|
Wspomnieniom września ‘03
Wrocław nie zna takiego dnia, jak niedziela. Tutaj się go nie przeżywa. Każda godzina ulatuje, jednostajnie powtarzając: „Tik-tak, tik-tak” - monotonną modlitwę do zbliżającej się nocy. Nie ma tutaj szału cerkiewnego, dzwony w kościołach dzwonią dziwnie cicho. Mieszkańcy nigdy nie widzieli na oczy synagogi.
W niedzielę każda ulica jest pusta, całe miasto istnieje jakby we śnie. Nikt nie świętuje - era witania nadchodzącego nowego tygodnia wódką minęła dawno temu. Ostatnie żywe jeszcze relikty tamtych czasów ledwo się ruszają.
Wyspiarskie serce Wrocławia znało paru takich. Żyli w domach, bądź na powietrzu – zależnie od dnia, pogody i pieniędzy. Zawsze eleganccy, poubierani w swoje ostatnie czyste garnitury, witali przechodniów ukłonami i zawsze identycznym dobrym słowem. Nawet wtedy, gdy prosili o drobną pożyczkę – byli do bólu szczerzy. Zawsze zaczynali rozmowę z przypadkowymi przechodniami, zawsze trochę opowiadali o sobie, zawsze pytali o innych. To byli ludzie dawnych czasów, nie zarażeni klątwą braku niedziel.
Jednego z nich nazywano „Czarny”, od kruczych włosów, które niegdyś podcinał u fryzjera nieopodal Paulińskiej. Nie wiadomo jak z brudnej dzielnicy trafił na jedną z tych bardziej zadbanych, nie wiadomo kogo znał kiedyś i kto znał jego, nie wiadomo było też dlaczego w ogóle pił. Zdawało się, że on sam nie wiedział nic z tych rzeczy. Oczy jednak miał smutne i mądre, stłamszone delikatnie mgiełką alkoholu, lecz wciąż do bólu szczere.
Szedł spokojnym krokiem po ulicy Dembowskiego. Jednej z najzieleńszych w nieformalnym-wyspiarskim sercu miasta. Zieleń drzew przebijająca się nawet przez zapadający powoli zmierzch zawsze dziwiła tych, którzy spacerowali tędy po raz pierwszy. Jego nie dziwiło już nic w tych okolicach. Każdy dzień wyglądał tu tak samo, ci sami ludzie kupowali takie same bochenki chleba w tych samych sklepach – wszystko było równie monotonne, co odgłos jego butów uderzających o ulicę. Godzina była może dziewiętnasta, ściemniało się szybko bo nieproszona niedziela starała się jak najszybciej opuścić znienawidzony Wrocław.
Rodowici mieszkańcy Wielkiej Wyspy zdążyli się przyzwyczaić do wciąż obcego im człowieka. On, mimo że z otwartym na wszystkich sercem, chyba na zawsze pozostał dla nich tylko widmem. Pijakiem, którego nie należy szanować z powodu słabości do alkoholu. Trudno się dziwić, skoro żył z tego, co jakimś cudem udało mu się oszczędzić, zarobić na sprzedaży butelek, bądź wyżebrać. Tacy jak on budzili pogardę wśród ludzi nowoczesnych, goniących za pieniądzem.
Często zagadywał młodych, pytając o co w tym całym dzisiejszym świecie w ogóle chodzi. Zawsze odpowiadali:
- Widzisz pan, tam jest mój dom. Ja na niego pracowałem, tymi rękoma, tymi dłońmi, o widzi pan? Jak bym nie pracował, to bym go nie miał. Nic bym nie miał!
- A nawet kobiety byś pan nie miał? Obrączkę widzę, pewnie szczęśliwy pan jesteś z żonką pod jednym dachem, w ciepłym mieszkaniu, co?
- Bez pieniądza nic bym nie miał. Takie czasy nastały, proszę pana.
I rozmowa się urywała. Nigdy nie mógł zrozumieć tego, że ludzie chcieli mieć, zamiast przeżywać to, czego nie mają, bądź cieszyć się tym, co już osiągnęli. Ale wspominał wtedy, że przynajmniej kobiety za jego czasów niczym się nie różniły od tych dzisiejszych. I wtedy zawsze się śmiał. Tak szczerze, jak nikt już w tych czasach nie potrafi.
Czarny zawsze podziwiał monotonię, w jaką wpada się idąc przez Dembowskiego. Ta ulica zdawała się ciągnąć w nieskończoność, cały czas wszak wyglądała tak samo. Wszędzie te same drzewa, krzaki, trawniki - i tylko niebieskie tabliczki z nazwami poszczególnych ulic naprzeciwko nich pozwalały zorientować gdzie się w ogóle jest.
- Raz, dwa, trzy, no! – Beztrosko liczył po kolei uliczki, odmierzając do Kasprzaka, w którą skręcił. I jeżeli Dembowskiego można było porównać do stonogi rozciągniętej wzdłuż – to Kasprzaka było jedną z jej nóżek. Znał je wszystkie na pamięć, wiedział która gdzie prowadzi, znał numery bram i domów – jakby mieszkał tutaj od setek lat. W istocie czuł się, jakby żył w tym miejscu już tyle. W tych okolicach czas płynął niespotykanie wolno.
Jak codziennie ukłonił się kobiecie obserwującej leniwe życie ludzi z okna po stronie ulicy, z której wchodziło się na Kasprzaka. Nigdy z nią nie rozmawiał, ale obydwoje rozumieli się jakby bez słów. Zdawało się czasem słyszeć ich spokojny dialog.
Kasprzaka, jak każdą inną ulicę w tych rejonach rozdzielały dwa krawężniki. Lewa strona była dziwnie smętna, domy na niej stały jednolicie a mieszkańcy zdawali się być w jakiś dziwny sposób zaprogramowani. Gdy zapalano światło w oknie piątym, zapalano też w którymś innym, gdy gasły dwa – siódme i dziesiąte od prawej – gasły razem z nimi cztery inne. Zabawa, czy przypadek, Bóg jeden wie.
Po prawej było znacznie żywiej. Ktoś dbał o ogródki, ktoś wieszał rolety na oknach. Ktoś miał tapety na ścianach – które z ulicy było bez problemu widać, wszak cała kamienica była bardzo niska.
Czarny usiadł na krawężniku po lewej, naprzeciw jednej z bram. Siedział wpatrzony w okno – i każdy, kto przechodził obok, pomijał jego dziwne zachowanie milczeniem. Nieliczni zagadywali, pytając co robi. Odpowiadał zawsze:
- Ech, wie pan... To tak już jest, że gdy całe życie sypia się z wódką, zaczyna się tęsknić za kobietą. Pan na pewno wie, jak to jest kochać, widzę srebro na dłoni, ale na pewno nie wie pan, jak to jest budzić się w nocy ze świadomością, że całe pańskie życie po prostu zniknie, jak każda kropla alkoholu wylana na ziemię.
- Ależ proszę pana, dlaczego jest pan tak smutny? Każdy otrzymał od Boga jakąś rolę na tym świecie, może coś jeszcze się odmieni? Nigdy nie można przestawać wierzyć w jutro!
- W „jutro”, jak to pań określa, przestałem wierzyć trzydzieści lat temu, gdy dni liczyłem czasem spędzonym w deliriach. Wie pan, „jutro” brzmi pięknie, ale tylko w wypadku, gdy istnieje jakieś teraz. Dla mnie nie ma teraz i nie ma wtedy.
- A tak właściwie to dlaczego pan tutaj siedzi?
- Bo zamiast zasypiać z wódką w ustach, wolę patrzeć przez to okno, w którym jeszcze teraz zobaczy pan tą małą, piękną osóbkę i łudzić się, że kiedyś dane mi będzie ją przytulić. Tutaj, czy w niebie... Co za różnica, dla kogoś takiego jak ja?
Rozmowa kończyła się w tym miejscu – każdy przecież bardzo się spieszył do domu. Kroki odchodzących, monotonne jak wszystko inne nikły w coraz gęstszych ciemnościach. Cała dzielnica zdawała się kurczyć i obejmować tego, kto śni na jawie siedząc z butelką w ręku na ulicy. Śni na jawie..
Ale on wiedział, że to była niedziela. I wiedział też, że dla niego każdy dzień był taką samą niedzielą. Pustym, zamkniętym w dwudziestu czterech godzinach dniem, którego nie było.
K.K. [badtrip@o2.pl]
|