Z wielkim trudem wjechali¶my zdezelowanym czołgiem ZZPZ-220 na zalesione wzgórze. Wyjrzałem przez peryskop. Gdzie¶ tam w dole widoczny był olbrzymi zbiornik wodny zwany przez tubylców Morzem Pawłowickim. Powstał w ubiegłym wieku po zrzuceniu przez Zakrzów na ówczesne Pawłowice próbnego ładunku termonuklearnego. Wybuch, silniejszy niż się spodziewano, wyrzucił w przestrzeń kosmiczn± miliony ton gruntu i zakłócił obrót Ziemi, przez co rok skrócił się do 364 dni. Kiedy opadł radioaktywny pył, uznano, że nie ma już czego zbierać po Pawłowicach i zalano dół wod±.
Nieco na zachód, na skraju Zakrzowa, widoczna była nasza jednostka Wojsk Ochrony Pogranicza wchodz±ca w skład II Korpusu Inwazyjnego I Armii Zakrzowskiej. Jeszcze wczoraj zajmowali¶my w niej wysokie stanowiska kierownicze. Niestety Najwyższa Izba Inwigilacji wpadła na trop ulokowanej w podziemiach jednostki fabryki alkoholu buraczanego. Pędzenie bimbru z tego strategicznego dla przemysłu Zakrzowa warzywa było karane rokiem odsiadki za każdy hektolitr alkoholu. Czyli groziło nam pół wieku kiblowania w podziemiach Festung Sacrau. Niestety, a może na szczę¶cie, potrzebni byli akurat ochotnicy do, może nie samobójczej, ale na pewno wysoce niebezpiecznej operacji pod kryptonimem “Strefa zrzutu”. Ponieważ ochotnicy jak wiadomo zginęli na ostatniej wojnie, zwerbowali wła¶nie nas na zasadzie przymusu dobrowolnego. Dali czołg, wyprawili ostatnie pożegnanie, i w dług±! Jak się nam uda, obejmie nas amnestia. Je¶li nie, nie będzie o nas pamiętał nawet zakrzowski kundel. Żeby nie było aż tak beznadziejnie dali nam wsparcie w postaci trójki recydywistów.
Pierwszy z nich, Hans Herrman, był Niemcem, który po niemiecku umiał tylko zdanie “Guten Tag! Ich bin Heinrich, aus Oktoberfest!”, a mimo to dorobił się milionów na szmuglu polskich dresów do Powiatu Berlińskiego. Drugiego wołali Sasza Szuski. Miał dwa metry wzrostu, niewiele mniej w pasie i lubił czosnek, co sprawiało, że był do¶ć uci±żliwy w Ľle wentylowanym czołgu. Nie chciał powiedzieć zbyt wiele o sobie. Dowiedzieli¶my się tylko, że dostał dożywocie za zjedzenie policjanta, który delikatnie zwrócił mu uwagę, że wymontowywanie miedzianych kabli z dna Morza Pawłowickiego jest nielegalne. Pi±ty członek załogi, Władimir Nosfer był nieżywy od dwóch lat, od pamiętnej afery z córk± Sołtysa Wielkiej Wsi Zakrzów. Nie przeszkadzało mu to jednak w dobieraniu się do psa Sołtysa, za co tu do nas trafił. Towarzyszył nam w postaci mglistej sylwetki, czasem wcielał się w kogo i co popadło. No, zapomniałem jeszcze wspomnieć o moim towarzyszu niedoli, Zenonie Jabłomonowie. Niepozorny kole¶ w drelichach a'la XXI wiek. To on był konstruktorem fabryki alkoholu buraczanego, a teraz robił za kierowcę czołgu, od czasu do czasu poci±gaj±c z zaszytej w rękawie piersiówki.
Z zamy¶lenia wyrwała mnie fala smrodu czosnkowego pochodz±ca od Saszy. Wszyscy jak na komendę wyskoczyli z czołgu którędy się dało, powstrzymuj±c odruch wymiotny. Saszafile:///usr/share/doc/HTML/index.html niespiesznie opu¶cił czołg na końcu, robi±c niewinn± minę.
– Jak mogłe¶.... własnych towarzyszy truć... - wybełkotał Zenon.
– Ja? Nie, zdawało wam się... - mrukn±ł Sasza.
– Dobra, mniejsza o to. Musimy ustalić strategię... - zarz±dziłem zebranie na jednym z większych okolicznych bloków betonu.
– Otóż.. co tu dużo mówić... mamy przesrane po prostu i tyle. - Władimir powiedział co wiedział.
– To ja może bardziej trzeĽwo przedstawię sytuację... - zaproponował z lekka pijany Zenon – Maj±c do dyspozycji jeden zabytkowy czołg oraz czterech ludzi i jeden byt pozamaterialny mamy zlikwidować skutecznie Nowe Pawłowice, czyli bazę partyzantów antyzakrzowskich w rejonie dawnego Przystanku Ramiszów na ....jak się ta linia zwała?
– Rechte Pallowitz See Ufer Eisenbahn... - podpowiedziałem towarzyszowi.
Linia tylko z nazwy prowadziła do Trzebnicy. Rozbudowywana od dwóch stuleci stanowiła główny węzeł komunikacyjny ł±cz±cy Zakrzów z podległymi jednostkami administracyjnymi. Problem w tym, że biegła po granicy zakrzowsko – pawłowickiej, więc obie wsie nieustannie żarły się o to czyje to wła¶ciwie jest, a małpy z dżungli zakrzowskiej kradły tory.
– No... nieważne. Na linii kolejowej do Trzebnicy. Każdy wie o co chodzi.
– Jasne. Ale b±dĽmy optymistami. Lepsze to niż podziemia Festung Sacrau. - Hans zabrał głos. - Przynajmniej mamy jak±¶ teoretyczn± szansę przeżycia.... .
– W pi±tek przez w/w linię kolejow± będzie przejeżdżał strategiczny transport zdobyczy technologicznych z Pawłowickiego Centrum Badania Technologii Przedwybuchowych na Pawłowicach AD 2005. - kontynuowałem - My mamy sprawić żeby nie dotarł na Pawłowice, czyli do Ramszowa. Je¶li tam dotrze, Zakrzów może dostać kopa od I Armii Pawłowic oblegaj±cej od tygodnia zakrzowsk± twierdzę Festung Brauerei na froncie południowym. Pawłowce przy obecnym stanie uzbrojenia nie dadz± rady tej twierdzy, ale je¶li zdobęd± ¶ci±gnięt± z przeszło¶ci technologię zbrojeniow±, to może im się udać.... .
– No, panowie. Nie czas na spekulacje. Najlepiej ruszmy dupy i zobaczmy. Co ma być, to będzie... . - podsumował Władmir.
Czołg już się wywietrzył, ekipa zapakowała się do ¶rodka bez większego entuzjazmu. Zenon zapalił silnik hydropneumatyczny i czołg, skrzypi±c zardzewiałymi g±sienicami, ruszył le¶n± ¶cieżk± prowadz±c± do głównej drogi na Nowe Pawłowice. Niebawem wyjechali¶my na równ±, dziesięciopasmow± autostradę, któr± po obu stronach porastała tropikalna puszcza. Jazda była nudna, więc każdy zaj±ł się czym popadło. Sasza udekorował swój k±t w czołgu plakatami z Zakrzowskiego Magazynu Erotycznego. Hans, Władimir i Zenon prowadzili ożywion± dyskusję co chwila spogl±daj±c w moj± stronę. Ignoruj±c ten fakt wyjrzałem przez peryskop. Kilkaset metrów przed nami, po prawej stronie drogi wypatrzyłem przekrzywion± tablicę opatrzon± napisem “Punkt 3,50 . Przekraczanie szkodzi zdrowiu“. Żoł±dek podszedł mi do gardła. Wiele legend kr±żyło o tym miejscu. Większo¶ć była zmy¶lona, bo niewielu, co tu byli, zdołało powrócić by zdać relację. Nazwa tego miejsca pochodzi od liczby godzin, jak± za t± granic± może przeżyć przeciętny, nieuzbrojony Zakrzowianin – 3 godziny, 50 minut.(Rekord wynosi 3 godz. 56 min.). Oprócz dzikich hord partyzantów dużym zagrożeniem w strefie pozagranicznej s± nienaturalnych rozmiarów zwierzęta.
Już kilka metrów za Punktem w rowie widać było ¶lady działalno¶ci wyżej wymienionych. Na drodze trafiały się też odchody olbrzymich krów, a zderzenie czołgu z lataj±cymi tutaj muchami mogłoby wgnie¶ć pancerz.
Na załodze nie zrobiło to większego wrażenia. Widać już wszystko im zwisało. Hans i Władimir przerwali dyskusję z Zenonem i podeszli do mnie.
– Szefie, mamy do was sprawę.... - zagaił Hans.
– Co....a, tak. To walcie ¶miało. - odpowiedziałem.
Na te słowa Hans u¶miechn±ł się oble¶nie, wyj±ł pałę i ¶miało przywalił mi po łbie, aż straciłem grunt pod nogami. Po chwili poprawili drugim uderzeniem i nastała ciemno¶ć. Kiedy się obudziłem, łeb bolał mnie straszliwie i ledwo widziałem. Po omacku znalazłem porzucon± piersiówkę Zenona i wysuszyłem zawarto¶ć. Pomogło. Zobaczyłem juz wyraĽniej Saszę i Hansa. Jeden trzymał szlifierkę i ¶rubokręt, drugi zakrwawiony młotek i przecinak. Chciałem komu¶ wtłuc, ale nie za bardzo wiedziałem komu, więc poczekałem, aż się kto¶ przyzna.
– Gratuluję udanej operacji na otwartym mózgu – rzucił Zenon pod adresem Hansa.
– Eeeeeee.... nie takie rzeczy się już robiło.... - odparł skromnie Niemiec.
– Cholera, czy kto¶ mógłby mi wyja¶nić, co się tu dzieje? - pomacałem niepewnie opatrunek na głowie.
– Nic wielkiego, szefie. - uspokoił Władimir – Tylko wyrżnęli¶my wam ze łba bioimplant lokalizuj±cy, który wam w Festung Sacrau wstawili...
– Teraz już mendy zakrzowskie nie znaj± naszej pozycji..... - Sasza wyj±ł z kieszeni fragment mięcha, który mi przed chwil± wycięli, posypał czosnkiem i skonsumował.
– To jednak nie zmienia naszej sytuacji... jeste¶my pod stał± obesrwacj± z satelit szpegowskich N I I. Zanim zd±żymy się schować, artyleria Festung Sacrau zmiecie nas z powierzchni ziemi.
– No tak... - mrukn±ł głupio Hans – Szasza, jak mogłe¶ o tym nie pomy¶leć.?!
– Panowie, nie czas na pierdoły. Mamy teraz inny problem. Woda się kończy... - zauważył Zenon. Czołg zacz±ł toczyć się coraz wolniej, silnik się dławił, aż w końcu stanęli¶my.
– Yyyy....i co teraz? - spytał inteligentnie Sasza.
– Potrzebna woda. Czkejcie, skoczę do rowu po trochę. - Zenon zabrał pusty kanister i wyskoczył na zewn±trz.
Byli¶my w ¶rodku dżungli, ryzykował więc spotkanie z różnymi okazami lokalnej fauny. Po dwóch minutach jego nieobecno¶ci usłyszeli¶my strzały. Jako¶ żaden z nas nie maił odwagi wyj¶ć, by sprawdzć, co się stało. Niebawem wrócił Zenon. Targał pełny kanister i kupe szmat przewieszon± przez ramię.
– Po co znwou dobierałe¶ się do małp? Vicek i tak cienko płaci za te dresy... - skrytykowałem.
– Nie mogłem się powstrzymać. Patrz, przecież to niezwykle rzadki gatunek drelichu. Cholera, tylko musiałem z tradycyjnej broni strzelać i dziurę z tyłu zrobiłem.... .
Przyjrzałem się dokładniej zdobytemu przez Zenona dresów i można powiedzieć, że mało nie zrobiłem w gacie.
– Ty idioto! To chyba jedyny taki dres w tej dżungli. To znaczy, że załatwiłe¶ ich wodza! - krzykn±łem.
Nie było w±tpliwo¶ci, że to dres wodza małp. Jeszcze nikt, kto taki zdobył, nie zdołał wyj¶ć cało z dżungli. Je¶li małpoludy zauważ±, że co¶ nie tak, mog± zainterweniować nawet za chwilę. A przemysł zbrojeniowy w ich dżungli poczynił ostatnio znacz±cy postęp.... .
– K***a! Lepiej spier****jmy zanim nam dupe naszprycuj±! - spanikował Hans.
Zenon chciał wy¶miać jego tchórzostwo, ale obawy Niemca okazały się rzeczywisto¶ci±. Usłyszeli¶my ¶wist odpalanej w pobliżu rakiety przeciwpancernej. Wybuchła dosłownie kilka metrów od naszego czołgu. Wyjrzałem przez peryskop. Na pobliskim wzgórzu ekipa małpiszonów na stanowisku artyleryjskim pakowała już kolejny pocisk. Nie do wiary, a jeszcze tydzień temu na polowaniu te zwierze ganiały nas z oszczepami... .
– Zenon, cała naprzód! - krzykn±łem zdygany nie na żarty. Zenon już dawno wlał wodę do baku a w tej chwili odpalał silnik.
Od razu wrzucił pi±ty bieg, czołg wydarł z miejsca zdzieraj±c z ziemi asfalt. Małpy wystrzeliły kolejny pocisk, który na szczę¶cie tylko zarysował nam lakier. Zdołali¶my uciec z zasięgu tamtej wyrzutni, ale wzdłuż lasu czekały na nas kolejne. Doł±czyła się też grupa z archaicznymi kałaszami. Sasza nie stracił głowy, tylko dobrał się do pokładowego działa i ładował równo. Z celno¶ci± było gorzej ale już dwa stanowiska ogniowe zdołał zlikwidować. Zenon wyciskał z czołgu ile się dało, reszta załogi skulona w k±cie czekała na rozstrzygnięcie. Małpy w końcu trafiły nas w przód, ale to był tylko wgniot. Na szczę¶cie nie rozwaliło pancerza do końca. Stary, dobry zakrzowski czołg... . Sasza natychmiast odpowiedział ogniem i nawet trafił. Z tego, co widziałem we wstecznym peryskopie, małpy ustawiły już za nami na autostradzie działo naprawdę ciężkiego kalibru. Na chwilę zamkn±łem oczy z nadziej±, że to, co widzę, okaże się koszmarnym kacem po bimbrze Zenona.
Ostrzał niespodziewanie ustał. Wszyscy poczuli, że co¶ jest nie tak. Zenon przyhamował, rosn±ce dot±d wzdłuż drogi palmy zast±piły sosny. Szerokopasmowa autostrada zwęziła się do niespełna trzech metrów. Czołg się zatrzymał, wyszli¶my się rozejrzeć.
– Co się k***a stało? - spytała jednocze¶nie co mniej elokwentna czę¶ć załogi.
– Wpadli¶my w przebicie między wymiarami. Czyli przenie¶li¶my się w czasie.... - wyja¶niłem poważnie – Wygl±da to na Pawłowice z pocz±tku XXI wieku.... .
– To co robimy? - mrukn±ł nie¶miało Zenon.
– To działa w obie strony, więc za jaki¶ czas cofnie nas samo, albo będziemy musieli znaleĽć miejsce przebicia.
– Olejmy to i chodĽmy się napić tutejszych wyrobów. - wtr±cił się Sasza.
– Popieram! ZnajdĽmy jak±¶ cywilizację i napijmy się. - Zenon poparł pomysł.
W sumie to niegłupie. Po tak ciężkiej służbie dla wsi ojczystej należy nam się..... .
- Na wschód! Tam musi być jaka¶ knajpa.... . - zapodał Władimir.
Chwilę póĽniej przeciskali¶my się czołgiem przez w±sk± drogę w kierunku Zakrzowa. Nadjeżdżaj±ce z naprzeciwka pojazdy o archaicznych spalinowo – tłokowych jednostkach napędowych bez wyj±tku l±dowały w rowie. Projektanci drogi nie przewidzieli tu wzmożonego ruchu czterometrowej szeroko¶ci czołgów. Przez most na rzece Dobrej przejechali¶my kosz±c barierki. Zreszt± to bez znaczenia, bo zaraz za nami sie zawalił. A już niedaleko od mostu zauważyli¶my na poboczu przekrzywion± tablicę z napisem “Zakrzów”. Jednak to, co za ni± widoczne, nie przypominało w niczym Wielkiego Zakrzowa, jaki znali¶my. Wzdłuż głównej ulicy stało kilkana¶cie chałup jednorodzinnych, po lewej stare drzewo i kurnik, a w oddali widniał dziesięciopiętrowy blok robotniczy.
– Może to jaki¶ skansen pawłowicki? - Sasza wysun±ł ¶miał± teorię. Hans zaj±ł się kieszonkow± wersj± Zakrzowskiego Magazynu Erotycznego zdobyt± od Saszy.
– Idioci! Jeste¶my w epoce przedimperialnej, rok 2005. Zakrzów odł±czy się od Wrocławia dopiero za 46 lat. Na razie to nudna, peryferyjna wiocha. - wyja¶niłem im cierpliwe. Nie wiem dlaczego zawsze ja sam jeden muszę my¶leć za nich wszystkich.... .
– Mniejsza o to. ZnajdĽmy knajpę, tam podyskutujemy... - Zenon wrócił na stanowisko kierowcy i wcisn±ł gaz do dechy. Minęli¶my granicę Zakrzowa. Czołg z trudem zmie¶cił się na całej szeroko¶ci głównej ulicy. Skosili¶my przy okazji zaparkowane na poboczu samochody. Ich wła¶ciciele byli do¶ć natrętni w wyrażaniu swej dezaprobaty dla nas, przez co jednemu z nich musieli¶my zbombardować chałupę żeby przestał się na nas rzucać z widłami.
Szósty zmysł naszego kierowcy wyczuł knajpę w odrapanej poniemieckiej kamienicy ozdobionej szyldem “Przystanek Zakrzów”. Zaparkowali¶my czołg w stojaku dla rowerów. Kilka emerytek pod s±siednim warzywniakiem już nas obgadało, ale zabroniłem Zenonowi je zastrzelić. Na przeszkodzie w wej¶ciu do lokalu stan±ł nam wypasiony na ruskich anabolikach bramkarz z zespołem Całkowitego Braku Szyi. Ostro do nas startował, że niby homo nie wiadomo jeste¶my, ale gdy Sasza wyczy¶cił nim asfalt, złagodniał i zezwolił na wej¶cie. Już na pierwszym kroku za poharatanymi siekierami drzwiami knajpy trudno było nie wyczuć smrodu, w porównaniu z którym Sasza pachniał całkiem przyjemnie. Wszystkie zapachy wsi w jednym miejscu. W zadymionym pomieszczeniu, przy stołach z płyty wiórowej i pustaków, lokalne grono menelskie dyskutowało nad ważnymi społecznie sprawami przy flaszkach siarkowego aperitifu. Barman, niewiele mniej napakowany od bramkarza, udawał że czy¶ci kufle po piwie. Knajpa była wspólna dla Zakrzowa i Pawłowic. Podział był wyraĽny: po lewej zakrzowianie, po prawej pawłowiczanie. Oba obozy najchętniej rzuciłyby się sobie do gardeł, ale dla obustronnego komfortu spożycia zaniechano czasowo potyczek zbrojnych.
Sasza utorował nam drogę przez tłum i oczy¶cił jeden stolik po stronie zakrzowskiej. Rozsiedli¶my się wygodnie, Hans wyj±ł zagrychę. Kilku klientów przy s±siednich stolikach miało bunty do naszych dziwnie wygl±daj±cych polidrelichowych ciuchów, ale ucichli, gdy weszli w bliski kontakt z gleb±.
– Braman, sete na łeba! - Sasza złożył zamówienie i po chwili dostali¶my kanister gorzały. Był to bimber produkcji lokalnej, ale dwa razy droższy niż państwowy. Za to nieĽle dawał w czachę..... .
Wypili¶my po kolejce i od razu rzeczywisto¶ć stała się bardziej zno¶na. Również w¶ród ludu, w miarę opróżniania kolejnych flaszek i kanistrów, rosła atmosfera wiejsko – patriotyczna, czyli zanosiło się na zadymę.
Na ¶rodek knajpy, na podwyższenie z pudła po bananach, wst±pił jaki¶ mocno podpity kole¶. Wzrok tłumu zawisł na nim. Typ ubrany był w wy¶wiechtan± skórzana kurtkę harleyowca, dziurawe dżinsy i mokasyny ze sztucznej skóry krokodyla. Fryzura jego w zamy¶le miała być a'la Elvis. W paszczy dymił się papieros Menski. Od s±siadów dowiedzieli¶my się ze zw± go Adam Pawłowski, choć bardziej znany jest pod pseudonimami Adamo, DJ Odblask lub Elvis. Tłum uciszył na chwilę dyskusje, by wiedzieć za co maj± go tym razem obtłuc.
– Siarap, kabaty.... - warkn±ł Elvis przepitym głosem. - Chciałbym podj±ć ważn± społecznie kwestię.
– Spier***aj fajfusie! - krzykn±ł kto¶ ze strony pawłowickiej.
– Maczo z odzysku! - doł±czył się menel z Zakrzowa. Widać nikt się do Elvisa nie przyznawał. - Maczo dla ubogich!
Lokal zatrz±sł się od szyderczego ¶miechu. Przyjęła się nowa ksywa Elvisa. Strona pawłowicka przy wsparciu zakrzowian zbombardowała Elvisa pustymi flaszkami, kaloszami i cegłami. Jednak fajfus mimo, iż pijany, zdołał unikn±ć pocisków i wrócił do głosu.
– Oficjalnie proklamuję powstanie Bezpartyjnej Partii Patriotów Zakrzowskich Nienawidz±cych Pawłowic! - wychrypiał.
W lokalu znów ucichło. Zakrzowianie nadstawili uszu ciekawie, Pawłowiczanie pomacali ukryte pod stołami bejzbole.
– Niech gada... - barman z Zakrzowa oficjalnie udzielił głos DJ Odblaskowi vel Elvisowi.
– No. W imieniu Zakrzowian i własnym powiem tyle: musimy jako obywatele miasta położyć kres istnieniu tej zabitej dechami wsi Pawłowice. Zakrzów jest the best! - wyrecytował najpoważniej jak umiał.
– Jak chcecie tego dokonać? - spytał jaki¶ bezstronny go¶ć ze ¶rodka sali.
– Przeprowadzimy zbrojn± inwazję. Jej plan opracował sam I Sekretarz Partii w mojej skromnej osobie. Otóż.... od zachodu i południa pójdzie główne uderzenie naszej kawalerii rowerowej dozbrojonej kijami od mioteł. Natomiast przez Ramiszów pu¶cimy główne natarcie brygady ci±gnikowo – kombajnowej. Pawłowiczanie stawi± zapewne opór używaj±c standardowej broni, czyli kostkowanego końskiego nawozu. Jeste¶my na to przygotowani, i o ile wróg nie użyje kos i wideł, nasze pojazdy przetrzymaj± atak. Zajmiemy Pawłowice najdalej w dwa dni.
Sala zawrzała. Zakrzowianom się to spodobało, pawłowiczanom wręcz przeciwnie.
– Planujemy też działania dywersyjne. - kontynuował Elvis. - Nasza “pi±ta kolumna” dokona desantu przez siec kanalizacyjn±.
– Przecież na Pawłowicach nie ma kanałów... - zauważył trzeĽwo mieszkaniec Pawłowic.
– Fakt... . - zreflektował się Schnappi – To zrobimy desant z szamb.. . Ponadto dla dezorganizacji wroga wypu¶cimy z zagród całe pawłowickie bydło i drób, a specjalny oddział krasnali naszcza do całego pawłowickiego mleka. Ta, wygramy!
Obie strony baru zarechotały zło¶liwie. Niejeden już dawno chciał załatwić Elvisa, ale ponieważ przeważnie był nieszkodliwy i czasem ¶mieszny, zostawiali mu rolę wioskowego przygłupa. Wszyscy już przyzwyczaili się do jego głupich tekstów , i mało kto brał je na poważnie. Jednak tym razem kto¶ taki sie znalazł. Z końca sali podszedł sięgaj±cy sufitu pawłowicki kafar, na oko cztery razy grubszy od Elvisa, a ta masa to były mię¶nie. Miejscowi zwali go Spojler.
– Ty, ciulu, masz co¶ do pawłowickiego miasta? - mrukn±ł leniwie.
– Te, Zderzak, nie podskakuj! Zakrzów to metropolia, a Pawłowice – nekropolia! - krzykn±ł Elvis. Procenty odebrały mu resztki instynktu samozachowawczego. Spojler chwycił go za gardło, uniósł pod sufit i spytał ponownie.
– Ty, ciulu, masz co¶ do pawłowickiego miasta?
– Zakrzów to wioska typowo żydowska, nie może równać się wspaniałej aglomeracji pawłowickiej... !!! - wystękał posłusznie Elvis by ratować tyłek.
– Tak lepiej...... - mrukn±ł Spojler i zawiesił Elvisa na wkręconym w sufit haku. Tłum zarżał, zwłaszcza że pozbawione gumki dresy zakrzowskiego fajfusa spadły, odsłaniaj±c różowe stringi.
Tak a propos przypomniałem sobie o mych towarzyszach. Wystarczy spu¶cić ich z oka na chwilę, a już robi± zadymę. Władimir wcielił się w butelkę piwa i straszył jakiego¶ menela. Natomiast Sasza próbował zdobyć jedn± z wiejskich piękno¶ci, na razie z małym skutkiem. Hans leżał pod stołem i nie dawał oznak życia. No cóż, jako¶ sobie beze mnie poradz±... .
Wróciłem do obserwacji sytuacji. Elvis wła¶nie urwał się z haka i naci±gał na siebie resztki dresu. Spojler dorwał go i wyrzucił przez zamknięte okno. Na tym zabawa się skończyła, Schnappi skapitulował. Dopiero teraz spostrzegłem, że stoj±ca przede mn± butelka jest prawie pełna. Z przejęcia zapomniałem wypić... . No to dla nadrobienia zaległo¶ci łykn±łem naraz połowę. Obraz przed oczami z lekka mi zafalował i zaszumiało w uszach. Zauważyłem jak Hans wyjmuje z kieszeni mysz. Tu film mi się urwał. Potem oberwałem czym¶ po łbie, chyba kto¶ mnie targał przez ¶rodek pola bitwy. K±tem ucha usłyszałem, że mysz przekroczyła cienk± czerwon± linię. Tylko jedna? Ja widziałem ich sporo, wszystkie białe........ .
* * *
Obywatel X zgasił cygaro o blat stołu. Otworzył przeno¶ny komputer i zajrzał w ¶ci¶le tajne akta. Chwilę kontemplował to, co zobaczył.
– Wysłali¶cie na tak ważn± misję tych idiotów? - zbulwersował się.
– Nie było chętnych... - Obywatel Y próbował się tłumaczyć. - Może ci cwele nie s± fachowcami, ale przecież głupi miewa czasem trochę szczę¶cia... .
– Lepiej żeby¶cie się nie mylili, Ob. Y. Bo inaczej zamieszkacie gdzie¶ między Pawłowicami a Zakrzowem.
– W Ramiszowie?
– Nie, dwa metry pod trawnikiem.
JUZEF [juzefwt@tlen.pl]
|