POZNAJ MNIE PO GŁOSIE
Czyli o wyrazistych wokalach słów kilkaset



Włączcie jakieś Orange Blue, czy coś w tym stylu - poczujecie klimat wstępu, od którego nie ma uczieczki :)

Typowa reakcja typowego szaraka na typową muzykę, jakiej wiele można usłszeć w typowym radiu: "och, jaki on/ona ma piękny głos!". W większości przypadków ów typowy obywatel ziemi ma na myśli linię wokalną, do której pasuje jak ulał określenie "ładna". Wiecie, rozmaite Tanity Tiktaki, Marie Kary, Łyknij Chusty, Basie Czeczelewskie... uwentualnie Eltony Dżony(środkowy okres tfurczości) czy Dragi Dejwidy. "Ładny głos" - czyli głos melodyjny, nienachalny, śpiewający wpadające w ucho partie(to najważniejsze), pełen ekspresji i masochistycznych skłonności do wędrówek góra-dół - z subtelnością i wyrafinowaniem. Innymi słowy, ciekawa barwa, oryginalne rozwiązania tonalne, nie mają znacznego wpływu na osąd Typowego, jeśli owe cechy nie są eskploatowane na rzecz cukierkowatych zaśpiewów.

Kończąc to przynudzanie - w szołbizie światowym od dawien dawna funkcjonuje powiedzonko, które mówi "Jeśli robotnik na budowie włącza radio, w którym właśnie leci twoja piosenka i nie znając jej, rozpoznaje twój głos - wtedy możesz powiedzieć, że osiągnąłeś sukces.". Do czego zmierzam? Do tego, że umiejętności, technikę i tym podobne bzdety może przyćmić doskonała wyrazistość. Charakterystyczność, rozpoznawalność barwy, sposobu śpiewania, czy kombinacji melodycznych w liniach wokalnych. Innymi słowy, możesz nawet ryczeć jako jeleń na rykowisku, czytelniku, byle usłyszały to wszystkie jelenie w Twoim stadzie. I takimi właśnie jeleniami chciałbym się dziś zająć, takich powymieniać - z nazwiska nawet. Żadnych tam podziałów płciowych, żadnych kryteriów co do talentu, żadnego rasizmu. Liczy się stopień wyrazistości mierzony w skali... jelenia.

POBUDKA, TOWARZYSTWO, SKOŃCZYŁEM NUDZIĆ

Nazywam się Waits. Tom Waits. Palę trzydzieści paczek papierosów dziennie. Rano whisky, w południe whisky, wieczorem dla odmiany burbon. Przed koncertami trochę więcej, wiadomo, o głos trzeba dbać. Generalnie sam się sobie dziwię, jakim cudem zapamiętuję te pieprzone teksty, które sam zresztą piszę. Nie pamiętam już kiedy zrobiłem pierwszą plytę, kurna, tytuł też zapomniałem. Jak widzisz, słabo mi dziś idzie gadanie. Jak się przez dwie godziny wypluwa z siebie te wszystkie piosenki jak jakiś buldog ze śmietnika z Los Angeles, to tak potem jest. Powiem Ci tak - jak te cioty z Cannibal Corpse'ów, czy Caracassów myślą, że mają zaplute, zgniłe i ohydne głosy, powinni przyleźć na mój koncert. Co mówisz? Aha... cykają się cioty. Widzisz, tak to jest. Nie pamiętam już jak się normalnie gada - gardziel przeżrały mi te wszystkie odrdzewiacze. Nie śpiewam, tylko pluję, tak jakiś krytyk napisał. Z gardła, pewnie że z gardła, przeponę i tak mam całą zalaną. Czasem łapią mnie jakieś niekontrolowane odruchy, wykręcam się w tę i w tę przy tym mikrofonie. O czym pluję? To jest blues, stary. Taki jazzem podszyty, wiesz, sam komponuję. Ale różne lubię rzeczy, byle było do rytmu i klawo. Czasem nawet o religię zahaczam,(Jesus Is Gonna Be Here) albo kołysanki ryczę(Lullabye). Daj lepiej fajkę.
[Stopień w skali jelenia: Absolutnie nie do pomylenia]

Ozzy Osbourne. Dla przyjaciół: John. Jeśli kiedykolwiek umiał śpiewać, to znaczy że był zdrowo naćpany. O jego spodleniu się wypisywać można sterty papieru, ale nie o to tu chodzi. Mówiło się o nim, że brzmi jak skrzypiące drzwi, albo i gorzej. Wysoki, piskliwy głos, który jak mało co pasował do muzyki Black Sabbath. Można odnieść wrażenie, że w dzieciństwie lubił bawić się nożyczkami i sekatorem. Piorun jasny go tam wie, może wtedy swoją męskość utracił? Cokolwiek by nie śpiewał - zawsze jest rozpoznawalny. Dużo w tej barwie mroku, a jednocześnie, spora doza wesołkowatości(Wicked World, Changes...). Maniera lekko bluesowa - chyba podobali mu się wokaliści The Who czy The Animals - ale nie na tyle, żeby nauczyć się śpiewać jak oni. Ciężko znaleźć dla niego lepsze miejsce, niż taki właśnie artykuł.
[Stopień w skali jelenia: Absolutnie nie do pomylenia]

Pan już się zamknie lepiej, panie Robercie Plant. Co pan mysli, że nie mam o kim pisać? Tyle, co pan się nakrzyczał to i tak za dużo. Mało panu, że z kolegami podwaliny pod całą współczesną muzykę położyliście? Jak widać, mało - pan musiał się wydzierać. I to żeby chociaż ładnie jakoś, tak z finezją, tak prościutko, schludnie... nie, pan musiał szokować. Rejestry nieosiągalne dla zwykłego faceta, nawet po kastracji. Skąd pan brał tę barwę? No i te pana zagrywki "na przekór". Nawet w piosenkach - wydawałoby się - ładnych, z oczywistą linią wokalną, pan musiał coś namieszać. Bawi to pana? Że teraz nawet Violetta Villas tych wyczynów nie powtórzy? Te pana ucieczki od kanonów, które jeszcze wtedy nie zostały stworzone... co pan jest, wizjoner? I co mają znaczyć te orgastyczne westchnięcia z Dazed And Confused czy Whole Lotta Love? Te wycieczki na Jamajkę w D'yer Mak'er? To umyślne zburzenie patosu Stariway To Heaven? Podpadł mi pan niesamowicie, panie Plant. O solowej twórczości już się nie wypowiem. Ech, idź mi pan z tymi górkami, z tą swobodą, tym zawodzeniem... tak charakterystycznym że zwymiotować idzie.
[Stopień w skali jelenia: Max. 10 sekund niepewności]

Teraz Polska: Wojciech Waglewski. Nie wiem ile ginu spożywa dziennie, jedno jest pewne - do śpiewania się nie przykłada. I zadziwiająco wpasowuje się w niezwykłą, pełną artystycznych poszukiwań muzykę Voo Voo. Obowiązkowa chrypka, lekka chropowatość - a jednocześnie przyjemniacki, misiowaty głos. Choć był swojego czasu młody, w co trudno uwierzyć, od zawsze wokalem "wyrastał ponad wiek". Zawodził jak stary dziad, się znaczy. I zawodzi do dziś. Nie wyciąga, nie sztuczkuje - nawet głośniej nie krzyknie, od tego są vocodery i Pospieszalski. Wiadomo, w jego zespole liczy się muzyka - ale ta ciepła, śmieszniutka barwa, doskonale sprawdza się jako uzupełnienie tego jazzowo-etniczno-rockowo-reagge'owo-elektronicznego konglomeratu. Milutko.
[Stopień w skali jelenia: Nie do pomylenia]

Tilo Wolf - o nim zdążyłem się naprodukować już odrobinę. Zdaje się celowo tworzyć muzykę, do której nie pasują praktycznie żadne linie wokalne - katuje nas wtedy tym "aktorskim", manierycznym i momentami ekspresyjnym zawodzeniem. Musi być z niego wesołek, nie ma co - śpiewa jakby płakał. Może nad brakiem talentu wokalnego, może nad rozlanym mlekiem, nie wnikam. Bardzo, bardzo schematyczne linie, takie usilne wypełnianie przestrzeni między kolejnymi taktami. Ponadto: fałszowanie na porządku dziennym - w poprzednim wcieleniu podrabiał chyba dokumenty Gestapo. Na nowym Lichtgestalcie kultywuje tradycję. Jeśli cokolwiek z muzyki Lacrimosy zapada nam w pamięć - to z pewnością nie jego linie wokalne. Raczej niepowtarzalna, zapłakana barwa.
[Stopień w skali jelenia: Max. 5 Sekund Niepewności]

Stephen Patrick Morrisey do kapitana. Hmm... Charyzmatyczny. Niegrzeczny. Wygadany(zwłaszcza w tekstach). Manieryczny. Skłonności do falsecikowania i układania niepowtarzalnych linii wokalnych. Pozorne wrażenie fałszu. Ale czysto. Zdecydowanie. Podejrzany o współpracę z prekursorami britpopu - The Smiths oraz o pięć solowych płyt. Schematyczność w kompozycjach. Zgadza się? Spocznij! No, toście sobie nagrabili, Morrisey... niby tak ładnie, niby czyściutko, a tu proszę! Dzisiaj widzę wpisane jak byk: nieprzystępna muzyka! A i ten wasz zaśpiew, prawie jak opera o zarzynanych kurczętach. Przesłodziliście, Morrisey, przesłodziliście! Wy tak od zawsze, nie? Tak głęboko, precyzyjnie, manierycznie... manierycznie jak cholera jasna! Gdyby każdy ten wasz flażolet był arszenikiem, cała armia by nam wymarła! A wy byście tylko się szyderczo uśmiechnęli i zanucili tym swoim cholernym nosowym głosem Is it really so strange?...
[Stopień w skali jelenia: Absolutnie nie do pomylenia]

Joe Cocker - mówią, że na śpiewaniu coverów pojechać daleko nie można. Ale jak ten argument stosować w stosunku do kogoś, kto największą karierę zrobił, odgrzewając już gotowe kawałki? Większość piosenek, które wykonuje to albo zapomniane już, klasyczne pieśni, albo kamienie milowe, standardy nad standardami. Zawsze się zastanawiałem, jak to możliwe, że jego wersje są zwykle bardziej znane od oryginałów, nawet tych z drugiej grupy. Teraz już wiem o co chodzi. Nie tylko o jego magiczny, zachrypnięty, soulowy głos - ale o niesamowite emocje, jakie wkłada w śpiewane słowa. You Are So Beautiful - nigdy tak infantylne słowa, nie sprawiały wrażenia tak głębokich. Gdzieś w nim siedzi ten prawdziwy soul, ta muzyka duszy, ten chicagowsko-jazzowy duch. Gordon Haskell, że tak powiem, wymięka. Niech przemówią fakty: beatlesowski With A Little Help From My Friends, dzięki wykonaniu Joego, stał się jednym z trzech standardów Woodstockowych i jednym z największych standardów w ogóle(pozostałe dwa, ku przypomnieniu: I'm Going Home Ten Years After i Star Flag Hendrixa). Z jego własnych wytworów polecam You Can Leave Your Hat On, czy Have A Little Faith
[Stopień w skali jelenia: Absolutnie nie do pomylenia]

Roger Waters - na starość zdziadział totalnie, nie wydobywa już z siebie żadnej nuty, tylko te melorecytacje... Zresztą, jego domeną zawsze był rap*, o ile dobrze pamiętam. Zwykłe chucherko, wiecznie niedożywiony, sądząc po obecnym wyglądzie - na skraju śmierci. Czyli, jak to mówią, nafing special. Ale przewińmy taśmę, wepchnijmy na scenę muzyków Pink Floyd i każmy im zagrać... powiedzmy Dogs. Albo In The Flesh?. Albo, no niech już stracę - Set The Controls For The Heart Of The Sun. A teraz rozwiążmy biednemu basiście knebel i dajmy mu głos. Pytam: czy słyszeliście coś podobnego? Czy to możliwe, by w tak małym głosie, tkwiła tak niespotykana moc? Tak niesamowity ładunek emocjonalny? I przede wszystkim: tak niespotykane wyczucie wagi "śpiewanych" słów? Celna ironia, kłujący sarkazm, przeplatające się ze skłonnościami do schizofrenii, przyozdobione goryczą i smutkiem - tego nie da się pomylić z niczym innym, podobnie jak pseudooperowej, angielskiej do bólu maniery(ech, ten The Trial). Niech się schowają gotyccy dołersi, powielający jeden drugiego i orbitującymi w zaświatach. Taki Waters jest jeden. Przynajmniej gdy w okolicy kręcą się Rick, Nick i David.
[Stopień w skali jelenia: Absolutnie nie do pomylenia]

Hyyyy... jestem... khyyy... Kasia Nosowska... się nazywam... khyyy... na kompromisy nie chodzę, bo nie ma... khyyy... po co. Kiedy gram z... khy... Heyem, zawsze coś namieszam - i potem się chłopcy... khyy... czepiają. Że linie nieładne niby... khyyy... że nieładne. A co to kogo, za przeproszeniem... khyyy... obchodzi? Niech sobie ta lalunia, Wyszkoni śpiewa... khyyy... ładniutko, ja mam to gdzieś. Piszę o tym, o czym mi się... khyyy... podoba. W sumie to lubię Debbie Harry, Kurta i... khyyy... Veddera lubię(a nie Vadera, wbrew...khyyy... pozorom)... ale się... khyyy.. nie inspiruję, bo mam własny... khyyy... styl własny mam. I możliwości podobno też... hyyyp... tak mówią chłopaki, podobno tylko dlatego jestem jeszcze w... khyyy... zespole jestem. Wydzieram się, ale raczej staram się, żeby ludzie rozumieli... khyyy... rozumieli co śpiewam. Tyle, że mnie czasem... khyyy... o właśnie, takie coś łapie. I wtedy, jak mnie to.... khyyy... to coś złapie, to inhalator biorę, o tak [pssssyt] i jakoś idzie. Nie, nie sprawia mi to kłopotu, naturalnie się czuję tak śpiewając. Wiecie, taka ciepła chrypa zawsze robi swój klimat. Nie wiem czy ja się z tym urodziłam, czy co, ale tak mi wygodnie. A jak już rzygam Teksańskim śpiewanym po raz setny, to lecę na przykład w trasę z chłopakami z Dezertera. I drę się na maksa, bez kompromisów. A potem wracam i grzecznie intonuję nie złoszczę się, nie złoszczę się... bo co mi tam. Khyy...
[Stopień w skali jelenia: Raczej nie do pomylenia]

Mark Knopfler się kłania. Podobnież, gdy Dire Straits święciło triumfy z pierwszą płytą, ktoś powiedział o nich: "no, ładnie grają, ale nie mogliby zatrudnić wokalisty?". Dziś wydaje się to nie do pomyślenia. Pewnie, nie oszukujemy się - Mark to przede wszystkim niesamowity gitarzysta i kompozytor. Ale jego głos, tak ciepły, tak pogodny i dziwny zarazem, jest wręcz niemożliwy do pomylenia z jakimkolwiek innym. Beznamiętne, pseudobluesowe melorecytacje, śmieszne zabarwienie(powiedziałbym nawet, że dość "czarne"), a jednocześnie niesamowita delikatność i umiejętność "wtapiania się" w tło muzyczne - to jego znaki firmowe. Czy to ze Straits, czy solo - wokal zawsze był w jego twórczości tłem do akompaniamentu, uzupełnieniem kilku dziur, których nijak inaczje zapełnić się nie dało. Najlepszy i najbardziej znany przykład, to Brothers In Arms. Tam posuwa się do lekko melodyjnego zaśpiewu, unisono z hammondem. Zawodząca gitara opowiada historię, wydobywa z siebie ekspresyjne dźwięki, gdy potulny Knopfler przebąkuje coś pod nosem. Niesamowite.
[Stopień w skali jelenia: Absolutnie nie do pomylenia]

DODATEK SPECJALNY

Kto na rynku rządzi i wymiata, dobrze wiemy - i jest ich jeszcze wielu, wielu, wielu... Dalsze tak rozwiązłe rozpisywanie się na ich temat, nie ma sensu. Skondensujemy więc trochę wiadomości o tych, co wyraziści są, ale czegoś im jakby brakuje. Znaczy, owszem, swój wyraz mają, lecz gdy tylko zdarzy im się gdzieś poza swymi rejonami muzycznymi, zaraz jakby się gubią. Słucha tego słuchacz biedny i myśli sobie "no, cholera, a może to... (wstaw imię)? Ale coś nie brzmi jak...". Zafunduję wam to, drodzy czytelnicy, w skrócie telegraficznym. ot, taki śpiewający teleekspres.

Edyta Bartosiewicz - naczelna EDYTorka wśród piosenkarek. Fakt faktem, że jej chrypka jest dość charakterystyczna. Ale umieszczenie w tej rubryce, zagwarantował jej przypadek. Ot, oglądnąłem reklamę kawy siakiejś(product placement zabroniony:)) i nagle, ni stąd ni zowąd, głos jakiś usłyszałem. Pierwsze, o czym pomyślałem "czyżby to Bartosiewicz?". Się okazało że zgadłem bez pudła.

Maynard James Keenan. Mówię o nim "przezroczysty". Fakt, pozornie facet śpiewa zwyczajniej niż wszystkie gwiazdy kalifornijskiego punku razem wzięte. Ale coś w nim siedzi, melancholija jakaś, depresyje maniakalne - i te ekspresyjne heroiczno-barykadowe momenty też do myślenia dają... Powód umieszczenia, ten sam co wyżej. Tyle, że nie słyszałem reklamy, a koncertowy Muhhamad My Friend Tori Amos. Zgadnijcie któż był na feauturingu(choć publika wyraźnie go zagłuszała).

Freddie Mercury - No dobra, o nim powinno być wyżej. Ale nie jest, bo zanudzać was nie chciałem na śmierć. Powiem tak: oprócz zniewalających, niesamowitych, etc, blablabla, możliwości wokalnych, oprócz hiperbolicznej skali, miał Fredek w brawie coś... orientalnego. Tak wyraźnie zarysowanego, a jednocześnie pozornie zwyczajnego. To chyba te arabskie korzenie... polecam Mustafa. O pomyłce nie ma mowy.

Tarja Turunen - bo umie śpiewać naprawdę operowo, bo manierki swojej się dorobiła, bo komplikować linie wokalne potrafi bez zbędnych popisów,(tyle że na nowym krążku tego nie uświadczysz) bo ma fajne belcanto i mezzosopran, bo czasem śpiewa po fińsku i najważniejsze - bo ją lubię. Ktoś ma wąty? Ciekawe czy Moore słyszał jej Over The Hills And Far Away i ciekawe czy spadł z krzesła.

Sting - bo tak jak ja, nie dośpiewuje końcówek. Elegancki, angielski dżentelmen, który nie chce się zestarzeć. Do tekstu nie przykłada dużo wagi - często seplenić mu się zdarza. Ale klimat, klimat tworzyć potrafi. Klasycznie w Russians i Moon Over Bourbon Street, albo jazzowo w Lost My Faith.

Joe Strummer, Mick Jones - hołda im dajmy. Śpiewanie przez nos też ma uroki, podobnie jak młodzieńczy bunt. Ale Strummer nie krzyczał - on ironizował, szydził i ośmieszał. Mick robił to samo, uzupełniali się doskonale. Punk dopiero powstawał, a już jedni z prekursorów pokazali, że to nie musi być bezmyślna łupanka i darcie mordy. Tylko potem trochę się zapędzili w kozi ogon. Spoczywaj w pokoju, Joe.

Pan Maleńczuk, bo tak się teraz każe tytułować Król Maciuś Pierwszy polskiej tandety. Wokalnej, oczywiście. Owszem, umiejętności chłop ma niezgorsze. Ale jego makaroniarskie zawodzenie i monotonna maniera mogą wyjść każdemu bokiem. Mnie wychodzi do tego stopnia, że gdziekolwiek jestem, zawsze poznam tego naćpanego ulicznika, który wparował tylnymi drzwiami do szołbiznesu, narobił zadymy i uciekł To jest paradoks artysty - pisze dobre teksty(choć nie zawsze), ma nienaganną technikę, a w praktyce nie da się go słuchać. Ale dość moich wynurzeń - drugiego takiego pajaca nie mamy.

Krzysztof Cugowski - też powinno być o nim wyżej, ale nie miałem weny, by go tak po Stone'owsku wyidealizować. Głos wysoki, acz zabarwiony odpowiednią ilością tabasko. Czyli, jak to mówią - wydrzeć też się umie. Wczesne nagrania Budki to momentami majstersztyk. Nie ma takiego drugiego na świecie i nie będzie, a przynajmniej się nie zanosi. **

Janis Joplin - jedyna kobieta na świecie, która naprawdę miała w sobie bluesa i nie wstydziła się go używać. Bez ekwilibrystyki, za to z niesamowitą dozą energii, z uczuciem, z pasją. Popisywała się, owszem, zdarzało jej się kilka razy - ale w porównaniu do dzisiejszych panienek, którym wydaje się że w bluesie chodzi o rozbudowaną melizmatykę i jazzowe skoki tonacyjne - to pryszcz. Janis była szczera, kobieca do bólu, wrażliwa i jednocześnie bezkompromisowa. Mercedes Benz... ktoś NIE syszał? No właśnie.

James Hetfield - Fakt, whiskey w słoiku to nienajlepszy napój na struny głosowe(chyba że do coverów Waitsa). Coś dziwnego stało się z tym jego głosem - zgrubiał potwornie, w tłuszcz obrósł, w melodykę coraz uboższy... Skutki odwyku słychać najlepiej na S&M. Można tę brawę imitować, jednak wątpię czy ktoś z szanownych naśladowców stworzy takie linie jak na ten przykład w One.

Roman Kostrzewski. Podobno nigdy nie podobała mu się twórczość KATa. Mnie z kolei nie podobały mi się jego teksty i linie wokalne. Tyle, że ja KATa słuchać jeszcze mogę - jemu się przejadło. Rozpoznawalne są przede wszystkim wyżej wspomniane linie - czasem popiskujące, czasem naprawdę mroczne. I barwa, bardziej punkowa, niż trashowa, czy blackowa - ale i tak niesamowicie wyrazista. Mieszane uczucia mam tylko przy balladach, do których to Romek nadaje się jak Janko Muzykant do literatury.

BĘDZIE TEGO TRUCIA

Wymienić mógłbym jeszcze kliku panów i kilka pań, jednak, przyznam szczerze, nie mam na to szczególnej ochoty. Chciałbym, abyście zrozumieli jedno. Artykuł ten nie jest kolejnym z seri "the best of"(na które to moda ostatnio zapanowała straszliwa), ani kolejnym "kazaniem Piotra Skargi"(pozdro ScimmiTTar!), co ma was na jakąś ścieżkę naprowadzić. Nie miałem też na celu wyciąganie z mrocznych odmętów muzyki alternatywnej, frontmanów i frontmanek o których nikt nie słyszał, by udowodnić swoją wyższość nad wami. Cel przyświeca mi jeden, jasny i prosty - chcę wymusić na was odmienne spojrzenie na kwestię śpiewania. Spojrzenie z innej pespektywy, z perspektywy wyrazistości.

Popatrzcie wyżej - umiejętności wielu artystów są co najmniej dyskusyjne. Lecz nie zawsze w muzyce chodzi o to, by męczyć słuchacza wspomnianymi we wstępie(ha, teraz go przeczytacie:)) elementami. Muzyka powinna być tworem zespołowym, zespół zaś - tworem kolektywnym, w którym każdy ma swoje równorzędne miejsce. Sam wokal nie powinien przesądzać o jakości całego utworu. Tyczy się to nawet twórczości solowej, gdzie to artysta-lider powinien po prostu odpowiadać za wszystkie kompozycje, nie zaś wypełniać 3/4 przestrzeni dźwiękowej. Do czego zmierzam? Do odwiecznej prawdy, o wspomnianych we wstępie(no, teraz na bank tam lecicie) jeleniach. Dobry wokal to taki, który ma swoją własną tożsamość, lub doskonale pasuje do muzycznego tła. Tła, które powinno przestać być traktowane jak tło. Fani ciężkiej muzyki wiedzą o tym dobrze. Czy wiedzą jednak Typowi?

PS. A jeśli ktoś pisał do mnie w czasie wakacji, to prosze, niech wyśle maila raz jeszcze, bo po pierwsze - nie byłem obecny, po drugie - musiałem na nowo założyć skrzynkę.
PS2. Nic nie słuchałem, teraz włączyłem Joan Jett.

*) W takiej formie chciałem zarzucić aluzją do utworu What God Wants z solowego Amused To Death. Ociera się o r'n'b, serio. :)
**) Powiedzcie mi, drodzy moi(mail na dole), jak brzmiał tytuł tego utworu Budki, z organowym wstepem, operową aranżacją i wokalnym kontrapunktem w refrenie? Pamiętam tylko fragment: a po nocy przychodzi dzień... Gdyby ktoś był tak dobry i rzucił się tym utworkiem w formacie mp3, też nie pogardzę.


© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)