LACRIMOSA
Stille
O Lacrimosie można mówić wiele. Wiele albo wcale. Zdania na temat tej kapeli(?) podzielone są niesamowicie. Tak samo jak i na temat tejże płytki, opinii znajdziemy skrajnych tyle, co drobinek cukru w łódzkich kanałach(i wyjaśnia się tajemnica przepięknego smaku kranówki). Prawdą jest jednak, że ten krążek jest typowo reprezentatywny dla późnej twórczości Tilo Wolfa. Można powiedzieć że ostatecznie wyznaczył stylistykę, w jakiej porusza się do dziś. A było to niedawno, w 1999 konkretnie.
Wiadomo, że żyjąc w ojczyźnie Oktoberfestu, mając za przodków Jerzego Fryderyka, Wolfganga Amadeusza tudzież Ludviga Van, w dodatku przyjmując nazwę od pieśni żałobnej, kończącej drugą część Requiem, nie można robić byle czego. To po prostu nie wypada. Niektórzy jednak za bardzo biorą to sobie do serca.
A zacznę od zarzutów: godzina i jedenaście minut - to niekoniecznie standardowa długość płyty w dzisiejszych czasach. Na takich praktykach przejechały się już najlepsze zespoły. Nawołuję więc: jakość nie ilość! Zwłaszcza że przeciętna długość utworu waha się od 7 do 10 minut. Spokojnie, drogi panie. I tak przecież za rok nagra pan nowy album(który to już z kolei?).
Mimo wszystko okazuje się, że nawet z tą częstotliwością i tempem pracy, można słuchacza zaskoczyć. Przemyślany Der Erste Tag na starcie - klasyczny aranż, z odpowiednią dawką emocji, rozkręca się powoli acz zdecydowanie. Miodna metalowa końcówka plus eleganckie zapętlenie aż nazbyt nachalnie prosi "słuchaj tego dalej, dalej, dalej". Tilo zdaje się lekko kombinować.Nie brak brzmień typowo orkiestrowych, (Mein Zweites Herz) długich, niekoniecznie maksymalnie rozbudowanych kompozycji (Die Strasse Der Zeit), tak typowych dla niego. Do ascezy tej muzyce jak najbardziej daleko, ale daleko jej też do akordowej nawałnicy gitarowych dźwięków, podkreślanych akcentami smyczkowymi, czy dętymi.
Problem nie leży jednak w strukturze kompozycji, lecz w ich przewidywalności. Powtarzający się schemat przejść orkiestrowo-metalowych, unison, motywów syntezatorowych oraz obowiązkowych w każdym utworze solówek - to praktycznie kwintesencja Stille. Przynajmniej co się tyczy dłuższych kompozycji. Momentami denerwuje ten schematyczny do bólu schemat, zwłaszcza że zdaje się zabijać to, co w Lacrimosie najlepsze - lekkość motywów, wyczucie emocjonalne, budujący(acz nie nachalny)patos. Gdyby przymknąć na tę wtórność oko - muzyka jak się marzy. Może tylko anglojęzyczne Not Every Pain Hurts w jakiś sposób stara się wyrwać temu schematowi - pobrzmiewają tam echa francuskiej muzyki ludowej, choć pod koniec Wolf i tak serwuje nam ciężarną nawalankę. Żeby choć oryginalną...
Jak widać, ze Stille jest jak z jazdą kolejką górską. Dający kopa adnrenalinowego początek jazdy, stopniowo przechodzi w przyzwyczajenie - w okolicach 3/4 drogi zbiera nam się na wymioty, aż wreszcie na końcu trasy czujemy tylko lekką błogość i ulgę. Make It End - przedostatnia kompozycja, mająca wymiar niemal autoironiczny. Prawdę mówiąc, kojarzy mi się z Guano Apes - może przez ten riffowy układ i linie wokalne Anne Nurmi.
Ratuje nas klimat - klimat teatralnego, cyrkowego widowiska, rockowo-klasycznej uczty, potęgowany przez delikatne akcenty gitary akustycznej i fortepianu - tak jak w Siechst Du mich Im Licht?, z którego to solówka powala mnie na kolana bez pozwolenia. Ratuje nas niemożność ogarnięcia tej muzyki za pierwszym, czy nawet czwartym razem - takie smaczki jak dramatyczna nawałnica werbli w Die Strasse Der Zeit ułatwiają brnięcie w ten las. Co by o tych aranżach nie powiedzieć - coraz więcej w nich klasycznego ducha. Bywa patetycznie - choć tego typu patosu nie strawią chyba jedynie ortodoksyjni fani Toola i Nine Inch Nails. Sam już siebie nie rozumiem. To w końcu jest dobrze, czy nie jest dobrze?
Może powiem tak: zabrakło na tej plycie jednej ważnej rzeczy. Zabrakło tytułowej ciszy, chwili spokoju, takiej ascetycznej, floydowo-crimsonowej ciszy. Owszem, Lacrimosa to inna bajka. Lecz nawet takiej bajce przydają się zapożyczenia. Chodzi o moment zadumy, o odpoczynek, do którego słuchacz okazję ma rzadko. Wolf nieustannie gra na emocjach - tak w tekstach, jak i w swoim manierycznym, fałszującym jak zaraza głosie. Paradoksalnie kwintesencją płyty nazwać mogę skrajnie patetyczną balladę Stolzes Herz. Każdy element jest tu odpowiednio dopracowany - choć całość balansuje na granicy kiczu, głównie przez zaśpiewy Tilo. Podbijający akcenty dzwon, odrobina gitary i... lekko acid-rockowy odjazd, w okolice dna morskiego. Tylko po to, by wypłynąć dumnie przy akompaniamencie ciężkiego riffu, nośnego motywu i... ponownie zanurzyć się w ciszy.
Werdykt: da się tego sluchać, rozłożywszy na porcje uprzednio, niektóre części usuwając. Raz na wozie raz pod wozem. Nie jest tak źle. Ja do kilku kawałków będę wracać na pewno. Pytanie: jak często?
Ocena: 6/10
© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)