|
Nikt nie musiał mu tego mówić. Siedząc teraz lekko zgarbiony na największym śmietnisku w Golden State, na samym szczycie Golden Barrens, w ręku trzymał niezapalonego papierosa. I nikt nie musiał mu mówić, że w każdej chwili, nawet teraz, może odejść z przypływem. Nie mogąc przy niej być, nie mógł nawet z siebie jej zapachu zmyć. Myśląc o miłości – bowiem to o niej myślimy, ostatecznie, będąc w obliczu śmierci – nieprzerwanie myślami wracał do końca swej wędrówki. Każdy żołnierz na placu boju o miłość prędzej czy później znajdzie drogę do chwały. Ale walka, jaką musisz przeprowadzić w pojedynkę, po przegranej ze samym sobą i z swoją partnerką, nie może być czymś dobrym, czymś chwalebnym. On chciał czegoś, za co mógłby umrzeć. By nadać życiu sens. Czyniąc nowe błędy, był świadom, że przegrana jest gorsza od wahania. Więc wierzył – że jeszcze będzie szczęśliwy. Ale ta wiara już odeszła… razem z stwierdzeniem, że kochał ją dla jej piękna.
Słyszał gdzieś poniżej jej dźwięki. Słyszał szum wody. W taki sposób śmierć szepce mi do ucha – pomyślał nie bez odrobiny cynicznego uśmiechu na ustach. Oczyma wyobraźni – czyli jedynymi, jakie posiadał – widział przed sobą szklistą wodę, aż po sam przenajświętszy błękitny horyzont.
Aż chciało się krzyknąć „przybliżcie mi ten horyzont!”. Aż chciało się sięgnąć po niego ręką. Schwytać go, niczym ostatnią rzecz, jaką w swym życiu schwytasz, i już nigdy nie puszczać. Niczym oddech uciekający z ust kochanki, lub ostatnie krople krwi ukochanej porwane przez nieugiętą grawitację i zmuszone do upadku, za nią – za miłość. Tak. Krew zostanie dzisiaj przelana. Tak. To będzie jego krew. I tak. Odda ją za swą miłość.
A może z nudy? Bo ostatecznie, co można zrobić… kiedy nie ma się nic do zrobienia. Co zrobisz, gdy wszystkie nazwy zostały nadane, gdy nie ma już nic nowego do poznania… lub pokochania.
Albo, co gorsza – tak jak w jego przypadku – co zrobisz, gdy granice poznania ograniczają się do tego, co dostrzegasz zamykając swoje oczy – czyli do mroku. Bo jeśli kochać coś można tylko swymi zmysłami, to on kochać nie potrafi. Jeśli miłość jest tylko wrażeniem czysto zmysłowym, od nie zna jej smaku. Bowiem nie zna jej blasku. Zna tylko cień.
Jeśli horyzont może być sensem życia, to Harry nie chce go tracić. Ale jeśli tak jest, to ja nigdy go przecież nie miałem – pomyślał nagle niepewnie, nadal zastanawiając czy się faktycznie chce to dzisiaj zrobić –
ja nie tylko nie dotykałem horyzontu. Ja go nawet nie widziałem.
- Kocham ciebie – wreszcie to powiedział! Hip-hip Hurra! Harry nareszcie odważył się powiedzieć te słowa. I choć tak jak zwykle, za każdym razem, gdy trenował swoją krótką przemowę, wypowiadając je w pustkę mroku, w jakiej zwykł żyć, tym razem Angelika siedziała obok niego. Tym razem faktycznie słyszała te słowa. Słyszała jego wyznanie… i nie przestawała milczeć. – Słyszysz? – Zapytał niepewnie szukając jej dłoni. Gdy ją odnalazł, nie zdziwił się, iż dłoń ta równie niepewnie próbuje się odsunąć. Ale jednak nie odsuwa. Czuje jej ciepło. To dobry znak. Tak… to znak by kontynuować. – Kochałem Ciebie od naszego pierwszego spotkania. A z każdym kolejnym naszym spotkaniem, z każdą kolejną rozmową, spacerem i pocałunkiem miłość ta coraz bardziej rosła. Teraz nie potrafię już jej powstrzymać – zachwiał się. Gdyby nie panujący wszędzie mrok, pewnie zakręciłoby mu się w głowie i zemdlałby. Ale nie… nadal kontynuuje. Teraz nadchodzi najważniejsze i najtrudniejsze wyznanie. – Gdybym ci tego nie powiedział, pewnie bym eksplodował, rozsadzony mym uczuciem. Więc mówię – kocham ciebie.
Angelika unosi powoli jego dłoń. Po czym lekko upuszcza ją na jedwab sukni. Upuszcza ją tak, by mógł poczuć teraz dla odmiany ciepło jej łona. Powoli unosi również sukienkę („czerwoną, na cieniutkich ramiączkach i z głębokim dekoltem” – powiedziała mu wcześniej, nie ukrywając rozbawienia, a może nawet satysfakcji) i kładzie jego dłoń między swymi nogami. Pozwala mu sięgnąć głębiej, nie protestując, ani nie przyzwalając na to choćby cichym szeptem, nawet w krainie ślepców czasami słowa nie wystarczą. A kiedy indziej są niepotrzebne.
Dlatego ona milczy. I wzdycha, coraz głośniej. Aż szept jej oddechu urasta do rangi krzyku podniecenia, gdy on czuje na palcach wilgoć, a ona całą swoją uwagę poświęca na odczuwaniu jego palców, zatopionych w spragnionym łonie. Wtedy, niespodziewanie, z urywanym dźwiękiem zniecierpliwienia ona unosi jego dłoń. On czuje, że drży. Obydwoje drżą. Ona z podniecenia. On ze strachu.
Unosi ją ponownie. Po krótkiej chwili wahania Harry czuje pod swymi palcami inny rodzaj jedwabiu. Zdecydowanie piękniejszy i głębszy od jedwabiu jej sukni, bowiem jest to jedwab jej skóry. Angelika, zdejmując wpierw górę stroju, odsłaniając tym samym faktycznie głęboki, a do tego nagi dekolt pięknej dziewiętnastoletniej dziewczyny i pozwoliła mu poczuć całą głębie jej osoby. Poczuł bicie jej serca.
Oto to. Zawsze tacy sami. Jesteśmy już praktycznie dorośli. Zatrzymany w deszczu codzienności, czekając na jej telefon, marnował swój czas na ziemi. I teraz, gdy zaprosiła go na (ironia losu) wspólne oglądanie filmu, znalazł się w niebie. Ona oglądała film. Opowiadając mu całą akcję, wdając się w szczegóły fabuły i charakterystykę postaci. On chłonął jej każde słowo, spijał je niczym nektar pięknego kwiatu, bardziej ich słodką melodię, piękną barwę, niż faktyczny sens. Miło było być razem. A teraz, dla dokładności – miło było być z nią.
Poczuł wilgoć. Najpierw wilgoć jej języka, gdy ssała lekko jego palec, zlizując dokładnie soki. A potem inny rodzaj wilgoci. Ten, jaki dziewiętnastoletnie dziewice takie jak Harry znają najlepiej. Wystraszył się, że ona zauważyła jego wzwód, oraz marne konsekwencje tegoż. Ale za późno poczuł lęk. Ona oczywiście wiedziała o tym nawet zanim on sam zrozumiał, co dzieje się z jego ciałem. Szybko zrozumiała, że raz jeszcze wygrała tą grę. Dla pewnych dziewczyn, nawet najdyskretniejsze uczucia potrafią być grą.
- Dlaczego? – Zapytała niespodziewanie, przerywając krępującą ciszę – Dlaczego mnie kochasz?
- Bo jesteś piękna…
- Przecież ty nie znasz piękna. Nigdy go nie widziałeś i nie zobaczysz. Jestem chętna, a to znacząca różnica. Nie znasz mnie. Jesteś za miły, by sobie na to zasłużyć…
Jak czuł się wtedy? Dokładnie tak, jak czuje się żołnierz walczący nie o miłość, lecz o naród. Żołnierz wyruszający w ostatni wielki marsz, ostatni bój. Żołnierz, jaki spodziewa się najgorszego, spodziewa się śmierci, i jaki pada na ziemię, zanim zobaczy pierwszego wroga. Kona, zabity zabłąkaną kulą. Kona, nie mając przy sobie twarzy nikogo znajomego, nie mając przy sobie żadnej żywej duszy, pieprzonego zdjęcia. Umiera niespodziewanie… a przynajmniej, on tak się poczuł.
Chwycił w rękę laskę. I zaczął szukać drogi do wyjścia. Jak zwykle – nawet w świecie ślepców słowa czasami nie znaczą nic. Albo – mają za małą władzę, by pokonać łzy.
Od tamtej pory jej nie widział. Brzmi głupio, bo przecież wcześniej też jej nigdy nie widział. Ale taka jest prawda – Angelika uciekła z jego życia niczym powietrze uciekające z przebitego balonika imprezowego. Równie szybko i równie bezpowrotnie. Nie dzwoniła, on również nie dzwonił. Nie przychodziła do niego, a on nawet z domu nie wychodził. Przecież nie miał, dokąd iść. Nie miał już nikogo, kogo mógłby odwiedzić. Czekał na znak.
Znakiem okazało się to miejsce. Golden Barrens – takie czarne, pozbawione wszelkiej zieleni, wypalone przez czas, ogień, odór zniszczenia i brak zainteresowania ze strony wszelkich ludzi. Wcześniej to miejsce było odwiedzane tylko przez ciężarówki dowożące nową partię śmieci z miasteczka, jakich nie udało się nigdzie wyrzucić (jeszcze wcześniej, choćby w latach pięćdziesiątych miejsce to było odwiedzane także przez ciężarówki z chemikaliami z fabryki, jaka jeszcze wtedy funkcjonowała i pracowała pełną parą w Golden State), teraz to miejsce odwiedzali tylko pijani nastolatkowie. I on. Harry Stone – dziewiętnastolatek, odizolowany od świata swą ślepotą. Dlaczego? Kiedy pytał lekarzy, odpowiadali, że najprawdopodobniej bez konkretnego powodu. A dokładniej – bez powodu, jaki dałoby się zlikwidować. Genetyka, lub o jeden skręt za dużo wypalony przez mamę i tatę w młodości. Kto to wie? Fakt pozostaje faktem – był ślepy. Kompletnie. I żył w tym mroku przez całe swoje życie – całe pieprzone dziewiętnaście lat!
Za tydzień są jego dwudzieste urodziny. Rodzinka wynajęła domek letniskowy w tej przeklętej mieścinie – bo tanio i w rodzinnym gronie (w Golden State mieszkał wujek Harrego, razem z swą rodziną, Stephen Stanton) – myślą, że po rozstaniu z Angeliką tydzień przerwy wyjdzie Harry’emu na zdrowie. Ale są w błędzie. Rodzice zawsze są w błędzie. Kiedyś obiecywał sobie, że gdy będzie miał dzieci oszczędzi im zbędnego moralizatorstwa i zamiast przekonywać je każdego dnia, że nie pamięta jak to jest, kiedy jest się młodym, zwyczajnie – będzie milczeć. Teraz już wie, że marzenia o domu i rodzinie są niczym. Miłość nie istnieje.
Płacze. Czując żar z dopalającego się papierosa, myśli tylko o tym cóż to za ironia – ostatnie, co zrobi za życia to spali swojego pierwszego papierosa. Poczuje dym, jaki – być może – dziewiętnaście lat temu wypalił mu jego oczy, jeszcze w łonie matki. To bezsensu… ale gdy myślisz o śmierci, nawet najgłupsze myśli przerywające ci kontemplację twego losu, potrafią mieć zabójczo dużo sensu. Co oczywiście nie zmienia faktu, że obrazy, jakie jeszcze przed chwilą przewijały się przed ekranem jego myśli – obraz fascynującej dziewczyny, jaka odeszła bez znaku zapowiedzi powrotu, bez powodu, jedynie sugerując, że to, co ich łączyło było tylko jej sposobem na zabicie nudy – nie mają żadnego sensu, obrazy bez znaczenia, bez ładu i składu, skserowanie na bieli stron literackiej fikcji bez polotu i stylu.
Rzucił peta w popiół i brud Barrens. Musi się przecież śpieszyć. Pół godziny temu uciekł swej matce i ojcu. Wyszli na chwilę do restauracji, aby zrobić małe zakupy. To ich pierwszy dzień w mieście. Najpierw chcieli się zaopatrzyć w kilka artykułów, zjeść coś (obiad mieli przynieść Harry’emu do pokoju, bowiem on sam nie lubi wizyt w restauracji – czasami, coś czego nie widzisz, nadal jest wyczuwalne – spojrzenia ludzi i ich teatralny szept należą do tych rzeczy), a potem mieli przejechać się po mieście by ostatecznie trafić do domu wujka przy w bogatszej dzielnicy miasteczka na Asperger Street.
Słyszał dźwięk wody. Słyszał go, gdy parkowali samochód przed Snake Ayes Inn. Nie powiedzieli ani słowa. Ale on wiedział, że muszą być przy tym podupadającym hoteliku, na jaki narzekali tak bardzo, kiedy odwiedzali wujka Stephena ostatnim razem. Był pewien, że właśnie stają na parkingu, obok jakiego jest barierka, za jaką znajdzie już tylko największe śmietnisko w okolicy – Golden Barrens. A dalej jest już tylko rwące o tej wczesno letniej porze Golden Stream. Tak blisko swego przeznaczenia.
Nie myśląc wiele, uciekł jak tylko opuścili pokój. Najpierw wybiegł z pokoju, nie zapominając o odszukaniu w plecaku ojca paczki papierosów i zapalniczki, wybiegł na zewnątrz i odnalazł ogrodzenie. Przerzucił przez nie swoją laskę (prezent od wujka Stephena, metalową rączkę ma uformowaną na kształt kwiatu czerwonej róży), po czym wspiął się na nią i – dziękując Bogu za to, że u góry krat nie było żadnych kolczastych łańcuchów – przeskoczył niezgrabnie, lecz pewnie na drugą stronę. Przez chwile wahał się, na krawędzi ogrodzenia, czy skakać – przecież mógłby upaść na ostre przedmioty i się pokaleczyć. Ale kiedy przypomniał sobie, co zamierza zrobić, stwierdził, że stan, w jakim to uczyni nie ma znaczenia. I skoczył.
Lądowanie, choć twarde, skończyło się bez jego szkody. Odnalazł szybko laskę, z wyuczoną wprawą ślepca, jaki gubił swój jedyny łącznik z światem zewnętrznym już tak wiele razy, że teraz odnajduje go bez większego starania. I pobiegł… pobiegł ku krawędzi. A kiedy odnalazł ją – o czym upewnił go głośny szum wody – przysiadł niedaleko. I zapalił papierosa. Ostatni raz otworzył w swych myślach to wszystko, co powiedział Angelice – pięknej dziewczynie z sąsiedztwa, jaka przez ostatnie dwa miesiące była zatrudniona przez jego rodziców do opieki nad nim. Przypomniał sobie wszystkie ich długie rozmowy. Wszystkie obietnice i postanowienia. Przypomniał sobie jej słodki głos, gdy zaprosiła go na „oglądanie” filmu – lovestorry (tak przynajmniej obiecywała – ostatecznie trafiła mu się największa zapowiedź przyszłych wydarzeń – dramat). I przypomniał sobie te wszystkie piękne rzeczy, jakie wtedy razem zrobili. Oraz jej słowa. Jakie sprawiły mu tak wielki ból.
Kto sądzi, że duma nie zabija – pomyślał wstając powoli, z wrodzoną ostrożnością z kamiennej płyty – ten jest w błędzie. Rzucił laskę gdzieś w dal. Już jej nie będę potrzebował, a nie chciał by jego mały skarb się porysował, bądź złamał (kto wie, może rodzice zechcą zachować po nim tą pamiątkę… choć równie dobrze nikt może jej nie znaleźć i pozostanie pochowana na tym cmentarzu na wieki wieków amen). I ruszył w dalszą drogę.
Dokładnie tak jak w jej filmie. Ktoś musi umrzeć by druga osoba mogła poznać smak życia. On smak życia już poznał. Żyjąc w mroku, zasmakował słodyczy, zasmakował blasku bliskości drugiego człowieka. Zauważył jej piękno, zanim ona sama w nie uwierzyła. Oczywiście, znała koniec tej historii. Wiedziała, że weźmie od niego tak dużo jak on sam będzie chciał dać, po czym zostawi go niczym zabawkę, jaka jej już znudziła się, niczym zabawkę, jaką w rzeczywistości dla niej był. Wiedziała to doskonale. Ale nawet się nie domyślała, że niektóre lovestorry biorą swój początek w rzeczywistości.
Wszystko zatacza krąg. On musi odejść.
Czy robi to z miłości? Kurwa, nie! Nie oszukujmy się – jeszcze nikt nie był tak samolubny, by umrzeć z miłości. Dla miłości nie odbiera się życia, ani życia nie traci się. Dla miłości można tylko żyć – by nie przestawać kochać. I to oczywiście też jest samolubne. Ale przy tym piękne.
On chciał umrzeć. Po prostu – chciał. Po dziewiętnastu latach mroku poznał smak blasku. I teraz, gdy go na nowo utracił, nie ma już żadnego powodu by żyć. Ból po utracie czegoś, znaczy, że ta rzecz była warta posiadania. Ale co zrobić, gdy jest niemożliwa do odzyskania? On nie wiedział. Prawdę mówiąc – nie zależało mu na tej wiedzy. Nigdy nie był kimś silnym. A raczej spokojnym. To właśnie za maską swego wyuczonego spokoju zwykł ukrywać prawdziwy smutek i permanentne załamanie nerwowe. Był na samym dnie, myśląc każdego dnia o zakończeniu swych cierpień umysłowych i fizycznych, gdy spotkał Angelikę. Jednak – dopiero uniesienie na wyżyny szczęścia, pozwoliło mu upaść z siłą potrzebną by faktycznie odebrać sobie życie.
Kiedy robi się trudno, czasami łatwiej uciec od problemów. On nigdy jeszcze wcześniej nie uciekał, choć miał powody by umrzeć, nie miał dostatecznie dużo odwagi. Zawsze miał w sobie tą odrobinę wiary w ludzi, wiary w Boga i wiary w samego siebie. Zawsze wierzył, że jednak – pomimo swej ślepoty i kompletnej bezużyteczności dla świata – może być szczęśliwy. I teraz, gdy w końcu osiągnął szczęście, tylko po to by od razu je utracić, postanowił uciec od swych problemów. Brak celu w życiu, jakichkolwiek hamulców, dodaje odwagi.
Jeden krok. Drugi krok. Wdech. I wydech. Kiedy usuniesz z swej drogi wszelkie wątpliwości – fałszywe uczucie bycia własnością swych rodziców i tego świata, wszelkie konsekwencje i strach – podjęcie nawet najtrudniejszej decyzji staje się dziecinnie proste. I kiedy już wszystko jest tak proste, jedyne wybory, jakich musisz dalej dokonywać ograniczają się tylko do tego czy iść dalej. Czy przestać oddychać.
Idzie. Oddycha. Czuje chłód. Wiatr. Słyszy szum wody. Między palcami przemykają suche gałązki porastających to miejsce pnączy. Pod stopami czuje nierówność powierzchni (niemalże słyszy jak kawałki szkła – lub kości małych zwierzątek, jakie, z własnej głupoty, zapuścili się tutaj w poszukiwaniu pożywienia – pękają pod jego stopami). Jakaś zabłąkana gałąź przecina jego policzek. Krew napływa do ust – jej smak również czuje po raz pierwszy w życiu. To dobry smak. Sprawia, że wiesz, że żyjesz. Nie wystarczy to jednak teraz, gdy jest już tak blisko. Teraz nie zamierza się cofać.
Idzie. Oddycha. Aż w pewnej chwili nie może już iść. Ziemia ucieka stopom. Oddech zamiera w płucach, pozwalając na narodziny jedynie krótkiego, teatralnie wręcz urwanego krzyku. Przez chwile jest znowu szczęśliwy. Przez chwilę jest szczęśliwy tak jak jeszcze nigdy w życiu – szczęśliwy, bowiem zawsze poznajemy prawdziwy smak szczęścia dopiero w obliczu śmierci. Harry jest szczęśliwy niczym człowiek, jaki lata. Bowiem spadanie jest w rzeczywistości lataniem, lecz w określonym i zawsze takim samym kierunku.
Samolot wystartował. Miejsce lądowania – Golden Stream. Proszę zapiąć pasy. Lecimy liniami Grawitacja – pomyślał z rozbawieniem.
A potem nie myślał już o niczym.
Leżał czekając na śmierć. Ale ta nie przychodziła. Miną dwa dni nim znajdą jego bliskie śmierci ciało, przewiozą go do szpitala w Marigold City (nowa placówka tego rodzaju nadal w ostatniej fazie budowy) i tam pozwolą mu umrzeć w wielkich bólach, jakich nawet największa dawka Nowokainy nie jest w stanie zabić.
Trucizna/lek zostanie wtłoczona w żyły. Świadomość na chwile powróci. To będzie niczym latanie. To będzie niczym narodziny. Bowiem umieranie odczuwa się dokładnie tak samo jak narodziny. Tylko – na odwrót.
OD AUTORA:
Skończyłem. Jest dokładnie 2005-04-16. To ważny dzień. Dzień kiedy, wreszcie napisałem coś, co można nazwać mianem opowiadania. Wcześniej, odkąd jestem naczelnym kącika, pisałem tylko recenzje i arty. Napisałem tylko dwa teksty, obydwa tak krótkie, że wolałbym nie nazywać ich opowiadaniami. Tworzyłem też z Winixem „Braterstwo Popiołu”, ukończyłem „Ludzi słońca” i pisałem kilka innych tekstów. Ale to będzie pierwsze prawdziwe opowiadanie, jakie napisałem od początku do końca w ciągu ostatnich pieprzonych ośmiu miesięcy.
Szkoda tylko, że jest tak przeciętne… i tak prawdziwe.
Mam nadzieję, że dziewczyna, jaka swojego czasu z tak dużą przyjemnością czytała moje opowiadania, teraz, po lekturze tego, mnie nie znienawidzi. Nawet, jeśli pisząc „Na odwrót” korzystałem z jakiś własnych przeżyć z ostatnich dni… nawet wtedy ten tekst jest tylko moim sposobem na zabicie określonych uczuć, w tym kolejnej niespełnionej miłości, jaką z powodzeniem mogę nazwać kompletnym oślepieniem. Nie miej mi tego za złe. To nie jest próba ataku Twojej osoby (przecież aniołów nie da się zranić, sama mnie tego nauczyłaś). To jedynie sposób odreagowania, nie ukrywam – pomocy. I zwalczenia braku chęci do życia. Co najważniejsze – ten sposób działa!
PS Właśnie, w kilka długich miesięcy po napisaniu tego opowiadania, zdałem sobie sprawę z jednego prostego faktu – że spełnia ono podobną funkcję, co tekst „Syć mnie a będę żyć, napój mnie a umrę”. Tamto opowiadanie miało za zadanie przedstawić bohatera Deana, jaki jeszcze pojawi się, w co najmniej jednym opowiadaniu z zbioru Golden State. A to przedstawia pewne bardzo ważne i jednocześnie niezmiernie magiczne miejsce Golden Barrens… jakie jeszcze na pewno wykorzystam do mojej powieści, jaką zamierzam napisać za kilka długich lat (w powieści tej znajdzie się także laska Harrego, ale to już inny szczegół). Będzie się ona zwać „Chwila między dniem a nocą” (taki jest przynajmniej roboczy tytuł). I mam nadzieję, że będziecie mieli okazje przeczytać kiedyś tą historię, najlepiej na papierze ;).
Dobra, kończę już, bo znowu posłowie będzie dłuższe od opowiadania ;).
Seth [prizefighter@op.pl]
|