|
Okrucieństwo stanowi rozkosz dla duszy, która wyczerpała wszystkie inne rozkosze.
Selma Lagerlof
Czyż z rządzeniem nie jest trochę jak z reżyserią w teatrze? Gdy jest źle, mówi się, że sztuka słaba albo źli aktorzy, a gdy jest wszystko dobrze, mówi się, że świetnie wyreżyserowana.
Antoni Słonimski
Sprawa nasza jest słuszna.
Wróg będzie rozgromiony.
Zwycięstwo będzie do nas należeć.
Wiaczesław Mołotow (Wiaczesław Skriabin, 1890 - 1986)
Perto Udera czuł jak zimny pot ścieka mu po plecach. Za jego biurkiem siedział generał Arturro Selte. Postawny mężczyzna o spracowanych dłoniach i krótkich, blond włosach. Bawił się pozłacanym długopisem przekładając go między palcami. W tym ogromnym pokoju pełnym obrazów starych mistrzów, było nadzwyczaj wiele światła. Wszystko dzięki oknom, wysokim od podłogi aż po sufit.
- Nieźle się tutaj urządziłeś, Udera.
Dyrektor przezornie się nie odzywał. Widział strażników, którzy weszli razem z Selte. Ubranych w charakterystyczne, w połowie czarne a w połowie białe mundury. Byli to żołnierze z oddziału Tect. Powszechnie znani z fanatycznego oddania Cortezowi Wellsowi, Ojcowi Narodu. To na pewno nie będzie miła pogawędka.
- Piękne obrazy, kryształy, skąd ty na to przyjacielu, masz pieniądze?
- Ja... – zaczął cicho Udera.
- Nie odpowiadaj. Nie po To tutaj przyszedłem. Sprawa, którą mi powierzono jest znacznie ważniejsza, niż jakiś tam przemyt alkoholu czy narkotyków.
Pertowi zaschło w ustach. A więc wiedział. Teraz z łatwością mogli go skazać. Zaczął nerwowo strzepywać niewidzialne okruszki z garnituru. Nie uszło to oczywiście uwadze generała.
- Perto, przyjacielu my na prawdę nie przyszliśmy w tej sprawie. Uwierz, że gdyby tak było, to – na chwilę zawiesił głos – rzecz odbyłaby się drastyczniej.
- Wierzę.
- To chodź częściej do kościoła – powiedział poważnie Arturro.
Jak na komendę strażnicy się roześmiali. Generał był znany z tego typu inscenizacyjnych zabiegów. A to kogoś kazał zakopać aż po głowę tuż przed przypływem, a innym razem zainscenizował ostatnią kolację zagranicznego biznesmena, o słusznej tuszy. Oczywiście mogłyby to być jedynie plotki, Perto doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jednak te oczy... Zielone oczy węża, do których uśmiech nigdy nie sięgał.
- Nie przyszedłem tutaj też żartować – śmiech ucichł. – Trzeba ci wiedzieć przyjacielu, że...
***
Staruszek z bielmem na oku kiwał się, na krześle. Łysina zatoczyła szerokie kręgi na jego gdzieniegdzie tylko pokrytej białymi włosami głowie. Czytał lokalną gazetę wydrukowaną na podłej jakości papierze. Zza otwartych na oścież drzwi baru, unosił się zapach smażonego mięsa i papierosów.
La Escondida
W imię równości!
Nasz Przywódca, Ojciec Narodu i Wielki Reformator, Cortez Wells postanowił wspomóc ślepych. Owi ludzie, będący Pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, jakoby dotychczas szykanowani wystąpią w Sztuce. Sztuce opiewającej życie naszego Wielkiego Mentora. Sztuka ta zostanie wystawiona w Teatrze Astel imienia naszego Przywódcy za trzy tygodnie. Prosimy, więc o zgłaszanie się do okolicznych przedstawicieli władzy rodzin, w których są osoby ślepe. Dla ich i naszego dobra.
Zenkiel Birdo podrapał się po łysinie. Teatr Astel był przecież urządzony tutaj. A może to pomyłka, przecież jest wiele teatrów, na pewno muszą się zdarzyć o tej samej nazwie? Nie... W tych pięknych czasach, jakich mu przyszło dożyć, to było niemożliwe. Wszystko działało sprawnie jak żyletka za pierwszym użyciem. Nie mogło być mowy o takich samych nazwach.
- Cholera...
Przypomniał sobie, że córka ma za męża urzędnika. Samo w sobie może nie byłoby to nic złego, ale ten urzędniczyna był pieprzonym prymusem, pieskiem lokalnego rządcy. Każde zadanie wykonywał szybko, dokładnie i bez skrupułów. A w mieście nie było zbyt dużo ślepych, więc zięć nie zawaha się donieść o „ojczulku”.
Pechowiec (tyle cholernych miast w tym kraju a oni wybrali akurat to) wstał z krzesła i wszedł powoli do baru. Nie po to, aby zrobić efekt. Na bywalcach nie zrobiłaby nawet wrażenia strzelanina, która nawiasem mówiąc zdarzyła się parę lat temu. Powód był prosty - starość, która uczyniła z nim to, co nie udało się jego byłej żonie pistoletem, zrobiła mu z nóg dwa gałgany.
Przy kiedyś białym, a obecnie żółtawym od starego tłuszczu barze, urzędowała brunetka po pięćdziesiątce. Pracowicie czyściła szmatą szklankę. Kręcone włosy ciągle opadały jej na oczy.
- Tita, podaj no szklankę zagranicznej z cytryną.
- Nie powinieneś, w swoim wieku... – powiedziała cicho i dorzuciła nieco głośniej oficjalnym tonem – A pieniądze masz?
- Oczywiście kochana – uśmiechnął się ukazując szczerbate i pożółkłe zęby – jak to tak, zamawiać bez pokrycia.
- Znam cię oj znam... Pieniądze na stół a wódka później.
- Ech... – westchnął ciężko staruszek.
Wyjął z kieszeni pogniecione banknoty i położył na ladzie. Barmanka spojrzała na nie podejrzliwie, ale wzięła ustaloną sumę. Po dłuższej chwili podała mu w połowie pełną (albo w połowie pustą, wszystko zależy od punktu widzenia) szklankę.
- Zdrowie pięknych kobiet!
Tita uśmiechnęła się nieznacznie. Po wzniesieniu toastu dziadek siedział długo w milczeniu. Nie widzącym wzrokiem spoglądał w okno po swojej prawej stronie. Gdzieś w oddali słychać było przejeżdżający samochód.
- Dobrze się czujesz? – spytała barmanka.
Dopiero to pytanie wyrwało dziadka z zamyślenia. Obrócił gwałtownie głowę w stronę kobiety.
- Tak. Dobrze... Co tam słychać u męża, Tita? Poprawiło się?
- Wiesz jak jest... Lekarstwa są drogie, lekarze są drodzy a pielęgniarki, dobrej to ze świecą szukać.
Wszyscy w mieście doskonale znali historię Serego Santy, męża Tity. Któregoś dnia spadł z drabiny, kiedy oczyszczał rynnę. Po tym upadku zapadł w śpiączkę trwającą ponad rok. W pierwszą rocznicę „zaśnięcia”, gdy żona prawie całkiem straciła nadzieję, a okoliczne baby szeptały, że ma za męża żywego trupa, lekarz wpadł na pomysł. Przyprowadził do pacjenta swojego psa, rudego kundla przypominającego lisa. Słyszał, bowiem, że zwierzęta mają dobroczynny wpływ na ludzi. Kiedy kundel wskoczył na łóżko i polizał po twarzy pana Sante, stał się cud. Nie było niebiańskich świateł, aniołowie nie zaśpiewali alleluja, ale był to cud. Sere otworzył oczy. Jak później mówili lekarze, szansa na to była porównywalna z trafieniem szóstki w loterii państwowej. Pierwsze jego słowa po przebudzeniu brzmiały:
- Pieeesek!!!
Wtedy żona, która uczestniczyła w całym tym wydarzeniu, zorientowała się, że coś jest nie tak. Mąż był zawsze nadzwyczaj poważny. Było to jednak słabe uczucie, przytłumione radością z odzyskania męża. Dopiero po kilku dniach zorientowała się, co było nie tak. Mąż zdziecinniał. Zachowywał się jak czterolatek. Trzeba było go myć, kąpać, karmić i co najgorsze, nie mógł pracować. Więc chcąc nie chcąc, Tita została szefem i jednocześnie barmanką w barze, który dotychczas należał do jej męża (w czasie śpiączki barem zajmował się jego kuzyn). Od tamtych wydarzeń minęły trzy lata. Ludzie przyzwyczaili się do niej a ona do nich. Chociaż baby wciąż cichcem gadały, że lepiej gdyby Sere skręcił sobie kark i oszczędził żonie wstydu.
- Nikomu się nie przelewa – powiedział staruszek.
- Prawda, prawda, nawet jakoś mniej klientów się teraz przewija.
- Słuchaj Tita, nie słyszałaś no czegoś ciekawego?
- A coś taki ciekawy?
- Starym, mam dużo czasu, to i ciekawy, co ludzie opowiadają. A tobie opowiadają dużo.
Tita zrobiła niezdecydowaną minę. Znała staruszka od samego początku, mimo to nie miała do niego pełnego zaufania. Niepokoiły ją częste „odloty”, kiedy to całymi godzinami potrafił gapić się w jedno miejsce. Jednak patrząc na to z drugiej strony, kto uwierzy takiemu staremu wariatowi? Zaczęła więc opowiadać zasłyszane historie. Jego oczy rozszerzyły się znacznie, gdy powiedział o tym, jak widziano wojskowe samochody podjeżdżające pod teatr.
- Tutaj – pomyślał dziadek. - Jednak tutaj. Boże, dobry boże, miej nas w opiece.
Chciał wyć. Nic nie można już było zrobić.
***
- Wiesz teraz, po co tu przyszliśmy?
- Tak.
- W takim razie... Powtórz.
- Mam wystawić sztukę o dojściu do władzy naszego Wielkiego Przywódcy. Jednak nie ze zwykłymi aktorami, ale ze ślepcami, których tu przyprowadzisz.
- Dobrze, ale mała poprawka, nie przyprowadzę, oni sami tu przyjdą – ostatnie słowa generał wyraźnie zaakcentował, jednocześnie ściszając głos.
- Skoro tak twierdzisz – powiedział z niezachwianą pewnością Perto.
- Formalności zakończone – podszedł do szklanej szafki pełnej butelek – mogę?
- Oczywiście.
Arturro wyjął butelkę koniaku i nalał sobie do kieliszka, wypił mały łyk. Zanosiło się na to, że zostanie tutaj, na dłużej. Pertowi wcale się to nie uśmiechało. Już teraz pocił się jak w łaźni i trząsł nim jak w febrze a w żołądku czuł dziwny ucisk. Mógł przysiąc na życie matki, że jeśli napije się tego koniaku, to zwymiotuje i zemdleje.
- Napijesz się?
- Ja...
W tym momencie nadeszło wybawienie. Młody chłopak wpadł do pokoju i krzyknął:
- Niepokoje w Begori generale, jest pan tam pilnie potrzebny!!
I wybiegł równie szybko jak przybył.
- Widzisz przyjacielu – odłożył koniak – obowiązki wzywają.
Wojskowy zatrzymał się w drzwiach, a wraz z nim jego świta.
- A tego tam – wskazał palcem na korytarz – odpowiednio obrządzimy. Nie przerywa się przecież, kulturalnej rozmowy. Pozdrowienia dla żony – wyszedł nie czekając na odpowiedź.
Dyrektor teatru odetchnął dopiero wtedy, gdy usłyszał trzask drzwi. Usiadł ciężko na krześle i wziął do ręki, stojący na biurku, czarny telefon. Wykręcił numer, który w jego notatniku był zapisany małymi, czerwonymi cyframi.
- Przyjacielu, przybywaj jak najszybciej.
Odłożył słuchawkę. To mogło trochę potrwać. Drogi w tym kraju były naprawdę parszywe. Chociaż trzeba przyznać, że jedyna autostrada, prowadząca ze stolicy do rodzinnego miasta Corteza Wellsa, była znakomitej jakości. Czego niestety nie można powiedzieć o jego mieszkańcach. Wszyscy zostali rozstrzelani.
Zamknął powieki. Czuł że zasypia. Było to jak powolne opadanie w morskie głębiny. Coraz głębiej i głębiej w czerń i inny świat. Zawsze śnił o innym lepszym świecie Ubrany w smoking i czarny cylinder wyglądał szykownie. Wszystkie światła były skierowane w jego stronę. W jednej ręce trzymał laskę, a w drugiej parasolkę.
- Państwa teatr ma zaszczyt zaprezentować niezwykłą sztukę. Oto w jednej ręce trzymam zwykła parasolkę – podniósł ją do góry – przyjrzycie się uważnie, a w drugiej laskę. Za chwilę zaprezentuje państwu Magię.
Tłum zaczął nerwowo szemrać. Perto spokojnym wzrokiem zlustrował widownie. Kilka osób wyszło. Wtedy właśnie zaczęła się sztuka. Gwałtownym ruchem wyrzucił parasolkę w górę a ta otworzyła się w czasie lotu. Wirując opadała na ziemie. Wycelował w nią laską i coś strzeliło. Ktoś na widowni krzyknął. Parasolka zatrzymała się i zaczęła szaleńczo wirować, jednocześnie świecąc wszystkimi kolorami tęczy. Strzelił po raz drugi i parasolka stanęła w ogniu tak jasnym, że nie sposób było patrzeć. Jednak nikt nie odczuwał żaru i nic się nie spaliło. Strzelił po raz trzeci i ostatni. Tym razem parasolka zamieniła się w małą, bo wielkości człowieka, trąbę powietrzną. Widownia westchnęła z uznaniem.
- I to by było na tyle – powiedział dyrektor.
Nie czekając na reakcje widzów wszedł w trąbę powietrzna. Ta uniosła go aż po szklany sufit i wypuściła. Spadając słyszał ich gromkie oklaski. Nie widział twarzy, widział jedną twarz, szeroką uśmiechnięta twarz jego Jedynego Ojca, Corteza Wellsa.
Obudził się. Był już wieczór. Podszedł do rolety i wyjrzał na zewnątrz. Na parkingu stał znajomy garbus. Właśnie wysiadł z niego pewien masywny człowiek, którego Perto znał bardzo dobrze. Antonio Delpiego znany w niektórych kręgach jako „kapsel”. Tę niezwykła ksywkę, dostał ze względu na wystający ząb, którym zwykł otwierać w butelki.
Jakieś pięć minut później do drzwi zastukał przyjaciel.
- Wejść.
Antonio zapalił światło. Dyrektor zamrugał. Nie widział Delpiego od przeszło trzech miesięcy, kontaktował się z nim tylko przez telefon. Nic się nie zmienił. Wylewający się ze spodni brzuch, sumiaste wąsy i twarz wioskowego przygłupa – ten wygląd zmylił wielu. Kapsel bowiem był specjalistą od rozwiązywania problemów i dostarczania kłopotliwych przesyłek.
- Po jaką cholerę mnie wezwałeś.
- Siądź tym tłustym dupskiem, nalej mi korsarza, porozmawiamy spokojnie.
Przyjaciel wyraźnie się skrzywił, ale zrobił to, co powiedział dyrektor.
- Mam dla ciebie robotę, poważną robotę.
- Gówno.
- Co?
- Powiedziałem gówno, zawsze kiedy mówisz coś w tym stylu chodzi o jakąś gównianą robotę. Na przykład ten aktorzyna który obłapiał jedną z aktorek...
- Wystarczy! Wyciągnąłem twoje prawie-pedalskie-dupsko z więzienia Grande nie po to by słuchać takich pierdoł. Poważna robota to poważna robota.
Dyrektor zamknął oczy i głęboko westchnął. Po chwili powiedział spokojnie.
- Dobra, może być po twojemu, możemy rzucać kurwami i do niczego nie dojść, zrobi się szambo i do niczego nie dojdziemy, chcesz tego? Chcesz żebym był naprawdę niemiły? – mówił coraz głośniej. - Naprawdę chcesz tego, czy tylko ci się wymskneło? Powiedz kurwa szybko, albo wynocha!
- Przepraszam, panie Perto.
Kapsel chciał jeszcze coś powiedzieć, ale dyrektor machnął ręką.
- Tej rozmowy nie było. A teraz porozmawiajmy jak normalni ludzie. Mam poważne zlecenie a ty jesteś odpowiednim człowiekiem, w odpowiednim miejscu. Sprawa jest prosta, wycieczka do Czerwonego barona i zorganizowanie przelotu do (nazwa kraju). Połowę sumy dostaniesz jako zaliczkę, wiesz gdzie prosić... Pamiętaj liczę na ciebie. Kilku chłopaków z Grande, też...
- Rozumiem panie Udera.
- Idź już. Zacznij od jutra.
Delpiego powoli wstał i wyszedł delikatnie zamykając drzwi. Korytarz przeszedł szybko, jednocześnie klnąc pod nosem.
- Żadnej wdzięczności – Perto upił łyk Korsarza. - Jak wściekły pies... Popuść trochę smycz a zaraz się rzuci.
Pluskwy w jego biurze słuchały, w milczeniu.
***
Akcja się udała. Prawie wszyscy buntownicy zostali zabici, a pozostali zostali wzięci do niewoli. Selte był zadowolony. Paląc papierosa przyglądał się śladom kul na budynku miejscowej szkoły.
- Co oni sobie myśleli? – powiedział cicho.
Buntownicy jako zakładników wzięli dzieci. Arturro wydał rozkaz, aby nie przejmować się zakładnikami. Nie było mu ich żal. Między innymi dzięki takiemu wyrachowaniu zaszedł tak daleko. Jednak teraz musiał wymyślić jakąś bajeczkę dla ludzi.
- Dzieci, dzieci ciągle z nimi problemy... – uśmiechnął się niewesoło. – Co by tu... Tak to jest całkiem dobre... Okrutni buntownicy w bestialski sposób pozbawili życia wasze dzieci. Żołnierze widzieli jak wypuścili kilkoro z nich, dając im złudną nadzieje, aby po chwili strzelić im w plecy. Niezłe...
Dwóch żołnierzy maszerowało, prowadzili przywódcę buntowników. Jego twarz porośniętą zarostem zdobiły liczne siniaki. Żaden z „chłopców” co prawda nie zginął, ale kilkoro trafiło kule, więc musieli jakoś to odreagować.
- Generale – zakrzyknęli jednocześnie – meldujemy doprowadzenie Meski Jeka, przywódcy buntowników!
- Zostawcie go tutaj, zaopiekuje się nim odpowiednio.
Rzucili go bezpardonowo do stóp Arturro i odeszli. Selte wyrzucił papierosa i lekko trącił w żebro związanego.
- Pora wstawać, dzień nie skończył jeszcze się – zaśpiewał melodyjnie.
Meski nie zareagował. Generał kopnął go w nos. Rozległ się trzask i buntownik zaczął wyć. Opanował się jednak po chwili, na co oprawca zareagował smutnym grymasem. Postawił ofiarę na krześle.
- Nieładnie, nieładnie...
- Skończ – odezwał się niespodziewanie Jeka.
- Z czym Jeka, z tobą?
- Ze sobą – roześmiał się głośno.
Nie tego oczekiwał wojskowy. O nie... Przysunął swoje krzesło bliżej. Teraz niemal czuł oddech tego trupa. Bo on już był trupem. Śmierdział jak trup, zachowywał się jak trup i wyglądał jak trup.
- Spójrz mi w oczy i powiedz to jeszcze raz – powiedział poważnie.
Widział wahanie i strach w jego oczach. Żył dla takich chwil. Świat wydawał się wtedy barwniejszy i wyraźniejszy.
- Sk...
Nie dał mu dokończyć. Szybki cios nożem w oko pozbawił Meskiego życia. Selte ułożył ciało na podłodze, oparł but na szyi i wyciągnął nóż. Wytarł go o swoje ubranie. Na mundurze miał już szereg takich pamiątek.
- Żartowniś się trafił – splunął na trupa.
Wyjął z kieszeni czarną krótkofalówkę.
- Mam tutaj ścierwo. Trzeba je spalić.
***
Świtało już, gdy dyrektor stanął na progu swojego domu. Starego dworku w uroczej okolicy, ogrodzonego żelaznym płotem. Wytarł buty i za pomocą dwóch kluczy otworzył drzwi. Wbiegł na pierwsze piętro. Lustra zawieszone niemal wszędzie odbijały zmęczoną, zdeterminowaną twarz. Wpadł do sypialni. Kołdra była rozrzucana po całym, ogromnym łóżku. Wziął do ręki fragment kołdry i zaczął go zwijać i rozwijać.
- Nie... Za szybko – pomyślał.
Nie zauważył krwi. Westchnął z ulgą. Arturro nie działał bezkrwawo. Powszechnie wiadomo było, że nawet na przesłuchaniu musiała polać się krew.
Wszedł do łazienki i nie włączając światła odkręcił kran. Chciał wziąć wodę w ręce i omal się nie sparzył. Odkręcił gorąco wodę. Zakręcił jeden kurek i odkręcił drugi. Lodowata woda otrzeźwiła go.
Zszedł powoli na dół opierając się o poręcz. Wiedział gdzie będzie żona. Wstawała o dziwnych porach i zawsze była wtedy głodna. Ubrana w niebieski szlafrok, z włosami w nieładzie i nieprzytomnymi oczyma, podążała do przepastnej lodówki. Kiedy ją poznał nie była gruba, teraz zresztą też nie, stała się jedynie odrobinę pulchna. Na tyle tylko, że jej brzuch przestał być płaski. W pewien sposób kochał tą byłą aktoreczkę. Dlatego chciał zabrać ją ze sobą.
W kuchni, przy dębowym stole siedziała pani Udera. Zajadając piętrową kanapkę nie zauważyła męża. Z radia leciała wesoła piosenka:
Wstaje nowy dzień
Dzień nowych nadziei
Wypełnijcie swe serca radością i błękitem nieba
Słuchając dźwięków radia z otwartym sercem
Zwróćcie swe twarze naprzeciw wiatru
- Alita – wymówił z trudem.
Alita omal nie zadławiła się kanapką. Krztusiła się przez chwilę, aż na wpół przeżuty kawałek kanapki wypadł na talerz.
- Co ty tutaj robisz o tej porze? – spytała się z pretensją w głosie.
Okrągły zegar na ścianie za jej plecami wskazywał piątą.
- Musimy się spakować – stwierdził bezuczuciowym tonem. Tonem lektora czytającego w telewizji.
- Jesteś pijany?
Wstała z krzesła i strzepała okruchy, z szlafroka. Podeszła do niego blisko, bardzo blisko, był teraz na wyciągnięcie ręki. Nie zwracał na nią uwagi. Stał wpatrzony w zegar. Wciągnęła powietrze nosem. Wyraźnie czuć było od niego smród alkoholu. Nagle zwrócił na nią wzrok. Odskoczyła jak oparzona.
- Nie zbliżaj się! Jesteś pijany! – zawołała piskliwie.
Pan Udera w stanie upojenia był nieciekawym człowiekiem. Mówił dziwne rzeczy, na przykład fragmenty sztuk i rozmawiał z jakimś „Kapslem”. Często rzucał też tym, co miał pod ręka, ale żony nigdy nie skrzywdził. Więc kiedy opowiadała o tym przyjaciółką te tylko ograniczały się do rozmaitych przekleństw. Żadna z nich nie namawiała jej do rozwodu. Wiadomo, lepszy bogaty, lekko ześwirowany mąż niż jakiś obdartus, który by ją tłukł codziennie i jeszcze kazał gotować.
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął.
- Uspokój się babo!
Oczy żony rozszerzyły się. Nigdy nie nazywał jej babą. Kiedyś na poły żartobliwie na poły poważnie umówili się, że nie będzie tego robił i dotrzymał słowa, aż do teraz.
- Pakuj się, wyjeżdżamy!
- D-d-laczego, co się s-s-stało? – wyjąkała przerażona.
- Generał, rozumiesz?! Ten skurwiel przyszedł do mnie i złożył propozycje! Przy każdej ścianie żołnierz, propozycję rozumiesz?!
Puścił ją i zapłakał. Otarł oczy ręką.
- Spokojnie, spokojnie – mówił ciężko oddychając.
Żona zacisneła usta i zaczęła się cofać do tyłu.
- Stój, proszę stój, musisz mnie posłuchać.
Zatrzymała się. Coś jej podpowiadało, że to co teraz usłyszy zmieni jej życie. W myślach ujrzała lustro, odbijał się w nim jej dom. Nagle lustro pęka i ostre odłamki spadają na podłogę. Widzi w nich to czego nigdy nie chciała ujrzeć.
- Słucham.
- Ech, wczoraj... Wczoraj odwiedził mnie generał Selte. Mówiąc w skrócie złożył mi propozycje nie do odrzucenia. Mam wykonać szalony pomysł – teatr ślepców. To nie może się udać. Nie może!
Zamilkł na chwile.
- Więc poczyniłem pewne kroki. Jutro powinno nie być nas już w tym szalonym kraju. Polecimy samolotem.
- Nie, przecież... Nie... – umilkła.
- Tak to dzieje się naprawdę. Zadzwoń do Margarity i odwołaj ją. Spakuj najważniejsze rzeczy, bo to naprawdę koniec.
***
Kapsel jechał do Czerwonego Barona. Słońca było już wysoko na niebie. Grzało niemiłosiernie a wyboista droga też nie umilała jazdy. Antonio Potwornie się pocił. Jego biały podkoszulek przylgnął do niego jak druga skóra. Włączył radio.
- Drodzy obywatele – zaczął uroczystym tonem lektor – mam zaszczyt ogłosić, że dzisiejszego dnia...
Wyłączył radio.
- Jezu, za co mnie tak każesz?
Oczywiście, gdyby Bóg chciał go karać, miałby wiele powodów. Zanim Delpiego zajął się zabijaniem i przemytem na poważnie, zamordował kilka osób. Stał się postrachem okolicy. Nie robił tego dla przyjemności. Był wtedy tylko biednym i niebezpiecznym skurwielem. Potrzebował pieniędzy. Zawsze. Teraz zresztą niewiele się zmieniło, prawie wszystko, co zarobił przepuszczał na panienki i alkohol. Nigdy na narkotyki. „Tego gówna nigdy nie tknę. To dla żałosnych, debili nie umiejących żyć” – powiedział kiedyś spytany w barze o tę kwestie.
Kiedy dojechał wreszcie przed rezydencje Czerwonego barona było już trochę chłodniej. Wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiami. Kluczyki naturalnie zostawił w stacyjce. Kto by chciał zadzierać ze słynnym „Kapslem”?
Żwir chrzęścił mu pod stopami. Ogromna, ręcznie kuta brama była otwarta. Przeszedł parę dobrych metrów i stanął przed drzwiami. Wdusił kilka razy dzwonek, ale nikt nie otworzył. Podszedł do okna po swojej prawej stronie. Złapał się parapetu i podciągnął. Salon pogrążony był w nieładzie, wszędzie rozrzucone butelki i papiery, przewrócony stół.
- Nieźle musiał się zabawić.
Antonio myślał intensywnie. Czerwony pewnie leżał gdzieś w domu schlany i naćpany w cztery dupy. Jednak przemytnik nigdzie nie zauważył słynnego, wściekle czerwonego dżipa, a to zmieniało postać rzeczy. Bywał czasami na imprezach tego chudego palanta i widział, jak na haju wyrusza dżipem na lotnisko. Raz nawet w takim stanie latał samolotem. Jakim cudem nic mu się nie stało, tego nie wiedział do dzisiaj.
Delpiego zadecydował, że pójdzie na lotnisko. Była to najgłupsza decyzja w jego życiu. Szedł raźnym krokiem, gwiżdżąc cicho jakąś melodie. Wreszcie dostrzegł lotnisko. Ogromnym obszar pokryty betonem i odgrodzony metalową siatką.. Przed siatką stał niezwykły dżip. Kapsel był zadowolony, że jego przewidywania się sprawdziły. Ruszył szybszym krokiem. Nagle się zatrzymał. Serce zaczęło bić szybciej i poczuł coś dziwnego, coś czego nie czuł od dawna. Strach. Zauważył, że po lotnisku kręci się grupa żołnierzy. Jeden siedział na skrzydle czerwonego samolotu, drugi opierał się o siatkę, a reszta chodziła w tę i z powrotem czegoś szukając. Gdyby Antonio znalazł się na bliżej zauważył by coś, co by zaniepokoiło go jeszcze bardziej, generała Arturro Selte. Przyglądał się on z zaciekawieniem martwemu ciału Czerwonego barona. Przymocowane do siatki wyglądało jak głębinowa ryba wyrzucona na brzeg. Blade i chude, poznaczone licznymi ranami.
- Nie widzieli mnie, nie widzieli mnie, wywinę się – powtarzał w myślach niczym mantre.
Pobiegł do lasu. Biegł najszybciej jak potrafił. Gałęzie smagały go raz po raz, po twarzy i plecach. Głowa pulsowała tępym bólem, każdy oddech był wyczynem, wzrok przesłoniła mgła.
- Łapać go, celować w nogi!!!
Krzyk generała zdawał się dobiegać z daleka. Przemytnik wiedział jednak, że był o wiele bliżej, niż mógłby sobie życzyć. Przyspieszył jeszcze bardziej, co wydawała się z uwagi na jego kondycje niemożliwością.
- Nie mogę, już nie mogę – pomyślał ale biegł dalej.
Nagle poczuł na twarzy krew. Ściekała strużką z rozwalonego ucha.
- Boże, boże.
- Idioci!!! W nogi!!! Strzelać w nogi!!!
Przeskoczył nad splątanymi korzeniami drzewa i omal się nie wywrócił. Złapał kolkę. Czuł jak zaciska się gdzieś w okolicach brzucha. Mimo to wierzył. Wierzył, że może biegnąć przez wieczność.
I wtedy, właśnie wtedy gdy naprawdę uwierzył, poczuł ból. Kula przeszła czysto przez kolano i utkwiła w pobliskim drzewie. Upadł i zarył twarzą w ziemię. Odór gnijących liści wypełnił mu nozdrza. Zagarnął rozpaczliwie ziemię. Spróbował się podnieść. Upadł ponownie, jeszcze bardziej boleśnie, bo dotarło do niego. To koniec.
Kilka sekund później stał nad nim generał Arturro Selte. Był tylko lekko zdyszany i otaczało go 8 żołnierzy.
- Obróćcie. Nie chcemy przecież żeby nam się tu udusił.
Żołnierze błyskawicznie wykonali rozkaz. Wojskowy zorientował się, że skądś zna te twarz. Twarz wioskowego przygłupa z sumiastymi wąsami. Zdjęcie... Tak, dzisiaj dostał kilka zdjęć i wśród nich była fotografia tego człowieka. Antonio Delpiego zwany kapslem. Rozkaz był jasny, wyciągnąć jak najwięcej się da i zabić.
- Wdepnąłeś w niezłe gówno, przyjacielu, a my... My dopilnujemy żebyś się nim zadławił.
Zwrócił twarz do podwładnych.
- Zabierzcie tego śmiecia do dżipa. Potrzebuję delikatnych narzędzi.
***
Zenkiel Birdo spał na kanapie w mieszkaniu córki. Mieszkanie położone w odrapanej kamieniczce na końcu miasteczka wyglądało całkiem ładnie. O ile ktoś lubił stare meble i pożółkłe tapety ,w niegdyś różowe, a obecnie bladoróżowe kwiatki. Córka razem z urzędnikiem jadła obiado-kolacje. Udawali, że nie widzą podjeżdżającego pod kamienicę wojskowego samochodu.
Słyszeli jak wbiegają po schodach na pierwsze piętro. Podbite buciory dudniły o schody. Ojciec nadal chrapał. Pukanie do drzwi, szybkie i mocne.
- Otwierać!
Podbiegła i otworzyła. Żołnierz w czarno-białym mundurze odepchnął ją. Upadła na tyłek. Razem z nim wpadło trzech żołnierzy, każdy z karabinem dłoni. Gdyby oglądała to w telewizji pewnie by się roześmiała. Trzech chłopów z bronią na 60 letniego dziadka, który ledwo chodził i miał bielmo na oku.
Zenkiel zaczął się budzić. Przeciągnął się i otworzył oczy. Zobaczył wylot lufy wycelowany w niego. Zrozumiał wszystko. Niespodziewane zaproszenie, niezwykła uprzejmość zięcia i to dziwne spojrzenie córki. Gdyby nie ta cholerna skleroza...
Dwóch żołnierzy wzięło go pod pachy i zaczęło prowadzić do wyjścia. Zaczął się drzeć na całe gardło.
- Ty suko!!! Ty podła suko jak mogłaś!!!
- Tato to dla twojego dobra!
- Dla mojego dobra najlepiej byłoby, gdybyś się nigdy nie urodziła!!!
Rozpłakała się.
- Jesteś sprzedajną dziwką!!! – dobiegło ją z dołu.
Gdy krzyki ustały a ona dalej płakała mąż podszedł do niej. Objął ją ramionami i przytulił.
- Ciii... Wszystko będzie dobrze.
Spojrzała na niego z jakimś strasznym niezrozumieniem w oczach. Wyrwała się.
- Nic nie będzie dobrze! Wiesz co mu zrobią?!
- Wiesz, że te pieniądze były nam potrzebne...– zaczął cicho.
- Nie waż się tak mówić! To ty mnie namówiłeś!
- I ja muszę cię uciszyć – powiedział smutno.
- Co?!
Strzelił ją otwartą dłonią w twarz.
- Przynosisz mi wstyd. Wielki wstyd.
- Przepraszam. Naprawdę przepraszam, nie wiem co mnie opętało.
- Ja wiem. I wiem jak to wypędzić. Chodź do kuchni.
- Nie proszę, poprawie się, j-ja zrobię wszystko co zechcesz, tylko proszę...
- Chodź do kuchni. Wiesz, że tak musi być.
***
Zapadła noc i pełen obaw Perto Udera, wraz z żoną i co cenniejszymi rzeczami, wyjechał z rezydencji. Pani Udera siedział wciśnięta w fotel i z całej siły zaciskała ręce na oparciach.
Światła reflektorów co rusz wyławiały z ciemności rozmaite kształty. Dyrektor jechał powoli a ręce przeraźliwie mu się trzęsły. Gdy już prawie dojechali do końca miasteczka zauważył, że drogę zagradza ciężarówka. Przeraźliwie zardzewiała, dało się to zauważyć nawet przy słabym świetle. W kabinie kierowcy coś się poruszyło. Żołnierz wysiadł otwierając przeraźliwie skrzypiące drzwi.
- Wysiadać! W tej chwili wysiadać!
Perto spokojnie wypełnił polecenie i uniósł ręce do góry. Wojskowy zaświecił mu latarką w oczy, na co dyrektor skrzywił się nieznacznie. Dopiero teraz zauważył, że wartownik w jednej z rąk trzyma pistolet.
- Kto tam jest?! – wskazał tylne siedzenie pistoletem.
- Moja żona. Kochanie – obrócił głowę w kierunku otwartych drzwi – wysiądź proszę.
Wysiadła cicho pochlipując.
- Przedstawić się! Najpierw ty, później ona!
- Nazywam się Torsten Ornat – powiedział szybko – a to jest...
- Niech mówi sama! Ty! Mów jak się nazywasz!
- Ja... Nazywam Kiba Ornat.
- Czemu próbowaliście wyjechać z miasta!?
- Przejeżdżaliśmy przez to miasto, podróżując do chorej teściowej. Zabraliśmy ze sobą dużo rzeczy bo nie ma zbyt wyposażonego mieszkania.
- Całkiem ładna bajeczka... Wasz samochód zostaje zarekwirowany razem z zawartością. Wy udacie się do aresztu!... Zaraz, zaraz ty jesteś Perto Udera!
Żołnierz uśmiechnął się szeroko. Perto uznał, że zaprzeczanie w takie sytuacji jest bezcelowe.
- Ty sukinsynu – kontynuował żołnierz z uśmiechem – pewnie w samochodzie masz fałszywe dokumenty?
Udera skinął głową.
- Nieważne, masz pozdrowienia od Generała. Twój przyjaciel Kapsel jest w dobrych rękach.
Wciągnął gwałtownie powietrze. Było gorzej niż przypuszczał.
- Czerwony baron nie jest już ci nic winny... Możecie iść do domu. Jeśli życzycie sobie jednak eskorty, mogę wam towarzyszyć.
- Nie, nie trzeba ale dziękujemy.
Dopiero gdy żołnierz wsiadł do jego samochodu dyrektor opuścił ręce.
- Chodź, idziemy.
Wziął ją za rękę i odszedł w ciemność.
***
Teatr był naprawdę wielki. Zupełnie nie pasował do tej małej mieściny zwanej La Escondida. Był doskonałym przykładem kiczu. Z wzorowanych na grecką modłę kolumn zwieszały się elektryczne lampy. Schody wyrzeźbione w piaskowcu zostały wyposażone w metalowe, pokryte skórą, barierki. Zaś główne, ogromne, dębowe drzwi nie dawały się otworzyć, więc wszyscy korzystali z bocznych.
Ten przedziwny twór powstał przez jeden z kaprysów Ojca Narodu. Trzy lata temu usłyszał, że każdy przywódca nie prowadzący wojen powinien być mecenasem sztuki. W pełni z tą opinią się zgodził. Kazał, więc wybudować teatr według własnego projektu. Na dodatek teatr miał powstać w jakimś małym miasteczku. Wielkimi kosztami ten potworek został ukończony rok temu.
W odległości mniej więcej kilometra od teatru powstawał jeszcze wstrętniejszy budynek. Noclegownia zbudowana z blachy, betonu i nienawiści ślepców. Nie musieli co prawda pomagać przy pracy, mimo to czuli się podle. Zabrani od rodzin, jedząc gęstą breję będącą rzekomo zupą i śpiąc pod gołym niebem.
Perto nic o tym nie wiedział i pewnie nie chciałby wiedzieć. Minęły dwa dni odkąd próbował ucieczki. Dzisiaj miała odbyć się pierwsza próba o czym został powiadomiony przez telefon.
Szybko się ubrał i wyruszył na piechotę do teatru. Dotarł tam o szóstej. Na schodach siedział generał. Pochylony, bazgrał po nich kredą. Perto nie za bardzo wiedział co zrobić. Spodziewał się spotkać Seltego dopiero w gabinecie. Wtedy sytuacja byłaby jasna. Wymieniają pozdrowienia i zaczynają rozmowę, a tutaj... Co powinien zrobić? Krzyknąć – „Witam pana Generale”? Mógł go przecież obrazić.
Nie musiał się już tym przejmować. Arturro go zauważył i wstał.
- Dzień dobry dyrektorze!
- Dzień dobry generale! – odkrzyknął.
Selte obrócił się w kierunku kolumn.
- Przyprowadźcie ich! Biegiem!
Zza każdej kolumny wybiegło kilku żołnierzy i pospieszyło do tylnych drzwi. Czterech zostało. Przyglądali się Pertowi ze szczytu schodów, gdy ten zmierzał szybkim krokiem do generała.
- Przyjacielu – uścisnął mocno rękę dyrektora – mam dla ciebie niespodziankę.
- Jaką?
- Sam zobaczysz... A teraz usiądź, zajmie im to trochę czasu.
Usiedli.
- Perto, masz żonę?
- Tak.
- Dobrze gotuje?
Dyrektorowi wcale się nie podobał kierunek w jakim zmierza ta rozmowa. Może Selte chciał wpaść na uroczą kolację? Uroczą tylko dla niego.
- Okropnie – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Ciągle coś przypala. Dlatego mamy kucharkę, Margaritę. Robi znakomite zupy.
- A jaka jest ta... Margarita?
- Gruba i brzydka – Udera pozwolił sobie na uśmiech. – Żona sama wybrała taką.
- Tak. Szczęśliwy życie tutaj prowadzisz przyjacielu. Masz żonę... Miałem parę. Za każdym razem okazywało się coś nie tak. A ja tak się o nie martwiłem... Bardzo się martwiłem. I tak ciągle od nowa.
Dyrektor przypatrywał mu się zaniepokojony.
- Ale nic to. Zobacz już ich prowadzą.
W równym szeregu na schodach ustawiały się dziwne pary. Każdy z żołnierzy, trzymał pod rękę ślepca, ubranego w teatralny strój. Kiedy ustawili się w trzyszeregu, żołnierze opuścili ich. Zostało w sumie 30 osób.
- Powitajcie pana Dyrektora niewdzięcznicy!
- Witamy pana Dyrektorze! – zawołali chórem ponuro.
- Z życiem, bo weźmiemy was w obroty!
- WITAMY PANA DYREKTORZE!!!
Niektórzy zaczęli kaszleć. Generał podszedł do „aktorów”. Musieli w jakiś sposób wyczuć jego obecność bo natychmiast się wyprostowali.
- Chodź Perto, chodź. Widzisz tego tutaj – wskazał na staruszka ubranego w smoking. Miał piracką przepaskę na lewym oku. – Nie wiem co z nim zrobić.
Spójrz – podniósł przepaskę pod którą kryło się zdrowe oko.
Udera zrozumiał. Było za mało ślepców w miasteczku, więc brali i tych gorszego sortu. Pół ślepych na przykład. Perto widział nóż przymocowany do pasa, przy którym generał co chwilę gmerał.
Dyrektor nie miał najmniejszej ochoty patrzeć na zabiegi generała. Co prawda kiedyś zlecał przemyt alkoholu, narkotyków ale to nie było to. To była czysta robota. Zawsze wszystko odwalał Kapsel albo ktoś inny. No może oprócz tego aktora. Osobiście przyglądał się temu jak wykańcza go Kapsel. Kto to widział, obłapiać damę dyrektora?
- Nic nie rób. Niech zostanie tak jak jest... Ta opaska to świetny pomysły, jak na to wpadłeś?
- To? Po prostu wziąłem co było pod ręką.
- Aha. Więc wszyscy potrzebni są.
- Wszyscy.
Udera obszedł zbiorowisko aktorów udając, że każdemu z nich się uważnie przygląda. Tak naprawdę obserwował jedynie generała. Wrócił do wojskowego.
- Wspaniale! Znakomicie! Biorę ich wszystkich!
Selte uśmiechnął się szeroko.
- Próba jutro?
- W żadnym wypadku przyjacielu, dzisiaj, tego pięknego słonecznego dnia.
***
Scena była ogromna. Różnokolorowe lampy zwieszały się nad nią. Były wyłączone. Mimo to było tutaj całkiem jasno. Przez szklany sufit doskonale było widać, że zanosi się na bezchmurny i upalny dzień.
Na czerwonych siedzeniach, tuż przy scenie, rozmawiali Udera i Selte.
- Co teraz oni robią? – generał wskazał na aktorów krzątających się przy ślepcach.
- Pomagają im się uczyć tekstu.
- Ile im to zajmie, godzinę?
Perto gdyby mógł zmarszczyłby czoło. Wiedział, że Arturro jest laikiem w dziedzinie teatru ale nie spodziewał się, że aż takim. Myślał jak nie wnerwić tego laika. Wiadomo przecież, że ludzie najbardziej nie lubią wytykania głupoty.
- Trochę dłużej.
- Trochę dłużej?
- Tydzień...
- Tydzień! Na boga, mi zapamiętanie rozkazów zajmuję 15 minut. Co oni będą robić w tym czasie? Pierdzieć w deski? Zdajesz chyba sobie sprawę, że zostały niecałe trzy tygodnie.
Tak, w 15 minut zapamiętujesz trzy słowa, zabij ich wszystkich – pomyślał dyrektor.
- Tak zdaje sobie z tego sprawę. Opanowanie tekstu to jednak nie tylko jego zapamiętanie. To także umiejętność jego odgrywania.
- Pouczasz mnie?
- Nie, w żadnym wypadku, tylko informuje.
- To dobrze... Ile tu jest stopni? - wypalił niespodziewanie generał.
- Co? 22.
- A na dworze 34. Źle, bardzo źle. Następnym razem ma być tutaj 30. Przecież, przyjacielu, nie chcemy by ktoś się przeziębił, prawda?
Dyrektor nie był tym zachwycony. Przecież ani razu się nie przeziębił. Spojrzał na wojskowego. Nie... Nie przekona go. Święcie wierzy, że to co powiedział jest właściwe.
- Tak. Oczywiście. Zrobię to najszybciej jak będzie to możliwe.
Patrzyli w milczeniu na ślepców. Aktorzy siedzieli na krzesłach i czytali im ich role. Udera zwrócił uwagę na grubego faceta w przeciwsłonecznych okularach, ubranego wojskowy mundur. Ten miał odgrywać Ojca Narodu. Był w zdecydowanie najgorszej sytuacji ze wszystkich „aktorów”. Miał najwięcej tekstu i to na nim będzie skupiona uwaga publiczności.
Poszukał wzrokiem dziadka z piracką przepaską. Jest. Uczył się tekstu razem z jakąś ślicznotką. A... To ona. Zmarnował na jej kochasia sporo nerwów i w końcu przy niewielkiej pomocy Kapsla, ukatrupił śmiecia. Postara się z dziadka zrobić konferansjera. Nie ma wiele do zapamiętania i prawie w ogóle się nie przemieszcza. Nie była to litość. Gdyby przedstawienie się nie udało... Nawet nie chciał o tym myśleć.
- Perto, na mnie już pora.
- Do zobaczenie generale.
- O tak. Na pewno.
Uścisnął spracowana rękę generała. Coś huknęło. Generał natychmiast schował się za krzesłem, Perto poszedł za jego przykładem. Na scenie zrobił się zamęt. Aktorzy biegali we wszystkich kierunkach. Ślepcy też próbowali uciekać, jeden z nich spadł ze sceny.
- To tylko worki! To tylko worki! – krzyczał młody aktor.
Selte wychylił się zza siedzenia. Aktorzy będący teraz po obu krańcach sceny szeptali nerwowo. Niektórzy się śmiali. Ślepcy leżeli na deskach. Wyglądali jak ryby wyrzucone na brzeg. Całkowicie bezradni.
Arturro podbiegł do sceny. Gniew wykrzywił jego twarz.
- Myślisz, że przestraszyłbym się jakiś worków!?
- Ale ja tylko...
- Milcz!!! Wśród was jest zdrajca! Ktoś musiał przeciąć sznury! Żołnierze do mnie!
Jasne... Zawsze jest zdrajca. Tak naprawdę jesteś tylko tchórzliwym, sadystycznym gnojem. – pomyślał Perto.
Żołnierze przybiegli natychmiast.
- Dlaczego, do ciężkiej cholery, nic nie zrobiliście?!
Milczeli. Generał przypatrywał się im uważnie. Gdyby wzrok mógł zabijać, wszyscy byliby już martwi. Cisza się przedłużała. Wszyscy przypatrywali się tej niezwykłej scenie.
- Generale, to były tylko worki...
- Milcz żołnierzu! Bierzcie tego aktorzynę! A ty – wskazał na żołnierza – będziesz czyścił kible gołymi rękoma. Może cię to czegoś nauczy. Wy – zwrócił twarz w kierunku aktorów – mam dla was wiadomość parszywe gnoje. Odbędzie się oficjalne śledztwo. Nikt z was do czasu jego rozpoczęcia nie ma prawa wyjść, z tego budynku. Zrozumiano?!
Podszedł do Udery. Dyrektor teatru był przestraszony. Nie dość, że ten fałszywy alarm, to jeszcze teraz dochodzenie.
- Nie martw się, przywrócimy ład w tym miejscu.
- Przecież tutaj jest porządek, ten drobny wypadek...
- Gdybym ja tutaj rządził ten WYPADEK nie miałby miejsca! Nie ma dyskusji. Jutro zostanie zorganizowane przesłuchanie. Masz na nim być.
- Dobrze.
- To wszystko... Wracaj do domu, do żony i ciesz się. Ciesz się póki ją masz. Życie jest ulotne.
Odszedł. Ten teatr był już martwy. Skazany na zagładę.
***
Zupa była zimna i przesolona. Mimo to jadł łapczywie. W obozie były tylko dwa posiłki dziennie – rano i pod wieczór.
Śmierdziało. W całym obozie śmierdziało. 30 niemytych ciał i jedna toaleta. Nikomu jednak to nie przeszkadzało. Generał był zachwycony. Prawdziwa sól tej ziemi jest brudna, pamiętajcie – powiedział.
Wszyscy jedli przy ogromnym stole na dworze. Za każdym ze ślepców stał żołnierz. Zenkiel Birdo przyzwyczaił się do tego. Szybko się przyzwyczajał. Nie miał w końcu wyboru.
- Skończyłeś? – spytał żołnierz.
- Tak.
Żołnierz wziął go za rękę i zaprowadził do noclegowni. Staruszek nie tak dawno temu podejrzał ten budynek zdrowym okiem i stwierdził, że jest obrzydliwy. A dokładniej – wyglądał jak kupa gówna w którą włożono kupę blachy.
Byle jak położone pustaki składały się na ściany. Przy odrobinie samozaparcia można by było wspiąć się po nich na dach. Jednak było to bezcelowe. Dach tworzyły bowiem cienkie, pordzewiałe kawałki blachy. Załamałyby się natychmiast pod ciężarem dorosłego człowieka. Z dachu roztaczał się widok na cały obóz. Dwie ciemno-zielone ciężarówki zaparkowane koło lasu, trzy namioty w których spali żołnierze, ogromny biały stół w centrum i noclegownia na zachód od niego, to wszystko.
W noclegowni śmierdziało strachem i starym moczem. Przez nieliczne okna wpadało światło zachodzącego słońca. Byli tutaj wszyscy: stary Sancho, moczymorda Benito i inni, których znał tylko z widzenia.
- Do łóżek, już! – krzyknął jeden z żołnierzy.
Aktorzy wypełnili rozkaz z ociąganiem. Wpadali na siebie i co chwila któryś z żołnierzy musiał nakierowywać ślepca. W końcu trafili do łóżek. Zenkiel westchnął z ulgą. Rytuał powtarzał się codziennie. Dzisiaj przebiegał nawet całkiem spokojnie. Zazwyczaj żołnierze bawili się z nimi. Popychali, podstawiali nogi, takie ich małe radości. W końcu musieli się codzienni opiekować tymi bezużytecznymi śmieciami. Nigdy nie posunęli się dalej – bezpośredni rozkaz generała.
Żołnierze wyszli z noclegowni. Cisza. Słychać było tylko brzęczenie much i świszczące oddechy co starszych aktorów.
- Śpisz Benito? – spytał sąsiada Birdo.
- Próbowałem. Czego kurwa chcesz?
- Opowiedz jak cię zabrali. Ja ci opowiedziałem.
- A ja kurwa nie słuchałem. Idź lepiej spać, albo obaj dostaniemy po dupie.
Benito przewrócił się z boku na bok. Gdyby było więcej światła Zenkiel mógłby dostrzec, że ręce znajomego alkoholika się trzęsą. Źle znosił przymusowy odwyk. W obozie dostęp do alkoholu mieli jedynie żołnierze.
- Mam coś...
- Wkurwiając gadkę.
- Nie...
W ciemnościach coś zachlupotało. Moczymorda przygryzł wargi. Czyżby staruch miał...
- Robisz ze mnie wała, to tylko woda.
- Z poważnymi ludźmi robię poważne interesy. To najlepsza Tequilla jaką miałem w domu.
- Ale jak?
- Myślisz, że chciało by się im obmacywać śmierdzącego starucha? – skrzywił się. - Zawsze miałem coś ze sobą, wiesz, na wypadek gdyby zabrakło pieniędzy w barze. To co robimy interes, czy nie?
- Dobra, ale najpierw przyjemność.
- O co to nie. Zaraz byś wychlał wszystko, zasnął pijany i tyle by było z opowieści. Opowiadaj a ja pomyślę czy ta historyjka jest coś warta.
- Ty sk...
- Zamknij się chłopcze. Nie trać zbędnego czasu i przejdź do rzeczy. Nie mamy przecież całej nocy.
Benito myślał. Rzadko mu się to zdarzało, bo nie często był trzeźwy tak jak teraz. Czy zgodzić się na propozycję starucha. A jeśli kłamie? Jeśli tak, to nawet nie będzie mógł mu odpłacić – żołnierze stale pilnowali. Benito miał jednak nadzieję.
- Niech ci będzie.
- No to zaczynaj.
Benito chrząknął.
- Znasz moją żonę prawda?
- To ona?...
- Nie, – zaprotestował stanowczo pijak - nie miała prawa. Zawsze trzymałem ją na krótkiej smyczy.
Rzeczywiście. Żonę Benita nieczęsto widywano w miasteczku. Jeśli już się pokazywała, to tylko ubrana w płaszcz, szalik i przeciwsłoneczne okulary. Mimo tego ubioru doskonale było widać siniaki na jej ciele. Nikt, nigdy się o to nie spytał. W miasteczku było to normalne. Ludzie patrzyli a baby plotkowały, to też było normalne. Nienormalność i zło nie miały dostępu do tego miasteczka. Myśleli tak prawie wszyscy a gdy większość myśli, że coś powinno być inne niż jest, to po pewnym czasie rzeczywistość się zmienia. A gdy pojawi się jakiś odstępca to natychmiast jest wyszydzany, a jego słowa idą w zapomnienie. W ten sposób toczyło się tutaj życie.
- To ten czterooki skurwysyn, szef. On mnie wpakował w to gówno. Wiesz jaką on ma gładką gadkę, no nie? Więc dzwoni do mnie ten jebany wymoczek i mówi coś w stylu – Benito napijmy się no po kielonku i powspominajmy dobre czasy. Może zaprosimy jakieś panienki albo co. Wtedy, kurwa, jeszcze miałem jebany wzrok... I poszedłem jak idiota, jak gówniarz jakiś nie wyrobiony, chwile nawet się nie zastanawiałem po jaką cholerę, szef, zaprasza gościa z upadłej fabryki, ale liczył się tylko kielonek. Najpierw jednak obrządziłem babę jak trza i dałem jej trochę do roboty.
- Trochę?
- No tyle co zwykle, wyszorować wszystkie podłogi, umyć okna, w końcu syfu w domu nie toleruje. Kurwa czysty jestem, a nie jakiś śmietkniowiec . Dobra o czym to ja... Więc wybrałem się na piechotę i...
- To możesz sobie darować. Znam to miasto.
- Dobra, jak chcesz. Dom miał niezły, to muszę przyznać. Czysty, duży, takie dworek no nie, wiesz, na obrzeżach tej mieściny, koło dyrektorka teatru. Podchodzę do żelaznego płota i patrzę, nigdzie dzwonka to ca mam robić, usiadłem na dupie i pomyślałem – zapraszali? Zapraszali. To niech się kurwa pofatygują ja nie będę się męczył. Szukał jakiś pieprzonych dzwonków, dryndków czy innego śmiecia. I tak se nic nie robiłem prze jakiś czas. Aż tu nagle...
- Wielka bakteria.
- Co ty pierdolisz?
- Żart taki. No nic, opowiadaj dalej.
- No i nagle podbiega do mnie pies. Nie jakiś tam pies. Wyglądał jak pieprzony Frankenstein, morda paskudna, wielki, no i śmierdzący oddech, taki kurwa jakby zeżarł śmietnik. Patrzę na niego, on patrzy na mnie i warczy skurwiel jeden. Patrzym tak na siebie i myślę sobie – kurwa to najwstrętniejszy pies jakiego widziałem. I jak sobie nie rzygnę. Wszystko poleciało na psa a ten spieprzał tak, że mało zakrętu nie wyrobił. A jak piszczał...
- Robisz ze mnie idiotę? Takie bajeczki to kolegą możesz wciskać, nie mnie. Przejdź do rzeczy, albo z cennej buteleczki nici.
- Dobra kurwa, tylko się nie denerwuj – powiedział wyraźnie zdenerwowany Benito.
Zenkiel był całkowicie spokojny – tak czy inaczej wygra. Jeśli usłyszy historie to odda niepotrzebną butelkę, Tequilla w niej była cholernie mocna, za mocna jak na takiego staruszka. Jeśli nie to cóż – będzie miał chwile rozrywki z tym głupkiem. Podrażni go odrobinkę.
- Więc siedziałem sobie na kanapie razem z tym skurwielem. Gadamy, rozmawiamy, ogólnie przyjemna atmosferka, mimo że koło nas było dwóch goryli.
- O czym rozmawialiście?
- Takie tam, pierdoły, „co u twojej żony?”, „masz dzieci, ja mam trójkę” i inne takie teksty. Gadki o niczym koło dupy. No i w końcu się spytałem skurwiela po co on mnie zaprosił, nie zaprasza się w końcu kurwa takich jak ja na drogą wódkę, no nie? No i on przestaje się uśmiechać, bo uśmiechał się przez cały czas, jak klaun w jebanym cyrku. I mówi wtedy, zapamiętałem kurwa każde jego słowo: „Widzisz Benito są ludzie tacy jak ty – żałosne śmiecie, jedyną władze jaką mają to gówno warta władza nad żoną. I są ludzie tacy jak Ja – inteligentni, dobrze usytuowani, mający prawdziwą władzę. A wiesz, do czego potrzebni są tacy jak ty ludziom takim jak ja? Żeby żyć jeszcze lepiej.” No i wyjął z kieszeni jakąś kartkę i czyta. Było coś tam o ślepych i że nagrody za wydanie ich są. A jak już przeczytał to powiedział: „To nic osobistego Benito, uwierz, akurat ty byłeś pod ręką. Chłopcy bieżcie go.” Nic kurwa osobistego. Nie ma nic bardziej osobistego od... – głos zaczął mu się łamać. – Od czegoś takiego...
Benito zamilkł. Zenkiel czekał, ale sąsiad nie chciał kontynuować opowieści.
- I co było dalej?
- Dobrze wiesz co było kurwa dalej – powiedział wściekle Benito – widziałeś moje oczy. Oczy kurwa, znakomity żart dla jakiegoś pojebusa, ja nie mam oczu... Wydłubali mi je, słysz, masz swoją pierdoloną historię! Wydłubali i rzucili psu!
- Benito ciszej, bo zaraz przyjdą żołnierze.
Benito się wzdrygnął i ucichł. Ci ślepcy, którzy byli bliżej Zenkiela i Benito obudzili się i słuchali. Wszyscy przytomni czekali na żołnierzy. Oni tylko czekali na taką okazję. Okazję do poważnej zabawy. Ale nie przyszli. Może się upili? Może mieli jakąś huczną zabawę? Ślepców to nie obchodziło, ważny był jedynie spokój.
Po długiej chwili Benito powiedział bardzo cicho:
- Nienawidzę tego, jak ja tego nienawidzę. Ciągle tylko ciemno i ciemno. I ten smród tutaj, jakby rozkładał się trup.
Pijak przesadzał, ale naprawdę niewiele. Nie śmierdziało tutaj aż tak tragicznie, chociaż człowiek o słabszym żołądku pewnie nie wytrzymałby długo.
Birdo przysunął się do lewej krawędzi łóżka. Wyciągnął w kierunku sąsiada rękę.
- Masz, ta historia była naprawdę dobra.
Brak reakcji. Trącił go butelką.
- No weź do to do cholery, to ci dobrze zrobi.
Benito wyszarpnął butelkę i pociągnął łyk.
Zenkiel nie mógł zasnąć bardzo długo. Rozmyślał. Zawsze za dużo myślał przez co ludzie mieli go za milczka. Birdo jednak słuchał uważnie i wyciągał wnioski. Dzięki temu na swoje szczęście (lub nieszczęście) odkrył, że żona go zdradza.
Co można było wyciągnąć z historyjki Benito? Niewiele. Wynikało z niej, że osoby na wysokich stanowiskach zostały powiadomione szybciej od zwykłych mieszkańców. Nic niezwykłego.
Zasnął z tą myślą – „to nic niezwykłego tutaj”.
***
Na potrzeby przesłuchania wysprzątano jeden z nieużywanych pokoi. Wyniesiono graty, wniesiona dwa stoły i cztery krzesła. Otwarto na oścież okna i wyczyszczono kafelkowaną podłogę. Wszystko było czyste. Wszystko prócz ludzi. Generał i Dyrektor przekonali się o tym gdy wprowadzono pierwszego prawdziwego aktora. Mimo, że był to dopiero jego pierwszy dzień bez prysznica już od niego śmierdziało. Wszystko przez klimatyzacje, która zgodnie z rozkazami generała właściwie nie działała. Bo co to za chłodzenie o 2 stopnie?
Aktor miał na sobie pogniecione ubranie. Włosy sterczały mu w nieładzie, próbował je doprowadzić do porządku ręką, ale niewiele to pomagło. Wyraźnie widać było, że nie spał zbyt dobrze w nocy.
Najpierw usiedli przesłuchujący. Przesłuchiwany stał czekając na pozwolenie. Mijał minuty. W końcu odezwał się jako pierwszy.
- Przepraszam, czy mogę usiąść? – spytał nieśmiało.
Generał tylko na to czekał. Tuż przed słuchaniem uzgodnił z Pedrem, że żaden z nich nie zezwoli żeby przesłuchiwany mógł siedzieć.
- To ja tutaj zadaje pytania! Jak się nazywasz podły zdrajco?!
- Ja nie jestem...
- Milczeć! Mów na temat!
- Nazywam się Palre Oltre. Moją matką jest Frlicia Oltre a ojcem...
- Dość. Nie będziemy zajmować się tutaj twoją rodziną. Może później...
Udera patrzył ponuro, to na generała, to na Palrego. Nie podobało mu się to śledztwo. Znając Generała zakończy się kilkunastoma mordami. A teraz te pytania.
- Generale, może byśmy zaczęli właściwe przesłuchanie.
Arrturo uśmiechnął się krzywo do dyrektora.
- Przesłuchanie zaczęło się już dawno temu, przyjacielu. W chwili, gdy któryś z tych śmieci próbował zrobić zamach!!!
Selte powiódł wściekłym wzrokiem po pokoju, jakby spodziewał się że z każdego kąta wyskoczą zamachowcy.
Palre trząsł się cały. Patrzył w podłogę nie ważąc się nawet na chwile podnieść wzroku. Gdyby spojrzał w górę ujrzałby legendę. Potwora z bajek, przed którym ostrzegają matki.
- Siadaj, nie chcemy w końcu żebyś nam tu zemdlał.
- Dziękuje generale – powiedział cicho aktor.
- Nie dziękuj. Jeszcze zdążysz mnie znienawidzić.
Generał pochylił się konspiracyjnie nad dyrektorem i zaczął mu coś mówić do ucha. Ten skrzywił się nieznacznie i wskazał kilka zadrukowanych kartek leżących na stole. Arturro przyciągnął je do siebie i zaczął czytać. Nagle zaczął wściekle drzeć je na kawałki.
- To bzdury, nie będziemy tak prowadzić przesłuchania.
- Ale to przepisy...
- Tutaj ja ustalam przepisy i zasady, przyjacielu. Jeśli masz jakieś wątpliwości to proszę, droga wolna, możesz mnie sprawdzić. Mam pełnomocnictwa podpisane przez samego Ojca Narodu.
- Nie trzeba, wierze na słowo. Więc jak będziemy prowadzić przesłuchanie?
- To proste, ty słuchasz ja pytam.
Dyrektor podrapał się po ręce. Oczywiście nic nie będzie notowane. Nie daj boże mogłoby wtedy wyjść, że zarzuty są bezpodstawne, a zeznania równie prawdziwe jak legenda o ślepym snajperze.
- Zaczynajmy więc.
- Czy miałeś jakiekolwiek kontakty z grupą RGW!?
RGW czyli Radykalna Grupa Wyzwoleńcza była organizacją, która wielokrotnie próbowała zorganizować zamach na Corteza Wellsa. Tak naprawdę owa organizacja była czystą fikcją, wymysłem specjalistów od propagandy. Gdy coś nie szło tak ja trzeba winę zwalano na RGW i jej niecne akcje dywersyjne. Następnego dnia po takich „akcjach”, w telewizji można było usłyszeć, jak to bohaterscy żołnierze zabili, jednego z członków tej zbrodniczej organizacji.
- Ja... Nigdy o nich nie słyszałem.
- Nie o to pytałem! Na moje pytania masz odpowiadać TAK, lub NIE! Zrozumiano?
- Tak.
- Acha, więc przyznałeś się właśnie do przynależności do owej wywrotowej, podstępnej organizacji, czy tak?
- Nie! Ja myślałem...
- Dość! Co ty próbujesz sugerować? Słyszałem wyraźnie, a obecny tutaj pan Perto Udera potwierdzi.
Potwierdzi, potwierdzi, a jak generał zechce, to i zaśpiewa, i zatańczy.
- Wyprowadzić go! Usłyszałem już wszystko, co chciałem usłyszeć.
Palre zerwał się z krzesła i podbiegł do generała. Zatrzymał go żołnierz, który do tej pory opierał się o drzwi. Przesłuchiwany wyrywał się i krzyczał jak zarzynany kozioł:
- Jestem niewinny!!! Dlaczego to robicie!!!
Generał podszedł do niego i z całej siły uderzył go w policzek otwartą dłonią. Palre umilkł. Z oczu ciekły mu łzy a z nosa zwisały smarki. Dla generała był teraz najwstrętniejszą rzeczą na świecie. Śmieciem, smarkiem, słabeuszem - wszystkim czego nienawidził.
Wojskowy przybliżył się do dyrektora i zaczął mówić mu do ucha.
- Zdradzę ci wielką tajemnice. Jesteś winny, winny, winny, winny. A dlaczego to robimy? Bo możemy!!!
Selte odsunął się od Pelrego i zawołał radośnie:
- Wiem że mnie słuchacie śmiecie!!! Wiecie dlaczego mu to robimy?!!! Bo możemy!!! Możemy wszystko!!! Zapamiętajcie to dobrze!!!
Generał popatrzył na żołnierza trzymającego Pelrego, jakby widział go po raz pierwszy.
- Co tak stoisz? Zabieraj go wreszcie.
Żołnierz natychmiast wypełnił rozkaz. Zostali teraz sami – Dyrektor i Generał. Zza drzwi słychać było nerwowe szmery.
- Czy to było konieczne? – zapytał niepewnie Perto.
- Tak. Tak, wszystko co robię jest konieczne. Pamiętaj o tym dobrze przyjacielu, nie znam nikogo kto by sądził inaczej.
Następny aktor wejdzie za 5 minut. I znowu zostanie odegrane przedstawienie. To w końcu teatr.
***
Kiedy zakończyły się przesłuchania dyrektor wcale nie był zadowolony. Tak, westchnął z ulgą i mógł się tylko cieszyć, że usuniętych zostało jedynie 10 aktorów. Ale... Dotarły do niego niewesołe wiadomości. Ślepcy co prawda znali tekst, lecz kompletnie nie wychodziło im odgrywanie ról. Wpadali na siebie, nie chwytali właściwie rekwizytów a w skrajnych przypadkach spadali ze sceny. Beznadzieja.
Czasu zostało niewiele. Zaledwie pięć dni do próby generalnej. Każdy był zdenerwowany i niewyspany. Tylko nie żołnierze. W każdym pokoju był przynajmniej jeden z nich. Wyglądali jak posągi, stali nieruchomo i śledzili wzrokiem. Nie rozmawiali.
Perto siedział na siedzeniu ustawionym tuż przy scenie. Siedział sam. Generał nie przyszedł. Udera jakoś nie zastanawiał się nad tym faktem. Nie przyszedł to nie przyszedł, sprawa prosta. Dyrektora pochłaniał teraz problem gry aktorskiej ślepców. Nie miał zupełnie głowy to zajmowania się takimi bzdurami, jak to czy ktoś jest, czy kogoś nie ma.
Ruch na scenie zaczął zamierać. Rozmowy cichły, zwyczajni aktorzy się rozchodzili. Perto spojrzał na zegarek, dochodziła godzina 19. Zaczął szukać wzrokiem Hermesa.
Hermesem dyrektor nazywał Gerta, młodego aktora o spalonej słońcem twarzy. Kiedy zaczęły się przesłuchania dyrektor doszedł do wniosku, że nie będzie miał sił, patrzeć na próby aktorskie ślepców. Uzgodnił co trzeba z generałem i Gerta stał się nietykalnym posłańcem. Miał kontrolować aktorów i składać sprawozdania dyrektorowi. Poganiać ich, krzyczeć a jak trzeba to i pogrozić. Pracę tę wykonywał niezwykle skutecznie, dzięki czemu szybko został znienawidzony.
Gerta właśnie schodził ze sceny. Był zgarbiony, ręce mu zwisały bezwładnie, wyglądał niczym stary tragarz, który przez całe życie dźwigał wszystko na plecach.
- Szybciej chłopcze, szybciej.
Hermes wyprostował się równie nagle jak pajacyk w rękach lalkarza. Uśmiechnął się szeroko i przyśpieszył kroku.
- Jak się cieszę, że widzę pana tutaj, dyrektorze – powiedział przymilnie.
- Skończ z tymi pierdołami – burknął dyrektor. – Siadaj – wskazał na siedzenie po swojej lewej stronie.
Posłaniec momentalnie przestał się uśmiechać. Usiadł i jakby skurczył się w sobie. W obecności dyrektora czuł się jak dziecko.
- Jak idą przygotowania?
- Um... Dobrze, znakomicie panie dyrektorze. Ślepcy doskonale zapamiętali rolę i...
- Jezu, mówiłem chyba coś przed chwilą chłopcze? Interesują mnie fakty a nie pieprzenie po próżnicy. Mów co wiesz. I nie bój się tak w końcu, – dyrektor rozejrzał się po sali, najbliższy żołnierz stał jakieś 10 metrów od niego – nie jestem sadystycznym popaprańcem jak nasz kochany generał... Ale lepiej nie mów o tym nikomu. Ja też mam pewne możliwości.
- Tak panie dyrektorze. Aktorzy oni no cóż są..
- Wykrztuś to z siebie wreszcie, nie mamy dużo czasu.
- Nie umieją grać. Kompletnie.
Dyrektor odwrócił się od niego.
- Kurwa, kurwa! – walnął pięścią w podparcie. – Co za gówno...
Perto patrzył teraz na scenę. Czuł się taki sam jak ona. Pusty. Na raz bezwiednie przypomniało mu się kiedyś zasłyszane sentencja. Świetnie pasowała do sytuacji.
- Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają. Miał rację, cholerną rację... Byłem wtedy słaby a ty to wykorzystałeś. Chłopcze, dlaczego kłamałeś?
- Ale ja...
- Nieważne – machnął ręką – ważne, że wiem co zrobię. Z tobą. Ale mów jeśli musisz.
- K-k-łamałem, panie Dyrektorze, to muszę przyznać. Pan był taki zestresowany i nie chciałem...
- Zamknij się. Muszę pomyśleć.
Gerta kłapnął głupio szczęką i zamilkł. Nad czym mógł rozmyślać dyrektor? Kara, o tak na pewno rozmyślał, jaką karę zadać biednemu posłańcowi. Nad jaką to okrutną torturą rozmyśla tak długo Perto? Gerta wyobrażał sobie coraz to nowsze scenariusze, straszliwej męki. Tymczasem dyrektor, zamknięty w świecie swoich myśli nie zauważył, że Gerta zaczął wystukiwać palcami nerwowy rytm, na oparciu siedzenia. Udera próbował sobie przypomnieć wszystko, co słyszał o ślepcach. I nagle zrozumiał, co mu nie pasowało. To było przecież takie oczywiste.
- Gerta, nie zauważyłeś czegoś ciekawego u tych „aktorów”?
- Um... Prawie wszyscy pochodzą z biednych rodzin. Rodzin z problemami finansowymi.
- Co jeszcze chłopcze, co jeszcze?
- Oni chyba... Nie są naturalnymi ślepcami. Mają świeże okaleczenia przy oczach.
- Brawo chłopcze, choć szkoda że doszedłeś do tego dopiero teraz... Oni są zupełnie nieprzydatni, a my musimy wymyślić, coś żeby było odwrotnie. Normalny ślepiec jeszcze by się orientował na scenie, a tak.
Gerta popatrzył ukradkiem na dyrektora, a ten odpowiedział spojrzeniem. Posłaniec zaczął wodzić wzrokiem po scenie. Co robić? Jeśli znalazłaby rozwiązanie tego problemu Perto pewnie darowałby mu życie. Ale to nie jest zadanie dla niego. Zawsze był tylko chłopcem na posyłki. Inni myśleli, on wykonywał rozkazy.
Dotarł wzrokiem do krańca sceny. Zwisał tam bezwładnie gruby, konopny sznur służący do opuszczania i podciągania kurtyny. Świetnie by się nadawał do szubienicy. Ale nie... Ten sznur kojarzył mu się z czymś jeszcze. Dzieciństwo. Urodziny. Doskonale pamiętał tamten radosny i słoneczny dzień. Szary, szorstki papier w który był zapakowany prezent. I radość, ogromną radość, gdy go w końcu ujrzał. Drewnianego pajacyka, którym można było sterować za pomocą sznurków.
- Wiem, wiem! – zakrzyknął radośnie Gerta. Gdzieś uleciał cały strach i została tylko radość. Nie czuł się tak od dawna.
- Nie krzycz tak, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć.
Gerta się zamknął, ale uśmiech przygłupa nadal zdobił jego twarz. Dyrektor zmarszczył czoło.
- No więc mów – powiedział z przekąsem – co też takiego wymyśliłeś, chłopcze?
- Pajace. Wie pan jak wyglądają pajace?
- Oczywiście, siedzi jeden przede mną.
- Nie, nie – kontynuował niezrażony. – One mają sznurki. Pociąga się za sznurki a one się poruszają. Można by tak zrobić ze ślepymi.
Perto zaczął się śmiać ale po chwili przestał. Zmrużył oczy a usta poruszały mu się nieznacznie, zupełnie jakby coś liczył. Nagle spojrzał z uznaniem na posłańca.
- Tak, to wydaje się być rozsądne... No cóż gratuluje, nie spodziewałem się tego po tobie Gerta. Naprawdę.
Gerta spuścił wzroki i uśmiech znikł z jego twarzy. Teraz zada to pytanie. Odpowiedź na nie rozsądzi o jego przyszłości.
- Dyrektorze...
- O co chodzi? Już nie jesteś potrzebny, możesz iść.
Posłaniec wstał. Patrzył teraz z góry na człowieka, który mógł decydować o jego życiu i śmierci. Jakiż wydawał się z tego punktu niepozorny. W czarnych włosach tkwiły liczne nitki siwizny, wątłe ręce kurczowo trzymały się poręczy, a z głowy uniesionej teraz w górę patrzyły na posłańca osadzone dziwnie głęboko oczy. Te wszystkie szczegóły dostrzegł dopiero w tej chwili, wcześniej jakoś ich nie zauważał. Wszystko wydawało się wyraźniejsze.
- Mam do pana, pytanie.
- Mów chłopcze, odpowiem w miarę chęci i możliwości.
- Co... Co będzie ze mną panie Perto?
- Z tobą – dyrektor udawał że się namyśla. – Nic – wypalił radośnie – kompletnie nic. Pozostajesz pracownikiem teatru. A co myślałeś Gerta? Ludzie to nie zabawki, nie wyrzuca się ich od tak, bez większego powodu. Poza tym okazałeś się dzisiaj bardzo przydatny, więc nie musisz się niczego obawiać. Niczego z mojej strony oczywiście, nie wiem jak jest – przeszedł do szeptu – z generałem. No idź już chłopcze bo pomyślą, że spiskujemy albo co. Zamknij też swoją jadaczkę, bo rozdziawiłeś się jak przygłup jakiś.
Dyrektor został sam z żołnierzami. Patrzył jak drobinki kurzu tańczą w promieniach słońca. Chciał by zaczęły płonąć. By spłonęło to wstrętne miejsce
***
Dom. Co czuje człowiek, gdy wraca do domu po ciężkiej pracy? Ulgę? Na pewno. Spokój? Oczywiście. Jednak Pertowi nie towarzyszyło żadne z tych uczuć. Czuł tylko przygnębienie i cichą radość, że znalazł rozwiązanie. Tak naprawdę rozwiązanie znalazł posłaniec.
Powód przygnębienia dyrektora rzucała się właśnie przez sen. Żona Pertego zmieniła się. Schudła. Prawie się nie odzywała. Nie było już nocnych wypadów do lodówki, były za to koszmary. Koszmarne sny, w których z ciemności wyłaniają się szeroko uśmiechnięci żołnierze. I łapią ją, i robią straszne rzeczy, a ona krzyczy, że to sen i nie może się obudzić. Po przebudzeniu, gdy serce się uspokoi, rozmyśla wciąż i wciąż o strzale kończącym sen. Prosto w głowę. Jej głowę.
- Kochanie uspokój się to tylko sen, to tylko sen – mówi Perto potrząsając żoną.
Alita się uspokaja i otwiera oczy. Oczy, których Udera nienawidzi. Oczy trupa, które patrzą, ale nie widzą. Gładzi go po nieogolonym policzku i zasypia.
Perto tłumaczył dzisiaj żonie rozwiązanie. Wymachiwał rękami, krzyczał, śmiał się a ona... Ona tylko słuchała i patrzyła się szeroko rozwartymi oczami w jakiś punkt.
Co ma z nią zrobić? Ten problem nie pozwalał mu zasnąć. Nie mógł się już patrzeć jak karmi ją Margarita. Przypominało mu to o domu starców, który kiedyś odwiedził. Starcy pochyleni nad miską zupy nie mogli utrzymać w ręku łyżki. Pielęgniarki dyskutujące przy podłej jakości kawie, udające że nie słyszą zawodzeń pacjentów. Najlepiej jednak zapamiętał zapach – podobny do tego, jaki panuje w dawno nie sprzątanym strychu tyle, że bardziej duszący.
Obrócił się tyłem do żony i zamknął oczy.
- Nic – wyszeptał. – Nie zrobię nic. Jakoś będzie.
Westchnął ciężko i zasnął. Nie miął tej nocy żadnych snów.
***
- Szybciej, szybciej nie guzdrać się! Liny przywiązać tylko pod pachami. Już, nie zaciskajcie tak mocno, nie widzicie, że jest im niewygodnie!
Dyrektor przyglądał się Hermesowi poganiającemu aktorów. Uwijali się naprawdę szybko ci aktorzy. Chłopak niewątpliwie umiał zagonić do roboty.
Kiedy ślepcy zostali odpowiednio przygotowani do sali wszedł generał. Hermes dostrzegł go natychmiast. Wiedział co zrobić by ceremonii stało się zadość.
- Witamy panie generale!!!
Aktorzy i ślepcy zorientowali się w sytuacji. Wyprostowali się i zakrzyknęli gromko chórem:
- Witamy pana generale!!!
Arturro machnął ręką na znak, że to zbytek łaski.
- Co to jest? – generał wskazał na liny.
- Liny.
- Żarty sobie robisz? Odpowiadaj.
- To są liny, które będą pomagać w grze aktorskiej ślepcom.
- No tak... Oczywiście. A co teraz oni będą robić?
- Próbę. Musimy zobaczyć jak to zadziała w praktyce.
- No tak...
Zaczęła się próba. Włączono maszynę służącą do naciągania zasłon na szklany dach. Zapadły ciemności. Perto wyciągnął rękę przed nos i zamachał, nie mógł jej dostrzec.
- Co ty robisz do cholery? – spytał się generał.
- Nic...
Scenę rozświetliło światło padające z reflektorów. Pierwszy wszedł konferansjer. Był to Zenkiel Birdo , ubrany w gustowny smoking i mający piracką przepaskę na lewym oku. Okropnie się pocił. Nikt nie powiedział mu po co są sznury. Mógł się tylko domyślać. Może to jakaś tortura? Ale za co? Był przecież cicho, bardzo cicho, nie rozmawiał z nikim prócz Benito. Ale on by nie zdradził, nie...
Zenkiel nie usłyszał gongu oznajmiającego rozpoczęcie przedstawienia. Reflektory przygasły tworząc kameralną atmosferę.
- Ej ty, konferansjer mówisz. Przedstawienie... – podpowiedział sufler.
- A tak.
Staruszek podsunął sobie do ust mikrofon.
- Przedstawienie to o młodości i wieku dorosłym Przywódcy Naszego Szlachetnego, Corteza Wellsa.
Nagle poczuł silne szarpnięcie pod lewą pachą. Lina mało nie wyrwała mu ręki. Zawył potępieńczo. Głośniki zabrzęczały ostrzegawczo.
- Nie tak mocno do cholery! Macie go kierować a nie wyrywać ręce! Jak coś takiego się powtórzy to...
- Dalej, kontynuować! – krzyknął generał.
Mimo pulsującego bólu w prawym ramieniu Zenkiel był spokojny. Nie chcieli mu zrobić nic złego. Oni za pomocą tych lin chcą go kierować. Poczuł bardzo lekkie drgnięcie lewej liny. Teraz domyślał się o co chodzi. Zaczął iść w kierunku lewego krańca sceny, jednocześnie mówiąc swoją kwestię
- Czcigodni widzowie, przedstawimy wam najważniejsze wydarzenia z historii Ojca Narodu. Pasjonującej historii pełnej bohaterstwa, zdrady, miłości i czynów tak szlachetnych, że przyćmiewających mroczne strony tej historii.
- Całkiem to dobrze działa przyjacielu.
- Też się cieszę.
- Tylko dobrze ich pilnuj - generał wskazał palcem rusztowanie nad sceną – żeby nie powyrywali rączek naszym aktorom.
- Dopilnuję tego osobiście.
***
Próba generalna dobiegała końca. Gruby aktor, ubrany w wojskowy mundur i przeciwsłoneczne okulary, mówił ostatnią kwestie. Wszystkie światła były skierowane na niego.
- Sprawa nasza jest słuszna. Wróg będzie rozgromiony. Zwycięstwo będzie do nas należeć!
Odszedł za kurtynę powoli, kierowany leciutkimi szarpnięciami obsługujących liny. Widzowie wstali i zaczęli klaskać. Generał uśmiechnął się i szepnął z uznaniem do dyrektora:
- Brawo.
Tymczasem za sceną rozmawiali ze sobą Zenkiel i Benito. Dyskutowali o sztuce i jej roli w swoim życiu. Rozmawiali cicho, gdyż za sceną byli żołnierze.
- Słyszysz te oklaski Benito? Podobało się im, więc będzie się podobać i innym. Nie masz się czym martwić.
- Jasne kurwa. Ile ty na tym świecie żyjesz? Pierwszy naiwny jesteś czy co? Szajbus generał sprowadził hołotę i pomachał im palcem. Dlatego klaszczą. Nie ważne kurwa czy się im podobało, czy się im kurwa nie podobało. Ten skurwysyny zadbał o to.
- Benito, generał też klaskał, dyrektor także więc...
- I co kurwa z tego? Skoro wszyscy inni klaszczą to co im zaszkodzi. Nic a nic nie zmienia, to w tej zasranej sytuacji. Zobaczysz co jutro się będzie działo, gdy przyjedzie popierdoleniec numer jeden. Zaczną się taki cyrki, że nikt nie będzie wiedzieć, gdzie dupa a gdzie głowa. Limuzyny, kwiaty, dzieci – wszystko jak w tej jebanej kłamliwej telewizji. Mówi ci, kiedyś oglądam sobie telewizji w barze u Tity, a tam prezenter mówi coś w stylu: „Niebywała urodzaj jest świętowany w okolicach miasteczka La Escondida. Rolnicy nie mogą uwierzyć w swoje szczęście”. A tymczasem nie dalej jak wczoraj byłem na polu kuzyna. A tam co? Sucha, spieczona kurwa ziemia, kikuty jakieś a nie kurwa urodzaj. Taką to oni prawdę głoszą.
- Dużo mówisz Benito...
- A ty mało. No i co kurwa z tego?
- Martwię się żebyś się czasem nie wygadał o czymś. Wiesz jak jest.
- Za kogo ty mnie kurwa masz?!
- Proszę ciszej Benito wież, że oni są blisko.
- Dobra... Ale za kogo ty mnie masz? Za jakieś pieprzonego konfidenta? Wiesz przecież że jak trza to umiem siedzieć cicho. Jak królik kurwa w norze.
- Nie, nie mam cię za konfidenta ani kogoś takiego. Po prostu boję się. Wiesz to wygląda zbyt dobrze po prostu...
- I kto to mówi? Przed kurwa maleńką chwilą, próbowałeś mnie zapewniać że wszystko dobrze się ułoży.
- Tak masz rację...
Na tym zakończyła się ich rozmowa. Kiedy wszyscy goście wyszli z sali, żołnierze zaczęli wyprowadzać ślepców. Dopiero teraz gdy zostali sami, generał i dyrektor mogli swobodnie porozmawiać.
- Muszę przyznać, że udało ci się to przedstawienie przyjacielu. Nawet jednego zająknięcia – generał pokręcił głową z niedowierzaniem – nie zrobili ci aktorzy.
Czego jak czego ale tego właśnie się spodziewałeś ty sadystyczny skurwielu – pomyślał Perto.
- Ja też się cieszę z tego faktu, ale bez pańskiej pomocy generale, to przedsięwzięcie nie miałoby prawa się udać. Wiec chce panu podziękować za pomoc. Gdyby nie pan i uczynni żołnierze, kto wie jaki chaos by tu panował.
Arrturo uwielbiał takie komplementy. Uśmiechnął się niewinnie udając zażenowanie. Wyglądało to tak groteskowo, że dyrektor z trudem pohamował śmiech.
- To nic takiego przyjacielu. Robię tylko to co do mnie należy. Nie więcej i nie mniej.
- Generale, czy to prawda, że jutro przybędzie sam Ojciec Narodu?
- Prawda. Przybędzie razem z najświetniejszymi osobami z naszej Jedynej Partii. Przygotowania trwają w mieście w najlepsze. Przywieźliśmy kwiaty i rozdaliśmy między ludzi. Wiedzą co mają robić.
Tego właśnie obawiał się Perto, przybycia Corteza Wellsa. Tej legendarnej postaci, którą znał jedynie z plakatów i komunikatów w telewizji. Bał się go jeszcze bardziej niż generała. Generała znał, widział, rozmawiał z nim a Cortez... Cortez nie był z krwi i kości, miał większą władzę niż Perto marzył. Był świętym i katem dla całego narodu. Przynajmniej tak go widział w myślach Udera.
Nie mieli już o czym rozmawiać. Wszystko stanie się jutro. Generał uścisnął dłoń dyrektorowi i odszedł.
Perto został jeszcze chwile. Patrzył na drobiny kurzu tańczące w promieniach reflektorów.
- Płońcie...
***
Nadszedł oczekiwany dzień. Główną ulicą, dokładnie o wschodzie słońca, wjechał pierwszy samochód. Był to zdobyczny wściekle czerwony dżip. Kierował nim generał. Za nim jechała długa, smoliście czarna limuzyna. Jechała bardzo powoli, a właściwie sunęła niczym żaglowiec popędzany tylko wątłym zefirkiem. W środku, na obitym prawdziwą skórą siedzeniu, siedział Cortez Wells i popijał chłodnego drinka. Przez przyciemniany szyby obserwował mijane domy. Z pierwszego budynku, z okien wychylali się ludzie i rzucali kwiaty. Rzucali tak żeby żaden nie trafił limuzyny. Uwagę przywódcy przyciągnęła para wychylająca się z okna na pierwszym piętrze. Była to córka Zenkiela Birdo i jej mąż. Rozsypywali tylko czerwone róże, ulubione kwiaty Ojca Narodu.
- No, no trzeba by pomyśleć o jakimś upominku dla nich – pomyślał Cortez.
Kiedy limuzyna dojechała do baru z jego środka wyłoniła się Tita. Rzucała goździkami. Była ubrana w jakiś odświętny, tęczowy strój, który podkreślał jej nieskromną tuszę. Obok niej stał wysoki mężczyzna ubrany w popielaty garnitur. Uśmiechał się szeroko i machał. Nie rzucał kwiatów. Był to oczywiście jej mąż, Sere Santa.
- Hmm, to ciekawe... No cóż zajmiemy się tym później.
W końcu limuzyna zajechała pod teatr. Na tą wielką okazję otwarto główne drzwi. Od nich aż po miejsce, gdzie zajechała limuzyna, wił się długi niczym język kameleona, karmazynowy dywan. Pierwsze kroki w miasteczku La Escondida, Cortez Wells postawił na miękkim dywanie.
Zgięty w pokłonie do samej ziemi, Perto Udera nie śmiał podnieść wzroku. Nogi mu drżały a serce waliło szybko, jak zawodowy bokser w worek treningowy. Przed nim był On. Czuł zapach Jego perfum, ostry i duszący, przesycony alkoholem. Nagle On przemówił. Głosem, którego Petro się nie spodziewał. Liczył na głośny, tubalny głos, taki jakim przemawiał Bóg w jego snach. A tymczasem... Był to głos zwykłego człowieka, tyle że zachrypnięty.
- Podnieś się, nie jesteś niewolnikiem dyrektorze – powiedział Cortez łagodnie.
Dyrektor wyprostował się. Teraz mógł zobaczyć bożka swojego kraju. Był wyższy od dyrektora i miał założone przeciwsłoneczne okulary. Jego słusznej wagi ciało opinał wojskowy mundur. Krótko przystrzyżone, czarne włosy zasłaniał, czerwony kapelusz o szerokim rondzie. Pod szyją zawiązany biały krawat. Lodowato niebieskie oczy spoglądały dobrodusznie. Tak wyglądał Ojciec Narodu.
Perto nie wiedział co powiedzieć. Do głowy przychodziły mu same głupoty. Przemógł się po chwili i postanowił zaryzykować. Zadał pytanie.
- Jak mam się do ciebie zwracać do ciebie, o Wielki?
- Ojcze, po prostu Ojcze. To wystarczy Perto.
- Ojcze co mam teraz zrobić?
- Zaprowadź mnie do sali, gdzie odbędzie się przedstawienie. Po drodze, możesz mi umilać czas, opowiadając o tym miejscu.
Możesz. Perto nie śmiał sobie wyobrażać, co by się z nim stało, gdyby nie wybrałby jedynej słusznej opcji.
Z dżipa zaparkowanego tuż przy limuzynie, wysiadł generał. Podążali za nim żołnierze z elitarnego oddziału Tect. Wszyscy trzymali załadowane karabiny.
- O jesteś Selte, jak tam z bezpieczeństwem?
- Doskonale. Wszędzie mamy żołnierzy. Nawet mucha się nie prześlizgnie Ojcze.
- Dobrze. Nie przedłużajmy. Prowadź Perto.
Perto szedł pierwszy, za nim Cortez, a za Cortezem generał. Przywódcę z lewej i z prawej strony chronili żołnierze. Dlaczego było ich tak mało? Cortez nie cierpiał tłumu. Za tłum uważał więcej niż 5 osób.
Dyrektor głowę miał pochyloną, a wzrok wbity w ziemię. Szedł powoli, uważnie stawiając kroki. Nogi miał jak z gałganów.
- O tutaj Ojcze - wskazał na ogromne drzwi – to są drzwi z najlepszego i najmocniejszego drewna jakie jest dostępne. Podczas ich wnoszenie zginął jeden z pracowników.
- Hmm, to niewątpliwie ciekawe, ale prowadź dalej.
- Dobrze.
Teraz czekała ich długa przechadzka przez korytarz. Perto bez słowa minął sekretarkę. Była ubrana tak jak wszyscy tego dnia, odświętnie. Siedział za biurkiem i szeroko się uśmiechała. Widać jednak było, że jest zdenerwowana. Długi paznokcie wbiła w blat biurka, a powieka drgała jej, w rytm pompowanej do serca adrenaliny.
Szli tak długo aż sekretarka znikła im z oczu. Udera zwolnił kroku. Byli już w połowie drogi do sali teatralnej. Zaprezentuje im za chwilę dumę tego teatru. Niezwykła panoramę, zakupioną dwa miesiące temu. Dyrektor starał się przypomnieć sobie wszystko co o niej wiedział.
- Zatrzymajmy się – powiedział Perto.
Żołnierze spojrzeli na niego podejrzliwie, Cortez uśmiechnął się, a generał wzruszył ramionami. Zatrzymali się. Perto bardzo powoli, by nie sprowokować żołnierzy, wyciągnął rękę w kierunku obrazu.
- Ten obraz, który tutaj widzisz Ojcze i ty Generale, to „Sad skąpany w złocistym słońcu, podczas zbiorów pomarańczy”.
Rzeczywiście, obraz rozciągający się na ponad 10 metrów, przedstawiał panoramę sadu z pomarańczami. Wszystko mieniło się na nim w złotych barwach. Pomarańcze wyglądały jak chropowate, małe słońca. Trawa rosnąca koło ścieżki, wydeptanej między drzewkami, przypominała włosy, blondyna olbrzyma.
Jednak to nie kolorystyka decydowała o niezwykłości tego obrazu. Niezwykłym było to, że było widać na nim ubrania zbierające pomarańcze, podlewające drzewka i je przycinające. Żadnych ludzi
- Jest to jeden – kontynuował dyrektor – z trzech obrazów, na którym nie umieszczono twojej twarzy Ojcze. Został on wykonany na twojej polecenie 10 lat temu. Artysta, który go namalował to znany Antonio Koltre.
- Hmm... Pamiętam, rzeczywiście, poleciłem namalować mu te trzy obrazy po pretensje jakieś mieli z zagranicy... Wiesz Perto bardzo lubiłem sady pomarańczowe, matka tam pracowała... Dlatego na obrazie żadnych ludzi nie widać. Ale dość już tego zwiedzania. Co oprowadziłeś to dobrze Perto. Idziemy.
I poszli. Kiedy Cortez wreszcie zasiadł w loży honorowej spytał się Perta:
- Kiedy to przedstawienie?
- Już za chwileczkę. Aktorzy tylko się przygotują i już.
- To dobrze. Nie lubię marnować czasu Perto.
Zaczęło się przedstawienie. Po czole Perta Udery spływały grube krople potu. Dyrektor trzymał się kurczowo siedzenia niczym rozbitek koła ratunkowego. Skoro już teraz tak się denerwował, co by było gdyby wiedział? Wiedział o specjalnym wysłanniku Corteza Wellsa, siedzącym wśród publiczności. Bo publiczność była, a jakże. Spędzeni przez żołnierzy okoliczni mieszkańcy. Zostali uświadomieni czego wolno a czego nie wolno.
Zaś jeśli chodzi o specjalnego wysłannika i jego zadanie... Zadanie miał niezwykle proste – wychwytywać wszelkie nieprzychylny aluzje. W połowie przedstawienie dostrzegł coś co go zaciekawiło. Liny. Aktorzy byli podczepieni do lin. Oryginalny scenariusz nie mówił o niczym takim. Czytał go przecież wyjątkowo uważnie i na pewno zauważyłby taką wyraźną aluzje. Agent zanotował w notesiku:
Aktorzy podczepieni pod liny – wyraźna aluzją sugerującą, że historia naszego Wspaniałego Przywódcy została ukartowana.
***
- No wreszcie się obudziłeś – powiedział Benito, gdy Zenkiel podniósł się z podłogi.
- Co gdzie jak? O cholera ale mnie łeb boli.
- Jasne że kurwa boli. Wszystkich teraz boli. Tych co żyją
- O czym ty gadasz? Gdzie my jesteśmy?
- I ty mówiłeś, że ja jestem kurwa głupi. Masz swoje pierdzielone zdrowe oko, no nie? Więc sobie popatrz.
Zenkiel zrobił jak Benito poradził. Zobaczył gdzie teraz byli. Stłoczonych jak bydło na rzeź, ślepców przewożono ciężarówką. Podłoga z której przed chwilą podniósł się Birdo zaściełana była ciałami. Większość z ślepców nie miał się już obudzić. Przez zamknięte okna wpadała niepokojące światło. Światło przypominające blask ogniska.
Ślepcy, którzy się obudzili... Widać było po nich, że nie mają nadziei. Smętnie opuścili głowy, niektórzy próbowali płakać, inni się modlili.
- Co się dzieje za oknem, Benito?
- Teatr. Teatr płonie.
- Jak to, przecież...
- Teraz ty słuchaj, słucha kurwa uważnie! Nie jęcz i nie płacz, mam dosyć tego gówna. Mam w dupie, że teatr płonie. Oni nas wiozą na odstrzał Perto! Pif-paf kulka w łeb. Rozumiesz czy kurwa nie rozumiesz!?
- Przecież nie mogą tego zrobić.
- Nic nie zrozumiałeś. Nic kurwa nie zrozumiałeś!!!
Ślepcy zaczęli patrzeć się na nich. Patrzyli jak sępy na ofiarę.
- Obudziłem się wcześniej, takie moje jebane kulawe szczęści. I usłyszałem jak mówią. Te jebane skurwisyny rozmawiały jak na pikniku, jak nas zabić. Czy lepsza kulka w łeb czy co innego.
Zenkiel nie słuchał zastanawiał się.
- Halo kurwa, czy ty mnie słuchasz? – powiedział pijak nie doczekawszy się odzewu.
- Benito jeśli to prawda...
- To jest kurwa prawda!
- Jeśli to jest prawda to... Może byśmy spróbowali...
- Po pierdzieliło cię, – powiedział żałośnie – chcesz skończyć zdychając z flakami na wierzchu? Ja i staruch na żołnierzy... Po pierdzieliło cię...
Nagle Benito zaczął się wściekle rzucać.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! – krzyczał rozdzierająco, póki głos mu nie wysiadł.
***
Krew kapała na ziemię w promieniach zachodzącego słońca Kapała z krzywych liter wyciętych na torsie Perta Udery. Napis, które tworzyły głosił: „ JEST TYLKO JEDNA PRAWDA CORTEZ WELLS”.
Dyrektor na szyi miał założoną pętle, wykonaną z liny którą sterowano ślepcami. Stał na niewysokim taborecie. Obok niego, paląc papierosa, chodził w kółko generał. Przyglądał się opuchniętej twarzy Pertego. Wyglądała jak poobijany, dojrzały pomidor. Chłopcy trochę przesadzili.
W tym pomarańczowym sadzie, należącym kiedyś do Czerwonego barona byli tylko oni. Arturro pogonił żołnierzy, którzy obrządzili Udere. Rozkazy dostał jasne. Bardzo jasne. Dawno nie widział tak wściekłego Corteza. Wtedy, gdy stał przed nim i usłyszał te słowa. Tą tyradę.
- Ma zapamiętać! Ma zapamiętać moje imię do końca swojego krótkiego życia! I zanieść je do piekła! Ma żonę prawda? Niech więc ją znienawidzi! Damy jej wolność a on będzie na nią pluł. Będzie przeklinał... Tak ma być! I ten teatr... Ma spłonąć. Dym będzie sięgał nieba. Niech wiedzą, że nikt nie jest bezkarny! To rozkaz żołnierzu. Wykonaj go starannie.
Tej części rozkazu dotyczącej żony nie udało się zrealizować. Od trupa nie można niczego wymagać. A ona nim była. Kiedy przyszli do tego domu zaaresztować ją... Arturro widział wiele, ale nawet na nim zrobiło to wrażenie. W domu panowała cisza. Wszystkie kotary był spuszczone. Przeszukali dolne piętro. Nie było jej. Weszli na górę. Najpierw to poczuli. Drażniącą mieszaninę perfum. Gdzieś, w tych ciemnościach, przelewała się woda. Arturro zorientował się, że to z łazienki. Drzwi były zamknięte, więc je wyważyli. W słaby świetle latarek niewiele było widać. Woda w wannie wydawała się być czarna. Z tej czerni wystawała tylko blada twarz, otoczona niczym aureolą włosami. Twarz jedynej żony Perta Udery. Duszący zapach perfum był nie do zniesienia, widocznie wylała wszystkie do wody. Nikt nic nie powiedział, gdy Perto zamknął jej oczy i zakręcił kurek.
- Dawno nie taplałem się w takim gównie – pomyślał generał.
Generał podszedł do Perta.
- Twój teatr płonie Perto.
Perto uśmiechnął się.
- Płonie, płonie – wycharczał.
Generał zdziwił się. Nie spodziewał się takiej reakcji.
- Twoja żona nie żyje.
Uśmiech znikł z twarzy Udery.
- Czy wy...
- Nie ona. Popełniła samobójstwo. Jak ją znaleźliśmy już była martwa.
Skazaniec załkał. Łzy ciekły mu po policzkach. Mieszały się z krwawymi literami.
- Ona... – zaczął cienkim głosem. - Ona miała sny, o was – zakończył z wyrzutem.
Selte przyglądał mu się badawczo. Oto człowiek, który stracił wszystko. Pozycję, rodzinę i niedługo życie. Żałował go.
- Żal mi ciebie Perto. Naprawdę... Szło ci tak dobrze, tak dobrze. Rozwiązałeś ten problem... Powiem ci coś. Jesteś niewinny. Ale to nic zmienia... To moja praca. To nic osobistego. Polubiłem cię nawet... Chcesz papierosa?
Udera nieznacznie skinął głową. Generał podszedł ostrożnie do Perta i podał mu papierosa. Skazaniec się nawet nie zaciągnął, od razu go wypluł.
- Niewdzięczny jesteś – powiedział generał z jakąś przedziwną mieszaniną smutku i radości w głosie. – Wiesz opowiem ci kawał... Facet idzie do lekarza, mówi że ma depresję. Że życie wydaje mu się surowe i okrutne. Mówi, że czuję się zupełnie sam w tym złym świecie, gdzie wszystko jest niepewne. A doktor na to mówi:” rada jest prosta, dziś w mieście występuje świetny klaun, Pagliacci. Niech pan pójdzie go obejrzeć. To powinno pana rozweselić”. Facet wybucha płaczem i mówi: „ Ale proszę pana, to ja jestem Pagliacci”.
Perto zaczął się śmiać. Śmiał się głośno, plując krwią. Ptaki siedzące na drzewkach wzleciał pod niebo, wystraszone tym dziwnym dźwiękiem.
Generał kopnął taboret. Coś trzasnęło. Śmiech ucichł.
- Kurtyna opadła, to koniec przedstawienia.
EPILOG
Fragment artykułu z zagranicznej gazety:
Czemu ludzie nie widzą jakie szaleństwo uprawia się w tym kraju? Sadystyczny i chory psychicznie Cortez Wells, przywódca tego kraju, zorganizował niedawno teatru ślepców. Jak donosi nasz korespondent na potrzeby tego ” przedsięwzięcia” większość mieszkańców została oślepiona. Czy to jest możliwe w normalnym kraju, bo za taki ma go Cortez Wells?
***
Arturro Selte oparł nogi na stole. Był w domu. Małymi łykami pił z butelki tequille. Czekał na telefon. Powieki mu ciążyły i był już na granicy jawy i snu. Nagle telefon zabrzęczał. Natychmiast chwycił białą słuchawkę.
- Tak. Rozumiem. Oczywiście. Kiedy? Aha, rozumiem. Tak, dobrze.
Odłożył słuchawkę. Zapowiadał się pracowity tydzień. Nowe przedsięwzięcie Ojca.
Melchior [5melchior5@wp.pl]
|