MARDUK
"Plague Angel"


"O kur*a nagrali "Panzer Division II"!" - ten okrzyk wręcz cisnął mi się na usta, gdy po raz pierwszy odpaliłem "Plague Angel". Nie możecie mi się jednak dziwić, gdyż otwierający album "Hangman of Prague", po krótkim intro, od pierwszego riffu prawie odrywa głowę i kopie dotkliwie w dupę. Jak zresztą prawie wszystkie kawałki na płycie...

Nim jednak przejdziemy do dogłębnej recenzji nowego Marduka myślę, że warto wspomnieć o tym co działo się z zespołem przez pół roku do wydania nowego krążka. A działo się wiele... Jak zapewne wiecie w 2004 r. skład Marduk posypał się doszczętnie. Odeszli Legion i B.War, jak by nie było, muzycy bardzo ważni w zespole. Zwłaszcza utrata tak charakterystycznego wokalisty jak Legion, rzuciła, jak mogłoby się wydawać, cień na przyszłość zespołu. Zdaje się jednak, że Morgan nie miał podobnych zmartwień i szybko znalazł nowych muzyków: wokalistę Mortuusa (ex- Funeral Mist) oraz basistę Devo (był gitarzystą w Marduk w latach 1992-94) i z nimi szybko przystąpił do nagrywania "Plague Angel".

Płyta, z powodu nowych muzyków, była jedną z najbardziej wyczekiwanych pozycji roku 2004. Muszę przyznać, że obawiałem się tego, iż będę miał problemy z zaakceptowaniem Mortuusa. Zastąpienie tak charyzmatycznego i charakterystycznego wokalisty jak Legion, nie jest z pewnością rzeczą łatwą. Mortuusowi jednak się to udało. Nie stara się on podrabiać swojego poprzednika. Zamiast tego świetnie growluje w swoim stylu. Niezły popis swoich możliwości daje np. w "Life's Emblem" czy "Steel Inferno". Jeśli zaś chodzi o Devo to gościu ani mnie nie rozczarował, ani zachwycił. Bas nie jest zresztą na "Plague..." dobrze słyszalny.

Dobra, dość gadania o pierdołach, bo mi jeszcze zaczniecie pisać maile że zdziadziałem. Zacznę więc lepiej mówić coś o nowych utworach. Już we wstępie zaznaczyłem, że album budzi skojarzenia z "Panzer Division Marduk". Tak też jest. Bez przesady mogę stwierdzić, że jest to najbrutalniejsza płyta zespołu od legendarnej "Pancernej Dywizji". "Steel Inferno", "The Hangman of Prague", "Throne of Rats", "Life's Emblem", "Warschaw", "Holy Blood, Holy Grail" i "Everything Bleeds" bez żadnych znaczących poprawek mogłyby zostać umieszczone na jednej płycie obok takich killerów jak "Fistfucking God's Planet", "Beast Of Prey" czy "Baptism By Fire". Są jednak i na "Plague..." pewne wyjątki od tej reguły. Wolny, prawie death metalowy "Perish In Flames" budzi nieodparte skojarzenia z "Dracul Va Domni Din Nou In Transilvania" z "Heaven Shall Burn...". "Deathmarch" to zaś numer prawie że ambientowy(!). Może jest to stwierdzenie trochę na wyrost, ale jest pewne, że nie spodziewałem się po Marduk takiej kompozycji. Kawałek powstał zresztą przy współpracy z zespołem Adriti. Przyznam że nigdy nie słyszałem o tym tworze, ale sądząc o tym co zmajstrowali z Morganem, z metalem nie mają zbyt wiele wspólnego. Utwór ma się do innych kawałków jak pięść do nosa, ale jakoś każdy fan zespołu chyba go przeboleje. Ważne jednak, że Marduk nadal potrafi zaskakiwać. Jeśli miałbym wybrać najsłabszy utwór na płycie nie byłoby to w każdym razie "Deathmarch", ale wieńczący album "Blutrache" - długi, i przez to trochę nużący, blisko siedmiominutowy numer. Poza nim nie zauważyłem żadnych innych wpadek. Warto wspomnieć jeszcze o brzmieniu. Tym razem zespół nie nagrał albumu w Abyss, ale w prywatnym studio Devo. Brzmienie zaś znakomicie pasuje do muzyki. Jest takie... czarno-białe. Zresztą sami posłuchajcie...

Czy Morgan & Co. dali radę? Uważam że jak najbardziej tak. Nie wiem jak czas obejdzie się z tą pozycją i czy stanie się ona kolejnym klasykiem w obszernej już dyskografii Marduk, ale na dzień dzisiejszy jest to najlepsze muzyczne danie zespołu, zaraz po "Panzer Division".

PS. No tak. Jak zwykle zapomniałem. Album ukazał się także na rynku w wersji digipack z inną okładką. Oprócz tego na płycie, oprócz utworów, znajduje się teledysk do "Steel Inferno".

Ocena: +8/10


© Anger