MARYLIN MANSON
"The Last Tourne On The Earth (Live)"
Koncert - nawet Budki Suflera - jest niesamowitym przeżyciem. Tam fani gatunku dają się unieść muzyce, skacząc w jej rytm, machając rękoma ponad głowami, niekiedy wskakując w oko cyklonu wirującego wśród publiczności pogo. Różnie bywa. Ale niekiedy jest tak, że mimo chęci nie ma jak dostać się na konkretny koncercik. Pozostaje wtedy takiemu nieboraczkowi czekać na wydanie płyty swojego ulubieńca, na pudełku której będzie napis "Live". Mi do rąk wpadła taka płyta, a napis artysty krzyczał Marylin Manson.
Koncerty Manosna to niemałe szoł. Wszak wiadomo o jego wyczynach, dzięki którym zaistniał. Kręcenie karków bogu ducha winnych kogutów czy zamienienie swojego perkusisty w pochodnię o czterech kończynach to jego najgłośniejsze cyrki. Z tego co wiem na "Last tourne on the earth" takich "cukiereczków" nie było. Brian Warner za to z miłą chęcią opowiadał zgromadzonej publice anegdoty. Całkiem interesujące, muszę przyznać. Dla przykładu: - Miałem wczoraj sen. Byłem uwięziony na morzu z likieru, utknąłem na wyspie zrobionej z kokainy, niebo zrobione było z LSD, a każde drzewo z marihuany. Po każdej kropce czy przecinku publiczność wykrzykiwała ze swoich gardeł oznakę aprobaty i zachwytu, która buduje znakomity klimat, jeżeli słucha się płyty wieczorem. Utwory na płycie są bardzo dobre, a to stwierdzenie poprę tytułami "Antichrist Superstar", "Beautiful People", "I don like the drugs (but the drugs like me)", "Rock is death" i "Sweet dreams". No i znakomita ballada "The last tourne on the earth".
Ekipa Mansona grała dynamicznie, bez fałszu, czysto i przejrzyście. Publiczność również dobrze się spisała. Ludziska doskonale wiedzieli, w jakich mają się udzielać, kiedy drzeć gardła, a kiedy zachować stosowne milczenie. Miodzio. Spierać by się można, czy, że tak powiem, nadpobudliwość Warnera przy niektórych kawałkach wyszła im na dobre. W "Beautiful people" np. nie ma tego cichego, nieco strasznego szeptu, jaki używał w pierwotnej wersji, tylko głośne, pełne chrypki krzyki. A wpłynęło to na utwory jak najbardziej pozytywnie.
Co tu dużo pisać. Płyta bardzo dobra, fani antychrustusowej supergwiazdy na pewno w ten krążek się zaopatrzą (jeśli, co jest mało prawdopodobne, jeszcze tego nie zrobili), a zwolennicy Mandaryny dalej będą go unikać. Dziewiątka jak nic.
Ocena: 9/10