GREEN DAY
"American Idiot"


Green Day od pewnego czasu kojarzy mi się z polskim Perfectem. Stało się tak po przeczytaniu w "Angorze" artykułu o bandzie Grzesia Markowskiego, który mówił, że jedną z przyczyn ich sukcesu był niewątpliwie czas, kiedy zaczęli grać. Grali o niemiłych czasach PRLu, gdzie po jedno piwo trzeba było przedostać się na drugą stronę Warszawy (Pepe, wróć), bo piwne bary w tymże mieście ograniczały się do cyferki 2. A jeżeli chodzi o Grindeja i jego sukces, to wystarczy spojrzeć w zachodnią stronę i pomachać panu Georgowi W. Bushowi.

Przyznaję krytykom tego amerykańskiego trójbandu, że w świat muzyki nie wnieśli nic nowego. Ot dobry współczesny rock, jakiego gra wiele fajnych zespołów. Muzyka lekka, dobrze nastrojone gitary płodzące coś pokroju kalifornijskiego punk-rocka. A teraz spójrzmy na lirykę...

Nie chcę być amerykańskim idiotą
Nie chcę narodu z nową manią
Czy słyszysz dźwięk histerii?
Podprogowy rozum pieprzyć Amerykę


Aha, no tak. Widać, że panowie należą do elitarnego międzynarodowego klubu "AntyBush", który na nieszczęście dla samego Dżordża rośnie w siłę każdego dnia. Billy Armstrong (gitarzysta i gł. wokalista) wraz z dwoma kumplami jeżdżą po swoich politykach, niczym Wojewódzki po przeciętnych muzykantach, co podoba się całkiem sporej liczbie ludzi. W tym mnie. Panowie siedzą w muzyce już dosyć długi czas, ale dopiero ten album okazał się dla nich strzałem w dziesiątkę. Równolegle z "American Idiot" przesłuchiwałem "Dookie", które było całkiem dobre, ale nie na tyle, by dorównać nowemu albumowi. Wiadomo, iż liryka to nie wszystko (prawdę mówiąc ważniejsza jest muzyka), więc dźwięki tutaj również odegrały swoją rolę bardzo dobrze. Znam parę osób w świecie punk-rock-metal, którym właśnie takie zagrywki nie bardzo pasują. Mnie natomiast taki właśnie rock leży i to bardzo. Sympatycznie, lekko i płynnie ułożone nutki - to lubię. Ja - szczerze - nie mam nic do zarzucenia panom z GD. Mało wymagam? Może.

Spytałem o obiektywną opinię kumpla. Zredukował swoją recenzję do "może być", a minus postawił za podobieństwo melodii w paru kawałkach, z czym się nie zgodziłem. Album o amerykańskich idiotach ma pewną charakterystyczną cechę. Mimo swojego przesłania, pokazania smutnej rzeczywistości, korupcji, oszustw i nieprawidłowych decyzji ze strony rządu płyta jest bardzo wesoła. Melodia grana jest tak, jakby ekipa Bowling for Soup wyrażało swoje perypetie w kawałku The Bitch Song. I moim subiektywnym zdaniem właśnie to jest kluczowym powodem sukcesu Green Day. Bo spójrzcie na np. Marylina Mansona (może trochę niefortunne porównanie, co tam) - gość jedzie po wszystkim, niekiedy bardzo słusznie, ale nikt, poza fanami gatunku (w tym mnie), tego nie będzie słuchał, ponieważ kaliber jego gitar jest o niebo większy od grindejowskiego. A Grindej swoim subtelnym stylem w kawałku "Holiday" przypadli do gustu nawet mojej mamie (!!!).

No i kwestia oceny. Hmm... niech będzie 9. Dlaczego tak wysoko, skoro ich sukces polega tylko na dobrym wyczuciu czasu, a nie na nowatorskich zdolnościach? Bo tak. Recenzja jest sprawą subiektywną, a płyta, mimo że mam ją już spory okres czasu, ciągle się kręci w mojej komunijnej wieży Thomsonica.

Dla kogo GreeDay - American idiot? Dla entuzjastów rocka, anarchistów, antyfanów Dablju Busza, wielbicieli trochę bardziej ambitnej muzyki niż hiphop czy techno. A co mi tam - dla wszystkich, dla każdego.

Ocena: 9/10


© Michał Chmielewski <eric_wu@p.pl>