|
Miłość to nie “jeden + jeden = dwa”, ale “jeden + jeden = jeden”.
Anthoni Hortelano
Miłość nie polega na wpatrywaniu się w siebie,
ale wspólnym patrzeniu w tym samym kierunku.
Antoine de Saint-Exupery
Właśnie dochodziła godzina dziewiąta, kiedy moja smutna i, oczywiście, niemalże spóźniona osoba dotarła do kościoła. Niestety wszystkie miejsca siedzące były już zajęte, a nie lubię stać w kościele przez całą godzinę. Wole usiąść; wtedy udawanie, że bycie, tam gdzie się jest przychodzi o wiele łatwiej – a przynajmniej – zaśnięcie nie prowadzi do potłuczenia się.
Ale dobra, skoro już nie było żadnych wolnych miejsc chyba najlepszym wyborem jest ukrycie się w cieniu i udawanie tam, że się nie śpi... więc tak też czynię.
Podobno Bóg nas kocha nie, dlatego że jesteśmy tak wartościowi, lecz jesteśmy tak wartościowi, bo On nas kocha. To dziwne słowa. Nawet nie chodzi mi o to, że nie uważam się za kogoś ogromnie wartościowego, ale o to, że już nie pamiętam, kiedy ostatnio autentycznie mnie kochano. Wspaniały autor - Paulo Coelho - napisał kiedyś, że kiedy się kocha, wszystko dookoła nabiera coraz głębszego sensu. Miał w tym trochę racji, ale w rzeczywistości nie opisywanej w książkach, bo zbyt oczywistej, by o niej pisać. Moim zdaniem życie ma sens nie, kiedy kochamy, lecz kiedy jesteśmy kochani. Za często kochając drugiego człowieka, w odpowiedzi dawano mi tylko milczenie i ból.
Niestety tym razem sen i jego błoga nieświadomość były mi nie pisane. Zaledwie dwa metry ode mnie siedziała pewna piękna dziewczyna, moja dobra przyjaciółka Aneta. Obok niej siedziały równie interesujące koleżanki. A wszystkie swymi uroczymi oczyma to właśnie mi się przyglądały. Przez cały ten czas ich twarze miały ten trudny do opisania wyraz, w którym nie ma miejsca na udawanie. Aneta posłała mi miły uśmiech. Moje serce zabiło szybciej a w umyśle ponownie zaczęły walczyć z sobą sprzeczne wspomnienia.
Czasami do zauważenia pewnych rzeczy wystarczy jedno spojrzenie. Tak też było i tym razem; mój umysł od razu zarejestrował tą najbardziej oczywistą konkluzją - że Aneta jeszcze nigdy wcześniej nie była piękniejsza. Miała długie czarne niczym najciemniejsza noc włosy, delikatnie opaloną skórę i zbudowane z mikroskopijnych szklanych płatków róży durze czerwone, pełne usta. Uśmiech ten był wspaniałym początkiem. Dalej było nieco naiwne spojrzenie niebieskich oczu. To wszystko w dosłownie sekundę, złożyło się na całą wyjątkową twarz tej pięknej istoty. Ten diamentowy blask jej czerwonych ust będzie nawiedzać mnie w snach aż do spełnienia wszelkich moich dni...
Wszystko zaczęło się pół roku temu, kiedy to moja najlepsza wieloletnia przyjaciółka – Aneta właśnie – zapytała się, dlaczego się smucę. Są pewne osoby, jakie można okłamywać, są też takie, których okłamywać nie wolno. Najlepsze przyjaciółki zdecydowanie należą do tej drugiej grupy, dlatego po niespełna kilku dla mnie długich niczym wieczność minutach było już po wszystkim. Aneta usłyszała ode mnie o wszystkim. Usłyszała o tym jak bardzo trudno jest mi być mną, o tym, czego się boję i do czego dążę... Oraz, przede wszystkim, o tym że chyba ją kocham. To oczywiście było szaleństwem. Przecież ona nie mogła odwzajemnić moich uczuć. Ale i tak musiała się o nich przynajmniej dowiedzieć, prawda? Pewne słowa muszą być wypowiedziane, aby pewne sprawy zostały zamknięte...
Potem coś zaczęło się między nami psuć. Aneta wyraźnie próbowała dokonać pewnego ważnego wyboru. Zaakceptować w sobie uczucie, z którym nie można zwyciężyć. Czas jednak nie był po naszej stronie. I z każdym kolejnym dniem nasze serca oddalały się od siebie o całe galaktyki ludzkich myśli... Przyjaźń znikła zabierając ze sobą całe przywiązanie i szczerość, jakie nas łączyły. Pozostał jedynie strach i niezdecydowanie. Oraz to pytanie: co dalej?
Zaledwie przez krótką chwile było mi dane ją obserwować: jej fantastyczne kształty i tańczące wokół jej jasnej szyi kruczo czarne włosy.
Nagle podniosła lekko rękę do góry i jednym delikatny ruchem odgarnęła kosmyk włosów za ucho, tym samym ruchem zmusiła mnie do głębszego oddechu. To właśnie wtedy nasze spojrzenia spotkały się niczym para kochanków w tańcu. Zdaniem Paulo Coelho miłość jest starsza od samych ludzi, nawet od piasków pustyni i powraca odwiecznie z tą samą siłą tam, gdzie krzyżują się dwa spojrzenia. W takich konkretnych chwilach chyba każdy - łącznie ze mną - ma prawo sądzić, że te słowa to prawda. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się wpatrywać tak długo, w tak piękne oczy dziewczyny, wiedząc, że ona patrzy na mnie. Przecież takie spojrzenia nie są czymś, co dziewczyny chcą, aby im dawano. Szczególnie ode mnie. Takie spojrzenia są czymś, co należy ukrywać; przed światem i samym sobą. Aneta nawet nie odwróciła wzroku. Nie próbowała udawać, że nie patrzy na mnie, nie próbowała zachowywać żadnych pozorów, do których normalnie jesteśmy zmuszani. Nie musiała, zupełnie tak jakby wiedziała, że to ja musze udawać. Że strach każe mi udawać.
Zaczęła wstawać. Jednym nerwowym ruchem moja głowa powędrowała w przeciwnym kierunku, a nogi głęboko zatopiły się w ziemi, ale moja szyja nadal nie mogła oprzeć się pokusie odwrócenia głowy w kierunku, tej pięknej dziewczyny. To właśnie wtedy zdarzył się cud największy z wszystkich, bo czy często zdarzają się sytuacje, w których całe życie ulega jednej szybkiej zmianie. Mrok staje się światłem, pustka codzienności - spełnieniem życia, a samotność - pełną przynależnością do swej drugiej połowy i miłością. Czy wychodząc każdego dnia z domu spodziewamy się, że dzisiaj najpiękniejsza dziewczyna na ziemi wykona krok w właśnie naszym kierunku? Nie, a przynajmniej ja na pewno się czegoś takiego nie spodziewam, nigdy. Nawet w dniu moich urodzin.
Dlatego moje zaskoczenie było tak duże, gdy Aneta stanęła przede mną. Podobno miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. Taka miłość to jedynie pożądanie. I tak, jeśli te słowa są prawdą to moje uczucia na pewno można nazwać pożądaniem. Przecież nie można nazywać szczerej chęci całowania i dotykania drugiej osoby, rozebrania jej przy wszystkich i robienia z nią tego wszystkiego, na co większość osób nigdy by się nie zgodziła - miłością. Ale gdzieś ponad tym całym pożądaniem, jakie mnie wtedy wypełniło unosiła się ogromna i niewiarygodnie piękna (bo napawająca tak wielką nadzieją) chmura zupełnie innych, głębszych uczuć. Istniało dobro - w jej oczach - jakie po prostu trzeba w niej odkryć, istniała delikatność - w jej drobnych dłoniach - jakiej trzeba doświadczyć i szczere piękno - w jej sercu - którego nie można tak po prostu dostrzez, najpierw trzeba wyciągnąć do niego otwarte ramiona. A gdzieś ponad tymi wszystkim drobnymi elementami tego samego wspaniałego doświadczenia była szczera ciekawość. To z odwagi ten, kto kocha robi krok w kierunku ukochanej, lecz tylko z ciekawości, druga strona odwzajemnia to uczucie.
Cisza, jaka nagle ogarnęła to miejsce zagłuszyła nawet słowa wypowiadane przez księdza. Jej koleżanki również się nie odzywały. Teraz kibicowały jej w milczeniu, ciesząc się tym, że ich najlepsza przyjaciółka w końcu jest sobą. Ona za to nadal wpatrywała się we mnie. A jej oczy nadal były uśmiechnięte. Oczy, nie usta. Gdyż największego uśmiechu nie odnajdziesz na ustach, lecz wygrawerowanego na spojrzeniu zakochanej. Nie wiem jak opisać to, co wtedy zrobiła. Nie wiem, dlatego bo zapewne dla większości osób jest to coś zwyczajnego, podczas gdy dla mnie był to najwspanialszy widok na ziemi... Powoli i figlarnie, niemalże jak małe dziecko oparła się bokiem o filar, przy którym staliśmy i przechyliła głowę w taki sposób, że jej czubkiem lekko dotykał chłodnego, śnieżnobiałego betonu. Wtedy właśnie zrobiła coś, co z niewyjaśnionych przyczyn wpłynęło na mnie niezwykle mocno i co już od dawna wypełnia wszystkie moje myśli. Tym czymś był ten nietypowy intrygujący uśmiech, który może tobie posłać dziewczyna w dowolnej chwili, ale którego ty, możesz nigdy nie zrozumieć w pełni. Był to uśmiech/zagadka. Z jednej strony mógł być drwiną z mojej osoby lub żartem, za to z drugiej – mógł być oznakom czegoś zupełnie innego. Prawdziwe znaczenie tegoż uśmiechu mogła znać tylko ona.
Górną wargę delikatnie wygięła do przodu a dolną przez chwile przechyliła w dół, po czym zamknęła wzdłuż górnego listka czerwonych ust i prawie niezauważalnie uniosła swoje zarumienione policzki. Opis niemalże bez sensu, ale kiedy widzi się taki uśmiech, nagle wszystko nabiera sensu...
Po chwili szczerego wahania odsunęła się i usiadła w swoim poprzednim miejscu. To była moja wina. Ona uczyniła Pierwszy krok. Tym razem milczenie było moją domeną. Już pierwsze spojrzenie na nią doskonale mówiło o tym, że dla niej to również nie jest łatwe. Walczenie z tymi wszystkimi ludźmi wokół, tym tłumem ludzi, którzy nie rozumieją potrzeb dwójki prawdziwie zakochanych osób... Walka z tymi wszystkimi twarzami nie jest tylko walką z własnym strachem i wątpliwościami, lecz z czymś, z czym nie można wygrać. Z całym światem. Za to w moich myślach nadal brzmiało to samo pytanie - co dalej? Takie chwile to idealne chwile na marzenie o tym, że druga połowa sama zrobi pierwszy krok. Jednocześnie, to najprawdopodobniej jedyne właściwe chwile, na to, aby ten krok uczynić samemu...
To właśnie wtedy moje spojrzenie napotkało drugi krzyż. Nie ten stojący w najważniejszym punkcie kościoła; ten który widać doskonale z każdego miejsca w budynku. Ale ten większy, niemalże zapomniany przez większość zebranych tego dnia, pomalowany na brązowo krzyż, powieszony stosunkowo nisko, wśród kilku bukietów kwiatów, w wnęce niedaleko bocznego wyjścia z kościoła. Był to duży brudno brązowy krzyż, o barwie kojarzącej się jedynie z wiecznie wilgotnym i od dawna zgniłym drzewem. Krzyż ten był owinięty białą chustą z białymi literkami układającymi się w napis „Miłości pragnę”. To było niemalże jak znak od Boga. Znak tak odkrywczy, że w pierwszej chwili wzbudził we mnie lekki śmiech. I ból.
Przecież doskonale wiem, czego pragnę. Przecież każdy tego pragnie. Więc nie muszą przypomina tego wszystkim, którzy przychodzą do kościoła po coś tak świętego jak spokój. I odrobinę, choćby najmniejszą odrobinę nadziei.
Gdzie w tym napisie kryje się nadzieja? Przecież to tylko puste słowa nie dające ani dobrej rady, ani otuchy. To słowa kary. Nie trzeba nawet dopisywać, że nie dostaniemy miłości. Skoro samo określenie „pragnę” nasuwa każdego na stwierdzenie, że to jedynie marzenie. I tak oto nawet miłość została włożona przez kościół między bajki i stała się nie faktem, lecz marzeniem. Przecież pragnę tak wielu rzeczy! A czy mam którąkolwiek z nich? Obawiam się, że nie. A dlaczego? Bo to tylko marzenia. A jak uczą nas rodzice od najmłodszych lat - marzenia są dla dzieci. Orężem dorosłych nie są marzenia i nadzieja, lecz zimny cynizm, brak wiary i chłód, sarkazm zmuszający nas do wmawiania sobie, że nie musimy Tak żyć.
Już nawet nie potrafię powiedzieć... Czy ja wieżę w marzenia?
Przez cały ten czas spędzony w kościele, mój umysł próbował często bezsilnie zrozumieć te słowa. Zapewne uznacie, że nie ma czego rozumieć. Przecież to takie oczywiste! Ale nie dla mnie... dla mnie to było za prawdziwe, aby mogło byś oczywiste. Ja nie wieżę w bezgraniczną szczerość, lecz sens. Wiecznie poszukuję jakiegoś sensu, jakiegokolwiek celu i uzasadnienia dla mojego istnienia. Nawet te słowa powstają tylko i wyłącznie dla pozostawienia po sobie czegokolwiek, dania dowodu swojego istnienia...
Może większość osób nie zwróciła uwagi na ten napis. Może te osoby, które go zauważyły nawet o nim nie pomyślały, a te które pomyślały – zgodziły się z nim. Ale nie ja. Ja mam w sobie za mało wiary, aby sądzić, że to zbieg okoliczności. Bo przecież nie istnieją żadne przypadki. Wszystko ma za zadanie zaprowadzić nas do ostatecznego końca i nawet to, że koniec dla każdego z nas jest taki sam nie jest przypadkiem. Bo przecież nie ma nic przypadkowego w śmierci. Więc nie może też być w życiu...
Szczerość to jedyne, co mam, więc to szczerość wam teraz dam. Już od dłuższego czasu, kiedy się modle rano i wieczorem, robię to tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia.
Bo musze.. i tyle.
I zawsze powtarzam tą samą prośbę. Zawsze proszę tylko o odnalezienie swojej drugiej połowy. Za to w odpowiedzi na moje modlitwy odnajduje jedynie napis. Jedynie słowa, a przecie słowa znaczą tak niewiele. Prawdę mówiąc na ogół nie wierze w słowa, które słyszę w kościele. Na przykład tego dnia, w kościele mówiono o zmartwychwstaniu Jezusa. Za to w mojej głowie stale powstawał się ten dziwny lekko zakręcony plan sfingowania czyjegoś zmartwychwstania... Nonsens, a jednak - sens?
Za to spoglądając na ten brązowy krzyż, na te dwa słowa, wcale nie trzeba było zastanawiać się nad tym czy to kłamstwo. Bo przecież ich prawda była czymś oczywistym... Zupełnie tak, jakby przez tą krótką chwile moja religia, była nie wiarą w coś wielkiego i wyjątkowego, ale po prostu pragnieniem miłości. Jakby była sposobem na wyjaśnienie, dlaczego tu jestem i czego szukam. Sposobem na odnajdywanie szczerego szczęścia nawet w samotności... odpowiedziom na wszystkie pytania – niczym „Ojciec chrzestny”. Ale jak można pragnąć czegoś, w co się nie wierzy i jak można wierzyć w kogoś, kogo się nie doświadcza...
„Miłości pragnę” – moje usta wyszeptały w przestrzeń tego powoli pustoszejącego kościoła te ostatnie słowa, choćby na pożegnanie z tym krzyżem. W końcu odwaga była po mojej stronie...
Od wygnania z raju, aż do dzisiejszego dnia, niebo jest zbyt ciasne, aby pomieścić wszystkie marzenia zakochanych - W mym sercu rozbrzmiewały słowa Gilberta K. Chestertona. Jednocześnie pojawiła się we mnie zabójcza pewność tego, że oto nadszedł dzień, kiedy moje marzenie zostało spełnione. Oto wspaniała dziewczyna stanęła przy mnie i słysząc mój cichy szept powiedziała.
- W życiu dobro jest tylko w miłości, a prawda w cierpieniu. - Słowa Alfreda de Musset uzupełniła szczerym stwierdzeniem. - A miłość to największa z prawd. Dlatego kiedy dowiedziałam się od naszej wspólnej znajomej, że mogę tu spotkać kogoś, kto mnie zrozumie i kto czuje w ten sam sposób jak ja poczułam nie tylko spokój i ulgę, lecz strach. Czy jesteś tą osobą, która czuje w ten sam sposób?
Mogę być tą osobą, ale tylko, jeśli czujesz teraz szczery strach. Nagle Strach (przez duże „S”) wypełnił cały mój organizm, aż skóra straciła wszelki kolor, szczupła szyja mocno zesztywniała, na policzkach pojawiła się czerwień, a oddech zamarł w moich płucach. Walcząc z tym wszystkim, co wtedy mnie atakowało, strach pozwolił mi jedynie na niezgrabne i pewnie w innych okolicznościach zabawne przytaknięcie.
- Więc jesteś tą osobą, tą jedną na milion - drugą połową? Więc w miłości milczenie jest więcej warte niż słowa? A może to kolejne kłamstwo? Powiedz choćby jedno słowo. Czy może nadal będziemy błąkać się w mroku samotności? W tym podłym świecie, tak trudno jest odnaleźć kogoś, kto pasuje do tej skomplikowanej układanki...
Och, jak boli, bardzo boli, prawda o tym, że te najważniejsze słowa, które mają największą wagę, zawsze brzmią najbardziej banalnie. I zawsze najtrudniej przechodzą przez gardło.
- Pożądanie sprawia, że człowiek jest nader śmiały. Miłości jednak zawsze towarzyszy onieśmielenie. Nie wiem, jakie słowo chcesz usłyszeć, ale obiecuję, że gdy je znajdę, będziesz tą której je dam. - Jak powiedział niegdyś Napoleon Bonaparte: w bożym dziele mężczyzna jest prozą, a kobieta poezjom. Widząc Tą konkretną dziewczynę po prostu trzeba było przyznać mu rację. Poezja zawsze zwycięży prozę. Pod każdym względem... więc nic dziwnego, że wreszcie z moich ust wylały się jakieś słowa, słowa zwycięzcy.
Jest i delikatniejsza i potężniejsza, ma w sobie tyle dobra i pasji, jest tym, co zabija wszelki mrok, ona jest czystym dobrem. Aneta niczym najwspanialszy poemat, właśnie mi była pisana. Więc kolejne słowa musiały być wypowiedziane. Tak bardzo chcę poznać właśnie ten poemat!
- Aby moje życie miało sens i było ważne, musi mieć sens i być ważne dla kogoś. Dlatego, czy pozwolisz zwyciężyć nam w walce z spojrzeniami ludzi, z ich zawiścią. A może to strach i smutek znowu wygrają?
- Smutek wcale nie zasługuje na śmierć, to on nadaję wagę samotności - powiedziała. - A samotność nie jest wcale zła, ma jedynie za zadanie przypominać nam, jak bardzo ważna jest miłość i że należy o nią walczyć. Poza tym kobieta lubi zauważać smutek w swej drugiej połowie, gdyż smutek jest dowodem, że ma się serce.
- Smutno cieszyć się w samotności. - Padła moja odpowiedz. Chyba największym zaskoczeniem dla mnie, był ton moich słów. Taki bezbarwny. - Miłość to choroba, bez której nie można się dobrze czuć. A życiem w pełni jest umieranie z miłości. Wiem, że mnie rozumiesz. Przechodzisz przecież przez to samo, co ja. Te wszystkie niemiłe spojrzenia, ten cały strach. I samotność. Świadomość, że może jesteś jedyną osobą na ziemi, która to rozumie. Nawet, jeśli wiesz, że to nie prawda nadal boisz się popełnienia błędu i oddania się komuś niewłaściwemu.
- To tylko pewnego rodzaju przykrość nie być kochanym, prawdziwym nieszczęściem jest – nie kochać. Kiedyś i ja się bałam tego, że nie znajdę kogoś do mnie podobnego i że nie zdołam przezwyciężyć swojego strachu przed zranieniem, odrzuceniem i tłumem ludzi wokół mnie, którzy nie rozumieją jak to jest być w mojej skórze. Ale przecież jestem tu, rozmawiam z tobą... A wokół nas nie ma nikogo. Możemy byś sobą.
Miała rację. Jej słowa były tak prawdziwe... a jednak - nawet najprawdziwsze słowa nie pokonają równie prawdziwego i realnego strachu. Niech tylko da mi szansę. I błagam, niech ją przyjmę...
- Prawdziwa miłość jest jak duch: każdy o niej mówi, niewielu spotkało się z nią twarzą w twarz... Więc skąd wiesz, że to jest prawdziwa miłość? - usłyszała z moich ust to pytanie. - Wiesz tylko, że to już dawno temu przestała być prawdziwa przyjaźń.
- Nie wiem. Pierwszy krok należał do ciebie. Chcę tylko powiedzieć, że już nie boje się każdego kolejnego kroku. Chcę ci powiedzieć, że z tobą pójdę wszędzie, nawet do końca świata. Miłość jest jak zboże: kto chce żniwować, musi zasiać. - Odpowiedziała mi na te słowa słowami Jeremias’a Gotthelfa. I chyba trafiła w samo sedno. Coś we mnie pękło... Zauważając swoją szansę dodała - Oddaj się, jeśli potrafisz się odebrać.
- A co jeśli nie mam wiele do dania. - Moje niegdyś tak sztucznie pewne spojrzenie pękło, a po policzkach popłynęły pierwsze samotne łzy. - Co jeśli to wszystko, co we mnie tak bardzo kochasz, tak na prawdę nie istnieje? Kochasz jedynie pewną część mnie, która nigdy nie zwycięży ze strachem...
- Wtedy razem pokonamy ten mrok, zwyciężymy strach. Mamy przecież mnóstwo czasu. Wiek nie chroni przed miłością, ale miłość przed upływem czasu. Błagam...
- Ale co jeśli nie jest to nam jeszcze pisane. Co jeśli Świat nie jest na naszą miłość gotowy? Przecież, jeśli miłość może umrzeć, to znaczy, że nie jest miłością.
- Jeśli nasze uczucie faktycznie zginie, to się z tym pogodzimy. Będziemy przynajmniej mogli sobie powiedzieć, że próbowaliśmy; że żyliśmy, a nie ukrywaliśmy się za tą maską zbudowaną z strachu i zwątpienia. Przecież to twoje słowa. To z ich powodu teraz tutaj jestem! I nie pozwolę ci na ukrywanie się za tłumem. Nie wmówisz mi, że świat nie jest gotowy na nasze uczucie, gdyż świat wcale nie musi być na nas gotów. Pytanie nie brzmi, czy zdołasz zwyciężyć z światem, ale czy się mu poddasz i przegrasz z własnym strachem? Wcale nie musisz zmieniać innych, wystarczy, że uwierzysz w to, że możesz zmienić siebie. Do wygrania tej walki wcale nie musisz atakować świata, musisz jedynie poddać się... poddać się temu wszystkiemu, w co wierzysz, i kochać. Więc jeśli kochasz, to kochaj właśnie mnie! - Wypowiadając te słowa uniosła dłonie w taki sposób jakby panicznie potrzebowała mnie nimi objąć. Ta walka z chęcią objęcia i potrzebą bliskości była doskonale widoczna, nie tylko w jej ruchach, ale i spojrzeniu pełnym drobnych łez.
Nagle w moim sercu narodziła się nowa niezwykła myśl, kolejny zagubiony cytat z jakiejś książki o miłości, jakich nie-kochani pożerają tysiące... Człowiek może być zakochany jak szaleniec, ale nie jak głupiec. Tak, jestem szaleńcem. Ale nie chcę być głupcem. Naprawdę nie chcę jej odrzucać. Ona zasługuje na coś więcej; zasługuje na szczęście... I nawet, jeśli nie potrafię jej tego dać, to przecież muszę się o to starać. Pierwszy krok należał do mnie. Ostatni krok – na pewno nie nadejdzie dziś. Przecież, nie mam, dokąd uciekać. Nie ucieknę przed swym sercem...
Moje usta przemówiły słowami Richard’a Dehemla...
- Odrobina miłości człowieka dla człowieka lepsza jest od wszystkich miłości do ludzkości. Jeśli to chcesz mi powiedzieć, to chcę abyś wiedziała, że zgadzam się z tymi słowami. I już nie mogę nikogo dłużej okłamywać mówiąc, że nie czuję do ciebie niczego, albowiem moje serce jeszcze nigdy wcześniej nie było tak pełne czegoś pięknego... Ale ja po prostu boje się, że świat nie zrozumie moich uczuć. Już i tak jesteśmy znienawidzeni przez większość nam znanych osób, tylko dlatego, bo jesteśmy tym, kim jesteśmy i nie boimy się przyznać do tego, że potrafimy kochać. Ty jeszcze możesz tego uniknąć. Ja – wiem, aż za dobrze, co to znaczy. Boje się, że teraz znienawidzą nas także za uczucia, nie chcę by ciebie nienawidzono. Tylko ciebie kocham. A nadeszły te niezwykłe czasy, kiedy nawet miłość jest dobrym powodem do nienawiści.
- Wiem przecież o tym. Ale jak powiedział William Shakespeare - jej ulubiony dramaturg i poeta - męką jest, gdy miłość sama nie wybiera. Wiec dlaczego chcesz zmienić jeden ból - walki o nasze uczucie - na inny - ból przegranych uczuć?
Właściwe pytanie na właściwym miejscu. Czy chcę tego? Nie, nie chcę. Łzy spływające po moich policzkach są na to najlepszym dowodem.
- Już nie chcę. Już nigdy nie będę tego chcieć. - Flirt to akwarela miłości, dlatego Aneta usłyszała jeszcze ode mnie słowa. - Piękna kobieta podoba się oczom, dobra kobieta – sercu. Pierwsza jest klejnotem, druga skarbem. Więc zbliż się skarbie, byśmy mogli zatonąć w swych ramionach. - Posłusznie i z szczerym uśmiechem spełniła mą prośbę i objęła mocno, na co moje usta przemówiły wiecznie prawdziwymi słowami Andre Birabeau. - Miłość nigdy nie jest bezinteresowna. Gdy mówisz “kocham cię” - to znaczy “kochaj mnie”.
- Więc co znaczy, kiedy powiem jedno jedyne “kochaj mnie”, a wyznanie mojego uczucia zamknę na zawsze w swym sercu? - Zapytała wtulając się silniej we mnie. Próbowaliśmy udawać, że spojrzenia nielicznych osób w kościele, nas nie interesują. Po raz pierwszy od dawna w sali już tak rozkosznie pustej zabrzmiały nasze własne słowa, a nie słowa cieni ludzi, jacy niegdyś kochali. To było dobre pytanie, na jakie odpowiedz muszę poznać. Teraz, kiedy życie i jego koniec jest już wyborem, nie wybieram samotności. Kiedyś nadejdzie dzień, kiedy wszyscy dokonamy tego wyboru. To był mój dzień. I mój wybór. Miłość. Bo Miłości Pragnę.
Nasze dłonie się spotkały. Jej dłoń była równie ciepła jak i moja. I wyszliśmy razem (nie w parze, lecz w jedności) na zewnątrz podziwiać piękno słońca, jakie poznamy z wszystkich stron. Nasze nogi zaniosły nas na teren pobliskiego parku, gdzie można skryć się w cieniu tysięcy pięknych drzew. Stale patrzyliśmy sobie w oczy i niczym zakochani zagubieni w lesie – zapatrzyliśmy się na jedno drzewo. Drzewo to wzbijało się do samych chmur, tam gdzie jest miejsce wszystkich najpiękniejszych rzeczy. Drzewo znakiem miłości. Jeszcze raz me serce pojęło największą z prawd. Że uczucia niczym drobne drzewa, dzieci naszej planety ziemi wymagają naszej ciągłej pomocy i walki. Po czym moje wilgotne usta dotknęły jej delikatnego policzka. Uśmiechnęła się, ale nagle spochmurniała spostrzegając te wszystkie nieprzychylne spojrzenia ludzi wokół nas.
- Już nie musimy bać się tych wszystkich spojrzeń. - Ukoił jej nerwy mój spokojny głos. - Od dzisiaj, kiedy jesteśmy razem nie musimy bać się świata, prawda? Miłość zburzy wszelkie bariery, jakie oni mogą przed nami tworzyć.
Kolejny długi pocałunek. Usta wymieniające się słodyczą dwóch ciał. Ciepło, jakie rozpala te niezwykłe miejsca, jakie ma każdy z nas. I kolejne uśmiechy pojawiały się na naszych ustach. W drodze do domu dotykaliśmy się tymi uśmiechami.
I tak do celu wspólnie zawędrowały, połączone w jedność dwie właśnie odnalezione połowy tej samej całości – prawdziwie szczęśliwe, uśmiechnięte i nie zważające na zawiść świata lesbijki.
Oto jest miłość! Dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, a okazuje się, że czekali na siebie całe życie.
Tak więc trwają wiara nadzieja i miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.
Św. Paweł
Dedykowane Myosotis. Wszystko ma sens...
[rozpoczęte 2003-04-20 i zakończone 2004-04-24, oraz na nowo przepisane 2004-07-03 i 2005-09-04 poprawione – jak ten czas leci ;)]
OD AUTORA:
<Spoiler>
Nie czytajcie tego, jeśli jeszcze nie przeczytaliście opowiadania! :)
Już? Przeczytane? Oki, więc informuję, że myślicie dobrze. Choć jestem facetem z premedytacją narratorem tekstu uczyniłem dziewczynę, nie zdradzając jej tożsamości aż do samego końca. Mam nadzieję, że pomimo nieco przekombinowanego stylu opowiadanie jednak się spodobało. Chociaż zrozumiem, jeśli tak nie było – tekst powstał już wieki temu. Wkrótce może jeszcze podeślę coś nowszego. W treści opowiadania wykorzystałem mnóstwo przemyśleń i złotych myśli innych autorów. Niestety – większość z autorów tych słów zatarła się już w mojej pamięci, więc pozostawmy ich w błogiej anonimowości.
</Spojler>
S.Blaine
|