spis treści | poprzednia strona | następna strona
32 Wieczorne opowieści

1

Artur Domagała wszedł do pogrążonego w mroku parku i skierował się w stronę jednej z ławek, przy której majaczyły cztery inne postacie. Dzisiejsza noc nie należała do grona tych ciemnych i chłodnych, a wręcz przeciwnie. Było ciepło i ludzie z satysfakcją wychodzili na dwór, żeby poczuć zapach zbliżającego się lata. Prawie każdy (łącznie z chłopakiem) miał na sobie koszulkę z krótkim rękawem i krótkie spodenki. Wieczorny mrok rozjaśniał księżyc w nowiu, gwiazdy oraz poustawiane na skrajach dróg latarnie.
Chłopak szedł spokojnym krokiem mijając puste ławki, fontanny oraz zgarbione drzewa liściaste. W blasku latarni wyglądał posępnie i odnosiło się wrażenie, że nie należy on do osób, z którymi miło się rozmawia. Głowę pokrywały mu postawione na żel ciemne włosy, rzucające plątaninie cieni na twarz. Głęboko osadzone, brązowe oczy spoglądały na świat dookoła nie wyrażając przy tym żadnych emocji. Cała twarz wydawała się być za bardzo kanciasta, jakby rzeźbiarz rozmyślił się w trakcie pracy i odłożył dłuto na bok. Usta miał ciągle rozchylone, a w ich kąciku prawie zawsze można było dojrzeć kropelki śliny. Garbił się, przez co wydawał się niższy niż w rzeczywistości.
Zbliżył się do grupy czterech nastolatków, którzy okupowali ławkę. Gdy go zobaczyli od razu zrobiła się wrzawa.
- Siemasz Artur! – krzyknął najniższy chłopak w grupie. – I jak załatwiłaś towar? Czy znowu nawaliłeś.
- Stul pysk, Grzechu – odparował. – Bardzo dobrze wiesz, że ja nigdy nie zawodzę. Zaraz wszystko dostaniecie, ale najpierw wyskakiwać z kasy.
Pośród czterech chłopaków przebiegł jęk niezadowolenia. Każdy sięgnął do kieszeni, wyciągnął mały zawiniątek pieniędzy i podał go Arturowi. Domagała przeliczył i schował plik banknotów do prawej kieszeni. Z lewej wyciągnął kilka woreczków. Jedne w środku były wypełnione białym proszkiem, a pozostałe czymś zielonym, co nie bardzo dało się zidentyfikować w półmroku parku.
Rozdał wszystkim woreczki, zostawiając sobie jeden z białym proszkiem. Grzesiek otworzył dwa zawiniątka i powąchał.
- Kurwa, chłopie, towar pierwsza klasa – powiedział. – Szykuje się ostra jazda. Szkoda tylko, że kasy mało.
- Pieniądze to nie problem – odpowiedział chłopak z kapturem na głowie. – Zawsze możemy wyjebać kogoś na telefon.
Artur spojrzał na niego i potwierdził.
- Jaras ma racje. Kto się piszę na małą akcję przed imprezą?
Kolejno Grzesiek, Donald i Kacper zgodzili się z nimi. Pieniądze były im potrzebne. Sam towar to nie wszystko.
Cała piątka pogrążyła się w rozmowie. Wszyscy pochowali woreczki do kieszeni, skąd wyciągną je później. Czekali na jakiegoś człowieka, którego dzisiejszej nocy pozbawia telefonu. Robili to już dziesiątki razy wcześniej i wszystko zawsze szło gładko, a co najważniejsze nigdy ich nie złapano.

Od drugiej strony do parku wszedł dziewiętnastoletni chłopak. Jego krok nie był spokojny, a każdy ruch wyrażał podenerwowanie. Nie czuł się dobrze na tym terenie. Wiedział, że w nocy prawie nikt nie jest tu bezpieczny. Niestety dzisiaj nie miał wyboru i musiał przejść przez park, żeby szybciej wrócić do domu. Już i tak był spóźniony.
Dzisiejszej nocy jechał z ojcem do rodziny w góry. Mieli wyjechać o dwunastej, ale chłopak zasiedział się u swojej dziewczyny i dopiero telefon rodzica uświadomił go, że powinien być od trzydziestu minut w domu.
Przyśpieszył kroku jeszcze bardziej i dysząc kierował się w stronę wyjścia. Patrzył pod nogi i nie zauważył, że sto metrów przed nim przy ławce stoi pięciu chłopaków, którzy przyglądają mu się uważnie.
W ciągu minuty zrównał się z nimi. W jednym momencie wszyscy go otoczyli, a on zdezorientowany przystanął rozglądając się nerwowo na boki. Serce biło mu szybko ze strachu.
- Wyskakuj z telefonu, pedale! – krzyknął mu do ucha Artur.
Lęk odebrał chłopakowi mowę. Chciał im powiedzieć, żeby się odpierdolili, ale nie był w stanie. Wiedział, że ciężko będzie uciec, tym bardziej, że prawie każdy był większy od niego.
- Słyszałeś, kurwa! Wyskakuj z telefonu!
- Nie mam – wybełkotał w końcu.
- Nie masz? Na pewno? Donald, Jaras trzymajcie go! Sprawdzimy, czy nasz słodki chłopczyk mówi prawdę. Jeśli znajdę u ciebie komórkę masz wpierdol i wierz mi, nic ci wtedy nie pomorze.
Dwóch nastolatków pochwyciło bezbronnego, a ten stojący przed nim włożył mu rękę do prawej kieszeni dżinsów. Zaraz wyciągnął ją z powrotem i powtórzył czynność, ale z drugiej strony. Pomacał trochę i wyczuł obły kształt telefonu. Złapał go i wydobył na zewnątrz.
- Powiedz mi, kurwa, co to jest? – rzekł Artur wymachując chłopakowi przed nosem. – Telefon, prawda. Pogrywasz sobie ze mną, pedale – skierował wzrok na Donalda i dodał. – Trzymaj go mocno. Jaras ty też. Zaraz mu pokaże, że z nami nie ma żartów.
- Weź ten telefon. Jest twój, tylko dajcie mi odejść. Śpieszę się, proszę – wyłkał chłopak.
- Za późno, palancie – odpowiedział.
Grzesiek i Kacper stali teraz z boku przyglądając się, a Jaras i Donald wzmocnili uścisk. Artur uderzył nastolatka z pięści w brzuch. Trafił w żołądek i chłopak stracił oddech. Chciał zgiąć się w pół, ale oprawcy nie pozwolili mu na to. W przypływie odwagi próbował się wyszarpnąć, ale był za słaby dla nich.
Serce waliło mu jak oszalałe. Wszystkie myśli krzyczały w przypływie paniki. Żałował, że przez pośpiech wybrał taką drogę do domu. Stracił telefon, ale to było nieistotne. Patrząc na człowieka przed sobą wiedział, że za chwilę straci coś znacznie więcej.
Artur uderzył ponownie, tym razem trafiając w śledzionę. Chłopak jęknął i przymknął oczy. Bolało jak cholera. Cierpienie nie zdążyło minąć, kiedy napastnik wyprowadził następny cios, a zaraz po nim jeszcze jeden. W kącikach oczu pojawiły mu się łzy, a każdemu uderzeniu towarzyszył niemy krzyk.
Oprawca dyszał ciężko, ale był zadowolony. Zdobyli telefon, który teraz bezpieczny spoczywał w jego kieszeni, a na dodatek ma okazję, żeby się wyżyć. Na razie nie czuł litości. Wychowany przez alkoholików był bardziej podobny do zwierzęcia, niż do normalnego człowieka. Poniżanie przez rodziców rozwinęło w nim same złe cechy i nieświadomy stał się gorszy od nich. Zacisnął mocniej pięść i uderzył chłopaka w twarz.
Nos eksplodował od ciosu. Popłynęła krew, a z oczu niepohamowanym strumieniem łzy. Ból był straszny, ale przyćmiewała go chęć ucieczki. Ofiara szarpnęła się i nic. Napastnicy nawet nie drgnęli. Jeszcze raz. Znowu nic.
Grzesiek z Kacprem, widząc co się dzieje, dostąpili do Artura i zaczęli również okładać bezbronnego. Uderzali raz w brzuch, raz w twarz. Czasami jeden z ciosów docierał do krocza nastolatka, ukazując mu apogeum bólu.
W końcu Donald z Jarasem puścili go i bezwładny opadł na ziemię. Krwawił z nosa. Obydwie wargi miał doszczętnie rozbite. Poobijany brzuch promieniował bólem. Chłopakowi wydawało się, że z krocza także krwawi. Już nie pragnął uciekać. Chciał tylko, żeby zostawili go w spokoju. Przecież nic im nie zrobił do cholery!
Próbował się unieść, ale celnie wymierzony kopniak w żebra odebrał mu siły. Po pierwszy kopnięciu posypały się następne. O dziwo ból robił się słabszy, jakby ciosy były delikatne. Nastolatek leżał tylko, nie osłaniając się. Czekał na koniec tego przedstawienia, bo tylko to mu pozostało.
Po wydawałoby się wiekach napastnicy przestali kopać. Wszyscy dyszeli, ale odczuwali dziwną satysfakcję, która niedługo minie zastąpiona przez wyrzuty sumienia. Każdy spoglądał na ciało chłopaka, które poruszało się nieznacznie.
Oddychał płytko. Krwawił prawie z każdego miejsca na swoim ciele. Dawno przekroczył granice odczuwanego cierpienia, a jego umysł nie potrafił przyjąć do wiadomości faktu, że już po wszystkim.
- Dobra, zostawmy to ścierwo – powiedział Grzesiek. – Zmęczyłem się jak skurwysyn. Pora odpocząć.
Wszyscy oprócz Artura przytaknęli i powoli odsuwali się od leżącego.
- Pokazać wam coś fajnego? – spytał Artur.
Nie czekając na odpowiedź wspiął się na oparcie ławki i skoczył półtora metra do przodu na leżącego nastolatka. Opadł na niego butami. W powietrzu dało się słyszeć odgłos łamanych żeber. Z ust leżącego trysnęła struga krwi. Otworzył oczy, z których łzy płynęły tak samo gęsto jak krew z nosa. Jego świadomość była na samym progu ciemności, ale umysł ostatkiem sił bronił się przed przejściem na drugą stronę. Chciał krzyknąć, ale zamiast słów z pomiędzy warg wydobyły się tylko bąble śliny wymieszane z krwią. W tej samej chwili Artur skoczył po raz drugi.
Znowu trafił w klatkę piersiową. Prawie wszystkie żebra powbijały się w płuca. Jedno zadrasnęło serce, ale go nie przebiło. Ból powrócił, napinając całe ciało do granic wytrzymałości. Chłopak pragnął wyć, krzyczeć do zdarcia krtani, żeby na chwilę zapomnieć o cierpieniu. Nie mógł się ruszać, ponieważ wtedy klatkę piersiową wypełniał mu żar nie do ugaszenia.
Domagała wspinał się ponownie na oparcie ławki, kiedy Donald z Grześkiem złapali go w pasie i ściągnęli na dół. Byli przerażeni tym, co zrobił Artur.
- Jemu już wystarczy. Chcesz go zabić, kurwa? Pojebało cię! – krzyknął z tyłu Jaras.
- Dobra, spokojnie. Już skończyłem. Spierdalajmy stąd, zanim ktoś nas zauważy – odparł Domagała i ruszył w kierunku wyjścia z parku.
Reszta chłopaków poszła niechętnie za nim. Ich poprzedni dobry humor znikł. Teraz stali się zasępieni i małomówni. Po kilkudziesięciu sekundach znaleźli się przy wyjściu i nie rozmawiając ze sobą skręcili w prawo. Udali się w stronę jednego z miejskich klubów. Przed dotarciem do niego pozbędą się telefonu, a po zażyciu towaru zapomną o zmaltretowanym chłopaku, którego zostawili samego w parku.

Nastolatek umierał, kiedy znalazła go starsza kobieta. Podbiegła do niego z zastygłym przerażeniem na twarzy – obok jej nogi pałętał się mały kundelek. Mówiła do chłopaka, ale ten tylko jęczał z bólu. Jego postać już nie przypominała człowieka. Klatka piersiowa była zapadnięta, a koszulka pokryła się czerwienią. Wcześniej przystojna twarz zmieniła się w prawie bezkształtną masę, w której tylko oczy zachowały dawny wyraz – kobieta nie mogła w nie patrzeć, ponieważ wydawały się jej przepełnione smutkiem.
Po krótkich oględzinach ruszyła z miejsca i pobiegła ze skomlącym psem do pobliskiego automatu telefonicznego. Wyciągnęła kilka drobnych ze zgniłozielonych spodni i wrzuciła je do otworu na monety. Wezwała pogotowie.
Karetka przyjechała w ciągu dziesięciu minut. Sanitariusze ułożyli chłopaka na noszach, a później na stole w samochodzie. Zatrzasnęli drzwi i wyrwali z piskiem do pobliskiego szpitala, pomimo świadomości, że jest już za późno.
Byli wstrząśnięci widokiem takich obrażeń. Chłopak jeszcze żył, ale jego chwile były policzone. Sanitariusze po raz pierwszy słyszeli, jak ktoś błaga o śmierć. Głos nastolatka był ledwo słyszalny, ale wyraźny. Prosił oto, żeby go zabili. Cierpiał i pragnął odejść, a oni go rozumieli, lecz nie mogli mu w tym pomóc.
Po trzecim powtórzeniu zrobił ostatni oddech, zamknął oczy i wypuścił powietrze z sykiem. Słowa nie chciały płynąć. Zamiast tego na jego ustach znowu zrobił się bąbel śliny wymieszany z krwią. Gdy pęk chłopak stracił kontakt z otaczającym go światem. Przeszedł na drugą stronę pozbawiony życia z błahego powodu.
Wyzionął ducha i nareszcie był wolny, a co najważniejsze nie czuł bólu. Jego ostatnią myślą był żal z powodu ojca, który teraz zostanie całkowicie sam. Smutek jednak szybko minął i zmienił się w cudowne uczucie wznoszenia się.

2

Noc była chłodna i wyjątkowo ciemna. Podmuchy wiatru unosiły opadłe z drzew liście wymieszane z papierkami, które szurały o powierzchnię chodników i asfaltu; dźwięk niósł się między pozbawionymi prądu ulicami. Na dworze nie widać było żadnego człowieka, ponieważ widmo zbliżającego się deszczu oraz późna pora odstraszały wszystkich. Na niebie nie świecił księżyc, a gwiazdy skryły się za chmurami, jakby im także przeszkadzało doskwierające zimno.
Na obrzeżach miasta, niedaleko najbardziej wysuniętej na północ drogi, stał samotny dom oddalony dwieście metrów od cmentarza. Na tle pustej łąki wyglądał jak opuszczona warownia z czasów średniowiecza – wrażenie urealniały jego olbrzymie kształty.
Cześć mieszkalna budynku miała wygląd dużego, betonowego kwadratu, któremu powstawiano okna, drzwi i otoczono go płotem. Na dole mieściły się dwa pokoje i łazienka, a na górze kolejne trzy pomieszczenia razem z kuchnią i drugą toaletą. Budowla nie byłaby tak wielka, gdyby nie przylegająca do niej prostokątna hala produkcyjna. W ciągu dnia w środku wrzało od nadmiaru pracy przy wyrobie zniczy – można je było kupić w sklepie dobudowanym do hali.
Od frontu ciągnęła się żużlowa droga na cmentarz. Na jego terenie drzewa tańczyły do taktu wygrywanego przez wiatr, a pojedyncze znicze wznosiły swoje światełko do zachmurzonego nieba.

W środku panowała cisza przerwana tylko podmuchami wiatru z zewnątrz, oddechem próbującego zasnąć człowieka i kapaniem niedokręconego kranu.
Leżał w pokoju na dole, zaraz blisko schodów do góry oraz przy korytarzu prowadzącym do wyjścia na dwór i na hale. Pomieszczenie nie należało do wielkich, ale wydawało się przestronne, a co najważniejsze ciepłe. Prawie połowę przestrzeni zajmowało łóżko, przy którym – odwrócone do okna – stało biurko z komputerem. Nad oknem wisiała półka z czternastko calowym telewizorem.
Chłopak leżał na plecach. Nie przykrył się kołdrą, ale nie odczuwał zimna, ponieważ miał na sobie dżinsy oraz gruba bluzę. Z całych sił starał się zasnąć, ale nie mógł. Pierwsza noc w obcym domu zawsze mijała mu na długich, bezsennych godzinach. Z niewyjaśnionych przyczyn ani razu nie udało mu się spać spokojnie w innym miejscu niż własny pokój.
Trochę za bardzo kanciasta twarz chłopaka była prawie całkowicie niewidoczna. Przez okna nie docierało żadne światło, ponieważ najbliższa latarnia mieściła się ponad dwieście metrów dalej od domu – z braku prądu dzisiejszej nocy i tak na niewiele by się zdała
Każdy jego wydech odbijał się równo od ścian, a najdelikatniejsze poruszenie w łóżku powodowało koncert skrzypnięć. Długie nogi wyciągnął prawie do dolnej granicy łóżka, ręce trzymał na poduszce pod głową, a otwarte oczy kierował w sufit. Pomimo tego, że oddech miał spokojny, to serce galopowało mu w piersi na złamanie karku.
Z niewiadomych przyczyn chłopak się bał. Myślał o tym od chwili, gdy położył się do łóżka, a na dworze i w domu zapanował mrok. Został jedyny w wielkim budynku niedaleko cmentarza i ta sytuacja wyjątkowo go niepokoiła.
Marzył tylko o tym, żeby znaleźć się w swoim pokoju. Nie obchodziło go to, że w domu rodzice na pewno znowu piją, a ich imprezowanie zmieni się w kakofonie krzyków i uderzeń. Był już do tego przyzwyczajony i bezproblemowo potrafił zasnąć przy ich wrzaskach.
Dzisiaj był zobowiązany jednak do tego, żeby spędzić noc w tym pustym budynku, który na dodatek sąsiaduje z cmentarzem. Jedyny powód do radości to taki, że przynajmniej za bezsenną noc dostanie pieniądze. Śmiać mu się chciało na same wspomnienie powodu, przez który tutaj trafił.
Jeden z kumpli chłopaka wyjechał z całą rodziną nad morze i wracają jutro rano. Matka znajomego stwierdziła, że ktoś musi pilnować ich domu i sprzedawać w sklepie. Wybrali jego, ponieważ uważali go za osobę, której można zaufać.
Gdy usłyszał o tym omal nie pękł ze śmiechu, ale stwierdził, że przyda mu się trochę grosza i zgodził się. Teraz żałował. Nie mógł zasnąć, a przede wszystkim bał się. Wszelki nagły odgłos w domu powodował u niego gęsią skórkę, a serce przyśpieszało, jakby pragnęło zapracować się na śmierć.
Jeszcze ten cmentarz niedaleko. Kto normalny buduje dom w takim miejscu? Na samą myśl, że dwieście metrów dalej leżą martwi ludzie, a o ich dawnej obecności na ziemi świadczą płyty nagrobne i zapalone znicze, wzdrygnął się.
Zabiłeś go! Dlatego się boisz!
Coś krzyknęło w jego głowie. Miał zamiar wstać i odezwać się do pustych ścian, że nic złego nie zrobił, a tym bardziej nikogo nie zabił. Jednak wiedział, iż wtedy zacznie oszukiwać sam siebie, a strach nie zniknie. Dręczyła go świadomość złego czynu, a wyrzuty sumienia już od dobrych kilku tygodni nie dawały mu spokoju.
Złapią cię!
No i znowu ten nieprzejednany szept towarzyszący mu od wielu dni. Serce podeszło mu do gardła. Zamknął oczy i zrobił głęboki wdech. Uspokoił się trochę, ale jeszcze nie na tyle, żeby zasnąć. Czekały go długie godziny rozmyślań zanim przez okno wpadną pierwsze promienie słońca.
Odwrócił się na bok w stronę ściany.
Gdzieś w głębi domu woda kapała do umywalki. Nieustanna kap, kap niosące się między opustoszałymi pomieszczeniami. Wiatr hulający za oknem i dziwny huk, który rozległ się w piwnicy.
- Co to, kurwa, jest?! – krzyknął chłopak i zerwał się z łóżka.
Dopiero dłużej wsłuchując się w przeciągły dźwięk dochodzący z podziemi stwierdził, że to pracująca pompa. Zawstydzony własnym strachem położył się z powrotem i odetchnął z ulgą.
Tchórz!
- Zamknij mordę – szepnął sam do siebie.
Gdzie twoja odwaga, przecież gdy go katowałeś byłeś taki twardy, co? Nie umiał sobie odpowiedzieć na to pytanie, tak samo jak nie umiał powstrzymać lęku. Z każdą sekunda bał się coraz bardziej. Strach przed karą i odpowiedzialnością nie pozwalał mu zasnąć, a świadomość tego, że skatowany chłopak leży na pobliskim cmentarzu powodowała w nim drżenie.
Morderca! Tchórz!
Mocy tym słowom dodał silniejszy podmuch wiatru, który uderzył w okno, a ono zatrzeszczało. Pompa przestała pracować. Znowu można było usłyszeć kap, kap w mroku opuszczonych pomieszczeń oraz szum własnych, niespokojnych myśli. Samotność przytłaczała go w każdej chwili coraz mocniej.
Ponownie się odwrócił do ściany i zamknął oczy. Próbował zasnąć.
Mijały sekundy, minuty, ale ona nadal nie spał. Wsłuchany w odgłos kapiącej wody czekał na wschód słońca, co rozwieje jego obawy.

Znajdował się na granicy między jawą a snem, kiedy coś zastukało w okno. Otworzył oczy próbując zrozumieć co się stało. Pukanie powtórzyło się. Zerwał się z łóżka i spojrzał w szybę. Nie widział nic, ale zdawało mu się, że po drugim stuknięciu ktoś (lub coś!) przebiegł (lub przebiegło!) delikatnie pod ścianą.
Przyszedł po ciebie!
Zignorował głos w głowie, założył kapcie i ruszył na korytarz. Sen rozwiał się, jakby go nigdy nie było, ale pozostawił po sobie pulsujący ból. Chciało mu się palić, ale szlugi skończyły się około godziny szesnastej i nie miał możliwości uzupełnić braków. Będzie musiał poczekać do rana.
Szedł po ciemku korytarzem w kierunku hali. Żeby wyjść na dwór trzeba było przejść prawie do samego sklepu i otworzyć przeszkolone drzwi. W blasku światła droga nie należała do trudnych, ale przy zagaszonych lampach sprawiała wrażenie długiej i niebezpiecznej, tym bardziej, że w każdym rogu czaiły się niewidoczne maszyny.
Poruszał się powoli z wyciągniętymi rękoma do przodu. Macał dookoła chcąc wyczuć przeszkodę nim na nią wpadnie.
Ściany i dach hali były nieszczelne, więc do środka wpadał wiatr powodując świst. Chłopak drgał z zimna i strachu, a jego oddech dało się słyszeć wyraźnie w całym pomieszczeniu.
Wiedział, że jak wyjdzie na dwór to niczego nie znajdzie. Zawsze tak było w filmach i książkach, to dlaczego i jemu nie mogłoby się przytrafić? Przynajmniej noc wydaje się ciekawsza… Takie rozmyślanie nie uspokajały go jednak i oblany zimnym potem zbliżał się do wyjścia na dwór.
Przystanął przy drzwiach i wstrzymując oddech przekręcił klucz. Po krótkim wahaniu wyszedł na zewnątrz, gdzie zrobiło mu się jeszcze chłodniej.
Na wprost niego rósł dosyć spory krzak i wiatr targał nim, niczym leżącą na polach w wakacje słomą. Po prawej skrzypiała niedomknięta bramka, która prowadziła do bocznej części podwórka; rozciągał się z niej widok na cmentarz.
Zrobił krok do przodu i tuż przed krzewem skręcił w lewo – w stronę głównej bramy i okna od zajmowanego pokoju.
Widząc, że na podwórku nie ma nikogo (ani niczego) uspokoił się trochę, ale nadal odczuwał zimno. Nieużywane maszyny majaczyły na krańcu placu, zachęcając żeby się do nich zbliżyć i uderzyć nogą w jakąś wystającą cześć.
Chłopak podszedł się do bramy, lecz wszędzie było pusto. Skręcił ponownie w lewo i zniknął za jednym z rogów domu. Stąd mógł przyjrzeć się oknu, w które coś wcześniej zastukało. Gdyby nie panujący wszędzie mrok zauważyłby, że na piaszczystej glebie ktoś zostawił kilka dużych odcisków butów.
Gdy nastolatek zniknął za rogiem, ruszająca się lekko furtka otworzyła się na oścież i z boku wyłoniła się wysoka, masywna postać z błyszczącymi oczami. Oddech miała spokojny i powolnym krokiem ruszyła do środka domu. Przeszła przez przeszkolone drzwi, które razem z furtką zatrzasnęły się od podmuchu wiatru.
Dźwięk uderzenia spowodował, że chłopak podskoczył. Przełknął głośno ślinę i ruszył z powrotem do środka. Po kilku krokach uspokoił się, nabierając przekonania, że sprawcą hałasu jest wyłącznie wiatr.
Otworzył drzwi na hale i wszedł do środka zamykając je na klucz. Od razu zrobił się pewniejszy, a dotkliwe zimno trochę minęło. Szedł teraz w kierunku części mieszkalnej, gdzie przed chwilą skryła się utkana z mroku istota, a jej zimne oczy wyczekują ofiary pośród ciemności budynku.

Już prawie całkiem spokojny położył się do łóżka. Teraz także się nie przykrył i leżał na plecach z zamkniętymi oczami. Serce uspokoiło trochę swój rytm, a gęsia skórka oraz drżenie odeszły. Nawet głos, szepczący dotychczas w jego głowie, zamilkł pozwalając chłopakowi zasnąć.
Wsłuchiwał się w podmuchy wiatru uderzające raz po raz w szybę oraz w upiorne kapanie wody. Z każdym pojedynczym kap, kap jego myśli oddalały się od gnębiących go problemów. Zbliżał się do cienkiej granicy oddzielającej świat realny od świata marzeń sennych.
Kiedy nabrał przekonania, że tym razem spokojnie zaśnie, usłyszał tuż przy samych drzwiach poruszenie, a zaraz po nim skrobanie w ścianę. Dźwięk był przeciągły i piskliwy, jakby ktoś tarł gwoździem o blachę. Od słuchania bolały go uszy, a zęby zacisnęły się same wykrzywiając jego szpetną twarz, przez co nabrała śmiesznego wyglądu.
Strach powrócił, jak wtedy gdy wydawało mu się, że coś zastukało w szybę. Wszystkie lęki skierowały się natychmiast w stronę pobliskiego cmentarza. Po głowie zaczęły mu krążyć absurdalne myśli o wstających z grobu zmarłych, o zemście zamordowanych i o duchach, które błąkają się po świecie. Obejrzane i przeczytane horrory nabrały dla chłopaka innego znaczenia, w szczególności jeśli dotyczyły śmierci, a później… zmartwychwstania.
Przyszedł po ciebie, tchórzu!
Chciał krzyknąć, żeby ten głos się zamknął, że nic po niego nie przyszło, ponieważ zmarli nie wstają z grobów. Jednak w ciemnościach nocnych nic nie wydaję się pewne, a tym bardzie normalne – dopiero promienie słońca rozwiewają wątpliwości i odganiają strach – dlatego postanowił się nie odzywać.
Lęk sparaliżował wszystkie jego mięśnie, więc nie mógł się poruszyć. Leżał i dygotał wsłuchując się w odgłosy zza ściany. Skrobanie w nią wcale nie minęło, ale za to stało się prawie namacalne.
Chłopak zaczął oddychać chrapliwie, a w głowie wrzało mu od natłoku myśli. Pragnął stąd uciec. Zostawić ten przeklęty dom przy cmentarzu w cholerę. Pozostały tylko dwa problemy, które nie pozwalały mu na to. Przede wszystkim nie mógł się poruszyć, a oprócz tego nie wiedział co skrobie w ścianę. Pełen lęku zacisnął mocniej powieki modląc się oto, żeby to był tylko sen.
Po kilku zdrowaśkach, które wymawiał na głos, skrobanie ustało. Chłopak przestał się modlić i otworzył oczy. Po chwili do jego uszu dotarło kilka wypowiedzianych cicho słów.
- Modlisz się, to dobrze.
Miał już dosyć i krzyknął. Wpadł w panikę, a napięte mięśnie zaczęły wstrząsać spazmatycznie jego ciałem. Przy każdym poruszenie łóżko trzeszczało jak stare drzwi w filmach grozy o nawiedzonych domach.

Utkana z mroku istota, która stała za drzwiami i drapała ostrzem noża w ścianę, usłyszawszy to zaśmiała się i weszła do pokoju.

Chłopak dalej krzyczał. Darł się tak głośno, jakby ktoś obdzierał go ze skóry. Jego przerażone oczy wpatrywały się w masywną, ciemną postać, której jaśniały tylko oczy – były pozbawione jakichkolwiek uczuć. Gdyby umysł nastolatka nie oblepiała mgiełka przerażenia dostrzegłby, że przed nim stoi nikt inny, jak dorosły człowiek.
Przybysz zbliżył się do łóżka, pochylił nad miotającym chłopakiem i szepnął mu wprost do ucha:
- Przyszedłem po ciebie, tchórzu.
Leżący krzyknął jeszcze głośniej, aż dało się słyszeć jakieś pęknięcie wewnątrz jego krtani. Chciał się unieść, ale mięśnie dalej odmawiały mu posłuszeństwa. Poza tym człowiek usiadł na tapczanie i przygniótł go lewą ręką – w drugiej ciągle trzymał nóż.
Widzisz on zmartwychwstał!
Przyszedł, żeby się zemścić!
Teraz zabije ciebie!
Morderca!
Tchórz!
- Nie rób mi krzywdy, proszę! – wyłkał resztką sił.
- On też prosił o litość, ale nie przestałeś go bić – odezwał się człowiek i uniósł do góry nóż, który za chwilę wbił płytko w brzuch miotającego się chłopaka. Popłynęła krew brudząc jego bluzę, tapczan oraz ostrze narzędzia.
Barczysty mężczyzna wyciągnął nóż z brzucha i wbił go jeszcze raz. Później ponownie powtórzył ruch; rany nie były głębokie, ale krwawiły i bolały dotkliwie. Przestał na kilka sekund i spojrzał na niemal niewidoczną, przerażoną twarz chłopaka.
- Gdy biłeś nie czułeś litości, a twoje wyrzuty sumienia nie wrócą mu życia. Nienawidzę cię – powiedział.
Zaczął swój rytuał od początku upajając się każdym okrzykiem bólu chłopaka.
Zemsta nie przywróci nikogo do życia, ale potrafi dać chwilową satysfakcje, tym bardziej jeśli ma się przed sobą długie godziny na jej wykonanie. Mężczyzna wiedział, że pozostały do świtu czas w pełni wykorzysta, ukazując nastolatkowi wszystkie oblicza ból, co pozwoli mu na krótko zapomnieć o śmierci ukochanej osoby.

3

Pierwsza strona „Kurier Szczeciński”, Szczecin, 25 października 2004 roku:

ZABIŁ Z TĘSKNOTY ZA ZAMORDOWANYM SYNEM!
Konrad Poniedzielski


Rano, dnia 24 października 2004 roku, miejscowa policja została poinformowana o morderstwie popełnionym na jednym ze szczecińskich osiedli. Znalezione zwłoki zidentyfikowano jako dziewiętnastoletniego Artura Domagałe.
Nastolatka wynajęła rodzina jego kolegi do pilnowania domu na okres jednego dnia i nocy. Po powrocie z nad morza rodzina znalazła zmasakrowane zwłoki chłopaka oraz domniemanego sprawcę, który spał w jednym z pokoi.
Artur Domagała był torturowany przez wiele godzin zanim w końcu zmarł. Odniósł wiele ran ciętych i kłutych, aby w końcu zginąć od ciosu w serce. Pojmany czterdziestoletni mężczyzna przyznał się do winy. Deklarował przy tym, że zabił nastolatka z zemsty, ponieważ ten zamordował kilka miesięcy wcześniej jego jedynego syna. Policja zbiera fakty, próbując ustalić przebieg zdarzenia. Całość, opowiadana przez sprawcę, wydaję się być niedorzeczna. (…)

Pierwsza strona „Kurier Szczeciński”, Szczecin, 27 października 2004 roku:

DOMAGAŁA WINNY MORDERSTWA?
Konrad Poniedzielski


Postępy w śledztwie w sprawie śmierci Artura Domagały stają się coraz bardziej przerażające. Policja, odkrywając nowe fakty, natrafia na kolejne poszlaki świadczące o tym, że chłopak jest winny morderstwa.
Potwierdzają to zeznania jego znajomych, którzy obecni byli przy zbrodni popełnionej przez nastolatka.
Syn mordercy Domagały, Radosław P., został zamordowany pod koniec maja w jednym ze szczecińskich parków. Z braku świadków i dowodów śledztwo umorzono. Ojciec obiecał policjantowi prowadzącemu sprawę, że sam znajdzie zabójcę i wymierzy należną sprawiedliwość. Wówczas nikt nie brał jego słów poważnie.
Jak już wspomniałem, znajomi Domagały potwierdzają, że to on zabił Radosława P. Kierowany tęsknotą ojciec znalazł poszlaki prowadzące do mordercy swojego syna i w nocy z dnia 23 na 24 października zabił go.
W przyszłym tygodniu Mateusz P. stanie przed sądem. Prokurator, powołując się na wyjątkową brutalność czynu, żąda dla sprawcy dożywotniego pozbawienia wolności. Obrońca powołuje się na chwilową niepoczytalność i szok po stracie jedynego syna. Cała Polska czeka na decydujący wyrok. (…)

Pierwsza strona „Kurier Szczeciński”, Szczecin, 13 grudnia 2004 roku:

KOLEJNA PORAŻKA POLSKIEGO SĄDOWNICTWA!
Konrad Poniedzielski


Wczoraj popołudniu szczeciński sąd wydał decydujący wyrok w sprawie morderstwa Artura Domagały.
Przewodniczący składu sędziowskiego, powołując się na niekaralność, zbrodnie w afekcie i szok po utracie syna będącego jedyną rodziną oskarżonego (żona zmarła kilka lat wcześniej), skazał sprawcę na cztery lata więzienia w zakładzie karnym o złagodzonym rygorze, z możliwością warunkowego zwolnienia po dwóch latach.
Prokurator, w wywiadzie dla naszej gazety (strona 4), wyraził niezrozumienie decyzji sądu. Uważa, że czyn był wystarczająco brutalny, a na dodatek szczegółowo zaplanowany i dlatego winny zasługuję na wyższy wymiar kary. Oskarżyciel określił niniejszy wyrok „kolejną porażka polskiego sądownictwa”.
Po zakończeniu rozprawy Mateusz P. został przewieziony do pobliskiego zakładu karnego, gdzie spędzi minimum dwa lata, a później wyjdzie na wolność jako wolny człowiek. Opuszczał salę rozpraw z uśmiechem na twarzy. (…)

KONIEC

Szczecin – Wielgowo
Sierpień 2005 roku




OD AUTORA:
Powyższe opowiadanie narodziło się z błahego pomysłu. Tak jak opisywany w drugiej historii Artur Domagała, także pilnowałem domu znajomego. Leżąc w ciemnym pokoju zastanawiałem się, jakby to było, gdyby ktoś wszedł nagle do pomieszczenia. Ciekawiło mnie, co bym wtedy zrobił. Początkowo chciałem napisać krótką (maksimum 3 strony) opowieść jak chłopak spędza samotnie noc w domu i ktoś morduje go bez powodu. Później wpadłem na pomysł, żeby dopisać do tego drugą historię i połączyć jakimś wspólnym wątkiem. Tak oto powstało to opowiadanie. Mam nadzieje, że udało mi się stworzyć w miarę zaskakujące zakończenie. Dziękuje wszystkim, którzy dotarli aż tutaj. Mam nadzieję, że było warto…

 
Ogór [gaau@wp.pl]

|strona 32|