spis treści | poprzednia strona | następna strona
41 Następca Króla Arthura, Rozdział 7

“Księga Przeznaczenia – KLĄTWA MAGA”

CZĘŚĆ II-GA



- W pierwszym momencie może troszkę piec ale musimy przemyć rany. Szybciej się wygoją. – Powiedziała spokojnym głosem starszej siostry opiekującej się młodszą.
Przeklęta z męską siłą zacisnęła zęby i nie wydała z siebie żadnego dźwięku sugerującego, że odczuwa ból. Była zahartowana, chociaż strasznie mocno go odczuwała. Zamknęła oczy aby nie widzieć zabiegów przyjaciółki, która dzielnie, ze zręcznością szamana przecierała jej rany. Jedną po drugiej. Wszystkie niemiłosiernie paliły. Minora gdy po kilkunastu minutach wreszcie skończyła, wstała i odeszła parę kroków w tył. Przeklęta otworzyła oczy.
- To już koniec. – Powiedziała Minora. Uklękła na ziemi. – A teraz opowiadaj jak udało Ci się wyrwać z tego namiotu tortur, od Blacka.
- Uwierzysz, że chciał mnie zgwałcić? – Zapytała Przeklęta.
Gdy tylko Minora to usłyszała krzyknęła z wrażenia. Nawet w myślach nie spodziewała się, że Thorn może być taki wredny. Przykryła oczy dłońmi łzami i ukryła swe łzy. Zawsze wierzyła, że jest inny. Jak mogła się tak pomylić? Czyżby była tak zaślepiona miłością do niego?
- I co? I co? – Pytała cała drżąca z wściekłości i podekscytowania.
- I nic. Dzięki Bogom nic mi się nie stało. Syn Wybranego przyszedł mi z pomocą.
Opowiedziała w skrócie to co się zdarzyło w namiocie Blacka a Minora nie mogła wyjść z podziwu. 
- „Dlaczego ja nie mam takiego obrońcy?” – Pomyślała z żałością.
- Wybacz, ale muszę wyjść. Obrońca na mnie czeka.
Przeklęta wstała i skierował się ku wyjściu z namiotu.
- Poczekaj, przecież tak nie wyjdziesz.
Spojrzała na siebie i uśmiechnęła się cichutko. Faktycznie nie mogła tak się pokazać wszystkim wychowankom Altramu. Co mogłoby się stać gdyby nagle któryś z nich się obudził i zobaczył ją nagą, w całej swej okazałości nie śmiała nawet pomyśleć.
Minora podeszła do niej i podała jej świeże skórzane ubranie. Każdy z wychowanków Altramu zawsze miał przy sobie czyste ubranie na zapas pomimo kategorycznego zakazu opiekuna. Owain bardzo dobrze o tym wiedział ale przymykał na to oczy. Nigdy nie wiadomo co się mogło stać. Przeklęta ubrała się, uścisnęła w podziękowaniu przyjaciółkę wyszła w ciemną noc na spotkanie z Uprzywilejowanym. Minora została sama. Otuliła się w ciepłą lamparcią skórę i szybko zasnęła. Zostawiła Przeklętą pod najlepszą opieką. Była zmęczona a do nadejścia Promienistego Boga pozostały zaledwie trzy godziny.

Uprzywilejowany krążył niespokojnie wokół płonącego już ogniska gdy bezszelestnie podkradła się do niego od tyłu Przeklęta i znienacka zarzuciła mu ręce na szyję. Obrócił się do niej i razem obrócili się w stronę ognia tak żeby mógł ją dokładnie obejrzeć. Zobaczył, że jej rany przestały już krwawić.
- Jak się czujesz?
- Dobrze.
Oboje usiedli przy palenisku. Przeklęta przytuliła się do niego. Uprzywilejowany poczuł żar jej ciała.
- Mamy dla siebie mało czasu. Niedługo zacznie świtać.
Nic nie odpowiedziała. Obróciła lekko jego głowę ku sobie i złożyła czuły i słodki pocałunek na jego ustach. Przyszły Wybrany chwycił swoją silną ręką jej talię i położyli się na ziemi. Nie opierała się. Nieśmiało zaczął ją gładzić po nodze ale ona chwyciła jego rękę i poprowadziła wyżej.

Na odchodnym Syn Wybranego wręczył Przeklętej karteczkę, której była tylko jedna litera. Zrozumiała, że jest to odpowiedź na jej wcześniejszą karteczkę skierowaną do niego. Przeczytała widniejącą na niej literę: K i jej serce wypełniło się niesamowitym, przyjemnym ciepłem – wręcz żarem i otuchą. Szybko schował ją za pasek. A więc nie była mu obojętną. Uradowana wróciła do swojego namiotu. Uprzywilejowany odprowadził ją do samego wejścia, po czym wrócił do ogniska, a ona ułożyła się do snu obok przyjaciółki. Wkrótce znalazła się w ramionach Pani Snu, która zsyłała ludziom marzenia wszelakiego rodzaju.

Niektórzy wychowankowie budzili się powoli myśląc, że nadszedł już czas ćwiczeń ale gdy zobaczyli, że jeszcze zostało im trochę czasu układali się z powrotem. Wkrótce prawie wszystkich zmógł błogi sen. Nie spały tylko trzy osoby: Owain, który modlił się o przyszłość Syna Wybranego a z namiotu Blacka dochodził cichy głos jakiejś nieznanej nikomu pieśni i modlitwy. To wszystko swym nadzwyczaj wyostrzonym słuchem wyłowił siedzący na straży Uprzywilejowany.
- „Czyli Black odzyskał przytomność i najprawdopodobniej obmyśla na mnie jakąś zemstę.” – Rzekł w sobie w myśli i na jego ustach pojawił się nikły cień uśmiechu.
Przypomniał sobie opowieść opiekuna i coś jeszcze przyszło mu na myśl:
- „Nie tylko cywilizacja zatoczyła koło, natura także skoro istnieją demony, smoki, tygrysy szablo zębne i czarnoksiężnicy. Ale mentalność ludzi się nie zmieniła.”
Poza tymi odgłosami, które słyszał panowała zupełna cisza. Wyjął zza pasa kartę od Przeklętej i jeszcze raz ją uważnie przeczytał. Uśmiechnął się, po czym schował ją z powrotem. Kochał ją nad życie.
Dookoła panowały nieprzeniknione ciemności, które rozjaśniał tylko blask ogniska. Pan Nocy wpatrywał się w chłopca, Syna Wybranego swym pełnym, okrągłym obliczem, a Gwiazda Przewodniczka świeciła najjaśniej ze wszystkich gwiazd ciemnym horyzoncie.

******

Teraz, po kilkudziesięciu latach, ten sam chłopiec, a raczej już mężczyzna nadgryziony przez ząb czasu, leżał na leśnym runie i patrzył w niebo. W rękach trzymał przed chwilą wyjętą zza pasa kartkę, na której było napisane „Czekaj na mnie dziś w nocy. Na zawsze Twoja M.” Na drugiej jej stronie napisana była duża litera: L. Nigdy się z nią nie rozstawał. 
Jego Gwiazda Przewodniczka świeciła już coraz słabiej ale Pan Nocy patrzył na niego tak samo jak niegdyś. Często wracał wspomnieniami do tego co przeżył w Altramie.
Rozejrzał się dookoła ale żołnierze jeszcze spali. Do ukazania się Promienistego Boga pozostały jeszcze dwie godziny.
Chciał zamknąć oczy i znów zanurzyć się w słodkie ramiona snu ale coś mu przeszkadzało, coś nie dawało mu zasnąć coś zobaczył a może raczej kogoś.

Howkwdarthwtmoon - jeden z siedmiu dowódców armii Kolomana, ten, który uciekł z komnaty w czasie napaści szału Celta i jedyny, który nie wyruszył na wyprawę, biegiem przemierzał korytarze zamku. Po długich poszukiwaniach odnalazł jednego z zastępców Kolomana w swojej komnacie. Pięć razy zastukał mosiężną, dwukilową kołatką w drewniane, grube, okute żelazem wrota i odczekał chwilę. Nie usłyszał jednak żadnej odpowiedzi. Zastukał ponownie – znów nie było żadnej reakcji. Dotknął drzwi. Nie były zamknięte na zamek. Z komnaty dobiegał cichy, dziwny odgłos, odgłos sapania i pojękiwania. Nie wiedział co się stało. Czyżby jego przyjaciel padł ofiarą szaleństwa Kolomana? Czyżby zaatakował go ten perfidny czarnoksiężnik? Czyżby umierał?
Howkwdarthwtmoon naparł na drzwi całym ciałem i wpadł jak kula armatnia do komnaty. Był cały mokry ze strachu i wysiłku. Pobladł na widok tego co zobaczył w środku. Jego twarz przypominała teraz kość mamucią. Ten widok zaparł mu dech w piersi, ale nie był on przerażający a wręcz przeciwnie – fascynujący i onieśmielający.
Odgłosy, które wcześniej ledwo co słyszał teraz wlewały się do jego uszu niczym rwący nurt wodospadu w momencie największej siły. Oczy napawały się przepięknym widokiem. Na środku sali stał suto zastawiony ogromny stół, który mógłby pomieścić co najmniej pięćdziesiąt osób i przeważnie mieścił, bo właściciel tej komnaty często zapraszał co biedniejszych tubylców na posiłki. Miał dobre, miękkie serce. Tej nocy jednak nie było żadnej kolacji, goście wyszli po pysznym obiedzie, ale mimo to na stole było kilkanaście talerzy i półmisków. Po drewnianej podłodze walały się jeszcze resztki jedzenia: nie dogryzione jeszcze kości i kawałki soczystego, świeżego mięsiwa, a w całej sali unosił się kuszący zapach kilkuletniego wina. Na stole stały także trzy nie opróżnione kieliszki i dwanaście pustych już butelek po wszelakiego rodzaju alkoholu. Kilka kufli i szklanek leżało w potłuczonych kawałkach w całej sali. 
Howkwdarthwtmoonowi ślina ciekła z kącików ust. Po podniebieniu czuł smak tego co jego przyjaciel zjadł i wypił a co jego ominęło. Więc tak wyglądały Prywatne Komnaty, nie wszystkie ale przynajmniej niektóre.
Na ścianach wisiały powkładane pogaszone pochodnie. Żadna się nie paliła. Ale w komnacie nie było ciemno. Paliły się trzy świece wokół pięknie zdobionego łoża. Howkwdarthwtmoon przyjrzał mu się dokładniej z progu, z miejsca, z którego nie miał odwagi się ruszyć. Na pomiętej, pozwijanej, atłasowej pościeli leżał rozciągnięty niczym żołnierz stojący na warcie Gwidon ap Pinar. Nie było najmniejszej nawet wątpliwości, że był całkowicie pijany. Wokół jego ciała i na jego nagim ciele uwijały się równie nagie trzy wysokie, blond piękności. Nie było ani jednego kawałka jego ciała, które nie byłoby przez nie wycałowane. Jedna z nich klęczała na czworakach w nogach łóżka i pomiędzy rozłożonymi na kształt rozgwiazdy nogami wojownika. Jej głowa miarowo to unosiła się to opadała na wysokości jego podbrzusza. Cały ten czas dobiegały do uszu podglądacza roznoszące się po całej komnacie urywane jęki i głośne sapanie.
Howkwdarthwtmoon rozkoszował się tym widokiem nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa. Jego usta przez cały czas były otwarte w niemym okrzyku zachwytu. Kontemplował swym wzrokiem cienką, niby osy kibić dziewczyny, jej gładką, niby nasmarowaną olejkiem jasną skórę i idealne krągłości w jego kierunku wysuniętej tylnej części tułowia. Dwie pozostałe kobiety krążyły koło jego klatki piersiowej. Po chwili przysiadły koło niego. Jedna scałowywała mu słodkie winą z ust siedząc na skraju pościeli po jego prawej stronie, a druga położyła się po jego lewej ręce i przytuliła się do jego boku. Ręka Gwidona zaczęła przesuwać się po jej aksamitnym ciele począwszy od pełnych, dużych piersi. Potem objął wpół dziewczynę, głaskał ją po plecach. Jego dłoń schodziła coraz niżej i niżej i zatrzymała się na małej, miękkiej pupie. Ścisnął jedną z jej połówek a dziewczyna przylgnęła do niego mocniej. Poczuł jej piersi, które teraz spoczęły pod jego podbródkiem. Uniósł troszkę głowę i jego język spoczął na nabrzmiałych i twardych sutkach kochanki. Z zamkniętymi oczami oddawał się rozpuście. Ta trzecia, która do tej pory uwalniała jego usta z resztek napoju, jakby urażona jego zachowaniem, tym, że w ogóle się nią nie zajmuje, odsunęła się od ego nieco i patrzyła na niego podejrzliwie. Gwidon odczuł to, odwrócił głowę w prawą stronę i złączyli się w długim, namiętnym pocałunku, równocześnie jego druga ręka, po wymasowaniu jędrnych piersi dziewczyny po jego lewej stronie, wędrowała wolno w dół, wzdłuż jej brzucha i zatrzymał się dopiero na wysokości punktu jej kobiecości. Więcej się nie poruszyła, tylko się w niej zagłębiła. Teraz w komnacie rozbrzmiewały już cztery dzikie odgłosy – każdy inaczej. Gwidon przestał całować tę dziewczynę. I spojrzał na moment przed siebie. Dopiero w tej chwili ujrzał stojącego w progu otwartych na roścież drzwi Howkwdarthwtmoona. Otaczał go blask płonących w hallu pochodni.

Howkwdarthwtmoon odzyskał mowę.
- Możemy porozmawiać?
- O ... oczywiście, moooo, możemy. Wejdź, przyjacielu. Aaaaaa, a możże miałbyś o ... ocote się do nas przyyyłąąączyć? – Zapytał przerywanym głosem, jakby się jąkał, Gwidon.
Stojący w progu mężczyzna myślał, że jego przyjaciel jest pijany w sztok i już miał się dyskretnie wycofać z komnaty i przyjść innym razem, ale przemyślawszy sytuację postanowił nie ruszać się z miejsca. Prawda była w rzeczywistości zupełnie inna. Gwidon mówił tak nie mogąc powstrzymać wpływającej w każdą cząstkę jego ciała rozkosz. Spoglądał zamglonym wzrokiem, na wpół zamkniętymi oczami, nad ciągle poruszającą się rytmicznie głową dziewczyny pomiędzy swoimi nogami.
- Wejdź, nie kręęęępuj się.
- Wolałbym bez niepotrzebnych świadków.
Gwidon ruchem ręki odprawił trzy kobiety. Na pożegnanie uszczypnął każdą z nich. Roześmiały się wesoło i skierowały w stronę wspaniałej biblioteki pełnej książek, stojącej pod ścianą naprzeciwko otwartych drzwi. Nagle w jej środku pojawił się otwór, w kształcie framugi drzwi, wypełniony niebieską mgłą.
- Iseuld! – Zawołał Gwidon za nimi.
Kochanka, jedna z tych trzech, ta która pracowała w jego nogach, podbiegła do niego lekko niczym motyl. Howkwdarthwtmoon mógł teraz podziwiać jej ciało z boku. Jak wdzięcznym ruchem przysuwa się do Gwidona, ociera się o niego niczym kotka. Miała płaski brzuch i duże piersi, w których po wtuleniu się w nie każdy mógłby utonąć. Na jego oczach przylgnęła do Gwidona tak mocno, ż nie można byłoby między nich włożyć piórka. 
- Przyjdź jutro. – Szepnął jej na ucho.
Howkwdarthwtmoon zobaczył jak jego przyjaciel wysuwa język w pobliżu ucha swojej kochanki i z obrzydzeniem odwrócił głowę aby nie widzieć tego co się teraz będzie działo. Wystarczyło mu to co słyszał, ten odgłos, mruczenie z zadowolenia. Gdy to wszystko ucichło wojownik ponownie odwrócił głowę w stronę przyjaciela. Iseuld odbiegła od Gwidona i Howkwdarthwtmoon mógł wtedy w całości zobaczyć jej urodę. Była niższa od jego przyjaciela. Biegła w stronę „dziwnych drzwi”. Jej krągłe piersi podskakiwały w rytmie jej kroków. Spojrzała przelotnie w jego stronę. Był zauroczony tym jak delikatnie rozpięła małą rączką kok swych długich, czarnych włosów, które opadły kaskadą na jej nagie, aksamitne ramiona. Patrzyła na niego zalotnie, mrugnęła do niego okiem. Jednocześnie zobaczył w jej oczach, że lubiła swą pracę. Wojownik znów zrobił się czerwony na twarzy i poczuł jak rzęsisty pod wypłynął na jego czoło. Szybko wytarł go wierzchem dłoni. Próbował odgadnąć jej wiek. Mogła mieć zaledwie dwadzieścia-cztery lata. Miała gładkie, łagodne rysy twarzy, mały nosek i duże, okrągłe, orzechowe oczy. Usta jej były czerwone jak krew, pełne i uśmiechnięte. Gdy Iseuld dostrzegła, że ów wojownik stojący do tej pory w drzwiach przygląda się jej niczym obrazowi, wysunęła język i figlarnie oblizała się po kuszących do granic szaleństwa wargach. Obróciła się na pięcie i wybiegła z komnaty. Tak lekko stawiała swe małe stópki, że nie było jej nawet słychać. Dopiero gdy znikła za tajemniczymi drzwiami rozległ się jej cichutki i serdeczny śmiech. Drzwi jak szybko się pojawiły, tak samo szybko rozpłynęły się w powietrzu. Dopiero wtedy Howkwdarthwtmoon zamknął za sobą drzwi i odważył się wejść do środka. Gwidon tymczasem, nie krepując się wcale obecnością przyjaciela, wstał i nagi podszedł do stojącego opodal krzesła. Włożył leżący na nim aksamitny, zielony szlafrok. Przystawił dwa krzesła do nakrytego, jeszcze nie posprzątanego stołu, usiadł na jednym z nich i zaprosił swego przyjaciela aby usiadł naprzeciwko niego. Gdy Howkwdarthwtmoon to uczynił, Gwidon napełnił dwa nowe, czyste kieliszki pół-wytrawnym, czerwonym winem z ledwo co napoczętej butelki. 
- Nie. – Gość podziękował odsuwając kieliszek a Gwidon jednym haustem opróżnił swój i sięgnął po butelkę. – Wolałbym, abyś był trzeźwy, bo mam Ci coś ważnego do powiedzenia.
Gwidona wyraźnie zainteresowało zachowanie przyjaciela, który nigdy nie odmawiał alkoholu. Musiało to być coś naprawdę ważnego. Odstawił butelkę i nadstawił uszu.

Gwidon siedział jak sparaliżowany po wysłuchaniu opowieści Howkwdarthwtmoona, który ze wszystkimi szczegółami i wiernie opisał mu zachowanie Kolomana, jego wybuch wściekłości.
- Moi przyjaciele pojechali razem z Nim na czele Jego wojska. – Dokończył po chwili przerwy Howkwdarthwtmoon i zamilkł.
Przyglądał się swemu rozmówcy. Gwidon, który pochodził z jednego rodów celtyckich, był od niego potężniej zbudowany. Choć miał niecałe trzydzieści lat samą swą niedźwiedzia posturą mógł przestraszyć niejednego przeciwnika. W walce był niepokonany i nieprzejednany. Od roku służył w armii Kolomana ale zdążył się przez ten czas już dużo nauczyć. Dla Howkwdarthwtmoona bardzo dużo ponadto znaczył fakt, że kilka razy Gwidon uratował mu życie w czasie walki, więc mógł mieć do niego pełne zaufanie.
Gwidon patrzył na niego swymi małymi, brązowymi oczkami, osadzonymi głęboko w czaszce, pooranej licznymi bruzdami. Jego twarz wyglądała bardzo młodo, jakby był o co najmniej dziesięć lat młodszy. Ale wokół ust, gdy się uśmiechał, ukazywały się już zmarszczki. Ale teraz się nie uśmiechał. Krzaczaste brwi miał ściągnięte. Oczy czujnie patrzyły a na wysokie czoło wystąpiły mu żyły. Myślał intensywnie. Usłyszawszy opowieść przyjaciela resztka alkoholu całkowicie wywietrzała mu z głowy.
- Masz rację. Musimy coś z tym zarobić. – Powiedział poważnym głosem. – Jutro wieczorem przyjdź do lochów. Będzie tam kilku zaufanych dowódców. Odbędziemy poważną naradę. A teraz idź i spokojnie odpocznij. O nic się nie martw. Zostaw to na mojej głowie.
Howkwdarthwtmoon wstał i wyszedł z sali zostawiając przyjaciela sam na sam ze swoimi myślami. Udał się do swej komnaty i za jego radą udał się na zasłużony spoczynek. Ułożył się na łóżku i zamknął oczy, ale nie umiał zasnąć. Co chwilę oczy same mu się otwierały. Domyślał się, że ma całe zaczerwienione i na gałkach pojawiły się czerwone, krwiste żyły ale nie mógł nic na to poradzić. W jego organizmie nastąpiło przesilenie. Nad głową miał otwarte półokrągłe okno przez które do komnaty wdzierały się pierwsze promienie Boga Dnia i padały prosto na jego twarz. Howkwdarthwtmoon wstał, przełożył sobie poduszkę z gęsiego pierza w miejsce nóg siarczyście klnąc pod nosem, poczym położył się ponownie ale to też nic nie dało. Wstał, podszedł do ściany mijając po drodze biurko, krzesła, szafę, komodę i skromną biblioteczkę. Zrzucił z siebie zbroję, która z chrzęstem spadła na posadzkę, zdjął pas z mieczem i rzucił go na jedno z krzeseł. Włożył skórzane spodenki i chwycił oburącz obusieczny miecz. Ostrożnie zdjął go ze ściany. Cofnął się na środek komnaty i zamachnął się nim parę razy ze świstem przecinając powietrze, jakby chciał odciąć głowę niewidzialnemu przeciwnikowi. Słyszał jak pracuje każda jego, nawet najmniejsza, żyła, jak strzela mu każda nie kość, każdy staw. Pół godziny później, po rozruszaniu zastanych kości, poszedł do Łaźni dla Wojska trochę się ochłodzić zimną, wręcz lodowatą, wodą.

*******

Tymczasem w drugiej części zamku panowała zupełna cisza. Służba znikła. Pozostała tylko jedna osoba, zamknięta na cztery spusty, w swojej tajemnej komnacie, w zachodniej wieży. Siedział w niej od dwóch godzin nie wychodząc Człowiek z Nikąd. Ściany odbijały echem jego monotonny głos, a on unosił się w powietrzu na środku sali.
- Jak wiec widzisz, źle się dzieje i jestem zmuszony prosić Cię o pomoc, Mistrzu, inaczej Koloman zginie. – Po tych słowach zapadła długa chwila ciszy, przeciągająca się niemal w nieskończoność.
Mag lewitował. W całej komnacie znów pojawiła się mgła: była przeźroczysta i nierealna, wręcz zimna. Robin trząsł się za każdym jej dotknięciem jakby dotykała go Pani Podziemia we własnej osobie. Patrzył w górę jakby patrzył na podwieszany sufit ozdobiony gobelinami. Każdy, kto wszedłby tam teraz a nie miał bladego pojęcia o magii zapewne tak by właśnie pomyślał. Rzeczywistość jedna przedstawiała się w zupełnie innym świetle. Nad głową maga bowiem zamiast sufitu była niedostrzegalna przez zwykłych śmiertelników przestrzeń, otwarta przestrzeń, nieograniczona żadnymi murami. To z niej, niczym lawa z wulkanu do komnaty spływała czarodziejskiego pochodzenia mgła. Z lewej strony we mgle utworzona była duża luka i co i raz to ukazywała się w niej siwa głowa z długą brodą. Był to rozmówca Robina, także mega-czarnoksiężnik nad czarnoksiężnikami, który mimo, że już nie żył nie stracił swojej mocy. Był to Merlin we własnej osobie. 
Ich dialog ciągnął się już od ponad godziny.
- Wybrany nie może zginąć. – Ocknął się z zamyślenia mega-mag. – Masz rację, nie masz tyle mocy aby pokonać Nienasyconego Maga. Tyle ile mogę to Ci pomogę. Ale obawiam się, że nie da się go przekonać drogą perswazji do zaniechania swoich planów.
- Mistrzu, ale czy to możliwe, że ... . – Zaczął Robin ale nie dokończył pytania bowiem Merlin odgadł jego myśli i przerwał mu w połowie. 
- Ta. Jest to nawet bardzo prawdopodobne. Nienasycony, czy jak on tam sam siebie nazywa, nie może mieć na tyle siły aby utrzymać tyle państw ile zagarnął, a ma ich wiele, a Morgan la Fee jest do wszystkiego zdolna aby tylko unicestwić Ród Arthura.
- Ale dlaczego?
- To jest właśnie kobieca zazdrość. Ostrzegłeś Kolomana?
- Jeszcze nie, Mistrzu. Próbowałem ale coś mi przeszkadza. Nie mogę się z nim skontaktować. Chyba przeszkadza mi Nienasycony Mag.
- Z moją pomocą powinno Ci się udać. – Odpowiedział jeden z Wyższych Magów poczym zniknął bez śladu, mgła opadła a Robin nad sobą miał znów podwieszony sufit.
Jego organizm był wyczerpany do granic możliwości. Do niedawna był jeszcze adeptem Sztuki Magicznej a teraz miał przed sobą prawdziwe, odpowiedzialne zadanie do wykonania. Zadanie od którego zależały losy całego Świata Zapomnianego. Nie ma czasu na odpoczynek gdy na szali jest życie Wybranego. Chociaż oczy zachodziły mu mgłą dobył się na jeszcze jeden wysiłek. Ze zmęczenia zaczął latać po komnacie, nie widział ale miał jeszcze takie wyczucie, że hamował tuż przed samymi cegłami. Włożył głowę w dłonie a łokcie oparł na założonych, jedna na drugą, nogę. Wyglądał jakby siedział w powietrzu. Znowu zamknął oczy aby nie widzieć niczego co mogłoby rozpraszać jego myśli. Teraz czuł, że jest silniejszy mocą Merlina, swego mentora. Przed oczami ukazał mu się las pełen drzew, gęstwina, której oko zwykłego śmiertelnika nie było w stanie przeniknąć. Rozejrzał się dookoła i zobaczył śpiących wojowników. Widocznie nie obawiali się żadnego zagrożenia z niczyjej strony, ani ludzi, ani zwierząt. Chociaż już świtało dookoła nich była ciemność. To był prawdziwy bór a nie las. 
Robin za namową swego nauczyciela zmienił postać ale nie potrafił się do niej przyzwyczaić. Po chwili dopiero dostrzegł bystre, świecące w ciemności oczy przyglądające mu się z zaciekawieniem. Rozpoznał je od razu.

********

Koloman z początku myślał, że śpi. Rozejrzał się dookoła i uśpionych żołnierzy. Usłyszał i poczuł na swojej twarzy wiatr. Sam siedział na ziemi i był całkowicie przytomny. Jeśli nie śpi to musi to być perfidny żart któregoś z bogów lub zobaczył elfa. Ten las był znany z takich spotkań. Przetarł oczy dłońmi mając nadzieję, że to zjawisko które widzi zniknie ale ono nie znikło, wręcz przeciwnie – zaczęło się do niego zbliżać i z każdą chwilą się powiększało.
Miał przed sobą kobietę, a raczej cud nie kobietę, długonogą piękność lekka unoszącą się w powietrzu. Jej gładkie, jasne stopy nie dotykały ziemi. Widział jej wysoką, smukłą postać, widział Boginię z długimi, prostymi albo kręconym, bowiem z odległości nie mógł określić, czarnymi włosami opadającymi na jej kształtne ramiona. Jeszcze parę kroków i ją rozpoznał. Nie znał wszystkich tubylców Wyspy Przeklętych ale ją znał bez wątpienia. Nieraz widywał ją na zamku w towarzystwie swoich rycerzy. Ale najczęściej przebywała w komnacie niejakiego Gwidona ap Pinara, biednego tubylcy wiernie mu oddanego. Za służbę Koloman szczodrze wynagradzał swych poddanych. Nazywała się Iseuld, wywodziła się ze zubożałej rodziny i była jedną z tych, które „pracowały” dla uciechy rycerzy. Widocznie to lubiła, bowiem nie chciała innej proponowanej jej przez Celta pracy. Dostawała za to wynagrodzenie, choć rzadko je przyjmowała – jeśli nie miała za co żyć, bo twierdziła, że ta praca sprawia jej nieopisaną przyjemność.

Ciągle się do niego zbliżała i Koloman chociaż walczył ze swoim pragnienie nie umiał się powstrzymać. Wyciągnął przed siebie ręce i chciał ją chwycić w ramiona, oddać się chwili zapomnienia. Ale w chwili gdy jego palce już nieomal musnęły ciało zjawy, ta stanęła w miejscu i odezwała się do niego grubym, męskim głosem:
- Panie, nie zapominaj, że jesteś wybrany.
Celt w sekundzie rozpoznał przyjaciela.
- Robin? – Zapytał zaskoczony.
- Tak.
Koloman natychmiast opuścił ręce i splunął na ziemie a jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia.
- Co tak późno? – Zapytał.
- Nienasycony nie pozwalał mi się z Tobą skontaktować, Panie. Mam dla Ciebie wiadomość: Lilith tu nie ma.
- A gdzie jest?! – Krzyknął z rozpaczy Koloman. Był już coraz słabszy, siły go opuszczały a teraz się jeszcze dowiedział, że całą drogę zrobił na darmo. – Odpowiadaj!
- Po drugiej stronie wyspy powstało niedawno jezioro. Tubylcy nazwali je Jeziorem Zjaw. Nie powstało ono w żaden naturalny sposób i jest bardzo głębokie. Ludzie boją się do niego zbliżać, bo ponoć słychać dobiegające z niego, mrożące krew w żyłach, kobiece lamenty. Według mnie to jest siedziba Nienasyconego lub Morgany. Musisz się kierować w tamtą stronę dopóki nie usłyszysz pierwszych krzyków – one poprowadzą Cię dalej.
- Jest tam jakaś forteca?
- Mieszkańcy twierdzą, że nie, ale może być ukryta pod powierzchnią wody. Śpiesz się.
Po tych słowach Mag rozpłynął się jak kamfora i Koloman został sam ze swoimi żołnierzami.
- Pobudka! – Krzyknął i zaczął ich szturchać butem. – Szykować się do drogi.
Minęło ładnych pare minut zanim wszystkich dobudził. Posilili się resztkami zabranych z zamku zapasów i dosiedli koni. Po chwili byli już w drodze.
- Panie gdzie teraz? - Zapytał jeden z wojowników.
- Wiecie gdzie jest Jezioro Zjaw?
- Tak, Panie.
- Zaprowadźcie mnie tam! – Rozkazał Koloman.
Wszystkich oprócz Celta opanował zimny strach. 
- Panie to jest Kraina Upiorów. Nikt się tam nie zapuszcza. – Rzekł jeden a nich drżącym głosem. – Nikt stamtąd jeszcze nie powrócił.
Koloman błyskawicznym ruchem wyjął pochwy miecz i przyłożył jego ostrze do gardła wojownika.
- Nie obchodzą mnie wasze opinie! Macie mnie tam zaprowadzić! - Krzyknął zdesperowany.
Nikt już więcej się nie odezwał ani słowem. Bali się sprzeciwiać Kolomanowi. Wszyscy zawrócili swoje wierzchowce i ruszyli z powrotem przez las w stronę zamku. Nic złego nie spotkało ich po drodze. Zrobili sobie po drodze kilka krótkich odpoczynków, minęli Twierdzę co koń wyskoczy i pojechali do Krainy Upiorów. Koloman nie oglądał się nawet za siebie, ani razu nie rzucił okiem na mury swojej siedziby. Jego umysł całkowicie opanowało tylko jedno pragnienie – jak najszybciej uwolnić Księżniczkę Marzę.

*********

Otworzyła oczy z długiego snu. Chciała przetrzeć je dłońmi ale nie mogła ich unieść do góry. Spojrzała w dół i zobaczyła, że nie są skrępowane, ale mimo to nie mogła nimi poruszyć. Były całkowicie bezwładne. Spróbowała wstać ze skalistej podłogi, ale nawet tego nie była w stanie zrobić. Mogła tylko poruszać głową. Obróciła ją w prawo, a potem w lewo i stwierdziła ze zdziwieniem, że nie znajduję się w żadnym lochu. Wokół niej były szare, skaliste ale udekorowane kolorowymi gobelinami malowidłami, ściany. Niektóre z nich były nawet śmieszne. Widząc to rozluźniła się trochę. Nie wiedziała gdzie jest i nie pamiętała jak się tu dostała. Jak przez mgłę majaczyło jej tylko w umyśle, że sama wyszła ze swojej Komnaty i przyciągał ją jakiś znajomy głos. Ale nic więcej nie pamiętała.
Podobało jej się to miejsce. Była nim zauroczona: te ogromne lustro ze złotą ramą na przeciwległej ścianie, liczne obrazy, komoda, krzesła, stół i łoże z baldachimem. Siedmioramienny żyrandol w kształcie Promienistego Boga znakomicie oświetlał całą komnatę. Przez jedno z sześciu łukowych okien zobaczyła, że na zewnątrz z wolna zapadał już zmierzch. Przed nią, na posłanym jedwabną pościelą łożu, leżały porozkładane, różnokolorowe kobiece stroje, wykonane z najdroższych materiałów świata. Biblioteka była pełna książek, na komodzie leżały naszyjniki, bransolety i pierścionki z diamentami, rubinami i innymi drogimi kamieniami. Ale nigdzie nie zauważyła drzwi wyjściowych z tej komnaty.
Jakimś zmysłem wyczuwała, że to wszystko kiedyś będzie należało do niej.
Wtem usłyszała jakiś szelest niby szuranie, ciągnięcie czegoś po ziemi. Obróciła głowę w tę stronę, z której dobiegał ją ten głos. Nie bała się go. Zobaczyła jak na jednolitej ścianie i wokół niej pojawiają niebieskawe opary. W ich środku niby spod ziemi wyrosły metalowe, wysadzane drogimi kamieniami, drzwi. Otworzyły się z szelestem i pojawiła się w nich wysoka, kobieca postać. Lekko, krokiem tanecznicy, ruszyła w jej stronę. Gdy weszła w krąg światła wyglądała przecudnie. Jej kształtne ramiona i piersi mogły niejednego mężczyznę przyprawić o szybsze bicie serca.
- Jak się czujesz, Lilith? – Zapytała a jej aksamitny, ciepły głos przeszedł po całej izbie niczym echo w lesie.
Księżniczka dopiero po chwili zdołała odzyskać mowę.
- Dobrze, Pani. – Odpowiedziała grzecznie jak uczennica w szkolnej ławie nauczycielce. 
Nie wiedziała gdzie jest, z kim rozmawia i czego się może po przeciwniku spodziewać. Nie chciała się jej narażać. Nie mogła się też poruszać, ale gdyby tylko mogła, to z pewnością rzuciłaby się więziącej ją kobiecie do gardła. Narastała w niej złość, wzmagana dodatkowo strachem i chęcią uwolnienia się.
Ubrana w czarną długą, haftowaną złotem pod szyja i na piersiach złotem Pani, jakby odczytała w myślach jej pragnienia i odezwała się ponownie swym aksamitnym głosem, a słowa wypływały z jej kształtnych, szerokich, i ponętnych i czerwonych jak krew, ust bardzo wolno, tworząc jak świecącą drogę w powietrzu.
- Zapewne chciałabyś być mniej skrępowaną w ruchach?
- Tak, Pani.
- Pomogę Ci.
Mówiąc to uniosła ręce i rozłożyła je przed sobą na wysokości piersi. przymknęła swe wielkie orzechowe oczy i na wpół zamkniętymi wargami wypowiadała niesłyszalnym głosem słowa jakiegoś zaklęcia. Całe jej ciało zaczęło jarzyć się i ogarnęła ją oślepiająca białością, iluminacyjna poświata. Pomiędzy jej dłońmi przechodził błyskającymi, czerwonymi i niebieskimi promieniami prąd a potem wyprysnął jednym, szerokim strumieniem w stronę Księżniczki. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niej szeroko ukazując, białe jak śnieg, zęby. Ciągle się do niej przybliżała. W całej komnacie rozległ się ogłuszający, dźwięk dzwonów i śpiew ptaków.
- Nie bój się mnie. – Usłyszała w swojej głowie słowa Lilith chociaż nie zauważyła, żeby usta tej kobiety je wypowiedziały.
Poczuła jakby z jej rąk i nóg nagle opadały jakieś żelazne kajdany. Od jej przeciwniczki płynęła nieopisana moc, której nie potrafiła się przeciwstawić. Przez jej ciało przechodziło coś z łatwością można byłoby porównać z wyładowaniami elektrycznymi. Wolno odzyskiwała swoje dawne siły i mogła zacząć myśleć o obronie. Ale nadal do końca nie wiedziała z kim ma do czynienia. Miała jakieś niejasne uczucie, że skądś zna jej głos. Gdy przeciwniczka była już na wyciagnięcie ręki Lilith postanowiła działać – drugi raz taka okazja mogła się już nie powtórzyć. Jedyną bronią, jaką teraz posiadała, był jej umysł, złość, determinacja i latami wyrabiane mięśnie, żadnej ostrej broni nie miała. Widocznie została jej odebrana lub nie zabrała jej z Zamku Kolomana co było mało prawdopodobne, bo nigdy nie chodziła bezbronna. Może ktoś jej ją zabrał ale ona nie mogła sobie tego przypomnieć. Miała luki w pamięci. Może dano jej jakiś eliksir ... .
Zerwała się na równe nogi i rzuciła się z wyciągniętymi pazurami jak lwica na przeciwniczkę. Z jej ust wyrwał się ryk wściekłości. Myślała teraz tylko o jednym – wrócić do Kolomana za wszelką cenę.
Już niemal dotknęła czarnej sukni swego oprawcy.

Przemykał się tajnym korytarzem prowadzącym pod ziemią z lasu w głąb zamku już od kilku godzin. Gdy się tylko w nim zanurzył przykrył z powrotem dokładnie jego wejście suchymi patykami, gałęźmi i liśćmi aby nikt go ni odkrył. Tylko nieliczni wiedzieli o jego istnieniu; tylko trzy osoby: Koloman, Księżniczka Marza i on. I uważał, że lepiej żeby tak pozostało.
Teraz miał wokół siebie jedynie skaliste ściany gęsto porośnięte mchem i śmierdzącą pleśnią. Jej odór był tak silny, że wolną ręką musiał zatykać sobie nos aby nie zemdleć, a w drugiej trzymał długi, ostry miecz – jedyny oręż jaki miał przy sobie. Nie wiedział jak znalazł się w środku lasu, z dala od ludzi i Zamku. Gdy się obudził z mocnego, słodkiego snu leżał na miękkim, pachnącym, świeżym mchu. Do tej pory czuł silny ból głowy. Wiedział, że stało się coś niedobrego i postanowił wrócić do Zamku.
Wreszcie na końcu tego długiego, mrocznego tunelu ujrzał blade światełko. Wiedział, że jest już coraz bliżej wyjścia. Przyspieszył kroku. Nagle do jego uszu zaczęły dobiegać przytłumione głosy, stawy się coraz wyraźniejsze i głośniejsze im bardziej się zbliżał. Wkrótce mógł już rozpoznać pojedyncze słowa. Nie miał najmniejszej wątpliwości – w którejś komnacie toczyła się ożywiona rozmowa.
Dotarł bezszelestnie do końca podziemnego przejścia i chłód ciągnący od skał przestał mu już dokuczać, teraz zastąpiło go uczucie ciepła, wręcz gorąca, które zalało całe jego ciało. Krew zaczęła się w nim gotować ze złości gdy tylko rozpoznał temat rozmowy prowadzonej nad jego głową. Był już pod Zamkiem. Przystanął na chwilę i zaczął się przysłuchiwać. Nad nim była podłoga zbudowana ze zbitych desek, ale przez jej szpary mógł wyraźnie obserwować rozmawiających. Zorientował się, że stoi pod jednym z lochów.

- Musimy coś z tym zrobić, i to jak najszybciej. Jak widzicie sprawa jest najszybszej wagi. – Odezwał się Gwidon ap Pinar przerywającą długą chwilę ciszy.
- I tylko po to nas tu zebrałeś? Nawet nie wiadomo czy to prawda. – Odpowiedział jeden z siedzących na drewnianych ławach wojowników.
Wszyscy byli ubrani w posrebrzane zbroje i hełmy z pięknymi pawimi piórami. Byli to wojownicy starsi rangą. Z ich pochew wyglądały cudnie zdobione rękojeści mieczy ostrych mieczy a za pas zatknięte mieli sztylety i noże – nigdy nie rozstawali się ze swoim uzbrojeniem. Pośrodku lochu dużymi krokami, ubrany w taką samą zbroję i hełm, przechadzał się Gwidon. Pozostali siedzieli wkoło niego. Na wszystkich padał blask pozapalanych pochodni i umieszczonych w szparach ścian. Żaden z nich nie domyślał się nawet, że ktoś mógłby ich obserwować lub podsłuchiwać, więc prowadzili swą rozmowę zupełnie otwarcie i nie kryli się przed sobą z żadnymi obawami ani zamiarami.
- Wiem o tym z zaufanego źródła.
- Jakiego? – Zapytał inny wojownik.
Z jego twarzy można było poznać, że jest doświadczony w bitwach i niejedno już w swoim życiu przeżył.
- Ode mnie. – Usłyszeli wszyscy głos dochodzący ze szczytu schodów.
Żelazna brama zamknęła się ze szczękiem i stanął przed nimi Howkwdarthwtmoon. Gwidon zbliżył się do przyjaciela i uścisnął mu prawicę na powitanie.
- Poznajcie Howkwdarthwtmoona, mojego najlepszego przyjaciela. Wierzę mu bezgranicznie. 
Wojownik przywitał się z pozostałymi żołnierzami. W wielu z nich rozpoznał ludzi z najbliższego otoczenia Kolomana ale żadnego z nich nie znał osobiście, często ich widywał w Zamku ale tylko z daleka, poczym usiadł na specjalnie przygotowanym krześle przed nimi, z twarzą skierowaną ku nim. Teraz zaczynało się swoiste przesłuchanie.
- A co ty masz z tym wszystkim wspólnego? – Zapytał wojownik o twarzy zawodowego mordercy, z licznymi szramami i bruzdami.
- Byłem tego świadkiem.
- To znaczy? – Zapytał inny a jego wzrok modliszki świdrował tubylca na wylot jak wiertarka ścianę.
Howkwdarthwtmoon musiał jeszcze raz opowiedzieć swoją historię ze wszystkimi szczegółami. Gdy skończył zapadła chwila krepującej ciszy. Wszyscy musieli przemyśleć to, co usłyszeli przed momentem. Gdy już pierwsze wrażenie minęło wojownik o spojrzeniu Bazyliszka zapytał nie spuszczając oczu z przesłuchiwanego:
- Czy myślisz, że nasz przywódca – ten, któremu do tej pory ufaliśmy jak samym sobie i wiernie służyliśmy bez względu na ponoszone ofiary, oszalał?
- Nie umiem wniknąć w jego umysł.
- Zatem jak mamy Ci wierzyć?
- Uwierzcie swemu sercu. To już nie pierwszy taki wybryk Kolomana. Pamiętajmy, że wszystko zaczęło się gdy pojawił się ten przeklęty magik. – Odparł Howkwdarthwtmoon
- Ja też mu nie ufam. Ten Robin coś mi nieprzyjemnie śmierdzi. – Wtrącił wojownik o twarzy mordercy.
- Przedstawiliśmy Wam całą sytuację. Reszta zależy od Was. Rozsądźcie to każdy w swoim sumieniu i podejmijcie decyzję. – Rzekł poważnym głosem Gwidon.
Znów zapadła długa i krępująca cisza ale widać było, że te słowa, które przed chwilą usłyszeli wojownicy sprawiły, że zaczęli się wahać. Przed nimi stali teraz Gwidon i tubylec. Na twarzach obecnych cieniami malowały się sprzeczne uczucia. Po kilku minutach jeden z żołnierzy – ten o spojrzeniu jaszczurki wstał wolno, wyjął zza pasa sztylet i nóż i trzymając je mocno w dłoniach, tak mocno, że aż palce mu zsiniały z wysiłki, skrzyżował je na piersiach. Drżącym, łamiącym się głosem powiedział:
- Z wielki żalem i smutkiem twierdzę, że trzeba ukrócić takie rządy. Niech wstaną Ci, którzy myślą tak jak ja.
Po chwili tak jak on stali wszyscy pozostali wojownicy.
Wszystko oglądał z bijącym coraz mocniej sercem Kapitan Skull ukryty pod podłogą lochu, a krew ścinała mu się w żyłach ze złości.

**********

Wreszcie, po długiej i meczącej podróży dotarli do Jeziora Zjaw. Przed nimi rozpościerała się tylko olbrzymia, pusta tafla wody. Nie było na niej widać żadnych zabudowań. Stali na wysokim, ostrym urwisku a pod nimi w dolinie było jezioro. Nie okalały go żadne drzewa ani zarośla. Koloman dał znak ręką znak swoim wojownikom i wszyscy ruszyli stępa w dół zbocza. Końskie kopyta się ślizgały i musieli bardzo uważać aby nie złamać sobie karków na bardzo śliskich kamieniach.
W pewnej chwili wierzchowce stanęły w miejscu, zaparły się nogami i nie chciały schodzić niżej. Koloman próbował wszelkimi sposobami zmusić swego ogiera do posłuszeństwa ale nie dawało to żadnego rezultatu. Zwierzęta nastawiły uszu, zaczęły prychać, rżeć i drżeć ze strachu.
- Dalej idziemy pieszo. – Zarządził Celt.
Za jego przykładem zsiedli z koni wszyscy pozostali wojownicy, chwycili lejce w dłonie i poprowadzili swoje rumaki w dół urwiska. Konie szły bardzo wolno i ostrożnie za swymi panami. Rycerzom nieraz poślizgnęła się stopa i o mało co nie spadli na dno doliny łamiąc sobie po drodze kark. Minęło kilkadziesiąt minut nim wreszcie stanęli na „twardym podłożu”. Po kostki stali w wodach jeziora. Koloman puścił wolno swego konia i czujnie rozejrzał się dookoła, ale nawet jego nadzwyczaj wyostrzony zmysł wzroku niczego nie zarejestrował. Jeden z wojowników zbliżył się do niego.
- Panie, tutaj niczego nie ma. – Powiedział.
Celt błyskawicznym ruchem obrócił się w jego stronę, muskularne ramię, niczym kula armatnia, wytrysnęła w przód a palce mocno zacisnęły się na jego szyi. Wojownik zaczął się robić czerwony na twarzy, nie mógł złapać oddechu i jego ciało zaczęło drżeć w spazmatycznych konwulsjach.
- Będziemy szukać dopóki czegoś nie znajdziemy! – Krzyknął. – Czy ktoś chce ze mną polemizować?
Nikt nie ośmielił mu się odpowiedzieć, zapadła martwa cisza. Wojownicy bali się nawet oddychać. Koloman puścił swoją „ofiarę”, która upadła do wody. Wojownik dopiero po pewnej chwili odzyskał dech w piersiach i siły na tyle, żeby wolno stanąć na nogach. Po szeregach rozległy się ciche pomruki strachu, sprzeciwu z jednej strony i podziwu dla siły Kolomana z drugiej. Celt spiorunował ich wzrokiem i głosy natychmiast zamilkły.
Wybrany obrócił się ponownie w stronę środka jeziora i coś osobliwego przyciągnęło jego uwagę. Z początku nie bardzo wiedział co to jest – coś migotało, mieniło się głęboko pod wodą, tak jakby jakieś fundamenty a przecież poziom wody sięgał im zaledwie do kostek. Ruszył przed siebie z mieczem w dłoni a wojownicy podążyli jego śladem. Nie wiedział co, ale jakaś nieznana siła przyciągała go do tego miejsca, jakby oplotła go niewidzialna sieć. Nie maił na tyle siły, nie umiał się jej oprzeć. Szedł przed siebie jak zaczarowany i nie zdawał sobie sprawy, że powoli zaczynać mu już sięgać powyżej kostek. Ale się nie zatrzymywał. Jego podwładni wie niedzieli co mają robić. Nie chcąc zostawić go samego ruszyli jego śladem. A do jego uszu znów odleciał ten dobrze znajomy dźwięk – słyszał jak wzywała go Księżniczka Marza. Ale pozostali wojownicy zauważyli, że wody zaczyna przybywać ale nie wiedzieli skąd. Nie było żadnych opadów, a jezioro nie posiadało żadnego dopływu z zewnątrz. Nie wiedzieli jak to się dzieje ale wyczuwali swymi pierwotnymi instynktami, że ma to związek czarną magią. Mówili to Kolomanowi, ale ten jakby ich w ogóle nie słyszał. Ich prośby i ostrzeżenia odbijał się od niego jak strumień natrafiwszy na tamę. On słyszał lament swojej ukochanej. Zamiast zwolnić tylko przyśpieszył kroku.

+

Wtem wszyscy wpadli jakby w jakiś podwodny wir. Czuli jak coś oplata im nogi swoimi mackami, coś na wzór żywych lin. Coraz bardziej pogrążali się w odmętach jeziora, byli przez coś ściągani w jej nurt. Ziemia pod ich stopami rozstąpiła się i wkrótce znad tafli wystawały już tylko ich głowy. Woda wokół nich zrobiła się zielona, jakby brudna albo cała zarośnięta jakimiś chwastami, które co chwilę łapały ich za nogi. Ale parli naprzód aby dogonić Kolomana. Zdawało im się, że to jezioro nagle przekształciło się w otwarte morze, które nie ma środka – wszędzie dookoła nich od suchego brzegu oddzielała ich taka sama odległość. W pewnym momencie już nawet przestali go dostrzegać.
Cały czas brudna i śmierdząca już woda wpływała im do ust i gardła. Nie nadążali jej wypluwać ani oddychać a Celt ani razu do tej pory się na nich nie obejrzał. Zdawało im się, że jego siły są nie wyczerpane, bo ani na moment nie zwolnił „kroku”. 
Poczuli uścisk jakiś silnych dłoni, które chwyciły ich za nogi i pociągnęły w dół. Nie mieli siły się uwolnić, bez powietrza znaleźli się pod powierzchnią wody i zostali porwani z jej nurtem jak jedna wielka, bezładna masa. Kolomana także to spotkało, ale wcześniej przed oczami ukazała mu się cudowna postać kobiety o ciele uwodzicielskiej Iseuld a twarzy Księżniczki Marzy.

Ubrana w czerń kobieta uskoczyła w bok zwinnie jak kotka i ręce Lilith przecięły ze świstem powietrze. Dookoła niej powietrze wypełniło się salwą gromkiego, serdecznego śmiechu. To jeszcze bardziej rozwścieczyło Księżniczkę. Rzuciła się w drugą stronę a jej przeciwniczka rozmyła się w powietrzu i pojawiła się w zupełnie innym miejscu. 
- Myślisz, że zdołasz mnie pokonać? Myślisz, że masz tyle mocy? – Zapytała dźwięcznym głosem piękna kobieta w czerni.
Jej twarz przypominała jakiegoś anioła lub bajkowego elfa. Zniewalające, duże złociste oczy zapewne doprowadziły już do szału niejednego mężczyznę. Lilith nie odpowiedziała tylko krzyknęła z rozpaczy wydając ze swego gardła taki pisk, od którego powinny popękać bębenki w uszach. Ale jej przeciwnicza nadal stała niewzruszona. Księżniczka chwyciła leżące nieopodal opasłe tomisko i rzuciła z całej siły w kobietę celując w środek czoła. Ale księga zatrzymała się tuż przed nią i z trzaskiem upadła na podłogę. Na jej ustach pojawił się szyderczy uśmiech a Księżniczka nie mogła ukryć swego zdziwienia. Nie wiedziała z kim ma do czynienia.
- Nie tędy droga, mała.
Księżniczka nie mogła już dłużej znieść tej zabawy. Niemalże kipiała ze złości. Zebrała w sobie całą swą moc i wyciągnęła rękę przed siebie. Poczuła nagle w sobie przeogromną siłę, z której do tej pory nie zdawała sobie żadnej sprawy. Otworzyła dłoń a z jej środka wyprysnął pojedynczy, gruby promień ognia. Jej ręka stała się czymś na wzór gardzieli jakiegoś smoka. Uniosła brwi ze zdziwienia. Nawet nie wiedziała skąd ma taką moc.
Także jej przeciwniczka stała przez krótką chwilę jakby zaskoczona. Ale gdy płomień zbliżał się już do niej na niebezpieczną odległość wypowiedziała tylko na głos słowa jakiegoś zaklęcia w jakimś nieznanym, starodawnym języku, które wzmogło tylko strach Księżniczki.
- KEKH THAR OURERUSH,
TEHAREM KAHRITUS.
I nie poruszyła się z miejsca nawet o milimetr. I ogień zniknął z dłoni Lilith – jakby się wypalił. Nie było wątpliwości, że jej przeciwniczka była jakąś potężną czarodziejką.
- Jeszcze nie jesteś gotowa aby używać swej mocy. – Powiedziała kobieta w długiej sukni. – Jeszcze musisz się wiele nauczyć, ale masz w sobie potężną moc. Z czasem nauczysz nad nią panować. Ale nie powinnaś jej używać przeciwko mnie. Jestem silniejsza i w każdej chwili mogłabym Cię zgładzić.
Lilith ledwo słyszała jej słowa. Była bardzo słaba. Czuła się jakby stoczyła najkrwawszą bitwę w swoim życiu a to miało być zaledwie wprowadzenie do tego co ją miało czekać w przyszłości. Bezsilnie nieomalże upadła na podłogę. W ostatniej chwili podtrzymały ją jakieś silne dłonie. Odwróciła głowę i ze zdziwieniem zobaczyła pochyloną nad sobą przeciwniczkę, która wolno prowadziła ją w stronę łóżka i pomogła jej się położyć. Lilith nie wiedział co robi, była już półprzytomna. W podziękowaniu chwyciła za rękę starsza kobietę. Ostatnimi słowami jakie usłyszała było, wypowiedziane przez czarodziejkę, zdanie:
- Jestem Morgan la Fee, jestem Twoją ciotką. -
po czym znowu straciła przytomność.

Nagle w lochu zapanowało nieoczekiwane ożywienie.
- Słyszeliście? – Zapytał wojownik o twarzy mordercy.
- Nie. – Odpowiedział Gwidon.
- Zdaje mi się, że nie jesteśmy tu sami.
Wszyscy umilkli.
- Dałbym sobie głowę uciąć, że coś słyszałem. Dochodziło jakby spod podłogi.
- Może jakiś szczur. – Rzekł z przekonaniem w głosie Howkwdarthwtmoon.
- Na pewno nie.

++

Kapitan Skull właśnie zastanawiał się jak powinien postąpić gdy tuż obok swojej głowy zobaczył długie ostrze miecza. Gdyby ułamek sekundy wcześniej nie odsunął głowy zapewne teraz nie miałby jej na karku. Zorientował się, że nad nim wojownicy usłyszeli jego obecność i teraz przebijają podłogę, żeby go złapać. Mógł ich wszystkich pozabijać ale ułożył własny plan działania i do jego realizacji potrzebował doświadczonych żołnierzy.
Potężnym uderzeniem rękojeści swego miecza wybił deskę nad swoją głową. Odskoczyła jak za dotknięciem magicznej różdżki. Poczym zrobił to samo z kilkoma następnymi. W ten sposób nad jego głową powstała dziura wystarczającej wielkości aby mógł przez nią się dostać do pomieszczenia powyżej. Odbił się od ziemi zwinniej niż Tygrys Bengalski i w mgnieniu oka znalazł się przy wojownikach. widział ich zaskoczenie. Nie bardzo wiedzieli co mają robić.

Pierwszy z osłupienia ocknął się Howkwdarthwtmoon.
- To przyjaciel Kolomana! Brać go! To szpicel! Nie pozwólcie mu uciec! – Krzyczał na całe gardło. – To Kapitan Mrocznego Stowarzyszenia, to Skull. – Wyjął miecz z pochwy i skoczył w stronę przeciwnika. 
Za jego przykładem podążyli pozostali. Tylko Gwidon pozostał na miejscu i przyglądał się bacznie Kapitanowi, nawet nie wyjął broni. 
Skull nie zamierzał walczyć. Rzucił broń na ziemię, upadła tuż przed jego nogami. 
- Stać! – Krzyknął Gwidon. – Jeśli, któryś z Was odważy się go zaatakować nie dożyje jutra! 
Wojownicy natychmiast się zatrzymali i pełni wściekłości spojrzeli na Gwidona. Ich oczy wyrażały nieokiełznaną chęć mordu. Gwidon wolnym, majestatycznym krokiem ruszył w ich kierunku a oni, rzucając wściekłe spojrzenia raz na niego raz na Skulla, rozstąpili się nieco. 
- Dlaczego się poddałeś? – Zapytał.
- Przerastacie mnie liczbą.
- A więc możemy robić co chcemy. – Warknął wojownik o twarzy mordercy. 
Gwidon spojrzał na niego takim wzrokiem, że aż ciarki przeszły wszystkich żołnierzy. 
- Ani się waż. – Rzekł groźnie, po czym zwrócił się do Kapitana. – Wiesz na jakie ryzyko się godzisz? W walce mógłbyś przeżyć lub osłabić nas a teraz nie mogę odpowiadać za moich towarzyszy. W każdej chwili możesz zginąć.
- To prawda. – Przyznał Skull. Szczególnie, że znam wasz cały plan. Wszystko słyszałem. Ale nie po to tu przyszedłem.
- Więc po co? – Wtrącił Howkwdarthwtmoon.
Kapitan spojrzał w jego stronę i natychmiast, pomimo nikłego światła rozpoznał wojownika. Nieraz widywał go już na zamku Kolomana.
- Nie rozmawiam z tobą, psie. - Warknął. – Chcę porozmawiać z prawdziwym wojownikiem.
W tubylcu krew zawrzała gdy tylko to usłyszał. Najpierw zrobił się czerwony jak ogień, potem blady i siny z wściekłości. Skoczył niczym zwierzę w stronę bezbronnego, mogłoby się wydawać, Kapitana. Ostrze jego miecza zbliżało się z zawrotną szybkością. Ale Kapitan nie zdążył nawet zareagować, a może wcale nie chciał. Zareagował za to w samą porę Gwidon. Błyskawicznie wykręcił dłoń z trzymanym w niej mieczem i wbił go nadbiegającemu wojownikowi prosto w trzewia. Howkwdarthwtmoon padł na ziemię z otwartymi ze zdumienia oczami. 
Pozostali wojownicy spojrzeli na Gwidona. Nie mogli uwierzyć własnym oczom, że zabił swego przyjaciela, któremu w walce nieraz uratował życie, że zabił go z zimną krwią. Nie widzieli, że w jego oczach pojawiły się łzy. Ale czyż mógł postąpić inaczej. Howkwdarthwtmoona kochał jak brata, ale nie mógł dopuścić do swawoli – w przeciwnym razie straciłby swój prestiż, szacunek i nie umiałby ponownie zapanować nad tą zgrają zaślepionych zemstą wojowników. A poza tym miał także pewne zasady – nie mógłby sobie spojrzeć w lustrze prosto w oczy gdyby pozwolił zabić bezbronnego człowieka jak zarzynane zwierzę. I nie znosił gdy ktoś nie stosuje się do wydanych przez niego rozkazów.
Kapitan Skull wyczuwał to swoim siódmym zmysłem. Specjalnie zmusił Gwidona do dokonania wyboru. Teraz był już pewien, że jego przeciwnik posiada jeszcze silne cechy charakteru i nie jest zły do szpiku kości. Celt mógł zatem mieć nikłą nadzieję, że uda mu się zapanować jakoś nad jego umysłem i przekabacić go na swoją stronę. Wiedział, że ma do czynienia z nie lada żołnierzem a takich potrzebował. A jeśli nie to będzie działał sam ale tak łatwo się nie podda. Póki co musiał grac dalej.
- Chcę się do was przyłączyć, służyć wam doświadczeniem, silną ręką i pomocą.
- Nie potrzebujemy Ciebie. Sami sobie damy radę. – Odezwał się inny wojownik, który postura przypominał mamuta.
- Oferuję wam swoją pomoc, ale czy ją przyjmiecie zależy tylko od was.
- Dlaczego chcesz się do nas przyłączyć? – Zapytał nieco podejrzliwie Gwidon. 
Jego czujny wzrok próbował prześwidrować Celta na wylot ale trafił na nieoczekiwanie silny opór. Widocznie jego przeciwnik miał jakąś pomoc z zewnątrz.
- Powiedzmy, że też nie przepadam za tym Człowiekiem z Nikąd. Zbyt mocno wtrąca się w niektóre sprawy. 
- Mów jaśniej.
Kapitan przygotował wcześniej odpowiedź, ułożył w swojej głowie przykładowy model rozmowy. Do tej pory się sprawdzał. Musiał ich jakoś przekonać.
- Chcę zdobyć Księżniczkę Lilith a Koloman mi w tym przeszkadza. Gdy wróci i będzie próbował odbić zamek osobiście się nim zajmę. Tylko ja jestem w stanie go pokonać, a wtedy Lilith będzie moja, na zawsze MOJA. – Przy tych słowach zaśmiał się szyderczo.
Chciał aby jego śmiech wypadł jak najbardziej naturalnie. I chyba mu się to udało. Spojrzał na żołnierzy zgromadzonych wokoło siebie i prosto w oczy Gwidona. Nawet on nie wyczuł podstępu tylko wyciągnął rękę w stronę Celta i westchnął głęboko.
- Można dla niej stracić głowę. – Przyznał z pełnym zrozumieniem w głosie.
- Ale nie tylko głowę. Jeśli chodzi o Kolomana to także i życie.
Po tych słowach wszyscy wojownicy zaśmiali się szczerze. Skull został przez nich przyjęty jak swój człowiek. A więc pierwsza część jego planu się powiodła. Teraz nadszedł czas na wprowadzenie drugiej. Celt w myślach już zacierał ręce.

C.D.N.

 
Konrad Staszewski [koloman1@op.pl]

|strona 41|