MARYLIN MANSON
"Hollywood"


Antychryst, który chce wziąć ślub kościelny - taką właśnie opinię usłyszałem kiedyś o nim. Nie wiem, czy to z kościołem ociera się o prawdę, a co do pierwszego określenia, to sam nie wiem. Kiedyś wywoływał u mnie złe odczucia, myślałem jak większość osób, które nie zapoznało się z jego twórczością, tekstami piosenek, ani samą muzyką. Dziś uznaję go za jednego z najlepszych światowych artystów i - to ważne - szoł-menów. Brian Warner, bardziej znany szerszemu gronu jako Marylin Manson.

"Hollywood" dostałem w swoje obskubane z paznokci palce grubo ponad pół roku temu. Godzinę później byłem oczarowany. A rzadko mi się to zdarza, jeżeli chodzi o muzykę czy filmy. Płyta obfita jest w ciężkie gitarowe uderzenia, co zresztą nie powinno nikogo dziwić. Ekipa Warnera swoimi narzędziami spłodziła coś, o czym wiele rockowych bandów może tylko pomarzyć - dobrą muzykę. Kawał dobrej muzyki, która uderza w uszy. A robi to takimi kawałkami jak "The love song", "The fight song", "Disposable teens", "The death song", "Coma black", "Lamb of god" i tak dalej. Z tego dwie ostatnie są melodyjnie, można by powiedzieć, balladami, które powinny być wzorcem dla tych sztucznie lansowanych zespołów i piosenkarzy/rek. Świetnie skomponowana muzyka i drapieżny głos Warnera stanowią śmietankę gitarowej muzyki, która już od jakiegoś czasu nie błyska niczym nowym. Nie mówię jednak, iż "Hollywood" jest czymś nowatorskim. Jak dla mnie jest to dobry współczesny rock (metal, wiem), w którego warto zainwestować pieniążki - jeżeli nie dla całej płyty, to dla utworów, które podałem wyżej. Przy "fajt song" nogi same będą podskakiwać, "disposejbl tins" głowa sama poruszać się będzie w rytm muzyki, a "coma black" wprawi was w nieco ponury, acz przyjemny nastrój.

W XXI wieku mamy do czynienia z tak wielkim ciężarem, jaki stanowi tandeta, że dla równowagi trzeba byłoby wskrzesić Cobaina, Merkurego i sklonować Warnera, tylko w kobiecej wersji. Ilość tanich, bezbarwnych i pozbawionych dobrego smaku produktów jest ogromna. Dla większości osób Marylin Manson to robak, insekt, którego należy natychmiast odesłać w świat, w którym aniołkowie grają na harfach. Dla ogromnej ludzkiej masy jego muzyka jest tylko wrzaskiem i tłuczeniem porcelanowych naczyń. Taką krytykę należy wcisnąć w poślady tym, którzy tak mówią. W taki sposób można krytykować wszystko. Hip-hop w ten sposób mógłbym nazwać "jołem, elomem, ziomem i jaraniem, kurka, blantuff" i nawijaniu o tym, jacy to raperzy są twardzi, jak to trzymają się razem i są prawdziwymi ziomami. Nie tędy droga. Owszem, jest wiele rockowych band, które stosują technikę "My Gramy Co Chcemy A Wy Róbcie Sobie Co Chcecie" i raperów, którzy potrafią tylko machać rączkami jak podczas dziennika dla głuchoniemych oraz układać wierszyki o jaraniu maryhy, zadymach z policją i byciu prawdziwym ziomem osiedla. Możecie mówić o Mansonie wiele, drodzy "krytycy", ale nie to, że jego muzyka jest tylko wrzaskiem. Jego muzyka jest przekazem, ponurym co prawda, ale przekazem.

Dałbym Marylinowi dychę. A co, w końcu ocena jest moją indywidualną sprawą. Ale nie dam. Płyta jest naprawdę cudna, warta inwestycji tych parędziesięciu złociszy, ale dycha jest oceną zbyt wygórowaną, jak dla mnie. Dziewiątka, tak, to dobre. Piękna, tłusta i rozkosznie zaokrąglona dziewiątka - taką ocenę przyznaję temu albumowi.

Ocena: 9/10


© Michał Chmielewski <eric_wu@p.pl>