TERAZ ROCK i INTERIA.PL
Hard As A Rock



Na wstępie, chciałbym towarzyszowi G3T serdeczne podziękować za wyręczenie mnie w recenzowaniu kompilacyji poprzedniej, co niewypałem sporym była. Nie, umowy między nami nie było, zainteresowany z pewnością uśmiecha się pod nosem, zmieszany. Ku chwale Partii!

Bo trzeba wam wiedzieć, że płytka, co ją spece od muzyki w "TR" wykroili i do numeru czerwcowego dołączyli, o niebo lepsza jest od poprzedniej. I brnąć się jakoś w tę muzykę da, a przy okazji, tacy ignoranci jak ja, mogą rzucić okiem na skromną część współczesnej sceny muzycznej. No, to mi się podoba!

Znów postanowiono na zróżnicowanie - zdecydowanie brak tu metalu, którym to nakarmiono nas przy okazji House Of The Blue Light w ilościach zastraszających. Coś w tej płycie jest wypadkowego z dwóch poprzednich, z których na pierwszej proporcje klasycy-młodzież były wyrównane, a na drugiej zachwiane na rzecz strony drugiej. To "coś" to ponowne zachwianie owych proporcji, tym razem na korzyść starych wyjadaczy, takich jak Robert Plant(zeppelinowo-elektroniczny Shine It All Around sprawdza się wyśmienicie). A właśnie - Plant. Widać, że wreszcie uwalnia się od popowej łatki, którą wielu zdążyło mu przyszyć. Powrócić postanowił też Wszechmogący Bruce, by pokazać nam, co to znaczy być pod wpływem swojego macierzystego zespołu(refren Abduction byłby kąskiem dla Harrisa).

Kolejny raz przekonujemy się, że nawet artyści z, wydawałoby się, ukierunkowaną stylistyką, potrafią nas zaskoczyć. Pod znakomitym, energetycznym Pull The String, podpisał się projekt Geezera Bultera o nazwie GZR. Nie łudźcie się - toż to prawie czysty numetal. Numetal, który ma prawdziwego kopa, co się w numetalu zdarza nieczęsto, jak mówi numetalowe przysłowie. Ciężarnie jak nigdy brzmi też rodzima Armia - niby jak zwykle, masywny riff, potężna waltornia... ale tym razem jakoś inaczej, trashowo w porywach(Poza Prawem). Najmilej zaskoczył mnie jednak filigranowo-zimnofalowy Lunar Closterkellera. Najmilej, bo słuchało mi się go naprawde miło. Zaskoczył, bo wieje od niego optymizmem, co w przypadku Closterów nie jest tak oczywiste. Aż się zacząłem zastanawiać, czy to dobrze, żem tak pluł na nich przy wszystkich okazjach(bez przesady - powiedział zdrowy rozsądek).

Co tam jeszcze? Poza(o ironio!) lekko Ironowym Black Dwarf Candlemass, z riffem bazującym chyba na tym z Solitude(ino szybszym), dołożył mi jeszcze przezroczysty James LaBrie. No i znajdźcie mi lepszy tytuł, niźli Invisible dla tak odtwórczego, gładkiego numeru, w Dreamowej konwencji. Czyli coś, co niby jest, ale tego nie ma. :) A refren - dam głowę że gdzieś słyszałem...

Wyjadacze starają się nas zadziwiać, inna sprawa jak im to wychodzi. Kompilejszyn broni się jednak, dzięki dość wyskoiemu poziomowi prezentowanych utworów. W zakłopotanie wprawia nas tradycyjnie tytuł, jak zwykle perfekcyjnie dobrany do zawartości. Ale co do tego mam teorię - może to ci sponsorzy przemycają tam jakiś product placement zmyślny? Tak zmyślny, że nawet my sami się nie zorientujemy, co on w sumie reklamuje. Chyba, że odkryjesz, czytelniku, na przykład, że portal interia.pl, twardym jest jak skała.

Dając spokój teologii - trzeba wspomnieć o kilku, co na wspomnienie zasługują. W ofensywie nasi - powrót Quidam rysuje się w ciepłych barwach, tytułowy kawałek z SurREvival brzmi cokolwiek z angielska i... przyzwoicie! Nawet z hammondem w tle i aranżem starannym. Na zachód, a raczej na wyspy, odpływają też Riverside - za sprawą lekko zakskującego Acronym Love. Już Ci się wydaje, słuchaczu, żeś kopię Keane usłyszał, aż dosłuchujesz od końca i bijesz się w pierś, bo te eleganckie linie gitary i gustowne wokale są zaprawdę przyjemniackie. No i jeszcze Hedonistyczny Playboy, czyli jak się gra na instrumentach akustycznych. Klimat z okolic wielkomiejskiego pubu, potęgowany przez wokalistę, ocierającego się o rejony Franka Kimono(pamięta go ktoś?:)). Aha - Frontside walą jak zwykle i krzyczą Przyjmij Tę Przysięgę. Ja dziękuję, postoję.

A reszta w teleekspressie: Lacrimosa robi swoje, Kelch Der Liebe i wszystko jasne. Corrosion Of Conformity wcale nie sprawili, że poczułem się jak na gorącym krześle, choć tytuł dość radiogłowo mi się kojarzy(Paranoid Opioid). Wynagrodzili mi to naprawdę pałerzaści i rock'n'rollowi Brand New Sin w Black And Blue. Black Label Society mogliby się przyznać, że wzięli na wokal Ozzy' ego, "odsabbathować" Suicide Messiah i skrócić go potężnie - może wtedy byłbym łaskawszy.

Nie chciałem opisywać wszystkich kawałków jak leci, ale skoro tak się zapędziłem, że jeden mi został... John Hackett udowadnia, że talent nie zawsze można odziedziczyć. Przynajmniej kompozycyjny. A przecież zamiast pchać się z solową twórczością, taką jak Ego & Id, mógłby pograć gdzieś na tym swoim flecie, co idzie mu nawet nieźle. Po co męczysz moje uszy, Johnie, synu Steve'a? Początek ujdzie... reszta do wyrzucenia. To nie jest "progresywa", to jest "regresywa".

Jak widać, zalet rozległych dopatrzeć się można. Myślę, że ten krążek powinien zadowolić większość co bardziej wybrednych osobników - każdy coś dla siebie znajdzie. Szkoda, że fanom progresywnych klimatów z lekka się oberwało, ale cóż, może ten gatunek powoli umiera? Aha, jeszcze jedno. Tym razem na kompilacji nie ma Soilworka. Musiałem to powiedzieć. :)

Nie jest źle. Ale przydałby się hicior, taki żebym był gotowy jakąś płytę w ciemno kupić. Wiecie, coś na miarę Loser Ayeron, czy Lemurii Theriona. Ale nie ma .

Ocena: 7/10


© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)