MOTORHEAD "INFERNO"  

Są kapele, o których można powiedzieć, że są po prostu kwintesencją rock n' rolla. Takim zespołem jest właśnie Motorhead, który już od niemal 30 lat katuje uszy słuchaczy hałaśliwą, energetyczną i ultraczadową mieszanką heavy metalu, punku i  klasycznego rock n' rollowego brzmienia. Muzyka grupy od lat pozostaje niezmienna, ale nikt nie ma jej tego za złe, przyciąga ona tłumy na festiwalach i koncertach, wciąż zdobywa nowych fanów, a wielu artystów marzy o współpracy z móżgiem Motorhead, czyli Ianem "Lemmy'm" Kilmister'em. Człowiek ten to ikona cięzkiego  rocka, postać tak rozpoznawalna jak Ozzy Osbourne czy Steve Harris. Charakterystyczny, przepity głos, gra na basie i aparycja sprawiają, że jest niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju muzykiem. Skład Motorhead zmieniał się nieraz, ale Lemmy zawsze pozostawał na placu boju i działał dalej zakonserwowany alkoholem i seksem :) Moim celem nie jest jednak prezentacja grupy, ani przybliżenie sylwetki lidera grupy, a zrecenzowanie jej ostatniego albumu, którym jest właśnie "Inferno". 
Napisałem, że muzyka zespołu pozostaje niezmienna, tak więc po tymże albumie nie ma co oczekiwać muzycznej rewolucji. Nie znaczy to jednak, że nie można liczyć na muzyczną REWELACJĘ, takową "Inferno" jest bez dwóch zdań. Wiele grup stara się grać szybciej, mocniej i maksymalnie ostro i czadowo, jednak nie zawsze wychodzi im to dobrze, a słuchaczom na zdrowie. Motorhead każdą płytą pokazuje konkurencji jak się to robi, totalnie wymiatając i swoją energią niszcząc wszystko dookoła :) Taką płytą jest właśnie "Inferno". Już pierwszy utwór, "Terminal Show" udowadnia słuchaczowi, że nie to nie przelewki. Dynia sama wprawia się w ruch, pięści wznoszą do ciosów, w oknach pękają szyby :) Następne utwory tylko potwierdzają klasę tego albumu. Znakomite "Killers", "Fight", "Life's a Bitch" to utwory typowe dla Motorhead, szybkie tempa, charakterystyczne brzmienie perkusji i gitar, mógłbym nawet powiedzieć, że są to hity i perły na miarę "Ace of Spades" czy "Iron Fist". Brytyjczycy przez cały czas trwania płyty, nie porażają bez przerwy uszu ultraszybkimi jazdami gitarowymi i perkusyjnymi, czasami stylistyka ulega zmianie, jak np. w "In the Name of Tragedy", w którym panowie trochę zwalniają, aby nadać bardziej kroczące, ciężkie brzmienie. Te utwory jednak mimo pewnych różnic, nie odstają poziomem od reszty płyty. Stylistycznie odstaje natomiast i to bardzo, utwór "Whorehouse Blues". Słychać w nim jedynie  gitarę akustyczną, a czasami harmonijke ustną. Lemmy natomiast recytuje tekst, zamiast śpiewać go w takim stylu jak to robi w reszcie utworów i takim jakim znamy ze wszystkich albumów Motorhead. Choć nie przepadam za takim graniem to jednak "Burdelowy Blues" przypadł mi do gustu, za sprawą fajnego klimatu i dużej oryginalności. Przyznam, jednak iż wolę kapelę Kilmister'a w tradycyjnym, metalowo-rock n' rollowym wcieleniu, choć tym zamykającym album utworem muzycy pokazali, że również w odmiennych klimatach muzycznych czują się jak ryby w wodzie.
Co tu dużo mówić, Motorhead nagrał po prostu znakomity album. Po słabszej płycie jaką była "Hammered", zespół w pełni się zrehabilitował. Nie jest to z pewnością wielkie odkrycie muzyczne, przełom, lecz słucha się tego świetnie, a przy każdym kolejnym słuchaniu, satysfakcja i przyjemność jest taka sama i nie przemija. Nie jest to materiał na najwyższą możliwą ocenę, ale dziewiątka jest bezapelacyjna.

1.Terminal Show
2.Killers
3.In the Name of Tragedy
4.Suicide
5.Life's a Bitch
6.Down on Me
7.In the Black
8.Fight
9.In the Year of the Wolf
10.Keys to the Kingdom
11.Smiling Like a Killer
12.Whorehouse Blues
Ocena:

9/10

Bad Guy (np. Motorhead "Iron Fist", "Hellraiser")