METALLICA
"Some Kind of Monster"
Wiem, wiem. W KM ukazało się już tyle recenzji płyt Metalliki, że ani jedna nie jest już potrzebna. Tyle że ja staram się przedstawiać Wam mniej znane wydawnictwa Amerykanów. W poprzednim numerze recenzowałem koncertówkę "Bay Area Trashers" (nie pytajcie czemu nie Thrashers bo nie wiem) z zapisem koncertu Metalliki z 1982 r., dziś zaś zajmę się EP'ką "Some Kind of Monster".
Pierwotnie "Some Kind..." miało być soundtrackiem do filmu dokumentalnego o zespole o tym samym tytule. Spekulowano, że Metallica opublikuje na nim trochę niewydanego i nieznanego materiału z sesji "St.Anger". Muzycy postanowili jednak pozostawić tamte kawałki na "czarną godzinę" i zamiast tego sprzedać nam po raz drugi tę samą kobyłę, ale po małym liftingu. O czym mówię? Otóż na "Some Kind..." znajdziecie tytułowy utwór w dwóch wydaniach i sześć starych numerów w wersjach koncertowych.
Ok, ponarzekałem i wylałem trochę żalu, czas więc przejść do właściwej części recenzji. Utwór "Some Kind of Monster", jak już wspomniałem został zamieszczony na płytce w dwóch odsłonach. Pierwsza to nic szczególnego - po prostu wersja znana już z "St.Anger". Numer to jednak, przynajmniej według mnie, całkiem zacny. Ciężki (chyba nic cięższego Metallica dotychczas nie nagrała), ale z irytującym dla niektórych wokalem. Hetfield postanowił bowiem w zwrotkach trochę... porapować. Dobrze chociaż, że w refrenach śpiewa normalnie. Druga wersja utworu jest znacznie ciekawsza. Został on skrócony do ponad trzech minut, a do tego zmieniono jego brzmienie. Przede wszystkim werbel nie przypomina tu puszki po farbie, co niemiłosiernie wkurzało prawie wszystkich (oprócz chyba tylko mnie) na "St.Anger". Tak właśnie powinna jednak brzmieć cała ostatnia płyta zespołu! Mocny podkreślony bas, takaż gra stopek, ciężkie gitary. Wydaje mi się, że fani nie obraziliby się na Metallikę, gdyby nagrała "St.Anger" po raz drugi z takim właśnie brzmieniem i z utworami w skróconych, albo inaczej: niewydłużonych na siłę, wersjach.
Dalszą część mini albumu stanowi sześć wersji koncertowych utworów Metalliki, pochodzących z koncertu zagranego w ramach trasy promującej "St.Anger", w Paryżu. Mamy tu kolejno: "The Four Horseman", "Damage Inc.", "Leper Messiah", "Motorbreath", "Ride the Lighting" i "Hit the Light". W sumie ucieszył mnie tego typu dobór materiału. Wątpię czy kogokolwiek ucieszyłyby po raz kolejny ograne już "Seek & Destroy", "Whom the Bell Tolls", "Creeping Death", "Battery" czy "Master of Puppets". Brzmienie kawałków jest typowo koncertowe, z lekka zbrudzone. Słychać, że zespół tym razem nie sięgnął po poprawki studyjne, jak miało to miejsce na "S&M". W grze muzyków słychać także pasję, której brak zarzucali im ostatnimi czasy w relacjach z koncertów liczni dziennikarze. Tak dynamicznych wersji "Motorbreath" i "Hit the Light" nie słyszałem w wykonaniu Metalliki już od dawna. Fajnie także, że grupa zaserwowała nam "Damage Inc." i "Leper Messiah" dotychczas nie grane wcale na koncertach. Kolejnym dużym plusem jest znaczny, słyszalny udział publiczności w śpiewaniu utworów. Hetfield chętnie oddala się od mikrofonu i oddaje jej głos. Hammett także się nie oszczędza. Bez żadnej ściemy i wręcz z zimnym wyrachowaniem wykonuje wszystkie solówki. Tym razem nikt braku entuzjazmu jego grze nie może zarzucić.
Jak widzicie pomimo początkowego braku entuzjazmu do "Some Kind of Monster" przyznam, że przypadło mi ono do gustu. Musze jednak przyznać, że jest to pozycja przeznaczona głównie dla kolekcjonerów i fanatycznych fanów Metalliki, którzy dyskografię zespołu znają już na pamięć, a wszystkie bootlegi już dawno im się znudziły. Reszta niech lepiej poszuka czegoś innego.
Ocena: +6/10