|
Rachunek nr 000001
Posiadacz rachunku: Józef Abramowicz
Zamieszkały: ul. Willowa 10 , Górska Dolina
Rzęsisty deszcz ograniczał widoczność. Co chwilę wdeptywałem w głębokie kałuże. Kląłem za każdy razem, mimo tego, że na więcej wody w butach nie było miejsca.
Zatrzymałem się na moment przy limuzynie. Widziałem jedynie zarysy jej kształtów, ale już to wystarczyło by się w tym samochodzie zakochać. Prawdziwe działo sztuki! Jej idealnie opływowy kształt nasuwał na myśl podmuch wiatru. Nawet klamki wykonane zostały na kształt płomienia. Chciałem podejść bliżej i zajrzeć do środka, ale wówczas zobaczyłem postać stojącą w bramie do parku
Kurcze, stojąc pod gołym niebem była zupełnie sucha! Jej pedantycznie zaczesane do góry włosy pozostawały w stanie nienaruszonym. Długi płaszcz sięgał aż do kostek – oczywiście bez śladu błota czy innego zabrudzenia. Patrzył na mnie hipnotyzującym wzrokiem; dużymi, ciemnymi oczami z nadzwyczaj wyrazistymi brwiami.
-Wejdź do mego pałacu.
Zatkało mnie i nic nie odpowiedziałem. Jaki pałac? Przecież stoimy przy wejściu do parku miejskiego.
-Słucham? – zapytałem, by się upewnić, czy się nie przesłyszałem.
-Wejdź do mego pałacu.
Powtórzył spokojnym głosem, po czym wsiadł do limuzyny i odjechał. Nie tylko silnik od razu odpalił, ale ja go w ogóle nie słyszałem. Niesamowite.
Nic z tego wszystkiego nie rozumiałem, ale nie mając nic do stracenia wszedłem na teren parku, a raczej do pałacu. Pomyślałem, ze tam musi być altanka lub mały daszek, pod którym będzie można przeczekać tą ulewę.
Zamiast tego co chwilę mijałem gipsowe figury ustawione przy ławkach. Zacząłem im się uważniej przyglądać i zwróciłem uwagę na realistyczne rysy twarzy. Boże, one wyglądały jak ludzie pomalowani biała farbą. Ich usta poruszały się, jakby chciały mi coś powiedzieć.
Godz. 6.30, poniedziałek
Głośny dzwonek budzika wyrwał mnie ze słodkiej krainy snów. Znowu ten dźwięk! Jak ja go nienawidzę. Żałowałem, że nie potrafiłem obudzić się bez jego pomocy. Celowo wybrałem głośniejszą i trudniejszą do zniesienia melodię, by budzik skutecznie spełniał swą funkcję. Nie należałem do kategorii śpiochów, ale szósta trzydzieści, to dla mnie zdecydowanie za wcześnie. Kiedyś wstawałem o dziewiątej, z czasem oswoiłem się z godziną ósmą i na tym etapie się zatrzymałem.
Powoli podnosząc ciało z wygodnego łóżka przyzwyczajałem się do myśli, że nadeszła pora wstawania. Energicznym ruchem dłoni wyłączyłem stojący na szafce nocnej budzik. Uderzenie było na tyle silne, że podskoczyła szklanka z metalową łyżeczką w środku. To mi przypomniało, że zapomniałem ją donieść do kuchni po skończeniu wieczornej lektury powieści o urodzonym mordercy. Właśnie wieczorami sięgałem po normalne książki, gdyż w ciągu dnia nie miałem na to czasu. Cenne godziny życia pochłaniało mi analizowanie litery prawa.
Delektowałem się nastałą ciszą. Przez niewielkie szpary w zasłoniętej rolecie wdzierały się pierwsze promienie słońca. Walczyłem z myślami aby ponownie nie położyć się i zrobić sobie krótką drzemkę, chociaż pięć minut. Do pracy nie spóźnię się, bo planując godzinę wstawania, zawsze uwzględniam niewielką rezerwę czasu na delektowanie się poranną kawą. Zawsze można także mocniej depnąć na pedał gazu.
Wstałem! Był to pierwszy sukces dzisiejszego poranka. Odruchowo założyłem stojące przy łóżku kapcie i założyłem rozłożony na krześle szlafrok. Szafka nocna, krzesło, szafa i łóżko rzecz jasna – te meble nieodzownie kojarzą mi się z sypialnią i brak którekolwiek z nich, utrudniałby mi pełne korzystanie z tego pomieszczenia.
Od razu poczułem zew natury, wyrzucający z łóżka największych śpiochów. Idąc do łazienki kątem oka zerknąłem na przewracającą się z boku na bok żonę. Zazdrościłem Marii, że mogła bez ograniczeń wygrzewać się pod pierzyną. Pewnie słyszała budzik, którego trudno jest nie usłyszeć, i moje kroki na skrzypiącej podłodze, ale przyzwyczajona nie zwracała na to uwagi.
Godz.7.00
Punktualnie o godzinie siódmej włączył się ekspres do kawy. Cudowne urządzenie, wie jak uprzyjemnić człowiekowi poranek. Dzbanek z kawą podgrzewany jest przez około trzy godziny, więc także Maria załapie się na łyk gorącej kawy.
O wilku mowa! Smarując ciepłą grzankę usłyszał jej kroki. Byłem zaskoczony, ponieważ nic mi nie mówiła, że musi rano wstać. Zresztą, osobiście jej o to nie pytałem. Będąc architektem pracowała w domu i sama sobie organizowała dzień pracy. Wspominała, ze pracuję nad projektem fabryki dla niezwykle bogatego gościa. Zdziwiło mnie, że ktoś chce inwestować duże pieniądze w Górskiej Dolinie. Było to niewielkie miasto, otoczone łańcuchem górskim, oddalone od wielkich metropolii i głównych tras. Dominowała tutaj drobna i średnia przedsiębiorczość, która sobie całkiem dobrze radziła. Zaspokajała lokalne potrzeby i dzięki stosunkowo niewielkim kosztom produkcji miała rynek zbytu w innych miastach.
Skupiłem swoją uwagę na topiącym się na grzankach maśle i unoszącym się w całej kuchni aromacie kawy. Otworzyłem pojemnik z pokrojonym żółtym serem, kolejny z wędliną i wyciągnąłem z lodówki śmietankowy serek. Wszystko poustawiałem na kuchennym stole i dopiero wówczas mogłem usiąść ze świadomością, że za chwilę nie będę musiał ponownie wstać, by przygotować coś jeszcze na śniadanie.
Stół kuchenny nie był duży i przy okrągłym blacie swobodnie mieściły się trzy osoby. Długo szukaliśmy krzeseł, które pasowałyby do wnętrza i były jednocześnie wygodne. Oparcie miały metalowe, zaś siedzenie wyłożone zaszytą śliskim materiałem pianką.
-Jak się spało?- zadałem tradycyjne pytanie, spoglądając na małżonkę odzianą w czerwoną halkę i aksamitny szlafrok.
-Dobrze, lecz za krótko. Nie lubię rano wstawać. Nigdy nie lubiłam.
-A kto to lubi... – to pytanie zadałem sam sobie, przez moment zastanawiałem się, czy dane mi było poznać taką osobę.
-Ten co się wcześniej kładzie i ma dar szybkiego zasypiania.
-Albo dar szybkiego spania – dodałem pospiesznie.
Lubiłem swobodne, poranne pogaduszki z Marią przy kawie i grzankach. W ich trakcie nigdy nie poruszaliśmy poważnych tematów i nie rozmawialiśmy na konkretne tematy. Udawało nam się zapomnieć o codziennym życiu, wydarzeniach i plotkach, skupialiśmy się na tej krótkiej chwili.
Po śniadaniu wróciłem do sypialni, gdzie znajdowała się szafa z ubraniami. Bez większego problemu wybrał właściwy garnitur. Ułatwiała mi to niewielka ilość oficjalnych, eleganckich ubrań, których kolekcjonowanie rozpocząłem około dwa lata temu. Jako prawnik pracowałem znacznie dłużej, jednak na początku ubierał się bardziej swobodnie – określałem to jako ubiór pół-oficjalny, przechodzący momentami w elegancki. W ten sposób starałem się walczyć z monotonią sposobu bycia i ubierania się. Czułem się wówczas swobodnie i cieszyłem się z tego, ze udało mi się zachować pierwiastek samego siebie. Trwało to do czasu rozpoczęcia pracy w dużej, renomowanej na lokalnym rynku kancelarii, gdzie nawet ochroniarze chodzili pod krawatem. Obowiązek eleganckiego ubierania się został potraktowany jako jeden z obowiązków pracowniczych.
Do sypialni weszła żona. Usiadła ociężale na nie pościelonym łóżku i przecierając zaspane oczy próbowała się dobudzić.
-I jak wyglądam?- zapytałem zapinając ostatni guzik przy marynarce.
-Dobrze...normalnie, jak zawsze - na twarzy Marii pojawił się delikatny uśmiech, dotychczas przymrużone powieki na moment ukazały w pełni piękno jej oczu.
-Wiedziałem, że mi pomożesz. Dziękuję, kochanie – zażartowałem ironicznie - Jakie plany na dzisiaj?
-Cały czas to samo, projekt fabryki. Ten człowiek tworzy prawdziwe centrum przemysłowe.
-W tym mieście, dziwne. Mniejsza z tym. Po co właściwie tak wcześniej wstałaś? – zapytałem poprawiając krawat i kołnierzyk koszuli.
Lustro, kolejna rzecz, która jest niezbędna w sypialni. Na początku planowaliśmy kupić toaletkę, ale nie znaleźliśmy nic, co by pasowało do reszty mebli w sypialni i mieszkaniu. Ograniczyliśmy się do dużego lustra w drewnianej ramie, które powiesiliśmy na ścianie, obok drzwi do sypialni.
Zwracałem uwagę by krawat nie wystawał zza kołnierzyk a powstały trójkąt był odpowiednio uformowany. Maria cały czas szukała odpowiedzi na z pozoru proste pytanie.
-Dobra pytanie, czekaj....pamiętam... – złapała się za głowę delikatnie szarpiąc potargane włosy - Wiem! Mam spotkanie o 9.00. – odpowiedziała z prawdziwą ulgą.
-No to powodzenia. Nic mi o tym nie mówiłaś.
-Nie pytałeś.
-Dobra, wypij jeszcze mocną herbatę. Zresztą, do dziewiątej zdążysz się dobudzić.
Drzwi do garażu, będącego częścią budynku mieszkalnego, otwierane były kluczem od zewnątrz. Zastanawiałem się nad kupnem drzwi otwieranych pilotem, ale uznałem to za zbędny luksus i okaz nadmiernego lenistwa.
W środku stała nowa Toyota Corolla. Ładny, wygodny i bezawaryjny samochód. Ta ostatnia cecha była dla mnie niezwykle istotna, ponieważ nie miałem zielonego pojęcia o mechanice samochodowej. Moje umiejętności ograniczały się do zatankowania, sprawdzenia poziomu oleju i teoretycznej wiedzy na temat wymiany koła.
Silnik samochodu zapalił bez problemu. Ostrożnie wyjechałem z zagraconego garażu, gdzie przechowywaliśmy wszystkie rzeczy, które mogą się przydać. Liczne kartony poustawiane były przy ścianach, tak by nie ograniczać dostępu do samochodu.
Na ulicy ruch był niewielki. Poranny szczyt zaczynał się z reguły po godzinie dziewiątej. W radiu nadawano wiadomości z wczorajszego dnia oraz aktualne informacje o utrudnieniach dla kierowców. Najchętniej posłuchałbym starego, rockowego kawałka, ale nie liczyłem na znalezienie stacji, która o pełnej godzinie puszcza muzykę. W takich momentach kląłem na odtwarzacz w samochodzie, w którym regularnie psuł się magnetofon.
Godz.8.20
Zaparkowałem na swoim stałym miejscu. W wysokim biurowcu mieściła się kancelaria, będąca miejscem mojej pracy. Dokładnie na dziesiątym piętrze, co w sytuacji, gdy była popsuta winda, oznaczało zdobywanie kilkudziesięciu stopni.
Przy głównym wejściu znajdował się podświetlany szyld: „ Kancelarie prawnicze”. Większa ilość informacji nie była potrzebna. Wystarczyło kilka ogłoszeń w gazecie by w mieście rozeszła się wiadomość, ze powstała kancelaria, gdzie można było załatwić sprawę u adwokata, radcy prawnego, doradcy podatkowego i notariusza. Wszystko w jednym miejscu, bez konieczności biegania po mieście.
Po raz kolejny jako pierwszy usiadłem za biurkiem na swoim wydzielonym płytami stanowisku pracy. Podobnych stanowisk było kilkanaście. Ciągnęły się w trzech rzędach ustawionych w ten sposób, żeby pomiędzy nimi można było swobodnie przechodzić. Moje biurko stało w środku rzędu przy oknie. To pomieszczenie było sercem kancelarii – tu powstawała większość pism, rozstrzygane były zawiłe kwestie prawne, znajdowały się segmenty z półkami uginającymi się pod ciężarem specjalistycznych pism i książek.
Odruchowo rozpocząłem przygotowania do kolejnego dnia pracy. Włączyłem komputer, sprawdziłem pocztę elektroniczną oraz zapiski w notesie. Ta ostatnia czynność była szczególnie istotna. Pracując jako prawnik musiałem zwracać dużą uwagę na terminy, których przegapienie mogłoby pociągnąć za sobą bardzo dotkliwe finansowo konsekwencje. Upewniłem się także czy ma pod ręką czyste kartki papieru oraz długopisy, gdyż przedmioty te jako niezwykle potrzebne w pracy bardzo szybko znikały lub zmieniały właściciela.
Zamyślony nie zwracałem uwagi na przechodzące obok osoby, słowa powitań oraz liczne pytania o minięty weekend. Niespodziewanie obok mnie pojawiła się asystentka. Ona niczym krew w organizmie przekazywała informacje, polecenia, dokumenty. Będąc cały czas w ruchu nie była skora do dłuższej pogawędki czy poplotkowania.
Nie brakowało jej urody ani kobiecego wdzięku. Ubierała się elegancko i często pojawiała się w nowych kreacjach. Czasami zastanawiałem się, kiedy ona ma czas by chodzić po sklepach, gdy pracuję od poniedziałku do soboty w godzinach 10.00 – 18.00.
-Szef kazał przekazać panu te dokumenty. Proszę posprawdzać czy wszystko się zgadza, w szczegól- ności kompletność załączników i podpisy na pieczątkach za zgodność. Ma pan to odnieść osobiście.
-Dziękuję pani Mario, jak tam weekend?
-Normalnie, przynajmniej mogłam się wyspać.
Odpowiedziała bez chwili zastanowienia i już jej nie było. Znikła za drzwiami sekretariatu, w pomieszczeniu przy gabinecie szefa.
Właśnie zamierzałem zabrać się do pracy, gdy na pulpicie wyświetliła się informacja, że mam nową wiadomość na poczcie internetowej. Kliknąłem właściwą ikonę i po kilku sekundach wyświetliła się treść wiadomości:
Rachunek nr 000001
Posiadacz rachunku: Józef Abramowicz
Zamieszkały: ul. Willowa 10 , Górska Dolina
Etap kontroli: gromadzenie danych.
Czytałem to dwa razy i dalej nie mogłem zrozumieć. Nie, to musi być głupi żart. Utrzymywałem kontakt za pośrednictwem poczty elektronicznej z wieloma znajomymi, jednak nikomu nie podawałem służbowego e-maila. Kurcze, nowy dowcipniś w kancelarii? Dziwne...
Skasowałem wiadomość i zabrałem się do pracy. Wszystko trzeba było wykonywać w miarę możliwości szybko i sprawnie, bo w każdej chwili mogła ponownie pojawić się asystentka z czymś znacznie trudniejszym. Jedną z niepisanych zasad obowiązujących w kancelarii było nie pozostawianie niczego na jutro, jeżeli nie jest to konieczne.
Dopiero dokładna analiza większej lub mniejszej ilości dokumentów i innych pism dawała mi pełen obraz sprawy. Co ma się z czym zgadzać, od kogo i dla kogo są pisma i czy dołączono odpowiednią liczbę odpisów. Musiałem jeszcze sprawdzić terminy i właściwość sądu. To pismo musiał przygotowywać nowy pracownik lub praktykant. Inaczej, nie musiałbym tego sprawdzać. Dobrze, wszystko się zgadza i jest gotowe do wysłania.
Bez zbędnej zwłoki udałem się do gabinetu dyrektora.
Zapukałem i nie czekając na odpowiedź wszedłem do środka. Przy biurku siedział mężczyzna w średnim wieku i z lekka nadwagą. Zawsze był starannie ubrany i uczesany. Ubierał się głównie w ciemne, markowe garnitury i nigdy nie widziano go w jaskrawym krawacie. Promienie słońca odbijały się od złotych spinek - do mankietów i krawata.
-Szybko pan się z tym uporał. Proszę siadać – powiedział dyrektor nie odrywając wzroku od pisma leżącego na jego biurku. Cały czas coś do niego dopisywał, kreślił i wstawiał po bokach dziwne znaczki.
Na początku pracy w tej kancelarii moje pisma wracały na biurko z podobnymi adnotacjami do czasu, gdy nie wypracowałem oczekiwanego sposobu formułowania zdań.
Położyłem teczkę na krawędzi masywnego biurka w tzw. stylu retro. Pasowało ono do pozostałych mebli, głownie szafek i półek oraz stojącej w tyle pokoju biblioteczki - wypełnionej najnowszymi pozycjami literatury prawniczej. Dominowały wśród niej masywne i ładnie oprawione komentarze i systemy – niezbędne w pracy prawnika do wyjaśnienia treści normy zawartej w przepisie i określenia sposobu jej zastosowania w orzecznictwie.
Nic nie mówiąc usiadłem w wygodnym, skórzanym fotelu i czekałem uważnie rozglądając się wokoło. Dyplomy, zdjęcia, pamiątki z dalekich podróży – prawdziwe muzeum! Trudno było znaleźć nie zagospodarowany kawałek ściany.
-Pracuje pan od niedawna w mojej kancelarii i muszę przyznać, że jestem zadowolony z efektów pańskiej pracy – mówiąc to dyrektor rozsiadł się wygodnie w fotelu, nie spuszczając ze mnie wzroku – Wydaje mi się, że nadszedł czas na bliższe poznanie się, co ułatwi nam dalszą współpracę.
Poczułem się, jakby ktoś potraktował mnie 230 V albo zabłąkany piorun pomylił mnie z drzewem. Zaskoczony niespodziewaną pochwałą przełożonego nie wiedziałem co powiedzieć i uczyniłem to, co się wydawało najrozsądniejsze w zastałej sytuacji - czekałem na dalszy bieg wydarzeń.
-Czy ma pan jakieś plany na czwartkowy wieczór?
-Nie, nie mam – odpowiedział pospiesznie nieco drżącym głosem.
W normalnych okolicznościach spojrzałbym wpierw do notesu i znalazłszy puste miejsce przy notatkach na wieczorne godziny, wyciągnął pióro, które podczas czasów studenckich wygrała moja małżonka.
-To świetnie. Zapraszam pana, rzecz jasna wraz z szanowną małżonką, do Restauracji Mexicana na godzinę 18.00.
-Dziękuję, na pewno przyjdziemy. To znaczy jestem , jesteśmy, zaszczyceni – czułem, że na policzkach pojawiły mi się delikatne rumieńce. Usilnie próbowałem zapanować nad emocjami.
-Dobrze, to jesteśmy umówieni. Teraz proszę wracać do pracy. Na pańskim biurku czekają kolejne akta. Potrzebna jest kasacja, uzasadnienie wraz z orzecznictwem. Ma pan dwa dni. Niestety, pomimo moich usilnych starań i niezliczonych próśb nasi klienci wszystko robią na ostatnia chwilę.
Uznając rozmowę za zakończoną wstałem z fotela i wyszedłem z gabinetu. Idąc w kierunku swojego boksu zastanawiałem się nad słowami i propozycją kierownika. Trudno mi było w to wszystko uwierzyć. Zastanawiałem się także, co ma znaczyć chęć ułatwienia współpracy. Czy do pisania pism i przeglądania orzecznictwa potrzebna jest kolacja z szefem?
Doszedłem do siebie, gdy zobaczyłem grubą teczkę na biurku. Dwa dni na kasację?! To wystarczyło, żeby przestać myśleć o odbytej rozmowie i rzucić się w wir pracy.
Pospiesznie przeglądałem dokumenty, pisma procesowe i sądowe z poprzednich instancji. Następnie czekało mnie szukanie odpowiedniej podstawy prawnej, przekonujących argumentów, wykazanie zasadności rozpatrzenia kasacji. Złościła mnie instytucja przedsądu. Jak to możliwe, że jeden sędzia na posiedzeniu niejawnym decyduje o zasadności kasacji.
Zupełnie zapomniałem o otaczającym mnie świecie. Przed oczami miałem jedynie kolejne artykuły, ustawy, orzeczenie, opinie...Przygotowane rano kartki szybko znikały. Mając gotowy plan kasacji odłożył długopis i chwycił klawiaturę. W tym momencie zadzwonił telefon na biurku. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Nie podnosząc słuchawki zacząłem pisać kasację.
-Panie Józefie, telefon do pana – ponaglała sekretarka, która mając stanowisko pracy przy głównym wejściu łączyła rozmowy do poszczególnych gabinetów i boksów.
-Kto dzwoni? Nieważne, ... jestem zajęty! – odkrzyknąłem - Nie mogę rozmawiać.
W myślach formułowałem właśnie kolejny zarzut czując, że to będzie strzał w dziesiątkę. Tym sposobem przekonam każdego sędziego i powalę przeciwnika na łopatki. Ponownie chwyciłem kartkę, by przelać swoje myśli na papier.
-Panie Józefie...
-Nie teraz! Nie mogę rozmawiać.
Kurcze, przecież to on musi wykazać, że ma było inaczej. Trzeba będzie wykorzystać artykuł 6 by potem...
-Żona dzwoni ! – sekretarka nie dawała za wygraną.
-Jaka żona? Przecież mówiłem, żeby... Moja żona?
Zaniepokojony podniosłem słuchawkę.
-Co się stało?- zapytałem spodziewając się najgorszego.
-Nic, chciałam z tobą porozmawiać – odpowiedziała Maria smutnym głosem.
-Kurde, ... kochanie, jestem zajęty – targany emocjami starałem się nie wybuchnąć - Umawialiśmy się, że będziesz dzwoniła gdy stanie się coś naprawdę ważnego.
-Przepraszam, musiałam usłyszeć twój głos. Nie mogłam się powstrzymać.
-Przecież niedługo zobaczymy się w domu. Nie mogłaś poczekać?! Mam dwa dni na napisanie choler- nej kasacji, rozumiesz co to znaczy?!
-Boję się.
-Co?! Czego się boisz? O co chodzi?!
-Nie wiem... Sama tego nie rozumiem.
-A kto ma do kurwy nędzy wiedzieć – speszony spojrzeniami osób siedzących w pobliżu mojego biurka ściszyłem głos - Mario, co się z tobą dzieje?
-Nic!
Zdołałem usłyszeć szlochanie zanim Maria odłożyła słuchawkę. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, wróciłem do pisania kasacji. Mając wszystko przygotowane sprawdziłem wytrzymałość przycisków na klawiaturze.
Minęły kolejne dwie godziny. W tym czasie udało mi się skończyć zarys kasacji. Pozostało sprawdzenie, uzupełnianie i dopracowanie tego co już napisałem.
Usatysfakcjonowany postanowiłem zrobić sobie dłuższą przerwę, tym bardziej że mijała już pora lunchu. Prawie wszyscy pracownicy kancelarii i innych biur znajdujących się w budynku spożywali w barze szybkiej obsługi, który znajdowała się dwa piętra nad kancelarią.
Zapach przyrządzanego jedzenia spowodował u mnie donośne burczenie w brzuchu. Nie musiałem martwić się o wolne miejsce przy stoliku. Większość pracowników zdążyła już zjeść. Wziąłem tacę i podszedłem do miejsca, gdzie wydawano posiłki. Mijałem ladę ze szklaną obudową, gdzie powykładane były proponowane potrawy. Po raz kolejny poczułem bolesny skurcz żołądka.
-Co dzisiaj poleca szef kuchni?- zapytałem stojącego za ladą kucharza.
-To co zawsze, kawę i kanapki na ciepło z łagodnym sosem.
-A już liczyłem na coś specjalnego – zażartowałem.
Przez moment pomyślałem nawet, żeby zamówić coś innego niż zwykle. Jednak, gdy przypomniałem sobie smak tych kanapek, nie miałem już żadnych wątpliwości.
-Włożę panu dwa liście sałaty zamiast jednego.
-A kto za niego zapłaci?
-Dla stałego klienta... połowa liścia na koszt firmy.
Odebrał tacę i skierowałem się w kierunku najbliższego stolika. Czasami zajmował stolik przy oknie ze względu na ciekawy widok na miasto. Tym razem niebo było zachmurzone i padała mżawka, co nie zachęcało do podziwiania panoramy miejskiej. Wszystkie stoliki były takie same – kwadratowe, przeznaczone dla czterech osób. Usiadłem na metalowym krześle. Swój lunch rozpocząłem od spróbowania kawy. Pycha, dokładnie taka jaką lubię. Już po pierwszym łyku czułem delikatny przypływ energii. Z uśmiechem spojrzałem na dodatkowy liść sałaty, po czym zacząłem jedzenie kanapki właśnie od niego. Wspaniała sałata - świeża i chrupiąca.
Po powrocie do biura usiadł przy biurku i otworzyłem plik z kasacją. Praca nad gotowym tekstem okazała się zajęciem mniej absorbującym od samego pisania. Stopniowo odczuwałem zmęczenie, chęć rzucenia wszystkiego, spakowania klamotów i powrotu do domu.
Wsłuchiwałem się w otaczające mnie odgłosy- telefony, mniej lub bardziej entuzjastyczne rozmowy, stukot klawiatur, pracujące komputery, trzaskające drzwi...
-Wiadomość z ostatniej chwili- nagłe pojawienie się asystentki i trzask rzuconych na biurko teczek brutalnie wyrwały mnie z zamyślenia, przysparzając o szybsze bicie serca - Z pozdrowieniami od szefa.
Sentencja ”z pozdrowieniami od szefa” oraz podnoszący na duchu uroczy uśmiech asystentki oznaczał sprawę z pozoru łatwą lecz z kryjącymi się za każdym rogiem pułapkami. Odłożyłem sprawdzanie kasacji. Postanowiłem skończyć jutro z samego rana, gdy będę miał wypoczęty umysł. Musiałem zrobić miejsce na biurku by rozłożyć na nim kolejne dokumenty.
-Panie Józefie, doceniam pańskie zaangażowanie ale ta sprawa nie jest pilna. W szczególności nie jest warta płacenia za nadgodziny. Proszę wracać do żony, która już pewnie czeka z ciepłym obiadkiem na stole i wałkiem w ręce. Dokończy pan jutro.
Zdezorientowany spojrzałem na zegarek. Już ponad prawie piętnaście minut temu powinienem zakończyć dzisiejszy dzień pracy. Zupełnie straciłem poczucie czasu. Dyrektor zawsze wychodził jako ostatni, zamykając za sobą drzwi kancelarii i uruchamiając instalację alarmową.
-Tak, ma pan rację. Już uciekam. Maria będzie wściekła.
-Jakby małżonka była nazbyt zdenerwowana to proszę powiedzieć, że zatrzymałem pana siłą przy- wiązując do krzesła. Proszę pamiętać o czwartku!
Godz.15.50
-Spóźniłeś się. Będę musiała podgrzać ziemniaki.
Maria wyciągnęła patelnię z szafki przy kuchence i postawiła ją na elektrycznym palniku.
-Nie, nie trzeba – odpowiedziałem zdejmując buty w korytarzu - Nie muszą być ciepłe. Zresztą, sam jestem sobie winien.
-Na pewno? Musisz zjeść ciepły posiłek – spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem.
-Tak, prawdę mówiąc nie chce mi się zbytnio jeść. Jadłem późno lunch.
-Pewnie ciepłe kanapki.
Uśmiechnąłem się tylko nie odpowiadając. Wiele razy wspominałem Marii o tych kanapkach, Był nawet taki czas, że przyrządzaliśmy je w domu.
Na moment stanąłem w progu kuchni. Opierając się o futrynę obserwowałem żonę krzątającą się po kuchni.
- Przepraszam za spóźnienie, miałem dużo roboty ... i tak wszystkiego nie skończyłem.
-Będziesz kończył w domu? – zapytała Maria nakładając ziemniaki i pieczeń na talerz. Wszystko polała sosem.
-Nie, nie wziąłem ze sobą dokumentów.
Pospiesznie przebrałem się w sypialni, umyłem ręce w łazience i wracając korytarzem poczułem dobiegający z kuchni zapach. Poczułem lekkie burczenie w brzuchu. Nie chce mi się jeść? Ja to powiedziałem ?
-Pyszny obiad, wspaniałe mięso- zapominając o podstawowej zasadzie kulturalnego jedzenia mówiłem z pełnymi ustami – Wprawdzie jadłem kanapki na ciepło, ale co tu porównywać i kiedy to było.
-Cieszę się, że smakuje, mimo, że to nie jest nic nadzwyczajnego. Też miałam sporo roboty z projektem i nie miałam czasu na zabawy w kuchni.
Właśnie, praca! Dzisiaj złamałem zasadę numer jeden, zostawiając dwie sprawy na jutro. Zacząłem żałować, że nie zabrałem ze sobą dokumentów. Chwileczkę, przecież potrzebne informacje nagrałem na dyskietkę. Niech żyje podwójne zapisywanie sporządzanych plików! To powinno mi wystarczyć.
Wróciłem myślami do spożywanego posiłku. Maria siedziała oparta o stół i spoglądała na mnie litościwym wzrokiem. Dobrze znałem to spojrzenie. Nie musiałem zbyt długo się domyślać o co tym razem chodzi, gdyż Maria przekonana, że nastała właściwa chwila, zapytała nieśmiale.
-Nie masz ochoty na spacer, może kino lub teatr. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz gdzieś razem by- liśmy. Od czasu przeprowadzki cały czas pracujesz. Też powinieneś się rozerwać.
Ostatnio często wracała do tego tematu. Ja z kolei równie często obiecywałem, że jutro lub w weekend gdzieś się wybierzemy. Co robić, co robić ... Rzeczywiście, dawno nigdzie nie byliśmy i sam mam ochotę to zmienić, ale ta cholerna kasacja.
-Marysiu...
-Dobra, nie kończ. Tradycyjnie nie masz czasu.
Nie ukrywała zdenerwowania. W kącikach oczu zobaczyłem gromadzące się łzy. Kurcze, dlaczego dzisiaj! Ja naprawdę muszę to skończyć.
-Postaraj się zrozumieć...
-Co zrozumieć?! Że nie widzisz świata poza pracą. Kiedyś też pracowałeś a mimo to mieliśmy czas dla siebie.
-Ale także znacznie mniej zarabiałem i nie miałem żadnych szans na awans. Mario, to nie jest zwykła kancelaria, lecz biuro kompleksowej obsługi klienta. W tym tkwi przyszłość...
-Pieprzę taką przyszłość.
Strumienie łez spłynęły po jej delikatnych policzkach.
-Przecież nigdy nie odczuwaliśmy braku gotówki. Nie musisz tyle pracować. Mamy domek, samochód. Na co jeszcze zbierasz? Pomyślałeś o dziecku...
Tego było już za wiele. Wstałem i poszedłem bezpośrednio do pokoju obok kuchni, który służył za domowe biuro.
Głownie korzystała z niego Maria, dlatego na biurku poustawiane były przyrządy do liczenia i kreślenia. Obok biurka stało urządzenia do wykonywania projektów. Było ono połączeniem deski kreślarskiej z mechanicznym ramieniem zaopatrzonym w atramentową głowicę zakończoną igłą. Duże okno wychodziło na ogródek. Przy ścianie postanowiona była biblioteczka – uboższa od tej w biurze dyrektora.
Jedyny obraz przedstawiał czarnego kota na ciemnym tle, patrzącego na świat dużymi, hipnotyzującymi oczami. Zupełnie, jakby miał za chwilę wyskoczyć i rzuci się na patrzącą na niego osobę.
Krążyłem po pokoju próbując się uspokoić i pozbierać myśli. Jak niewiele potrzeba, by miła atmosfera zamieniła się w bezwzględną wymianę zdań. Szkoda, że ten mechanizm nie działa równie sprawnie w drugą stronę. Nie lubię, wręcz nie cierpię, kłócić się z Marią. Jednak, kłótnie w relacjach międzyludzkich są nieuniknione.
Dobra, trzeba brać się do roboty. Szybciej skończę to może uda się jeszcze naprawić sytuację. Wieczorne seanse w kinach zaczynają się z reguły koło siódmej.
Godz. 20.00
-Nareszcie, koniec!- krzyknąłem sam do siebie.
Ucieszyłem się, że udało mi się uporać z pismem. Najbardziej żmudne jest dopracowywanie tekstu i kombinowanie, co by tu jeszcze można było dodać. Nie od razu nauczyłem się wyczuwać moment, kiedy już nic sensownego się nie wymyśli i dalsze siedzenie nad tekstem jest po prostu stratą czasu.
W pokoju panował mrok. Jedynym źródłem światła był monitor i halogenowa lampka stojąca na biurku. Myślami wracałem do rzeczywistości. Spojrzałem na zegarek. Super, za późno żeby gdziekolwiek gdzieś pójść. Przypomniałem sobie ostatnią kłótnię z Marią i poczułem wyrzuty sumienia. Wstałem od biurka i wyszedłem z gabinetu.
Całe mieszkanie pogrążone było w ciemności. Jedynie z pokoju gościnnego dochodziło światło i dobiegały dźwięki. Maria siedziała na jednym z dwóch foteli, pomiędzy którymi stał stolik z okrągłym, szklanym blatem. Obojętnie wpatrywała się w ekran telewizora.
Powoli podszedłem do niej i nic nie mówiąc zaczął delikatnie masować kark. Jej ciało nadal pozostawało spięte, zupełnie nie wrażliwe na dotyk.
-Już skończyłeś?- zapytała nie odrywając wzroku od telewizora, w którym emitowana była powtórka popularnego serialu.
-Tak, wyszło ciekawe pismo. Wszyscy powinni być zadowolenie... – szybko przekonałem się, że uderzyłem w niewłaściwe struny.
- Wszyscy? Jesteś pewien?? Spacer w ciemnościach nie należy do bezpiecznych. Nie ma co liczyć na znalezienia pustego stolika w barze a seanse w kinie już się rozpoczęły. Z czego ja osobiście mam być zadowolona.
Poczułem jak po mojej dłoni dotykającej policzka spłynęły ciepłe łzy.
-Wiem, jutro będę miał więcej wolnego czasu i zabiorę ciebie do teatru.
-I czego po raz kolejny pieprzysz takie głupoty?! Powiedz od razu, że masz w dupie nasze wspólne życie.
Gwałtownie odtrąciła moje ręce. Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć, w jaki sposób mogę naprawić sytuację. Przekonałem się, że przynajmniej dzisiaj to nie będzie możliwe. Boże, jak ja nie lubiłem takich sytuacji. Wolałem, żeby mnie wyzwała od skurwieli, ale potem przytuliła się do mnie i wybaczyła. Przecież my mamy ze sobą spędzisz resztę życia....
Przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. Wiedziałem, ze to był fatalny moment, żeby o tym mówić, ale chciałem mieć to za sobą. Po co miałbym z góry skazywać na niepowodzenie kolejny dzień.
-Przypomniało mi się, że... – postanowiłem od razu przejść do konkretów - W czwartek wieczorem jesteśmy umówieni z moim szefem i jego małżonką w Restauracji Mexicana.
-Dziękuję za informację. Widzę, że umówiłeś się nie pytając mnie o zgodę.
Nie zaprzeczyłem.
-W kuchni masz przygotowane kanapki. Smacznego. Jadłam kolację, kiedy ty siedziałeś przy kompu- terze.
Z trudem zmusiłem się do zjedzenia jednej kanapki. Resztę schowałem do lodówki, by były świeże następnego dnia. Denerwowało mnie marnotrawienie żywności. Od razu ukazywały mi się w wyobraźni obrazy skrajnie wychudzonych dzieci w Afryce. Jaki ten świat jest porąbany. My wyrzucamy jedzenie, gdy leży o jeden dzień za długo w lodówce a tam nie mają co do ust włożyć.
Zgrałem kasację na dyskietkę i pochowałem dokumenty do teczki. Postawiłem ją w korytarzu wiedząc, że już dzisiaj nie będę do niej zaglądał. Postanowiłem nadać dzisiejszemu wieczorowi chociaż jeden przyjemny aspekt ... gorący prysznic.
Przez dłuższą chwilę pozwalałem strumieniom ciepłej wody uderzać o moją głowę i twarz. Wyobrażałem sobie, że stoję pod wodospadem, którym spływają gorące źródła. Brakowało jedynie uroczej kobiety, ubranej w sukienkę zrobioną z wysuszonych traw i ze świeżym wiankiem na głowie, która wytarła by moje ciało delikatnym płótnem.
W zaparowanym lustrze nie widziałem odbicia swojej twarzy. Nie wycierałem go, bo nie miałem ochoty na siebie spoglądać bez wyraźnego powodu. Ubrałem czystą pidżamę i poszedłem od razu do sypialni.
Maria leżała w łóżku przy zgaszonym świetle. Nie sprawdzając czy już zasnęła położyłem się tuż obok i delikatnie objąłem ją ramieniem. Wbrew pozorom, nawet taki delikatny okaz czułości przez odpłynięciem do krainy snów, był dla mnie niezwykle istotny. Bez tego dół z samego rana był gwarantowany.
-Kocham ciebie - szepnął nie oczekując odpowiedzi.
Wtorek, godz.6.30.
Tym razem nie żałowałem sił wyłączając budzik uderzeniem ręki. Przez ten ułamek sekundy miałem nadzieją, że już nigdy nie usłyszę tego dźwięku. Pospiesznie wstałem i usiadł na brzegu łóżka. „Dobrze, pierwszy krok zrobiony. Potem będzie tylko lepiej”. Dłońmi przecierałem zaspane oczy.
Tym razem poranne czynności wykonywałem w samotności. Zapomniałem zapytać, jakie plany na dzisiaj ma Maria. Zresztą, wczoraj nie było klimatu do rozmowy. Kurcze, głupio mi .... Dobra, trzeba iść do roboty.
Godz.8.00
Ponownie jako pierwszy przybyłem do pracy. Usiadłem na krześle i bezczynnie wpatrywał się w okno, które ciągnęło się wzdłuż ściany po lewej stronie biurka. Nie wstając widziałem jedynie niewielki zarys panoramy miasta i zachmurzone niebo. Rzęsisty deszcz padał na dachy budynków oraz nieopodal położony szereg niewysokich wzniesień. Kiedyś słyszałem, ze miasto powstało na miejscu jeziora, które wyschło wskutek zmiany biegu zasilającej go w wodę rzeki. Do dzisiaj kopiąc w ogródku można znaleźć resztki skorupiaków.
Cały czas rozmyślałem o wczorajszym wieczorze. Zupełnie zapomniałem porozmawiać o telefonie do biura. Wszystko przez tą kłótnię w kuchni. Kątem oka zauważyłem zmierzającą w moim kierunku asystentkę. No tak, zaczyna się kolejny dzień pracy.
-Szef prosi o dokończenie wczorajszej sprawy i zaniesienie mu dokumentów.
-Dziękuje za nowinę. A w jakim jest humorze?
-Nie najgorszym. Nieco przygnębiony, chyba przez tą pogodę.
-Jak wszyscy. Najgorzej jak coś wisi w powietrzu i spaść nie może.
Włączyłem komputer i wyciągnąłem z teczki dyskietkę. Na pulpicie pojawił się komunikat, że na firmowym serwerze mam wiadomość. Nie było nadawcy i daty. Dziwne, te informacje pojawiały się automatycznie. Zresztą, komu by zależało na takiej anonimowości. Musiałem to sprawdzić.
Rachunek nr 000001
Posiadacz rachunku: Józef Abramowicz
Zamieszkały: ul. Willowa 10 , Górska Dolina
Etap kontroli: weryfikacja danych.
Wnioski: znaleziono przewinienie.
Rodzaj przewinienia: egoizm życiowy II stopnia
Co to ma być? Kurcze, znowu jakiś dowcipniś w sieci. Tym razem nie popuszczę. Poszedłem na piętro wyżej, gdzie znajdowało się zespół informatyków zarządzających siecią w budynku. Miałem przyjemność poznać informatyka, który był odpowiedzialny za sieć kancelarii. Wiedziałem, do kogo uderzyć.
-Witaj, Mirek. Jak zawsze zapracowany – zastałem go na przeglądaniu stron internetowych z ciekawostkami o samochodach.
-Józek, kopę lat. Tak blisko siebie pracujemy a tak rzadko widujemy. Jak to możliwe ?
Jednak to było możliwe i co więcej, często spotykane. Spojrzał na mnie przez duże, okrągłe okulary. Nic się nie zmienił od ostatniego spotkania – dalej dbał o to żeby jego blond włosy nie były za krótkie i ubierał się w zazwyczaj niebieskie dżinsy oraz wyciągnięte na wierzch koszule flanelowe.
-Posłuchaj, jakiś dowcipniś w lokalnej sieci wysyła mi głupie wiadomości. Raz popuściłem, ale dzisiaj dostałem druga wiadomość o zbliżonej treści.
-Nie ma identyfikacji.
-Bez oznaczenia, daty i numeru.
-To niemożliwe!
-A jednak.
-Dobra, zaraz to sprawdzimy.
Muszę przyznać, że jak ten facet brał już się do roboty, to nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Potrafił siedzieć przed tym monitorem godzinami, nie czując nawet potrzeby pójścia do kibla.
-Dobrze, jestem w waszej sieci. Wiadomości .... wysyłane ... przykro mi stary, ostatnia wiadomość jaka otrzymałeś to była ode mnie. Zapraszałem ciebie wówczas na sylwestra.
-To było dwa lata temu.
-Wybacz, ostatniego sylwestra spędzałem z dziewczyną w chacie. Nie przepada za trójkącikami.
Wyszedłem bez słowa podziękowania. Nic z tego nie rozumiem. Przecież, nie mogło mi się przewidzieć, że dostałem wiadomość. Po dotarciu na stanowisko pracy sprawdziłem skrzynkę pocztową. Wybrałem przedział czasowy – jeden rok. Nerwowo czekałem na komunikat. Nic! Brak wiadomości! W tym momencie zupełnie zgłupiałem. Zacząłem wątpić, czy to co przeczytałem nie było jedynie przewidzeniem. Zmęczenie?
Kurcze, kasacja! Otworzyłem plik nagrany na dyskietce, by ostatni raz rzucić na niego okiem. Musiałem jeszcze wydrukować jego zawartość i byłem gotowy do wizyty w gabinecie szefa. Przez moment chciałem z nim nawet porozmawiać o tych dziwnych wiadomościach, ale to była jedynie krótka chwila.
-Już?! To nie możliwe – dyrektor nie ukrywał zdziwienia, zamknął biblioteczkę i usiadł w fotelu – Sa- ma papierkowa robota wymagała znacznie dłuższego czasu. Proszę się przyznać, pracował pan nad tym w domu.
-Rzeczywiście, trochę czasu poświęciłem tej sprawie po powrocie do domu – moja odpowiedź nie była precyzyjna, ale na pewno szczera.
Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym współczucia.
-Jest pan młodym człowiekiem. Nie powinien pan żyć jedynie pracą. Jeżeli będzie potrzeba odrabiania pracy domowej to panu powiem. Odbiegając od tematu, jak zareagowała małżonka na moje zaprosze- nie?
-Była mile zaskoczona, podziękuje panu osobiście w piątek wieczorem - zacisnąłem zęby, dziwiła mnie łatwość z jaką potrafiłem kłamać.
-Cieszę się. Co pan sądzi o kasacji?
-Nie wskazane są wyroki sądu.
-Ulubiona odpowiedź prawników. Tylko proszę pamiętać, że nasi klienci jej zbytnio nie lubią.
-Moim zdaniem, jest szansa na korzystne orzeczenie. Nie odbiega to od linii orzeczniczej.
-To właśnie chciałem usłyszeć. Przejrzę to i zawiozę osobiście klientowi.
To oznaczało, że wizyta w gabinecie dyrektora dobiegła końca. Podniosłem się z wygodnego fotela i skierowałem do wyjścia. Po wyjściu spotkałem przechodzącą, a raczej przebiegającą tuż przed moim nosem asystentkę. Boże, jak ta kobieta wytrzymuje cały dzień na takich obrotach. Ja bym musiał mieć kofeinę dawkowaną dożylnie.
-Dzwoniła pańska żona. Nie wiem w jakiej sprawie, o nic nie prosiła – powiedziała jednym tchem, nie zatrzymując się nawet na moment.
-Dobrze, dziękuję. Zaraz oddzwonię
Na biurku leżały akta kolejnej sprawy. Zajrzałem z czystej ciekawości. Nie no, jak można było wydać tak absurdalne rozstrzygnięcie. Gdy skończył przeglądać dokumenty miałem już w głowie zarys pisma.
-Witka, tym razem ja postanowiłem ciebie odwiedzić.
Zaskoczony niespodziewanym nadejściem Mirka podskoczyłem na krześle.
-Jejku, ale mnie przestraszyłeś.
-Coś tobie powiem, ale nikomu tego nie powtarzaj. Zrozumiałeś.
-Dobra, masz moje słowa – spojrzałem na niego zdziwionym wzrokiem, nie mając pojęcia, jakie to wielkie tajemnice mógłby mi przekazać.
Zbliżył się do mojego ucha, co wprawiło mnie w pewne zażenowanie. Nigdy nie przepadałem za nazbyt bliskimi kontaktami z płcią brzydką.
-Wiem, że nie powinienem tego robić. Mogą mnie za to nawet wywalić z roboty. Z wilczym biletem!
-Mirek, przejdź do konkretów.
-Sprawdziłem główną bazę danych – szeptał niezwykle cicho – Tam jest dosłownie wszystko. Każde napisane pismo, każdy zapłacony rachunek, nawet kody dostępów oraz ... wysyłane wiadomości.
Dopiero teraz wszystko zrozumiałem.
-I co znalazłeś? – to była szansa udowodnienia tego, że nie zwariowałem, wykrycia dupka i odpowiedniego mu podziękowania.
-Nic. To samo co na twojej skrzynce.
No to klapa.
-Dobra, dzięki stary, że tak się dla mnie poświęciłeś. Jakbyś czegoś potrzebował, to uderzaj.
Oddalił się uważnie rozglądając się wokoło. Zapewne upewniał się, czy ktoś przypadkiem nie podsłuchiwał naszej rozmowy.
Wróciłem do sprawy na biurku. Największą trudność sprawiło mi ubranie moich myśli w odpowiednią szatę. Przypomniałem sobie mojego pierwszego pracodawcę, który cierpliwie zwalczał w moich pismach zbyt ostre stwierdzenia. Pomimo faktu, że czasami człowiekowi otwierał się scyzoryk w kieszeni, koniecznym było używanie słów subtelnie zwracających uwagę na nieprawidłowy tok rozumowania – a nie rażąco sprzeczny z elementarnymi zasadami logiki, oraz pochopne wyciąganie wniosków – bez używania słowa „ absurdalne”.
Nie dostrzegałem mijającego czasu. Długo tworzył bazę, skrzętnie notując „złote myśli” i artykuły, by potem zebrać to do kupy i napisać wstępną wersję. Potem czekało mnie poprawianie, dopisywanie i redagowanie tekstu.
-Dobra, koniec!- krzyknąłem zamykając wypchany dokumentami segregator. Ku memu zdziwieniu w kancelarii nie było prawie nikogo. Zdezorientowany rozejrzałem się w około.
-Nie zrobił pan przerwy na lunch – ubrana w płaszcz asystentka zauważyła mnie w lustrze, w którym przyglądała się poprawiając fryzurę.
-Jaki lunch? Która godzina?
-Ostatni dzwonek na pójście do domu. Za kilka minut kancelaria zostanie zamknięta na cztery spusty i będzie miał pan poważny problem, żeby wydostać się na zewnątrz. Zadzwonił pan do małżonki?
-O, kurwa! – szepnąłem pod nosem.
Zupełnie o tym zapomniałem. Asystenta musiała patrzeć na mnie jak na wariata, kiedy wybiegałem z kancelarii. Po chwili siedziałem już w samochodzie.
Ogarnął mnie narastający niepokój. Nie wiedząc dlaczego przed oczami miałem postać Marii, tak jakbym miał ją za chwilę stracić, tak jakby była jedynie wspomnieniem. Nie! Tylko nie to! Nawet w myślach nie mogłem się z tym pogodzić. Przerażony i nękany wyrzutami sumienia wyjątkowo mocno naciskał na pedał gazu. Jeżeli, to przez to że nie zadzwoniłem, że zapomniałem.... Przypomniałem sobie imię Boga oraz słowa podstawowych modlitw. W kącikach oczu gromadziły mi się łzy.
-Mario! Gdzie jesteś?!- prawie ze wyważając drzwi wbiegłem do pustej kuchni.
Na stole leżały nie pozmywane naczynia z resztką śniadania. Bezwładnie opuściłem aktówkę i chwiejnym krokiem poszedłem w kierunku sypialni. Stanąłem przed drzwiami bojąc się zajrzeć do środka. Nie, proszę tylko nie to... Zamknąłem oczy i popchnąłem przymknięte drzwi.
Jedynie nasłuchiwałem. Marzyłem, żeby usłyszeć jej głos. Dopiero po dłuższej chwili odważył się otworzyć oczy. W sypialni nikogo nie było. Zdziwiło mnie nie pościelone i rozrzucona po dywanie damska bielizna. Co tu się wydarzyło? Przecież to ja zawsze byłem ganiany za pozostawianie gaci i skarpetek pod krzesłem przy łóżku.
Sprawdzanie każdego kolejnego pomieszczenia było coraz to trudniejsze. Puste, puste, puste... Brak śladów, zostawionej informacji. Dosłownie nic.
-Kurwa mać! – ściągnął z siebie płaszcz i rzucił nim o ścianę.
Czułem jak po całym moim ciele spływają strumienie potu. Ponownie sprawdziłem wszystkie pomieszczenia w mieszkaniu łudząc się, że coś przeoczyłem.
Byłem wściekły na samego siebie. Dlaczego nie oddzwoniłem?! Spóźnione wyrzuty.
Tym razem czas płynął bardzo wolno. Każda minuta złośliwie przeciągała się w nieskończoność. Moczyłem usta w dawno nie ruszanej butelce brandy, którą kiedyś popijałem wieczorami razem z Marią. Wpatrywałem się w ekran wyłączonego telewizora oglądając filmy z chwil spędzonych razem z nią. Klatka po klatce. Boże, jaki ja byłem głupi.
Godz.18.00
Odgłos przekręcania klucza w zamku wyrwał mnie z krainy mrocznych myśli. Nie wstałem. Cierpliwie czekałem pewien osoby wchodzącej do mieszkania. Zamiast eksplozji radości, zaczęła we mnie gwałtownie narastać złość. Wsłuchiwałem się w dobiegające odgłosy - zdjęła płaszcz, obuwie, szła do sypialni. Musiała mnie zauważyć siedzącego w fotelu w pokoju gościnnym.
-Już jestem. Co za dzień, zaraz opowiem, tylko się przebiorę i ... Coś się stało?
Szybko zorientowała się, że coś jest nie w porządku.
-Gdzie byłaś? – wydusiłem z siebie przez zaciśnięte zęby.
-Musiałam pojechać z planami do sąsiedniego miasta. Dyskusja nieco się przedłużyła, no i tak wyszło. Ale o co chodzi? Nie rozumiem.
Nie byłem pewien czy rzeczywiście nie rozumiała, czy też domyślając się wszystkiego czekała na nieuchronny atak.
-Nie mogłaś zostawić wiadomości?! - z pewnym trudem wstałem z fotela, opróżniona butelka dopiero teraz dała o sobie znać.
-Dalej nie rozumiem. Czemu tak się złościsz? Dzwoniłam rano, byłeś w gabinecie szefa. Nie mogłam w nieskończoność czekać na telefon od ciebie.
Z widocznym trudem szedłem w jej kierunku. Starałem się skupić błędny wzrok na jej twarzy, dokładniej na jej oczach. Będąc przy niej oparłem się jedną ręką o ścianę.
-Wystar...czy ... by kawałek kartki – z trudem panowałem nad plączącym się językiem.
-Wystarczyło oddzwonić – odpowiedziała Maria bez chwili zastanowienia.
Środa, godz. 6.30
-Kurwa mać!!!
Tym razem dźwięk budzika był wyjątkowo dokuczliwy. Odruchowo nałożyłem na głowę poduszkę i dociskał ją do siebie, łudziłem się, że będzie to skuteczna zapora ratująca przed piekielnym bólem głowy.
Nie pamiętałem, jak się znalazłem w łóżku. Wiedziałem tylko to, że nie jestem w stanie z niego się zwlec. Przyzwyczaiłem się nawet do dobiegającego jakby z oddali dźwięku budzika, który nie dawał za wygraną.
-Wyłącz to cholerstwo...- poprosiła Maria błagalnym głosem, musiała jednak sama podnieść się i wy- łączyć budzik.
Cisza. Cudowna cisza. Nagle poczułem jak ktoś na mnie siada i zdejmuje z głowy poduszkę. Świeże powietrze. Nic wiece nie potrzebowałem do szczęścia.
-Dziękuje, kochanie – wymamrotałem tuląc się do poduszki, którą odruchowo zwinąłem z drugiej połowy łóżka.
Czułem jak Maria pochyla się, by po chwili końcówką języka pieścić moje ucho. Czy ja jestem już w niebie? Jeżeli to tylko sen, to nie chcę się budzić.
-Wstawaj!!! – wrzasnęła wprost do środka ucha.
Raptownie zerwałem się z łóżka, zrzucając z siebie Marię.
-Jezu, pojebało ciebie!
-Trzeba było tyle nie pić. Dzień dobry, kochanie.
Nawet w łazience słyszałem jej śmiech.
Godz. 7.30
Śniadanie ograniczyło się do kilku łyków gorącej, gorzkiej herbaty. Nie mogłem nawet patrzeć na jedzenie, nie mówiąc o włożeniu czegokolwiek do ust. Nigdy więcej, za jakie grzechy.
Radio w samochodzie ustawiłem na jeden z najniższych poziomów głośności. Jadąc powoli walczyłem z nudnościami i nie ustępującym bólem głowy. Nie brałem tabletki, obawiając się, że nie będę w stanie jej przełknąć. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz miałem takiego kaca.
Tym razem nie usiadłem za biurkiem jako pierwszy pracownik. Nie zwracając na nikogo uwagi schowałem się za zasłaniającymi moje stanowisko pracy płytami. Dopiero po kilku minutach wstałem by powiesić na wieszak płaszcz i wrócić do dotychczasowej pozycji.
Siedział skulony, wpatrując się w przypadkowo wybrany punkt. Po co ja w ogóle przyjechałem do pracy. To bez sensu. Obojętnie spojrzałem na teczkę, którą położyła na moim biurku asystentka.
-Wszystko w porządku. Wygląda pan, jakby przejechał pana walec.
-A co?
-Wielki pasażerski samolot spadł wprost na moja głowę i poprzez resztki mózgu dostał się do żołądka.
-Ciekawe...
-No, będzie jeszcze bardziej, gdy dodam, że pasażerowie próbują wydostać się na zewnątrz.
Spojrzał na mnie litościwym wzrokiem i odeszła uśmiechając się pod nosem. Czułem, że dzisiejszego dnia pracownicy kancelarii będą mieli ze mnie niezły ubaw. Po co ja tutaj w ogóle przyjechałem?
Nagle zadzwonił telefon. Przestraszony podskoczył i zaraz po pierwszym dzwonku podniósł słuchawkę. Przez dłuższą chwilę delektowałem się przywróconą ciszą.
-Kancelaria, słucham?- przypomniałem sobie o przykrym obowiązku przyłożenia słuchawki do ucha.
-Halo? Kto mówi?
Wydawało mi się, że słyszy przyspieszony oddech, a także coś w rodzaju cichego szlochania. Automatycznie mój umysł zaczął normalnie funkcjonować.
-Słucham? Kto mówi?
Znowu te same odgłosy. Miałem pewne przeczucie. Postanowiłem zaryzykować.
-Mario, czy to ty?
Trzask. Słuchawka została odłożona. Fajnie, i co teraz? Przypomniałem sobie o funkcji aparatu telefonicznego, z której nie korzystałem zbyt często, ponieważ rzadko kontaktowałem się bezpośrednio z klientami. Technika umożliwiła mi sprawdzenie numeru aparatu, z którego do mnie zadzwoniono. Żeby tylko nie był zastrzeżony.
Nie był. Z niedowierzaniem patrzyłem na numer, który wyświetlił się na małym ekranie. Potwierdziło się moje przeczucie.
Nie mówiąc nic nikomu wybiegłem z biura. Moja jazda przypominała rajd szaleńca, który w swym obłędzie zapomniał o wszelkich ograniczeniach i zakazach. Klaksony, wyzwiska i piski opon nieprzerwanie mi towarzyszyły.
Przed wjazdem na podwórze zaparkowana była czarna limuzyna Nigdy wcześniej nie widziałem takiego samochodu. Przyciągał wzrok nie tylko niespotykanym kształtem karoserii i reflektorów, ale każdym najdrobniejszym elementem – nawet klamkami i błyszczącymi się kołpakami.
Zaparkowałem przy drzwiach garażowych i zapominając nawet o wyciągnięciu kluczyków ze stacyjki, pobiegłem w kierunku drzwi wejściowych. Czerwony i zdyszany wbiegłem do mieszkania.
Zatrzymałem się tuż przed Maria, która w tym momencie wieszała płaszcz.
-Co się stało?!- zapytała przerażonym głosem.
Czekając na wyjaśnienia patrzyła na moją bordową twarz i przyklejoną do spoconego ciała koszulę.
Stałem nie wiedząc co powiedzieć. Zupełnie zapomniałem języka w gębie, co zdarzało mi się jedynie w sytuacjach stresujących. Zdyszany z trudem łapałem oddech. Zmieszany spoglądałem to na małżonkę, to na mężczyznę ubranego w elegancki garnitur, stojącego w końcu korytarza.
Gdy go pierwszy raz ujrzałem, to przez całe moje ciało przeszła fala dreszczy. Miałem dziwne przeczucie, że jego obecność nie wróży niczego dobrego. Był on wysokiego wzrostu, dobrze zbudowany. Włosy miał pedantycznie zaczesane do góry i wyraziste brwi. Nie odrywał ode mnie wzroku, ja zaś nie byłem w stanie przez dłuższą chwile patrzeć prosto w jego oczy. Dziwne, nigdy dotąd nie miałem takiego problemu.
-Poznaj pana Gawalda – Maria sprawnie przerwała krępującą ciszę - Przygotowuję dla jego firmy projekt nowej fabryki. Panu zaś przedstawiam mego małżonka, który najwidoczniej zapomniał zabrać ze sobą do pracy teczkę z dokumentami.
-I zapewne szef chce ją widzieć za pięć minut na swoim biurku – dodał żartobliwie Gawald.
Podszedł do mnie wyciągając dłoń, którą niezręcznie uścisnąłem.
-Miło mi pana poznać, Maria dużo o panu mówiła, to znaczy o projekcie. Oczywiście nie wszystko, tylko ogólnikowo ... – postanowiłem dalej się nie pogrążać.
Po raz kolejny Maria w odpowiednim czasie i sprawnie interweniowała, ratując sytuację. Myślałem, że mnie wzrokiem zabije.
-Proszę rozgościć się w salonie. Za moment przyjdę z projektem – powiedziała wskazując na fotele w pokoju gościnnym.
Zostaliśmy sami. Tego momentu obawiałem się najbardziej. To już po mnie...
-Co ty wyprawiasz? Odbiło ci?! To ja nie mogę wydzwaniać do ciebie do kancelarii, a ty tu wpadasz spocony wprost na mojego klienta?
-Posłuchaj...
-Czego mam posłuchać. Może jeszcze zaparzyć herbatkę i usiądziemy w kuchni przy stole.
-Nie wiem dlaczego, to wszystko. Przepraszam, strasznie mi głupio. Miałem złe przeczucie. Zadzwonił telefon i ... resztę znasz.
-Słuchaj, teraz nie mam na to czasu. Pogadamy po twoim powrocie z pracy. W porządku?
-Tak... chyba tak.
-Na pewno dobrze się czujesz? Zwolnili ciebie z roboty?
-Tak, to znaczy nie zwolnili. Tak na pytanie, czy się dobrze czuje. Dobra, wracam do pracy.
-Odśwież się wpierw i zmień koszulę. Capisz jak skunks.
Kretyn, kretyn, kretyn... Nawet w lustrze w łazience widziałem kretyna. Przez moment miałem ochotę wejść do salonu i przeprosić za wszystko, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie jest najlepszy pomysł.
Wchodząc do kancelarii poczułem na sobie dziesiątki spojrzeń osób, które śmiały się pod nosem. Wszystko jasne, asystentka pomimo niezwykle napiętego planu zajęć, znajduje czas na przekazywanie najświeższych wiadomości. O wilku mowa.
-Jak samopoczucie?
-Nie najgorzej, dziękuję.
-A co się stało z pasażerami samolotu.
Dotąd nie wiedziałem, że ma poczucie humoru.
-Z pasażerami, a tak! Pilot szybko zorientował się ,że pomylił lotniska i odleciał.
Pobiegła dalej. Przez pozostałą część dnia pracy nie mogłem dojść do ciebie. Kilka razy zajrzałem do teczek zalegających na biurku, lecz równie szybko je zamykałem. Nerwowo spoglądałem na zegarek. Najchętniej zostawiłbym to wszystko i poszedł na długi spacer. Właśnie, obiecałem spacer Marii.
Odpaliłem internet, by sprawdzić repertuar kin. Niestety, nic ciekawego nie znalazłem. Maria niezwykle często oglądała film od początku do końca i była pod tym względem niezwykle wymagająca. A może teatr? Szybko odnalazłem właściwą stronę. Kurcze, remont.
Jeszcze godzina, pól godziny, nareszcie! Zapinałem aktówkę, gdy niespodziewanie podszedł do mnie dyrektor. Tym razem bez przyjaznego uśmiechu na twarzy i żartu przygotowanego na każdą okazję.
-Akta nr.1258\01 muszą być gotowe na jutro. Inaczej minie termin wniesienia zażalenia. Proszę nad nimi popracować w domu. Oczekuję pana jutro rano w gabinecie.
Dlaczego dzisiaj?!
-Miał pan inne plany? – zapytał niespodziewanie dyrektor.
Zupełnie jakby czytał w moich myślach.
-Nie, skądże. Nie ma problemu – wyrzuciłem z siebie jednym tchem.
Dom był pusty. Tym razem Maria zostawiła wiadomość na kuchennym stole. Kolejne spotkanie, rozmowy, nie znana godzina powrotu.
Nie miałem ochoty na ciepły posiłek. Przygotowałem kanapki i zaparzyłem dzbanek kawy. Przeczuwałem, że szybko od biurka nie odejdę. Tym razem musiałem pokonać samego siebie. Nie było łatwo przezwyciężyć wyjątkową niechęć do jakiekolwiek pracy intelektualnej, a jeszcze trudniej skupić się nad lekturą dokumentów.
Nie przepadałem za tego typu sprawami. Kolejny przykład cwaniactwa kończącego się upadkiem w bagno i to właśnie mnie powierzono rolę ratownika. Osobiście wolałem bycie bohaterem, wyciągającym niewinną ofiarę z pułapki zastawionej przez nierzetelnego kontrahenta. Wówczas mogłem komuś dokopać, robiąc dobry uczynek jednocześnie.
Przestraszony podskoczyłem, kiedy niespodziewanie poczułem dłoń przesuwającą się po moim torsie.
-Kurde, ale mnie przestraszyłaś- powiedział drżącym głosem, nadal walcząc z przyspieszonym oddechem- Kiedy wróciłaś?!
-Nie słyszałeś jak wchodziłam, a potem jak stłukłam kubek, jak włączyłam radio. Mogłam nawet ten pokój odkurzyć, a i tak byś nie usłyszał – Maria nie przestawała bawić się gęstym torsem.
-Stłukłaś kubek? Który?
-Twój ulubiony – końcówką języka pieściła moje ucho.
-Acha, świetnie. Kochanie...- stopniowo narastało we mnie podniecenie.
-Wróciłam, jestem wolna i wiesz jaka jeszcze... napalona.
-Już dawno wróciłem, nie jestem wolny i przez co najmniej godzinkę nie będę .
Dłoń Marii powoli zmierzała ku dołowi. Z pewnym trudem wciskała ją pod pasek. Opuszkami palców dotarła do celu.
-Kochanie, szef kazał mi to zrobić w domu – resztką silnej woli stawiałem opór.
-Weź mnie. Tu, teraz.... na tym stole.
-Kochanie, daj mi chociaż pół godziny, błagam. Potem zrobimy to gdziekolwiek będziesz chciała.
Ustąpiła. Wzrokiem pełnym pożądania obserwowałem ją wychodzącą z pokoju powolnym, zmysłowym krokiem. Usilnie starałem się nie myśleć co by się stało, gdyby została. Czasami sam się dziwiłem swojemu poczuciu obowiązku i odpowiedzialności. Mniejsza z tym! Skupię się, szybciej skończę a wówczas ...
Godz. 23.00
Wolałem nie patrzeć na zegarek, kiedy już postawiłem ostatnią kropkę. Wycieńczony umysł nie pozwolił na zasmakowanie triumfu. Doprowadziwszy akta do porządku zawiązałem papierową teczkę. Po chwili byłem już w łazience. Ciepłe strumienie wody uderzyły w twarz. Następnie spływały po całym ciele chciwie zajmując każdą suchą powierzchnię.
Nagle poczułem dłoń subtelnie penetrującą plecy, potem masującą pośladki. Czekała. Natychmiast zniknęły wszelkie objawy zmęczenia a jego miejsce zajęło dzikie, niepohamowane pożądanie. Odwróciłem się gwałtownie i przycisnąwszy Marię do ściany kabiny zacząłem namiętnie całować jej usta. Moja dłoń zsunęła się po mokrych plecach do pośladków, by potem dotrzeć do jędrnych piersi. Przyszedł czas na usta i język. Najpierw zbadałem każdy zakamarek szyi, potem ssałem nabrzmiałe sutki. Schodziłem coraz niżej. Kiedy pieściłem językiem najwrażliwsze miejsca, moim umysłem zawładnęła jedna myśl- oczekiwanie pełnego zespolenia. Nie mogłem dłużej czekać. Delikatnie dałem znać Marii aby odwróciła się do mnie plecami. Odgadła mój zamiar. Wypięła pośladki i rozsunęła nogi. Nadal masując dłonią jej pierś czułem przyspieszone bicie serca. Wszedłem w jej ciało delektując się chwilą spełnienia.
Czwartek, godz. 8.00
Dzień pracy rozpocząłem od wizyty w gabinecie dyrektora, który wręcz się ucieszył, na mój widok.
-Jak zawsze punktualnie. Proszę, niech pan siada. Nogi trzeba oszczędzać, aby móc dojść do samochodu.
-Wczoraj wieczorem napisałem zażalenie- od razu przeszedłem do sedna sprawy- Trudno było znaleźć przekonujące argumenty. Prawdę mówiąc mam pewne obawy, czy wszystko pójdzie po naszej myśli. Rozstrzygnięcie sądu jest prawidłowe a my szukamy dziury w całym.
-Wiem, rozumiem. Trzeba próbować wszystkiego, szczególnie gdy klient terminowo płaci.
-Gra na zwłokę – głośno pomyślałem.
-Owszem. Zmieniając temat, pamięta pan o obiedzie?
-Tak, oczywiście.
Postanowiłem dalej nie drążyć sensu wnoszenia zażalenia. Rzeczywiście, czasami klientowi zależało jedynie na tym by przeciągnąć postępowanie. To jest szczególnie istotne, gdy idą za tym duże pieniądze. W końcu miałem napisać pismo procesowe a nie ustalać strategię dalszego działania.
-Dobrze. Koniec gadania. Czasami trzeba także popracować – dyrektor otworzył szafkę w biurku i z wyraźnym wysiłkiem wyciągnął pokaźne akta -Musi pan dostarczyć te dokumenty do Sądu Rejonowego, sędzi Watarskiej. Ona jest zorientowana w sprawie i wyjaśnienia nie będą potrzebne. Przy okazji zostawi pan zażalenie w biurze podawczym.
Właśnie ubierałem płaszcz, gdy usłyszałem krzyki na korytarzu. Szybko powstało zbiegowisko przy drzwiach do kancelarii. Nie byłem wyjątkiem.
Dwóch policjantów wyprowadzało szamoczącego się Mirka.
-Puszczajcie! Sam pójdę!
Stanęli na moment. Mirek końmi zakutymi w kajdanki poprawił rozczochrane włosy i nerwowymi ruchami obciągnął flanelową koszulę.
-To co ? Idziemy? – zapytał jeden z policjantów.
- Pewnie. Ale nie w tym kierunku.
Zdążył przebiec dwa schodki do góry, zanim został ponownie pojmany i skrępowany.
-Puszczajcie, zboczeńcy! Sam pójdę.
Tym razem go nie posłuchali.
-Złoże na was skargę. Mam znajomych prawników!
Trudno mi było w to wszystko uwierzyć. Skorzystałem z okazji, ze obok mnie stała zawsze zorientowana asystentka.
-Wie pani o co w tym wszystkich chodzi?
-Podobno włamywał się do bazy danych kancelarii, nawet całego budynku. To chyba jakiś haker...
Włamywał się do bazy danych? To już wiedziałem, ale zastanawiało mnie jeszcze jedno.
-A na czym to dokładniej polegało? – zapytałem dyplomatycznie – Pomagał konkurencji? Kradł pieniądze?
-Nic mi o tym nie wiadomo. Wiem tylko o wysyłaniu głupich wiadomości. Sama jedną dostałam.
Opuściłem zbiegowisko i wróciłem na swoje miejsce pracy. Już nie było żadnych znaków zapytania. Mój stary znajomy był dowcipnisiem wysyłającym mi głupie wiadomości. Najbardziej denerwowało mnie, że przysporzyłem mu dodatkową atrakcję polegającą na udawaniu, że stara się on to wszystko wyjaśnić. Kurczę, akta! Chwyciłem przewieszony przez krzesło płaszcz i pospiesznie wyszedłem z kancelarii.
Ulice były zakorkowane. Jak ja lubiłem poranny szczyt... Pojazdy poruszały się w ślimaczym tempie. Drogę do sądu znał równie dobrze, jak tą do domu. Stając na czerwonym świetle rozglądałem się wokoło próbując zabić dłużący się czas. Obserwował inne samochody, budynki, przechodniów pospiesznie przechodzących przez jezdnię. Bawił mnie widok człowieka panicznie reagującego na mrugające zielone światło, tak jakby zapalenie się czerwonego miałoby oznaczać karę śmierci w postaci rozjechania przez czekające na ten moment samochody.
Przy kolejnym skrzyżowaniu stanął obok znanego już mi samochodu. Chwilę trwało zanim przypomniałem sobie właściciela auta. Kurcze, jak on się nazywał... Wiem, Gawald. To musi być on. Nikt inny nie ma takiej bryki. Piękna...
Poprzez uchyloną szybę zauważyłem siedzącą na tylnym siedzeniu Marię. Zszokowany nie zwróciłem uwagi na zielone światła. Dopiero klaksony samochodów przypomniały mu o obowiązku jazdy. Limuzyna była już daleko z przodu i wkrótce znikła z pola widzenia. W końcu to jej klient – tłumaczyłem sobie. Pewnie jadą zobaczyć pole pod fabrykę, albo... zresztą, co to mnie obchodzi.
Godz. 9.18
Sędzia Watarska czekała w swym małym, przytulnym gabinecie – wypełnionym dużą ilością książek i kwiatów. Pokój ten znajdował się na drugim piętrze gmachu sądu, który został wybudowany w drugiej połowie XIX wieku. Wcześniej mieściła się w tym budynku biblioteka publiczna, potem przez pewien czas szkoła podstawowa.
-Długo pan jechał. Rozmawiałam z dyrektorem ponad godzinę temu – zza biurkiem siedziała niewysoka kobieta koło pięćdziesiątki.
Założona toga wskazywała, że wkrótce miała wyznaczoną wokandę.
-Najmocniej przepraszam. To przez poranne korki. Szybciej się nie dało.
Delikatny uśmiech sędzi oznaczał zaakceptowanie usprawiedliwienia. Otworzywszy teczkę pospiesznie przeglądała dokumenty.
-Dobrze, wszystko się zgadza. Musze lecieć na rozprawę. Ile można czekać na sędziego.
Nie spieszyłem się z powrotem do kancelarii. Powolnym krokiem przemierzał długie, sądowe korytarze. Pamiętałem o wizycie w biurze podawczym, które tradycyjnie znajdowało się na parterze. Spacerując szerokim korytarzem zatrzymywałem się na przy losowo wybranych salach rozpraw czytając wokandy. Szukałem znajomych nazwisk i bardziej interesujące paragrafów. O, jest. Morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. W takich momentach cieszyłem się, że nie zostałem adwokatem czy prokuratorem.
Nie wiedząc dlaczego stanąłem obok nie oznakowanych drzwi. Przyglądał im się a potem podszedłem bliżej. Nasłuchiwałem. Cisza. Miałem odejść, gdy tknęła mnie chęć zajrzenia do środka. Z reguły nie byłem osobą ciekawską, ale tym razem nie potrafiłem zapanować nad tym uczuciem. Nacisnąłem klamkę i ostrożnie uchyliłem drewniane drzwi.
W rogu nie umeblowanego pomieszczenia siedziała skulona kobieta. Twarz miała ukrytą w długich, posklejanych włosach. Przez jej ciało przechodziły fale dreszczy. Pokój wypełniało ciche szlochanie. Spomiędzy palców dłoni zakrywających twarz wypływały strumienie łez. Płacz stawał się coraz donośniejszy.
- Proszę pana...
Nie zareagowałem. Nie mogłem oderwać wzroku od płaczącej kobiety.
-Proszę pana, tutaj nie wolno wchodzić.
„Dlaczego?...Pomocy!”. W myślach słyszał jej głos. Przerażona kobieta wpierw szeptała, potem krzyczała rozpaczliwym głosem. „Dlaczego?! Za co?!”.
-Proszę się usunąć albo będę zmuszony wezwać ochronę.
-Co?- dopiero teraz zauważyłem stojącego obok mnie starszego mężczyznę.
Spoglądał na mnie wściekłym wzrokiem.
-Tu nie wolno wchodzić! Ile razy można powtarzać.
Ponownie zajrzałem do otwartego pomieszczenia. Wypełnione było metalowymi regałami, uginającymi się pod ciężarem ułożonych na nich papierowych teczek.
-Ale, tam była kobieta i nie było regałów. Pokój był pusty... Ona krzyczała – próbowałem się wytłumaczyć.
-Słuchaj pan, żadnej kobieta tam nie ma i pokój nie jest pusty. Panu zaś nie wolno tam wchodzić. Tak w ogóle polecam wizytę u dobrego psychiatry, jeżeli nie jest jeszcze za późno.
Nie wdawałem się w dalszą dyskusję. Tuż przy wyjściu przypomniałem sobie o zostawieniu zażalenia w biurze podawczym. Po kilku minutach siedziałem w samochodzie i zacząłem ponowne przedzieranie się przez zatłoczone miasto. Tym razem nie rozglądał się w około lecz cały czas myślał o kobiecie. Nadal w głowie słyszałem jej głos, krzyk, błaganie o pomoc. Ta osoba wydawała mi się znajoma, może nawet bliska. Czułem pewną więź psychiczną. Żałowałem, że nie podszedłem bliżej i nie spróbowałem dostrzec jej twarzy. Skulona i z rozpuszczonymi włosami stała się wręcz nierozpoznawalna. Ale ten głos, bardzo podobny do głosu Marii... nie, to nie możliwe. Może rzeczywiście powinienem odwiedzić dobrego psychiatrę, albo po prostu odpocząć.
Zdumiony zauważyłem, że znajduje się na parkingu przed kancelarią. Nie mógł sobie przypomnieć przebiegu jazdy, tak jakbym w ogóle stąd się nie ruszał. Ponownie moje stałe miejsce parkowania było wolne i to pomimo faktu, że znajdowało się w pobliżu głównego wejścia.
Dobra, skup się! W końcu jesteś w robocie. Usilnie starałam się zapomnieć o tym całym wydarzeniu.
- Szef pana wzywa - przypadek sprawił, że asystentka przechodziła koło drzwi wejściowych do kance- larii.
Nie mając innego wyjścia swoje kroki skierował w kierunku gabinetu dyrektora. Chciałem tą wizytę mieć jak najszybciej za sobą. Po drodze powiesiłem płaszcz na wieszaku i zostawiłem teczkę z odpisem zażalenia na biurku osoby odpowiedzialnej za porządek w aktach sprawy. Sam nigdy nie byłem w pomieszczeniu, gdzie było one przechowywane.
-Chciał się pan ze mną widzieć? – zapytałem zamknąwszy za sobą drzwi.
Dyrektor szukał czegoś w szafce z teczkami, która stała niedaleko biblioteczki. Wyglądał na zdenerwowanego.
-Zgadza się, lecz to było ponad godzinę temu. Dużo czasu zabrała panu wyprawa do Sądu Okręgowe- go – na chwilę przerwał poszukiwania i spojrzał na mnie srogim wzrokiem.
Muszę przyznać, że rzadko widywałem go w tak wisielczym humorze.
-Korki – odpowiedź tą można by określić jako prawdziwą, lecz niedostatecznie precyzyjną.
-Korki? Prawda, od kiedy remontuję obwodnicę... Mniejsza z tym. Chciałem panu przekazać, że sprawa poszła po naszej myśli.
-Cieszę się.
Nie było przy tym istotne, że nie miałem pojęcia o jaką sprawę chodzi. Nie zajrzałem nawet do przewożonej teczki. Liczyło się tylko to, że moja firma wygrała.
- Dobrze pan się czuje? – zapytał niespodziewanie dyrektor.
Widocznie musiałem wyglądać naprawdę nieciekawie. Nadal walczyłem z mętlikiem w głowie i trudno mi było skupić się na jednej rzeczy, lecz fizycznie nic mi nie dolegało.
- Nic mi nie jest, panie dyrektorze. To tylko zmęczenie.
- Może pojedzie pan do domu i porządnie odpocznie. Zresztą, akurat dzisiaj nie ma dla pana zbyt dużo roboty.
- Ale, nie ma takiej potrzeby. Mała czarna sprowadzi mnie na właściwy kurs.
Dyrektor z osoby wściekłej na cały świat, stał się nagle nazbyt opiekuńczy. Spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem, zupełnie jakby stało przed nim jego własne dziecko.
-Panie Józefie, obowiązki obowiązkami a życie życiem. Nie pracuje pan tutaj by wyrabiać normy czy odhaczać w kalendarzu przesiedziane godziny. Zresztą, od kiedy dyskutuje się z przełożonym. Spadaj pan do domu i nie wracaj z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Dobrze, dziękuję i do widzenia.
Prawdę mówiąc właśnie o tym od początku dzisiejszego dnia marzyłem. Zostawić to wszystko i walnąć się w domu na sofie. Hura! Oczywiście, nie powiedziałem tego głośno.
Godz. 12.40
Wiedziałem, że nikogo nie zastanę w środku. Ślamazarnie zdejmując odzienie wsłuchiwałem się w panującą w mieszkaniu grobową ciszę. W kuchni czekał na mnie stos nie pozmywanych naczyń. Dziwne, moja żona z reguły nie zostawiała za sobą bałaganu. Czyżby znowu zaspała?
Szum wody wypływającej z kranu przypomniał mi o skulonej kobiecie. Kim ona była? Kurcze! Szkoda, że nie widziałem jej twarzy. Uświadomiłem sobie, że to nie tylko głos, ale także sylwetka podobna była do Marii. Nie, to bez sensu. Zakręciłem wodę i poszedłem do sypialni. Jak zawsze w takiej sytuacji nie mogłem zasnąć. Znudziło mnie bezczynne leżenie. Dodatkowo denerwował krawat i krępująca ruchy marynarka. Rozwiązanie było tylko jedno. Wstałem, przebrałem się w normalne ciuchy i poszedłem do salonu.
Przerzucając kanały trafiłem na wywiad ze znanym psychologiem. Ja osobiście nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Już chciałem nacisnąć kolejną cyfrę na pilocie, gdy usłyszałem coś, co wpędziło mnie w jeszcze większe ogłupienie.
- W ostatniej publikacji dokonał pan interesującej gradacji tzw. egoizmu życiowego – kontynuowała redaktorka programu.
- Zgadza się. Wyróżniłem trzy stopnie egoizmu życiowego. Trzeci stopień dotyczy osoby, która stara się innych słuchać lecz zawsze prawie zawsze stawia na swoim i podejmuje decyzje pod swoim kątem. Możliwe, że czyni to nawet nieświadomie.
-Czy środowisko w którym taka osoba przebywa, dostrzega w tym egoizm życiowy.
-Nie koniecznie, częściej przesadny upór. Przy egoizmie II stopnia osoba kieruje się własnymi ambicjami i potrzebami, czyni to jednak pod tzw. płaszczykiem dobra ogólnego czy rodziny.
-Został jeszcze egoizm życiowy I stopnia.
-W takim przypadku, egoista wprost wyraża swoje kryteria wyboru i czyni to często w sposób agresywny. Dla niego liczy się jedynie jego własna osoba, zaś otoczenie traktuje jako środek do osiągnięcia celu.
Z prędkością światła powróciła w myślach treść przesłanej na mój komputer wiadomości. Kurcze, a już uważałem tą zagadkę za rozwiązaną. Moja radość była przedwczesna. Chwilka, a może Mirek znalazł tą publikację w sieci.
-Muszę przyznać, że jest to niezwykle interesująca teoria. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tego rodzaju podziałem, czy ogólnie z tym pojęciem – egoizm życiowy.
-Rzeczywiście, przedstawione ujecie ma charakter nowatorski – odpowiedział profesor nie ukrywając dumy i zadowolenia poruszonym zagadnieniem – Teoria ta ujrzała światło dzienne wczoraj na konferencji psychologów w Górskiej Dolinie.
Wczoraj na konferencji? Wiadomości w internecie rozprzestrzeniają błyskawicznie, lecz w takiej sytuacji maja one charakter sensacji lub chwytliwej plotki. Teoria o egoizmie życiowym? Kurcze, i jak tu odpoczywać.
Zdenerwowany wyłączyłem telewizor. W tym samym momencie wpadłem na pewien szalony pomysł. Nie wiedząc dlaczego niepokoiła mnie obecność pewnej tajemniczej osoby. Miałem przeczucie, że właśnie z nią jest związane dziwne zachowanie. Bez dalszego zastanowienia chwyciłem za słuchawkę.
-Informacja, słucham?
-Potrzebny jest mi numer Gawalda.
-To jest nazwa firmy czy nazwisko?
-Nazwisko- zdenerwowany nie ukrywał zniecierpliwienia.
-Miejscowość?
W tym momencie strzelałem. Nie miałem pojęcia skąd on przyjeżdża i dokąd zabiera moją żonę.
-Górska Dolina.
-Chwileczkę... niestety, zastrzeżony.
- Na pewno?
-Tak, na pewno. Nie mogę panu pomóc.
-A adres? Chociaż ulica.
-Także zastrzeżony.
Odłożyłem słuchawkę. Nie ma mowy, tak szybko się nie poddam. Musi być inny sposób zdobycia numeru telefonu. Wiem! Że też wcześniej na to nie wpadłem. Ponownie chwyciłem za słuchawkę telefonu i wykręcił dobrze mi znany numer.
-Kancelaria, słucham?
-Dzień dobry, pani Izo – ta osoba jako pierwsza oprowadziła mnie po kancelarii i zapoznała ze sposobem jej funkcjonowania.
Niektórzy poufale nazywają ją ciocią.
-Nie może pan żyć bez pracy. Dla pańskiego zdrowia powinnam się rozłączyć.
-Pani Izo, to cholernie ważna sprawa. Potrzebny jest mi numer nijakiego Gawalda. Najlepiej wraz z adresem.
-Dobrze, skoro to takie ważne. Coś mi mówi to nazwisko. Pamiętam, jak kilka lat temu...
-Pani Izo, to pilna sprawa.
Jako osoba zajmująca się zakładowym archiwum i wydawaniem klientom dokumentów zakończonych spraw, większość czasu spędzała w towarzystwie papierowych teczek i przy każdej okazji nadrabiała zaległości w konwersacji z innymi pracownikami.
-Dobrze, już dobrze. Poszukam czegoś i oddzwonię.
Zdenerwowany czekałem na telefon. Właśnie tego najbardziej nie lubiłem – oczekiwania. Czasu, kiedy nie można już nic zrobić i pozostaje jedynie nadzieja, że wszystko potoczy się po mojej myśli.
Zadzwonił telefon. Pospiesznie podniosłem słuchawkę zanim ucichł pierwszy dzwonek.
-Co pani znalazła?
-Skąd pan wiedział, że to ja? – zapytała żartobliwie - Mniejsza z tym. Pan Maksymilian Gawald. Osobnik z trudną do zliczenia liczbą zer na koncie. Z jego nazwiskiem połączonych jest wiele przedsiębiorstw o ponadnarodowym polu działania. Kurcze, on ma nawet teatr i własną szkołę baletu. W naszym mieście niczego jeszcze nie...
-Pani Izo. Konkrety.
-Ale pan dzisiaj niecierpliwy. Numer telefonu i adres jest zastrzeżony.
-To już wiem z informacji.
-827654, Aleja Zwycięzców 5. Czy coś mówiłam?
-Nie, nic nie słyszałem. Dziękuję i do widzenia. Wpadnę do pani na kawkę.
-Obiecanki, cacanki. Pan nawet nie ma czasu przyjść do mnie powiedzieć: dzień dobry.
Schowałem do kieszeni kartkę z adresem i numerem telefonu. Wziąłem głęboki oddech i zerwałem się z fotela. Pobiegłem w kierunku wyjścia. Chęć odnalezienie tego człowieka zawładnęła całym moim umysłem.
Właśnie zakładałem buty, kiedy zadzwonił telefon. W takich momentach cieszyłem się, że posłuchałem Marię i zainstalowałem dodatkowy aparat w korytarzu.
-Słucham? – zapytałem lekko zdyszany.
Cisza. Słyszałem jedynie niewyraźny szmer, coś w rodzaju przyspieszonego oddechu.
-Słucham? Kto mówi?
Moje serce zaczęło szybciej bić. Modliłem się w myślach, żeby to był jedynie głupi kawał.
-Z kim mam przyjemność?
Tym razem dobiegło mnie ciche szlochanie. Rozpoznałem głos kobiety, którą widziałem w sądzie. Boże, błagam...
-Proszę, odezwij się? – powstrzymując łzy przerażenia zadałem zasadnicze pytanie - Mario, czy to ty?!
-Aaaaaaa! Nie, błagam!!!
Usłyszany krzyk otoczył moje serce zaciskającym się kolczasty drutem. Z trudem wydobywałem z siebie pojedyncze słowa.
-Mario!!! Powiedz coś! Błagam !!! Gdzie jesteś?!
Połączenie zostało przerwane. Drżącą dłonią odłożyłem słuchawkę.
Godz. 15.30
Nigdy dotąd nie byłem w tej części miasta. Z rozłożoną na siedzeniu pasażera mapą krążyłem wąskimi uliczkami. W takich sytuacjach zawsze pomagała mi moja żona ,która miała lepszą orientację w terenie i pamięć do przebywanych szlaków. Uważnie spoglądałem na nazwy ulic i numery domów. Prawdziwy labirynt!
Jest, właściwa ulica. Moją uwagę przyciągnęły okazałe wille ciągnące się wzdłuż Alei Zwycięzców. W końcu odnalazł szukany dom, a raczej ogrodzoną posesję. Odjechałem kawałek dalej i wysiadłszy z samochodu usiadłem na drewnianej ławeczce, po przeciwległej stronie ulicy.
Obserwowałem posiadłość otoczoną wysokim murem, szczelnie kryjącym to co jest w środku. Dostrzegałem jedynie korony drzew, słupy z lampami oraz wszechobecne kamery. Mur przerywała mosiężna brama otwierana od środka.
Pięknie. I co teraz?. Wiedziałem tylko to, że muszę dostać się do środka i to nawet kosztem spędzenia nocy w areszcie.
Nagle zza zakrętu wyjechała czarna limuzyna. Nie była ona tak okazała jak ta którą jeździ Gawald. Kierowca zwolnił i zanim zdążył włączyć kierunkowskaz, brama zaczęła się otwierać. Równie szybko była zamykana, gdy tylko samochód wjechał na brukowaną alejką otoczoną z obu stron drzewami i pedantycznie przyciętymi krzewami. Bez zastanowienia podbiegłem i wtargnąwszy na teren posiadłości, skryłem się za bujnym krzewem. Stukot metalu oznajmił zamknięcie drogi powrotu.
Skulony przemieszczałem się w głąb posiadłości. Skradałem się niczym głodne zwierzę szukające upragnionego posiłku. Cały czas starałem się ukrywać swoją postać za drzewami i krzewami. Czerwony, spocony, pobrudzony wilgotną ziemią.
Alejka łączyła się z rondem będącym podjazdem do odnowionego pałacu. Lekko spadzisty dach pokrywał dwupiętrowy budynek. Po środku pierwszej kondygnacji znajdował się niewielki taras, który chronił jednocześnie schody wejściowe przed deszczem. Przy większości okien pozamykane były okiennice. Sama sylwetka pałacu była skromna, pozbawiona ozdób w postaci kolumn, rzeźb czy chociażby płaskorzeźb.
Dalej już nie było drzew ani krzewów, za którymi mógłbym się skrywać. Pozostał jedynie wybrukowany podjazd, po środku którego stała dziwaczna fontanna. Z wykrzywionych ust małego stwora, o wyjątkowo złośliwym wyrazie twarzy, tryskał strumień wody. Stwór szokował wydłużonymi uszami i wyłupiastymi oczami, skierowanymi w moim kierunku. Zupełnie jakby mnie widział i tylko czekał, aż podejdę bliżej. Kościste ramiona i dłonie z palcami zakończonymi długimi pazurami, wyglądały na przygotowane do rozszarpania kolejnej ofiary.
Nie widząc innego wyjścia wybrałem to najbardziej szalone - wyszedłem z ukrycia. Otrzepałem się z ziemi i stanąłem na bruku. Byłem przygotowany na to, że za chwilę wybiegnie banda ochroniarzy z psami i podjadą radiowozy z policjantami uzbrojonymi po zęby. Jednak nic takiego się nie stało. Zaskoczyła mnie totalna cisza. Nikt nie wybiegł, nie krzyczał, nie włączyła się nawet syrena, która widoczna była przy głównym wejściu. Rozejrzałem się uważnie wokoło i dopiero wówczas dostrzegłem brak jakichkolwiek oznak życia. Mimo bujnej roślinności nie było w okolicy ptaków. Nie przypominałem sobie także, żebym tarzając się w błocie dostrzegł jakiekolwiek owady czy inne stworzenia. Dziwił mnie również brak limuzyny. Rondo łączyło się jedynie z alejką. Gdyby samochód wyjeżdżał z posesji, z pewnością bym to zauważył.
Nie pewnym krokiem zacząłem iść w kierunku głównego wejścia. Z pewną obawę przechodziłem obok stwora pośrodku ronda, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Przez moment miałem ochotę wydłubać mu jego wyłupiaste ślepia.
Drzwi były uchylone. Czułem, jak krople potu spływały mi po plecach i twarzy. Mario, to dla ciebie...
Wszedłem do środka. Długi korytarz urządzony był w jednolitym odcieniu intensywnej czerwieni - ten sam kolor chodnika, kotar ciągnących się wzdłuż ścian i waz ustawionych w równych odległościach od siebie. W naczyniach znajdowały się czerwone róże, wszystkie jednakowej świeżości. Widziałem jedynie, ze korytarz w znacznej odległości ode mnie zakręca w prawo.
Nagle usłyszałem trzask drzwi i stukot klucza przekręcanego w zamku. Przerażony odwróciłem się, by zamiast frontowej ściany ujrzeć kolejną czerwoną kotarę. Bezskutecznie próbowałem ją obejść, potem podnieść. Uniemożliwiała mi to jakaś siła, której nie byłem w stanie się przeciwstawić.
-Kurwa, co jest?! – krzyczałem sam do siebie – Co jest z tym jebanym kawałkiem materiału.
Pierwszy krok był najtrudniejszy. Zmierzałem w kierunku widocznego zakrętu korytarza, w poszukiwaniu drzwi, schodów czy innej osoby.
-Halo?! Jest tu kto?
Podjechał samochód, drzwi były uchylone. To nie możliwe, żeby nikogo nie było w środku.
-Przepraszam! Halo! Boże, to jakiś koszmar... Za moment obudzę się w moim łóżku.
Ku memu przerażeniu, za zakrętem rozpoczynał się kolejny, identyczny korytarz. W oddali widziałem jego koniec. Przyspieszyłem kroku by się zorientować, że doszedłem do początku kolejnego korytarza.
-Gawald, gdzie jesteś?! Jezu, to kompletny świr – dodałem szeptem.
W nogach czułem przebytą odległość. Dawno przestałem liczyć mijane zakręty. Nie wiedziałem, gdzie się znajduje i czy nie krąży w kółko. Macałem kotarę, ponownie próbowałem ją podnieść. Bezskutecznie. Przerażony zacząłem się cofać. Wpierw szedłem tyłem. Potem odwróciłem się i pobiegłem. Marzyłem o znalezieniu wyjście z tego piekielnego miejsca.
Z czasem opuszczały mnie siły. Co chwilę potykałem się o wazy lub o swoje własne nogi. Zniechęcony, psychicznie i fizycznie wyczerpany stanąłem opierając się o kotarę. W poczuciu bezradności chwyciłem stojące przy mnie naczynie i cisnąłem nim o podłogę.
Uniesione płatki róż opadały wprost na kawałki szkła, tak jakby były czymś przyciągane. Sam chodnik był suchy. W wazonie nie było wody.
To było ponad moje siły. Usiadłem skulony przy kotarze. Twarz zakryłem rękoma, by nie wiedzieć tego, co się dzieje wokół mnie. Przez moje ciało przechodziły fale dreszczy. Najpierw cicho płakałem, potem ryczałem wyjąc jak zranione zwierzę.
-Dlaczego stłukłeś wazon?
Zignorowałem usłyszany głos, przekonany że to jest kolejna halucynacja.
-Dlaczego nic nie mówisz? Niedawno mnie wołałeś.
To nie mogło być przewidzenie. Opuściłem dłonie i uniosłem głowę. Tuż przede mną stał Gawald. Natychmiast opuściło mnie zmęczenie. Pojawiła się natomiast dzika nienawiść.
-Gdzie jest Maria? - zapytał ocierając łzy z oczu i policzków.
-Punkt dla ciebie. Sądziłem, że wpierw zapytasz o wyjście.
-Kurwa, jaki punkt! To nie jest pieprzona gra. Gdzie jest Maria?!
Rozejrzałem się wokół siebie w poszukiwaniu większego kawałka rozbitego wazonu.
-Obiecuję, że ją odnajdziesz i to całkiem niedługo.
-To znaczy...
-Wpierw musisz odbyć ze mną mała wędrówkę.
Zniecierpliwiony, targany emocjami podniosłem się z pięścią gotową do uderzenia.
-Wędrówkę?! Dokąd? Kim ty właściwie jesteś i dlaczego pojawiłeś się w moim życiu? W naszym życiu...
-Jestem twoim sumieniem – odpowiedział Gawald bez chwili zastanowienia.
-Dość!!!
Tego było już za wiele. Miałem ochotę rozszarpać tego człowieka własnymi rękoma. Zamachnąłem się i skierowałem pięść w kierunku jego twarzy. Jednak, przeszła ona przez jego głowę, niczym przez powietrze.
-Co jest...
Tym razem rzuciłem się na niego, chcąc chwycić i zmiażdżyć jego krtań. Ponownie przeleciałem przez Gawalda, boleśnie upadając na chodnik. Kawałek szkła, który sobie wcześniej upatrzyłem wbij się mi w udo.
-Auć... Kurwa, jak boli!
-Sumienie może ciebie dręczyć dniem i nocą, lecz nie możesz mu przyłożyć. Po części można je stłumić, ale tylko do pewnego stopnia i nie na długi okres czasu.
-Jezu, skąd ty się wziąłeś!
-Każdy ma swoje sumienie od początku kształtowania swojej osobowości.
-I nad każdym tak się znęcasz? – cały czas trzymałem się za nogę walcząc z bólem.
-Tak, aczkolwiek w różnej formie.
Gawald podniósł prawą dłoń do góry i pstryknął palcami. W tym momencie wszystkie kotary podniosły się i ukazały znajdujący się za nimi szereg drzwi.
-Chodź ze mną- głos gospodarza stał się niezwykle poważny, jego gałki oczne przybrały intensywny czerwony kolor.
Nie bez trudu podniosłem się z chodnika i kulejąc na ranną nogę poszedłem za Gawldem.
Stanęliśmy przed drzwiami, które same się otworzyły. W środku ujrzałem dwójkę młodych chłopców stojących koło ławki w parku.
- Nie możemy zabrać tego portfela.
-Znalezione nie kradzione.
-Głupi jesteś. Ktoś będzie go szukał .
-Mógł go lepiej pilnować. Widzisz kogoś w okolicy? Nie pękaj! W salonie gier są nowe automaty.
-Przecież ja miałem wówczas dziesięć lat! Nie słyszałeś o przedawnieniu.
- Narodzone dziecko dostaje czystą kartę, na której wszystko jest skrupulatnie odnotowywane. Możesz nie patrzeć na określoną linijkę, lecz nie jesteś w stanie usunąć tego zapisu. Możesz o czymś zapomnieć, ale to nadal tkwi w twoim umyśle. Ja zaś niczego nie pomijam.
W milczeniu podeszliśmy do kolejnych drzwi. Tym razem zobaczyłem siebie z Marią w starym mieszkaniu. Siedzieliśmy na kanapie przy kominku, na której często rozmawialiśmy popijając wino.
-Mario, to jest wielka kancelaria. Na tym zadupiu nigdy nie zdobędę nazwiska czy pieniędzy.
-Ale ja to miejsce kocham! Tutaj się wychowałam, tu jest moja rodzina i przyjaciele.
-Mario...
-Przecież nie jesteśmy biedni. Czy zaglądasz do portfela wchodząc do sklepu?
-Płacę kartą.
-Dobrze mądralo, a sprawdzasz wcześniej stan konta?
-Posłuchaj, nie chcę przez całe życie być zwykłym urzędasem. Nie po to zakuwałem tyle lat. Zresztą jesteś warta lepszego życia i moim obowiązkiem jest tobie je zapewnić.
-Milczysz, zblakłeś – Gawald nie spuszczał ze mnie wzroku, odnotowywał najmniejszy grymas twarzy.
-Zrobiłem to dla naszego wspólnego dobra.
-Własnego sumienia nie oszukasz.
-Zgodziła się!- usilnie szukałem usprawiedliwienia.
-Z miłości. Czy spytałeś ją kiedykolwiek, jak się czuje w nowym miejscu?
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Niespodziewanie znalazłem się we własnym mieszkaniu. Z niedowierzaniem rozglądałem się wokoło. Obejrzałem także swoją nogę, na której nie było śladu po ranie. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Podbiegłem do nich i szarpiąc zamkiem, próbowałem je jak najszybciej otworzyć. Nie miałem żadnych wątpliwości kim jest osoba, która za nimi stoi. Dzielił mnie od niej jedynie kawałek drewna.
To była Maria. Płakałem z radości. Cieszyłem się, że skończył się ten koszmar i znowu jesteśmy razem. Chciałem ją całować, przytulać się do niej. Rzuciłem się jej na szyję, lecz upadłem straciwszy równowagę. Przeleciałem przez Marię, tak jakby była powietrzem. Zdezorientowany obserwowałem jej postać zmierzającą w kierunku sypialni. Straciwszy ją z oczu pobiegłem jej śladem. Zdołałem jedynie ujrzeć jak przechodziła przez ścianę. Widziałem stopniowo znikające rozpuszczone włosy.
-Nie!!! Błagam...
Bezsilny opadłem na podłogę. Pięścią uderzałem w posadzkę.
-Kiedy skończy się ten koszmar?!! Dlaczego ja!!!! Litości...
Rozległ się dzwonek telefonu. Nie mając ochoty z nikim rozmawiać nie reagowałem. Dopiero po kilku minutach podszedłem do aparatu. Powoli podniosłem słuchawkę, przyłożyłem ją do ucha i nadal milcząc czekałem.
-Ha, ha, ha...!!!- to był dziki, przeraźliwy śmiech przesycony poczuciem triumfu.
Bez problemu rozpoznałem głos Gawalda, swojego własnego sumienia.
Część II Maria
Poniedziałek, godz. 6.30
Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego zachodu słońca. Siedząc wygodnie na piaszczystej plaży szukałam obrazów ukrytych w ułożeniu chmur. Nisko latające mewy pospiesznie szukały posiłku, chcąc zdążyć przed mrokiem nocy.
Nagle rozległo się dzwonienie. Co jest? Co to?. Dzwony na plaży? Zaniepokojona rozglądałam się wokoło szukając źródła tego dźwięku, który był coraz bardziej głośniejszy.
Otworzyłam na moment oczy i wszystko stało się jasne. Józef siedział na skraju łóżka i walczył z myślami, by nie położyć się ponownie. Biedak, on chyba nigdy nie przyzwyczai się do wczesnego wstawania.
Leżałam kilka minut wsłuchując się w odgłosy poranka. Słyszałam głownie szum wody dobiegający z łazienki. W końcu podniosłam się i usiadłam na łóżku. Cóż, wczesne wstawania nie było także moją najmocniejszą stroną. Z resztą porannych czynności uporałam się nieco szybciej i za chwilę szłam już do kuchni, skąd dobiegał aromat parzonej kawy. Tego było mi potrzeba...
Nie byłam zbyt rozmowna przy śniadaniu. Popijając kawę obserwowałam jedzącego grzanki Józefa. Osobiście nie miałam apetytu, nie o tej godzinie. Zupełnie zapomniałam o powodzie wczesnego wstawania.
- Tak, spotkanie! – przypomniałam sobie w trakcie rozmowy i przyspieszyłam swoje ruchy by zdążyć na czas.
Faceci mieli pod tym względem znacznie łatwiej. Dobór ubrania, odpowiedni makijaż – widoczny, ale nie za ostry. Potem tortury przed lustrem. Po cholerę to wszystko. Po pierwsze, mam już męża a kochanka przynajmniej na razie nie szukam. Po drugie, wystarczy mała mżawka lub podmuch wiatru by zniweczyć rezultat moich starań.
Zdążyłam jedynie pomyśleć o pościeleniu łóżka, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Super, na styk! Przymknęłam drzwi do sypialni, zostawiając widok panującego tam bałaganu dla wtajemniczonych.
Godz. 9.00
-Dzień dobry. Widzę, że jest pan niezwykle punktualny.
Po raz pierwszy widziałam Gawalada osobiście. Wcześniej kontaktowałam się z nim przez telefon lub Internet. Zaskoczyła mnie jego niespotykana uroda, elegancki ubiór, pedantycznie uczesane włosy i zawiązany krawat. Przypominał angielskiego dżentelmena, którego można obecnie zobaczyć jedynie na starych filmach. Prawdę mówiąc spodziewałam się kogoś starszego – zalatanego managera z niemilknącą komórką.
-Dzień dobry – odpowiedział schylając głowę by pocałować moją dłoń -Uważam swój czas za cenny i jednocześnie szanuje czas innych.
Kurcze, dajcie mi przepis na takiego faceta!
-To mi się podoba. Szkoda, że wszyscy moi klienci nie mają takiego podejścia..
Idąc przodem wprowadziłam Gawalda do pokoju gościnnego. Szybko pozbierałam porozkładane na stole gazety i odłożyłam je na komodę stojącą przy ścianie. Na zwolnionym miejscu położyłam białą teczkę z napisem: „Gawald - projekt fabryki”. Postanowiłam od razu przejść do konkretów. Nie byłam przyzwyczajona do przebywania z bogatymi dżentelmenami.
-Dobrze, widzę, że przyniósł pan dokumentację o którą prosiłam. Nie była ona niezbędna, ale znacznie ułatwi dokończenie projektu.
Starłam się powoli i zrozumiale tłumaczyć, jak ma w przyszłości wyglądać fabryka i jakie są plany zagospodarowania przestrzennego okolicznego terenu. Tuż obok Górskiej Doliny postanowiono stworzyć małe centrum przemysłowe. Zadziwiające było to, w jakim tempie rozwijało się to niewielkie miasto. Jednocześnie od samego początku dbano, by nie zniszczyć tego terenu. Powstające zabudowanie przemysłowe musiały być wkomponowane w teren, zaś prowadzona w nich działalność nie mogła szkodzić środowisku i być nazbyt uciążliwa dla mieszkańców. Wszystko pokazywałam na szkicach i mapach. Pomimo moich wysiłków, Gawald nie był zbytnio zainteresowany tym co mówię.
- Wybrał pan dość specyficzne przeznaczenia swojej fabryki – celowo zmieniłam na moment temat.
- Specyficzne? Dlaczego?
-Nie ma zbyt wielu zakładów zajmujących się produkcją akcesoriów do medytacji, modlitw...
-Odnowy duchowej?
-Właśnie, tego słowa mi brakowało. Myślałam, że tym zajmują się drobni wytwórcy, rzemieślnicy.
-Moja fabryka nie będzie kolosem.
-Zgadza się, zresztą chyba wraca moda na tego typu rzeczy.
-Moda czy potrzeba zatrzymania się na moment i zastanowienia nad własnym życiem?
-Trudne pytanie... – wolałam nie kontynuować tego wątku, nie wierzyłam w szybkie zakończenie tej dyskusji – Wróćmy do projektu.
Sprawnie pokazałam i powiedziałam wszystko co zaplanowałam. Upewniwszy się, że klient nie ma żadnych pytań odprowadziłam go do wyjścia. Przez okno w kuchni obserwowałam odjeżdżającą limuzynę.
Kurcze, dlaczego tak bogaty człowiek wybrał mało znanego architekta, nie mającego nawet własnego biura. Nie chciało mi się wierzyć, że to jest po prostu uśmiech losu. Podskórnie chciałam jak najszybciej skończyć projekt fabryki i wrócić do obsługiwania przyszłych posiadaczy domków jednorodzinnych i garaży.
Godz.13.20
Powoli miałam tego dosyć. Całe przedpołudnie spędziłam nad projektem. Sama konstrukcja budynku nie była skomplikowana, ale wymagała odpowiedniego zaprojektowania pomieszczeń by można było w nich uruchomić linię technologiczną i sprawnie zorganizować proces produkcji. Za tym etapem pracy nigdy nie przepadałam. Musiałam na dalszy plan odłożyć wyobraźnię i artystyczne zapędy, by skupić się na normach i parametrach.
Odruchowo przetarłam zmęczone oczy dłońmi. Wstałam na moment, aby rozprostować ciało zdrętwiałe długim siedzeniem przy komputerze. Z pewną ulgą spojrzałam na mechaniczne ramię deski kreślarskiej. Rysowanie wszystkiego przy pomocy ołówka i linijki pozostawało poza sferą mojego wyobrażenia wykonywania tego zawodu.
Wszechobecna cisza wzbudziła we mnie uczucie samotności. Powracało ono za każdym razem, gdy przerywając na moment pracę miałam ochotę z kimś porozmawiać. Kurczę, wystarczyłaby mi możliwość popatrzenia na inną znajomą istotę żywą. Tymczasem otaczała mnie absolutna cisza i pustka.
Przeszłam wzdłuż korytarza łudząc się , że spotkam Józefa. Bardzo chciałam usłyszeć jego głos. Teraz, a nie za kilka godzin. Istniało jeszcze jedno rozwiązanie, które ułatwiłoby by mi przesiadywanie w domu. Instynktu macierzyńskiego nie oszuka się tak łatwo. Szybko zaczęłam odganiać od siebie te myśli, które przypominały jedynie o długim oczekiwaniu – wpierw na aprobatę Józefa, potem na powstanie nowego życia. Niestety, po wielu miesiącach próbowania straciliśmy nadzieję.
Nie mogąc się powstrzymać chwyciłam za słuchawkę i wykręciłam numer do kancelarii.
-Dzień dobry, mówi Maria Abramowicz. Czy mogę rozmawiać z mężem?
Oczywiście, że mogłam, ale nic dobrego z tego nie wyszło.
-Chciałam usłyszeć twój głos- próbowałam wytłumaczyć się zdenerwowanemu Józefowi.
Niestety, nie zrozumiał. Stanowczy i nieprzyjemny ton głosu męża wywołał we mnie uczucie przygnębienia. Wyjrzałam przez kuchenne okno, skąd także nie było nikogo widać. Jedynie wiatr bawił się opadającymi liśćmi.
Godz. 15.10
Obiad był już gotowy. Zniecierpliwiona spoglądałam na podjazd, na którym już około 10 minut temu powinien pojawić się samochód Józefa. Nie mogłam przywyknąć do nieregularnych godzin powrotu męża.
Poszłam do pokoju obok, starając się wykorzystywać każdą wolną chwilę na robienie projektu. Im bliżej końca, tym więcej wychodziło problemów. Na kartce papieru próbowałam zaplanować odpowiednie ułożenie drzwi i przeznaczenie pomieszczeń.
-Kurcze, znowu złamał się ołówek. Zawsze, gdy się spieszę...- powiedziałam sama do siebie, ostrożnie usuwając z kartki resztki grafitu.
Ostrzenie ołówka przerwał dzwonek do drzwi. W końcu! Zostawiłam wszystko porozrzucane na biurku i pobiegłam otworzyć. Poczułam prawdziwą ulgę, kiedy ujrzałam w progu Józefa. Koniec ciszy i samotności!
Szybko nakryłam do stołu, by potem usiąść przy kuchennym stole i patrzeć jak Józef konsumuje przygotowany posiłek. Nic nie mówiłam. Niespodziewanie naszła mnie ochota spędzenia razem wieczoru, pójścia gdziekolwiek. Po prostu, wyrwania się z tego miejsca! Myślami byłam w kinie a potem w restauracji przy lampce wina.
-Nie masz ochoty na spacer albo kino? –zapytałam nieśmiało, gdy Józef kończył posiłek - Już dawno nie byliśmy nigdzie razem.
Sama reakcja Józefa i wymijająca odpowiedź sprawiła, że zgasła iskierka nadziei na małą odmianę. Nie wierzyłam w odkładane spacery, szczególnie gdy Józef postanowił w międzyczasie popracować. To nigdy nie kończyło się na godzinie lub dwóch.
Nie byłam w stanie powrócić do nieskończonego projektu, zresztą nie chciałam przebywać w jednym pomieszczeniu z Józefem. Próbowałam zabić czas bezmyślnie przełączając kanały.
Godz.20.05
Przestraszyłam się, kiedy niespodziewanie poczułam dotyk dłoni. Odruchowo spojrzała na elektroniczny zegar stojący na telewizorze. Nie myliłam się, już było za późno na wyjście do kina czy nawet porządny spacer.
-Już skończyłeś? – nie ukrywałam rozczarowania - Spacer w ciemnościach nie należy do bezpiecznych.
Józef jak zawsze myślał tylko o pracy i odkładał wszystko na później. Irytowały mnie głupie tłumaczenia i nieustanne dorzucanie do ognia nadziei, by potem wylać na nie wiadro wody. Nie chciałam z nim dłużej rozmawiać. Nie miałam ochoty i bałam się, że za chwilę wybuchnę gniewem i stracę panowanie nad tym co mówię.
-W kuchni masz przygotowaną kolację. Smacznego. Jadłam sama, dawno temu.
Z trudem powstrzymywałam się od płaczu. Po co te łzy? Po co okazywać złość i rozczarowanie. Dla kilku czułych słów i kolejnych obietnic? Nie warto. To niczego nie zmieni.
Wtorek, godz. 7.35
Z niezwykle głębokiego snu wyrwał mnie dopiero dzwonek do drzwi. Komuś musiało bardzo zależeć by wejść do środka, ponieważ dzwonił i pukał przez kilku minut. Boże, kogo przygnało – pomyślałam podnosząc się łóżka. Pali się czy co?!
Zdezorientowana, nie patrząc na zegarek, pospiesznie założyłam szlafrok i poszłam otworzyć.
-Idę już?! Chwila!
Dzwonek umilkł dopiero, gdy zaczęłam otwierać drzwi. Przywitała mnie uśmiechnięta twarz mężczyzny w ubiorze szofera. Po stojącej przy ulicy limuzynie bez problemu poznałam, dla kogo pracował. W tym momencie wszystko stało się jasne.
-Dzień dobry. Miałem przyjechać o 7.00. Przepraszam za małe spóźnienie. Wszystko przez poranne korki i remonty dróg.
-O, kurczę – przez moment nie byłam w stanie nic więcej z siebie wydusić.
-Kurczę?
-Tak... to znaczy, nie wiem jak to się mogło stać.
-Przecież nic się nie stało. Chodzi o moje spóźnienie? Naprawdę, to przez korki – z twarzy szofera zniknął dotychczasowy uśmiech.
-Nie! Skądże, dziwi mnie jak mogłam zapomnieć o dzisiejszej wyprawie za miasto. Niech pan wejdzie i napije się kawy lub herbaty. Wszystko jest w kuchni. Ja w tym czasie się ubiorę.
-Proszę się nie spieszyć, nie jesteśmy z nikim umówieni.
Pospiesznie ubrałam leżące na wierzchu ciuchy, nie zastanawiając się nad odpowiednim doborem.
-Jak mogłam o tym zapomnieć, co za porażka. Jeszcze Józef...
Z aparatu w korytarzu wykręciłam numer telefonu do kancelarii. Tradycyjnie nie mógł rozmawiać.
-Jest już pani gotowa? – w drzwiach do kuchni pojawił się szofer – Czeka nas pokonywanie korków. Muszę stawić się w u szefa za około trzy godziny.
-Rozumiem, jeszcze raz przepraszam za tą sytuacje. Już, jestem prawie gotowa. – niezdarnie zapięłam paski przy butach - Dobra jedziemy!
Pełna podziwu badałam wnętrze limuzyny. Wzrokiem penetrowałam każdy jej zakamarek. Celowo rozsiadłam się na niezwykle wygodnych, skórzanych fotelach. Czułam się jak małe dziecko, które z zaciekawieniem i radością ogląda wcześniej nie znane miejsce. Ciekawe ile taka bryka kosztuje - pomyślałam. Wiedziałam jedynie, że nigdy nie będę miała takiego samochodu.
- Jesteśmy na miejscu – głos szofera sprowadził mnie na ziemię.
-Co? Tak szybko?
Odruchowo spojrzałam na zewnątrz przez zaciemniona szybę samochodu. Rzeczywiście, staliśmy na pustkowiu – z obu stron otaczał nas pagórkowaty teren, gdzie dopiero pojawiały się ślady ludzkiej interwencji. W oddali widać było miasto, którego zabudowania szczelnie wypełniały powierzchnię doliny.
Szofer wysiadł i z prawdziwą gracją otworzył Marii drzwi.
-Dobra, nie będziemy marnować czasu. Proszę na mnie poczekać w samochodzie.
Oddaliłam się, aby dokładnie obejrzeć okolicę. Przed zakończeniem projektu chciałam tutaj jeszcze raz przyjechać, by się upewnić, że wszystko zgadza się z moimi założeniami. Samochód stał na poboczu nowej drogi, wybudowanej na potrzeby powstającego terenu pod inwestycje. Na sąsiedniej działce rozpoczęta została budowa hali produkcyjnej szyb samochodowych.
Nie mogłam wzroku nasycić pięknem tego terenu. Czasami miałam wrażenie, że żyje w utopijnej krainie, gdzie człowiek nauczył się egzystować w zgodzie z naturą. Nawet przy oddawaniu terenu pod inwestycje dokładnie badano, skutki prowadzenia określonej działalności na środowisko. Same zabudowania nie mogą być za wysokie i ich kształt musi być wkomponowany w otoczenie. Nie ma mowy o kolosach czy dziwolągach, które nazbyt rzucały by się w oczy.
Chciwe wdychając świeże powietrze wróciłam do pojazdu. Lekkim szturchnięciem obudziłam kierowcę.
-Możemy wracać. Już zobaczyłam to co chciałam.
Siedząc w samochodzie poczułam senność i zmęczenie. Był to efekt zbyt długiego spania i nie wypicia porannej kawy. Nie zdążyłam nawet zjeść śniadania. Martwiło mnie, że nie zostawiłam informacji dla Józefa. Zresztą, do jego powrotu powinnam już być na miejscu.
Obojętnym wzrokiem wpatrywałam się w obrazy za oknem. Zamyślona nie zauważyłam, że kierowca nie skręcił na skrzyżowaniu w kierunku mojego domu. Patrząc na nieznaną dzielnicę miasta byłam przekonana, że po prostu wybrał inną trasę, by szybciej dojechać do celu. Przejeżdżaliśmy obok posesji otoczonych murami, zza których widać było czasami górną część wyższych willi. Kiedy dojeżdżaliśmy do jednej z masywnych bram, jej skrzydła zaczęły się otwierać.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytałam zaniepokojona.
-Jesteśmy na miejscu – odpowiedział szofer.
Jechaliśmy brukowana alejką przecinającą zadbany park. Samochód stanął na rondzie będącym jednocześnie podjazdem. Zdumiona spojrzałam na stojący przed nami pałac.
-Znowu o czymś zapomniałam? – zapytałam próbując objąć wzrokiem okazała budowlę.
-Nie tym razem. Ta wizyta nie była zaplanowana.
Szofer wysiadł samochodu i otworzył moje drzwi. Ręką wskazał główne wejście i poinformował, że Pan Gawald czeka na mnie w środku.
-Nie rozumiem, w jakim celu.
-Moim zadaniem było zawiezienie pani na plac budowy a następnie przywiezienie do rezydencji.
Nie zadawałam więcej pytań. Posłusznie poszłam we wskazanym kierunku. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą. Zresztą, nie powinno mnie tak dziwić, że Gawald chce ze mną porozmawiać. Jest w końcu inwestorem, który za kilka tygodni będzie musiał wyłożyć kupę kasy w budowanie nowej fabryki.
W samym środku podjazdu stała fontanna w kształcie dziwnego stwora. Miałam dziwne wrażenie, że każdy mój ruch jest przez niego obserwowany wyłupiastymi oczami, tak jakby czekał na odpowiedni moment by się na mnie rzucić i rozszarpać pazurami kończącymi nieproporcjonalnie długie ręce i dłonie. Z lekko otwartych ust oraz zakończeń palców spływały wąskie strumienie wody. Dobrze, że nie została ona zabarwiona na czerwony kolor. Urocze dzieło sztuki.
Drzwi były otwarte. Stojąc przed nimi poczułam dziwny niepokój. Przez całe moje ciało przeszła fala dreszczy. Coś mi mówiło, żeby tam nie wchodzić. „Nie, to śmieszne. Tu mieszka mój klient. Nie rób z siebie głupka, nie rób z siebie głupka... ” – powtórzyłam kilka razy w myślach, po czym przekroczyłam masywny próg.
Wnętrze natychmiast uderzyło niespotykaną ilością czerwieni. Ten sam kolor kotary, chodnika, poustawianych w równej odległości od siebie wazonów wypełnionych świeżymi różami. Kurcze, kim on jest? Jak tu można mieszkać? Ciągnąca się wzdłuż ściany kotara rozsunięta była delikatnie tylko w jednym miejscu. Zza niej widać było uchylone drzwi.
-Proszę, niech pani wejdzie.
Bez trudu rozpoznałam głos Gawalda. Siedział za biurkiem pokrytym pedantycznie poukładanymi papierami. Piórem pospiesznie podpisywał dokumenty, odkładając je następnie na właściwą kupkę. Twarz miał niezwykle skupioną.
W okolicy biurka stały dwa fotele z niewielkim stolikiem pomiędzy nimi, na którym obok dwóch kryształowych lampek znajdowało się moje ulubione wino. Po przeciwległej stronie ustawiona była niewielka komoda, zaś nad nią przymocowano regał pełniący funkcję biblioteczki. Panujący mrok zwracał uwagę na brak okna. Jedynym źródłem światła był żyrandol oraz stojąca w rogu pokoju lampa.
-Przepraszam, że nie powitałem pani osobiście. Jak pani widzi miałem trochę papierków do przejrzenia. Obiecuję, że teraz moja uwaga będzie skierowana jedynie wobec pani osoby.
Nadrabiając zaległości w pełnieniu funkcji dobrego gospodarza Gawald wstał od biurka i podszedł do gościa by się przywitać. O nic nie pytając otworzył lekko schłodzone wino i napełnił lampki.
-Za fabrykę- zaproponowałam, podnosząc lekko kieliszek go góry.
-Nie, za panią.
-Ale...
-Nie ma żadnego ale.
Czułam się coraz bardziej nieswojo. Zasmakowawszy wina usiadłam na fotelu.
-Ślicznie pani wygląda, mimo delikatnych oznak niewyspania.
-Przyznaję, zapomniałam o dzisiejszej wizytacji.- zrozumiałam delikatną aluzję - Obiecuję, że to się nie powtórzy.
-Nie musi pani za nic przepraszać. Czy nie jest pani przemęczona? Życie jest jedno i trzeba z niego umiejętnie korzystać. Nie powinno opierać się jedynie na pracy.
Przemęczona? A co go to obchodzi?! Nie mogłam się doczekać momentu, gdy opuszczę to miejsce.
-Skoro mowa o pracy. – podchwyciłam starając się zmienić temat rozmowy -Dzisiaj obejrzałam działkę i biorąc pod uwagę to co udało mi się wczoraj zrobić mogę zapewnić, że wszystko będzie gotowe na czas. Może nawet uda mi się odrobinę zmniejszyć koszty budowy.
-Czy wie pani czego najbardziej brakuje...
-W projekcie?
-Nie w ludzkim życiu. Odwagi, konsekwencji i mobilności.
Denerwował mnie jego ton, spojrzenie, zachowanie, to miejsce...wszystko! Patrzyłam jak podszedł do biblioteczki i wyciągnął książkę w czerwonej, skórzanej oprawie. Piękne wydanie.
-To jest perła mojej kolekcji – kontynuował – opisuje wszystko, co człowiek powinien wiedzieć o życiu. Prawdziwa filozofia życia ukazana poprzez pryzmat błędów człowieka. Piękne teorie, której ziarna zawsze spadają na jałowy grunt.
-Jaki ma tytuł – zapytałam z grzeczności, delektując się goryczą, jaką pozostawił w ustach kolejny łyk wina.
-„Rachunek sumienia”. Czym jest dla pani sumienie?
-Wewnętrznym głosem – odpowiedziałam pospiesznie.
-Nie tylko głosem, ale również obserwatorem i sędzią.
-Brakuje jedynie kata – nie ukrywałam ironii w moim głosie.
-Katem jest sam człowiek.
-Słucham?
We wzroku Gawalda dostrzegłam zadowolenie, że w końcu udało mu się mnie zaskoczyć i czymś zainteresować. Przyznaję, punkt dla niego. Nad takim stwierdzeniem nie można przejść obojętnie.
-Mógłby pan to wyjaśnić?
-Człowiek słyszy głos sędziego, który jest jednocześnie jedynym świadkiem całego życia. Świadek ten nigdy nie uchyla się od odpowiedzi na zadane pytanie powołując się na brak pamięci lub brak spostrzegawczości. Sędzia dysponuje także dokumentem w postaci kart życia.
-Tabula rasa.
-Dokładnie! Cieszę się, że nadąża pani za tokiem mojego rozumowania.
-A co z katem?
Zanim odpowiedział napił się wina nie spuszczając ze mnie swojego wzroku. Delektował się tą krótka chwilą by przejść do kulminacyjnego momentu.
-Sumienie dysponuje jedynie głosem, będąc panem psychiki nie jest władne wobec świata fizycznego.
-I dręczy człowieka, aż on sam wykona jego wyrok.
-Dokładnie.
-Piękna teoria. Wolałabym jednak porozmawiać o fabryce, tym bardziej, że muszę za chwilę wracać - powstrzymywałam się przed bezpośrednim zapytaniem o cel swojego przyjazdu.
-Racja, mąż się niecierpliwi. Proszę pamiętać o tych trzech słowach – odwaga, konsekwencja oraz mobilność. One stanowią klucz do mechanizmu sterującego ludzkim życiem.
-Człowiek panem swego losu.
-Piękny stan, jednak niezwykle trudny do osiągnięcia.
Powstrzymałam się od dalszych wywodów. Wstałam stanowczo oznajmiając chęć zakończenia tej miłej pogawędki. Nie zamieniliśmy żadnego słowa o fabryce. Po co ten człowiek, mnie tutaj sprowadził.
-Dziękuje za lampkę pysznego wina.
-Zapraszam ponownie. Jeżeli zaś chodzi o męża, to powie pani, że musiała pojechać do sąsiedniego miasta. Szofer panią odwiezie.
Godz. 18.00
Nerwowo przekręcałam klucz w zamku, chcąc jak najszybciej znaleźć się środku. W głowie czułam jeden wielki mętlik. Słowa, wskazówki, wydarzenia – nie potrafiłam tego poukładać w jedną, zrozumiałą całość.
Mieszkanie pogrążone było w ciemności. Jedynie z pokoju gościnnego dochodziła smuga bladego światła i odgłosy z telewizora. Józefa siedział w fotelu bezmyślnie przełączając kanały. Na stoliku przy fotelu stała butelka wina i jedna opróżniona lampka. To mówiło samo za siebie. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio Józef pił w samotności alkohol. Stanęłam w progu pokoju, chcąc to mieć jak najszybciej za sobą.
-Już jestem.
Brak odpowiedzi.
-Musiałam pojechać z planami do sąsiedniego miasta – nieświadomie skłamałam tak, jak jej kazał Ga- wald .
-Dlaczego nie zostawiłaś wiadomości.
Dopiero teraz zorientowałam się, w jakim znajduje się w stanie. Z trudem wyrzucał z siebie pojedyncze słowa. Nie panował nad plączącym się językiem. Typowo pijacki bełkot.
-Próbowałam, dzwoniłam, ale nie mogłeś rozmawiać.
Stał gwałtownie, przytrzymując się fotela. To go uratowało przed niechybnym upadkiem.
-A nie mogłaś zostawić jednej, głupiej kartki!
-Nie, spieszyłam się.
Szedł w moim kierunku. W tym momencie serce zaczęło mi bić szybciej. Jego spojrzenie pełne było nienawiści. Już z pewnej odległości czułam odór alkoholu. Oparł się ręką o futrynę zaciskając drugą pięść.
-Mogłaś zostawić kartkę – wybełkotał i poszedł do łazienki.
Po chwili był już w sypialni. Marzyłam o zanurzeniu mojego ciała w pachnącej, gorącej wodzie. To pozwoliło by mi odprężyć się i zapomnieć o dzisiejszym dniu. Nie mieliśmy jednak wanny i musiałam zadowolić się gorącym prysznicem.
Przez dłuższa chwilę stała nieruchomo pod strumieniem wody. Nie pomogło mi to jednak zapomnieć o Gawaldzie. Nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. Boże, o co chodzi temu człowiekowi?! Postanowiłam jak najszybciej skończyć projekt, oddać go i zerwać wszelki kontakt z tym człowiekiem. Jeszcze kilka dni i wrócę do projektowania altanek i domków jednorodzinnych. Dopiero ta wizja sprawiła, że moje mięśnie zaczęły się powoli rozprężać. Kilka dni...
Środa, godz. 6.30
Tradycyjnie obudził mnie dzwonek budzika. Jednak, zazwyczaj po kilku sekundach następowała cudowna cisza. Nie tym razem.
Boże, czemu on nie wyłączy tego cholernego budzika. Otworzyłam zaspane oczy i odwróciłam się w kierunku Józefa, który leżał na łóżku z poduszką założoną na głowę. Pięknie! Podniosłam się i sama wyłączyłam budzik. Właśnie miałam wrócić do pierwotnej pozycji, gdy przyszedł mi do głowy pewien szalony pomysł. Zbliżyłam się do jego ucha i wrzasnęłam: wstawaj! Co za szybkość, co za zwinność! Jeszcze przez kilka minut śmiałam się głośno mając przed oczami obraz zrzucającego mnie z siebie i zrywającego się z łóżka Józefa. Cóż, należało mu się.
Nie mogłam ponownie zasnąć. Kiedy wstałam z łóżka, Józefa już nie było w domu. Tym razem pamiętałam o spotkaniu z Gawaldem. Cieszyło mnie, że to będzie jedno z ostatnich spotkań z tym człowiekiem. Dzisiejsze miałam ochotę odwołać, jednak Gawald nalegał, że osobiście przywiezie potrzebną dokumentację. O co mu właściwie chodzi? Podczas spotkań w ogólne nie mówi na temat fabryki, tak jakby ten temat go nie interesował. Tym razem uparł się, że osobiście dostarczy dokumenty, które równie dobrze mógł przywieźć szofer.
Z przyzwyczajenia usiadłam przy kuchennym stole. Obojętnie spojrzałam na pozostawione przez Józefa grzanki. Zjadłam tylko jedną, popijając kilkoma łykami kawy. Chyba za wcześniej wstałam – mój żołądek i umysł wylegiwał się jeszcze pod ciepłą pierzyną.
Założyłam pierwsze lepsze ciuchy i poszłam do biura by sprawdzić jeszcze raz zawartość teczki fabryki Gawalda. Wszystko się zgadzało. Mam nadzieję, że tego samego zdania będzie urząd wydając pozwolenie na budowę.
Nagle usłyszałam dziwny głos dobiegający z korytarza. Ciche nawoływanie a potem chichot. Nie zareagowałam. Śmiech się powtórzył. Nie mogłam się przesłyszeć. Odgłosy z ulicy? Wszystkie okna powinny być pozamykane, zresztą dźwięk dobiegał wyraźnie z korytarza.
Powoli podeszłam do drzwi cały czas nasłuchując. Cisza. Głosy ucichły. Nabrawszy odwagi wyjrzałam na korytarz. Nikogo tam nie było. To chyba przemęczenie. Wszystko przez ostatni projekt – zbyt wiele czasu i nerwów mnie kosztuje. A może pojechać po tym wszystkim na krótkie wakacje? – pomyślałam. Gawald jest dziwnym klientem, ale co do zaproponowanej przeze mnie ceny nie miał żadnych zastrzeżeń.
Właśnie miałam wrócić się po teczkę, gdy ponownie usłyszałam nawoływanie:„Mario, Mario” a potem dziecięcy chichot. Odwróciłam się instynktownie i wówczas poczułam jak jakaś niewidzialna siła otacza moje ciało. Czułam dotyk dłoni i podmuchy wiatru. Nie byłam w stanie się poruszyć .Nie wiedziałam czy to z powody strachu czy też ktoś mnie kurczowo trzymał.
-Pomocy... – z trudem wycedziłam przez zaciśnięte zęby – Błagam...
„Mario, Mario”. Przez całe moje ciało przeszła fala chłodu. Na moment odzyskałam czucie w rękach o nogach. To wystarczyło, żeby chwycić słuchawkę i nacisnąć przycisk wybierający poprzedni numer telefonu.
-Kancelaria, słucham.
Kiedy usłyszałam głos Józefa nie wytrzymałam i zaczęłam płakać.
-Halo? Kto mówi?
Nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Cały czas słyszałam złośliwy chichot i czułam podmuchy chłodnego wiatru szalejącego po całym mieszkaniu.
„Mario, Mario, czemu się boisz?”
„Mario, czemu płaczesz?”
-Mario? Czy to ty?
Nie wytrzymałam i odłożyłam słuchawkę. W tym samym momencie głosy ucichły i upadłam bezwładnie na podłogę.
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Podniosłam się z podłogi i zdezorientowana rozejrzałam się w około. Co ja tutaj robię? – zapytałam sama siebie. Nie mogłam sobie przypomnieć w jaki sposób znalazłam się na podłodze. Nic nie pamiętałam. Jezu, jak ja jestem ubrana? Nic do siebie nie pasuje?! Chciałam szybko pobiec do sypialni, gdy ponownie rozległ się dźwięk dzwonka.
Otrzepała pogniecione spodnie i otworzyłam drzwi. Z uśmiechem na twarzy przywitał mnie Gawald.
-Dzień dobry pani, chyba nie jestem za wcześniej.
-Nie, proszę bardzo.
Chwilę trwało zanim wszystko poukładałam w głowie i przypomniałam sobie, jaki jest cel wizyty Gawalda.
-Tradycyjnie zapraszam do salonu. Dom nie jest duży i nie ma w nim zbyt dużo pomieszczeń.
Właśnie zamierzałam wprowadzić gościa do pokoju, gdy niespodziewanie wparował do mieszkania czerwony na twarzy i zdyszany Józef. W ostatniej sekundzie zdążyłam odsunąć się od drzwi, unikając w ten sposób bolesnego uderzenia.
Na początku mnie zamurowało i nie wiedziałam co ma zrobić. Spoglądałam to na Gawalda, to na swojego męża. Szybko jednak odzyskałam panowanie nad sytuacją.
-Przedstawiam mojego męża Józefa. Najwidoczniej czegoś zapomniał wychodząc z domu.
Cały czas patrzyłam na niego wściekłym wzrokiem. Co też mu do głowy uderzyło?!
Niezdarnie uścisnął dłoń Gawlda, który zaraz po tym poszedł do salonu.
-Oszalałeś, co tobie do głowy uderzyło?!
-Wydawało mi się...
Nie zamierzałam wdawać się z nim teraz w dłuższe dyskusje.
-Dobrze, nie teraz. Pogadamy później.
Odchodząc odwróciłam się jeszcze raz w jego kierunku i powiedział przyciszonym głosem.
-Przed powrotem do pracy umyj się i zmień koszulę.
Godz. 9.30
-Przepraszam za zachowanie męża i za tą całą sytuację.
Szybko podeszłam do stolika i usiadłam na fotelu. Usilnie starałam się dojść do siebie i skupić się na pracy.
-Przepraszam, za to całe zamieszania. Dobrze, przejdźmy do ...
-Nie powinna pani przepraszać – przerwał mi Gawald.
Popatrzyłam na niego zdziwionym wzrokiem, po czym uśmiechnęłam się delikatnie. Odebrałam to jako gest uprzejmości i mam nadzieję, że szczerej wyrozumiałości.
-Przygotowałam...
-Powinna pani cieszyć się, że ma opiekuna– ponownie wszedł mi w słowo Gawald.
-Opiekuna? – tym razem zdziwienie było zauważalne nie tylko w moim spojrzeniu lecz również tonie głosu.
-Tak, opiekuna. Osobę, która pojawi się w chwili zagrożenia.
Przez dłuższą chwilę milczałam, nie wiedząc jak zareagować. Przez myśli przechodziły mi obrazy z dzisiejszego poranka.
- O jakim zagrożeniu pan mówi? – zapytałam lekko drżącym głosem.
Gawald rozsiadł się wygodnie w fotelu, złączył dłonie opuszkami palców na wysokości klatki piersiowej i spojrzał mi głęboko w oczy.
-O każdym, nie sposób wszystkich wymienić. – mówił przyciszonym, spokojnym głosem - Człowiek obawia się jedynie tych namacalnych i dających się wytłumaczyć w zrozumiały sposób, zapominając o tym co niewytłumaczalne i niemożliwe do ogarnięcia.
-Nie rozumiem...
-Zrozumie pani we właściwym czasie.
-Co?
-Będzie pani dane poznać drugą stronę wymiaru.
Z trudem panowałam nad swoimi myślami. Czułam jakby ktoś wielkim młotem walił prosto w moją głowę. Wszystko widziałam za delikatną mgłą, z wyjątkiem osoby Gawalda.
-Kim pan właściwie jest? – już dawno powinnam zadać to pytanie.
Na dotychczas poważnej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
-Przyjmijmy, że jestem ekstrawaganckim inwestorem.
Zanim zdążyłam zareagować wszystko wróciło do normy. Zdezorientowana rozejrzałam się wokoło. Sama nie wiedziałam, czy to co się działo przed chwilą było snem, czy też jawą. Nie mogłam przypomnieć sobie poranka. Nie wiedział jak się znalazłam w korytarzu, gdy zadzwonił Gawald. Nic, kompletna pustka.
-Czy wszystko w porządku? – zapytał Gawald troskliwym głosem – może przynieść pani szklankę wody.
-Nie, nie trzeba – tak mi się przynajmniej wydawało.
-To pewnie przez dzisiejszą pogodę. Ciśnienie jest niskie.
-W teczce są plany, na podstawie których może pan już rozpocząć budowę. – postanowiłam jak najszybciej przejść do konkretów, by skończyć to spotkanie - Pozostała praca ma charakter kosmetyczny. Wystarczą mi dwa, może trzy dni. Przywiózł mi pan dokumenty o które prosiłam?
-Oczywiście, leżą na burku.
Dziwne, nie zauważyłam ich wcześniej, pomimo tego że leżały tuż obok mojej teczki. Pospiesznie przejrzałam położone papiery.
- Ale... – jeszcze raz przejrzałam dokumenty by się upewnić - brakuje w nich danych dotyczących ogrodzenia. Prosiłam pana kilkakrotnie o...
-Rzeczywiście, zapomniałem o ogrodzeniu.
Gawald nie wyglądał na zaskoczonego brakiem dokumentu.
-Bez nich nie mogę dokończyć pracy. Umawialiśmy się, że dzisiaj pan wszystko przyniesie. – z coraz większym trudem panowałam nad emocjami.
-Nie zaprzeczam, tak mówiłem.
-No i?
-Jest tylko jedno wyjście. Pojedzie pani ze mną do mojej rezydencji, zabierze dokumenty, a potem szofer odwiezie panią do domu.
-Myli się pan, jest jeszcze inne wyjście – nie ukrywałam zirytowania – pojedzie pan do swojej rezydencji, wręczy szoferowi dokumenty a potem pana szofer mi je przywiezie.
Po raz pierwszy widziałam, żeby Gawald nie wiedział co ma powiedzieć. Jego twarz przybrała ponownie wyjątkowo poważy wyraz. Znowu wszystko wokół mnie zaczęło wirować. Boże, jego czy – tęczówki zmieniały kolor by ostatecznie zjednoczyć się w bieli z gałką oczną. Reszty nie pamiętam. Gdy wszystko powróciło do normy, siedziałam w samochodzie u jego boku. Nie miałam na sobie żadnego płaszcza, jedynie w dłoniach trzymałam teczkę z dokumentami.
Zastanawiałam się nad dzisiejszym porankiem. Bezskutecznie próbowałam to wszystko ogarnąć. Szybko przekonałam się, że to jest niemożliwe z powodu zbyt wielu niewiadomych. Przypominały mi się urywki obrazów, zbyt skąpe, by połączyć je w logiczną całość.
Głosy, chłód, skrępowanie. Słowa o zagrożeniu. Mgła. Wizyta Józefa? Może on będzie coś widział?!
Samochód zatrzymał się na parkingu przy skalistym wzgórzu. Słyszałam wcześniej o takich miejscach na okolicznych wzniesieniach, wymarzonych dla schadzek i spotkań towarzyskich młodych ludzi, lecz nigdy na żadnym nie byłam.
-Gdzie my jesteśmy? – zapytała zaskoczona - Mieliśmy jechać do pana posiadłości.
Kierował mną bardziej strach niż zdenerwowanie. Zaczęłam bać się tego człowieka, ale jednocześnie coraz trudniejsze było dla mnie przeciwstawienie się jego woli. Wystarczyło jedno jego spojrzenie...
Wysiadłam z samochodu i podeszłam na skraj skalistego wzgórza.
Moim oczom ukazała się panorama miasta. Niezliczona ilość zabudowań, krętych uliczek i miniaturowych samochodów. Środek roił się od kolorowych neonów i wysokich zabudowań. Dopiero teraz dostrzegłam, że na krańcach miasta dominował jednolity sposób budowania i uporządkowany system uliczek.
-Przepiękne miejsce – powiedział Gawald nie spuszczając wzroku z panoramy - Nazwałem je wrotami do wnętrza społeczeństwa.
-Ciekawe...
-Widzi pani ogromną, wręcz niezliczoną ilość poruszających się punktów - ludzi i samochodów. Niczym krew w organizmie tak one poruszają się w układzie krwionośnym miasta. Ulica to żyła, zaś urzędy, sklepy i domy to odpowiednie narządy bez których nie mogłoby funkcjonować miasto. Wie pani, co jest konieczne aby ten mechanizm w ogóle funkcjonował?
Nie czekał zbyt długo na moją odpowiedź.
-Każdy z punkcików porusza się w ściśle określony sposób. Jedzie aby gdzieś dojechać, idzie aby dojść na czas we właściwe miejsce. Występuje jako element składowy widzianej masy, jako komórka organizmu. Czy zdaje sobie pani sprawę co by było, gdyby któryś z punkcików nie wiedział dokąd jechać lub iść. Nie wiedział co ma ze sobą zrobić? Utknął by w tej masie torując drogę pozostałym. Jedną osobę można ominąć, ale już nie przejdzie się bez problemu obok setki stojących obok siebie, zagubionych ludzi.
Zaskoczona całą sytuacją, nie ukrywam, że głęboko poruszona, nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Zresztą mój komentarz nie miał znaczenia. Coraz bardziej traciłam panowanie nad sytuacją. Już nawet nie miałam ochoty protestować.
Z kolei Gawald opuścił ręce, którymi dotychczas gorliwie gestykulował. Przez kilka minut staliśmy w milczeniu. Patrzyliśmy na miasto niczym starożytni bogowie obserwujący ludzki gatunek z wyżyn Olimpu.
Godz.18.55
Nareszcie w domu! – powiedziałam sama do siebie, kiedy weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Dopiero w tym momencie poczułam się bezpiecznie. Koniec, koniec... . Tym razem nie musiałam wchodzić do domu Gawalda. Poczekałam w samochodzie. Pospiesznie rozwiązałam papierową teczkę i jeszcze raz sprawdziłam, czy mam wszystkie dokumenty.
Blask światła wychodzący z domowego biura zdradził miejsce obecności Józefa. Weszłam do pokoju i po cichu do niego podeszłam. Celowo przesuwałam się wzdłuż ściany, by nie rzucić cienia własnym ciałem. Po chwili stałam tuż za jego plecami. Patrzyłam jak wnikliwie analizuje słowo po słowie wydrukowany przepis prawa. Jedną ręką jeździł po kartce, drugą zaś drapał się w głowę.
Zbliżyła się jeszcze bardziej. Nadal nie zauważał mojej obecności. Niespodziewanie poczułam niespodziewany przypływ pożądania. Nie kochaliśmy się prawie tydzień, jednak to nie był zwykły głód. Dłonią delikatnie masowałam swoje jędrne piersi. Pożądanie zwiększyło się do granic wytrzymałości. Potrzebowałam męskiego dotyku, namiętnych pieszczot.
Umieściłam swoją dłoń na jego gęsto owłosionym torsie. Poczułam jak podskoczył na krześle, rzucając trzymany w dłoni długopis.
-Boże, jak mnie przestraszyłaś.
Nie odpowiedziałam. Delektowałam się ciepłem jego ciała, przyspieszonym biciem serca. Delikatnie drapiąc paznokciami dawałam wyraz swojej żądzy. W myślach już teraz leżałam naga czekając na atak, mający doprowadzić mnie do szczytu ekstazy.
Nie zniechęciła mnie chłodna reakcja Józefa, ani wymijające odpowiedzi. Bawiąc się jego ciałem zdążyłam przekonać się, że on również był podniecony i z trudem zachowywał zdrowy rozsądek. Najpierw obowiązki, potem przyjemności – szczególnie gdy gonią terminy. Wiedziałam, że kiedyś odejdzie od tego biurka a wówczas ja będę przy nim i dam upust swoim żądzom.
Powolnym krokiem poszłam do sypialni, gdzie w mroku wspominałam zaznane chwile uniesień seksualnych. Przypominałam sobie mięsiste wargi Józefa oraz wszędobylski język. Moje ciało wiło się na gładkiej, puszystej pościeli. Całkowicie straciłam poczucie czasu. Liczyło się tylko jedno.
W końcu usłyszałam jego kroki, gdy szedł w kierunku łazienki. Właśnie na tą chwilę czekałam. Zerwałam się z łóżka i poszłam za nim. Stojąc przy drzwiach łazienki poczekałam, aż wejdzie pod prysznic. Nasłuchiwałam jak zdejmuje swoje ubranie i rzuca je na bok, jak rozpina klamrę przy pasku, rozporek. Gdy rozległ się szum wody weszłam do środka. Pospiesznie zdejmowałam z siebie ubranie. Cały czas obserwowałam go poprzez ścianę kabiny. Podniecenie sięgało zenitu. Wiedział, że jestem coraz bliżej swojego celu.
Weszłam do kabiny i mocno przytuliłam się do mokrego ciała Józefa. Moje dłonie krążyły po ramionach, torsie i schodziły coraz niżej. Końcówką języka drażniłam szyję i kark. Bezwzględnie wykorzystywałam znakomitą znajomość jego ciała..
Przez moje ciało przeszła kolejna fala dreszczy, gdy Józef niespodziewanie odwrócił się i przycisnął ją do ścianki kabiny. Z trudem powstrzymywałam się, aby nie krzyczeć i nie walić pięściami w szklaną obudowę prysznica. Po chwili był już w moim ciele. Wówczas czerpałam maksymalną dawkę przyjemności z każdego jego najdrobniejszego ruchu. Upojona rozkoszą opadłam na metalowy brodzik. Ciepłe strumienie wody spływały po naszych nagich, rozpalonych ciałach.
Czwartek, godz.9.00
Właśnie kończyłam zmywać naczynia, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Zaskoczona zakręciłam kran i poczekałam chwile by się upewnić, czy to nie było przesłyszenie. Prawdę mówiąc, nie miałam ochoty na spotkanie z kimkolwiek i w jakiejkolwiek sprawie. Ponownie rozległ się dzwonek do drzwi. Wytarłam ręce i poszłam otworzyć.
- Pan Gawald?! – moje zdziwienie nie było ukrywane.
Szybko zdałam sobie sprawę, ze to nie było towarzyskie spotkanie. Wyraźnie czułam powiew chłodnego powietrza. Jego twarz wyglądała, jakby zrobiona była z marmuru. Nie mogłam w niej dostrzec jakichkolwiek oznak życia. Nic nie mówiąc patrzył na mnie lodowatym spojrzeniem.
- Coś się stało? – z trudem wydusiłam z siebie.
-Nadszedł czas – odpowiedział poważnym, stanowczym głosem.
-Czas? Na co? – z coraz większym trudem panowałam nad drżącym głosem.
Po moich policzkach spłynęły pierwsze łzy przerażenia. Intuicyjnie czułam, że zdarzenia ostatnich dni nie były przypadkowym zbiegiem. Potrafiłam jednak przestać o tym myśleć. Wydawało mi się, że wszystko kontroluję. Skończyć projekt, zerwać kontakt z Gawaldem i wszystko powróci do normy.
-Wkrótce poznasz prawdę ostateczną.
Niewidzialna siła po raz kolejny skrępowała całe moje ciało. Tym razem nawet nie próbowałam stawiać oporu. Płacząc i błagając o litość szłam za Gawaldem w kierunku samochodu. Prosiłam o jeszcze jeden dzień, o jeszcze jedną szansę, o ostatnią rozmowę z Józefem. Zawsze wydawało mi się, że na wszystko mam mnóstwo czasu.
W eskorcie Gawalda i jego szofera zostałam podprowadzona do drzwi wejściowych do rezydencji. Gdy przechodziłam obok stwora po środku podjazdu wydawało mi się, że spomiędzy jego kłów wydobywa się ślina. Jego uśmiech był jeszcze bardziej wyrazisty i złośliwy.
Do środka rezydencji weszłam sama. Cała powierzchnia ścian korytarza zakryta była czerwonymi kotarami. Poustawiane były wazony wypełnione świeżymi, czerwonymi różami. Moje ciało zostało uwolnione spod działania niewidzialnej siły. Osłabiona upadłam na chodnik. Złapawszy kilka głębokich wdechów wstałam i rękawem wytarłam mokrą od łez twarz.
Przede mną pojawił się Gawald. Tym razem od jego postaci emitował oślepiający blask. Spoglądał na mnie pozbawionymi tęczówek gałkami ocznymi.
-Widzę, że jesteś gotowa.
Delikatnie się uśmiechnął, po czym dłonią wskazał na ciągnący się za nim korytach.
-Znajdujesz się na rozdrożu swego życia. Od ciebie zależy którą drogę wybierzesz Jeżeli dokonasz właściwego wyboru to wrócisz do domu i o wszystkim zapomnisz.
Nawet nie starałem się zrozumieć tego wszystkiego. Intuicyjnie czułam, że powinnam podążyć tym korytarzem – drogą swego życia. W mym umyśle pojawiła się iskierka nadziei. Dokonawszy właściwego wyboru mogę wrócić do mego świata. Ten koszmar może się skończyć. Ruszyłam przed siebie, obojętnie przechodząc obok Gawalda. Na początku odległość określałam po ilości mijanych wazonów, potem pokonywanych zakrętów. Jedne zakręty były ledwo zauważalne, inne przypominały łuki czy nawet spirale.
Wypatrywałam końca swej wędrówki, wyjścia z tego piekielnego miejsca. Boże, dlaczego to mnie spotkało. Mijały kolejne godziny. Z każdym kolejnym krokiem opuszczały mnie nie tylko siły fizyczne, lecz także psychiczne. Jeszcze kawałek –motywowałam się - nie mogę się poddawać. Mówił, że jestem na rozdrożu. Jakie rozdroże?! Gdzie ono jest?
- Nie ma. – mówiłam sama do siebie - Stąd nie ma wyjścia. Pomocy. Józefie, gdzie jesteś... Stąd nie ma wyjścia! – krzyknęłam po wyjściu z kolejnego zakrętu i ujrzeniu wyjątkowo długiego odcinka korytarza.
-A czy możesz zejść z drogi swego życia?- niespodziewanie przede mną pojawił się Gawald - Podążasz nią w trakcie całej egzystencji. Pokonujesz drogi i ścieżki tworzące labirynt. Podejmując decyzję nie znasz jej konsekwencji. Nie wiesz czy obierasz odpowiedni kierunek. Starasz się zawrócić lecz nie możesz, ponieważ za tobą powstał już mur.
Spojrzał na mnie przerażającymi, białymi gałkami ocznymi, po czym dodał.
-Człowiekowi wydaje się, że wszędzie jest wejście i wyjścia – dwie pary drzwi. Zgodnie z tym trzeba iść uparcie do przodu lub zakończyć wędrówkę i wrócić do wejścia. Piękna, lecz naiwna teoria.
Zaczęła we mnie narastać agresja. Miałam szczerą ochotę rzucić się na tego człowieka i go udusić. Chwiejąc się na zmęczonych nogach próbowałam zapanować nad wszystkim.
-Wyjdę stąd!!! – wyrzuciłam z siebie.
Chwyciłam stojącą przy mnie wazę i rozbiłam ją o podłogę. Kawałkiem szkła próbowałam rozciąć masywną kotarę. Zadałem wiele cieć kalecząc przy tym dłonie, jednak pozostała ona nietknięta. Ze zranionej dłoni popłynął wąski strumień krwi, której krople opadające na chodnik zamieniały się w płatki róży.
-Nie, to musi być sen... cholerny koszmar.
Blask emitowany przez postać Gawalda stał się jeszcze bardziej intensywny. Oślepiona zakryłam oczy dłońmi, stopniowo przyzwyczajając źrenice do światła.
-Czy jesteś gotowa na poznanie prawdy ostatecznej? – zapytał śmiertelnie poważnym głosem.
Co miałam odpowiedzieć? Miałam dosyć tego korytarza oraz ciągłych pytań i kazań. Bezradna usiadłam na chodniku i zakrwawionymi dłońmi zakryłam twarz. W ustach poczułam gorzki smak krwi rozwodnionej słonymi łzami.
Gawald podniósł prawą rękę i pstryknął palcami. Kotara na długości całego korytarza uniosła się i moim oczom ukazał się szereg drewnianych drzwi. Wyjście?! Za tymi drzwiami musi być wyjście! Na pewno jakieś okno, przecież na zewnątrz pałacu widziałam ich cały szereg. Podniosłam się z podłogi zastanawiając się, gdzie wpierw pobiec.
Gawald wskazał dłonią na trzecie drzwi po prawej stronie. Posłusznie poszłam w ich kierunku. Nie zdecydowałam się na wbiegnięcie do innego pomieszczenia. Postanowiłam z tym chwilę poczekać. Drzwi otworzyły się, gdy tylko stanęłam przed nimi z zamiarem złapania za klamkę.
Nie mogłam uwierzyć w to, co za nimi ujrzałam.
-Przecież to moje mieszkanie sprzed przeprowadzki- nie ukrywałam swego zdumienia a nawet radości, rękawem wytarłam mokrą i zabrudzoną krwią twarz - Uwielbiałam je, szczególnie tą kanapę przy kominku. Zaraz, to Józef! Dlaczego jest taki smutny?
-Ponieważ nie zrealizował swych ambitnych planów. Nie spełniły się jego sny o pracy w wielkiej, prawniczej korporacji. Kierowany miłością uległ tobie i nie zrealizował pomysłu przeprowadzki.
-Ale...przecież, my...
-Poczekaj, wkrótce zrozumiesz.
Podeszliśmy do kolejnych drzwi.
-Boże, to ja... z dzieckiem- moje oczy rozbłysły niespotykanym blaskiem, ponownie poczułam silnie tłumiony instynkt macierzyństwa- Jakie ono śliczne, ale ... kim jest ten mężczyzna siedzący obok? To nie jest...
-Twój mąż. Nie miałaś szansy przekonania się o tym, że Józef jest bezpłodny. Czy wyobrażasz sobie życie z innym mężczyzną, który byłby w stanie dać tobie upragnione dziecko?
-Z innym mężczyzną .... kocham Józefa i nigdy nikogo ....
Sama podeszłam do kolejnych drzwi. Zrozumiałam, że jestem właśnie na rozdrożu. Bałam się tego, co zobaczę, chciałam to jednak mieć za sobą.
-Poznaje to miejsce. Mieszkanie. Nic się nie zmieniło. Ale...dokąd dzwonię?
-Do męża, aby spróbować powiedzieć mu o swoim smutku i doskwierającej samotności. Tęsknocie za przyjaciółmi, rodziną oraz poprzednim domem. Faktycznie nie masz męża i nigdy nie będziesz miała dziecka. Nie łudź się, że Józef się zmieni.
Dalej nie poszliśmy. Gawald odwrócił się w moją stronę. Czułam, że nadchodzi ten najtrudniejszy moment.
-Wybór należy do ciebie. Musisz zdecydować, którą drogą chcesz podążać.
Bałam się zapytać co się stanie, jeżeli nie dokonam wyboru. Zresztą, nie musiałam.
-W innym razie staniesz się zjawą błądzącą po labiryncie. Labiryncie, który nie ma końca. Nawet śmierć nie jest w stanie wyzwolić człowieka. Stanowi jedynie wrota do kolejnego labiryntu. Piekło, niebo, reinkarnacja, to są nazwy i wyobrażenia stworzone przez ludzi. W każdym kolejnym labiryncie podejmowane decyzje pociągają za sobą określone konsekwencje i stanowią jego budulec.
Na moment przerwał swoją mowę. Spojrzał na mnie tak, jakby czynił to ostatni raz i starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów z mojej postaci.
- Jeżeli nie podejmiesz decyzji to staniesz się zjawą, która będzie mogła wejść w każde drzwi, przejść przez każdy mur, jednak bez możliwości bycia zauważoną lub pozostania w wybranym labiryncie. Masz trzy godziny.
Część trzecia Życia ciąg dalszy
-Proszę, jak zawsze punktualny! Kochanie poznaj mojego nowego pracownika – Pana Józefa Abramowicza, świetnego prawnika ze świetlaną przyszłością.
Pochyliłem się, aby ucałować dłoń małżonki dyrektora. Na mojej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. Nic nie mówiąc dosiadłem się do niedużego, okrągłego stolika i swoim zwyczajem czekałem na dalszy bieg wydarzeń.
Odruchowo rozejrzałem się w około. Duża sala wypełniona była stolikami. Jedynym oświetleniem były wszechobecne świece. W wystroju dominowały porozciągane i porozwieszane na ścianach płótna koloru złotego.
-Gdzie jest pańska małżonka? – zapytał zaskoczony dyrektor - Miałem nadzieję, że będę miał okazję poznać ją osobiście.
-Maria...źle się poczuła. Pomimo szczerych chęci nie mogła przyjść razem ze mną. Kazała przekazać serdeczne pozdrowienia.
Spodziewałem się tego pytania i już dzień wcześniej przygotowałem sobie odpowiedź, która nadal z trudem przechodziła mi przez gardło. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co się z nią dzieje. Nie wiedziałem nawet, czy pozostaje nadal wśród żywych. Nic!
-Trudno. Mam nadzieję, że to nic poważnego. Czego pan się napije?
Karta win była długa i mało przejrzysta. Większość obcych nazw nic mi nie mówiła. Wpatrywałem się w nią szukając jakiegokolwiek znajomego punktu – miejscowość, rocznik, rodzaj wina.
Kątem oka zauważyłem znajomą postać siedzącą kilka stolików dalej. Przez chwilę wpatrywałem się w nią z niedowierzaniem. Dotąd wyjątkowo spokojne serce zaczęło bić coraz szybciej. To musi być on! Bez słowa wytłumaczenia wstałem i poszedłem w jej kierunku. Co chwilę trącałem czyjeś krzesło lub torebkę. Przyspieszyłem kroku, gdy zauważona osoba wstała od stolika i poszła w kierunku wyjścia.
-Gawald!- powiedziałem głośniej, starając się jednak nie krzyczeć.
Był coraz bliżej. Wypieki na twarzy i drżące dłonie okazywały narastające zdenerwowanie. W końcu stanąłem z nim twarzą w twarz. Iskry nienawiści miotane z moich oczu nie robiły na nim żadnego wrażenia.
-Gdzie ona jest?!- wydusiłem przez zaciśnięte zęby.
Brak odpowiedzi i niewzruszony wyraz twarzy wprowadził mnie w stan furii. Jezu, jak ja tego gościa nienawidziłem.
-Co z nią zrobiłeś?! Słyszysz mnie, sukinsynu!
-Powinieneś zapytać, co ona zrobiła ze swoim życiem.
Tego było za wiele. Zabawa się skończyła. Zamachnąłem się i wymierzył pięść w kierunku twarzy Gawalda. Ona jednak przeszła przez niego, niczym przez powietrze. Straciwszy równowagę upadłem na podłogę. Szybko podniosłem się i pobiegłem za Gawaldem. Za późno. Przez gęste strugi deszczu widziałem jedynie oddalającą się czarną limuzynę.
-Niech cię szlag! Słyszysz, kutasie?! Słyszysz....
Płacząc upadłem na kolana.
-Dlaczego? Boże, dlaczego?! – wołałem w kierunku nieba z nadzieją, że ktoś mnie usłyszy.
Na podjeździe przy restauracji zatrzymała się taksówka.
-Czy pan zamawiał kurs na Aleję Zwycięzców 5? – zapytał kierowca, który wychylił głowę przez okno od strony pasażera – Nad czym pan tak myśli. Wsiadaj pan, bo dostaniesz zapalenia płuc.
Zmoczone ubranie przylegało do ciała. Kierowca zerkał we wsteczne lusterko, patrząc na mnie jak na wariata. Jechał powoli, co chwilę omijając głębokie kałuże. Podejrzewam, że nie czynił tego w celu ochrony nielicznych przechodniów, na których zresztą kolejny strumień wody nie wywarłby większego wrażenia, lecz w obawie przed zalaniem silnika.
-Jesteśmy – bąknął pod nosem.
-Ile się należy? – zapytałem macając się po kieszeniach próbując zlokalizować portfel.
-Nic.
-Słucham?
-Powiedziałem wyraźnie, ze nic. Za kurs zapłacono z góry.
-Chwila... kto zapłacił.
-Osoba, która zapomniała dopłacić za pogaduszki z panem. Słuchaj pan, chciałbym jeszcze zrobić kilka kursów tej nocy.
Z trudem powstrzymując się od zadania kilku dodatkowych pytań wysiadłem z taksówki, z której przy dłuższej zwłoce zostałbym wyciągnięty siłą.
W momencie, gdy wyszedłem z samochodu przestało padać. Nadzwyczajny zbieg okoliczności? Rozejrzałem się wokoło przyzwyczajając wzrok do panującego mroku. Jak to często bywało lamp ulicznych było za mało, zaś większość żarówek powinna już dawno przejść w stan świetlnego spoczynku.
Stałem kilkanaście kroków od wejście do parku miejskiego. Kurcze, to niemożliwe. Dobrze pamiętałem, co się znajdowało pod tym adresem. Jednak, wszystko pozostałe się zgadzało – ogrodzone wille, układ ulicy, numeracja. Nie, taksówkarz nie mógł się pomylić.
Niepewnym krokiem wszedłem na teren parku. Pamiętałem mijaną bramę, która poprzednio automatycznie się zamknęła, gdy wbiegłem na teren posesji Gawalda. Dalej była równie dobrze znajoma droga przecinająca park na dwie części. Tym razem szedłem samym jej środkiem, nie chowając się za drzewami.
Czułem, że zbliżałem się do ronda, przy którym znajdował się pałac. Boże, to jest jednak to miejsce! Z coraz większym trudem rozróżniałem jawę od snu. Poznawałem charakterystyczne drzewa i krzewy, za którymi musiałem się ostatnim razem skrywać. Wiedziałem, że od miejsca przeznaczenia dzieli mnie jedynie dystans kilkunastu kroków. Myśl ta przyprawiłam mnie o szybsze bicie serca.
W mroku nocy pojawiały się skąpe zarysy końca ścieżki, czegoś co do niej przylega. To co ujrzałem, przeszło wszelkie moje oczekiwania. Nie, to nie możliwe – patrząc na roztaczające się przede mną szerokie rondo z równomiernie rozstawionymi ławkami i stojącymi obok nich gipsowymi postaciami. Cały teren oświetlony był stojącymi koło rzeźb lampami.
Ruszyłem wyznaczoną ścieżką, wpatrując się w poszczególne rzeźby, umieszczone na niewielkich, marmurowych podstawach. Przedstawiały one zwykłych śmiertelników. Najbardziej zaskakujące były ich wyraziste kształty, tak jakby ktoś tam rzeczywiście stał.
-Stój! Kto idzie?!
Na ławce, do której właśnie dochodziłem siedział starszy człowieka, z długimi, przetłuszczonymi włosami oraz zaniedbaną brodą. Jego ubranie nadawało się jedynie do spalenia. Spoglądał na mnie podejrzliwym wzrokiem.
-Czego tutaj szukasz? No, gadaj! – starzec niczym zwierzę pokazał pozostałości pożółkłych zębów.
-Spaceruję - odpowiedziałem spokojnym głosem - A ty kim jesteś?
Sam nie wiedziałem, dlaczego zadałem to pytanie. W normalnych okolicznościach nie zwróciłbym na niego uwagi i co najwyżej bąknął pod nosem, by poszukał noclegowni z myjnią i pralnią, by mógł się doprowadzić do porządku. Unoszący się odór w pełni usprawiedliwiał by tego typu uwagę.
-Jestem opiekunem zabłąkanych dusz, ich łącznikiem z naszym światem
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Biedak, do końca mu odbiło – pomyślałem. Byłem przekonany, że rozmawiam z bezdomnym, zapewne alkoholikiem. Postanowiłem jednak kontynuować zaczętą rozmowę. Sam zresztą czułem się jak obłąkany, co chwilę odkrywając elementy układanki, które zamiast całości tworzyły niekończący się labirynt.
-Gdzie widzisz te zabłąkane dusze? – zapytałem kierując się szczerą ciekawością.
Starzec wstał i rozejrzawszy się wokoło szepnął prawie pod moim uchem.
-Słyszysz głosy, ciche szepty i szlochy? – zapytał gwałtownie gestykulując rękoma.
Przez dłuższą chwilę uważnie wsłuchiwałem się w otaczające mnie dźwięki. Nie potrafiłem jednak wyodrębnić żadnych z wyjątkiem tych już dobrze znanych- szumu wiatru i szelestu liści.
-A widziałeś postacie stojące wzdłuż alejki? – kontynuował starzec.
-Tak, nie sposób ich nie zauważyć. Nadzwyczaj realistyczne rzeźby…
-Rzeźby?! Głupcze! To są materialne części ciał osób, od których została odłączona dusza. Ponieśli surową karę i do czasu naprawienia swoich przewinień, nie będą mogli połączyć się z własnymi ciałami. Biedacy, błąkają się po świecie szukając pomocy i sposobu naprawy. Czasami przychodzą tutaj i próbują zejść z tego marmurowego klocka, na którym stoją. Nie ruszają się z miejsca przez wiele lat. Często z nimi rozmawiam a raczej wysłuchuje ich żalów. Pilnuje także ich materialnych ciał przed zniszczeniem. Wielu pijanych gnojków przychodziło i ... szkoda słów.
Patrzyłem na niego z coraz większym zainteresowaniem. Taka opowieść nie mogła powstać w chorej wyobraźni zwykłego pijaczka. Dusze odłączone od ciał? Jak to możliwe? Zresztą, ostatnio widziałem wiele rzeczy, które nie miały racji bytu.
-Jestem już stary i zmęczony. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam a jestem im potrzebny. Może nie pomogę im naprawić błędów, lecz przynajmniej zmniejszam ich ból.
Starzec umilkł. Usiadł na ławce, co chwile potakując głową. Wyglądał jakby kogoś uważnie słuchał, starał się go zrozumieć i współczuł jednocześnie.
Podszedłem do kolejnej ławki. Usiadłem na niej, spojrzawszy przed tym na stojącą przy niej gipsową postać kobiety ze wzrokiem skierowanym w kierunku nieba. Ręce miała skrzyżowane na piersiach, pięści zaciśnięte.
Przypomniałem sobie słowa starca i ponownie zacząłem wsłuchiwać się w otaczające mnie dźwięki. Usilnie starałem się wyłapać nawet te najcichsze. Bez rezultatu. Spróbowałem ponownie. Nie! Przecież to jakiś obłęd. Zniechęcony już chciałem wstać, gdy nagle usłyszał szepty osoby stojącej tuż obok mnie.
- Co to? Kto?! – krzyknąłem przestraszony.
Dopiero po chwili zrozumiałem czego doznałem. Szepty stawały się one coraz bardziej wyraźne. Uradowany swym odkryciem pobiegłem do spotkanego wcześniej człowieka.
Starzec nadal siedział w tej samej pozycji, jednak już nie potakiwał głową. Jego ciało było nienaturalnie sztywne. Nie miałem żadnych wątpliwości. Z podziwem patrzyłem na ciało człowieka, który do ostatniej chwili życia pełnił swą misję. Nie mogąc liczyć na zrozumienie uznawany był za nieszkodliwego wariata. Pozostał wierny swym ideałom pomimo odrzucenia, samotności i nędzy – tej materialnej rzecz jasna.
Przy skrzyni z piaskiem stojącej za ławką znalazłem szpadel. Po środku gęstych krzewów wykopałem głęboki dół. Z trudem przyciągnąłem ciało starca i ostrożnie ułożyłem je w wykopanym dole. Ze łzami w oczach umieszczałem je na wilgotnej glebie. Czułem, jakbym chował osobę szczególnie mi bliską. Wyszedłszy z grobu po raz ostatni spojrzałem na starca, ze skupionym wyrazem twarzy. Czy jego dusza zazna spokój? Byłem wewnętrznie przekonany, że tak się stało. Przecież takie poświecenie musi być nagrodzone!
-Żegnaj starcze. Wiedz, że o tobie nigdy nie zapomnę. Ty do końca wiedziałeś dokąd podążasz, ja nadal błądzę…
Sprawnie zasypałem grób i przydeptałem ziemię. Przez moment chciałem zrobić krzyż z gałęzi, ale szybko z tego zrezygnowałem. Postanowiłem tego miejsca nie zaznaczać w żaden szczególny sposób. Niech spoczywa w spokoju, w miejscu przez siebie wybranym.
Otrzepałem się z ziemi i wróciłem na ścieżkę. Usiadłem na tej samej ławce, na której dopełnił swej misji starzec. Rozsiadłem się wygodnie wiedząc, że zbyt szybko z niej nie wstanę. Otrzepałem spodnie z resztek mokrej gleby i zacząłem nasłuchiwać.
Cierpliwie czekałem. Upływający czas stracił dla mnie jakikolwiek znaczenie. Ogarnął mnie dawno nie odczuwalny spokój i poczucie pewności, że jestem we właściwym miejscu. Rozejrzałem się po rozległym rondzie, które stało się moim nowym domem. Udało się! Usłyszałem… Boże, ja znam ten głos! Po moich policzkach spłynęły ciepłe strumienie łez. Miałem już wszystko, czego pragnąłem do szczęścia.
- Mario, kochanie, wracam do ciebie – odpowiedziałem.
[Toruń, 11.48, 27.06.2002
Ustka, 13.40, 13.08-2002r.]
[Poprawione: 20.08.2004; 19.36]
[Poprawione: Ustka, 29 lipca 2005 r., 23.08]
Wersja ostateczna.
Piotr Piątak [ppiatak@wp.pl]
|