SANTANA
Santana
Rok 1969 powoli ustepował miejsca swojemu następcy - 1970. W słuchaczach wciąż żywe było wspomnienie pamiętnego festiwalu oraz niesamowitych występów. Gdzieś między Hendrixem, Cockerem, czy Ten Years After, pałętało się kilku młodzieńców... Cóż oni tam wyprawiali?
Carlos Santana - gitarzył i śpiewał
Dave Brown - szarpał cztery struny
Mike Carabello - uderzał we wszystko, co bębniło, na ten przykład w konga
Jose Chepito Arreas - oprócz bębnienia, dzwonił ile się dało
Mike Shrieve - po prostu bębnił
Gregg Rollie - zasuwał na parapetach, czasem podśpiewując
Tak tak, moi drodzy - Santana Band zadebiutował na scenie, dzięki której, mimo woli przeszedł do historii. Nic więc dziwnego, że chłopcy zapragnęli odtworzyć tę atmosferę w murach studia San Mateo - byśmy mogli się nią rozkoszować w domowym zaciszu. A że jazzrock za sprawą Chicago czy Supertramp stał się sprawą powszechną, można powiedzieć, że lepiej trafić nie mogli.
Bo tak zasite ów album się prezezntuje - próżno tu szukać śladów późniejszych dokonań pana Carlosa. To przede wszystkim granie zespołowe, bez wyraźnej hegemonii gitarowych dźwięków, powstałe na bazie improwizacji, z zachowaniem zasady złotego środka. Brak tu typowego dla jazzu przepychu technicznego, brak tu typowego dla rocka czadu. W zamian dostajemy wyraźnie bluesową ekspresję, spore przestrzenie dźwiękowe oraz wizytówkę tej grupy - elementy muzyki latynoskiej. Czy trzeba mówić coś więcej?
No dobra, trzeba - bo Hex kazał długie recki pisać. :) Podoba mi się odpowiednie wyważenie proporcji pomiędzy utworami instrumentalnymi a zwykłymi piosenkami - podoba mi się także różnorodność poszczególnych kompozycji, a jednocześnie ich spójność. Na sam początek Waiting z rockowym pazurem i hammondem w roli głównej. Od pierwszych taktów zmusza nogę do rytmicznego przytupywania i ukazuje w przekroju umiejętności techniczne grupy. Niesamowity feeling - choć utwory są precyzyjnie zaaranżowane, wręcz emanują świeżością i energią typową dla jamów. Zero przynudzania* - tylko konkrety, jakby to podsumował jakiś szerokospodniowiec. Muzycy mimo niebanalnej techniki nie katują wirtouzerskimi popisami, każdy instrument ma swoje trzy grosze do wtrącenia - pełna demokracja.
Spójność, a jedak zróżnicowanie! Pachnące dokonaniami Johnsona You Just Don't Care i zawodząca gitara, hammondowe wibracje w Persuasion, niesamowicie kontrastują z jazzowym Treat(piękny fortepian!) czy hiciorem S. Henry'ego Evil Ways. Wszystkie te melodie wchodzą do głowy z siłą wodospadu Niagara, umilając nam każdą możliwą porę dnia. Warto nadmienić tu pewne novum, jakie udało się przemycić bandowi do współczesnego rocka - zwielokrotnienie instrumentów perkusyjnych. Konia z rzędem temu, kto powie jaki nielubiany przez mnie zespół chełpi się tym "odkryciem" w czasach dzisiejszych? Heh, tyle że na omawianej przeze mnie płycie wszyściutkie bębny są wyraźnie słyszalne - ich brzmienia w widoczny sposób kontrastują ze sobą, tworząc niesamowity, rytmiczny podkład do kompozycji.
Mimo niesamowitego zgrania zespołowego, nie jest tajemnicą kto tu rządzi, kto jest inicjatorem i liderem tego projektu. Jednak, jak już wspomniałem - nie zdominował albumu w stopniu większym niż było trzeba. Choć solówki już tutaj są niesamowicie dojrzałe i niezwykle charakterystyczne(jazzowe akcentowanie pojedynczych nut, połączone z bluesowym feelingiem - nikt tak nie grał), zdają się być tylko niewielką próbką możliwości Carlosa(choć Shades Of Time wiele do zarzucenia nie mam). Jeden z moich ulubionych gitarowców pokazał się tu również od strony wokalisty - i wyszło mu to nadzwyczaj poprawnie. Ot ładna, lekko claptonowska barwa, w niczym nie przeszkadzająca.
Myślę, że ostatnie zdanie poprzedniego akapitu możnaby zastosować w stosunku do całej płyty. Santana to po prostu świetna muzyka relaksacyjna, obfitująca w nowatorstwo, luźny nastrój i ciekawe smaczki. Dowód na to, że jazzrock może być ekspresyjny(Savor), a egzotyczne popisy bębniarzy nie muszą nudzić - wręcz przeciwnie(Soul Sacrifice). Cóż mówić - kolejne dzieło, które popchnęło muzykę rockową o krok naprzód, choć może nie zyskało statusu kamienia milowego, czy płyty klasycznej. A jednak warto posłuchać. Cholernie warto posłuchać - choćby dla tych cudnych hammondów i bębnów. Zwłaszcza że produkcja bardzo staranna jak na tamte lata i powiedziałbym nawet, dość współczesna.
Ocena: 8+/10
*)Wspomniany przeze mnie pan, użyłby innego słowa na "p", ale nie chcę zaśmiecać jednej z niewielu moich sensownych recek.
© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)