REZERWOWE PSY
soundtrack
Nienawidzę prawie wszystkich soundtracków, tak do gier, jak i filmów, bo zawierają sam kał, kichę i wszystko co najgorsze. Jest jednak kilka pozycji, których da się słuchać. O... właśnie spontanicznie recenzuję jedną z nich, jednocześnie deklarując wszem i wobec, że gdy w przyszłości będę tu coś pisał, na pewno nie będzie to recenzja czysto metalowej płyty (nie chcę się przyczyniać do rozwoju pozerstwa i rozrostu procentu xerobojów w populacji wielkiej RP, od kiedy zdałem sobie sprawę, że tłumaczenie tego i owego debilom to jak nawracenie rzeki kijem). No ale my tu gadu gadu, a cedek stygnie. Graliście kiedyś w "Rezerwowe Psy"? Nie? Dużo straciliście. Kto jednak grał, miał zapewnione jednak parę godzinek śmiechu wywołanego bardzo specyficznym... hmmm... "humorem" twórców z Nekrosoft (dobra nazwa dla firmy, a nie jakieś gayowskie Konami, Capcom, Nintendo czy inne takie), chyba każdy rył na ziemi słysząc takie teksty jak "Nuuuu?", "Z pustego i Salomon nie naliiije" czy "Napierdalamy się?" wypowiadane tym kultowym ruskim akcentem menela z Pietropawłowska. Dobra, dobra, już przechodzę do muzyki. Cały soundtrack mieści się na dwóch płytach CD, z czego drugą można bez najmniejszych wyrzutów sumienia spuścić w kiblu. Zajmijmy się więc pierwszym kompaktem. Pierwsze dwa numery to odrazu najaśniejsze punkty tej płyty, obydwa o ile się nie mylę wykonywane przez zespół o zoofilskiej nazwie Kury. Ciężko mi jest to zaklasyfikować do jakiejkolwiek szufladki, rock będzie bardzo krzywdzącym określeniem w stosunku do tych świrów, ponieważ te numery są cholernie pokręcone, jakiś funk, może jazz? Dziwny rytm, elektronika, umyślnie hooyowe wokale, kretyńskie teksty ("Pewien gość miał w chuju dość trójkątny tors i modny dres" (...) "Raz fury kradł raz gówno jadł" i tak dalej w tym klimacie). Do tego jeszcze wymyślnie popiżdżone solosy, które nie kojarzą mi się z niczym. Dobrze sukinkoty grają, posłuchałbym tego kontent więcej. Następnym numerem jest cover głupiej dyskotekowej szmaty Celin Dion (taka piosenka z murzyńskiego rzewnego szajsu pt. "Titanic"). Oryginał nie ma prawa podobać się nikomu, co innego kowerek. Nie wiem kto nagrał, prawdopodobnie jacyś bohaterzy niedzielnych poranków na Polsacie czy też pogromcy lokalnych remiz. Harmonie (takie jak te, na których grają Cygany), 100% wieśniactwa, gwizdy jak w oborze, wokale stanowiące wypadkową śpiewu Jaszaka z Hangover i rodziny panny młodej bawiącej się na weselu dorodnej córy, która odmieniła swój los i zamiast krów w poweselną noc będzie doić coś zgoła innego... Jak się nawalę i tego posłucham, to wypowiem się obszerniej. Czwarty numer to monotonny powtarzający się motyw grany na niezidentyfikowanym przeze mnie instrumencie, do tego szum wiatru i inne efekty akustyczne, całość nieco przypomina najnowsze nagrania Burzum (w "ogólnych zarysach") minus aryjski feeling. Krążek zamyka cover czarnego śmietnikowego ćpuna, Boba (chyba koziego) Marleya, zapomniałem jak się ten syf nazywa w oryginale. Tutaj krzyczą coś w stylu "Iron like a lion in Zion" (ciekawe czy ma to coś wspólnego z osławionym Z.O.G.'iem?:) i coś na temat banana to every black (!?!) cośtam in Africa), Cover jest niemalże mroczny (szczególnie bas), dodane są jakieś efekty powodujące echo czy coś, a wokalu się nie da opisać... Noc cóż, na tym przykładzie widać, byle biały żulex lepiej śpiewa niż cała "muzyczna" elita czarnuchów (no, poza Phillem z Thin Lizzy. ale on już nie żyje), choć nie ma szans by nasze dumne białasy z Raveland: Rob Darek, Karpikorpus i Karcharotto (R.I.P) to przetrawiły. Kower zdecydowanie lepszy od oryginału, co prawdę mówiąc nie jest żadną sztuką.
Ocena: 9/10