*** Stillborn - "Satanas El Grande" ***



ZESPÓŁ : STILLBORN
PŁYTA : Satanas el Grande
WYTWÓRNIA : Pagan Rec. (tak!)
ROK WYDANIA : 2004
SKŁAD ZESPOŁU : Killer - gitara i wokal, M - wokal, Dgi - bas, Łukasz - gary, Ikaroz - gitara
OCENA : +8/10


Bardzo wymowna okładka, chociaż w tej rozdzielczości to siusiaka tam zobaczycie:). Stillborn to jakby nie było kapela, którą podziwiam za upór i wierność swoim poglądom. Killer i spółka grają "oldskulowy" death metal "bo tak lubią". Ci goście mają normalne prace i nie muszą wchodzić w dupę jakiejś łajzie co organizuje cykliczne wojaże po Polsce, aby zarobić na chleb (taki jeden "kochający metali" to im proponował...). Wiem też, że znajdzie się masa kretynów co powiedzą, że Stillborn to "przedstawiciel mody na surówę". Kurza stopa jaka "moda" pytam? To, że ktoś nagrywa brzydkie albumy pełne infantylnych haseł, bluźnierstw i bezlitosnego łomotu, to już "moda". Ja pier... niczę, mam gdzieś takich grafomanów szukających dziury w całym. Mnie Stillborn się podoba i przyjemnie pije się piwo przy tym...
O Stillborn dowiedziałem się z pewnego bardzo kontrowersyjnego zin’ a (z wilkiem w nazwie:)). A jak taka "gazeta" pisze o takich typach to wiadomo o co chodzi. Ekipa Killera już trochę czasu rzępoli sobie więc laicy to nie są, a że są niepokorni i nie trzymają z "bossami ze sceny" to już inna sprawa. Nie są popularni i nie chcą być. Zarobili kasę, wpadli do Hertz’ a, otworzyli po browcu i nagrali pół godziny czegoś tak skrzywionego, że uszy wszystkich "metalowców" to tego nie zniosą. Ale to nie mój problem... "Satanas el Grande" (jak w ogóle można nazwać tak album... tak, tak, brzydko:)) to pół godziny prawdziwego, dzikiego, odrażającego, perwersyjnego i jawnie bluźnierczego Death Metalu (!!!). Panowie ze Stillborn przypominają, że METAL to nie klepanie po pupci, tylko kop w dupę, nie filozoficzne biadolenie o niepowodzeniach w życiu, tylko gloryfikacja czystego zła i Szatan, wóda i machanie łbem! Ideologicznie bardzo dobrze, a muzycznie? Też nieźle. Chłopaki młócą prymitywnie i szybko, ale ma to ręce i nogi. Agresywne riffy, które dla "niewyrobionych" mogą wydawać się całkowicie niemelodyjne. Ale tylko tak się wydaje - ta muza wkręca i odurza (np. "Anti-God Anti-Human" i "Thousend-faced Bitch"). Solówki też są – nie popisy wirtuozi (których notabene nie lubię!), ale dopełnienie reszty kompozycji (i tak kurde ma być!). Wokale – nałożone dwa głosy Killera i M (co za durna ksywa) dają zabójczy efekt. Tak agresywnych lini wokali, to ja dawno nie słyszałem (kojarzy mi się to trochę z początkami Deicide). Żeby nie było za słodko powiem, że minusy też są. Nie wiem o co chodzi, ale w blastach, które gra Łukasz nie słychać centralek. Domyślam się, że chłopaki nie chcieli sztucznych sampli na stopkę, ale to przesada. W końcu jak Hertz to mogli coś pokombinować. Ale co ja będę biadolił, i tak mi się podoba.
Ci co wiedzą o co chodzi w tym całym "metalowaniu" płytę Stillborn już mają. Więc komu mogę to polecić? Nie wiem, sram na to. Ja otworze kolejną butelkę (z dębem na etykiecie:)), zapodam sobie "Satanas el Grande" i będę filozofował o życiu;). Koniec.






© Oldskulowy SLA-I-AN VIII 2005.