spis treści | poprzednia strona | następna strona
44 Empatia 2, odc. 7: Z motyką na stwórcę


PROLOG:
Wyspa była zabójczo pusta, a roślinność niskopienna i niezbyt bujna. Właściwie, wyspa była jedną wielką kamienista górą. Z interesującym obiektem na szczycie. Na pewno byłby ciekawy dla naukowców i magów, gdyby ktokolwiek wiedział o istnieniu i interesował się jakąś zapyziałą wysepką na środku ogromnego Morza Zachodniego. Na najdalszym zachodzie... Na szczycie wygasłego wulkanu, jakim w istocie ta wyspa była, stał wielki, wręcz ogromny, metalowo połyskujący obiekt. Usytuowany w kraterze wulkanu , przycupnął nad skalistą okolica jak jakiś cień dawnych epok. Budowla (?) wyglądała jak wielki metaliczny ostrosłup, wbity jednak czubkiem w krater, więc tylko nienaturalne zwężanie się budynku od dachu w dół zdradzało kształt i wprowadzało zabawny dysonans. Wydawała być się zbudowana z metalu, ale nie było nitów, śrub i innych złącz między domniemanymi płytami – jakby wyciosana z jednej żelaznej bryły. Do budowli, a raczej do umieszczonych w połowie ostrosłupa dwóch metalowych odrzwi, nad którymi widać było jedyny zdobny element tego... czegoś – wielkie oko, zamknięte, z ogromną brwią i powiekami, prowadziły gigantyczne, wykute w skale schody. Tak stare, ze trudno nawet zliczyć. W całym tym uroczo tajemniczym i surowym niepokojącym pejzażyku znalazł się jeden niezbyt pasujący, obcy element. Tym elementem była istota żywa. Człowiek, dziewczyna, pełzająca wręcz w górę schodów. Tożsamość? Była to Atena. Dziewczyna pełzła, łapiąc pokaleczonymi dłońmi kolejne krawędzie skalnych schodów i podciągając się, parła w górę konsekwentnie, acz powoli. Wyglądała jakby miała gorączkę, pot spływał gęsto po czole, twarzy, oczy niewidząco wpatrywały się w szczyt schodów. Cała była czerwona, gdzieniegdzie na skórze, odsłoniętej gęsto-często dzięki podartemu częściowo ubraniu, widać było siniaki i zadrapania, ale bez większych ran. Nie należy pytać jak się tu dostała, nikt nie odpowie. Należy pytać - czemu? Niestety, chyba świat ten pozna niedługo odpowiedź...
- JESTEŚ.
Atena podniosła wzrok, ale po chwili zorientowała się, że to w jej głowie odezwał się ten głos, niski i beznamiętny. Odpowiedziała, w końcu to jej jedyny przewodnik.
- Tak, Blaine.
Parła dalej na szczyt, a w jej głowie odezwał się zaskakująco cichy śmiech. Zignorowała, nie chciała i nie miała się nad tym zastanawiać.
- CZY JESTEŚ GOTOWA NA ROZSZCZEPIENIE?
Głos Julii, gdzieś z tyłu głowy Ateny wyrzucił z siebie krótkie „tak”, ale Atena nie była jakoś zachwycona, mimo, iż wiedziała, że musi. Że tak trzeba.
- Właściwie...
Nawet nie zauważyła, że już osiągnęła cel i stoi przed wielkimi drzwiami do budowli. Widocznie w jej dziwnym omamieniu czas płynął dla niej w innym tempie. Zawahała się, gdy drzwi same otworzyły się do środka i ujrzała ciemny i niezbyt przyjemny korytarz.
- NIEWAŻNE. CHODŹ ZE MNĄ.
Nie mogła się oprzeć. To by nie było IM na rękę. Nawet gdyby odmówiła, to i tak musiałaby pójść. Podążyła za Blaine’m ciemnym korytarzem, aby ulec rozszczepieniu dwóch osobowości. Co ma być dalej? Nie miała pojęcia...

* * *

- No i chuj. Przydałoby się kurwa kaca zapić...
Gristel po tej wielce oryginalnej przemowie zamilkł. Reszta drużyny, w osobach Kristo i Sedy’ego nie zareagowała zbytnio na ten okrzyk. Przez ostatnie miesiące stał się on normą, rodzajem „najlepszej” chwili poranka. Sedy siedział przy stole i dłubał w nosie, gdyż bez obecności dam mógł sobie pozwolić na ekstrawagancje takowe. Kristo ni to drzemał, ni to siedział zamyślony, ale prędzej to pierwsze. Gristel rozejrzał się po pustawej jeszcze karczmie i nieukontentowany parsknął. Jemu kilkumiesięczna bezczynność doskwierała najbardziej. Musicie bowiem wiedzieć, iż od czasu, gdy pozostawiliśmy drużynę pełną wątpliwości przy ognisku, doznała ona poniekąd rozpadu. Mianowicie, Inrami i Mordred nie obudzili się - no prawie, Mordred raz zerwał się, chwycił oręż i krzyczał coś w nieznanym nikomu języku - zapadli w jakiegoś rodzaju hibernacje. I raczej nie pomogło to w uzyskaniu od nich jakichkolwiek wyjaśnień. Drużyna, nie mając co robić i nie wiedząc co zrobić, podjęła decyzje. Serubi i Arubi, jako uzdolnione magicznie elementa bandy, postanowiły udać się do opustoszałego Mewisaan. Tam to, w pustym i chwilowo niezajętym pałacu stworzyły sobie małe laboratorium i próbowały obudzić lub odczarować Inrami i przypadkowo wtrąconego w tą całą kabałę rycerza. Mortimer zniknął gdzieś jakiś czas potem i nie pojawił się do tej pory, a Sedy, Kristo i Gristel zostali bez zajęcia...
- Wiecie co?- rzekł w końcu Sedy, z pokaźną, acz pustawą sakiewką w dłoni. - Kończy nam się kasa, którą dał nam ten skurwiel Mieur.
...wymusili nieco kasy od Mieura za zasługi „w działaniach prewencyjno-wojennych” (sporo pomógł w tym nieciekawy wygląd zamaskowanych Gristela i Mortimera) i osiadli chwilowo...w pokoju w gospodzie „Wąsaty Knur”, do której chyba zawsze będą już prowadzić ich wszelkie drogi. I tak siedzą, już od dwóch? Trzech? Kilku miesięcy, bez zajęcia. Choć ostatnio zajęcia nie brakuje. Bo, jak to bywa gdy zbliża się Koniunkcja Sfer, wojny tylko chwile wstrzymały bieg swej akcji. A teraz do Palateku lada dzień ma zawitać armia młodego i zdolnego w rzezi księcia z Północy, Durkha Zimnego, który błyskawicznie zaczął dwa miesiące temu przeć na południowy zachód, niszcząc słabowite ościenne księstwa i królestwa. Dawno by już ruszyli dupy i pomogli w obronie prowincji, ale lojalność wobec Serubi obligowała ich do czekania na znak od niej. Po cichu, trójka wojów na przymusowej rencie, liczyła, że Durkha podejdzie pod Maab i dostaną robotę w obronie, ale książę wojownik ominął miasto zgrabnym łukiem, podobnie jak Mewis i ruszył na Wyrtten, gdzie, należy zanotować, porządnie prały się po pyskach armie Sorekhara i szakaryjskiego Emira, łasego wielce na stolicę królestwa, Marinor. Krótko mówiąc, niezły tam teraz musi być burdel. Tak więc, drużyna czekała i gnuśniała, a wieści od Serubi nie przychodziły i nie przychodziły. No, i był jeszcze jeden problem. Mały, ale rozbudzający wyobraźnie męskich członków zespołu...
- Jak myślicie, czyj to będzie dzieciak? - odezwał się znowu w pustkę Sedy, licząc zapewnie na jakąkolwiek oznakę rozmowy, by choć na chwile zabić nudę.
- Najdłużej - niespodziewanie podjął wątek Kristo. - przebywał z nią Mortimer, ale wampir... no wiecie, chyba nie...
- On chciał, kurwa, powiedzieć, że nieumarłym prawdopodobnie ani nie staje, ani nie wytryska - rozległ się złośliwy komentarz z kroku rycerza, to znaczy komentarz Xethonara.
- Dzięki za pomoc w wysłowieniu - zeźlony odburknął Kristo.
- Zakładam, że to żaden z nas, nie, Kristo?
- Co ty. W życiu. 
- Gristel?
Chwila ciszy.
- Chyba żartujesz. Nie chcę spłodzić kolejnego stwora z orczą krwią.
- No więc kto? I co najważniejsze, kiedy?
- Daj sobie spokój z myśleniem, Sedy. Raczej ci to nie wychodzi.
- A ciebie jak zwykle coś w dupę ugryzło, Gristel.
- Zawrzyj twarz.
- Jak sobie chcesz...
Znowu zapadła cisza, powszechna na porannym kacu, choć niezbyt przystająca do zapełniającego się powoli otoczenia. Do gospody wchodzili pierwsi klienci – wracająca z murów nocna zmiana zreformowanej ostatnio niebiesko odzianej straży.

* * *

1.
Korytarz począł piąć się w górę, ku szczytowi, a więc ku faktycznej podstawie ostrosłupa. Wkoło było ciemno, ale znała drogę, jakimś cudem. Czuła tylko ściany, promieniujące chłodem metalu. Atena szła, głos w jej głowie nawoływał „Dalej, dalej, DALEJ”.

* * *

Noc właśnie wzięła świat w swe panowanie, zabierając władzę dniu, gdy zaczęły się skurcze. Arubi natychmiast przetransportowała siostrę na najwygodniejsze łoże w pałacu – królewskie niegdyś łoże – i poczęła przygotowywać wszystko do porodu. Dziecko chciało się wydostać przedwcześnie, ale był na to gotowa – siostra zapowiedziała jej, że tak się może stać. Ale dlaczego AŻ TAK wcześnie? Nie chciała zdradzić, czyje to dziecię, ale Arubi nie naciskała. Widziała, jak męczyła się przez te miesiące, walczyła ze zgryzotą. Mimo, że była jeszcze mała, Arubi rozumiała, że Serubi ma jakiś straszliwy problem. A teraz dziewczynka uwijała się przy rodzącej siostrze. Ta jęczała już z bólu, rozwiązanie nadchodziło. Arubi rzuciła czar uśmierzający ból, ale słaby, bo bała się zaszkodzić dziecku. Nie bardzo wiedziała, jak odebrać poród, ale pamiętała część instrukcji swej przezornej siostry. Wyjęła z pochwy nóż i sama myśl, że będzie musiała nim przeciąć pępowinę, wzbudziła w niej falę obrzydzenia.
Ale będzie musiała.

* * *

Atena wspięła się na szczyt – ogromną platformę podstawy ostrosłupa. Właz za nią natychmiast się zamknął i wtopił w bryłę metalu bez śladu, zostawiając ją na całkowicie płaskiej, szerokiej przestrzeni o kształcie kwadratu. Bez ozdób, jakiś wystających elementów czy innych urozmaiceń – wielka metalowa i gładka platforma. Stała tak, oniemiała jej wielkością, wiatr rozwiewał jej jasne włosy, nocne powietrze zmroziło ją po sekundzie do cna. Nie widziała nic, oprócz rozległej platformy, na której stała, jedynego elementu rzeczywistości w okolicy. Ale ona nie patrzyła, słuchała już tylko niskiego głosu Blaine’a.
- DOBRZE. JESTEM Z CIEBIE DUMNY. TYLE CZEKAŁEM...
Wiatr ustał.
- TYLE CZEKAŁEM NA TWOJE PRZYBYCIE I JESTEŚ...
Nawet odległy huk fal Morza Zachodniego ucichł. Było absolutnie cicho.
- JESTEŚCIE, MOJE PIĘKNE, JESTEŚCIE...

* * *

Serubi krzyczała z bólu, a Arubi traciła panowanie nad sobą. „Przyj” telepatycznie jej nakazywała „Przyj!”. Nie wiedziała, czy da radę. Pot iskrzył się na czole Serubi. Porywisty wiatr za oknem ustał i nagle została sama w ciszy przerywanej bólem siostry. Poczuła strach, właściwy przecież dziecku, jakim niewątpliwie była.
Nagle usłyszała szelest zasłon i mimowolnie odwróciła się.
- Mortimerze, jak dobrze, ze jesteś!

* * *

-CZAS ZACZĄĆ!
Nagle coś zagrzechotało, pod jej stopami metal zaczął drgać, a w głębi ostrosłupa budynku zaczęły ze zgrzytem pracować jakieś mechanizmy. Zagrzmiało gdzieś w oddali, a ona zaczęła dygotać ze strachu. Nagle z każdego rogu kwadratu, dosłownie w mgnieniu oka, wysunęły się dziwne, zdobne pylony. Wszystkie zakończone były skierowaną ku środkowi platformy sylwetką jakiejś maszkary, trzymającej szklaną kulę w paszczy.
Atena zorientowała się, że stoi na samym środku. Paszczęki swe maszkary kierują... ku niej. Otworzyła usta, ale Blaine zdusił jej pragnienie krzyku.
- CICHO, ATENO, KOCHANIE, CICHO. NIE BÓJ SIĘ.
Kule w pyskach rzeźby zaczęły świecić. Ta w lewym górnym rogu na czerwono, w lewym dolnym na niebiesko, w prawym górnym rozpaliła się jasnożółta łuna, a w prawym dolnym seledynowa. Atena bała się, tak się bała. Po poliku spłynęła jej łza, jedna krystaliczna łza.
- WYPEŁNIASZ TYLKO...
Ozon wypełnił powietrze. Chmury na czarnym niebie zaczęły wirować jak cyklon. Atena padła na kolana. Magia wisiała w powietrzu. Maszkarony wydały z siebie głuchy pomruk.
- ...SWOJE PRZEZNACZENIE!
Z kul w mordach gargulców wytrysnęły promienie różnokolorowego światła i ruszyły ku dziewczynie. Pędziły, aż spotkały się, spotkały w jej ciele. Wstała z klęczek, światło cały czas przeszywało jej ciało. Energia przepełniała jej żyły, coś zaczęło się ruszać pod skórą. Wzniosła się do góry, lewitowała, światło otoczyło ją tęczową aurą. Nagle z jej pleców wyrosła ręka, młócąca na oślep powietrze. Ręka Julii. Chmury zaczęły wirować z niesłychaną prędkością. Ręka weszła pod skórę i wyłoniła się po raz drugi, prosto z brzucha Ateny. Światło wirowało w jej głowie, przytomność chciała desperacko uciec, ale nie mogła. Nagle jej głowa zaświeciła jak pochodnia i zmieniła się w oblicze Julii. Nie wiedziała nic, była jak dzikie zwierze, jaźnie przenikały się, po raz pierwszy razem jednocześnie. Julia chciała się uwolnić. Atena chciała nie znikać. Kolejne części ciała Julii wyrastały na chwile z sylwetki Ateny i wracały do środka. Nagle światło zintensyfikowało się, potężny rozbłysk czystej bieli pochłonął rozdwojoną kobietę. Z ciała jej światło poszybowało ku oku chmurnego cyklonu i stworzyło wielki słup światła, pędzący jak włócznia ku czarnej materii nieba.
- NIE SĄDZIŁAŚ CHYBA, ŻE OSZCZĘDZE TWOJE JA, PRAWDA? I TAK BYŁAŚ TYLKO WRAKIEM ISTNIENIA...
Atena krzyknęła w końcu, donośnie, przeciągle...

* * *

...tak jak krzyknęła Serubi, gdy noworodek opuszczał w tej samej minucie jej łono. Mortimer już tam był, Arubi chwyciła niemowlę, a wampir przeciął swym niesamowicie ostrym pazurem nic pępowiny. Arubi spojrzała na otępiałą przez chwilę z bólu siostrę, potem ujęła delikatnie noworodka. Był cały we krwi, więc delikatnie obmyła go w uprzednio przygotowanej wodzie, a Mortimer z niebywałą delikatnością zajął się Serubi. Po chwili skończyło się. Arubi położyła dziecko przy siostrze. Serubi, jeszcze nieco oszołomiona, zwróciła swe niewidzące oczy ku małemu, ciepłemu i płaczącemu obiektowi. Uruchomiła magiczne sposoby badania potencjałów i zamarła.
- Mortimer... jak wygląda to dziecko? 
- Co za pytanie... normalny noworodek, zwykły dzidziuś. 
Ale Serubi spodziewała się co najmniej samego diabła. Wszelkie potężne energie magiczne w tym pokoju skoncentrowane były bowiem w miejscu, skumulowane wręcz tam, gdzie płakał sobie jej syn. Jej syn...

* * *

Ta noc była obfita w krzyki. Wszyscy krzyczeli w zaskoczeniu i niedowierzaniu. Najgłośniejszy połączony w jedno krzyk wielu gardeł unosił się nad równinami Wyrtten, gdzie trzy walczące armie przerwały rzeź i patrzyły się w panice w dal Morza Zachodniego, skąd w niebo wytrysnął jednolicie jasnobiały strumień światła i uderzył w nie, otwierając bramy niebios. Tylko po co?

* * *

- Żesz ty kurwa! Co to za wrzawa? – ryknął Gristel biegnąc w dół schodów.
- Nie cierpię takich pobudek – westchnął zaspany Sedy, biegnąc za nim.
Kristo stał już na ulicy, z niezbyt inteligentnie rozdziawioną gębą. Za chwilę dołączyli do niego i do tłumu lamentujących gapiów, zbudzonych przez krzyki uciekających z posterunku, lekko nawalonych strażników miejskich. Ale powody do krzyku były – na niebie w kierunku zachodnim zapanowała niepodzielnie kolumna oślepiającą białego światła. Widniała tam od kilku minut i wcale nie zamierzała znikać.
- Na bogów, czy zawsze, jak się gdzieś zatrzymamy, musi się ludziom się zwalić jakiś kataklizm na głowę? – stwierdził Sedy.
- Pytaniem właściwszym byłoby: co to właściwie jest?
- Zapytaj może swojego paskuda w słoiku, Kristo – z sarkazmem zauważył Gristel.
- Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa – doszło z okolic krocza rycerza i jakby zabrakło puenty, doleciało stamtąd jeszcze krótkie: - Chuj!
- To chyba znaczy, że nie wie, co nie? – spytał Sedy.
- Zapewne... mam wrażenie, że narodził nam się kolejny duży burdel. - Gristel spojrzał jeszcze raz w niebo.
Chwilę stali w milczeniu i szeroko pojętej konsternacji, gdy wokół rosnąca ciżba biegała, skakała i ogólnie lamentowała. Ktoś właśnie skoczył przez okno, chyba tylko tak dla podkreślenia powagi sytuacji. Jakiś rzezimieszek wypadł z zaułka, popatrzył, podbiegł do jakiegoś kolesia klęczącego na ziemi i wyrwał mu mieszek ze złotem, w dodatku bez żadnego protestu ze strony właściciela, po czym oddalił się. Panika i spęd bydła na ulicę trwał jeszcze parę minut, ale potem ludzie spostrzegli, że nic szkodliwego się nie dzieje i przerażenie ustało. Jakiś staruch, leżący w rowie z równie brudna manierką w dłoni, skwitował to mądrze, jak na doświadczonego (a pijak, którego po tylu latach w tej dzielnicy jeszcze nie zarżnięto, jest na pewno ostro doświadczony) człowieka przystało.
- Ostatnio mieliśmy tu same zamieszki, wojny, zarazy i kataklizmy. Wszyscy nauczyli się, ze jak nie pierdolnęło w nas od razu, to można rozejść się do domu.
Jakby na sygnał, po wypowiedzi pijaka nagle światło na zachodzie zgasło tak szybko, jak się nieoczekiwanie zjawiło. Gristel, Sedy i Kristo nie poświęcili czasu na pochylenie się nad ponadczasową sentencją starucha, tylko cofnęli się i wzięli przykład z tłumu, wracając do pokoju nad „Wąsatym Knurem”. Jednak gdy weszli po schodach i otworzyli drzwi swej ciasnej izdebki, spotkała ich niespodzianka – w ich pokoju już ktoś siedział.

* * *

2.
Serubi już czuła się dobrze, choć nie w smak jej było to, że musi karmić swego synka. Bała się, tak, bała się tego dziecka. Dziękowała siłom wszechświata, ze nie musi go oglądać, bo obawiała się, że pokochałaby go, potraktowała rzeczywiście jak własne dziecko. A to byłoby nierozważne – nie wiadomo, czym może być dziecię demona, w dodatku emanujące magią jak latarnia morska światłem. To, że nie widzi słodkiego bezradnego niemowlaka, jakoś pomagało zdystansować się do tego pomiotu, tak, pomiotu. Z kolei wiedziała jednak, że nawet magia i problemy tej natury nie zdławią w kobiecie instynktu macierzyńskiego i że gdy zacznie go karmić i się nim opiekować, ten instynkt przezwycięży rozsądek. Na szczęście, Arubi i Mortimer nie oglądali jej zmagań z samą sobą – zajęli się jakimś innym problemem. Nie powiedzieli świeżo upieczonej matce jakim, ale ona, zajęta swoim rozmyślaniem i pierwszym karmieniem, nie zwracała uwagi na ich nieobecność. A oni zajmowali się dopiero co znikłą wiązką światła, która zjawiła się nad Morzem Zachodnim.
- Wyczuwam magię w powietrzu – wampir poważny i skupiony rzekł do dziewczynki.
- Nawet ja to czułam, ale nie wiem, co to było... pójdę zaopiekować się dzidziusiem.
- Leć, mała. Tylko nie przeszkadzaj Serubi za bardzo...
- Dobrze, wujku – jakoś dziwnie zabrzmiało w uszach wampira pieszczotliwe określenie jego osoby. Fakt, zjawiał się tu całkiem często, ale nie sądził, że dzieci są na tyle ufne, że zżyć potrafią się nawet z nieumarłą istotą. Nie miał jednak czasu analizować tego problemu. Coś go gnębiło w tym zjawisku. Czuł, że jemu... im wszystkim, bowiem chyba mógł o sobie pomyśleć, jako o co najmniej tymczasowym członku przedziwnej kompanii, coś umknęło. Ale nie wiedział co – być może to wyostrzony treningiem i wampiryczną naturą instynkt podpowiadał mu coś. Niewątpliwie, trzeba było wybadać ten problem. Tak samo jak kwestię która go tu zwabiła tak nieoczekiwanie- poród Serubi, tak przedwczesny, że aż nienaturalny i bijący jakąś... magią? Ale słup światła był nieco bardziej rażący, więc nim zamierzał się zając od razu. Może w księgach zabranych z Azylu i tutejszych zbiorach? Gdyby Serubi widziała, poprosiłby czarodziejkę o pomoc. Jednak w obecnej sytuacji, wolał poszperać sam. 
Arubi położyła niemowlę do znalezionej gdzieś w pałacu kołyski i podeszła do starszej siostry. Serubi wyrwała się z zamyślenia i spytała, czule głaszcząc małą.
- O czym rozmawiałaś z Mortimerem, siostrzyczko?
- Coś się stało... Nad morzem, tam daleko, na... zachodzie, pojawił się taki wielki błysk.
- Błysk?
- Światło. Było tam kilka minut i zgasło. Wujek mówił, że czuł wielką magię. 
- Ciekawe... nic więcej?
- Nie. Serubi, a czy jak on dorośnie będę się mogła z nim bawić? Nauczyć go czarów?
Serubi zbladła nieco. 
- Bo wiesz, on jest taki ładny... Mogę udawać, że jest moim braciszkiem?
Serubi nie mogła wykrztusić sensownej odpowiedzi. Próbowała się oddzielić od dzieciaka, ale nawet własna siostra ją do niego zbliżała. Nawet tu, naumyślnie odizolowana od reszty, miała problemy. Nie, nie mogła myśleć o nim, jako o swoim synu. Nie teraz i nie o nim. Ale jak to zrobić, by nie wzbudzić podejrzeń i nie zranić Arubi?
Z zamyślenia została wyrwana okrzykiem „Szybko, chodźcie do mnie” w wykonaniu Mortimera.

* * *

Człowiek, w białym stroju podobnym do ubrań pustynnych nomadów ze wschodu, z długą podróżną peleryną i chustą na twarzy, siedział jak gdyby nigdy nic na wyrze Krista. Był strasznie opalony, bujne długie włosy o ciemnej barwie opadały mu na ramiona. Na widok drużyny zdjął chustę i odsłonił szeroki uśmiech.
- Ani chybi, to na pewno wy!
Gristel spojrzał groźnie na intruza, ale Kristo przejął inicjatywę.
- A kim waść jest, bo nie przypominam sobie jakoś, byśmy tu pana zapraszali, hę?
Biało odziany jegomość wstał.
- Moja godność nie jest ważna. Ważne jest to, że trafiłem. Szybko, projekcja czasowa nie podziała długo. Muszę wam powiedzieć, co musicie zrobić!
- Jaka psia jej mać projekcja? O czym gada ten typ? – zmieszany wyartykułował półork.
- Słuchajcie, wielkie szczęście, że jesteście tak hmm... charakterystyczni. Niech was nie zdziwi to co powiem, ale... przybywam z przyszłości.
Po twarzach załogi było widać, że jednak ich zdziwiło. A Gristela nawet rozśmieszyło.
- A żeby uściślić, z niewłaściwej wersji przyszłości. Widzę, że raczej się z tym szybko nie oswoicie, ale ja muszę się streszczać. Za trzydzieści lat nie będzie tego świata, jakim znacie. Widzieliście ten rozbłysk, tak? – pokiwali głowami. – To znak, że się zaczęło. Atena... – Sedy zareagował na to imię. – Atena rozpoczęła przemianę świata...
-Ta psychopatka z rozdwojoną jaźnią? – zapytał eks-handlarz szumigajem, pomny swoich kontaktów z noszącą to miano dziewką.
- Zapewnię ta sama. Otóż, ta „psychopatka” była, jakby to powiedzieć bez naukowości, kluczem. Kluczem należącym do niejakiego Blaine’a. Pewnie w życiu o nim nie słyszeliście. Blaine jest jednym ze Stwórców.
- Tak, obiło się o uszy. Inrami coś bredziła o nich! – zorientował się Kristo.
- Są to potężne istoty, będące siłami manipulującymi wszechświatem. Otóż Blaine postanowił wedrzeć się do waszego – naszego – świata i pohasać tu nieco. Jako, że osobiście nie mógł się tu zjawić, bo inni uczestnicy gry nie wpuściliby go tu, stworzył długofalowy plan. Najpierw sprowadził tu Bramę, a potem stworzył Klucz. Teraz... on tu wszedł. I nie jest to dobry znak.
- Domyślamy się z tonu opowieści. – ironicznie wtrącił Gristel, cięty na wszystko przez bezczynne miesiące.
- On wykorzystał zbliżającą się Koniunkcję i osłabienie osnowy wymiarów, by ingerować w ten świat i zmienił jego przewidzianą historię – tutaj towarzysze zgubili się w rozumieniu słów obcego. – Normalnie, świat po zderzeniu Sfer wróciłby spokojnie do normy, zgodnie z zasadą Równowagi. Ale ingerencja Blaine’a zakłóciła bieg wydarzeń i przyszłość – mój świat – jest czarna. Zniszczono wszystko, przemieniono, zostało tylko już kilka bastionów normalności, opierających się sile Stwórcy. Nie chcielibyście tego dożyć. Wobec tego, musicie go powstrzymać.
- Zaraz, zaraz. Dlaczego właśnie my?
- Hmm... – obcy wyraźnie został zbity z tropu. – Bo... bo jesteście w moich czasach ogólnie znani, taką legendą i was wybrałem na podstawie... przekazów o was. W moich czasach... polegliście już w walce z Blaine’m, jako bohaterowie. Dlatego musicie to zrobić... uratujecie świat i swoją przyszłość, racja? Nie będzie prosto, ale teraz Blaine nie ma jeszcze w tym świecie takiej siły, jaką w moich czasach włada. Macie szansę. Poza tym znacie wielką czarodziejkę Serubi i potężnego wampira. To wam pomoże.
- Dobra, powiedzmy, że ci wierzymy. Gdzie mamy szukać tego potężnego i ochoczo skopać nam dupy pragnącego stwora? – poetycko spytał trubadur.
- Przygotowywałem się do projekcji cztery lata, więc mam ze sobą mapę z oznaczeniem wyspy, na której się pojawił – nie ma jej na wam znanych mapach. Ale, ostrzegam, on mógł już się przemieścić. Dopiero uzyskał tu formę, ale część ogromnej mocy została przy nim.
- No i mamy kolejny problem. 
Nagle sylwetka gościa zaczęła się zacierać.
- Odchodzę już. Błagam was raz jeszcze, weźcie moje ostrzeżenie i prośbę na poważnie. Nawet nie wiecie, co u nas się działo i jak mało nam zostało czasu... nam i całej planecie.
Patetyczna przemowa, mimo niedorzeczności, wywarła wrażenie na Kristo i Sedy’m. Tylko Gristel nie pozbył się ironicznego uśmieszku na twarzy. Mimo to, spytał o coś jeszcze.
- A teraz, tak by uwiarygodnić historyjkę, skąd o nas wiesz? Bo w tą naprędce wymyśloną bajeczkę o heroicznym zgonie nawet głupi goblin nie uwierzyłby.
- Skoro muszę... – sylwetka bladła z sekundy na sekundę. – Jestem w istocie synem waszej towarzyszki Serubi, opowiedziała mi o was, a jesteście jedyną drużyna wojów z tych czasów, o jakiej wiedziałem, że może jakimś cudem zdoła coś zdziałać. Jeśli chcecie mego miana...- postać znikła, chwile tylko słychać było cichnący głos – ...w mych czasach znają mnie jako Demonicznego Pana Mewisaan...
Głos urwał się i nie wiedzieli, czy padłoby imię. Pomińmy chwilą milczenia te parę(naście) minut, jakie zajęło Kristo, Gristelowi i Sedy’emu przetrawienie tych rewelacji i przejdźmy do meritum. 
- I co sądzicie o tym kolesiu? Cokolwiek dziwna historia... – pierwszy przełamał impas Kristo.
- Nie wiem, mi tylko wszystko popierniczył we łbie. Teoretycznie, uznałbym go za idiotę, gdyby nie mój cholernie wyostrzony instynkt trubadura, który widzi jakiś sens w tym pieprzeniu pokręconego.
- Ja bym sobie wdychnął szumigaju... dla wyczyszczenia myśli.
- Nawet o tym nie myśl. Nie potrzeba nam śliniących się idiotów. Co robimy?
- Ja bym, na parchy goblina, złamanej sztuki złota nie dał za słowa tego fiuta. – zafilozofował beholder.
- A ja bym skontaktował się z Serubi. Ona jest nieco mądrzejsza, mimo wszystko, od nas. Odkąd przestała być złośliwą malkontentką, na coś się przydaje – wyzłośliwił się z kolei Kristo.
- Mi najbardziej nie podobało się to „jakimś cudem” w ostatniej wypowiedzi. Ale popieram. – Gristel uśmiechnął się złowrogo. – Mam pomysł. Był tu w okolicy taki podrzędny czarodziej, któremu kiedyś, za starych dobrych czasów, nie spodobał się mój śpiew. Tak się składa, że zna on zaklęcia telepatyczne i wiem, gdzie skurczybyk mieszka.
Bez słowa szybko zebrali nie rozpakowane wcale bagaże, Gristel wziął z kąta zabójczy instrument, wyszli z pokoju i nie zauważyli, że Sedy przystanął u szczytu schodów. Westchnął.
- Ja chyba znowu nie mam prawa głosu.

* * *

Mortimer, Serubi i Arubi stali nad Inrami, leżącą na łóżku w stanie lekkiego zdezorientowania. Obok, na fotelu, rozparł się Mordred, kompletnie otumaniony i całkowicie zbity z tropu. Obudzili się chwilę temu, gdy wampir z przyzwyczajenia sprawdzał, co się dzieje u uśpionych. Odwrócił się na chwilę ku oknu, zamyślony. Nagle Mordred otworzył oczy, wstał, usiadł w fotelu i rozglądał się tępo dookoła. Chwile potem Inrami zbudziła się i zapytała, gdzie jest. W dodatku, zmienili się z powrotem w normalnego Mordreda i normalną Inrami, bez atrybutów jakie dostali tajemniczo, gdy przebywali w Próżni. Po prostu, odwrócił się i hyc, wszystko wyparowało i zastał tylko dwie zmieszane i nie całkiem jeszcze świadome postaci – jedną nie znaną mu jeszcze towarzyszkę sprzymierzeńców i jednego młodzieniaszka.
- Inrami! Jak się czujesz?
- Serubi, to ty. Co się stało. Pamiętam jaskinię...
- Spokojnie. Byłaś długo... nie sobą. Nieprzytomna i w dodatku stałaś się ofiara jakiejś siły.
- Pamiętam urywki... A gdzie my jesteśmy?
- To pałac w Mewisaan. Moje tymczasowe laboratorium.
- Laboratorium? Dużo przespałam...
- Bardzo. Ja osobiście przeszłam piekło – oślepłam. – tutaj Inrami z niepokojem patrzy się w jej oczy i odkrywa, że jej rzeczywiście nie widzą. – Stoczyłam bitwę z Zilą – to ona was urządziła umierając, prawie zabiłam własną siostrę. Reszta drużyny jest w Maab, odpoczywają. Ten osobnik tu to Mortimer – pamiętasz go z dnia śmierci Celiki, ale nie bój się – jest teraz naszym przyjacielem. Teraz powiedz... co widziałaś w Próżni?
- Była tam tylko ciemność... i byt. Czułam byt. Mordreda otaczało dziwne światło – trudno to opisać. Oni... mówili. „Będziecie naszym narzędziem”, „Nie damy Blaine’owi całości tego świata”. Potem... to światło ogarnęło mnie i poczułam, że coś wdziera mi się do umysłu. Nie pamiętam... chyba im przeszkodziliście, pamiętam uczucie zawodu... oni byli wszędzie. Obecność, to pamiętam najlepiej. 
- To musieli być ci Stwórcy...
- Co z Mordredem?
- Jest otępiały. – odpowiedział za Serubi wampir. – Nie wiem, czy się otrząśnie. Wygląda na to, że tamci porządnie się nim zajęli. Nie kontaktuje. Siedzi tylko i się patrzy.
-Inrami, możesz chodzić?
-Tak, czuję się tylko lekko... zwichrowana.
-Martwiliśmy się o ciebie.
- A co... – waha się. – ...z Przepowiednią Meariona?
- Och, tym się nie martw. Pewne... dobrze zorientowane osoby objaśniły nam jej znaczenie. To tylko bajka, wymyślona przez odrzuconego zakochanego. Nie jesteś żadną Ognistą Dziewicą czy czymś takim, nosisz w żyłach tylko krew Przyjaciela Smoków, nic więcej.
Inrami zamilkła, zasępiona. Nagle ciszę przerwał daleki płacz bobasa.
- Co to?
- Och, to długa historia, Inrami... – nagle przerwała, znieruchomiała, po czym złapała się za skronie. – Mam telepatyczny kontakt z kimś strasznie nieudolnym. Czekajcie, muszę naprawić jego wybrakowany czar... – chwilę szeptała jakieś frazy. – Gristel? – rzekła po chwili.
- Tak, Serubi. – odezwało się w jej głowie. – Mieliśmy dziwny wypadek. Spotkaliśmy gościa, który utrzymywał, że przytelepał się do nas z przyszłości. Przekazał on nam ciekawe informacje... – przekaz na chwile się urywa. – ...o tym słupie światła na zachodzie- wiesz o nim, nie?-, po czym się rozpłynął. Brzmi to jak bajka, ale pewne... fakty przemawiają za nim. Może dałoby się jakoś przenieść nas do Mewisu, byśmy porozmawiali w milszych warunkach?
- Ciekawe... I u nas dużo się zdarzyło. Wiesz, testowałam takie zaklęcie...
- Dobra, bez takich. Jak dużo ryzykujemy?
- Chyba całkiem nieźle już je znam.
- Teleportuj nas. Na własna odpowiedzialność oczywiście.
- Podajcie waszą przybliżoną lokalizację...

* * *

- Żądam zapłaty i przeprosin! Wpierdalacie się do mojego domu, grozicie mi bronią, wyśmiewacie, każecie czarować w samych gaciach i chcecie tak sobie uciec?!
- Mniej więcej...
- Po moim trupie! Rzucę na was... – chwila zastanowienia. – ...kulę ognistą!
Drużyna nie zdążyła się przekonać, czy podrzędny czarownik byłby na tyle zdolny, bo wyparowała nagle bez uprzedniego sygnału, zostawiając zapach podróżnej odzieży i głupią minę na twarzy magika.

* * *

- Przyznam, czar pierwsza klasa!
- Nie ciesz się Sedy. Prawie was zgubiłam.
- Czyli jak zwykle, improwizacja. – podsumował Gristel.
- Inrami?
I tu nastąpiła długa i owocna konwersacja, której nie przytoczymy, bo miejsca i nie starczy na opis tej burzy mózgów. Dość rzec, ze Serubi dowiedziała się o ingerencji swego dziecka w losy świata i zdradziła w końcu towarzyszom jego wstydliwe pochodzenie, a Gristel przekonał się, że jego sceptyczne podejście mogło być błędne.

* * *

To była długa i męcząca noc, pełna nieoczekiwanych zdarzeń nie tylko dla bohaterów naszej opowieści. Świt jednak w końcu nadszedł, także nad pewną kamienistą wyspą na dalekim zachodzie. A na platformie wieńczącej wyspę stała Julia i wdychała świeże powietrz poranka. Gdyby był tu jakowyś mężczyzna, miałby co podziwiać, ponieważ demoniczna piękność stała całkowicie naga. Chodziła po rozległej przestrzeni, jakby zapoznawała się z możliwościami swego ciała. Co chwile śmiała się – dziewczęco, ale i złowieszczo. To była radość tak spontaniczna, a zarazem tak złowieszcza, że aż trudno było sobie to wyobrazić.
- Nareszcie, nareszcie tutaj. Tyle wieków czekania i jednak się opłaciło.
Spojrzała ku krawędzi platformy. Leżało tam zwinięte w kłębek, jakby porzucone w pośpiechu, ciało Ateny. Podeszła do niej, nachyliła się i ujęła piękną twarz w swoje ręce.
- Biedna Atenka, nic z niej nie zostało po Rozsczepieniu. Jaka szkoda! – zaczęła mówić do bezwładnej dziewczyny. – Ale każda czarodziejka, a szczególnie członkini Kapituły, powinna wiedzieć, jak się może skończyć otwieranie umysłu na inne plany istnienia, prawda Ateno? Nie musiałaś wchodzić do innych światów bez zabezpieczenia, bo można tak spotkać dużego i złego Blaine’a, racja złotko? Ale nośnikiem Klucza byłaś idealnym... – wstaje, z ciałem Ateny na rękach, podchodzi do krawędzi. – Zasłużyłaś na pogrzeb godny bohatera! Oddam cię falom...
Julia cisnęła w górę, z nadludzka siłą, bezwładne ciało Ateny. Poleciało daleko dzięki anormalnej energii Julii, aż gdzieś tam, daleko, utonęło w morzu. Julia otrzepała ręce i spojrzała na okolicę. Potem parsknęła śmiechem.
- A teraz czas na przyjemniejszą część tej gry.

* * *

3.
Było już południe, gdy drużyna, z powrotem w komplecie, zakończyła konwersację. Wszyscy byli zmęczeni, podekscytowani i lekko zaniepokojeni. Śmieszna zbieranina postaci – ślepa magiczka, mała dziewczynka, wampir, półork, błędny rycerz z beholderem w gaciach, eks-handlarz szumigajem, eks-zabójczyni o krwi Meariona i całkowicie skołowany młody rycerz – kontrastowała z eleganckim i skrzącym się od złoceń wnętrzem sali obiadowej pałacu Mewisaan. Gristel pokusił się o podsumowanie natłoku ważnych informacji.
- Tak więc, poprawcie mnie jeśli ma pół-orcza logika zaszwankuje, do naszego świata dzięki tej dziwnej panience, Atenie, wkroczył jeden ze Stwórców, niejaki Blaine. Inni z tych, jak im tam, Stwórców, więzili Inrami i tego tępaka, by uczynić z nich swoje „wtyki” w naszym świecie.. Natomiast do nas przybył domniemany demoniczny syn Serubi, urodzony tej nocy zresztą, z przyszłości, by zmusić nas jako etatowe kozły ofiarne w misji naprawienia świata i wykopania Blaine’a. Całe to nadnaturalne towarzystwo toczy jakieś rozgrywki o nasz świat, idąc za teoriami Sanctusa i Sigera, co oznacza, że reszta przyjemniaczków też może się tu pofatygować.
- Coś w tym stylu, choć mocno uprościłeś.
- I my, jakbyśmy nie mieli co do roboty, powinniśmy się wpieprzyć w ten bajzel, dotrzeć do istoty z boską mocą i tak po prostu ją rozrąbać na kawałeczki, jak nie przymierzając cała ta bajkowa Gildia Herosów, ratując tym świat i nasze tyłki, czym zapewnimy sobie spokojną starość.
- Teoretycznie.
- Basta, a ja myślałem, że po tym meteorze gorszego bajzlu nie będzie. Ktoś ma ochotę na pakowanie się w ten niewątpliwie samobójczy plan?
Nagle, jak zwykle w „najodpowiedniejszej” chwili, wtrącił się Xethonar.
- Mam wrażenie, że i tak dostaniecie w dupy, gdy ten cały Blaine tu przyleci, więc myślę, kurwa, że wzięcie się do roboty i tak jest lepsze niż czekanie na usraną śmierć tutaj, poza tym, moja dupa też jest, na psiochę troglodytki, cenna i wolę ją ratować w sposób aktywny.
Na minutę zapadła kompletna cisza. Potem odezwał się trubadur.
- Wiecie co? Pierwszy raz podoba mi się to, co ten paskud mówi. Jestem za.
Kristo zbladł nieco, wiedział, że wpakuje się w kabałę większą niż wyprawa na Zilę.
- Idę z wami.
Inrami, poruszona i podekscytowana całym tym bajzlem, była trzecia.
- Za dużo z wami przeżyłam, by was zostawić.
Sedy nie był pewny, ale sam się zdziwił, gdyż jego usta zareagowały szybciej niż rozum.
- W sumie i tak nie miałem nic do roboty...
Mortimer złożył ręce na piersi.
- Nie wiem czemu i jak, ale czuje się częścią tej dziwnej bandy śmiertelnych. Macie moje wampirze słowo: pomogę wam.
Serubi myślała najdłużej. Miała teraz rodzinę – siostrę, syna (o którym wiedziała już, że warto dać mu cień szansy). Ale tyle zrobiła, tak zżył się z nimi wszystkimi, że nie było wyjścia, nie czuła by się w porządku, gdyby odmówiła.
- Pójdę.
- No, to teraz dość pieprzenia i do roboty. Możemy mieć mało czasu.

* * *

Serubi stała pod tymczasowym miejskim domem znachora, który raz się nią zaopiekował. Znachor uśmiechał się smutno, gdy przekazywała mu na ręce syna, ale zapewnił, że zna kobietę, która wykarmi dziecko przez czas nieobecności Serubi. Oddała więc mu synka, żegnając się z nim w myślach nawet już na zawsze. Gorzej było z Arubi, która w żaden sposób nie chciała zostać u starca. Cała spłakana, po niemal kwadransie zrozumiała i ustąpiła, pożegnała się i natychmiast znowu rozbeczała. Najmniej problemu było z Mordredem. Nie protestował, bo nadal tkwił w dziwnym marazmie. Tak więc o zachodzie słońca, Serubi zostawiła za sobą trójkę niezdolną do walki w Maab i, ostatni raz ryzykując niepewny czar teleportacji, zjawiła się z powrotem w Mewisaan. Nad ranem już wyruszali, dużym wozem „znalezionym” w opuszczonej wsi pod Mewisaan, w pełnym słońcu południa byli już spory kawałek za pustym już zupełnie miastem. Mieli co prawda w zanadrzu zaklęcie lotu, ale postanowili je jeszcze oszczędzić. Cel obrali jeden: Wyrtten, jako jedyny czynny port jaki znali. Tam mieli znaleźć jakiś statek i na tyle głupiego kapitana, by wyruszył z nimi. Mieli wiele tygodni drogi i modlili się w duchu, by Blaine nie spieszył się ze swym dziełem zagłady.

* * *

Mimo złowieszczego zagrożenia, jakiemu mieli niedługo stawić czoło, humor zaskakująco im dopisywał. Nie wiedzieć czemu, ale gdy wrócili na trakt i mieli cel przed sobą, wróciła dawna atmosfera podróży. Mimo, że ich całe istnienie uległo tysiącu przemianom, znowu czuli się drużyną, wesołą kompanią awanturników. Podziwu godna postawa, czyż nie? Więc pierwszy poważny popas, urządzony po dwóch dniach wędrówki, okazał się wesołą uczta przy ognisku, z pieczonym upolowanym dzikiem jako frykasem.

Znów na szlaku jesteśmy na szczęście
By szukać dziwek i bez przerwy ruchać je
By moc przygody znowu siłę dała
By pięść złotem wóz obładowała

Gristel skończył wyśpiewywać nieco arytmiczną piosenkę, jaką wymyślili przed dwustu laty prymitywni wojacy księstwa Lapond w drodze na wojnę z jakimś innym państewkiem i którą przypadkowo usłyszał mag Thietmahr, spisujący wtedy swe znane „Kroniki Lat Burzliwych”. Sedy oklaskami podziękował trubadurowi za wiejską przyśpiewkę i pociągnął łyk wina z manierki. Kristo z apetytem jadł resztkę swojej porcji dziczyzny, a Xethonar wyjątkowo milczał. Mortimer, wyzwolony od przeciwsłonecznych okryć, rozkoszował się nocnym powietrzem, co jakiś czas popijając krew z upolowanego zająca. Inrami wpatrywała się w ognisko i jedynie Serubi nie była dawną sobą. Ona doświadczyła najwięcej, straciła najwięcej i najszybciej musiała dorosnąć. Towarzysze nadal byli przypadkowo zlepioną w jedno zbieraniną wesołych dziwadeł, ale dawna, złośliwa i zuchwała Serubi odeszła. Z całej bandy, tylko ona była postacią tragiczną.
Wszyscy oczywiście usnęli błyskawicznie. Inrami wzięła pierwszą wartę, Mortimer odleciał jak to wampir w nocy. Inrami stała chwilę na skraju obozu, obserwując śpiących na ziemi przyjaciół i nagle ujrzała Serubi, siedzącą na wozie i nie mogącą usnąć. Postanowiła wykorzystać okazję do poważnej rozmowy.
- O, Inrami. Nie martw się, ja tylko myślę.
- Serubi... – dosiadła się do czarodziejki. – Jedno mnie nurtuje. Czemu tyle dla mnie zrobiłaś? Oddałaś się demonowi, najstraszliwszej kreaturze Otchłani, by tylko dać mi trochę więcej pożyć. To dla mnie niewyobrażalne. Jak to? Przecież mnie nie znosiłaś, a ja ciebie tym bardziej.
- Pytasz jeszcze? Spójrz, bo ty możesz, na otaczające nas postaci. Co widzisz? Całe te przypadkowe ciągi zdarzeń, w które z uporem się władowywaliśmy, zmieniły nas... niemal w rodzinę. Nie wyobrażam sobie, zostawić tą bandę. Wiem, zmieniłam się.
- Mówisz pięknie. Ale czemu mnie uratowałaś?
- Czułam się odpowiedzialna. Tylko tyle i aż.
Chwila ciszy, syk dopalającego się ognia.
- Serubi, jestem twoją dłużniczką... przyjaciółko.
- Przyjaciółko... Dużo się zmieniło.
Kolejna przerwa. Niepewne pytanie.
- Jak myślisz, Serubi? Czy to wszystko było z góry przesądzone? Czy te kolejne przypadki to nie efekt losu, tylko... zewnętrznego działania?
- Czyli?
- Czy nie sterują nami Stwórcy?
- Nie wiem... sama się zastanawiam. Te zdarzenia, jeśli spojrzeć chłodnym okiem, zawsze układają się pasując jak ulał, jak elementy łamigłówki. Nie wiem... Myślę jednak, że nas nie dałoby się wymyślić, wysterować. Jesteśmy zbyt... absurdalni?
- Los bywa dziwny.
- Wiem.

* * *

Trzy dni potem, strudzona drużyna stołowała się w karczmie w jakiejś małej wiosce. Humor nadal im dopisywał, choć spieszyli się okrutnie, a swoje dwa konie prawie zamęczyli na śmierć. Teraz zwierzęta, pozbawione na chwilę ciężaru wozu, odpoczywały w stajni, a drużyna jadła niezwykle smaczną zupę. Gristelowi tak zasmakowała ta potrawa, że mimo, iż zachowywał prowizoryczne zamaskowanie swego pochodzenia, zapytał wprost karczmarza o potrawę. Ten, mimo, iż ujrzał jego półorcze rysy, odpowiedział spokojnie.
- Stara rodzinna receptura.
- Jeszcze jedno: jak się nazywa ta wieś?
- Bullerbyn, panie trubadurze. – spojrzał na lutnię.
- Dziwne miano, jak na okolice Morza Zachodniego.
- To po przodkach. Wieś założyła rodzina emigrantów z północy.
- Ciekawe. No cóż, płacę i żegnam się wylewnie. Dziękujemy za strawę.
Karczmarz aż zbaraniał. Pobladł, a oczy rozszerzyły mu się z przestrachu. 
- Panie, ależ słońce ku zachodowi! Chceta tera jechać?
- Bardzo się spieszymy.
- Ale na drodze czeka śmierć. Tu grasuje banda, złe ludzie. Dzieci z Bullerbyn, tak ich zowią.
- Czy my wyglądamy, tak szczerze, na bezbronnych podróżnych?
- Nie ma różnicy. Oni szaleni. Na wojnę poszli, wyrostki jeno. Po tej bitwie, co to słup światła z morza wyrosnął i trzy armie w popłochu spierdo... znaczy się spierzchły, on wrócili zupełnie inni. Źli, szaleni. Ni strachu, ni litości.
- He, dzięki za radę, panie karczmarzu, ale w bojach jesteśmy zaprawieni. Jak te wasze dzieci się pokażą, to... – gest podcięcia gardła. – i po krzyku.
- Panie, zaklinam raz ostatni. Nierozważniście wielce.

* * *

Karczmarz nie mylił się, spotkali owe dzieci. A raczej ośmiu wysokich, blondwłosych młodziaków, silnych i niemal identycznych z wyglądu. Stali na po prostu drodze pośrodku lasu, a zmierzch tylko ich sylwetki ujrzeć na początku pozwalał. Drużyna zatrzymała wóz w bezpiecznej odległości i dobyła broni, gdy zaczęli podchodzić do pojazdu. Nagle jeden zatrzymał się i wyjął ogromną procę. Gristel natychmiast pożałował decyzji o wyruszeniu i wdusił przycisk na lutni. Procarz wypuścił pocisk i kamień trafiłby Serubi, gdyby Mortimer, obdarzony nadludzkim refleksem, nie złapał pocisku. Jednocześnie Kristo, Gristel, Mortimer i Inrami skoczyli na dochodzących do wozu bandziorów. Serubi zaczęła mamrotać czar, a Sedy szukał desperacko łuku, ukrytego gdzieś w podróżnych manelach na wozie. Kristo natarł na jednego z blondasów, ale tamten szybko odbił jego miecz nienaturalnie wielką, drewnianą pałką. Rycerz musiał wykonywać błyskawiczne uniki przed topornym narzędziem i nie miał możliwości kontrataku. Gristel wpadł w grupę trzech bandziorów i na dzień dobry odciął jednemu rękę, czując, jak budzi się w nim bojowa furia. Drugi ugodził go krótkim mieczem, ale rana w rękę była zbyt płytka, by uszkodzić trubadura. Mortimer chwycił jednego z rabusi i uniósł na swych skrzydłach w powietrze, otwierając drogę dla pocisku energii z rąk Serubi, który powalił szóstego z bandziorów na ziemię. Inrami wparowała na kluczącego bokiem bandziora z nożem, chcącego dobiec jak najprędzej do groźnej magiczki. Wampir zaczął wysysać kolesia w powietrzu, na co błyskawicznie zareagował procarz i wypuścił kamień w kierunku demonicznej postaci. Ten jednak odbił się od jakiejś niewidocznej tarczy ochraniającej wampira. Mortimer wyssał bandytę do cna i uśmiechnął się. Dzięki wiedzy Starszych Wampirów jego moc rosła. Gristel uciął głowę bandziora, który go zranił i jednym zamachem przebił czaszkę drugiego. Inrami wbiła sztylety w gardło i w pierś swojego adwersarza, a przeciwnika Krista ustrzelił z łuku Sedy, który wreszcie dogrzebał się do śmiercionośnego narzędzia. Serubi mruknęła jakieś dziwne słowa i procarz stanął w ogniu krzycząc, powstrzymany na śmierć od wypuszczenia kolejnego pocisku. Minuta minęła w ciszy. Drużyna nie zdążyła się nawet spocić. Droga przed wozem prezentowała sobą teraz obraz raczej nieprzyjemny- siedem trupów z niezbyt ciekawymi ranami- w tym jeden śmierdzący spalonym świeżo mięsem. Tylko ten z uciętą ręką krzyczał, klął i jęczał, aż Gristel walnął go w łeb swa bronią i uciszył zapewnię na zawsze. Nagle zza jednego z drzew dobiegł odgłos... klaskania dłońmi. Osoba bijąca im brawo wynurzyła się bezszelestnie z lasu. Był to blondyn o długich włosach i nieco tylko krótszej od nich brodzie, większy, szerszy i muskularniejszy od tamtych. Oczy miał zamknięte, lecz śmiał się głośno, cały czas bijąc brawo. Cała drużyna spojrzała się na dziwnego gościa. Gristel, najbardziej wygadany, zagaił go.
-Jesteś jednym z nich?
Śmiech, tylko śmiechem jeszcze głośniejszym odpowiedział na pytanie.
-Jesteś ich hersztem?
Zanosił się już śmiechem, ciągle jednak nie otworzywszy oczu.
-Cholera tępaki!- nagle posłyszeli głos Xethonara- Nie widzicie, głupcy, że chędożony psi chwost jest...
-Opętany- dokończyli jednocześnie wampir i czarodziejka, gdyż też wyczuli emanującą z przybysza energię.
Chichot wzmógł się, aż osiągnął niewyobrażalną głośność. Towarzysze chwycili za swe uzbrojenie mocniej i zaczęli cofać się w kierunku wozu. Opętaniec mógł zrobić wszystko- każde dziecko zna legendy o potężnych duchach, kontrolujących ludzkie ciała i czyniących wielkie zło, dzierżących niemal niezmierzoną moc. Drużyna postanowiła więc bez porozumień wycofać się i bronić środka transportu. Blondas śmiał się i śmiał, aż wygiął się w łuk ze śmiechu. Serubi zaczęła przygotowywać zaklęcie, Mortimer wzniósł się i zamarł w powietrzu, czekając na ruch opętanego. Ten z kolei zaczął wić się, cały czas śmiejąc, całe jego ciało poczęło się trząść, nienaturalnie wyginać. Sedy nałożył strzałę na cięciwę. Postać rzucała się już, jak w ataku padaczki. Inrami przygotowała obronną pozycje. Nagle blondas zamarł zgięty w nienaturalnym łuku, zdławił śmiech wyprostował się i otworzył oczy. Nie było nic pod jego powiekami, tylko dwie czarne dziury. Wtedy Sedy nie wytrzymał i wypuścił strzałę. Poleciała w kierunku stwora, ale spaliła się, tak po prostu, w locie, o metr od opętanego. Ten zaśmiał się bulgotliwie, a w jego rozcapierzonych palcach zaczęły zbierać się dwie świetliste kule energii.
-Ja go biorę- wysyczał Mortimer.
Wampir wystrzelił lotem koszącym w stronę opętanego. Wyciągnął uzbrojone w pazury ręce i wleciał na stwora. Ten wypuścił zbieraną moc, ale mimo tego, iż wampir oberwał świetlistym pociskiem, dotarł do brzucha stwora i rozorał go. Nie wypłynęła krew, tylko światło oślepiająco białe. Potwór złapał odurzonego wampira i odepchnął, Mortimera padł na chwile na ziemię, oślepiony, lekko oszołomiony, ale cały. Serubi natychmiast wypuściła czar. Magiczny pocisk ruszył przez powietrze, zostawiając za sobą zapach ozonu. Doleciał do opętańca, ale ten przyjął go „na klatę” i... nic mu się nie stało, choć Serubi włożyła w czar dużo mocy. Wydawało się, że duch sterujący bandziorem wchłaniał magie! Mortimera wstał i z sykiem rzucił się na opętańca. Zaczęli się mocować. Wampir parę razy uderzył potwora, ten też nie próżnował, ale jego ciosy nie były za mocne, co wzbudziło strach wampira- opętaniec może mieć inne sztuczki w zanadrzu. Gristel już szykował się do szarży. Serubi szukała w pamięci jakiegoś użytecznego na taką bestie zaklęcia. Tymczasem potwór uczynił obawy wampira prawdą. Gdy Mortimer rozorał mu pazurami twarz i znikła ona w powodzi światła, raniąc wrażliwe na nie oczy upiora, w czarnych dziurach oczu opętańca zatańczył ognik czerwieni. Wampir nie czekał, chwycił stwora za gardło. Potwór wydobył z siebie dziwny gulgot i nagle z jego pleców wytrysnął wąż ze światła i z zaskoczenia chwycił adwersarza. Mortimer nie mógł się wyrwać z uścisku nieziemskiej siły i chwile miotany w powietrzu, poleciał na pobliskie korony drzew, uderzając o pień starej sosny i upadając boleśnie na ściółkę. Opętaniec zaryczał i ruszył na wóz. Gristel wystrzelił i spotkał się z nacierającą kreaturą w połowie drogi. Uciął jej z rozbiegu rękę, ale na miejscu kończyny wyrosła kolejna świetlista macka, która trzepnęła półorka jak maczuga, boleśnie prawie łamiąc mu nogę. Na szczęście Gristelowi udało się ustać i cierpnął na odwal się toporem dwa razy, tnąc zraniony już brzuch kreatury. Opętaniec cofnął się o parę kroków od siły rąbnięcia. Zamiast brzucha i twarzy miał plamy światła. Wtedy złapał go za plecy Mortimer, który właśnie otrząsnął się po upadku. Sprowadził potwora na ziemię i chwile tarzali się w tornadzie czarnych szmat i białego światła, ale bestia użyła macek i odrzuciła wampira po raz kolejny. Wtedy, błyskawicznie, Gristel ciął wstającego potwora. Przerąbał go od głowy do pasa na pół. Bestia zagulgotała groteskowo i padła twarzą ku ziemi. Wampir wstał, otrzepał się i podszedł do Gristela. Stali nad zwłokami, odpoczywając minutę. Potem odwrócili się i ruszyli wolno w stronę wozu.
-Zdechł!- zawołał Gristel
Sedy roześmiał się, reszta opuściła broń. Jednak nagle Sedy otworzył usta i ryknął
-Skaczcie na boki!
Posłuchali, na ich szczęście. Bestia za nimi wstała, nie miała już ludzkiej powłoki, tylko samo światło w kształcie sylwetki humanoida i o czarnych jak pustka oczach. Wytrysnęła z niego fala energii i gdyby Mortimer i Gristel nie skoczyli, zmienili by się w parę. Włócznia światła trafiła w wóz, ale drużyna dzięki refleksowi zdążyła uskoczyć z niego na pobocze. Konie usmażyły się żywcem, kwicząc przeraźliwie, a wóz zmienił się w kupę sczerniałych desek. Drużyna szybko wstała z ziemi, by unikać następnych ciosów, ale bestia stała tylko, śmiejąc się jak wariat. Nagle Serubi, nie bacząc na głośnie „Nie!” ze strony Krista i Inrami, wyszła na środek drogi, stając oko w oko z duchem, który krył się w opętanym. Ten spojrzał się na nią swymi czarnymi oczyma i po raz pierwszy odezwał się, głosem o dziwo cichym i szeleszczącym, jak niemrawy strumyk, tak, że ledwo było słychać, ale wyostrzony przez ślepotę słuch Serubi podołał.
- Odważna jesteś, śmiertelniczko? Przecież wiesz, czym jestem, prawda?
- o robisz w nie swoim świecie?
- Bawię się, przecież jestem martwy od... tak dawna. Świat śmierci to stagnacja, mnie ciągnie do żywych.
- Nieumarły pasożyt...
- Mocne słowa. Zraz pożywię się twoją mocą, moja droga. Jestem tak zimny...
Nagle z potwora wystrzeliły ku niej liczne macki, ale Serubi uczyniła błyskawicznie jakiś dziwny gest rękoma i na ich spotkanie wystrzelił zielonkawo-zloty promień. Uderzył w macki i rozbił je, ale poleciał dalej, trafiając w korpus stwora. Na miejscu jego „serca” pojawiła się zielona plama, zaczął się pokrywać „żyłkami” seledynowego blasku. Potwór zachwiał się, potem stanął nieruchomo, oczy rozszerzyły mu się jak dwa spodki i widać było w nich czerń świata umarłych, która zmroziła dusze obserwatorów.
- Ty... ty suko- zaszeptał głos ducha- Skąd, skąd wiedziałaś?
Nagle sylwetka padła nią ziemię i jej blask zgasł. Na drodze została czarna plama, kępy trawki stały się szare i zwiędły. Duch zniknął, ale Serubi usłyszała cichutką groźbę.
- Jeszcze wrócę i cię zniszczę. Tylko znajdę nowe ciało...
Drużyna stanęła oniemiała. Potem podeszli do Serubi, patrząc na nią jak na święty obrazek. Mortimer i Gristel byli nieco poranieni, szczególnie wampir oberwał, ale cali. Inrami nie wytrzymała i spytała czarodziejkę
- Co to było, ten czar?
- Łut szczęścia. Przypomniałam sobie księgi, jakie czytałam w okresie nauki sztuki magicznej, bestiariusze. Pisano tam, że jeśli opętany stracił ciało i została tylko energia, to w naszym świecie trzymają go już tylko zaklęcia ducha, jaki nim steruje. I najprostszym wtedy wyjściem jest ich zdjęcie. To zaklęcie to pocisk, który po trafieniu zdejmuje z przeciwnika zaklęcia ochronne. Łatwy czar...
- Czyli znowu więcej szczęścia niż rozumu- podsumował Xethonar. 

* * *

Julia stała na platformie starożytnej budowli. Uśmiechała się. Czuła pod stopami wibracje, jakie zaczął wytwarzać obiekt. Niebo wkoło było zachmurzone, mewy i inne ptaki morza ucichły i tylko fale rozbijały się o kamienną wyspę. Uśmiech Julii poszerzał się, za każdym głuchym stuknięciem, dochodzącym z wnętrza ostrosłupa. Stuk i wibracje wzmagają się, kolejny stuk i są już nieznośne. Budynek ożywał.
- Teraz- wyszeptały czerwone, pełne usta.
Nagle cos zgrzytnęło, potem głośno huknęło. Słychać było rumor lawiny głazów, a odwrócony ostrosłup począł się unosić, najpierw wolno, a potem szybko, bardzo szybko. Julia znikła w środku budowli i po paru minutach, wisząc nad wyspą. Zaczęła się obracać podstawą ku ziemi, przyjmując po chwili kształt piramidy. Potem z jej dwóch boków wyrosły cztery ogromne pylony-rury, skierowane ku zachodowi. Z ich wylotów z pomrukiem wytrysnęło niebieskie światło. Były to silniki, a cała budowla była tak naprawdę statkiem powietrznym. Spadł on na ta wyspę w czasach tak dawnych i czekał. Czekał, aż przybędzie jego konstruktor i pan- Blaine. Teraz ruszył na wschód- najpierw powoli, potem szybko, coraz szybciej.

* * *

- Więc Blaine już tam jest...
- Przebił się, ktoś go wspierał. Gra robi się interesująca.
- Inni Stwórcy tez są podekscytowani.
- Ja też. Pora wystawić ich do wiatru. Użyjemy ich pionka. Pionka Blaine'a.
- Co?
- Zostawił ją, więc mała magiczna ingerencja nie zaszkodzi regułom gry, prawda?

* * *

4.
Dziewięć dni zajęło drużynie dotarcie do klifów brzegów Morza Zachodniego, ponieważ nie znaleźli na nieszczęście dobrego środka transportu. Droga zaczęła zbliżać się do morza i niedługo miała połączyć się z głównym, brukowanym traktem do Marinoru, a biegnącym z ciągłym widokiem na falujące wody. Trakt był już stary. Kiedyś, zanim okoliczna ludność nie rozkradła odcinka mewisańskiego drogi na budulec dla masowo tworzonych sto lat temu nowych miasteczek, znany był jako Wielka Droga Marinorska. Jednak wojny i niejaka rywalizacja handlowa, panująca miedzy Palatekiem a Wyrtten sprawiły, iż trakt podupadł, a najpopularniejszym transportem w okolicy stały się łodzie i statki. Drużyna jednak nie rozważała niuansów historycznych, gdy tylko wkroczyła na Trakt, postanowiła skierować się w przeciwna stronę od Marinoru. Zrobili tak, ponieważ niedaleko skrzyżowania, dwie godziny w stronę Palateku, znajdowała się pewna wioska. Zapasy znajdowały się na wozie, wraz z niektórymi przedmiotami codziennego użytku i zostało im tylko to, co mieli wtedy na plecach Sedy i Inrami- podręczny bagaż. Potrzebowali uzupełnić pewne braki i ta wioska była idealna. O południu dojechali do niegdysiejszej noclegowni kupców - małej, ale jeszcze noszącej ślady dawnej dobrej passy w postaci skromnej, ale ładnej i regularnej zabudowy, wioski Epoh. Przy samym wjeździe do wioski zobaczyli ciżbę starszych ludzi. Gadali oni głośno, wręcz krzyczeli podnieceni. 
-Nie, ona musiała z jakiego statku wypaść- krzyczał jakiś brudny dziad.
-A jak tu dotarła? Wpław? Nieprzytomna?! Toż to jaka magija...- siwobrody i włochaty jak na swój wiek człek zripostował.
- Demony! - teatralnie zakrzyknęła jakaś garbata staruszka.
- Panie, nie słuchaj tej głupiej! Ją syn raz na rok do świątyni Reh-tzika wozi i ogłupiała od tych bzdurnych kazań na starość. - powiedziała inna.
- A zamknij się, ty stara kurwo! - zripostowała garbata.
- A o czym tak tu debatujecie? - zapytała Inrami, by odciągnąć stare kobieciny od rychłej bijatyki.
- Widzisz panienko... - począł rozprawiać łysy i bezzębny kolejny z debatujących. – Morze zostawiło na plaży, zagrzebaną w poły w piasku kobietę. Stary Egmat ją u siebie w chałupie trzyma. O niej debatujemy. Eualia - wskazał na dewotkę. - chce ją spalić na stosie i uprzednio odciąć głowę. - na te słowa szczelnie opatulony odzieniem wampir wzdrygnął się. - Rodryk chce ją wydać za swego syna, a Jadwisia twierdzi, że to syrena i że rychło ta panienka bez wody zdechnie.
- Ciekawe - rzekła cicho Serubi. Zostawili ciżbę starców za sobą i ruszyli z wolna do wioski. Ludzie spoglądali ciekawie na egzotycznych przybyszy. Niektórzy spode łba, bo raczej nie byli ufni w stosunku do obcych, szczególnie takich, wśród których jest ciasno opatulona ciemnymi szatami niepokojąca postać i rycerz, któremu z okolicy atrybutu męskości wydobywa się co jakiś czas ciche "kurwa mać". Drużyna szła sobie przez wioskę, powoli, bo wszyscy byli już zmęczeni marszem, a szczególnie panie.
- Co robimy? - zapytał ślepa magiczka.
- Ja zbadałbym sprawę tej kobiety z morza. A nuż jakiś ślad? - stwierdził Kristo.
- A ja bym odpoczęła, za długo już łazimy bez chwili wytchnienia - zripostowała Inrami.
- Nie mamy czasu. On nie czeka. Idźmy do sklepu i ruszajmy w drogę.- zauważył Mortimer.
- Dupa tam. Wampiry się nie męczą. Ja bym piwska kufel wyżłopał- sprzeciw wyraził półork.
- Ja bym zobaczył tą „syrenę”...- zaciekawiony Sedy westchnął.
- Podzielmy się więc na dwie grupy. Ja idę do gospody - stwierdziła Serubi. - Kto ze mną?
Inrami, Gristel i Mortimer zgłosili chęć.
- Więc ja z Sedy'm idziemy zobaczyć tę morską dziewoję.
- Ruchać wam się dziwkę zachciewa - Xethonar wyraził swoje zdanie. Sedy i Kristo nie zważyli na to i ruszyli spytać o drogę do tej chaty, a reszta grupy podeszła pod rzeczoną gospodę. Ta była budynkiem okazałym, za dużym wręcz jak na tę wieś, widać, iż kiedyś służyła za nocleg grupom kupców z karawan. Nosiła przyjemna nazwę "Gniazdko Nadziei". Inrami przekroczyła ładne, drewniane odrzwia, za nią Gristel i Serubi i na końcu niezbyt lubiący takie miejsca z oczywistych przyczyn wampir. Serubi i Mortimer poszli usiąść w najdalszą wnękę, by nie wzbudzić zbytnich podejrzeń. Inrami i Gristel podeszli do kontuaru i zamówili trzy piwa - dla siebie i Serubi oraz wino dla wampira. Tymczasem czarodziejka i wampir szukali wolnej wnęki, lecz te były jak na ironie pozajmowane. Chodzili więc po kątach baru. Gdy mijali jedną z wnęk, nagle dobył się z niej czyjś głos.
- Hola! Co ja tu widzę?
Zatrzymali się i spojrzeli na właściciela głosu. We wnęce siedział dziwnie znajomy facet, wojownik jakiś, bo miecze dwa na plecach miał, obok niego nieco pulchna, choć urodziwa dziewka służebna, której, gdy zobaczyła gości, mina nieco zrzedła. A minę miała wyrażającą przyjemność, bo ten dziwnie znajomy wojownik jedną rękę miał zatopioną w jej dekolcie i podmacywał sobie tam pewne stałe walory kobiece. Na widok gości, wyjął dłoń z głębin bluzeczki dziewczyny i groźnie na nich spozierając, mówić z gniewnym tonem zaczął.
- No, no. Widzę, że Koniunkcja musi być już blisko zakończenia, skoro takie stwory jak ty pałętają się po porządnych wioskach, w dodatku w biały dzień!
Wojownik wstał i wyszedł zza stołu, stanąwszy naprzeciwko Mortimera, który odsłonił chustę z twarzy i wyszczerzył kły.
- Co ci do tego, prostaczku?- zapytał wampir- Nie mam złych zamiarów. Nie zmuszaj mnie do burzenia tu spokoju.
- Patrzcie, harda bestyja. Tak ci spieszno do spalenia, Nosferatu?
Tymczasem Gristel i Inrami wzięli nalane już trunki i ruszyła przez pełną miejscowych karczmę do reszty drużyny. Nie zdążyła jeszcze przejść przez centrum pomieszczenia, gdy z kierunku, w który szła, dosłyszała krzyki. Krzyki wydawały się znajome - znała ten głos. Pamiętała aż za dobrze.
- Zaraz pokaże ci parę sztuczek, brudny krwiopijco!
- Człowieku, usuń się stąd, bo spopielę cię w mgnieniu oka! - to głos Serubi.
Inrami upuściła napoje i ruszyła przez pomieszczenie ku wnęce, wyjmując swój długi sztylet w biegu. Przeskakując parę stołów, wprawiła w osłupienie nielicznych gości - głównie miejscowych chłopów, którzy raczej w swych umysłach ruchy kobiety utożsamiali z kuchnią, a nie akrobatyką. Niektórych aż zaparło z wrażenia, co gwarantowało niezły bałagan. Dobiegła wreszcie do przestronnej, ciemnej wnęki, gdzie zastała taką oto scenę. Za stołem stała Serubi, mamrocząc jakieś zaklęcie pod nosem. A przed stołem gotował się pojedynek. Po lewej stał Mortimer, odsłonił twarz i szczerzył swe kły, gotował już swoje pazury, przybierając pozycje do skoku. A po prawej... Ircaine, ze swoim niebezpiecznym ostrzem w dłoni i butą w oczach. Wyglądał trochę inaczej, jakby bardziej zmęczony, ale nie było pomyłki, Inrami w tej kwestii nigdy by się nie pomyliła.
- Ircaine !?
-Cholera...- Gristel wiedział co się święci.
Wojownik odwrócił twarz ku niej i aż go zaparło ze zdziwienia.
- Dziewica Ognia !?
Mortimer spoglądał zdziwiony to na towarzyszkę, to na Ircaine’a, parka pożerała się wzrokiem, oglądała się od stóp do głów, jakby czas się zatrzymał i świat zewnętrzny nie istniał. Serubi westchnęła.
- Co ty tu robisz, Ircaine?
- Co Ty tu robisz? Tyle cię szukałem!
Nagle posłyszeć można było stukot stóp o posadzkę i odsuwanie krzeseł od stołów. Wielu stóp i wielu krzeseł. Serubi pierwsza ośmieliła się przerwać rodzącą się konwersacje gołąbeczków, by poinformować ich, że właśnie otoczyła ich banda wściekłych miejscowych. - Hej! - krzyknęła - Nie chcę przerywać konwersacji, Inrami, ale spójrz za siebie!
Posłuchała, zwłaszcza, że Ircaine nagle przybrał postawę bojową. Odwróciła się, by zobaczyć gości karczmy, otaczających wnękę z niezbyt miłymi wyrazami twarzy. Przewodził im karczmarz, rosły chłop uzbrojony teraz w niemile wyglądający toporek.
-No, no! - odezwał się basowo. - A więc kogo my tu mamy?

* * *

Blaine przez te dziewięć dni nie próżnował. Pędząc nad falami morza, nieuchronnie zbliżając się na tereny zamieszkane przez ludzi, zbierał już armię. Julia była w pewnej szerokiej komnacie, pełnej dziwnych narzędzi i machin o nieznanym pochodzeniu. Było to niewątpliwie laboratorium. Gdybyśmy widzieli teraz spód piramidy, dowiedzielibyśmy się, po co. Mianowicie, dzięki zjawisku nieznanym w tym zapyziałym świecie, strefie zerowego ciśnienia, statek lecąc pchał ku dnu i wypierał do góry wszystkie kreatury z najstraszliwszych koszmarów, jakie można znaleźć w mrocznej głębi Morza Zachodniego. Wystarczą więc truchła tych potwornych istot, odrobina nekromancji (nauki, jaka w tym świecie zakazaną się jawi) i biotechnologii (której w tym prymitywnym planie egzystencji w ogóle nie poznano), a potworne hybrydy stworzą forpocztę armii nowego pana tego nędznego miejsca. Już stworzono ich wiele, a Julia właśnie pracuje nad jednym z doskonalszych wojowników. Pochyliła się więc nad truchłem olbrzymiego sharkina i zaczęła umieszczać w nim jakieś nieznane elementy z metalu. Praca nie była ciężka, ani długa, gdyż magiczne implanty same przerabiały morskie stwory na posłuszne i pozbawione własnej woli machiny wojenne.
Niedługo już zostaną też przetestowane. Przed piramidą widać było już bowiem delikatny, ale coraz wyraźniejszy i wyraźniejszy zarys linii brzegowej...

* * *

Sedy i Kristo stali nad łożem kobiety, którą przyszli zobaczyć. Jasnowłosa, blada i ładna dziewczyna siedziała na łóżku i patrzyła się niewidzącymi oczyma na drewnianą belkę sufitu. Sedy poznał tę dziewczynę, pamiętał jeszcze zajścia w swojej leśnej kryjówce. Bowiem tą pozbawioną jak się zdaje kontaktu z rzeczywistością, milcząco wpatrującą się w jeden punkt dziewczyną była Atena. 
- Mówiła coś w ogóle? - zapytał gospodarza, kruchego starca, Kristo.
- Nie, panie. Tylko bełkotała trochę. Dopiero niedawno obudziła się bidula i cały czas jest, o, taka.
- I nie pojawiła się tu dziwna, niebezpieczna kobieta w czerni, o krótkich włosach i z demonicznym uśmiechem?
- Nie, bogowie bronią, chyba, że jak spałem. - odkrywczo stwierdził staruszek.
- Dziwne. Skąd ona się tu wzięła?
Atena nadal gapiła się uporczywie w sufit, jakby szukała tam czegoś ważnego. Sedy pochylił się nad dziewczyną. Nie zdążył nic zrobić, gdyż zza okna doszedł dźwięk wielu stóp biegnących po drodze, a potem dzikie okrzyki.
- Diabły! Demony!
- Nie będziecie niszczyć naszej wioski!
- Kurwy!
- Siekać!
Nagle obok, za oknem wychodzącym akurat na trakt, przebiegł Gristel, za nim Inrami z Serubi prowadzoną, nie, ciągniętą, za rękę, potem jakiś śmiesznie ubrany wojownik na równi biegnący z Mortimerem, któremu dzień jeszcze nie pozwalał na lot. A parę sekund potem wrzeszczący tłum wieśniaków.
- Żesz ty...- Krista zatkało.
- Cholerni debile, znowu, na diabelski pomiot Baal-Hataka, wpieprzyli się w jakieś gówno- sarkastyczny beholder nie mógł się powstrzymać, słysząc chłopskie wrzaski słane za drużyną. Gospodarz zdziwił się mówiącym kroczem rycerza, a Sedy, widząc co się zaraz stać może, bez namysłu wziął lekką jak piórko Atenę na ręce i ruszył do drzwi. Kristo zagapił się, ale też wyszedł, choć zbroja utrudniała nieco wszelkie biegi. Wyszli i znaleźli się za plecami tłumu, goniącego towarzyszy.
- Nie dogonimy ich, mam za ciężką zbroje.
- Ale musimy im pomóc!
- Wyjdźmy z wioski drugim wyjściem. Potem ich znajdziemy...
Tłum dopędził wampira i wojownika, więc, zmuszeni, musieli walczyć z bogu ducha w gruncie rzeczy winnymi chłopami. Serubi przystanęła, i zaczęła ciskać czar Ogłuszenia, gdzie tylko mogła, ale miał on za mały zasięg. Inrami wyjęła sztylet i broniła dostępu do czarodziejki pospołu z Gristelem. Kilku chłopów oberwało i część pokaźnego tłumu gotowała się do ucieczki. Sedy i Kristo zauważyli, że tłum się zatrzymał i zwiewa, więc dołączyli do drużyny, przeganiając „tylną straż” chłopów. Ci najbardziej zapalczywi zostali miedzy groźną bandą, a wyjmującym miecz Kristem.
- Poddajcie się, nie chcemy waszej krzywdy.
Pewnie i by się poddali, ale karczmarz, będący najcharyzmatyczniejszą osoba z tych kilku ostatnich sprawiedliwych, twardo się zapierał.
- Nie dam pomiotom żyć!
Chłopi stali więc, niewzruszeni, ale nawet karczmarz nie miał jakoś ochoty uderzyć pierwszy, więc mierzył się wzrokiem hardo z Mortimerem. Sytuacja robiła się irytująca. Nagle zrobiło się ciemniej i dało się posłyszeć jakieś dziwne buczenie. Ziemia poczęła wibrować. Wszyscy zaczęli się rozglądać i szybko znaleźli przyczynę. Znad morza leciała nad wioskę wielka, metalicznie połyskująca piramida, przysłaniając słońce. Wszystkim szczęki opadły ze zdziwienia. A potem oczy rozszerzyły ze strachu, gdy wystrzeliwać zaczęła wiązki światła w domy stojące na brzegu, powodując wybuchy. Chłopi rozpierzchli się w panice, gdy na dodatek jakieś ciemne kształty wyłaniać się zaczęły z ostrosłupa i lecieć z zawrotną prędkością ku zgromadzeniu.
-Co to jest?- panikując krzyknął Sedy.
-Jedni bogowie wiedzą- zakrzyknął Kristo.
-Panowie, radzę spierniczać. Lecą na nas!- Gristel wykazał się rozsądkiem.
-Boże, to są... wielgachne, latające sharkiny!
Rzeczywiście. Pruły ku nim cztery morskie bestie, tyle, że z potężnymi nietoperzymi skrzydłami w miejscu płetw i dziwnymi naroślami na ciałach. Ale potężna grzbietowa płetwa nie pozostawiała wątpliwości - to były sharkiny. Zaczęli uciekać, ale było za późno. Sharkiny spadły na chłopów, rozszarpując na kawałki. Jeden doleciał do Mortimera, wampir w porę uniknął giganta i wbił mu pazury w ciało, trzymając swą ogromną siłą w miejscu nad ziemią. Dołączył się Gristel i począł rąbać cielsko. Następne leciały. Sedy z Ateną ukrył się między dwoma chatami. Serubi w najbliższego puściła kule ognia. Gristel i Mortimer sprowadzili swojego na ziemię i cieli, aż zgasł dziwny, czerwony blask w jego oczach. Serubi ciskała pociski w następne, a te wybuchały w powietrzu. Inrami i Ircaine wyjęli broń. Kristo także gotował miecz. Kolejne promienie spadały na domy, powodując pożary. Sedy modlił się, by minęły te dwie chaty, we wnęce między którymi siedział z Ateną. Sharkiny leciały falami, kolejna skierowała się ku biegającym z krzykiem i w panice mieszkańcom wioski. Drużyna szukała wzrokami najlepszej drogi ucieczki, a martwa bestia obok nich zaczęła puchnąć. Nagle oczy bestii zajarzyły się intensywną czerwienią.
-Uwaga! Uciekajcie!- zauważył to wampir, a potwór zajarzył się czerwonym blaskiem od wewnątrz. Wszyscy zaczęli biec w różne strony. Kristo najwolniej z powodu swej zbroi, więc wampir wziął go za ręce i pociągnął dzięki swej nadludzkiej sile. W porę, bo sharkin eksplodował żywym ogniem buchając. Wszyscy upadli pchnięci siłą wybuchu. Sedy, na szczęście wydostał się z wnęki po drugiej stronie, w ostatniej chwili, gdyż ściany między którymi był akurat ucierpiały bezpośrednio od eksplozji. Inrami znalazła się wraz z Serubi, którą ciągnęła za rękę biegnąc, obok dużej chaty, z dala od miejsca wybuchu. Gristel znalazł ukrycie za studnią i nie trafiły go odłamki cegieł z domów rozwalonych eksplozją. Pył opadł i w dalekiej, lecz wciąż niebezpiecznej odległości od czarnej plamy, jaka została po sharkinie-bombie, drużyna dostrzegła kształt rycerza na ziemi. Nie bacząc na to, że wioska nadal była pod ostrzałem powietrznej fortecy, Gristel i Inrami wybiegli do niego. Inrami odetchnęła z ulgą- mimo, że nieco poparzony, żył. Beholder w swym naczyniu też- gdy tylko wyjęli go na światło, zaczął skrzeczeć i miotać bluzgi. Wzięli rycerza w ukrycie, ułożyli na płaszczu, poluzowali części ekwipunku mogące utrudniać oddech, położyli obok niego jego miecz i czekali na uspokojenie sytuacji. Tymczasem forteca zdążyła przelecieć nad wioską i oddalała się ku głębi kontynentu. Nieliczne bestie latały jeszcze w powietrzu. Serubi naprędce wyszeptała kilka inwokacji magicznego pocisku i udało jej się strącić dwa. Miała nadzieje, że nie wybuchną przy mieszkańcach. Niemniej, niespodziewany atak skończył się niespodziewanie szybko. Widać właściciel latającej fortecy zniszczył większą część wioski bez powodu i nie zamierzał się nawet na chwile tu zatrzymać. Wszyscy byli przybici: zaznali właśnie potęgi kogoś, na kogo chcieli się porwać. I bogowie świadkami, nie chcą znowu jej zaznać. Ale sytuacja szybko zrodziła pytania i klęczący nad nieprzytomnym Kristo Gristel i Inrami zadali je cokolwiek retorycznie.
- Gdzie Sedy?
- Nie widziałam go, wydaje mi się, że chował się gdzieś...- zamyśliła się Inrami
- A Mortimer?
- Był z nim- pokazała na Kristo i ich spojrzenia spoczęły na mini kraterze, powstałym w miejscu, gdzie eksplodowała feralna bestia.
- Nie, nie... To niemożliwe. Nie mógł się przecież poświęcić dla niego. W końcu to wampir. Wampir poświęcający się dla człowieka? Nie wierzę.
- Ale go nie ma, Gristel?
- Żyje- wtrąciła się Serubi
- Skąd ta pewność?
- Zdążyłam go poznać dość dobrze. On coś wymyślił.
Nagle usłyszeli kroki za sobą. Serubi już chciała rzucić zaklęcie, ale to zza chaty wyszedł Sedy z Ateną na rękach.
- Dobrze. Jednego zgubionego mamy.
- Ech, niezły bałagan...- Sedy był nieco oszołomiony szybką destrukcją Epoh.
- Mam nadzieje, że wszystkie bestie się ulotniły. Ale zaraz? A ten twój gach?- Gristel spytał Inrami, która samą już miną wykwitła na jej twarzy po usłyszeniu pytania zabijała.
- Nie mam pojęcia. Skąd niby miałabym wiedzieć, he?
- Tak tylko pomy...
- Nie kłopoczcie się mną. Jeszcze was nie opuściłem.
Wszyscy (prócz Serubi i Kristo naturalnie) spojrzeli ku dachowi na w poły zrujnowanej chaty, znajdującej się po ich prawej. Na belce stropowej siedział Ircaine, bryza rozwiewała mu płaszcz i długie włosy. Uśmiechał się niesympatycznie. A dwa miecze trzymał jakby od niechcenia w dłoniach. 
- Jaka strata. To była w sumie ładna wioska. Brawo, w kłopoty potraficie się wpakowywać idealnie. A teraz do rzeczy. Ja, Ircaine, były sługa Kapituły, mam do was pewną sprawę. Wampir gdzieś się zmył, szkoda, zagotował mi krew i chętnie bym pokazał mu stopień mojego wyszkolenia. Trudno, ale potrzebuje czegoś od was. A właściwie to nawet dwóch rzeczy.
- I co to by miało być?- Gristel miał ten rodzaj uśmieszku na twarzy, jaki wskazywał zwykle, że ktoś zaraz oberwie toporem.
- Dziewica Ognia, oczywiście. I Atena.
- Ech, myślałem, że ten cyrk z przepowiednią Meariona mamy już za sobą. Inrami nie jest żadną Dziewicą Ognia!
Uśmiech Ircaine’a robił się szerszy i coraz nieciekawszy.
- Możliwe, nawet. Ale ma pewne inne... interesujące mnie walory.
- Tja, nie wątpię. Ale po co ci ta wariatka Atena?
- To teraz wrak człowieka- wtrącił się Sedy.
- Powiedzmy, że warunkują to dawne czasy. Nie wiecie pewnie, ale Atena należała do Kapituły. Była rywalką Zili... ale to w sumie historia nie dla was. W każdym razie, wspólna przeszłość obliguje mnie do zajęcia się nią, nieprawdaż?
- I myślisz, że oddamy jakiemuś obcemu typowi naszą przyjaciółkę?
- Ja to wiem.
- Ej, a może ktoś by mnie spytał o zdanie, do cholery?- Inrami była czerwona ze wściekłości, wyjęła sztylety i raczej miło nie wyglądała.
- No więc, Inrami, jakie jest twoje zdanie?- Ircaine wlepił w nią wzrok. Ona zaczerwieniła się, gdy ich spojrzenia się spotkały i opuściła sztylety... nieco. 
- Inrami nie ma teraz głowy do decyzji. Daj nam spokój.
- O nie, o nie. Widać jeszcze dojdzie dziś... do walki!- zeskoczył na ziemię i stanął naprzeciwko drużyny. Gristel dał krok w przód ku niemu i przygotował lutnię do walki.- Zapalczywy półorku...

* * *

Mortimer wisiał wczepiony pazurami w metal piramidy. Znalazł miejsce, gdzie zdołał wbić swe szpony, ale nie sądził, by zdołał się długo utrzymać, zwłaszcza w powietrzu, gdy wiatr bił w niego z niesamowita siłą. Wspinać się też nie dało. Pod budowlą przewijał się krajobraz okolicznych lasów. Punkt pierwszy zaliczony: dostał się na piramidę. Teraz miał problem z punktem dwa: dostaniem się do piramidy. Czuł, że jego nadnaturalnie i tak silne mięśnie zaraz nie wytrzymają wiszenia.
- CIEKAWE- usłyszał nagle w swej głowie.
- Co? Kim jesteś? 
- BRAWUROWA AKCJA, WAMPIRZE. ODWAŻNA BESTIA Z CIEBIE. OPUŚCIŁEŚ TOWARZYSZY, BY SAMEMU ZMIERZYĆ SIĘ... ZE MNĄ?
- Oni nie mają sił na ciebie. Ja przynajmniej posiadam pewne zdolności...
- CIEKAWY OKAZ. POTWÓR ZAMIERZA RATOWAĆ ŚWIAT. IRONICZNE WOBEC KLASYCZNYCH SCHEMATÓW.
- Może wcale nie chcę ratować nic? A może nie tylko ratować?
- CHCESZ SIĘ SPRÓBOWAĆ? NIE TYLKO ODWAŻNY, ALE I AMBITNY. BAWISZ MNIE, KRWIOPIJCO.
- Księgi Azylu dużo mnie nauczyły. Nie ignoruj mnie, Blaine. 
- HAHAHA!!! JESTEŚ POCIESZNY... TAK ZABAWNY, ŻE AŻ WPUSZCZĘ CIĘ DO MOJEGO SKROMNEGO MIESZKANKA.
Nagle, kilka metrów nad głową wampira, w ścianie piramidy otworzył się wielki korytarz. Wampir oderwał się od ściany i podleciał do niego. Gdy stanął na nogach, metal zamknął się za nim. Gdyby był człowiekiem, już by nic nie widział- zapadła ciemność. Ale nie był człowiekiem.
- A TERAZ SIĘ POBAWIMY, MORTIMERZE! SZUKAJ MNIE!

* * *

Gristel zaszarżował na łowcę, ten uniknął centralnego zderzenia z toporem trubadura, ale sam nie zdołał sieknąć adwersarza. Walczył jednym mieczem, drugi schował do pochwy nie wiedzieć czemu, więc tu półork miał nieco przewagi. Gristel przeciął powietrze po raz drugi, ale Ircaine okazał się bardzo szybki. Walnął na odlew, trafił jednak tylko w miecz łowcy. Ten ciął z szermierską gracją, ale z kolei półork sparował. Z lutni posypały się drzazgi, gdy cios wyrył w niej rysę. Nagle Ircaine wykonał jakiś gest wolną ręką i wiadomo już było, czemu schował drugi miecz. Z ręki wytrysnął promień, który odepchnął półorka na ścianę chatki. Ten momentalnie wstał, ale łowca tylko się śmiał.
- Jesteś nieco kiepski jak na taką butę, jak twoja.
Półork zaszarżował groźnie, ale Ircaine z niesamowitą precyzją uniknął uderzenia masywnego ciała i wszystkich wymachów toporkiem. Sam skontrował, raniąc półorka lekko w ramię, nie na tyle jednak, by unieruchomić rękę. Gristel zaczął wściekle napierać, Ircaine cofał się, ale unikał wszystkich, zdawałoby się kompletnie celnych, ciosów. Reszta drużyny wietrzyła podstęp, Serubi czuła jakąś dziwną magię emanującą od wroga Gristela, ale zasady pojedynku jeden na jeden nie pozwalały im się włączyć. Ircaine skontrował, półork unikał i odbijał ciosy miecza. Nagle, drugą ręką wciąż atakując mieczem, łowca rzucił kolejny czar. Gristel upuścił broń, padł szybko i złapał nogi adwersarza, sprowadzając go do parteru i wytrącając broń, zaklęcie wystrzeliło w niebo bez efektu. Półork trzymał mocno nogi Ircaine’a. Sytuacja patowa, nieco groteskowa, bo Ircaine zaczął tłum ręką w ręce Gristela. Półork wiedział co robi: leżąc na ziemi i będąc trzymanym przez niego, przeciwnik nie zdoła skupić się na tyle, by rzucić czar. Ircaine klął i młócił ręką, druga bezskutecznie sięgał po miecz, ale był za daleko, a żelazny uścisk półorka nie pozwalał na skuteczniejsze manewry.
- Kurwi synu! Myślisz, że jesteś taki sprytny, orczy pomiocie?!
- To ty leżysz i nie dajesz rady cokolwiek zrobić!
- Tak myślisz? Dość pieprzenia się z głupotami. Mam swoją misję i muszę jej sprostać. Przykro mi, walka z tobą była ciekawa, ale muszę skończyć zabawy. Do widzenia!- po tych słowach Ircaine zaśmiał się i nagle wystrzelił z uścisku ciemną strzałą w niesamowitym pędzie, niemal łamiąc półorkowi ramiona, wystrzelił ku Inrami. Ciemna smuga dobiła do dziewczyny. Gdyby ludzkie oko notowało w mózgu tak szybko przewijający się obraz w zwolnionym tempie, widzielibyśmy Ircaine’a łapiącego Inrami w pasie i chwytającego pod jedna rękę z zaskakującą siłą, mimo uderzenia sztyletem w skórzaną zbroję-kurtę i uderzenia ręką w podbródek, gdy sztylety wypadły jej z rąk. To wszystko działo się w ułamku sekundy, on wystrzeliwał już ku Atenie klęczącej bez świadomości u stóp przerażonego Sedy’ego.

* * *

- Nie może jej zabrać!
- Nie można zwlekać, obudź ją teraz!
- Nie zniszczysz naszego planu! Ani ty śmiertelny, ani Blaine!
Stwórca skupił całą swą niebotyczną dla ludzi, choć nie nieograniczoną moc, na świecie naszej drużyny i uruchomił po raz kolejny Przeznaczenie...

* * *

...Sedy nagle skoczył ku leżącemu Kristo, złapał jego miecz i ciął na odlew w zbliżający się cień. Nagle rozległy się dwa krzyki. Jeden męski, gdy Ircaine zatrzymał się w niesamowitym pędzie, rzucił Inrami na ziemię i wpatrywał się w kikut swej prawej dłoni, która uderzyła o ziemię, plamiąc ją krwią. Drugi należał do Ateny. Inrami podniosła się i rzuciła na oszołomionego łowcę. Ten kopnął ją bezceremonialnie i wypowiedział jakieś słowo. Niebieski pocisk wyleciał z jego zachowanej lewej dłoni i trafił w wojowniczkę, usypiając ją. Czarował nie skupiając się! Serubi zrozumiała nagle- on miał gdzieś przy sobie starożytny artefakt, sekwencer zaklęć, uruchamiany na słowo-klucz. Zaczęła szeptać czar i skupiać moc. Sedy stał z zakrwawionym mieczem tuż przy groźnie spozierającym łowcy i nieprzytomnej Inrami. Gristel biegł ku nim, Serubi prawie kończyła czar, beholder krzyczał coś niezrozumiałego z gaci nieprzytomnego Kristo. Atena cały czas krzyczała okropnie, rozglądając się na wszystkie strony. Jednak Ircaine nie zaatakował młodzieńca. Wypowiedział słowa:
- Azrak Ahmiel Sadakh!
Nagle otoczyło jego i Inrami czerwone światło. Ich sylwetki zaczęły się zamazywać, stawały się przeźroczyste.
- Zaleźliście mi za skórę. Nigdy jeszcze nie musiałem używać sekwencera w walce! Teraz się żegnam. Nie obraźcie się, wezmę sobie jako rekompensatę za rękę Dziewicę ognia!
Ostatnie słowa zawisły w powietrzu już gdy czerwone światło zabrało gdzieś Ircaine’a i Inrami. Wszyscy byli zaskoczeni wycofaniem się łowcy i wydarzeniami jakie tu zaszły. Atena przestała się drzeć i skupiła wzrok na Serubi.
- Gdzie ja jestem?- spytała.
Zaskoczenie dla Sedy’ego podwoiło się.

EPILOG:
Siedzieli na klifie wkoło ogniska, w bezpiecznej odległości od traktu. Morze Zachodnie szumiało niespokojnie. Mieli mało czasu. Wydostali się z częściowo zniszczonej wioski, gdzie nikt nie przyjąłby ich ciepło. Siedzieli smętnie, patrząc się w ogień. Rozmawiały tylko Serubi i Atena. Kristo, odkąd oprzytomniał, był jeszcze nieco oszołomiony i mało się odzywał, oparzenia nieco mu dokuczały. Sedy cały czas nie mógł się pozbierać po swoim brawurowym czynie. Patrzył się tylko na Atenę, jak w obrazek. Gristel brzdąkał nieśmiale i niewesele na lutni, zamyślony. Słońce zaszło właśnie na dobre.
-A więc nic nie pamiętasz? Ani jak tu się znalazłaś, ani co się z tobą działo?- Serubi nie widziała Ateny, ale czuła magiczny potencjał dziewczyny.
- Ostatnie co pamiętam, to budynek Kapituły i zaklęcie uciekające z mej kontroli.
- Jesteś magiczką Kapituły... Dziwne, nie słyszałam o tobie...
- Kapituła nie ujawnia najwyższego Kręgu swej hierarchii. A ja w nim byłam...
- Nie wiem co o tym myśleć. Ten cały bałagan jest tak dziwny...
- Mam sugestię, drogie panie- nagle odezwał się Gristel- Może zamiast identyfikować tożsamość naszej nowej koleżanki, wymyślilibyśmy co dalej? Co z Inrami? Gdzie Mortimer?
- Trzeba znaleźć Inrami- zgodził się niespodziewanie Kristo- Tylko jak?
- Nie mam pomysłu. Gdzie on, ten Ircaine, mógł się schować?
Chwila milczenia, konsternacja, nagle odzywa się Atena.
- Wiem gdzie on mógł się schować. Znałam go wcześniej, znam też jedno takie miejsce. On może być w Domu Cieni.
- Gdzie?- spytała Serubi.
- Dom Cieni. Jako łowca zajmujący się między innymi eksterminacją zdradzieckich Cieni łamiących pokój shivański, miał prawo tam przebywać. To dobra kryjówka.
- Dobrze, wspaniale, ale na zgniłe zęby sukinsyna Mieura, przypomnę wam o czymś. Jest taki jeden suczy pomiot, Blaine! Jak mi się zdaje, mieliście mu z lekka przypierdzielić. A wy chcecie zaufać jakiejś przybłędzie i lecieć do jakiejś chędożonej wieży. Amatorzy...- beholder nieoczekiwanie postanowił wspomóc zebranych dobrym słowem.
- Inrami jest z nami od początku. Trzeba jej pomóc. Ja jej pomogę!- Gristel aż nadto zdecydowanym tonem zadeklarował się, ogniki gniewu pełgały w jego oczach.
- Jestem za- Kristo dołączył się.
Sedy milczał. Ogień trzaskał i syczał.
- Ona przeszła najwięcej z nas. Raz już ją ratowałam za wszelką cenę. Nie traćmy jej po raz kolejny. Pytanie: czy możemy zaufać Atenie?- spojrzała na rzekomą wysoką magiczkę Kapituły. Ta nic nie mówiła.
- Myślę, że trzeba.- Sedy nagle przerwał swe milczenie.- Ona jest naszym jedynym tropem? Poza tym, nie śmiejcie się, czuje, że ona jest nam potrzebna.
- A może tobie, o panie myślący członkiem?- Xethonar ukąsił swym jadowitym językiem we właściwe miejsce, bo Sedy z lekka się zaczerwienił, niezbyt męsko.
-Uciszcie tego żałosnego stwora. Nie okłamuje was. Zresztą, gdzie mam się podziać. Kilka godzin temu obudziłam się z jakiegoś koszmarnego snu. Nie mam nawet pojęcia, co się dzieje. Mogę wam pomóc. Mam duże umiejętności, wiem, co potrafi Ircaine... 
-Głosujemy?- spytał rozdrażniony Gristel.
-Chyba nie trzeba...- Serubi już wiedziała, że nowym celem wyprawy na razie stało się odbicie Inrami.

* * *

Inrami leżała w pomieszczeniu okolonym zdobnymi kolumnami, na niezbyt pasującym do starożytnie wyglądającego otoczenia zwykłym łóżku. Ktoś zdjął jej wszelkie uzbrojenie i ekwipunek, zostawiając koszulę i spodnie. Patrzyła się wkoło. Sala był dość rozległa, sufit zrobiony z nieobrobionych kamieni. Oświetlały ją dziwne, jarzące się słabo bladym błękitem kryształy. Panował więc dziwny półmrok. Drzwi były na prawo, to wiedziała. Ircaine, drań, podszedł ją. Ale nie wiedziała co robić. Była wydana na jego pastwę, ale pewna część jej umysłu nie martwiła się tym. Przecież on jej nie skrzywdzi- gdyby chciał, zrobiłby to wtedy, w lesie Koralskim. A i ona nie chciała mu zrobić krzywdy- właściwie nie broniła się, gdy ją uprowadzał. Chociaż kopnął ją, to wiedziała, że był oszołomiony bólem i chciał szybko działać. Ircaine przerażał ją tylko tym, że reagowała na niego...TAK jak wtedy w lesie. Nie wiedziała jednak nadal, gdzie jest. Czyżby to była jakaś sekretna siedziba tej jego organizacji? Miejsce wyglądało na bardzo stare i raczej opuszczone. Westchnęła. Nie wiedziała, jak zareaguje, gdy on wróci. Bała się. Ale też niecierpliwiła.

* * *

Noc była ciemna i Mordred obudził się - dosłownie i mentalnie. Słyszał cichy szept. Księżyc wpadał przez okno, oświetlając sypialnie na pierwszym piętrze miejskiej kamienicy, w której stały trzy łoża - na jednym siedział Mordred, na drugim chrapał stary człowiek, a na trzecim jakaś mała, najwyżej ośmioletnia dziewczynka. Mordred miał pustkę w głowie - nie wiedział gdzie jest i co tu robi z tymi ludźmi. Pamiętał jaskinię... i księżniczkę... Inrami, ta nieżywa niemal dziewczyna, którą znalazł! Ale jej tu nie było. Spojrzał w okno, za oknem było jakieś miasto, ciemne kontury zabudowy odcinały się od granatowego nieba, w dali widać było wieże zamku. Poczuł się zaniepokojony.
-Wstań. - jakiś męski, ciepły głos przemówił do niego. - Jestem w pokoju obok.
Posłuchał i przekroczył niepewnie próg wiodący tam. Na krześle, przy skleconym z kilku desek stole, siedział jakiś mężczyzna w dziwnej białej szacie. Gdyby Mordred miał wiedzę naszej drużyny w zanadrzu, wiedziałby, że jest to samozwańczy Demoniczny Pan Mewisaan, domniemany syn Serubi z przyszłości. Ale Mordred nie mógł o tym wiedzieć. Gość wskazał mu drugie krzesło i gestem nakazał, by młody rycerz na nim spoczął. Ten, nie wiedząc w ogóle co robić, siadł bez obiekcji ni pytań.
- Mordredzie, masz ważne zadanie.
- Czemu ja?
- Bo jesteś dzielnym młodym paladynem. I chcesz być herosem. To zadanie ma kluczową rolę w historii tego świata. Musisz mi zaufać. - nagle wykonał dziwny gest palcami. Gdyby Mordred znał się na magii, mógłby obronić się przed hipnotyzującym zaklęciem. Ale Mordred na magii się nie znał.
- Chcę być herosem...
- Na parterze tego domu śpi kobieta - opiekunka pewnego dziecka, które leży w kołysce obok niej. Musisz wziąć to dziecko i zabrać je w bezpieczne miejsce. 
- Gdzie mam je wziąć?
- Sny ci pokażą. Od teraz słuchaj snów.
- Dobrze. Jak ci na imię?
- Nie jest to teraz ważne. Spiesz się. IDŹ!
Posłuchał. Niestety.
W swojej siedzibie na samym dnie Otchłani, mag-demon znany w świecie ludzi jako Berezen, śmiał się do rozpuku. Demony mają inne pojęcie na temat czasu i przestrzeni, a całkiem ludzki spryt mag połączony z nie mniejszym sprytem demona, bo oboma tymi istotami przecież był, pozwolił stworzyć długofalowy plan, który udaje się teraz wypełnić. Zruchanie tamtej ludzkiej, żałosnej kurwy nie tylko sprawiło piekielnej istocie przyjemność, jakiej rzadko doznaje w swej nudnej egzystencji, ale też dało agenta w ludzkim świecie- syna demona. Jeśli ten idiotycznie głupi rycerzyk dał się omamić do cna, jego syn uchowa się przed pochodem Blaine'a i jeśli tej śmiesznej drużynie uda się to, co im nakazał, oczywiście z małą pomocą losu i gry Stwórców, której demon także był świadom, to za trzydzieści lat nie szalony Stwórca będzie rządził światem, lecz on, szalony mag-demon z Otchłani. I wreszcie zmieni nudę w wieczną zabawę.
Berezen sam napawał się swą mądrością, bo w Otchłani nie było nawet najmarniejszych pochlebców. Ale i ten brak wkrótce się nadrobi...

* * *

-Nasz pionek chyba nie kwapi się do spotkania z Blaine’m?
-Trzeba ją nakierować na jej cel. Gdyby nie my, nie żyłaby. Była tylko nośnikiem Blaine’a, więc teraz będzie czymś podobnym dla nas. Jest w naszej mocy, pamiętaj. Użyjemy Ateny właściwie. Na razie, zobaczmy co zrobi Blaine. Może być ciekawie.

* * *

Mieur rwał włosy z głowy. Przez ostatnie dni dostał tak wiele niepokojących, złowieszczych i szalonych wieści, że teraz był na skraju rozpaczy. Po krótkim spokoju wszystko znowu uwzięło się na jego królestwo. Armia Durkha Zimnego otrząsnęła się po hańbie w Wyrtten i zdecydowała się wrócić złupić Palatek. Nie spieszyli się w marszu, ale za niecały tydzień staną pewnie przy murze Maab. Pocieszał się nieco tym, że sam Marinor nie ma lepiej - gdy opuściły go wrogie siły, Sorekhar odetchnął z ulgą, ale nagle z nieba zaczęły na jego państwo spadać groteskowe stwory, pustosząc tereny i powodując panikę wśród ludu. To jednak nic - w samym Maab wybuchły zamieszki na tle rasowym z dużym udziałem bardzo złej sekty łysych ludzi, zdobywającej wielką popularność wśród młodych mieszkańców. Na domiar złego, na artystę-kapitana straży Mitarena spadł mini-meteoryt znikąd, gdy ten malował pijany starcia krasnoludów z łysolami. W dodatku lud prosty bajał, jak odnosili mu poddani, o coraz dziwniejszych zdarzeniach w okolicy. Podobno w jakiejś karczmie pojawił się kot w czapce i gadający osioł. Na wioskę Khentaki spadł deszcz pieczonych kurcząt - nadających się do natychmiastowej konsumpcji! W nocy na niebie mnisi z odosobnionego zakonu dostrzegli zwiastujący nieszczęście Dziki Gon, podobno byli trzeźwi. Dostawa krasnoludzkiego piwa do oberż i przybytków Maab zmieniła się samoistnie w pięć beczek pełnych goblinich szczyn. Wilce wyszły z lasu i owce porywają, zombie spacerują po cmentarzach w biały dzień, ładne dziewki w ciągu jednej nocy zmieniają się w odrażające paszczęcia, a Mieur sam doświadczył zła tego świata, gdy w jego prywatnej królewskiej wygódce zaatakowała go gigantyczna istota o formie pełzającego kisielu. Król Palateku przekonywał się właśnie, że niebezpieczeństwa i katastrofy opuściły jego kraj tylko po to, by przegrupować się i przypierdzielić weń z potrójną mocą. I ta barbarzyńska armia...
Noc była ciemniejsza niż wszystkie poprzednie noce. Dzień jednak nie wydawał się Mieurowi ani trochę jaśniejszy. 

* * *

Blaine, po incydencie z wioską i spaleniu kilku innych, znalazł się na wybrzeżach Wyrtten. Jego pionki zaczynały powoli przeważać w boskiej grze, choć opozycyjni Stwórcy także mieli atut w postaci pewnej byłej czarodziejki Kapituły, porzuconej nieopatrznie przez Blaine'a. Była jeszcze trzeci, mniej niepoznany, ale równie niebezpieczny gracz. Jego jedyny, ale silny pionek właśnie zmierzał w stronę niedostępnych państw północy, niesiony rękoma pozbawionego własnej woli Mordreda.
Rozgrywki w końcu wkraczały w finałową fazę.

Józefów, 14 kwietnia – 16 maja 2005 

Wielkie dzięki dla Laurelina za rady i dla NoNamemaNa za korektę i analityczne wytykanie błędów.

 
M.Bizzare [mareckgrzywatsz@wp.pl]

|strona 44|