spis treści | poprzednia strona | następna strona
42 Coastrage: Przeznacenie

Rankiem straż królewska otwierała bramy miasta. Dobrze, że Taco dał im kilka zapasowych szat, ponieważ Xaras musiał ukrywać swoją twarz pod kapturem. Elfowi przydałaby się teraz jego szata z Granitowego Smoka....ale aktualnie była przy Meribrathen.
Wędrowali ulicami Gorack. Dookoła porozstawiane były różne stragany, grali muzycy na przedziwnych instrumentach, występowali akrobaci. Tak pięknie....tak wesoło....Elf czuł, że swym przybyciem może zakłócić szczęście tych ludzi. Jednak ,jak to powiedziała wyrocznia, to on „był światłem”.
Xaras cieszył się przybyciem do stolicy. Przecież tu spędził swoje dzieciństwo. Bardzo chciał zrzucić ten ciasny kaptur, lecz nie mógł. Zastanawiało go, czy jego dawny przyjaciel – Izyt Marco – jeszcze mieszka w Gorack. Żeby się o tym przekonać, trzeba by go odwiedzić.
Doszli na Aleję Snów. Argon zapukał do starych, glinianych drzwi. Po chwili pojawił się w nich sędziwy Izyt z długą, siwą brodą.
- Kim jesteś, chłopcze? – zapytał drżącym głosem. 
- Marco, czy wiesz kiedy odbywa się najbliższe święto Cieni? – zapytał Argon.
- Hm, za parę miesięcy odbywa się ich święto Chaosu...lecz...po co ci to....Xaras?
- Nie tak głośno, Marco. – szepnął Xaras do starca i wszedł wraz z Kerdem i Harikassim do środka.
Izyt od razu uściskał starego przyjaciela i zrzucił mu kaptur.
- Och Xaras! Tak dawno cię nie widziałem. W ogóle się nie zmieniłeś...och
- Za to ty Marco....co się z tobą stało? 
- Ech...przecież wiesz, że Izyci żyją stosunkowo krótko...
- Fakt. – posmutniał Argon. Jednak po chwili się rozchmurzył. – Co tam u ciebie?
- Jakoś żyję. Udzielam korepetycji z Języka Cieni bogatym mieszczanom. Łatwa robota, a Stylle sypią się kilogramami. 
- To wspaniale!
- A kim są twoi towarzysze? – zapytał Marco przyglądając się podejrzliwie milczącym osobnikom. 
- Ach. I tu mam niespodziankę dla ciebie. Przypatrz się uważnie. Spójrz głęboko w oczy Elfa. – starzec wykonał polecenie Argona. Zmrużył oczy, podrapał się po głowie. Ze zdumienia otworzył usta.- Kerd? Mały Kerdzik? To niemożliwe!
- A jednak. – przytaknął Xaras.
- Przecież ten Gerard......wiedziałem! Od początku wiedziałem, że to oszust! Kerd! Niech cię uściskam! – Izyt przytulił maga tak mocno, że ten aż stracił oddech.
- Spokojnie.- odparł Kerd. – Bo mnie udusisz. 
- Rozumiem, że chciałbyś odebrać tron temu oszustowi? 
- Ma się rozumieć. – potwierdził Elf.
Marco zaparzył herbatę swoim gościom oraz dał im trochę jentowej zupy. Gładził swoją brodę ręką pijąc jakieś lekarstwa. Po chwili zapatrzył się w okno. Myślał. Zwrócił się do gości:
- Chcielibyście się dostać do pałacu, nie? 
- Oczywiście. – rzekł Kerd opychający się zupą. – Tylko nie wiemy jak. Pałac jest dobrze chroniony, nie poradzimy sobie z tyloma strażnikami naraz.
- Strażnicy...phi! Co za problem.... – powiedział z ironią Xaras, który miał twarz ubrudzoną zupą. 
- Oj Xaras. Zawsze taki byłeś....zgrywasz twardziela, mówisz, że zawsze każdego pokonasz. Widzę, że po tylu latach nadal nie przeszło ci twoje samouwielbienie. 
- Samouwielbienie? Ja tylko stwierdzam fakty. – odrzekł Argon, Marco zaśmiał się. – Co?
- Nic. – odparł Izyt i zwrócił się do Kerda. – Kerd, może już dawno nie bywałem na zamku, jednak po mojej służbie został mi klucz do tajnego przejścia.
- Jakiego przejścia? – zdziwił się Elf.
- Z bocznej strony pałacu, za krzewem przypominającym kształtem smoka jest mała dziurka w ścianie. Jak włożysz tam pewien przedmiot, to ściana się odsunie i wejdziesz do katakumb. 
Imperatora trzymali jacyś dwaj umięśnieni Retsici. Na szyi miał założoną obrożę uniemożliwiającą rzucanie czarów. Wrzucili go do celi. Rith wykrzyczał:
- Jak śmiecie tak robić! Jestem waszym władcą! Żądam wyjaśnień! Nie pozwalam! Zostaniecie skazani na kamieniołomy! – na te słowa Retsici wybuchnęli śmiechem. Jeden z nich odrzekł:
- Zostałeś obalony przez twojego własnego syna. – uśmiechnął się chytrze. Rith spojrzał na niego jak na szaleńca:
- Co ty wygadujesz! Mój syn nigdy by nie pozwolił....
- To gdzie on jest w tym momencie? – skończył Retsit. Obaj żołnierze wyszli zatrzaskując za sobą drzwi. Imperatorowi spadła korona z głowy i roztrzaskała się o zimną, kamienną posadzkę. Dźwięk przełamywanego metalu potoczył się echem po katakumbach...
Kerd siedział na krześle uderzając bezcelowo palcami w blat stołu. Tak bardzo chciał odzyskać tron, ale wiedział jakim Gerard jest potężnym przeciwnikiem. Coś w głowie mówiło mu, żeby nie ryzykował, bo zginie. Nie wiedział co robić...a niby jest „światłem”. Do rozmyślającego Elfa podszedł Izyt. Zagaił:
- Mam do ciebie takie jedno pytanie, Kerd.
- Tak? – spytał mag, który ocknął się z rozmyślań. 
- Czy wiesz kiedy wyrosną ci skrzydła?
- Och... – zasmucił się Elf. Przygryzł wargi. Westchnął. Spojrzał na starca – Bo wiesz, Marco. Skrzydła już mi wyrosły....
- Już? W tak młodym wieku? To niespotykane....ale...gdzie one są? – Izyt podrapał się po siwej głowie.
- Przed zesłaniem go kamieniołomów zostały mi one odcięte...
- Co? Kto dopuścił się tak haniebnej zbrodni? – Marco najwyraźniej się oburzył, gdyż walnął pięścią w stół.
- Jeszcze się pytasz Marco....oczywiście, że Gerard. – skończył Elf. Izyt, jakby mógł, to by wybuchł z wściekłości. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Rozbił tylko miskę o ścianę. Wyszedł z kuchni. Kerd oparł czoło na dłoni. Podwinął lewy rękaw szaty. Runy były błękitne, błyszczały tak niewinnie. Potem wyciągnął skrzętnie ukrywaną buteleczkę z antidotum. Położył ją na stole i obserwował bąbelki tańczące w miksturze...
Zbliżał się wieczór – idealna pora na zakradnięcie się do pałacu. Wędrowcy zacisnęli dokładnie kaptury na głowach. Marco dał im klucz do przejścia. Szli ulicami Gorack, które pooświetlane były łagodnym blaskiem lamp magicznych. 
Doszli do opisywanego przez starego Izyta miejsca. Xaras użył swojego długiego ogona i wcisnął klucz w malutką dziurkę. Krzak odsunął się, a w ścianie pojawił się niewielki otwór w kształcie koła. Argon próbował się przecisnąć, lecz był za szeroki w barach. Spojrzał ze smutkiem na kuzyna i odrzekł:
- Nie będę mógł z tobą pójść dalej Kerd. Nie przecisnę się tędy. Ty jesteś chudszy to przejdziesz bez problemu. 
- Ale Xaras....nie poradzę sobie bez ciebie! 
- Poradzisz, poradzisz. Nie marudź, ja dostanę się do pałacu innym sposobem. Pamiętaj – ty jesteś światłem. – Argon skończył i zniknął w ciemnościach. Po pięciu minutach, trwającą ciszę przerwał Harikassi:
- To wygląda na to, że zostaliśmy sami.
- No cóż....ale ja nie przejdę przez ten tunel! Jest taki obślizgły...ble! Fuj! 
- Nie ględź. Musimy się dostać do pałacu. Właź tam! – zagrzmiał Harikassi. Kerd kucnął i ze zdegustowaną miną wszedł do tunelu. 
Znaleźli się w Królewskich katakumbach. Było to miejsce zimne, ciemne, wilgotne – słowem –pięciogwiazdkowy hotel z katakumb żaden. Kerd musiał oświetlać drogę czarem Światła. Doszli wreszcie do jakichś celi. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że były puste. Jednak w jednej z nich znajdowała się jakaś postać, która oddychała ciężko. Elf rozproszył swoje zaklęcie i znowu zrobiło się ciemno. Kerd z Harikassim podeszli do tego lochu. Mag, który o wiele lepiej widział w ciemnościach niż Hari, wypatrzył w celi Elfa ze skrzydłami....czyżby Rith? Zawołał:
- Halo! Jest tam kto?
- Ach! –postać wrzasnęła. – Kim jesteś? Czego chcesz?
- A może ty najpierw się przedstawisz? – spytał podejrzliwie Kerd. Harikassi zdziwił się, ponieważ Elf i jego rozmówca mieli bardzo podobne głosy.
- Jestem Rith Imperios! Imperator Etherwind! A teraz mów kim jesteś! 
- Imperator? – powiedział mag. – Mój ojciec... – tym razem wyszeptał. – Nie czas na wyjaśnienia. Muszę cię uwolnić. – skończył. Roztopił kilka krat zaklęciami. Rith natychmiast wyszedł z celi. 
- – Zdejmij ze mnie tę obrożę! – odrzekł. Kerd wykonał rozkaz. Władca rozmasował zbolałą szyję. Użył zaklęcia Światła. – Wspaniale! Dziękuję za ratunek, wędrowcze. Masz dług u Imperatora. 
- Ale....
- Co „ale”?
- Musisz to wypić! – wykrzyczał Elf i potrząsnął buteleczką z antidotum.
- Niedoczekanie. Rozkazujesz Władcy Etherwind? Za kogo się uważasz? A poza tym, skąd mam wiedzieć, że to nie jest trucizna....
- Nie denerwuj mnie nawet. – Kerd podwinął rękawy szaty i był gotowy do rzucenia zaklęcia. Runy na jego rękach zaświeciły żółtym, oślepiającym światłem. Imperator rozprostował skrzydła, symbole na nich zrobiły się czerwone. Jednocześnie obaj wypuścili to samo zaklęcie. Kule magii zderzyły się ze sobą i rozproszyły. Pozostało tylko zielone światełko, które poszybowało w kierunku Ritha. Imperatorowi zaczęło się kręcić w głowie....upadł...przemykało mu przed oczami całe życie...coraz szybciej i szybciej...usłyszał przeraźliwy pisk...widział dziwne symbole i znaki....chciał się podnieść, ale jakaś siła mu nie pozwalała....leżał dalej.....Kerd obserwował całą tę sytuację z wielkim przerażeniem. A co jeśli tym zaklęciem zabije ojca? Światła zniknęły....Imperator podniósł się z trudem. Spojrzał Elfowi w oczy i przypomniał sobie...te oczy...ten głos...nareszcie...odnalazł właściwego....
- Synu. – powiedział i uścisnął Kerda.
- Ojcze. – mag poczuł, jak błękitna, słona łza spływa mu po policzku. 
Biegli poprzez katakumby. Ramię w ramię. Ojciec z synem. Po tylu latach razem. Rith nie mógł uwierzyć, jak tak łatwo dał się omamić Gerardowi....jak mógł...
Pędzili po pałacowych korytarzach. Służba oglądała się za nimi. 
Wpadli do Sali Imperatorskiej, gdzie na samym jej końcu, na wielkim tronie z Platyny siedział Gerard. Władca zagrzmiał doniośle:
- Gerard! Ty oszuście!
- Ojcze...co ty mówisz...- powiedział zdezorientowany fałszywiec. 
- Nie wykręcisz się. Nie jesteś moim synem!
- Co do...- rzekł Gerard. Spojrzał na Kerda. Przeraził się. – A więc to tak? Wierzysz jakiemuś przybłędzie, a nie swojemu synowi? Żal mi ciebie, ojcze.
- A kto kazał mnie wtrącić do lochu? Kto zabił Feniksa? Kto mnie oszukał? Chyba nie ta „przybłęda”?
- Męczysz mnie. Już dawno powinienem cię unieszkodliwić. – skończył Gerard i przygwoździł Ritha do ściany linami z pomarańczowej energii.
Elf rzucił oszustowi gniewne spojrzenie. Rzucił w niego ognistą kulą. Trafił precyzyjnie. Gerard przez chwilę leżał na ziemi. Zaklęcia po chwili wypełniły całą Salę Imperatorską. Rith nie mógł oswobodzić się z więzów...blokowały jego moc magiczną.... Nagle do komnaty wbiegł, z rękami obwiązanymi łańcuchami, Młokos. Rozproszył pomarańczowe liny. Zajęty dotąd potyczką z Kerdem oszust odwrócił głowę i spojrzał na Imperatora. Puścił w jego stronę czar Implozji. Zajęty dziękowaniem Młokosowi Rith nie zauważył zaklęcia. W ostatniej chwili Młokos odwrócił twarz. Wykrzyczał:
- Rith! Posuń się! – i popchnął Władcę. Niestety, tym samym przyjął na siebie całą moc zaklęcia. Przymknął powieki i padł na ziemię. Imperator wyszeptał:
- Młokosie....
Poczuł jak wszystko się w nim gotuje. Ugodził Gerarda Błyskawicą Tytana. Oszust nawet nie drgnął. Po chwili stało się z nim coś dziwnego. Jego powłoka cielesna pękła i wyłonił się obrzydliwy stwór, wysokości paru metrów. Miał oczy stworzone z ognia, potężne łapy i niezwykle ostre pazury. Władca przeraził się. Powiedział:
- Mastema. Ty okropny demonie. Przez ciebie nie żyje moja siostra, teraz Młokos. Kogo chcesz jeszcze na ofiarę, bydlaku?! – demon nie odezwał się tylko wskazał swoim długim paluchem na Kerda. Rith odrzekł wojowniczo – Nie oddam ci mojego syna. Nie oddam! – wykrzyczał i ugodził Mastemę zaklęciem. Demon zaśmiał się i obezwładnił Imperatora jednym ciosem. Kerd wrzasnął. Rzucał zaklęciami na oślep. Mastema wciąż się śmiał. Elf był bezsilny. Zaczęły wyciekać łzy z jego oczu. Nagle przez okno wleciała dziwna postać, jakby światło o kształcie kobiety. Stanęła przed Kerdem. Demon zrobił wystraszoną minę. Kobieta spojrzała na Elfa. Miała twarz...
- Meribrathen? – spytał zszokowany. Kobieta uśmiechnęła się:
- Po części. Jestem Wyrocznią. Nie bój się, Kerd. To ty jesteś światłem. – skończyła. Złożyła ręce. W górę wzbił się strumień czystej energii., który ugodził maga. Poczuł znajomy ból na plecach. Blizny rozerwały się i wyskoczyły z nich całkowicie nowe, potężne skrzydła z mnóstwem nowych runów. Meribrathen – Wyrocznia zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Elf wzleciał parę centymetrów. Jego oczy zaczęły świecić, zrobiły się błękitne. Runy rozjarzyły się żółtym blaskiem. Zebrał w rękach pełno mocy i wypuścił na Mastemę. Demon zaczął się wić z bólu i wrzeszczeć. Zapalił się. Strawił go ogień, z jakiego był zrodzony. Elf opadł powoli na podłogę. Natychmiast podbiegł do Młokosa:
- Młokos! Wstawaj!
- Kerd....- wyszeptał.
- Nie możesz umrzeć! Nie teraz! Nie opuszczaj mnie! 
- Zawsze będziesz mnie mógł odwiedzać w świecie umarłych...wiesz, że w mojej oberży jest portal. – pocieszył Kerda Młokos. Elf przytulił się do niego.
- Jak najczęściej. Jak tylko znajdę czas....Młokos...tak się poświęciłeś dla mojego ojca...
- Dla ciebie zrobiłbym to samo...a nawet więcej...- rzekł Młokos i wydał ostatnie tchnienie. Kerd rozpłakał się. Łzy z błękitnej krwi spływały mu po policzkach niczym wodospady. Poczuł czyjąś rękę na ramieniu.
- To był jeden z najszlachetniejszych Młokosów, jakiego miałem okazję spotkać. – odrzekł Rith.
Był to jeden z najsmutniejszych dni w życiu Elfa. Jednak z drugiej strony, kiedy patrzył się na to wschodzące słońce, nadzieja wstępowała w jego serce. Uratował ten świat od zagłady, odzyskał tron, znów miał rodzinę. 
Nie wiadomo skąd, przyszedł Xaras i razem patrzyli się przez okno. Podszedł także Imperator oraz Harikassi. Wszyscy razem. Milczeli przez dłuższą chwilę, potem tylko Kerd zdołał coś powiedzieć:
- To jest moje przeznaczenie. 

KONIEC

 
Paula Sadowska (Evolva) [ksiondz_lorenzo@o2.pl]

|strona 42|