MISFITS
"Famous Monsters"


Misfits to prawdziwa legenda horror punka, której powstanie datuje się na rok 1977. Namieszali ładnie na scenie rocka, po czym się rozpadli. Jednak jak to się często dzieje dochodzi czasami do reraktywacji. Taki i było w tym przypadku. Tyle, że jeden z założycieli Misfits był przeciwny odrodzeniu zespołu. Danzig mu było... Na szczęście drugi z założycieli, obecnie zaciekły wróg Glenna, Jerry Only zebrał skład, wywalczył prawa do nazwy w sądzie i dzięki temu Misfits na nowo mógł płodzić świetne krążki, zaczynając od "American Psycho". Nie o niej jednak dzisiaj (zwłaszcza, że jej nie posiadam, buuu!), teraz zajmiemy się kolejną płytą Najsławniejszych Potworów.

Płyta nagrana w składzie Jerry Only na basie, jego kochany braciszek Doyle na wieśle, kolega ze szkolnej ławy Dr. Chud tłucze sobie w spokoju ducha gary. Pewnym problemem zapewne było odnalezienie kogoś na miejsce Glenna. Zajął je młody rockman, Michael Graves, co było zdecydowanie trafnym wyborem. Ma doskonały, mocny i czysty głos, który wprost idealnie wpasował się w nową muzyczną stylistykę Misfits. Utwory to już nie zapiżdżający do przodu hc/punk, a bardzo melodyjny (melodyjny w sensie chwytliwy!) punk pomieszany ze starym hard rockiem, z pewną domiszką starych brzmień Amerykanów. Każdy numer to potencjalny horror rockowy hicior. Przebój goni przebój, że tak powiem. Numery są całkiem zróżnicowane, posiadają świetne refreny i doskonałe melodie, w sam raz do śpiewania ich z piwem w ręku razem z Gravesem! "Scarecrow Man", "Pumpkin Head" czy "Crowling Eye" są nieco ostrzejsze w stosunku do reszty, co oczywiście im się chwali. Mamy też romantyczną (hehehe) balladę "Saturday Night" czy skrajnie niszczący "Scream", do którego nakręcono świetny teledysk. Małym odstępstwem jest "Descending Angal", w którym robi się trochę jednak zbyt popowo, ale jest to tylko jednorazowy wybryk. Skoro Misfits gra horror rocka, wobec czego wiadomo chyba o czym śpiewają? Niemal każdy tekst powstał z inspiracji jakimś leciwym horrorem (Jerry i Co. są wielkimi fanami tego typu filmów). I tak, w "Them" mamy gigantyczne mrówki-potwory, w "Crawling Eye" pełzające oko, natomiast "Pumpkin Head: to całkiem ciekawa historia o, cytuję "dobrym człowieku imieniem Ed". Na tle tych wszystkich potworności wyróżnia się "Fiend Club", dedykowany chyba fanom Misfits (Fiend oznacza ortodoksyjnego fana tej kapeli). Osobna sprawa to brzmienie. Panie i panowie, niech mnie chuj strzeli jeśli to nie jest jedna z najlepiej wyprodukownych płyt w ogóle! Brzmienie to prawdziwa żyleta, po prostu wzór dla rockowej produkcji, idealnie wyważone, ostre, w idealnych proporcjach między gitarowym brudem i czytelnością samej muzyki. Odpowiedzialni za nie są panowie Ed Stasium i Daniel Rey, którzy pracowali przy większość albumów The Ramones. Kij jednak w odbyt Ramonones, bo to właśnie Misfits powinni zgarnąć wszelkie nagrody za granie w pełni rockowego rocka w nierockowych czasach. Aha, dzięki specjalnym efektom made by Jerry & Chud, w piosence o starchu na wróble wokal przywodzi na myśl samego Ozziego Anno Satani 1973. Dla mnie bomba!

Misfits na dzień dzisiejszy jest jednym z ostanich bastionów prawdziwego hard rocka, więc jeśli jesteście rządni porządnej dawki tej muzyki, plujecie na dawne gwiazdy typu Ozzy, Plant czy Danzig za to, co z siebie zrobiły (ten pierwszy wymiękł, drugi oszalał, trzeci zramolał), nie skąpcie pięciu dych na "Famous Monsters", zwłaszcza, że możecie to kupić w boxie z metylmindu razem z inną świetną płytą Misfits. Ale to już temat na kolejną recenzję...

Ocena: 10/10


© Szwejk Bloody Szwejk