyła, - Po waszym powrocie księga pokładowa z nieznanych powodów zostanie wyczyszczona. Po latach uda mi się ją częściowo zrekonstruować.
- Przecież jeszcze nie wróciłem.
- Ale zrobisz to.
- Taaa... – zmieszał się trochę. Gospodarz wiedział coś, czego on nie wie - Na czym właściwie polegał spisek?
- Na kradzieży technologii. Ktoś z twoich podwładnych skopiuje ją, a następnie pozbędzie się reszty i wróci do swoich czasów.
- Z jakiego powodu? To na sprowadzeniu technologii polegało zadanie!
- Trudno ustalić. Może pozostali się przeciwstawiali?
- Dlaczego mieli by to zrobić?
- Być może doszli do słusznego wniosku, że może to być niebezpieczne.
- W jaki sposób?
- Z tego co wiem, wahadłowiec wrócił na Ziemię waszych czasów z jedną osobą na pokładzie. Jakiś czas później, kartel zaczął wprowadzać na rynek nowe produkty. Tak krótki okres od zdobycia wiedzy, a jej zastosowaniem, świadczy o zastosowaniu bardzo zaawansowanej Sztucznej Inteligencji. Nowinki techniczne pojawiały się co dzień. Człowiek zasypiał w jednym świecie, aby budzić się w innym, znacznie bardziej nowoczesnym. W pierwszych latach po powrocie co bogatsi całkowicie zrobotyzowali swoje życie. Utrzymywanie robotników w fabrykach, pracy na roli czy handlu. Maszyny robiły to znacznie lepiej i dokładnie. Najpierw zaowocowało to falą bezrobocia, a następnie dobrobytem, gdy okazało się, że wyprodukowanie humanoidalnego robota jest tańsze od wydrukowania książki. Zresztą, i tak wszelką wiedzę papierową przeniesiono na serwery. Biblioteki sprowadzono do małego ekranu, na którym można sobie wybrać dowolną pozycję. Wreszcie ludzkość odetchnęła z ulgą. Nikt nie musiał pracować, być głodnym, bezdomnym czy spragnionym. Można było formować swoje ciało w dowolny sposób, zmieniając kod genetyczny czy przekopiowując swój umysł np. do manifestacji nanomatycznej. Śmierć to tylko słowo. Jednak taki szybki rozwój nie dla wszystkich był korzystny. Rozwój techniczny nie szedł w parze ze zmianą mentalności. Niektórzy nie wytrzymywali i popełniali samobójstwa. Mniej zdesperowani pogrążali się w wirtualnych światach, grając w tysiące gier i zapominając o realnym świecie. Z czasem nuda zaczęła doskwierać ludziom na wszystkich zasiedlonych przez nich planetach. Porzucali więc swe ciała i stawali się świadomymi programami. To zjawisko było tak duże, że rządy postanowiły również porzucić formę fizyczną. Ludzie zaakceptowali ten pomysł i podążyli w świat za nimi. Jedynie ja poprosiłem, aby przekazano mi księżycową stację „Uranos”. Zgodzili się, albowiem to i tak było już niczyje. Gdy odjeżdżałem, słyszałem o pewnym planie wirtualnych. Chcieli stworzyć coś w rodzaju świadomości wielu umysłów. Podczas przebywania na księżycu uzyskałem dane potwierdzające tą pogłoskę. W chwili obecnej TO próbuje opanować metodę tworzenia materii z kwantów. Chyba już potrafi tworzyć proste pierwiastki. Za parę set lat zacznie tworzyć planety, gwiazdy a może galaktyki. Wiem jednak, że to do czasu. Każda stała społeczna utrzymuję się tylko jakiś czas. Potem przychodzi rozkład i destrukcja. TO co mianuje się „zjednoczoną ludzkością” zapewne popadnie konflikt z samym sobą. Czy wyobrażasz sobie schizofrenię twórcy galaktyk? Ba ja tak. Może zakończyć się to końcem naszego wszechświata, a może wszystkich światów równoległych.
- Księżyc... – powiedział Anzelm po chwili milczenia, - To ta stacja, tak?
- Tak. Testowano tu nowe technologie. Części nigdy nie wprowadzono.
- A co chcesz osiągnąć tą rozmową?
- Chcę, abyś wrócił natychmiast do swoich czasów i zniszczył „Molocha”/
- Ale to nie zatrzyma rozwoju! Prędzej czy później wszystko dojdzie to schizofrenii o której mówiłeś?
- Może tak, może nie. Cywilizacja przyspieszona, to cywilizacja nienaturalna. Jeśli jednak będzie rozwijać się swoim trybem, to dojdzie do kolejno: apogeum, rozkładu, upadku, barbarzyństwa i nowej cywilizacji. Ona też jest stałą społeczną skazaną na zagładę. Jak wszystkie inne.
- Masz rację. Nie mamy jednak pewności, czy spiskowiec nie zabił już reszty załogi. Są przecież pozostawieni bez nadzoru.
- Dopóki cię nie ma, nie przystąpią do żadnych działań. Będą czekać na statku...
- Ale to nie cała załoga. Jest jeszcze jeden, znalazł bliźniaczy wahadłowiec.
- Nie wykryłem go, bo przestałem cię inwigilować umysłem! – Ostatni człowiek chwycił się za głowę – Przecież gdybym tego nie zrobił, już by siedział związany w magazynie zanim dobrałby się do pamięci wahadłowca! Musimy szybko wracać, zanim wróci. To może być on!
Wieża rozpadła się. Anzelm spadał pośród ton czarnego gruzu. Wydawało mu się, że zaraz spodka się z glebą, gdy łagodnie osiadł na ziemi i zaczął się przemieszczać w kierunku swojego statku.
Zastali tylko dwa zwęglone ciała. Nie było w pobliżu wahadłowca. Cumował właśnie na „Molochu”. Mimo atmosfery księżyca, można było zobaczyć, jak wehikuł czasu staje się najjaśniejszą gwiazdą na niebie, aby po chwili zniknąć. Mieszkaniec księżyca dotknął dłonią nadpalonej głowy jednego z ciał.
- Mieli wątpliwości? – zapytał Anzelm
- Nie. Powód ich śmierci był znacznie bardziej prozaiczny. Martwi nie mogę sprzedawać informacji ani brać wypłaty.
- Nie da się zmienić historii... – powiedział po chwili Ostatni Człowiek.
- A moja podróż? A technologia innych czasów?- zaprotestował profesor.
- To naturalna kolej rzeczy. Chodzi o to, że nie można zmienić czegoś, coś się wydarzyło lub wydarzy.
- Czyli obejrzymy koniec świata? – zapytał niepewnie Poprawa.
- Doskonale się spisałeś! – powiedział prezes, - Banki pamięci są w doskonałym stanie.
- Wiem – odpowiedział Wiktor, - Musiałem je jednak odbudować ze strzępek danych.
- Należy ci się premia.
- Dziękuję wujku.
Gerwazy usiadł za biurkiem i zaczął chować banki pamięci do specjalnej walizki.
- Czy mógłbyś coś jeszcze dla mnie zrobić? – powiedział, gdy skończył pakowanie.
- Co tym razem?
- Zabierz wahadłowiec na księżyc. Kazałem wybudować tam małą stacyjkę „Uranos”. Przebadają tam zgromadzone przez ciebie dane. Naturalnie, zleciłbym to komuś innemu, ale do ciebie mam zaufanie.
Pożegnali się. Gdy Wiktor wyszedł, prezes wysłał krótką notkę na księżyc:
„Dziś przyleci wahadłowiec. Zlikwidować pilota i przystąpić do badania danych układami SI. Pilne.
Prezes Gerwzy Sawicki”
Następnie nacisnął inny guzik:
- Wykonać za dwie godziny – powiedział do niewidocznego mikrofonu – Zawiadomić moją siostrę o wypadku na orbicie, w wyniku czego zginął jej syn i przekazać na moje konto pieniądze Wiktora Samosiejskiego wykradzione drogą elektroniczną.
Gwizdon [odyniecandpuzon@tlen.pl]
|